Kompletnie nie wiem, co mnie tknie, że pokuszę się o książkę z gatunku literatury młodzieżowej. Przedstawicielem młodzieży nie jestem już parę lat….no dobrze, kilkadziesiąt lat. Tematyka też nie zawsze mi pasuje. A się potrafię skusić jakby nigdy nic. Tak było właśnie z książką autorstwa R.J. Palacio, autorki bestsellerowego „Cudownego chłopaka„. „Pony” od Wydawnictwo Albatros to połączenie westernu z powieścią grozy. Lubicie?
„Dwunastoletniego Silasa budzi w nocy niespodziewane pojawienie się trzech jeźdźców, którzy zabierają ze sobą jego ojca. Przerażony chłopiec jest zdany na siebie i towarzystwo Mittenwalda, który jest… zjawą. Ale kiedy pod drzwiami pojawia się konik, Silas wie, co musi zrobić. Wyrusza w niebezpieczną podróż, by stawić czoło lękom, odnaleźć ojca, połączyć przeszłość z przyszłością i znaleźć swoje miejsce w świecie” – opis Wydawcy.
Co za książka!!! Pełna niespodzianek. Ale od początku.
Zachwyciły mnie zdjęcia, które znalazły się w publikacji. Są to stare fotografie z nieznanymi postaciami z prywatnych zbiorów autorki. I tym sposobem dowiedziałam się, że R. J. Palacio interesuje się fotografią. Spodobała mi się również okładka z grafiką koni. Jest to naprawdę piękne wydanie, idealne na prezent świąteczny dla młodego czytelnika.
Oniemiałam czytając fabułę. Mimo fantastyki, mimo bohaterów z pogranicza oniryzmu pochłonęła mnie historia młodego chłopaka, który wyrusza konno w poszukiwaniu uprowadzonego ojca. Opowieść drogi liczna była w silne emocje, które mi towarzyszyły podczas pisania. Wręcz czułam tęsknotę, lęk, strach. Silne uczucia towarzyszyły mi praktycznie do samego końca, mimo, że nie jest to gatunek mi bliski i bynajmniej nie przeznaczony dla czytelnika w moim wieku. To wszystko chyba dzięki narracji pierwszoosobowej, wydarzeniom relacjonowanym i uczuciom z perspektywy głównego, młodego bohatera. Ta osobista relacja wzmogła zapewne odbiór publikacji, który oceniam jako pełen emocji. Język jest prosty, jasny, idealny dla młodego czytelnika. Książka spodobała mi się i jestem pewna, że spodoba się młodemu czytelnikowi, który jest pełen empatii i zaciekawienia względem otaczającego go świata, również świata emocji.
Autorka ma dar do wywoływania w czytelniku silnych emocji i refleksji. Mi też takie się kołatały w sercu w wielu obszarach, w wielu wymiarach. Ciekawa książka w pięknym wydaniu, do przeczytania której serdecznie zachęcam.
TWÓJ UMYSŁ TO POTĘGA. 5 PRAKTYK NA PRZEZWYCIĘŻENIE LĘKU I DEPRESJI
Autor: GREGORY SCOTT BROWN
Wydawnictwo: FILIA
Liczba stron: 352
Data premiery: 8.02.2023r.
„Twój umysł to potęga. 5 praktyk na przezwyciężenie lęku i depresji” autorstwa Gregory Scott Browna od Wydawnictwo FILIA to kolejna pozycja poradnikowa, po przeczytaniu której chciałabym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami. Przyznajcie się proszę. Kto z Was lubi czytać poradniki? Ja czytać to w zależności od nastroju i potrzeby. „Twój umysł to potęga. 5 praktyk na przezwyciężenie lęku i depresji” przesłuchałam.
Praktykujący psychiatra Gregory Scott Brown prowadzi czytelnika przez meandry naszej ludzkiej psychiki. W swej książce dowodzi, że największą rolę w naszym życiu odgrywa nasz mózg, nasza psychika. Specjalista w swej publikacji odnosi się do zbawiennego wpływu psychiki na nasze zdrowie, na nasze życie. Pokazuje jak ważne jest, by życie psychiczne wpływało pozytywnie na nasze samopoczucie, na osiągane cele i realizowane plany. Gregory Scott Brown pokłada wszelką nadzieję w psychice udowadniając, że wiele od niej zależy. Że zależy od niej wszystko.
Jak już wspomniałam książkę przesłuchałam jako audiobook. Wstęp przydługi. Rozciągał się niemiłosiernie. Spodobała mi się część o pięciu filarach tak zwanego self care (oddechu, snu, duchowości, odżywiania i ruchu), w której autor odniósł się do siły drzemiącej w nas samych, w naszym myśleniu. W tej części starał się zwracać uwagę czytelnika na istniejące w nim pokłady potęgi. W poradnik wplecione zostały– jak to często się zdarza w książkach tego typu – osobiste przykłady z życia autora oraz jego pacjentów.
Lubię sięgać po pozycje o tematyce samorozwoju, szczególnie kiedy pisane są prostym językiem. W przypadku tej publikacji niestety naukowość i wykształcenie lekarza psychiatry uniemożliwiło mi prosty odbiór i jasny przekaz. W wielu miejscach autor pokusił się o naukowe podejście, iście akademickie. Były to momenty, w których trudno było mi się skupić.
Książka może być potraktowana, odebrana jako mini kompendium wiedzy jak postępować, jak wspierać się we własnym samorozwoju. Na co zwracać uwagę, z czego czerpać moce. Może stanowić cenny zbiór praktyki i ćwiczeń, które przybliżają nas, czytelników do terapeutycznych działań pozwalające przezwyciężać trudne chwile w życiu.
