„Pani z wieży” Magdalena Wala

PANI Z WIEŻY

  • Autorka: MAGDALENA WALA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 304
  • Data premiery: 28.07.2021

Czytam książki jedna po drugiej i mam wrażenie, że do końca lipcowych premier jeszcze daleko. „Pani z wieży” pióra @MagdalenaWalaAutor  to trzynasta, mam nadzieję, że nie pechowa😉, premiera lipca, która już za mną. Książkę podarowało mi @WydawnictwoKsiaznica, za co bardzo dziękuję. Samo wydanie już mi się podoba. Ta cudna zieleń na okładce zachwyca mnie swoją głębią. Jeszcze parę słów o samej Autorce. Przygodę z jej piórem rozpoczęłam już jakiś czas temu. Całkiem niedawno publikowałam moją opinię na temat takich książek Magdaleny Wali jak: Klątwa ruin czy chociażby Skradzione życie. Obie oceniłam 8/10, obie z mocnym rysem historycznym. Czy i tym razem zachwyciłam się losami bohaterów z dawnych lat?

O czym jest ta historia?

To historia o Elizie Baranowskiej, niecodziennej dziedziczce majątku położonego na Kresach. Dlaczego niecodziennej? Jak na nie-dziedziczkę przystało Eliza dość szybko zrozumiała, że

(…) w życiu nie może liczyć na pomoc ze strony jakiegoś rycerza. Musiała nauczyć się polegać na sobie. I nie ufać chłopcom. Żadnemu z nich”.

Nie do końca ten brak zaufania jej się w życiu sprawdził. Najpierw pokochała Antoniego, którego miłość szybko utraciła. Wskutek obserwacji nieszczęśliwego małżeństwa własnych rodziców zrozumiała, że jednak mężczyźni potrafią skutecznie zakotwiczyć swoją osobę w życiu kobiety, nawet jeśli ta próbuje się bronić. Z tym bagażem doświadczeń Eliza rozpoczyna dorosłe życie w trudnych czasach. Stara się jak tylko potrafi utrzymać rodowe Janowice w swoich rękach, wielokrotnie idąc na ustępstwa. To wszystko w czasach wojny polsko-bolszewickiej i tajemniczej historii uwięzionej przez męża Sonki w tle.

Magdalena Wala opowiedziała całkiem inną historię niż w „Klątwie ruin”. Występują jednak pewne podobieństwa. W obu książkach dominują barwne opisy dotyczące i scenerii, i codzienności dawnych lat. I w jednej i w drugiej powieści odnajdziemy odniesienia do obowiązujących wówczas rytuałów, zwyczajów, norm i zasad. W książkach zobrazowano obowiązujący wówczas model rodziny i obowiązujące w niej relacje. Nawet fabuła wydaje się podobna. Dworek, mieszczaństwo, majątek, zawierucha wojenna. Istotna różnica jest jednak w głównej bohaterce. „Pani z wieży” to udana próba pokazania, że nie zawsze panny były spolegliwe. Nie zawsze ufały w ciemno osądowi męskiemu. Nie zawsze widziały w mężczyznach swoich wybawicieli, czasem widziały oprawców. Taką bohaterką jest Eliza. Oprócz silnej kobiety, jak na ówczesne czasy, Wala podjęła w swej najnowszej książce wiele innych, istotnych wątków. Zachowanie, czasem niegodne żołnierza, polskich ułanów, stosunek wojskowych do chłopów, wszechobecne grabieże majątków. Podobał mi się motyw uwięzionej w wieży kniaziówny Sonki. Największym zaskoczeniem było jednak rozwinięcie związku z Antonin. No…, ale o tym powinniście sami przeczytać.

Przyznam, że kompletnie nie zrozumiałam wątku utraconej matki. Zabrakło mi rozstrzygnięcia, zabrakło fanfarów. Przecież Eliza całe życie za tą matką tęskniła! W efekcie jej osoba okazała się jakby mało istotna w dalszych planach życiowych głównej bohaterki. Postać kuzyna matki również trochę mnie zawiodła. W stosunku do Elizy mało wyrazisty. Całkiem możliwe, że to celowy zabieg autorski. Przecież nie o mężczyzn tu chodziło!!!

Konstrukcja książki to kolejno ponumerowane rozdziały, którym Autorka nadała gdzieniegdzie podtytuły wskazując miesiąc i rok akcji. Stąd wiemy, że akcja toczy się od czerwca do października 1920 roku. Dodatkowo zawarto w książce i prolog, i epilog, które stanowią klamrę opisanej w niej historii.

Doceniam zaangażowanie Autorki w propagowanie naszej historii w sposób popularnonaukowy. Mamy i fikcję literacką, i odzwierciedlenie burzliwych losów, w historii Polski. Książka napisana jest w bardzo przyjemny sposób. To naprawdę dobra lektura na wakacyjne wieczory. Na oderwanie się od codzienności i przeżycie całkiem innej historii, całkiem innego życia. Bez wątpienia jest to jednak pozycja dla fanów literatury obyczajowej. Zacięcie historyczne będzie u czytelnika dodatkowym atutem.

Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Pewnej sierpniowej nocy” Victoria Hislop

PEWNEJ SIERPNIOWEJ NOCY

  • Autorka: Victoria Hislop
  • Seria: Wyspa (tom 2)
  • Wydawnictwo: Albatros
  • Liczba stron:288
  • Data premiery: 28.07.2021

Długo mnie tu nie było, ponad tydzień😉. To wszystko przez cudowną Polskę, którą można zwiedzać wzdłuż i wszerz. A jak się pewnie domyślacie, nie można jednocześnie zwiedzać i pisać oraz publikować recenzje, nawet jeśli coś tam się poczyta. No dobrze urlop urlopem ale recenzje same się nie napiszą. Z wielką więc przyjemnością prezentuję recenzję drugiej części serii Wyspa od @WydawnictwoAlbatros. Książka „Pewnej sierpniowej nocy”  Victorii Hislop premierę miała 28 lipca br.

Od razu zastrzegam, to nie kontynuacja pierwszej części. Autorka w tym tomie cofa się do momentu ewakuacji Spinalongi, wyspy trędowatych. Od nowa śledzimy więc losy Marii, Anny i innych mieszkańców pobliskiej Plaki, która była jednym z głównych traktów komunikacyjnych na wyspę trędowatych. Obserwujemy te same wydarzenia, które zostały opisane w „Wyspie” z innej perspektywy. Czytamy o tragediach rodzinnych, utraconych bliskich, tajemnicach, próbie ponownego życia wśród zdrowych. Obserwujemy rozterki i uczucia ocalonych, ozdrowieńców. Borykamy się z ich wątpliwościami i wszechogarniającym strachem. Zastanawiamy się co z Anną, Marią, Manolisem i Andreasem. Jak ułożą się ich wspólne losy? Jak ułoży się ich życie?

