„Łapiąc oddech” Amy Koppelman

ŁAPIĄC ODDECH

  • Autorka: AMY KOPPELMAN
  • Wydawnictwo: REPLIKA
  • Liczba stron: 240
  • Data premiery: 20.09.2022r.
  • Data premiery światowej: 2003r.

Niezwykle się cieszę, że @Wydawnictwo Replika zdecydowało się zaprezentować polskim czytelnikom książkę, która wiele lat temu czekała aż trzy lata, by zagraniczny wydawca zdecydował się ją opublikować. Długo Amy Koppelman walczyła, by „Łapiąc oddech” ujrzało światło dzienne w 2003 roku. I mimo, że temat depresji poporodowej jest ciągle zrzucany na dalszy plan, to powieść głęboko mną wstrząsnęła ukazując realizm problemu, z którym boryka się młoda matka – piękna kobieta mającego inteligentnego, kochającego męża i mieszkanie z widokiem na Central Park. Książka po wielu latach doczekała się światowego wznowienia w 2021 roku przy okazji ekranizacji filmu pod tym samym tytułem z Amandą Seyfried, którą uwielbiam, w roli głównej i Finnem Wittrockiem. Scenariusz napisała Autorka, a co mnie zdziwiło, sama Amy Koppelman zajęła się też reżyserią. Film miał premierę w dniu 29 października 2021r. Film kręcono w Nowym Jorku i we wsi Great Neck (Nowy Jork, USA). Okres zdjęciowy trwał od września 2019 do października 2020 roku. Ekranizacja przypomniała Polsce o pierwowzorze. Dzięki czemu polska premiera książki odbyła się 20 września br.

Film jeszcze przede mną, ale nie ukrywam, że mam go w planach. Mam nadzieję, że nie wstrząśnie mną tak bardzo jak lektura.

Jeśli wyglądasz na szczęśliwą i piękną, to jesteś szczęśliwa i piękna.” -„Łapiąc oddech” Amy Koppelman.

To nieprawda. Wie o tym Julie Davis, która mieszkając na Upper West Side, mająca męża zwracającego się do niej „kwiatuszku” i pięknego małego synka Teddy’ego popełnia samobójstwo. Na szczęście próba się nie udaje. Julie zaczyna przepracowywać swoje życie na nowo. Wspierana farmakologią,  prowadzona psychoterapeutycznie przez lekarza. Stara się cieszyć z każdego dnia, wielokrotnie afirmując się z bycia matką, z bycia żoną, z bycia córką. Niespodziewana druga ciąża komplikuje proces leczenia. Dojrzewające w jej łonie dziecko uniemożliwia zażywanie antydepresantów. Niekończące się zmagania z chorobą osłabiają Julie. Czy da radę zawalczyć o wspólną przyszłość dla Ethana, dla Teddy’ego, dla nowonarodzonej Rachel?

Głęboko poruszyła mnie ta lektura!

Amy Koppelman stworzyła idealną postać, by opowiedzieć światu o niszczącej chorobie, jaką jest depresja i jej przebiegu w okresie poporodowym. Julie jako protagonistka powieści pokazuje prawdziwe oblicze kobiety zmagającej się z trudnymi, dołującymi myślami, stanami lękowymi i bezsennością. Stara się ciągle wmawiać sobie, że powinna być szczęśliwa, że nikt z jej otoczenia nie zasługuje na to, by chorowała. W ten sposób chorowała. Nawet w przeddzień nawrotu chorobu tłumaczy mężowi, że przez dziewięć miesięcy czuła się znakomicie, nic jej nie było. Tylko, że depresja to silna jednostka chorobowa, która w najmniej spodziewanym momencie wychodzi z ukrycia, by wszystko zabrać. By ostatecznie zawładnąć całym życiem, wszystkimi przyszłymi dniami. Julie o tym się też przekonała.

Julie czuje, że zaczyna się pocić i poluzowuje szalik. Ta próżna i brzydka część niej samej zwala się nocą na jej barki. Znowu tu jest, grożąc palcem. Wewnętrzny głos, pełen złych przeczuć ostrzega: Nie uda ci się, cokolwiek byś zrobiła, przegrasz.” -„Łapiąc oddech” Amy Koppelman.

Wzruszyłam się w wielu momentach czytając o normalnie, do której aspirowała Julie. Czytając o jej małych sukcesach. O spacerze z synkiem, o odwiedzinach u koleżanki na prezentacji wyrobów z Tupperware, o zakupach brzoskwiń, z których Julie przygotowywała owocowy mus dla Teddy’ego. Te małe sukcesy, które mogły zamienić się w duże zwycięstwo napawały mnie optymizmem. Szczerze dopingowałam Julie licząc, że finalnie zwycięży, że będzie po tej jasnej, bardziej kolorowej stronie tęczy z kochającym, łagodnym mężem u boku i dwójką wspaniałych, ślicznych dzieciaków.

Książka składa się z trzydziestu krótkich rozdziałów i posłowia autorstwa Adrienne Miller. Nie wiem tylko skąd „Posłowie” zaczyna się informacją, że „(…) powieść „Łapiąc oddech” została opublikowana trzydzieści lat temu…”. Nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej wiadomości. W samym egzemplarzu znalazłam zaś następującą wzmiankę „Copyright © 2003 by Amy Koppelman. First Published by MacAdam/Cage in 2003….” Jakbym nie liczyła, to nadal dziewiętnaście, a nie trzydzieści lat. Frapują mnie takie niezgodności. A szczególnie frapuje mnie niewiedza skąd ten dysonans.

Narracja jest trzecioosobowa, jednakże bardzo intymna. Na Julie i jej walkę z chorobą patrzymy oczami wszystkowiedzącego narratora, który nie tylko relacjonuje wydarzenia z życia Julie, lecz także zagląda do jej duszy, do jej wspomnień i do jej serca. Niestety często odgrzebując najtrudniejsze momenty z jej przeszłości, najmroczniejsze pragnienia i chwile. Szczególnie rola rodziców została dogłębnie zaprezentowana. I rola matki Julie, i rola ojca, którego nie było, a który pozostawił po sobie wiele trudnych wspomnieć i pokłady niespełnionej rodzicielskiej miłości. Narracja się więc całkowicie przeplata. W kolejno ponumerowanych rozdziałach czytelnik zaczytuje się w życiu Julie przed drugą ciążą, a po „wypadku” jak o próbie samobójczej mówi jej własny mąż, a także w okresie ciąży i zaraz po na równi z życiem Julie z obojgiem rodziców i tylko matką. Z życiem Julie przez Ethanem i już razem z nim. Z życiem Julie, która kiedyś była inna, a teraz „(…) chce być żoną dla Ethana i matką dla Teddy’ego…” i która „(…) musi pozwolić sobie na oddech.”. Z życiem Julie na modłę i podobieństwo innych kobiet z grup odniesienia. Tymi, które cieszą się z macierzyństwa. Tymi, które karmią przez sześć miesięcy, nawet jeśli nie mogą brać przepisanych im leków. Tymi, które są szczęśliwe, zawsze szczęśliwe lub by być bardziej precyzyjną, na takie tylko wyglądają. To narracja tragiczna, w wielu jej wymiarach. Nie tylko w postaci samej głównej bohaterki.