Moja ocena: 6/10
Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Filia.
LIGHTER. UWOLNIJ SIĘ OD PRZESZŁOŚCI, ZBLIŻ DO TERAŹNIEJSZOŚCI, OTWÓRZ NA PRZYSZŁOŚĆ
Autor: YUNG PUEBLO
Wydawnictwo: FILIA
Liczba stron: 304
Data premiery: 14.06.2023r.
Książka „Lighter. Uwolnij się od przeszłości, zbliż do teraźniejszości, otwórz na przyszłość” Yung Pueblo od Wydawnictwo FILIAzaciekawiła mnie swoim opisem, z którego wynika, że „Yung Pueblo odkrył swoją drogę do uzdrowienia po tym, jak sięgnął dna przez uzależnienie od narkotyków i życie nastawione jedynie na przyjemności. W swojej książce opowiada o uzdrawiającej podróży i sile aktywnej pracy nad sobą.” – opis Wydawcy.
Czym jest ten „Lighter” ?
Niczym innym jak psychologią zmiany. Podejściem do życia opartym na poprzednich, własnych doświadczeniach, z których – jak dowodzi Yung Pueblo – powinniśmy czerpać, by zmienić swoje życie. Odgruzować je, nie tylko z wszystkich niepotrzebnych rzeczy, lecz przede wszystkich z przeszłości, która nie pozwala nam się rozwijać, nie pozwala nam wyeliminować tego, co nam w życiu przeszkadza i co nie przynosi nam żadnych korzyści. Naszych przyzwyczajeń. Myślenia, że tak chcę, że tak powinnam, że tak należy. Że przecież tak do tej pory, że nie może być inaczej, bo taka jestem.
Czytając naszła mnie refleksja, że taka jak byłam mieszkając w mym domu rodzinnym, to nie jestem już dawno. Że nie powinnam się trzymać tego co znajome, tego co było w moim życiu do tej pory, bo możliwe, że odrzucając pewne automatyzmy i zmieniając swój sposób postępowania mogę zyskać znacznie więcej. Szerszą perspektywę. Zmianę spojrzenia i zmianę myślenia, a to jest naprawdę bardzo wiele.
Z poradnikami motywacyjnymi jest tak, że ciekawie się je czyta, tym bardziej jeśli są oparte na osobistych doświadczeniach autora, lecz życia nie uczą. Same w sobie nie są żadną instrukcją, żadnym przewodnikiem. „Lighter. Uwolnij się od przeszłości, zbliż do teraźniejszości, otwórz na przyszłość” niczym się w tym zakresie nie różni. Jest tylko kolejną pozycją wspierającą, którą warto przeczytać, by poszerzyć swoje horyzonty i spróbować zmienić nasze, skonstniałe myślenie.
Zaletą książki jest to, że Yung Pueblo jednoznacznie wskazuje, że każdy z nas musi znaleźć swoją własną drogę i przejść swoją własną ścieżkę. Pueblo nie oszukuje, nie obiecuje, że jego przeżycia i sposób, w jaki sobie z nimi poradził są uniwersalne, dobre dla każdego. Ten punkt widzenia jest zgodny z moimi własnymi opiniami na temat książek tego gatunku i dlatego poradnik ten nabiera prawdziwości. Książka zdecydowanie dla fanów medytacji i jej zbawiennej roli w codziennym życiu. Ja nie medytuję, więc przydługie opisy tego procesu mnie raczej nużyły nie pozwalając się pochłonąć lekturze w całości.
Zawiódł mnie bardzo ostatni rozdział, w którym autor – jakby na dokładkę, by zapełnić liczbę stron – zawarł swoje dywagacje na temat spraw globalnych. Niby optymalna ilość stron to trzysta. Możliwe, że rozdział ten powstał – nie umniejszając zainteresowaniom Yung Puebla – po to właśnie, by zapełnić tę liczbę wymaganych przez pierwotne wydawnictwo stron. Mnie kompletnie ten rozdział nie przekonał. Uważam go za całkowicie zbędny, mało realny, przejaskrawiony
Moja ocena: 7/10
Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Filia.
Debiutancka powieść „Zamknięte drzwi” Freidy McFadden bardzo mi się podobała. Tak bardzo, że moja subiektywna opinia wyniosła 8/10 (recenzja na klik). Bardzo ucieszyłam się na premierę z 27 września br. pt. „Pomoc domowa„, którą zaproponowało mi Wydawnictwo Czwarta Strona. Sięgnięcie do książki trochę mi jednak zajęło. I uwierzcie mi….żałuję, że przeczytałam ją tak późno.
Po dziesięcioletnim pobycie w więzieniu młoda Wilhelmina „Milli” Calloway uporczywie szuka pracy. Poprzedni pracodawca przekroczył granicę jej nietykalności. Od miesiąca mieszka w samochodzie. I mimo pewnych obaw związanych ze swoim przyszłym miejscem pobytu, przyjmuje posadę pomocy domowej w bogatym domu Niny i Andrew Winchester’ów. Od początku współpraca z panią domu niesie ze sobą wiele wyzwań. Nina wydaje się niestabilna psychicznie. Do tego, ich córka Cecelia daje się również we znaki. Mała dziewczynka nie jest przychylna nowej opiekunce, do tego gardzi przygotowanymi przez nią posiłkami i nie pozwala się do siebie zbliżyć. Czy Millie utrzyma tę pracę dłużej?