„Pewnej sierpniowej nocy” okazało się ciekawym zabiegiem. Spodziewałam się kontynuacji, a otrzymałam ponownie opisane te same wydarzenia, co w „Wyspie”, tylko z innej strony. Sam styl książki odbiega od pierwszego tomu, jest bardziej przystępny, bardziej lekki, bardziej dopracowany. Od przeczytania pierwszej części cyklu nie minęło zbyt dużo czasu, więc katowałam się trakcie czytania ciągłymi porównaniami. Autorka sama opisała rzeczywistość trochę inaczej, momentami mniej agresywnie. Gdzieniegdzie dała sobie przestrzeń do złagodzenia obrazu, do dopowiedzenia, do zwrócenia uwagi czytelnikowi na inne uczucia, inne okoliczności.

Opowieść przyciąga fabułą, podjętymi w niej wątkami. Mimo, że temat powieści jest trudny może stanowić całkiem niezłą podwalinę pod rozważania na temat sensu życia. Na temat tego, że w życiu najważniejsi jesteśmy my sami. Najważniejsi są ci, których kochamy, szczerze kochamy. Najważniejsze jest to, by odnaleźć spokój i zawalczyć nawet resztkami sił o szczęście, o lepsze jutro, o miły kolejny dzień. To opowieść o nie poddawaniu się, nie uleganiu przeciwnościom losu, mimo wszystko. Lubicie powieści, które skłaniają Was do myślenia? Jeśli odpowiedzieliście twierdząco, to łapcie za książkę i miłego czytania.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Albatros.

„Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach” Charles Dickens, Oscar Wilde , William Butler Yeats i inni

WAKACJE WŚRÓD DUCHÓW. ANTOLOGIA OPOWIADAŃ O DUCHACH

  • Autorzy: Charles Dickens, Oscar Wilde , William Butler Yeats i inni
  • Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  • Liczba stron: 568
  • Data premiery: 06.07.2021

Dość, że @Zysk i S-ka Wydawnictwo obdarowało mnie całkiem niedawno przepięknymi nowymi wydaniami Kwartetu Aleksandryjskiego Lawrence’a Durrell (przypominam recenzje: „Justyna”, „Balthazar”, „Mountolive”, „Clea”) to na dodatek otrzymałam nowo wydaną antologię opowiadań o duchach, która miała premierę 6 lipca br. Antologię nie byle jaką. Odpowiednio wydaną w twardej obwolucie. Prawda, że okładka jest niezwykle nastrojowa? Z najbardziej topowymi autorami gatunku literatury pięknej w środku, których wybrał, jak i same opowiadania, Tadeusz Zysk. Na uwagę też zasługuje przepiękne tłumaczenie, szczególnie Jerzego Łozińskiego.  Czy w antologii znalazłam same niezwykle historie mrożące krew w żyłach?

Okazuje się, że jestem ogromną fanką literatury pięknej!!! Czego się nie chwycę ostatnio z tej dziedziny, zachwycam się pod niebiosa. Przemęczenie kryminałami, thrillerami, książkami obyczajowymi? Czy szczere docenienie dzieł z tego gatunku? Chyba trochę jedno i drugie. Bez względu jaka jest moja motywacja „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach” podobały mi się bardzo!

Nie odnalazłam w nich jednak samej grozy, horrorów, strasznych historii. Odnalazłam dużo więcej. Okazuje się, że topowi autorzy anglojęzyczni jak Oscar Wilde, Charles Dickens, czy Margaret Oliphant mieli ogromne poczucie humoru i umiejętność obrazowania groteski. Do tego oczywiście cięty język i zdolność opisywania przywar, humorów, słabostek i wszelkich ułomności, które trapiły angielskie, walijskie, szkockie, amerykańskie społeczeństwo.

(…) Liczne amerykańskie damy, opuszczając swoją ojczyznę, natychmiast zaczynają nieustannie chorować, gdyż odnoszą wrażenie, że na tym polega europejskie wyrafinowanie…- „Duch Canterville” Oscar Wilde

Oczywiście mam swoich faworytów. Cytowane powyżej przeze mnie opowiadanie „Duch Canterville” okazało się opowieścią niezwykle przezabawną z przerysowanym wątkiem straszącego posiadłość milorda duchem, która została zakupiona przez amerykańskiego pastora Otisa. Nie było w nim ani grozy, ani horroru. Była za to duża dawka humoru oraz prześmiewcza narracja opisująca chociażby relację domownikami z duchem opartą na „wojnie domowej”, na zasadzie kto kogo przetrzyma. Podobało mi się również opowiadanie „Pallinghurst Barrow” Granta Allena, który znowu zobrazował perturbacje młodego Rudolpha w trakcie gościny u Lady Bouviere-Barton. Gdzie niespotykaną wkładką okazały się doświadczenia na Długim Kurhanisku, o których się słyszy, ale w które się nie wierzy.

Mogłabym tak długo relacjonować mój zachwyt nad poszczególnymi dziełami tej krótkiej formy, które znalazły się w antologii. Nie o to jednak w recenzji chodzi. Chodzi, by wskazać potencjalnemu czytelnikowi czy warto. Ja zdecydowanie piszę, że warto. Nawet jeśli nie jesteście fanami dawnej literatury pięknej, użyty w tłumaczeniu język nie nuży,  nie denerwuje, nie drażni współczesnego czytelnika. Pozwala mu poczuć ten zapach, ten strach, tę duszność wydarzeń, o których czytamy.

Ps. oczywiście zachęcam czytać opowiadania odrębnie. Ja tak zrobiłam. Poszczególne historie nie miały więc prawa zlać mi się w całość.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Wyspa” Victoria Hislop

WYSPA

  • Autorka: Victoria Hislop
  • Seria: Wyspa (tom 1)
  • Wydawnictwo: Albatros
  • Liczba stron:432
  • Data premiery w tym wydaniu: 28.07.2021
  • Data 1 wydania polskiego: 09.11.2007
  • Data światowej premiery: 10.04.2006

Z okazji wydania drugiego tomu cyklu, który premierę miał 28 lipca br. otrzymałam niespodziankę od @WydawnictwoAlbatros w postaci pierwszej książki serii pt. „Wyspa”. Książka polską premierę miała w 2007 roku, więc jest już znana szerszemu gronu czytelników. Ja do niej sięgnęłam dopiero teraz, przed rozpoczęciem czytania kolejnej lipcowej premiery od @WydawnictwoAlbatros, tj. książki „Pewnej sierpniowej nocy”. Victoria Hislop w „Wyspie” – współczesna brytyjska pisarka  – nakreśliła niebanalną historię z tragedią rodzinną w tle. Tragedią, która działa się w najpiękniejszych zakątkach Krety, z najbardziej wspaniałymi zapachami i smakami kreteńskimi odzwierciadlającymi codzienne, zwykłe życie. Czy zachwyciła mnie ta pozycja, jak obiecywał Wydawca, tak jak sagi rodzinne i twórczość Lucindy Riley?