Powieść mną wstrząsnęła. Nie spodziewajcie się happy endu, który mi wydawał się możliwy. „Łapiąc oddech” stanowi niespotykany obraz chorej na depresję matki, żony i córki. Życiowo pasywnej kobiety, dla której drobne sprawy nabierały rangi ogromnego wysiłku. Kobiety, której kibicowałam i którym powinniśmy kibicować w prawdziwym życiu. Rozglądajmy się, czy nie widać takiej Julie wokół. Rozglądajmy się i reagujmy, by kiedyś nie było za późno…

Sięgnijcie po to kompendium wiedzy o życiu i walce, którą czasem trzeba stoczyć. Sięgnijcie po „Łapiąc oddech”. Szczerze Was do tego zachęcam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU REPLIKA.

„Narzeczona z powstania” Magda Knedler

NARZECZONA Z POWSTANIA

  • Autorka: MAGDA KNEDLER
  • Wydawnictwo: MANDO
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery: 7.09.2022r.

Narzeczona z powstania” @Magda Knedler debiutowała nakładem @wydawnictwomando w dniu 7 września 2022 roku. Ostatnio tej Autorki czytałam opowiadania, które znalazły się w antologiach „Teraz cię rozumiem mamo” oraz   „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny”. Przygodę z prozą rozpoczęłam od kryminału w atmosferze Świąt Bożego Narodzenia pt. „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” z 2017, który skojarzył mi się z klasycznym kryminałem w stylu samej Agathy Christie. Zabierając się do czytania premiery z września br. zwróciłam uwagę na zapowiedź premiery z 12 października 2022 pt. „Pani z labiryntu”. Skąd ten wysyp publikacji w tak krótkim czasie Pani Magdo? No skąd?

Większość chłopów nie nadaje się na ojców. I w ogóle nie nadają się do mnóstwa innych rzeczy, no ale jakoś są w tym życiu potrzebni i co poradzić.” -„Narzeczona z powstania” Magda Knedler.

Historia zaczyna się w czasach, gdy o mężczyznach inaczej się mówiło i inaczej się ich traktował. Zaczyna się w 1938 roku w rodzinie Marii Gołyńskiej. To historia jej rodziny. Matki Julji i ojca Józefa, na którego własna żona często mówiła Osip. To opowieść o jej siostrze Staci. O domku na Bródnie i mieszkaniu w Centrum Warszawy na Jagiellońskiej. To dzieje jej miłości do Walentego Mickiewicza. Sieroty zakochanego w kraju, oddanego żołnierza. I opowieść o służbie Marysi w oddziałach PKW. To też historia Rudolfa, chociaż trwała znacznie krócej niż Marii. Historia jego przyjaciela Faji, jego nie-żony Lotki, jego zamiłowania do alkoholu, do papierosów, do tańców i do dziewiarstwa. To trochę więc historia Leona Pyszli, który prowadził zakład dziewiarski. Historia Żydów, Polaków, Żołnierzy przez duże „Ż” i tych co ocaleli. A najpiękniejsze w tej historii jest to, że ona zdarzyła się naprawdę. Że była Marysia, była Julja, był Osip i Walek, a także Rudolf ze swoimi przybocznymi i rodziną. Wielu z nich było i żyło. I o nich jest ta historia…..

Niezwykle barwna opowieść o prawdziwym życiu !

Ogromnie się cieszę, że sięgnęłam po powieść Magdy Knedler pt. „Narzeczona z powstania”. Gdybym tego nie zrobiła, nie byłabym w stanie dać się ponieść wyjątkowo płynnej historii, która mimo, że opowiada o trudnych czasach, to robi to w sposób tak subtelny, tak delikatny, że ostatnią stronę praktycznie żegnałam z bólem. Autorce należą się wyrazy uznania i szacunku za odwagę w opowiedzeniu tej historii. Jak zresztą sama przyznała w „Od autorki” książka poprzedzona została bardzo głębokim researchem, badaniami w wielu archiwach, analizą różnych dokumentów, które znalazły się w jej rodzinie. Knedler, mimo, że do powieści podeszła bardzo intymnie, bardzo osobiście to stworzyła historię, którą z zaciekawieniem czytałam. Okazała się fabularyzowaną historią rodzinną, w której prawdziwi bohaterowie i realne historie wiodą prym.

Osobisty stosunek do opowiedzianych zdarzeń Autorka zaznaczyła wyraźnie w narracji. Dość dziwna to konstrukcja. Chyba z taką spotkałam się po raz pierwszy. Losy Marii, Rudka i innych opowiadane są z perspektywy narratora trzecioosobowego, który pełni funkcję kreatora treści. Od czasu do czasu jego w opowieść wkrada się chochlik w osobie samej Pani Magdy, który wtrąca swoje przysłowiowe trzy grosze.

Koleżanki mają na sobie spodnie, ale Marysia spódnicę. Wiem już, że to spódnica starego wzoru…”

Zostawiam cię tam, na portierni, zdyszaną, szczęśliwą, zakochaną. Mam ten list….”

„Walek wsunął jej w dłoń, delikatny złoty krzyżyk na cienkim łańcuszku. (…) Sześć lat później włożyłaś ten krzyżyk, kiedy szłaś na Wileńską, by sobie zrobić zdjęcie.”

To tak jakby narracja w narracji. Z jednej strony niezwykle osobista, relacyjna. Z drugiej oddana chronologii w stylu profesjonalnego komentatora, któremu obce są wzniosłe uczucia i silne emocje. Ta dwoistość jest czymś fantastycznym. Jest wyjątkowa i nietypowa. A do tego idealnie oddaje atmosferę powieści,

Niezwykle ukochałam sobie postać Walka Mickiewicza. Nazwisko wyjątkowe, jak wyjątkowy okazał się sam bohater. W dawnym stylu, typowy absztyfikant sprzed prawie stu lat. Sama Maria jest pełna sprzeczności. Dość pragmatyczna. Bo przecież „(…) wzruszenia są dla egzaltowanych panien, które nie mają innego pomysłu na życiu, jak tylko kochać się w kimś i wzdychać do strzelistych topoli.” Idzie przez życie, aż do 1991 roku, usuwając kłody, które spotyka na swojej drodze. Wyszarpując je rękoma, kopiąc stopami. Mimo ran, mimo siniaków i mimo skręceń. To pewiaczka, działaczka społeczna, też członkini partii komunistycznej. To matka bezdzietna i dzietna. To żona bez męża i z mężem. Losy Marii splatają się w ciekawy wątek od początku do końca. Nie nużyły mnie, nie denerwowały. Losy przed wojną, wojenne i powojenne, a także niechlubne pod komunistycznym nadzorem, Knedler odzwierciedliła bardzo wiernie. Nic, tylko chłonąć tę atmosferę.

Na uwagę zasługuje portret Julji i Józefa. Portret dwójki przypadkowo spotkanych sobie ludzi w Helsinkach. Pary, która po ogromnej stracie postanowiła stworzyć dom na nowo. Dom, najpierw dla dwóch, a później dla czterech członków rodziny. Julja, ukryta arystokratka mogłaby być postacią odrębnej powieści ze swoją pogmatwaną, trudną historią. Mimo, że jest postacią poboczną jest wartością samą w sobie. Za to kompletnie nie spodobała mi się postać Rudolfa, mimo, że sama Autorka poświęciła mu wiele uwagi i troski. W wielu miejscach tłumaczyła jego wybory, jego zachowania, umniejszając jego wady i niechlubne czyny. Ciekawy, choć nie bez defektów człowiek, który wiele w życiu przeszedł. Aż strach pomyśleć o tych wszystkich czytanych historiach, w których on i inni bohaterowie brali udział. Trudno myśleć o Faji, o Irence, o Krysi, o kobiecie, którą odwiedziło sześciu czerwonoarmistów, a która na strychu ukryła trzy kobiety całkowicie później o nich zapominając.  Historie te smucą, zastanawiają, przywołują pamięć. I dobrze. Bo o pamięć tu chodzi. O pamięć o tych wydarzeniach i o ich uczestnikach, którzy przez wiele lat żyli pośród nas.