„(…) Było w tamtym pokoju coś przerażającego, ale jeśli jakimś cudem uda mi się dostać tę pracę, przywyknę do tego. Z łatwością.” – „Pomoc domowa” Freida McFadden.
Już sam opis pokoju na poddaszu z początku książki mnie zafrapował. Tak mocno wciągnął mnie w swoją tajemniczość, że wszystkimi siłami postanowiłam skończyć książkę w jeden wieczór, by dowiedzieć się, jaką tak naprawdę historię skrywał. Książka Freidy McFadden okazała się dobry thrillerem psychologicznym, z ciekawym, nietuzinkowym zakończeniem. I tylko końcowy udział włoskiego ogrodnika trochę mnie zawiódł… ale tylko trochę.
Wracając do „Pomocy domowej” to niezwykle ciekawa jestem jej kolejnych tomów. Recenzowana przeze mnie powieść jest bowiem pierwszym tomem cyklu. Kolejne dwie już zostały wydane przez zagranicznego wydawcę. Liczę, że i Czwarta Strona wyda je czym prędzej u nas. Ciekawi mnie z jakimi problemami, z jakimi domownikami będzie się stykać Millie Calloway w kolejnych częściach. Ciekawi mnie z jakimi paniami domów i panami domów będą musiały się zmierzyć. Bez dwóch zdań przeczytam kolejne części serii, bo „Pomoc domowa” okazała się bardzo dobrym jej początkiem.
Powieść czyta się niezwykle szybko. Autorka bardzo dobrze wykreowała napięcie, umiejętnie prowadziła narrację zaciekawiając mnie praktycznie od początku do końca. Książka podzielona jest na trzy części, łącznie zawarto w niej sześćdziesiąt jeden rozdziałów. Zaczyna się dość mocno. W prologu czytelnik dowiaduje się o martwym ciele w pokoju na poddaszu i tylko dzięki kolejnym elementom układanki poznaje, co tak naprawdę doprowadziło do tej interesującej śmierci. Jak już wspomniałam o prologu to wspomnę też o epilogu, który mnie zaskoczył równie mocno jak początek. Epilog, w mojej opinii, jest obietnicą czegoś naprawdę dobrego w kolejnym tomie, o ile Freida McFadden podążyła faktycznie w tę stronę. Narracja prowadzona jest z perspektywy Millie i z perspektywy Niny. I ta opowieść słowami Niny była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Po głębszej analizie uznałam, że faktycznie fabuła ma sens, spina się. Nie był więc to zabieg autorki powodujący większe zaciekawienie, a przemyślany projekt literacki, który wyszedł bardzo zgrabnie.
Losy dwóch kobiet, bardzo różnych, których połączyło coś wspólnego. Połączyła wspólna historia.
To książka o fasadach, o kłamstwach. To książka o relacjach rodzinnych, które są zbudowane na strachu, które były od młodych lat bohaterów zbudowane na strachu i dzięki temu tak długo przetrwały. To książka o 100 włosach z cebulkami (majstersztyk!) i czterech zębach, a także trzech małych butelkach wody zamkniętych w małej lodóweczce. To naprawdę bardzo dobra historia. Napisana z uczuciem, w wysublimowany sposób ukazująca cierpienie kobiet, które z zewnątrz wydają się być zwyciężczyniami nie mającymi prawa na nic narzekać.
Serdecznie zachęcam Was do tej lektury. Nie pożałujecie !!!
Moja ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.
8 listopada br. premierę miał drugi tom serii o Florze Steele pt. „Morderstwo w zimowy dzień” Merryn Allingham od Wydawnictwo MANDO. Poprzedni tom „Morderstwo w księgarni” przeczytałam i subiektywnie oceniłam bez większego szału. Urzekły mnie lata pięćdziesiąte w sennym, małym angielskim miasteczku, ale bohaterowie mnie nie zachwycili.
Abbeymead, w hrabstwie Sussex już po raz drugi przeżywa koszmar. Znowu ginie w nieznanych okolicznościach mieszkanka tego małego miasteczka, młody Polly Dakers, która od niedawna zamieszkuje Brighton pod kuratelą bogatego, starszego pana zafascynowanego młodymi kobietami. Szukająca i pragnąca sławy w zawodzie modelka zostaje odnaleziona przez spacerującym przy molo Florę Steele, Joylona Adolphusa Carringtona i dwunastoletniego Charliego Teague’a, którzy akurat przebywali na jednodniowej wycieczce. Śledztwo prowadzi Alan Ridley, a jego tropy rozgałęziają się praktycznie w kierunku wszystkich, którzy przebywali wokół Polly w ostatnimi czasy; jego kochanka, przyjaciela jej kuzynki, eleganckiej Evelyn, czy Franka Fostera, jej wielbiciela o nieznanej reputacji.
I znowu prowadząca miejscową, klimatyczną księgarnię Flora interesuje się śledztwem dotyczącym mieszkańców jej miasteczka. Pomaga jej oczywiście w tym pisarz Carrington, zwanym Jackiem od inicjałów imienia i nazwiska J.A.C. Śledztwo niestety dłuży się niemiłosiernie, jak dłużyło mi się czytanie o nim. Sama zagadka kryminalna jest bez wątpienia bardziej wyszukana niż ta z pierwszej części. Związana jest z burzliwym, krótkim życiem młodej ofiary, jej wielbicieli, czy najbliższych. Wątki śledztwa kierują parę amatorów w stronę zazdrości, niespełnionej miłości, więzi rodzinnych, czy uczucia porzucenia i tęsknoty. Dzięki tej narracji miałam wrażenie, że trzeba szukać winnych wśród bliskich, wśród otoczenia zmarłej. W tym przedmiocie bawiłam się dobrze, podejrzewając co rusz, kogoś nowego, kogo autorka postanowiła umieścić w fabule.