Kalispera, Kalimera!

Mimo, że historia rozpoczyna się we współczesności, gdy Alexis – córka Kretenki i Anglika – postanawia odwiedzić rodzinną wyspę matki, Kretę, jest to historia w większości osadzona od 1939 roku do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Historia rodziny zamieszkującej małą wioskę Plakę, która była jednym z najważniejszych traktów komunikacyjnych ze Spinalongą, wyspą trędowatych, która funkcjonowała do schyłku lat pięćdziesiątych. Główny nurt powieści toczy się wokół historii prababki – Eleni dotkniętej przez trąd, siostry jej babci –  Marii oraz wszystkich tych, którzy zachorowali i przez obowiązujące wtenczas prawo znaleźli się na wyspie. Na wyspie, która aktualnie jest jednym z najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Krety. Na wyspie, na której niejednokrotne życie się skończyło i niejednokrotne tak naprawdę rozpoczęło na nowo.

Cóż. Przyznaję, faktycznie książkę mogę porównać do pióra Lucindy Riley, której jestem wielką fanką, lecz wyłącznie do jej początkowych dzieł, które oceniłam jak dotychczas najniżej. Trochę stylem przypomina mi „Dziewczynę z Neapolu”. Brakuje w treści rysów psychologicznych postaci, skonstruowanych w oparciu o trudne losy, wydarzenia bohaterów. Nie mogłam znieść chwilami lakonicznych sformułowań, zbędnego doprecyzowywania i dopowiadania w treści, słabego odniesienia do emocji. W niektórych miejscach powieść dla mnie była zbyt infantylna. Mimo, że niosła ze sobą przekonanie o dużej wartości, forma i styl nie sprostały moim oczekiwaniom. Bohaterowie wydają mi się zbyt płascy. Kompletnie nie zrozumiałam motywu z pięcioletnim związkiem Alexis z Edem, którego sama na początku tej trudnej dla niej odkrywczej drogi odrzuciła. Niezrozumiałe dla mnie były motywy, samej Sofii, matka Alexis zachowała całkowicie obojętny stosunek do pomysłu córki, by poszukiwać jej historii u kreteńskiego źródła. Autorka jakby w niewystarczający sposób pochyliła się nad tymi wątkami.

Czy dostrzegam jakieś plusy? Oczywiście, że tak! Książka przecudnie obrazuje rzeczywistość Krety. Kto był, ten bez problemu odnajdzie się w drodze na Spinalongę, na ulicach Heraklionu (lub Iraklionu jak jest w „Wyspie”), w drodze na płaskowyż Lasithi, w Agios Nikolaos czy najdroższej wyspie Santorini.  Kto był, ten bez problemu odnajdzie  w książce kreteńskie, tradycyjne smaki, przepyszną musakę lub odwieczne souvlaki. Autorka skupiła się w fabule na niszczycielskim wpływie choroby na rodziny, które zostają rozdzielone, na raz zerwane i nigdy nie odbudowane więzi, między rodzicami i dziećmi, między małżonkami, między rodzeństwem. Na tym jak tragedia rozstania odciska piętno na ludziach, którzy jej doświadczają. Szczególnie zobrazowała to na przykładzie dwóch sióstr Anny i Marii, które w całkowicie różny sposób radziły sobie z tą traumą. Hislop brawurowo odzwierciedliła nastroje, które panowały wśród mieszkańców Krety w związku z funkcjonowaniem Spinalongi. Jak w Place nie tolerowano chorych, bano się ich, jak stygmatyzowano wszystkich, którzy pracowali przewożąc na wyspę potrzebne jedzenie, lekarzy, leki itd. Jak stygmatyzowano rodziny chorych. Przejmująco opisała tragedię dzieci, które ze względu na chorobę były odrywane od swych rodzin i przewożone na Spinalongę, gdzie dożywały dorosłości, często kończąc na niej swe życie. Podobał mi się pomysł pokazania dwóch równoległych światów, świata zdrowych w Place i świata chorych na Spinalondze. Dwóch światów tak odrębnych, tak różnych, a jednak funkcjonujących obok siebie i wzajemnie się przenikających. To jest największa wartość tej książki.

Książka mnie nie zachwyciła, mimo interesującego tematu. Liczne tematy zostały podjęte i rozwinięte, by w chwili gdy zaczynały mnie interesować zostać porzucone. Jest to jednak pozycja dla fanów książek obyczajowych z przepiękną scenerią, w której odnajdzie się prawie każdy czytelnik.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki  Wydawnictwu Albatros.

„Dotyk” Ilona Gołębiewska

DOTYK

  • Autor:ILONA GOŁĘBIEWSKA
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Liczba stron:416
  • Data premiery:28.07.2021r.

Kilka dni temu premierę miała najnowsza powieść Ilony Gołębiewskiej od Wydawnictwa Muza. Niejednokrotnie już pisałam, że książki autorki bardzo lubię i biorę w ciemno. Tak było i tym razem, gdy dowiedziałam się o premierze „Dotyku” nie musiałam się zastanawiać oni przed chwilę, czy powinnam zdecydować się na lekturę. Tym bardziej, że po lekturze „Pragnień” i „Zmysłów” wiedziałam dokładnie czego się spodziewać, gdyż nie tylko stylistyką okładki (które są zachwycające) książki są do siebie podobne. Od poprzednich książek autorki wyróżnia je to, że bohaterowie są stosunkowo młodzi, dopiero szukają swojego miejsca w życiu, a styl jest pełen emocji, zdecydowanie sensualny.

Maja jest młodą kobietą, piękną, szaloną spontaniczną. Razem z przyjaciółmi rozkręca swoją firmę , układając swoje życie po burzliwej przeszłości. Michał jest 10 lat starszy, pozornie niewiele ich łączy. Mężczyzna jest poukładany, rozsądny, prowadzi własną firmę remontową. Jednak od samego początku coś ich do siebie przyciąga. Poznali się w dosyć trudnym momencie swojego życia, oboje stoją w pewnym sensie na rozdrożu, oboje mają swoje tajemnice. Nie są jednak w stanie zbyt długo opierać się łączącej ich znajomości. Umawiają się więc na niezobowiązującą relacje, w której oboje szukają bliskości, czułości i namiętności. Czy mino tajemnic i kłopotów zdecydują się zaryzykować i stać się dla siebie kimś więcej?