Szkoda, że nie mam takiego talentu jak Magda Knedler. Wtedy sama mogłabym opowiedzieć trudną historię mojej rodziny. Musicie jednak wiedzieć, że mimo, iż „Narzeczona z powstania” oparta została na fragmentach biograficznych rodziny Autorki, jest to powieść uniwersalna. Jest to książka fabularyzowana, która wszechstronnie opowiada o przedwojniu, wojennej zawierusze, a także czasach następujących po niej. I o ludziach, którym przyszło żyć w ich tle. Napisana została w bardzo dobrym stylu. Wydarzenia naznaczono wyraźnie latami, w których się dzieją. Poszczególne elementy oddzielono od siebie zatytułowanymi rozdziałami. Słowa układają się w piękne zdania, bez powtórzeń, bez współczesnych, potocznych sformułowań i bez powszechnych naleciałości, które czasem mnie denerwują. Czyta się płynnie i szybko, mimo sporej objętości.

Gorąco polecam książkę Narzeczona z powstania” Magdy Knedler. To książka dla każdego. To nie tylko powieść dla fanatyków historii i czasu wojny. To nie książka dla fanów romansów, czy sag rodzinnych. To książka dla czytelnika ceniącego dobrą prozę, w której atmosfera opisywanych lat została oddana praktycznie w stu procentach. I w której bohaterowie prześcigają się w swojej wyjątkowości i barwności. Idealna lektura na jesienne dni. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.

„Kancelaria” Gabriela Gargaś

KANCELARIA

  • Autorka: GABRIELA GARGAŚ
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LEKKIE
  • Liczba stron: 340
  • Data premiery: 27.07.2022r.

Kancelaria” od @Gabriela Gargaś to poprzednia, przed „Kacprem”, powieść Autorki, której recenzji nie opublikowałam w zawierusze urlopowo – wakacyjnej😊. Na półkach księgarskich pojawiła się 27 lipca br. nakładem Wydawnictwa Lekkie. Idealna lektura na lato, które niestety już minęło😉.

Co do samego Wydawcy, to jak przeczytałam; w sierpniu 2021 roku „(…) w ramach należącej do Grupy ZPR Media spółki Time SA powstała nowa marka – Wydawnictwo Lekkie, które ma specjalizować się w literaturze o charakterze rozrywkowym, kierowanej przede wszystkim do czytelniczek szukających lekkiej, beztroskiej, relaksującej lektury.” (cyt. za: https://wydawca.com.pl/2021/09/07/wydawnictwo-lekkie-nowa-marka-w-grupie-zpr-media/ z dnia 21.09.2022r.)Po przeczytaniu „Kacpra” tej samej Autorki (recenzja na klik), założyłam, że powieść zatytułowana „Kancelaria” taka właśnie będzie. Czy się pomyliłam?  Co dziwne na samej stronie marki w zakładce Nasze Marki nie ma informacji o  Wydawnictwie Lekkie, jest tylko kafelek w „Książki i fonografia” z @hardewydawnictwo publikującym całkowicie inną literaturę (zobacz: https://www.grupazpr.pl/ ). Jakby Wydawca odseparowywał się od książek z happy endem, które mają na nas, czytelników działać terapeutycznie. Jakby… Bo jaka jest prawda, trudno powiedzieć… Tym bardziej, ze sama Autorka w „Podziękowaniach” na końcu książki złożyła wyrazy wdzięczności Wydawnictwu Harde😉. A i sam post promujący książkę znalazł się na oficjalnym profilu FB @hardewydawnictwo (link dla ciekawskich tutaj). Które więc wydawnictwo wydało tę publikację, Lekkie czy Harde?

Niekiedy jedna miłość wypiera drugą. Złamane serce da się uleczyć…” – „Kancelaria” Gabriela Gargaś.

Emilia „(…) Jest prawniczką. Jej ojciec jest właścicielem kancelarii, wujek prokuratorem, ciotka policjantem w kryminalnych, a brat cioteczny w dochodzeniówce.” Ada, jedyna mężatka w towarzystwie i matka dwójki dziewczynek twierdzi; „Dopadł mnie jakiś marazm. Monotonia. I zadaję sobie pytanie: to wszystko? To wszystko, co chcę w życiu osiągnąć? To wszystko, na co mnie stać?” Bogna tymczasem to wolny ptak, raz tu, raz tam. Podróżująca, poszukująca towarzysza na zawsze, ale niestety z marnym skutkiem. Te trzy kobiety łączy długoletnia przyjaźń. Łączą niepowodzenia w relacjach z mężczyznami. A cała opowieść zaczyna się od spotkania z Robertem, po którym Emilia wyrzuca sobie; „Jak mogłam się tak cholernie pomylić.(…) Ogoliła nogi, okolice bikini, odstrzeliła się jak stróż w Boże Ciało. Włożyła beżowe szpilki od Louboutina, w których – zamiast chodzić – powinno się siedzieć albo robić wygibasy w łóżku.” 😊.

Złego dobrego początek, albo dobrego złego początek😉. Jak zwał tak zwał. Ważne jest jednak, że „Kancelaria” autorstwa Gabrieli Gargaś trochę mnie zaskoczyła. Nie w treści, nie w formie, a raczej w odczuciach, które pozostawiła po sobie. Już tłumaczę. W warstwie przyjaciółek i ich wspólnych, osobistych perypetii książka jest totalnie spójna. Od razu wczułam się w lekką atmosferę powieści, która w wątku obyczajowym bardzo dobrze wpasowała się w moje oczekiwania. Podobały mi się dialogi, sposób zwracania się do siebie Bogny, Emilki i Ady, a także wątek wzajemnego wspierania się i podejmowania różnych działań naprawczych, w zależności od potrzeb i okoliczności. Zrelaksowałam się czytając ich spostrzeżenia o mężczyznach, o dotychczasowych miłosnych zawodach i doświadczeniach, które raz napawały mnie uśmiechem z przekąsem, a raz jawnym rozbawieniem. I trochę żal, że Autorka podążyła mocno w stronę warstwy romansowej. Wprowadziła Filipa, a także Francesca Calierno, którzy zawładnęli fabułą zbyt mocno, w moim mniemaniu. O ile Filip stanowił ciekawy, atrakcyjny i egzotyczny dodatek, o tyle Francesco wydał mi się nieprawdziwy, kukiełkowy i nielogiczny w swych totalnie różnych odsłonach. Nie ukrywam, że najbardziej z męskich postaci przypadł mi do gustu Igor. I to nie w jego ostatecznym, końcowym wydaniu, lecz bardziej z pierwszej połowy książki. Szczytem wyobrażenia o nim było jego zachowanie na spotkaniu roczników, które w jego wykonaniu rozbawiło mnie do łez😉.