Z ciekawością przeczytałam w powieści o moim ulubionym, stosowanym od lat w kolorze Translucent pudrze prasowanym. Okazuje się, że i jedna z bohaterek poprawiła makijaż przy użyciu produktu Max Factor (od nazwiska pochodzącego z Polski, Maxymiliana Faktorowicza) pudru zamkniętego w kasetce o nazwie Creme Puff. I nie uwierzycie. Szukając źródła i chcąc złapać autorkę na nieścisłości, dowiedziałam się, że produkt ten produkuje marka od 1953 roku i był to pierwszy produkt w stylu „wszystko w jednym” stanowiącym połączenie kremowej bazy i pudru sypkiego. Okazało się więc, że i autorka odrobiła lekcję umiejscawiając w powieści produkt, którzy rzeczywiście był dostępny w ówczesnych czasach.
Kryminał nawiązuje do klasyki w tym gatunku. Mało w nim akcji, mało napięcia. Jak już wspomniałam uprzednio, śledztwo i to amatorskie, i to policyjne dłuży się. Dni opisywane kolejno przez autorkę chwilami wydawały mi się urwane, jakby nie dokończone. Trudno mi było również umiejscowić akcję w konkretnym czasie. Miałam nieodparte wrażenie, że i Jacka, i Florę śledztwo mało pociąga, bo mimo wypowiadanych kwestii, nawet Flora nie za bardzo nadawała tempo akcji. Kolejne kroki planowała w znacznym odstępie od pozostałych.
Książkę można przeczytać, jak najbardziej, by spędzić miło czas w wieczorny śnieżny dzień. Od razu jednak przyznaję, że niekoniecznie trzeba.
Moja ocena: 6/10
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.
26 lipca premiera miała najnowszą powieść C.L. Taylor pt. „Wrobiona”. Ta brytyjska autorka słynie z bestsellerowych thrillerów psychologicznych. Ja do czasu premiery „Wrobionej” przeczytałam cztery jej powieście. Ich oceny wahają się od 5/10 do 8/10. Jedna z nich mnie zachwyciła, dwie były przeciętne, a czwarta bardzo mnie rozczarowała. Przy takiej rozbieżności trudno powiedzieć czego można się spodziewać po nowej powieści. Zdecydowałam się jednak na jej lekturę gdyż miałam nadzieję, że może w końcu trafię na kolejną perełkę podobną do „Zanim powróci strach”, którą przeczytałam z zapartym tchem. Trochę jednak zwlekałam z sięgnięciem po lekturę. Kilka dni temu zaczęłam jej słuchać jako audiobooka i tak mnie wciągnęła, że po powrocie do domu sięgnęłam po papierowy egzemplarz, żeby dowiedzieć się co dalej. Przeczytałam ją szybko I dzisiaj chciałam się z wami podzielić moimi wrażeniami z lektury. Pięć lat temu Olivia Sutherland została skazana za spiskowanie w celu zamordowania męża. Szkopuł w tym, że wcale tego nie zrobiła. Została wrobiona. Po wyjściu na wolność jej priorytetem jest odzyskać kontakt z nastoletnią już teraz córką i z powrotem nawiązać między nimi dobrą relację. Przebywając w więzieniu marzyła również o tym, że po wyjściu odzyska swoje dobre imię i wykaże spisek męża. Czy jednak starczy jej na to odwagi? Jak daleko gotowa jest się posunąć? Jak na jej powrót zareaguje mąż?
Powieść wciągnęła mnie od pierwszych stron. Motyw matki walczącej o kontakty z córką przemówił do mnie dogłębnie i wzbudził sporo emocji. Mamy okazję spojrzeć na toczące się wydarzenia z różnych perspektyw. Z perspektywy Olivii w narracji pierwszoosobowej, z perspektywy Danii i Dominica w narracji trzecioosobowej. Bardzo podobał mi się ten zabieg, zdecydowanie ubogacił powieść. Zwłaszcza postać Danii policjantki wciągniętej w całą tą intrygę była bardzo ciekawa. Ukazanie jej motywacji i jej roli w całej intrydze było ciekawym zabiegiem. Opowiedziana historia była dla mnie bardzo interesująca. Zwłaszcza pierwsza część książki niesamowicie mnie wciągnęła i zaintrygowała. W dalszej części książki to napięcie trochę spadło, choć było sporo akcji. Natomiast brakowało mi tam pewnej głębi psychologicznej, zwłaszcza w odniesieniu do pozostałych postaci. Bowiem postaci Olivii głównej bohaterki nic nie mogę zarzucić. Kobieta, która miała praktycznie wszystko – karierę, własny biznes, dom, męża i córkę nagle bez żadnego ostrzeżenia to wszystko straciła i trafiła do więzienia. Miejsca, które jeszcze chwilę temu wydawało jej się zupełnie abstrakcyjne i poza obszarem jej zainteresowań. Teraz musi nauczyć się sobie tam jakoś radzić. Nieustająca tęsknota za córką i poczucie niesprawiedliwości jeszcze to utrudniają. Jednak jakoś udało jej się przetrwać pięć lat. Wychodzi warunkowo na wolność i staje wobec zadania odbudowania swojego życia na nowo. Jest to postać ze zdecydowanie dużym potencjałem. Dobrze przedstawieni są również pozostali bohaterowie. Również ci negatywni. Podobało mi się wypływające z powieści przesłanie, że nawet w więzieniu możesz poznać ludzi, na których będziesz mogła polegać. A z drugiej strony często Ci, którzy wydają się przykładnymi obywatelami mają wiele do ukrycia. Przypomina nam to zasadę, że nie sądzić po pozorach. Bardzo często ludzie, którzy pozornie żyją poprawnie, na wysokim poziomie, są idealnymi rodzicami i małżonkami pokazują się tacy tylko na pozór, pod publiczkę. Taką postacią jest Dominik. Na zewnątrz wzorowy obywatel, tak naprawdę skrywa różne mroczne tajemnice. Powieść trzyma w napięciu. Autorka funduje nam liczne zwroty akcji i skoki adrenaliny. Części wypadków stopniowo można było się domyślić, natomiast jedna rzecz była dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem. Również temat osób niesłusznie skazanych, wrobionych, zasługuje na zauważenie. Powieść dostarczyła mi sporo emocji i fajnie spędziłam z nią czas, co polecam i Wam😊
Moja ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.