Powieść czytało mi się bardzo dobrze. Pisana lekko i przyjemnie sprawia, że trudno się od niej oderwać . Ujęła mnie swoim niepowtarzalny klimatem, młodzieńczą energią, brawurą, optymizmem, podejście, które szarzy radość życia. Podczas lektury tej książki nie sposób się dołować, mimo że nie brakuje w niej trudnych tematów. Również głowni bohaterowie, nie tylko Ci pierwszoplanowi zyskali mają sympatię. Najbardziej chyba polubiłam Michała, jest zdecydowany, konkretny, szczery i odważny. Majka momentami mnie irytowała, zachowywała się często niedojrzale i naiwnie. Nie rozumiałam też tych wszystkich tajemnic między nimi…

Opowiedziana przez autorkę historia, mimo że składa się ze znanych czytelnikowi elementów jest bardzo ciekawa i porywająca. Jest w niej wszystko, co powinna zawierać dobra lektura, emocje, wrażenia, błyskotliwe dialogi, charakterni bohaterowie, wątek sensacyjny. Zachęcam Was gorąco do lektury tej powieści, na wakacje jest wprost idealna.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Muza.

„Milczący zamek” Kate Morton

MILCZĄCY ZAMEK

  • Autor: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron:560
  • Data premiery:14.07.2021r.
  • Data 1 polskiego wydania: 10.08.2011r.
  • Data światowej premiery: 01.01.2010r.

Czytaliście „Trzynastą opowieść” Diane Setterfield lutową premierę również od @WydawnictwoAlbatros ? Ja czytałam i muszę powtórzyć, że książka jest warta naszego czasu (moja recenzja na klik). Nie bez powodu dzisiejszy wpis zaczynam od wspomnień. Właśnie skończyłam książkę Kate Morton pt. „Milczący zamek”, która premierę w wydaniu butikowym nakładem @WydawnictwoAlbatros miała 14 lipca br. Jest to bez wątpienia pozycja dla zachwyconych „Trzynastą opowieścią” czytelników. Mamy tu wiele elementów wspólnych. Jest i stare domostwo, w tym przypadku tytułowy zamek. Są i trzy siostry, które łączy szczególna, bliska więź. Jest i oczywiście rodzinna tajemnica, która niszczy życie praktycznie wszystkich domowników, która ciągle wyzwala demony. Jest także motyw związany z książkami, są pisarze, redaktorzy, dziennikarze. Zaciekawieni? To poczekajcie, jak przeczytacie całą recenzję.

 Nie mogę się zgodzić z opisem Wydawcy. Nie jest to w mojej opinii „wspaniały romans”, choć owszem elementy miłosne zostały wplecione w fabułę. Są one jednak wątkiem pobocznym. Trudno znaleźć bohatera, który nikogo nie kochał lub przynajmniej nie był zauroczony, prawda? To bardziej opowieść gotycka, saga pewnej nietuzinkowej rodziny, historia pewnych nietypowych rodzinnych relacji. A wszystko zaczyna się, gdy po pięćdziesięciu latach zostaje dostarczony dawno zaginiony list. List, który otrzymuje Meredith i który wywołał wspomnienia wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, gdy Meredith jako mała ewakuantka z Londynu w czasach wojny została rezydentką w zamku Mildehurst i była goszczona przez siostry Blythe. Córki słynnego, angielskiego pisarza Raymonda Blythe’a, twórcę opowieści o Człowieku z Błota. Córka Meredith, Edith „Edie” Burchill, redaktorka w małym rodzinnym wydawnictwie zafascynowana nowymi szczegółami życia jej matki postanawia odwiedzić zamek oraz dotrzeć do spadkobierczyń słynnego Raymonda Blythe’a. Dowiedzieć się, jaka była prawdziwa geneza Człowieka z Błota i czy którakolwiek z sióstr –  bliźniaczki Percy i Saffy oraz Juniper – odziedziczyła po ojcu literacki talent.  W ten sposób Edie rozpoczyna swoją podróż. Podróż w przeszłość, tą całkiem odległą, gdy na zamku następowały różne wydarzenia. Wydarzenia, które związały życie sióstr na zawsze.

Książka składa się z pięciu części, które ułożone zostały z zatytułowanych rozdziałów. Autorka prowadzi fabułę w dwóch perspektywach czasowych. Teraźniejszość toczy się w latach dziewięćdziesiątych. Nie dziw więc, że w trakcie pracy badawczej Edie nie korzysta ze smartfona, laptopa itd. Robi po staroświecku po prostu notatki. Przeszłość to rok 1941, od czerwca do końca października. Historia relacji Juniper z Thomasem Cavillem, mężczyzną na którego Juniper czeka nawet pięćdziesiąt lat później. Narracja jest pierwszoosobowa, to Edie jest narratorką i muszę stwierdzić, że ten sposób narracji idealnie sprawdza się w powieści. Wspaniale czyta się książkę opowiedzianą ustami, myślami, dedukcją inteligentnej, młodej kobiety kochającej książki. Dla książkofila to prawdziwa uczta. Uwielbiam czytać w książkach o książkach!

Kobiety w środku nie miały szans” – „Milczący zamek” Kate Morton.

Naprawdę nie miały żadnych szans. Nie miały szans na miłość, mimo, że każda z sióstr kogoś kochała i za kimś do końca życia tęskniła. Nie miały szans na samodzielność, chociaż dwie podjęły próby porzucenia zamku i jego mrocznych tajemnic. Nie miały szans na radosne życie, gdyż obarczone chorobą najmłodszej siostry musiały trzymać się razem i chronić tą, która miewała wizyty nieproszonych „gości” i cierpiała na chwilowe zaniki pamięci. Nie miały szans na porzucenie zamku i wyzwolenie się z jego murów, murów, które z roku na rok coraz bardziej zapadały w ruinę tracąc swoją dawną świetność. Nie miały szans zmazać grzechów własnych przodków i zapomnieć o demonach, które chowają się w „naczyniach krwionośnych” zamku. I o tych straconych szansach jest ta książka. O wszystkich niespełnionych marzeniach, oczekiwaniach i pragnieniach. O wzajemnym uzależnieniu i jednocześnie ogromnej siostrzanej więzi. Więzi, aż po grób. Chwilami ciężko było mi przebrnąć przez długie opisy scenografii, przyrody, opisów ówczesnego Londynu, czy samego zamku Mildehurst, a także odwołań do poprzednich wydarzeń, dni, spotkań, dialogów. Miałam wrażenie jakby Autorka przy okazji każdego nowego rozdziału kreśliła historię na nowo, wprowadzała czytelnika w wątek. Nie czytałam innych książek Kate Morton – Australijskiej pisarki, która zdobyła międzynarodową sławę książkami „Dom w Riverton” oraz „Zapomniany ogród”.  Możliwe, że to co uznałam za mankament książki jest po prostu cechą charakterystyczną pisarza. Możliwe, ze to co uznałam za wadę okaże się ogromną zaletą dla innego czytelnika. Możliwe!