Kancelaria” to książka w trakcie czytania której odczuwałam raz braki i to nawet silne, a raz nadmiar rozwijanych kwestii. Zabrakło mi na przykład większej ilości akcji dziejącej się w środowisku palestry radcowskiej, sędziowskiej, prokuratorskiej i adwokackiej. Autorka wykorzystała praktycznie wszystkie te zawody nawiązując do tytułu książki, ale nie skorzystała z możliwości rozwinięcia wielu wątków, które dla mnie okazałyby się ciekawsze. To samo dotyczy Ady. Jej relacja z Adamem, wyzwania związane z rodzicielstwem i jej nowa w tym rola, zostały potraktowane trochę po macoszemu. A mogły stanowić niezłe tło obyczajowe powieści, jako kontra dla życia singli, którzy zdominowali fabułę. Wątki związane z Francesco, jego świat i sama jego postać wydawały mi się natomiast tak mało realne, że wręcz mnie mierziły. Czekałam z utęsknieniem na innych męskich bohaterów, którzy wydawali mi się bardziej spójni i bardziej prawdziwi. Taaaak, Francesca zdecydowanie było za dużo.

I znowu mam problem z niejednorodnością oceny prozy Gabrieli Gargaś😉. Z jednej strony bardzo dobra książka, lekka, przyjemna i napisana w typowo rozrywkowym stylu, z interesującymi wątkami pobocznymi. Z drugiej przynudzająca w odniesieniu do Francesca i perypetii z nim związanych, ograniczająca rolę ciekawszych postaci. Muszę wspomnieć też o okładce, którą trochę skrytykowałam przy okazji recenzji powieści „Kacper” (recenzja na klik). Okładka z „Kancelarii” podoba mi się bardzo. Tak właśnie wyobrażałam sobie Emilię Wrońską. Tak właśnie….

Jedno muszę przyznać. Czy podobała mi się bardziej, czy mniej ta powieść, nie ma to zbytnio znaczenia. Ważne jest, że „Kancelaria” to książka o kobietach i w moim odczuciu, bardziej dla kobiet. To książka, która może sprawić, że mile spędzicie chwile czytając, a poruszone w niej wątki z jednej strony Was rozbawią, a z drugiej zastanowią.

W ciemne i dżdżyste jesienne wieczory Emilio, Bogno i Ado przybywajcie!!! Miłego czytania😊.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Lekkie.

„Kacper” Gabriela Gargaś

KACPER

  • Autorka: GABRIELA GARGAŚ
  • Wydawnictwo:SKARPA WARSZAWSKA
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 7.09.2022r.

    Dopiero co @Gabriela Gargaś wydała w lipcu br. powieść pt. „Kancelaria”, a już 7 września tego samego roku nakładem Wydawnictwa @Skarpa Warszawska na rynek wydawniczy trafił „Kacper”. Nie sugerujcie się jednak okładką. To nie książka erotyczna, ani żadne soft porno. To nawet nie romans z prawdziwego zdarzenia. Mówiąc szczerze, nic bardziej mylnego, niż okładka tej powieści😉. Kompletnie nie wiem dlaczego Wydawca i sama Gargaś zdecydowali się na nią. Wracając jednak do wspomnianej publikacji, Autorka znana jest z lekkiej i przyjemnej literatury rozrywkowej. Czy powieść „Kacper” dostarczyła mi rozrywki?

    Kobiety dużo znoszą i jeszcze więcej wybaczają, ale mają też swoją granicę wytrzymałości.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    Z opisu Wydawcy;

    On – Kacper – żołnierz jednostki specjalnej stacjonującej we Francji. (…)  Życie żołnierza to jego praca i pasja. Ona – Ksenia – kobieta po przejściach. (…) Różni ich wszystko. Połączy ich miłość.”

    😊😊😊

    Ha. Ha. Ha.

    Ale mnie i Was wkręcił Wydawca opisem😊. Obłędnie nieprawdziwy opis obiecujący kompletnie inną treść, niż znajdziecie w książce. To nie lekka powiastka z motywem przewodnim opartym na spóźnionej miłości, wielkiej namiętności i drżących sercach, a także…no cóż, ciałach. To historia utraconej, wieloletniej miłości. To opowieść o partnerze, który odszedł do młodszej, zgrabniejszej, jędrniejszej i bardziej chętnej. Trochę bardzo stereotypowo, odszedł, ale nie na dobre. To też historia o córce, za którą oboje rodzice tęsknią i o której często myślą. To również historia o różnym typie bólu i życiowej udręki.

    Jakbyś tak zapytała ludzi na ulicy, jaki wór problemów dźwigają, to gdyby zdjęliby ten wór z pleców, otworzyli go i pokazali, co tam dźwigają, to zobaczyłabyś, że ich problem to też twój problem. Ale każdy jakoś musi żyć, bez względu na to, ile razy pękło mu z bólu serce.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    Książka składa się z prologu i dwudziestu ośmiu, kolejno ponumerowanych rozdziałów. Gdzieniegdzie Autorka pokusiła się o narrację pierwszoosobową, szczególnie intymny jest początek powieści. W większości jednak „Kacper” to historia zbudowana na narracji trzecioosobowej, która wszystko wyjaśnia i wszystko tłumaczy. Spodobała mi się początkowa historia Kseni, która wyrusza w oczyszczającą podróż w Bieszczady. Jej perypetie z początków książki odebrałam jako bardzo realne, bardzo rzeczywiste. Jej emocje, jej zachowanie, jej niezgoda na to, co zgotował jej mąż, zostały odzwierciedlone bardzo wiernie, co zdecydowanie umilało czytanie. Choć przyznaję, wątek Olgi mnie już na samym wstępie zawiódł.

    Bardzo doceniam trafne spostrzeżenia i riposty znajdujące się w książce. Takich cytatów mogłabym w recenzji zawrzeć sporo.

    (…) ale takie jest życie. Bywa kurewskie.
     – I pełne kurew.
     – Masz rację.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    – Świat jest okrutny.
       – Bardziej ludzie stworzyli sobie okrutny świat.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    Autorka jest umiejętną obserwatorką życia, relacji i związków pomiędzy ludźmi. To wszystko pozwala jest celnie opisywać otaczającą nas rzeczywistość i przenosić ją barwnie w fikcyjny, opisywany w swych książkach świat.

    Książkę czytało mi się dobrze gdzieś do połowy. Niestety. Później zagmatwałam się w ilości bohaterów. Okazuje się, że wątki z pozoru tylko poboczne stały się bardzo istotne w całej narracji. Nagle powieść nie dotyczyła Kseni i Kacpra, którego jak na tytułowanego bohatera było zdecydowanie za mało. Historia stała się historią Łukasza, historią Lilki, historią Żanety, historią Kuby, historią Filipa, historią Olgi, historią nawet Hani i Leny, a także ukraińskiej matki i jej synka, a tym samym trochę historią wojny w Ukrainie. Zagłębiając się coraz dalej w opowieść miałam wrażenie, że Autorka chciała w jednej powieści zawrzeć odpowiedzi na wiele nurtujących ją pytań, na wiele nierozwiązanych kwestii. To spowodowało, że główne wątki zostały rozmazane przez wielość bohaterów i ich osobistych historii. To przyczyniło się również do tego, że cała historia finalnie okazała się dla mnie mało prawdziwa. Kompletnie do mnie nie trafiła. A finał związany z Olgą wręcz mnie zirytował. Wydawał mi się jakby rzucony od niechcenia, taki na dokładkę, niedopracowany. Niestety ogólnie oceniam „Kacpra” jako powieść niedopieszczoną, nieprzemyślaną w całości. Możliwe, że Gabriela Gargaś w trakcie pisania pozwoliła myślom płynąć bez żadnej autokorekty, bez żadnego steru i bez żadnych tam, co przyczyniło się do stworzenia wielowątkowej powieści obyczajowej, w której główna myśl rozciągnęła się na mnogość wątków tracąc ostatecznie swą świeżość i celność. Trudno powiedzieć, co zostanie zapamiętane na dłużej z tej lektury. Możliwe, że tylko i niestety tytuł.