Uwielbiam takie niespodzianki!!! Moja przyjaciółka trafiła na spotkanie autorskie Pani @Gabriela Kańtor, która z entuzjazmem opowiadała o swoich publikacjach. Historie, które w nich przedstawia są naprawdę fascynujące (chociażby „Bachantka na panterze”, która mnie zaciekawiła i tylko chyba przez jakieś zaćmienie umysłu przyjaciółka jej też mi nie sprezentowała). Spotkanie podobno było bardzo udane. Prowadziła je niezwykle urocza Pani Ewa – nauczycielka z miejscowej Szkoły Muzycznej, a Pani Gabriela zachwycała swoją wiedzą, erudycją, umiejętnością zaciekawiania potencjalnego czytelnika. Ogromnie się ucieszyłam, gdy otrzymałam w prezencie mój własny egzemplarz „Śląskiego Kopciuszka”. I to nie byle jaki, tylko z dedykacją!!! Jest to pierwsza część dwutomowego cyklu o Joannie Gryzik, która prawie dwieście lat temu znalazła się w domu śląskiego przedsiębiorcy Carla Godulli posiadającego w dniu śmierci 19 kopalń galmanu, 40 kopalń węgla kamiennego, 3 huty cynku, 28 kuksów (czyli udziałów) w hucie „Karol”, do tego był władcą takich ziem jak: Orzegów, Szombierki, Bujaków, Bobrek, Paniowy (ps. od którego nawet jedna dzielnica Rudy Śląskiej wzięła swą nazwę) i która została jego spadkobierczynią. Książkę wydało @Wydawnictwo MG – warszawskie wydawnictwo, które wydaje przepiękną prozę (jak zdążyłam się zaznajomić) i klasyczną literaturę. „Śląski Kopciuszek” premierę miał w połowie 2020, a już 30.09.2020r. światło dzienne ujrzał drugi tom dylogii, który niestety na spotkaniu autorskim nie był dostępny. A szkoda, bo książki są naprawdę przepiękne wydane. Twarda oprawa, przepiękna okładka. Do tego gruby papier, który przepięknie szeleści i pachnie. Nic, tylko czytać !!!
„(…) jego już nie ma i nigdy nie będzie! Nie wstanie z grobu, nie ożyje, zostawił nas w kompletnym ubóstwie, bez jednego złamanego talara i bez jakiegokolwiek sensu. Po prostu wziął i umarł !…” – „Śląski Kopciuszek” Gabriela Anna Kańtor.
Antonina Gryzik po śmierci męża zostaje sama z dwoma córkami. Młodsza zostaje przygarnięta przez nowego męża Antoniny, starsza zostaje oddana pod opiekę przyjaciółki Pani Gryzikowej, Emilii, która jest gospodynią w zamku rudzkiego przemysłowca, Carla Godulli. Długo nie da się ukryć dziecka chowanego w czeluści zamku. Joanka zaprzyjaźnia się z dwoma ogromnymi psami Godulli.- Troyem i Grafem, czym zaskarbia sobie jego przychylność do tego stopnia, że po dwóch latach, jako jego wychowanka staje się główną spadkobierczynią Carla. Co doprowadziło do takich kolei losów? Co spowodowało, że osierocona przez ojca, oddana do wychowania w obcym domu przez matkę Joanka stała się w przyszłości przedsiębiorczą spadkobierczynią, właścicielką ziemską i prawdziwą śląską panią.
Co za cudowna publikacja. Praktycznie w każdym calu. Przemyślana. Zaplanowana. Odzwierciedlająca prawdziwe koleje losu bohaterów historycznych. Moja opinia jest całkowicie subiektywna. Już kiedyś pisałam na mym blogu czytelniczym, że wyjątkowo lubię historię ukrytą w beletrystyce. A jeszcze bardziej lubię czytać o kimś, o czymś, co znam, co widziałam, co gdzieś, kiedyś przeczytałam. A jako Ślązaczka z pochodzenia o Carlu Godulli słyszeć przecież musiałam. To on zdobył swoją ciężką pracą majątek, który dzięki swemu nieziemskiemu zmysłowi przedsiębiorczemu pomnożył do 2 mln talarów pruskich.