Książka została napisana pięknym, literackim językiem. Brak powtórzeń, brak nieścisłości. Opisaną historię czyta się w napięciu, ciągle czekałam na zakończenie, na ostateczne odkrycie tajemnic krążących po zamkowych, ciemnych, dusznych korytarzach. Na odkrycie, kto kryje się za zamazanymi twarzami demonów, które nie pozwalają siostrom zasnąć. W zakończeniu Autorka zamknęła nawias. Nawias pewnej historii, która rozpoczęła się i zakończyła w murach zamku Mildehurst, jakby chciała zwrócić nam uwagę na konieczność wracania do korzeni, do tego co nas ukształtowało i przed czym tak naprawdę nigdy się nie uchronimy.

Niech nie wystraszy Was ilość stron. Książkę czyta się naprawdę szybko, gdyż historia w niej opisana wciąga jak ruchome piaski, a wyjątkowo sprawnie rozrysowani bohaterowie, aż wołają by ich dotknąć. Każde kolejne otwarcie książki było dla mnie jak niesamowite spotkanie z niebanalnymi osobami, brytyjskimi znajomymi, którzy tylko czekali, by mi opowiedzieć trochę o sobie, o ich życiu. A na takie spotkania warto się wybierać. Czytajcie!!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Uratować Missy” Beth Morrey

URATOWAĆ MISSY

  • Autor:BETH MORREY
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:414
  • Data premiery:20.07.2021r.

Z wielką przyjemnością zaczęłam czytać „Jeden z najgłośniejszych brytyjskich debiutów literackich 2020 roku…” – jak wskazał Wydawca w swym opisie. Zaintrygował mnie ten opis nie powiem. „Uratować Missy”  Beth Morrey, która miała premierę 20 lipca br. i została wydana przez Wydawnictwo @zyskiska to historia o prawie osiemdziesięcioletniej kobiecie. Kobiecie, której wbrew naszemu wyobrażeniu życie nie chyli się ku końcowi. Kobiecie, którą ktoś i z jakiegoś powodu zapragnął uratować. Czy to nietypowa książka o staruszce? Na to pytanie mogłam odpowiedzieć tylko zaczynając czytać. 

(…) moja samotność, moja pustka, była balonem, który wydymał się i porywał mnie daleko. Leczy kiedy dom wypełniał mąż i dzieci, nie zauważałam tego, nie doceniałam…”– „Uratować Missy” Beth Morrey.

Missy, a właściwie Millicent Carmichael to samotna 79-letnia staruszka. Mieszka w wielkim, smutnym domu. Ukochanego męża – Leo nie ma już przy niej, z córką się pokłóciła, a faworyzowany przez nią syn zamieszkał na innym kontynencie ze swoją żoną i ukochanym wnukiem. Dzień po dniu Missy zmusza się by nie spędzić całego dnia w łóżku. „Niedospana i drażliwa” siada codziennie przy stole by napić się herbaty, przeczytać wiadomości i zacząć robić…. No co ? Cokolwiek! Byleby nie być sama. Stara się znikać wszystkim sprzed oczu, nikogo nie kłopotać, o nic nie zabiegać, aż do pewnego momentu, gdy spotyka w parku dwie energiczne kobiety, Angelę i Sylvie. Kobiety, które miały odwagę w jej imieniu powiedzieć: dość!!!  

Książka jest napisana w bardzo dobrym stylu. Narratorką jest Missy. To z jej punktu widzenia obserwujemy bieżące wydarzenia, jak i zdarzenia z przeszłości dzięki inteligentnej retrospekcji. Retrospekcji, która pozwala nam zrozumieć, co ukształtowało współczesną Missy. Patrzymy więc na Missy z perspektywy dziecka, z perspektywy ambitnej studentki,  z perspektywy młodej żony i matki, aż wreszcie patrzymy na Missy z perspektywy samotnej gospodyni domowej. Jest więc dużo historycznych wydarzeń przywołanych we wspomnieniach. Jest osnuta wojną Anglia z jej dzieciństwa, jest walka jej matki o równouprawnienie kobiet, jest konflikt grecki z lat siedemdziesiątych, jest i problem społeczny związany z samotnym rodzicielstwem i aborcją. Jest także dużo istotnych współczesnych wydarzeń i problemów. Jakby Autorka chciała nam zwrócić uwagę, że problemy społeczne nie omijają nas i w dorosłym życiu. Z przymrużeniem oka czytałam o stosunku Missy do Brexitu, starałam się zrozumieć jej stosunek do związków homoseksualnych oraz współczesnych metod wychowywania dzieci. Czytając wyobraziłam sobie Missy jako drobną, kruchą staruszkę, ubraną i zachowującą się w typowo brytyjskim stylu. Taką, jaką chciała ją przedstawić Autorka. Missy jest więc powściągliwa, stara się wszystkich i wszystko trzymać na dystans, nikomu nie chce robić kłopotu, od nikogo nie chce być zależna, wiecznie katująca się konwenansami i mówiąc wprost uważająca, że praktycznie nic nie wypada. Oczywiście momentami Missy mnie denerwowała. Zachowywała się jak dziecko, które stojąc przed półką ze słodyczami, mimo ogromnej chęci nie sięga po nie, jakby celowo chciało się ukarać, jakby celowo chciało za tymi słodyczami tęsknić. Trochę jej postać była niekonsekwentna. I to mi przeszkadzało. Chwilami miała jasne, bystre spojrzenie na otaczającą ją rzeczywistość, jakby miała czterdzieści lat. Momentami zaś zachowywała się i myślała, jakby leżała już na łożu śmierci i nie opłaca się już podejmować żadnej aktywności, bo przecież nadchodzi koniec. Taka postawa męczeńska, katująca się własnymi błędami z przeszłości, nawet bardzo dalekiej, nie potrafiąca sobie poradzić z niepowodzeniami i niewypowiedzianymi słowami.