    Moja ocena: 5/10

    Za możliwość przeczytania książki i podzielenia się moją opinią o niej bardzo dziękuję WYDAWNICTWU SKARPA WARSZAWSKA.

    „Perswazje” Jane Austen

    PERSWAZJE

    • Autorka: JANE AUSTEN
    • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
    • Liczba stron: 312
    • Data premiery: 30.08.2022r.
    • Data 1 wydania polskiego: 1962r.
    • Data premiery światowej: 1817r. (wydanie pośmiertne)

    Perswazje” po raz pierwszy ujrzały światło dzienne w 1817 roku. Jane Austen nie doczekała wydania swego ostatniego, ukończonego dzieła. Zmarła w dniu 18 lipca 1817r. w Winchesterze przeżywszy 42 lata (ur. 16 grudnia 1775r.) Pośmiertnie w tym samym roku wydano również „Opactwo Northanger” . Sama Autorka mimo, że specjalizowała się w opisywaniu życia angielskiej klasy wyższej z początku XIX wieku, urodziła się w rodzinie duchownego kościoła anglikańskiego. Sławę zdobyła za życia publikując kolejno powieści „Rozważna i romantyczna” (1811r.), „Duma i uprzedzenie” (1813r.), „Mansfield Park” (1814r.) i „Emma” (1815r.). Wszystkie jej książki swego czasu przeczytałam. Wiele z nich zobaczyłam również na ekranie. Twórcy i kinowi, i telewizyjni uwielbiają prozę Jane Austen. Najczęściej na ekran przenoszono „Dumę i uprzedzenie” , 1938, 1940, 1952, 1958, 1967 (TV), 1980, 2003, 2005; w 2004 r. zrealizowano także specyficzną, indyjską wersję oraz w 1995 (serial TV), 2012- współczesna adaptacja zatytułowana „Pamiętniki Lizzie Bennet „, w której tytułowa Lizzie opowiada o codziennych perypetiach rodzinnych, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jane_Austen z dnia 18.09.2022r.) Ekranizację najnowszych „Perswazji” aktualnie można zobaczyć na platformie Netflix. W rolach głównych Dakota Johnson i Cosmo Jarvis.

    Wydawnictwo @Zysk i S-ka przepiękne klasyczne wydanie „Perswazji” wprowadziło do sprzedaży 30 sierpnia 2022 roku w tłumaczeniu Katarzyny Krawczyk. Po raz pierwszy w Polsce publikacja pojawiła się w 1962 roku, dzięki Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu, w przekładzie autorstwa Anny Przedpełskiej – Trzeciakowskiej. Z zaciekawieniem przystąpiłam do lektury tej klasycznej literatury, w której prym wiodą losy Anny Elliott.

    Baronet Sir Walter Elliot, próżny i skupiony na sobie właściciel Kellynch Hall doprowadza do jego upadku. Jest zmuszony przeprowadzić się do Bath i wynająć posiadłość admirałowi floty morskiej o nazwisku Croft. Jego córki, najstarsza Elżbieta Elliot, średnia Anne Elliot oraz najmłodsza Mary Musgrove –żona Karola Musgrove, którą poślubił, jak Anne odrzuciła jego oświadczyny, starają sobie na nowo ułożyć życie, po stracie ojcowizny. Okazuje się, że sama przeprowadzka nie jest jedynym zaskoczeniem. Państwa Croft odwiedza Kapitan Fryderyk Wentworth – brat pani Croft, z którym Anne swego czasu była zaręczona. Do małżeństwa jednak nie doszło ze względu na brak akceptacji kandydata przez jej otoczenie. Wentworth staje się jednak aktualnie smakowitym kąskiem w okolicy dla dobrze urodzonych pań. Szczególnie darzą go sympatią Luiza i Henrietta Musgrove, siostry szwagra Anne. Czy  dawne uczucia między Anne  a Fryderykiem odżyją? Czy przypadkowe spotkanie zamieni się w miłosną pogawędkę? Czy jednak Anne pisane będzie zamążpójście z bogatym i utytułowanym kuzynem?

    (…) chociaż każdy zawód jest potrzebny i na swój sposób zasługuje na szacunek, jedynie ci, którzy nie muszą się zajmować pracą, lecz prowadzą regularny tryb życia, na wsi, we własnym rytnie, żyjąc tym, co ich zajmuje i na własnej ziemi, bez męki związanej z usiłowaniem zdobycia czegoś więcej, tylko ci jak mówię, doświadczają w pełni błogosławieństwa zdrowia i dobrego wyglądu.” -„Perswazje” Jane Austen.

    Ależ Autorka lubowała się w napuszonych, rozbudowanych wypowiedziach!!! Praktycznie już zapomniałam jak może brzmieć angielska klasyka sprzed ponad dwustu lat😉. Nie zmienia to faktu, że książka zasługuje na znalezienie się w Waszych planach czytelniczych. Warto znać klasyczne powieści, które swego czasu namieszały w angielskiej society. Kompletnie nie wiem, co sobie myślały czytelniczki i czytelnicy zanurzając się w tak wyraziste charakterystyki postaci. Czy odnajdywali/ły w opisach siebie, kogoś bliskiego? Czy od samego początku kwestionowano realność opisywanych figur?

    Arystokrata Sir Walter Elliot przedstawiony został jako nieudolny i rozrzutny gospodarz, lubujący się w pięknych strojach i frywolnym ubiorze. Całkowicie skupiony na sobie. Uwielbiający przeglądać się w kilkunastu lustrach, które zdobiły jego garderobę. Najstarsza jego córka, Elżbieta została przedstawiona jako próżna, zarozumiała i egoistyczna kobieta, której nie sposób polubić. Podobnie najmłodsza i najmniej urodziwa Mary. Czytając o jej hipochondryzmie i nieumiejętności radzenia sobie z własnym dzieckiem, a także przewrażliwieniu na punkcie swego pochodzenia społecznego, wręcz współczułam i jej siostrze Anne, która starała się ją wspierać i jej mężowi. Jedynie Anna Elliott z całej rodziny da się lubić. Jako przeciwwaga do swych sióstr, jest obdarzona łagodnym charakterem, pozbawiona egoizmu i niezwykle pomocna. Do tego przepięknej urody, która tylko nieco zbladła przez ostatnie sześć lat. Nie dziw, że ona została główną bohaterką powieści.  Nie dziw, że jej Jane Austen oddała fabułę i na jej szczęściu, najbardziej autorce zależało.