Pani Gabriela Anna Kańtor ma moc zaciekawiania historią. Ma niezwykłą umiejętność w przystępny sposób opowiadania ciekawostek, historycznych faktów i przybliżania prawdziwych postaci, które w jakiś sposób odcisnęły piętno na naszej lokalnej historii. Wyjątkowo podobało mi się w książce ujęcie historii z perspektywy konkretnego człowieka i śląskiej historii, o której często zapominamy i której nie kultywujemy. Tak przy okazji, ciekawe ilu „prawdziwych” Ślązaków, „prawdziwych” lokalnych patriotów, mieszkańców Rudy Śląskiej przeczytało książkę o Carlu Godulli – „geniuszu wyprzedzającym swoją epokę” – jak go nazwała sama Autorka, wielkim śląskim budowniczym, dzięki któremu po raz pierwszy pojawiały się szkoły powszechne, familoki dla jego pracowników, czy opieka medyczna przy jego fabrykach czy książkę o księżnej Daisy? Dzięki Pani Kańtor dowiedziałam się wielu ciekawych faktów historycznych. Dowiedziałam się o oszpeceniu Carla Godulli i przyczyny, dlaczego nie miał swoich dzieci. Dowiedziałam się, że nazywano go „Diobłem z Rudy” i wyśmiewano się z niego. Zapoznałam się z hrabią Ballestremem, który umożliwił Godulli rozwój jego zmysłu finansowego i przedsiębiorczego. Dowiedziałam się o rodzinie hrabiego Hansa Urlicha von Schaffgotsch, za którego w listopadzie w 1858 roku w bytomskim kościele mariackim brała ślub Joanna, co zapewne jest fabułą drugiego tomu „Pani na Kopicach”. Poznałam samą Joankę, o której źródła historyczne wspominają. Poznałam ją jako bohaterkę literacką, postać, wokół której działy się pewne zdarzenia. Pozytywnie zaskoczyła mnie wzmianka na kilku stronach o Goethe, jego pobycie we Wrocławiu i nieodwzajemnionej miłości do pięknej baronówny Henrietty Eleonory von Lűtwittz. A także feralnego wpisu przez niego dokonanego do księgi pamiątkowej w zwiedzanej przez niego tarnogórskiej kopalni. Przykładów dla owoców historii opisanej w „Śląskim Kopciuszku” mogłabym namnożyć jeszcze więcej, ale mam nadzieję, że i te przytoczone zachęcą Was do przeczytania nie tylko cyklu o Joance i Carlu Godulli, ale także innych książek Autorki.
Oprócz wartości historycznych bardzo podobały mi się opiniotwórcze wstawki. Bo jak przejść obojętnie obok opinii trochę zabawnych, zapisanych ze swadą, z ogromną znajomością bytu ludzkiego.
„Chłop nijak ci baby nie ogarnie, nawet swojej własnej. Choćby ją przeżył i pięćdziesiąt lat.” – „Śląski Kopciuszek” Gabriela Anna Kańtor.
„Jest wiedzą powszechną, potwierdzoną empirycznie od wieków, że jeżeli artyści rodzaju męskiego w sposób widoczny dla otoczenia wpadają w czarną otchłań, tracą dobry humor oraz stają się zmierzłymi i uszczypliwymi – to może chodzić jedynie o dwie rzeczy. O brak pieniędzy albo o brak kobiety. Albo o połączenie obu tych powodów.” – „Śląski Kopciuszek” Gabriela Anna Kańtor.
Powieść czyta się bardzo szybko. Styl Pani Gabrieli Anny Kańtor jest bardzo sprawny, prosty, rzeczowy. Książka nie nudzi, za to pobudza skutecznie wyobraźnię pozwalając przenieść się w zamierzchłe czasy, gdy Górny Śląsk rozwijał się pod zaborem pruskim w zastraszającym, ekspresowym tempie. To nie tylko książka dla Ślązaków. To książka dla każdego fana dobrego pióra, które ma drugie dno i opowiada nie tylko o człowieku, ale także o jego własnej historii w ujęciu mikro i makro historycznym.
DAJ SIĘ POKOCHAĆ DZIEWCZYNO. POZNAJ SEKRET UDANYCH RELACJI
Autorki: JOANNA OLEKSZYK, KATARZYNA MILLER
Wydawnictwo: ZWIERCIADŁO
Liczba stron: 256
Data premiery: 8.11.2023r.
8 listopada br. premierę miała książka „Daj się pokochać dziewczyno. Poznaj sekret udanych relacji” @Katarzyna Miller, @joannaolekszyk od @Zwierciadło. W 2019 roku tego samego Wydawnictwa premierę miał poradnik „Daj się pokochać dziewczyno”, w której obie Autorki w zabawnej rozmowie rozmawiały o relacjach, uczuciach, związkach. Duet psychoterapeutki/psycholożki z dziennikarką w rozmowie ciekawie przedstawił tematy stosunków międzyludzkich. Zastanawiało mnie więc czym różni się tegoroczna publikacja. Was to też ciekawi? Katarzyna Miller jako Autorka, współpracowniczka stała „Zwierciadła” jest mi znana. W tym roku posiadam już dwie publikacje jej autorstwa. Bardzo dobry kalendarz z duszą pt. „Lepszy rok 2024 z Katarzyną Miller” oraz marcowa premiera „Kobiety od A do Z, czyli o tym, co ważne dla kobiecej tożsamości, o emocjach, postawach i życiowych wyborach” napisana razem z Dariuszem Janiszewskim – taki kobiecy alfabet. Przyznaję się bez przysłowiowego bicia, obie te publikacje mi się bardzo, ale to bardzo podobały.