Bardzo podobał mi się motyw przyjaźni opisany w książce. Przyjaźni wielopokoleniowej, przyjaźni niespodziewanej i zaskakującej. Okazuje się, że wiele wspólnego mają trzydziesto i czterdziestolatkowie z prawie osiemdziesięcioletnią staruszką. Bez względu na kolor skóry, bez względu na pochodzenie, bez względu na status społeczny i na orientację seksualną. Każdy potrzebuje kogoś wokół siebie, bez względu na to, co osobiście uważa. Z perspektywy czytelnika, prawie dwukrotnie młodszego od głównej bohaterki, „Uratować Missy” to książka wielopokoleniowa. Bohaterowie są bowiem w różnym wieku, a tym samym rzeczywistość postrzegają w różny sposób. To lektura pokazująca meandry dorosłości z perspektywy kogoś, na kogo zwykle nie zwracamy uwagi na ulicy. A może właśnie mijamy taką Missy?

To niezwykle urzekająca powieść na pięćdziesiąt tysięcy słów. Bardzo udana i odświeżająca lektura. Wielość wątków nie nudzi, wręcz przeciwnie pozwoliły one poszerzyć mój, czytelniczy punkt widzenia.  Bardzo lubię lektury, które pokazują kierunki, w których powinniśmy zmierzać i które pokazują drugą stronę lustra. Stronę różną od samotności i bólu po rozstaniu. „Uratować Missy” do takich należy. Warto się w tą lekturę zgłębić i wyjść razem z Missy w dżdżysty brytyjski poranek, w tą angielską mgłę. Wyjść i zobaczyć, kogo los da nam spotkać na swojej drodze.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Chichot” Greta Drawska

CHICHOT

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 3)
Data premiery: 2021-07-14
Liczba stron: 352

Wiem, że od premiery trzeciej części cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem minęły już dwa tygodnie. Musicie jednak wiedzieć, że ja przy okazji premiery z 14 lipca br. przeczytałam dwa poprzednie tomy, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia. I nie żałuję! Jeśli chcecie sobie przypomnieć moją opinię na temat poprzednich dwóch tomów to recenzje znajdziecie tutaj: „Rytuał” i „Stos”.

Greta Drawska jest nadal dla mnie ogromną niewiadomą, mimo przeczytanych już dwóch książek jej autorstwa. Nie wiem kim jest naprawdę, co lubi, jak postrzega swoje pisarstwo i skąd czerpie inspirację.  Autorka przedstawiła nam się bowiem pseudonimem zainspirowanym miejscem akcji poprzednich dwóch powieści, a mianowicie Drawska Pomorskiego, które okalają: jezioro Drawsko, Pojezierze Drawskie i sama rzeka Drawa.  Tym samym mamy Gretę Drawską. Autorka zagrała z czytelnikiem w unikatową grę na zasadzie znajdź mnie jeśli potrafisz. Ja nie znalazłam. A Wam się udało? W sumie to bez znaczenia, czy to prawdziwa Greta, czy prawdziwy Gret, czy może nowe wcielenie Remigiusza Mroza😉. Ważne, że do trzeciej części serii pt. „Chichot” zasiadłam z takim samym entuzjazmem jak do poprzedniej. Z entuzjazmem i ogromną ciekawością, by sprawdzić co też Wydawnictwo @wydawnictwoznakpl wraz z Autorką nam przygotowało.

(…) Pisarz nie pisarz, leniwy to on był, pani prokurator, jak wszystkie chłopy” – „Chichot” Greta Drawska.

I ten leniwy pisarz staje się pierwszą ofiarą. Używający pseudonimu (prawda, że brzmi znajomo😉) Pan Tom, który „Pisał kryminały z parą przewidywalnych bohaterów, którzy ni to się czubią, ni to lubią, a w to wszystko wplatał wątek historyczny. W ostatniej części trylogii wziął na warsztat temat pochówków antywampirycznych w Polsce. Część książki dzieje się w siedemnastym wieku”. Teraz to na pewno brzmi znajomo!!! Prokurator Wanda Just i podkomisarz Piotr Dereń odkrywają w trakcie śledztwa kolejne sekrety pewnych dwóch rodzin, w których dzieci, jak się okazuje, miały wspólnego ojca.

Dokładnie w taki sposób Greta Drawska puściła oko w stronę czytelnika. Umieszczając w powieści pisarza chowającego się pod pseudonimem i piszącego kryminały z wątkiem historycznym. Pisarz okazał się twórcą bestsellerów. Powieści Drawskiej też na takie pretendują i to całkiem słusznie. Książka przeczytała się sama! Nie mam pojęcia kiedy, ani jak. Zaczęłam czytać ciekawa dalszych losów głównych bohaterów i zanim się obejrzałam już byłam na 200 stronie. Odkładać książkę w tym momencie byłoby ogromną zbrodnią, więc dotrwałam migiem do końca. Nie dziwcie się, że piszę o potencjale na bestseller. Przecież tylko książki, które czyta się jednym tchem, które nie męczą, które wciągają mają szansę na czytelniczy sukces.

Tym razem Drawska zabrała nas w nie tak odległą podróż w czasie. To czasy całkowicie współczesne, gdy Borne Sulinowo okupowane było przez żołnierzy radzieckich. Gdy Polacy mieszali się z  Sowietami, gdy komunizm panoszył się wszędzie. Na te tereny zaglądamy i współcześnie, gdy Borne Sulinowo  straszy miastami widmo i w czasy dawne, gdy stacjonowała tam Armia Czerwona. Ten bardziej współczesny wątek historyczny nakreślił fabułę  w nieco inny sposób. Mniej w niej oniryzmu, zagadkowości, czarów i magii, więcej zdrad, trosk, przynależności i ciągłych pytań, kto obcy, a kto swój. Nie każdy Sowiet to gwałciciel i morderca. Nie każdy Polak jest dobroduszny i oddany sprawie. Szukanie mordercy Just i Dereniowi idzie jak przysłowiowa „krew z nosa”. Wydaje się, że nigdy nie zbliżą się nawet do rozwiązania zagadki. Do tego sytuację utrudnia ich osobista relacja oraz problemy w całej grupie śledczych. Szczególnie wątek Agaty i Tobiasza zasługuje na wspomnienie. W intrydze kryminalnej jest i morderstwo, i utracone dochody, i walka o majątek, i zdrada małżeńska, o której wiedział sam małżonek. Wielu więc wydaje się podejrzanych, wielu mogło zależeć na śmierci Pana Toma. Rozwiązanie nie jest więc tak oczywiste. Autorka nie rzucała mi kół ratunkowych, po których mogłabym szczęśliwie dotrzeć do brzegu, którym okazałoby się rozwiązanie zagadki. Oj nie. Gmatwała, mąciła, naprowadzała na mylny trop do samego końca. Zagadka niby rozwiązana, ale na samym końcu więcej pytań niż odpowiedzi. Pytań na które mam nadzieję jeszcze Drawska udzieli nam kiedyś odpowiedzi.