    Motyw przewodni książki nie zaskakuje. Jane Austen lubowała się w tematach związanych z kobiecością we współczesnych sobie czasach. Skupiała uwagę na troskach związanych z dobrym zamążpójściem, ograniczeniami płci, a także niesprawiedliwością wynikającymi z praw dziedziczenia. Język jest bardzo rozbudowany. Charakteryzuje się, jak wspomniałam powyżej, kwiecistymi opisami. Choć z drugiej strony, autorka skupia się głównie na bohaterach, relacjach ich łączących, pochodzeniu i myśleniu o sobie, i innych. Jakby chciała zwrócić szczególną uwagę na socjologiczny aspekt fabuły. W książce brakuje wręcz barwnych opisów przyrody, scenografii, czy nawet strojów, którymi zawsze zachwycają kostiumowe ekranizacje. Czytając musiałam posiłkować się wspomnieniami z obejrzanych przez siebie filmów i seriali, by momentami wczuć się w opisywaną historię.

    Bez wątpienia „Perswazje” to książka dla fanów klasycznej literatury. Nie znajdziecie w niej wartkiej akcji, sensacyjnych zachowań, czy inspirujących sformułowań. Chwilami powieść wieje nudą opisując koleje losu pewnej arystokratycznej, zubożałej rodziny, w której nie ma męskiego dziedzica, a córki muszą liczyć na dobre zamążpójście. Lubicie takie klimaty? Jeśli tak, to zerknijcie na najnowsze wydanie „Perswazji” Jane Austen, która swego dzieła nie zdążyła wziąć do ręki.

    Moja ocena: 7/10

    Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

    „Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan

    DŁUGIE BESKIDZKIE NOCE

    • Autorka: IZABELA SKRZYPIEC-DAGNAN
    • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
    • Liczba stron: 352
    • Data premiery: 23.08.2022r.

    Autorka @ Izabela Skrzypiec-Dagnan – strona autorska debiutowała w 2019 roku powieścią „Świetnie się bawię w Twoich snach”. Ja przygodę z Panią Izą rozpoczęłam od „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” (recenzja na klik). „Długie beskidzkie noce”, które znalazły się na polskim rynku czytelniczym dzięki Wydawnictwu @Zysk i S-ka w dniu 23 sierpnia br., zachwyciły mnie opisem Wydawcy i Beskidami w tytule😊. Ja po prostu uwielbiam Beskidy. Założyłam więc, że powieść mi się spodoba. Czy słusznie?

    Bez rozpaczy życie jest płytkie. Kiedy boli, to się żyje.” -„Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan.

    Gdy Jaśmina i jej najlepsza przyjaciółka Kinga miały po dwadzieścia lat, tak właśnie myślały o życiu. Ból był do zniesienia. Ból je uświęcał. Po wielu latach, gdy Jaśmina została matką kilkuletnich bliźniaków – Franka i Filipa – i straciła swą miłość, swego męża Konrada Kamińskiego, stwierdziła, że; „Byłyśmy bardzo młode. Teraz ból to ból. Bez tej całej poetyckiej otoczki.” W tym bólu Jaśmina wraca do miejsca na ziemi, które kiedyś stworzyła z Konradem. Do beskidzkiej wsi. Do beskidzkiego domu. Wspierana przez rodziców. Wspierana przez Kingę i jej partnera Rafała. Zaczyna życie na nowo. Życie pełne trosk, obaw i samotnych, długich nocy. Stara się myśleć pozytywnie. Stara się walczyć. Tłumaczy sobie, że „(…) świat zewnętrzny to często odbicie i kreacja naszego wnętrza – a więc od tego, co w środku należy rozpocząć poznawanie tego, co na zewnątrz. Ze zawsze trzeba być sobą, autentycznym, a jeśli to komuś nie odpowiada, trudno”.

    Jestem wręcz zachwycona prozą Izabeli Skrzypiec-Dagnan😊.  Książka okazała się dla mnie niezwykłą, subtelną przygodą we wnętrze głównej bohaterki, Jaśminy Kamińskiej, która przeżywa swoistego rodzaju katharsis, od chwili gdy dzień po wprowadzeniu się do domu marzeń, jej mąż znika bez śladu.

    Doceniam konstrukcję powieści. Książka składa się z prologu, epilogu i zatytułowanych rozdziałów. Bieżącą rzeczywistość Autorka oznaczyła miesiącami, w których dzieje się akcja. To co spowodowało, że Jaśmina i jej dzieci znalazły się w danym miejscu, dowiadujemy się dzięki czasoprzestrzeni oznaczonej jako „Kiedyś”. I w jednej, i w drugiej perspektywie czasowej Autorka zachwyca narracją pierwszoosobową Jaśminy, która formułuje niezwykle trafne wypowiedzi, w drodze od zrozumienia tego, kim naprawdę był Konrad, do stworzenia sobie życia na nowo.

    Nigdy nie wpuścił mnie zupełnie do swojego świata. Chciałam tam zajrzeć, w głąb, ale trzymał te drzwi starannie zamknięte.” -„Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan.

    Nie tylko główny wątek, straty męża, Skrzypiec-Dagnan opisała w bardzo dobry sposób. Przekonał mnie również wątek przyjaźni, między Jaśminą a Kingą i aspekt rodzicielstwa, w którym niespodziewanie i nieplanowo zakotwiczyła się Jaśmina.

    Rodzicielstwo może być spełnieniem, dopełnieniem szczęśliwego życia, celem, ale na co dzień to orka. Dzieci nie dają spokoju, wyciskają z nas soki, do ostatniej kropli każdego dnia…” -„Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan.

    Bardzo obrazowo Autorka rozwinęła wątek miejscowych mieszkańców wobec przybyłej Jaśminy. I w osobie Marii, i w osobie Wiktorii, a przede wszystkim w osobie Alka, odnalazłam całe preludium gwiazd na panteonie socjologicznej małej miejscowości, w której musi odnaleźć się samotna matka.

    Nie ukrywam, że gdyby nie wyłapany błąd wydawniczy ocena byłaby wyższa😉. Generalnie mam z tym problem, gdy w druku, czy to papierowym czy elektronicznym, dostrzegam pewne nieścisłości. Myśląc o ilości osób, które pracowały nad publikacją nie daję zgody na takie drobne niedociągnięcia. Czytając wydanie elektroniczne na Legimi (ze względu na książkę w podróży) na stronie 72 dostrzegłam literówkę w dialogu; „Nie jestem przerażony. Poradzimy dobie.” Zamiast „Nie jestem przerażony. Poradzimy sobie”. Niby drobnostka, a jednak wyjątkowo kole mnie w oko.

    Z całą świadomością i mocą polecam Wam jednak tę publikację. „Długie beskidzkie noce” Izabeli Skrzypiec-Dagnan to wzruszająca, subtelna opowieść o Jaśminie i jej życiu, nie do końca straconym. Jest delikatna, płynna w swej narracji. To nie książka o odchodzeniu. To nawet nie książka o stracie i o porzuceniu. To książka o trwaniu mimo ogromnego bólu napisana w wyjątkowy sposób. Sposób, który nie nudzi i nie drażni.

    Idealnie skomponowana historia z beskidzkim klimatem i atmosferą w tle. Powieść z serca i o sercu, które ciągle chciało bić. Miłego czytania!!!

    Moja ocena: 8/10

    Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

    „Lekcje chemii” Bonnie Garmus

    LEKCJE CHEMII

    • Autor: BONNIE GARMUS
    • Wydawnictwo: MARGINESY
    • Liczba stron: 462
    • Data premiery: 07.09.2022r.


    Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić opinią o książce, która wywarła na mnie niesamowite wrażenie, której lektury długo nie zapomnę i przy której bawiłam się rewelacyjnie. „Lekcje chemii” autorstwa Bonnie Garmus od Wydawnictwa Marginesy zwróciła moją uwagę oryginalną okładką i zachęcającym opisem. Jest oto debiut, a jego autorka to amerykańska copywriterka i dyrektor kreatywna, od niedawna mieszkająca w Londynie.

    Powieść ta opowiada o Elizabeth Zott. Kobiecie błyskotliwej, oryginalnej, pięknej, szczerej, która chce od życia zdecydowanie więcej niż było ono w stanie zaoferować kobietom w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Jest chemiczką, naukowcem, w świecie zdecydowanie zdominowanym przez mężczyzn, w czasach, gdy dokonania kobiet były lekceważona i marginalizowane. Spotyka ją szereg nieprzyjemności i nikt zdaje się nie traktować ją poważnie. Nikt z wyjątkiem Calvina Evansa, słynącego z pamiętliwości samotnego geniusza, nominowanego do Nagrody Nobla, który zakochuje się w Elizabeth, dostrzegając w niej zdecydowanie więcej niż tylko piękne ciało. Wydawać by się mogło, że od tej pory chemiczka będzie żyła długo i szczęśliwie, niestety nic bardziej mylnego. Przede wszystkim coraz częściej słyszy, że wszystko co ma zawdzięcza związkowi ze słynnym naukowcem, że sama nic nie znaczy. W tamtych czasach kobiety, których główną misją życiową nie było wyjść za mąż, mieć dzieci i prowadzić mężowi dom były kompletnie niezrozumiane i można by nawet powiedzieć, szykanowane. Póki jednak Calvin jest po jej stronie kobieta ma poczucie, że poradzi sobie ze wszystkim. Życie jednak bywa nieprzewidywalne i tak oto parę lat później Elisabeth jest nie tylko samotną matką, ale i gwiazdą telewizyjnego programu kulinarnego. Jednak jej podejście do gotowania, daleko odbiega od popularnego, jest ona bowiem zdania, że gotowanie to chemia, jak również ciężka harówka. Przedstawia więc swoje przepisy w języku chemicznym i co zaskakujące szybko zdobywa grono sympatyków. Niestety równie szybko znajdują się osoby jej nieprzychylne, gdyż to co robi zdecydowanie wykracza poza gotowanie. Elizabeth zachęca bowiem kobiety do zmiany statusu qou, uzmysławiając im, że mogą pomyśleć o sobie i, że ich zadanie również ma znaczenie.

    Powieść ta po prostu mnie oszołomiła, wywarła na mnie ogromne wrażenie, czytałam ją z zapartym tchem, uśmiechem w twarzy, a czasem i łezką w oku. Jest błyskotliwa, niesłychanie inteligentna, zabawna i mądra. Książek dotyczących równouprawnienia kobiet, było już mnóstwo. Tutaj temat został przedstawiony w bardzo odświeżający i subtelny sposób. Styl jest fantastyczny, nienachalny, zgrabny, dowcipny i niesłychanie inteligentny. Na uznanie zasługuje główna bohaterka. Elizabeth jest niesamowita, mądra, odważna, niebanalna, szczera i mająca odwagę być sobą. Jednocześnie nie jest żadną superbohaterką, której nie dotykają problemy czy przykrości. Musi zmierzyć się w życiu z wieloma trudnymi sytuacjami, ma gorsze i lepsze okresy, ale zawsze stara się iść do przodu i jakoś sobie radzić. Również postacie drugoplanowe zasługują na uwagę. Niestety sporo jest negatywnych postaci męskich, ale dla równowagi są też i te pozytywne. Autorka bowiem jest daleka od wskazywania, że mężczyźni są źle, a kobiety biedne i ciemiężone. Bardziej niż na poszczególnych osobach, skupia się na pokazaniu negatywnych zjawisk społecznych, zbiorowego myślenia. Daje nadzieje, że chociaż jedna osoba świata nie zmieni, może zmienić swoje życie i życie osób, z którymi się styka. A to przecież właśnie takie pojedyncze życia składają się na zbiorowy obraz społeczeństwa. Największa porażka, którą możemy ponieść, to uwierzyć, że coś jest niemożliwe i zaprzestać prób dokonania zmian, gdy coś nam nie odpowiada. Tutaj Elizabeth jest prawdziwą inspiracją i wzorem do naśladowania.

    Fantastycznie bawiłam się przy tej książce i uważam, że jest niezmiernie wartościowa. Dlatego też gorąco polecam Wam jej lekturę!

    Moja ocena: 9/10

    Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU MARGINESY.

    „Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery

    ANNE Z REDMONDU

    • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
    • Wydawnictwo: MARGINESY
    • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 3)
    • Liczba stron: 320
    • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
    • Data 1 wydania polskiego: 1930r.
    • Data premiery światowej: 1915r.

    Ani Shirley wierna jestem od dziecka😊. Tak samo jak wierna jestem Wydawnictwu @wydawnictwomarginesy, które z uporem maniaka przedstawia współczesnej publiczności światowe dzieła w odświeżonym, bliższym oryginałom tłumaczeniu. Mimo początkowego szoku od razu przyzwyczajam się do tej nowoczesnej, bardziej wiernej translacji. Jeszcze bardziej wysławiając to czytane przeze mnie dzieło.

    Dwie części rudowłosej już nie – Ani i nadal nie – Kordelii za mną. O „Anne z Zielonych Szczytów” przeczytacie TU, a „Anne z Avonlea” przybliżyłam Wam w recenzji opublikowanej TUTAJ. Teraz  kolej na lekturę „Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery również w tłumaczeniu odważnej, przeciwstawiającej się konwenansom i stuletniej tradycji Anny Bańkowskiej, która debiutowała 24 sierpnia br. Sprawdzicie sami, jak tym razem wypadło tłumaczenie?  

    Anne będąc pełnoletnią młodą dorosłą wyrusza na  studia do Redmond College w Kingsport.  Odczuwa niezmierną tęsknotę za Marillą oraz bliźniętami, Dorą i Davy’m Keithów, które Marilla przygarnęła po śmierci swojej dalekiej krewnej. Nauka daje się jej we znaki. Poświęca każdą chwilę, by efektywnie wykorzystać poświęcony jej czas i zdobyć upragnione wykształcenie. Ciężka praca nie chroni jej jednak przed zawirowaniami serca. Billy Andrews, Charlie Sloane, Roy Gardner i Gilbert Blythe stawiają Anne w trudnej sytuacji. Nowe przyjaźnie z  Priscillą Grant i Philippą Gordon – współlokatorkami w Ustroniu Patty – pomagają Anne przetrwać rozłąkę z domem rodzinnym i zaznać przyjacielskiego ciepła.  

    Kompletnie nie wiedziałam, że Redmond to miejscowość, w której Anne się uczyła by zostać nauczycielką. Ale jestem wytłumaczona, pewnie jak większość czytelniczek, gdyż ja Anne znam jako „Anię na uniwersytecie”😉. Sama Lucy Maud Montgomery nadała książce tytuł „Anne of Redmond”, lecz został on zmieniony przez wydawcę na „Anne of the Island” i oficjalnie tak brzmiał angielski tytuł tej części. Co ciekawe pierwsze polskie tłumaczenie brzmiało „Ania z Wyspy” (1930, przekład Andrzeja Magórskiego). Dopiero rok później Polska usłyszała o „Ani na Uniwersytecie” (1931, przekład Janiny Zawiszy-Krasuckiej).