Format książki jest podobny do poprzedniej edycji. Obie Panie rozmawiają. Dialog toczy się wokół różnych tematów związanych z relacjami. Nuda. Zdrada. Pretensje. Podział obowiązków. Miłość. Toksyczne relacje. Kryzys. Rozstania. Rady i przestrogi. Itd…
Czytając miałam wrażenie, że uczestniczę w spotkaniu dwóch przyjaciółek, ale nie tylko w roli obserwatora, lecz również w roli uczestnika. Katarzyna Miller nie daje oczywistych odpowiedzi, przepisów na udany związek. W wielu miejscach tylko zagaja, a atmosferę podgrzewają cięte riposty i sprytnie sformułowania pytania/doprecyzowania autorstwa Joanny Olekszyk. To sprawia, że w wielu miejscach się zastanawiałam. W swojej głowie kwestionowałam retorykę, prowadziłam dyskusję, przywoływałam przykłady z mojego własnego życia, analizowałam przykłady podane przez Autorki.
Książka jest napisana bardzo lekko, chwilami zabawnie. Podoba mi się ten styl, ten styl dyskusji, rozmowy. Jest on bardzo przystępny i nawet o trudnych tematach czyta się przyjemnie. Podobał mi się rozdział „Rady i przestrogi”, w którym Autorki nawiązały do znanych filmów i książek o miłości. Sama będąc czytelnikiem i widzem mam odczucia, że niektóre mogłyby nas wiele nauczyć, inne stanowią rzetelne ostrzeżenie, w co nigdy nie iść, jakie symptomy odczytywać, na co zwracać uwagę i jakie zachowania partnera od razu kwestionować. W rozdziale tym wspomniano między innymi i Marylin Monroe, dziecko w kobiecym, apetycznym ciele, które ze względu na swoje ograniczenia i dysfunkcje nie potrafiło znaleźć nigdy miłości oraz mistrzynię książek obyczajowych sprzed wieków, samą Jane Austen, w których tematy damsko – męskie były obnażane w bardzo wysublimowany sposób.
Szczerze zachęcam Was do przeczytania „Daj się pokochać dziewczyno. Poznaj sekret udanych relacji” Joanny Olekszyk i Katarzyny Miller. Szczerze zachęcam Was do dołączenia się do rozmowy. O emocjach, relacjach, przeżyciach własnych i innych warto rozmawiać. Często rozmowy te stanowią wartość terapeutyczną. A to w dzisiejszych, pogmatwanych czasach jest bardzo wartościowe. Idealny, wartościowy prezent pod choinkę. Nie zwlekajcie!!!
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZWIERCIADŁO.
8 listopada br. premierę miał drugi tom serii o Florze Steele pt. „Morderstwo w zimowy dzień” Merryn Allingham od Wydawnictwo MANDO. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa otrzymałam w prezencie pierwszą książkę o tej bohaterce zatytułowaną „Morderstwo w księgarni”. Czytając pierwsze recenzje o klasycznym kryminale w stylu Agathy Christie do zapoznawania się z lekturą zabrałam się z ogromną ochotą.
Abbeymead, mała angielska miejscowość, w hrabstwie Sussex, w której mieszka dwudziestopięcioletnia Flora Steele prowadząca miejscową, klimatyczną księgarnię. Życie Flory wydaje się monotonne. Przeżywająca stratę ciotki Violet, która ją wychowywała otwiera i zamyka księgarnię. Dostarcza książki, realizuje zamówienia. Wszystko do czasu…. Do czasu, gdy w swoim sklepiku z książkami znajduje zwłoki młodego Australijczyka, Kevina Andersona, który znał spadkobiercę miejscowego właściciela ziemskiego, Lorda Templetona. W znalezieniu nie było nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zmarły znalazł się w miejscu najmniej oczekiwanym na wieczny odpoczynek. Jego ciało „odpoczywało” w księgarni Flory.
„(…) Na drewnianej podłodze leżały zwłoki mężczyzny, młodego, jak można było się domyślić po gładkiej twarzy. Jego głowa przewróciła rząd książek na jednej z dolnych półek, a zamszowe botki na drugim końcu potrąciły inny. Uwagę Flory przykuły włosy rozpostarte na pokrytym lakierem deskach niczym słoneczna łuna.” -„Morderstwo w księgarni” Merryn Allingham.
Bardzo chciałam poznać Florę i jej Betty. Po pierwsze zachwyciła mnie okładka nawiązująca do klasycznych, angielskich witryn sklepowych. Po drugie tytuł, z księgarnią w jego brzmieniu. Po trzecie obietnica zanurzenia się w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, które uwielbiam i w kinematografii, i w literaturze. Moda niezwykle kobieca. Wąska talia, szerokie spódnice, upięte sukienki. Pierwsze dobrze spinające biust biustonosze. Makijaże w wyraźnymi ustami i buty na obcasie. Do tego początki rewolucji obyczajowej. Idealny czas na historię z kobietą w roli głównej.