To nie kryminał gdzie trup ścieli się gęsto, a krew tryska z czterech stron świata. To kryminał, gdzie ważni są ludzie. Ważni są tak samo śledczy, jak i podejrzani. Faktycznie, jest tak jak przeczytałam w jej krótkiej notce biograficznej, Autorka lubi ludzi. Lubi też bez wątpienia czytelnika rozpieszczając go mądrą fabułą, ciekawymi wątkami pobocznymi oraz bardzo dobrym, lekkim stylem. Lubicie być rozpieszczani przez autora? Ja baaaaardzo. Dlatego zachęcam Was do przeczytania nie tylko tej trzeciej części cyklu, lecz całej serii. Zacznijcie proszę od „Rytuału”, zanurzcie się potem w historię opisaną w „Stosie”, a na końcu pochichoczcie z „Chichotem” w ręku. Na dobrą książkę zawsze jest czas!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.

Recenzja przedpremierowa: „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward

OSTATNI DOM NA ZAPOMNIANEJ ULICY

Autorka: Catriona Ward
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 2021-07-28
Liczba stron: 400

Dopiero co publikowałam recenzję lipcowej premiery Remigiusza Mroza od Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału, a już jestem po lekturze kolejnej książki tego samego Wydawnictwa, która premierę będzie miała 28 lipca br. Wiem, wiem muszę uważać, by w recenzji za bardzo nie pospojlerować. Tym bardziej, że z dotychczasowych opinii (na LC średnia 8/5 brzmi obiecująco😊) wynika, że jest to thriller niezwykle trzymający w napięciu. Obiecuję solennie nie zepsuć Wam przyjemności z czytania i nie przemycić w recenzji istotnych wątków z „Ostatniego domu na zapomnianej ulicy” Catriony Ward

Rzadko dosłownie cytuję opis wydawcy. Ten jednak brzmi tak nieszablonowo, że nie mogłam się oprzeć pokusie i nie zostawić przynajmniej jego fragmentu tutaj😉. Sprawdźcie sami: „Oto historia seryjnego mordercy, ale nie tylko. To także opowieść o porwanym dziecku, zemście i śmierci. Oraz o pewnym zwyczajnym domu na końcu zupełnie przeciętnej ulicy. Wszystkie te historie są prawdziwe, a jednocześnie w każdej z nich kryje się kłamstwo…” – z opisu Wydawcy.  Prawda, że brzmi intrygująco? Już sam opis Wydawcy wywołuje ciarki na plecach.

„(…) Oceniam ludzi na dwa sposoby – pod kątem tego, jak traktują zwierzęta i co lubią jeść. Jeśli czyimś ulubionym daniem jest sałatka, wiadomo, że to zły człowiek. A jeśli coś z serem, raczej jest w porządku.” – „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward.

Tak naprawdę to historia nie tylko – cytując samą autorkę, „(…) o kotce imieniem Olivia, dziewczynce imieniem Lauren i mężczyźnie imieniem Ted”. Historia, która rozpoczęła się zaginięciem sześcioletniej Lulu. Dziewczynki, której siostra Dee Dee poszukiwała przez całe jej dorosłe życie. To nawet nie historia o nieudolnych policjantach, którzy nie potrafią odnaleźć dzieci ginących w okolicy miejscowego jeziora. To historia o cierpieniu tych co odeszli i tych, co zostali. I jedno i drugie cierpienie jest niewyobrażalne. I jedno i drugie cierpienie powinno być opisane w sposób, w który zrobiła to Catriona Ward.

Oklaski należą się autorce z wielu powodów. Po pierwsze idealnie wkomponowana w gatunek i treść narracja. Czasem pierwszo, czasem trzecioosobowa. Wszystko zależy z perspektywy, które bohatera relacjonowane są wydarzenia, myśli, czyny. Sposób narracji odznaczony został rozdziałami nazwanymi poszczególnymi bohaterami. Mamy więc rozdziały zatytułowane Dee, Olivia, Lauren, Ted. Dzięki tej narracji autorka sportretowała w bardzo profesjonalny sposób porwaną dziewczynkę, krzywdzonego w dzieciństwie chłopca, szukającą siostrę, czy kotkę Olivię widzącą i czującą wszystko nawet to, czego nie potrafi zrozumieć. Po drugie bohaterowie. Idealnie rozrysowani. Mimo, że momentami wątki poszczególnych postaci bardzo mnie męczyły i utrudniały zrozumienie, to jednak wszystkie opisy splotły się w jedną, komplementarną całość. Po trzecie zaskakujące tematy poboczne. Dość, że cała fabuła utkana jest jak pajęcza sieć, gdzie nie widać ani początku, ani końca, ani tego od czego się zaczęło, ani – bardzo długo – tego jak się skończyło, to dodatkowo Ward wprowadziła bohaterów będących dodatkową zagadką, jak Bogacz, jak Pan Nocny. Po czwarte tajemnicza, nienazwana choroba o której wspomina matka jednego z bohaterów. Choroba, która pustoszy. Po piąte małomiasteczkowa amerykańska społeczność. Społeczność, w której ktoś coś widzi, coś podejrzewa, niby się interesuje, niby jest zaciekawiona, a tak naprawdę nic nie robi, nie bierze sprawy w swoje ręce. Typowo amerykańskie podejście, które piętnuje wtargnięcie do czyjegoś domu, na czyjąś posesję, do czyjegoś życia. Bez względu na okoliczności, bez względu na pozytywne skutki, które mógłby przynieść ten czyn. I po szóste, może najważniejsze, odwaga. Odwaga Catriony Ward, że w taki sposób opisała temat przewodni książki. Jestem pełna podziwu dla niej za przemyślane do samego końca wątki, które potwierdzają jak wiele pracy autorka włożyła w napisanie tej powieści. Przecież musi być niezmiernie trudno skonstruować powieść z tak różnych bohaterów, o tak trudnej, wymagających i niepokojącej fabule. A niepokoje powodują smutne nastroje, gniew, strach, niezgoda, niezrozumienie itd. Takie uczucia głównie mi towarzyszyły. Możliwe, że z tego powodu momentami książka mnie męczyła. Miałam wrażenie, że czytam ją ciężko i mozolnie.

Reasumując, „(…) zawsze dążymy do czynienia dobra. Zawsze próbujemy chronić dziecko” – „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward. Czy zawsze? Czy wszędzie? Czy tylko?

Dajcie się zaskoczyć i wciągnąć!!! Zapewniam, że takiego rozwinięcia się nie spodziewacie.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Znaleziona” Gytha Lodge

ZNALEZIONA

Autorka: Gytha Lodge

Wydawnictwo: W.A.B.

Cykl: DCI Jonah Sheens (tom 1)

Data premiery: 2021-07-14

Data premiery światowej: 2019-01-10

Liczba stron: 432

Na początek parę faktów😊. „Znaleziona”, która premierę miała 14 lipca br. to pierwsza książka @GythaLodge – dramatopisarki mieszkającej w Cambridge – opublikowana w Polsce. Jest również jej debiutem literackim i pierwszą książką z cyklu o nadkomisarzu Jonahu Sheens. Światowe premiery miały już dwie kolejne części. Już przebieram nogami czekając gdy @Wydawnictwo W.A.B., szczęśliwie dla nas czytelników, je wyda😉.

Przed rozpoczęciem czytania powieści nieznanego autora, zawsze czuję lekki dreszczyk emocji. Czy tym razem doświadczyłam „efektu rogów”, czy „efektu aureoli”? Czy znajomość z nowym śledczym w nowej literackiej serii zaczęła się obiecująco? Pięć dni po polskiej premierze przeczytałam już wiele pozytywnych opinii. Mam nadzieję, że ciekawi Was czy je podzielam. Zapraszam więc do przeczytania przygotowanej specjalnie dla Was recenzji „Znalezionej” Gythy Lodge. 

(….) Jak można się cieszyć rozkoszą bez cierpienia? (…) Gdyby rozkosz nie była ulotna, stałaby się normą, prawda? Czymś zwyczajnym. A wtedy od razu zrobiłaby się nudna. Rozczarowująca. Nieistotna.” Znaleziona” Gytha Lodge

Dawno, dawno temu na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku grupka nastolatków wybrała się na biwak. Otaczała ich piękna przyroda, chłodziła rzeka, przeszkadzała wysoka temperatura. Z niedogodnościami, jak i frustracjami radzili sobie używając wspomagaczy. Całkowicie nieodpowiednich dla kilkunastolatków. Dla Topaz, Coralie, Jojo, Connora, Aurory, Bretta, czy Daniela. To wtedy zaginęła czternastoletnia Aurora, której ciało przypadkowa rodzina odnalazła trzydzieści lat później. Sprawą zajmuje się Nadkomisarz Jonah Sheens z konstabl Hanson. Na nowo wszczęte śledztwo od początku napotyka wiele trudności. Pamięć zatarła pewne okoliczności i sytuacje. Nikt z ówczesnych uczestników biwaku nie jest już niczego pewien. Sam Sheens jest osobiście związany ze sprawą. Wiele lat temu znał uczestników biwaku. Biwaku, wokół którego ktoś jeszcze się kręcił. Do tego wychodzi na jaw podejrzenie korupcji sprzed trzydziestu lat i celowe zmylenie psów tropiących użytych w przeszłości do odnalezienia Aurory. Czy tajemnice lata osiemdziesiątego trzeciego ujrzą światło dzienne?

Konstrukcja książki pomaga czytelnikom zanurzyć się w wydarzenia sprzed trzydziestu lat. Bieżąca fabuła przeplatana jest rozdziałami z lata 1983, rozdziałami zatytułowanymi imionami uczestników, z których perspektywy czytamy o tym, co działo się na biwaku. Ten sposób zobrazowania historii potwierdza jak wiele zależy od punktu widzenia, jak wiele szczegółów było nieznanych innym biwakowiczom i jakie wydarzenia spowodowały powstanie wspólnego sekretu. Mówiąc słowami autorki, „(…) jeden człowiek tak naprawdę jest wieloma osobami” i każdy z nas chce coś przed kimś ukryć.  Gytha Lodge oprócz wątków typowo policyjnego śledztwa wzbogaciła fabułę historiami z życia tych, którzy z biwaku wrócili. Jedni żyją w świetle jupiterów, są osiągającymi sukcesy politykami, inni zdobywają sukcesy sportowe. Jeszcze inni pozostali „głową w chmurach” i nadal przeciwstawiają się uciskom, niesprawiedliwości, walczą z podziałami malując graffiti na ścianach. Bez względu jednak na to jaką drogę wybrali, tajemnica z przeszłości i odnalezienie ciała Aurory splata ich losy na nowo, spaja jak agrafka.

Trochę praca Sheensa i Hanson kojarzy mi się z kryminałami skandynawskimi. Sam sposób prowadzenia akcji i działań śledczych przywodzi na myśl skandynawskie pióro. Bez wątpienia „Znaleziona” to nie typowy brytyjski kryminał. Nie ma w nim zbyt długich opisów, ciągłych zwrotów do przeszłości, rozmieniania każdego słowa, gestu, ruchu, wyrazu twarzy na drobne. Tym Autorka mnie bardzo zaskoczyła. Tą wartkością akcji. Mimo, że fabułę przeplatają retrospekcje nie znużyły mnie odnośniki do przeszłości, do tego co się wydarzyło. W wielu miejscach brak jakichkolwiek tropów. Śledztwo na różnym etapie przywodzi na myśl innego podejrzanego. Autorka myli czytelnika, kluczy. To powoduje, że czyta się jednym tchem i trudno od książki się oderwać. To wielka umiejętność uknuć intrygę kryminalną wokół jednego zdarzenia, bez innych, kryminalnych, trudnych i pasjonujących wątków. To dowodzi, że cała fabuła została dobrze przemyślana od początku do końca. Ciekawa jestem, czy kolejne dwie części serii będę czytała tak samo z zapartym tchem.

Mówią, że „młodość ma swoje prawa”. To prawda. Młodym wybaczamy wiele. Tolerujemy przygody z alkoholem, niezobowiązującym seksem, czy próby z narkotykami. Wybaczamy słabości, błędy, zagubienie. Jak w tym wszystkim odnaleźć winnego? Kogo obarczyć odpowiedzialnością za tragedię? Miałam z tym problem. Do samego końca. Spróbujcie i Wy rozwikłać tą zagadkę, co stało się z Aurorą. 

Moja ocena: 7/10

Książkę otrzymałam od Wydawnictwo: W.A.B., za co bardzo dziękuję.