Po przeczytaniu nasunęła mi się myśl, że książka jest niczego sobie próbą wykreowania atmosfery klasycznego kryminału. Fabuła zamknięta w trzydziestu rozdziałach opiera się na bohaterach, na ich dedukcji, na nieudolności policji do wnioskowania, na rozpytywaniu. Coś jak Poirot, Panna Marple i wiele innych klasycznych detektywistycznych bohaterów. Nie za bardzo w książce napięcia, są za to sympatyczni bohaterowie. Nawet ci, którzy mieli być mniej lubiani zostali jakoś tak opisani w sposób pozytywny, że nie byłam w stanie pałać do nich niechęcią. Męski akcent w roli pisarza Jacka Carringtona trochę mnie zawiódł. Jack wydał mi się zbyt mało męski, taki bez polotu, bez koloru. Sama Flora też została odrysowana dość nierówno. Z jednej strony zadziorna, odważna, amatorka – detektywka, z drugiej pogubiona młoda panna, wspominająca, wzdychająca, gubiąca się w swojej codzienności. Coś w stylu „chciałabym a boję się”. Rozwinięcie zagadki kryminalnej…. to dla mnie największy zawód. Kompletnie nie przekonał mnie motyw z Panem Elliotem, z Malleus Maleficarum i jego rolą, na którą wpadła Flora praktycznie od razu, gdy się nad nim zastanowiła, kiedy wcześniej bohaterowie kluczyli po omacku nie wpadając na żaden sensowy trop.
Kryminał bez rzezi, hektolitrów krwi i głębokich ran. Lekka, przyjemna lektura z historią powojenną w tle, a nawet wątkami sięgającymi czasów Henryka VIII. Coś dla fanów prostej, nieskomplikowanej, przewidywalnej fabuły kryminalnej. Coś dla fanów klasycznych kryminałów.
Moja ocena: 6/10
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.
Alex Marwood to pseudonim brytyjskiej dziennikarki i pisarki Sereny Mackesy, która jest autorką takich powieści jak: „Dziewczyny, które zabiły Chloe”, uhonorowanej prestiżową Nagrodą Edgara, „Zabójcy z sąsiedztwa”, wyróżnionej Macavity Award, „Najmroczniejszego sekretu” i „Zatrutego ogrodu”. Jej thriller pt. „Wyspa zaginionych dziewcząt” od Wydawnictwo Albatros zbiera różne opinie. Jednych zachwyca fabuła. Inni zwracają uwagę na słabe wykonanie. Skarżą się na nieistotne wątki i opisy, które zajmują za dużo miejsca. Ja spieszę do Was z moją osobistą opinią, którą mam po przeczytaniu tej publikacji. I do tego Was zachęcam. Warto samemu wyrobić sobie zdanie, a nie sugerować się opiniami innych. Przecież odczucia po przeczytaniu książki są w pełni subiektywne. A same preferencje to tylko kwestia gustu.
Na La Kastellanie, wyspie będącej rajem multimilionera Matthew Meade’a i jego córki Tatiany dzieją się różne rzeczy. Miejsce luksusowych zabaw międzynarodowej śmietanki towarzyskiej, rozpieszczonych dziedziców i innych sukcesorów, nowobogackich czy arystokratów. Rajską sielankę zakłócają incydenty związane z młodymi dziewczynami, które od czasu do czasu giną. Nikt nie wie, kto za tym stoi. Nikt nie potrafi temu zaradzić i się temu przeciwstawić.
Zawiodłam się na tej książce. Thrillery uwielbiam natomiast ten nie do końca przypadł mi do gustu. Motyw wydawał mi się niezwykle ciekawy. Rajska wyspa, zaginione młode dziewczyny, do tego blichtr i bogactwo współczesnego świata. Nie mogło być źle….. i faktycznie nie było. Może nie jest to książka wysokich lotów na miarę naszych polskich rodzimych autorów thrillerów, które trzymają mnie praktycznie do początku w napięciu, ale docenić muszę pomysł. Podobało mi się również osadzenie akcji w dwóch perspektywach czasowych. Autorka prowadzi narrację osadzoną w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku z punktu widzenia dwunastoletniej Mercedes jak i w 2016 roku, gdy na wyspę przyjeżdża Robin w poszukiwaniu swojej zaginionej córki. I w tym aspekcie miałam dużo zabawy zastanawiając się co łączy te dwie osie czasowe, gdzie będzie punkt zbieżny?
Trochę opornie mi się czytało. Chwilami miałam zawahanie, chciałam odłożyć książkę, a że nie należy to do moich cech szczególnych wracałam jednak do czytania. Niektóre opisy są przydługie. Nie wiem, dlaczego w paru miejscach autorka tak bardzo rozwinęła swoją opowieść, co było w opozycji do mocnych scen zaserwowanych czytelnikom w drugiej połowie lektury. Do tego ta fantastyka granicząca z maksymalnym prawdopodobieństwem. Tak, to jest główna wada tej publikacji. Wymyślenie całej fikcyjnej wyspy przez autorkę z jej własnym językiem, historią i zwyczajami nie do końca się udało Dramaty bohaterów nie wydały mi się prawdopodobne, a średniowieczna atmosfera wykreowana w związku z postacią tajemniczego diuka i okrutnymi obrzędami niezamężnych kobiet wręcz chwilami mnie bawiła. Jedyny aspekt całkowicie do mnie przemawiający związany był z wydarzeniami, którymi bohaterami są zdegenerowanymi milionerzy. Ten motyw został w powieści odzwierciedlony dość realnie.
Nie do końca lubię science fiction i może dlatego rozwinięcie fabuły w pełni do mnie nie przemówiło. Jest to thriller całkowicie przeciętny. Można go przeczytać i chyba nie do końca uznać, że czas był zmarnowany. Można też się bez niego obyć. Tylko, czy naprawdę nie ciekawi Was, co się tak naprawdę stało z zaginionymi dziewczętami z wyspy?
Moja ocena: 6/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.