    Redmond College okazał się jednak ciekawym miejscem, nie tylko dla tytułowej Anne, lecz także dla mnie jako nałogowej fanki serii. Na szczęście głównej bohaterki nie opuszcza optymistyczne podejście do życia, bogata fantazja. Jej delikatne szaleństwo, odwaga i spryt dodają Anne tylko uroku. To taki rudzielec, którego nie da się nie lubić.

    W trakcie czytania poddałam się mechanizmowi, który zaobserwowałam u siebie dawno temu, gdy po raz pierwszy czytałam powieści o Anne. Kolejna część okazała się dla mnie mniej interesująca, mniej zaskakująca, mniej ciekawa. Lucy Maud Montgomery stworzyła postać dojrzalszej Anne, która ze względu na swój wiek straciła trochę z dziecięcego uroku. Książka wraz z kolejną częścią staje się bardziej poważniejsza. Ponad pięcioletni odstęp pomiędzy kolejnymi częściami dał się i bohaterce, i autorce we znaki. Tym bardziej, że nie był to dla Montgomery czas stracony. W międzyczasie bowiem napisała i wydała powieść o Kilmenie, a także dwa tomy „Historynki”.

    Z uważnością jednak czytałam „Anne z Redmondu” rozkoszując się nowoczesnym językiem, użyciem oryginalnych, niespolszczonych imion głównych bohaterów (oj, nadal nie potrafię pokojarzyć, kto jest kto😊) i szukając różnic, które po tak długim czasie od przeczytania „Ani na Uniwersytecie” nie są dla mnie bardzo oczywiste, jak się pierwotnie spodziewałam.

    To część sagi, która od przeszło stu lat rozbudza wyobraźnię młodych czytelniczek. Książka jest nadal o wygranym życiu, chudej, rudej sierotki, która u Cuthbertów  zawitała całkowicie przez przypadek, a która znalazła u nich prawdziwy, kochający dom. To seria z happy endem, którego czasem brakuje nam w rzeczywistym życiu.

    Fani Ani/Anne łączcie się!!! Udanej lektury.

    Moja ocena: 7/10

    Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co serdecznie dziękuję.

    „Duchy Nocy Kupały” Jan Barszczewski, Theo Gift, Zygmunt Krasiński, Anton Straszimirow, Oscar Wilde, Mrs Henry Wood, Jin Yong, Roman Zmorski, Jan Łada

    DUCHY NOCY KUPAŁY

    • Autorzy: JAN BARSZCZEWSKI, THEO GIFT, ZYGMUNT KRASIŃSKI, ANTON STRASZIMIROW, OSCAR WILDE, MRS HENRY WOOD, JIN YONG, ROMAN ZMORSKI, JAN ŁADA
    • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
    • Liczba stron: 600
    • Data premiery: 05.07.2022r.

    Przy poprzednich dwóch anologiach od  Wydawnictwo @Zysk i S-ka; „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach” oraz „Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”  bawiłam się naprawdę bardzo dobrze. Oczywiście, jedne odbiegały tematem od drugich. Niektóre oceniałam wyżej, inne trochę gorzej. Styl pisania jednych autorów mi odpowiadał, innych wręcz męczył i denerwował. Każde jednak zanurzenie się w zbiorze opowiadań, które łączy pewien temat przewodni, a wybrane zostały bardzo wnikliwie przez samego Pana Tadeusza Zysk😊, wspominam dobrze. Z tym samym zamierzeniem zabrałam się do analizowania treści w antologii, która debiutowała 5 lipca br. pt. „Duchy Nocy Kupały”. Niektórzy z autorów pojawili się ponownie. Wśród tłumaczy między innymi mój nieodzowny Zysk-owy translacyjny autorytet, mistrz tłumaczonego słowa Pan Jerzy Łoziński. Tym razem nie duchy, a wilkołaki, wiedźmaki, syrenki,  wiodą prym.

    Różnie o niej mówią. Dla jednych jest Nocą Kupały. Dla innych to kupalnocka, czy  sobótka.  Dla większości z nas Noc Świętojańska. To w tą noc Krakowiacy puszczają wianki na wodzie na znak pogańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca w najkrótszą noc w roku, czyli zwykle z 21 na 22 czerwca. Młode panny puszczały wianki, a młodzi kawalerowie je łapali i wyciągali z wody. Tej, który wyciągnęli należała do nich przynajmniej na tę jedną noc😊. Jakkolwiek ją jednak nie nazwiemy, ma w naszej i literackiej, i historycznej przeszłości silne znaczenie. To w tę noc wiele się działo. Wiele morderstw było popełnianych i wiele dzieci poczętych. Podobno co dzieje się w kupalnocce, zostaje w kupalnocce.

    Przeszłość uczy nas, jak mamy korzystać z teraźniejszości.” – Jan Barszczewski „Włosy krzyczące na głowie” [w:] „Duchy Nocy Kupały”.

    Cytat wyborny, lecz opowiadanie niekoniecznie, mimo znacznego przesłania, które ze sobą niesie związanego ze ślepym wierzeniem panicza Henryka w słowa starca, które przywiodło go tylko do zguby. Sam Jan Barszczewski nie zachwycił. Jego pozostałe dwa opowiadania „Znamię na ustach” i „Wilkołak” pełne są niedopowiedzeń, niedokończonych kwestii, niewyjaśnionych okoliczności. Oparte na wierzeniach, przesądach i ciemnocie wśród ludu. Idea kupalnocki wspaniale została rozpisana przez Jana Ładę w opowiadaniu „W nawiedzonym zamczysku”. Pewnie dlatego Tadeusz Zysk zawarł ją w tej antologii. Czytelnik zostaje literackim językiem wprowadzony w obyczaje związane z Nocą Świętojańską, w wianki, w wodę, i w starania młodych mężczyzn, którzy upodobali sobie tą czy inną dziewczynę. O klasycznych, wybitnych autorach nie wspomnę, którzy nakreślili swego czasu historie nie z tego świata, a które wybrane zostały do tego zbioru opowiadań. Oskar Wilde zachwyca swą narracją i znajomością świata i to nie tylko w jednej historii😊. Theo Gift zaskakuje, a Jin Yong i Anton Straszimirow okazali się dla mnie totalnym zaskoczeniem.

    Zacznę od samego mistrza słowa, angielskiego prozaika i poety Oskara Wilde’a. W którejś recenzji na LC przeczytałam, że „Najbardziej spodobała mi się historia Wilde’a! Nigdy dotąd nie opublikowana w języku polskim!”. Zastanawiałam się, o którą chodzi autorce recenzji, gdyż ja odnalazłam w antologii więcej niż jedną historię jego autorstwa. Najmniej przekonała mnie opowieść „Rybak i dusza”. Zaskoczyła jednak dedykacja autora dla Alice, księżnej Monako. Z przypisu dowiedziałam się, że była to arystokratka francuska, która wyszła za mąż za księcia Alberta I i „było to jej drugie małżeństwo”. Zamiłowanie do dedykacji Wilde powtórzył przy okazji „Królewicza”, którego ofiarował „Margaret  Brooke, rani Sarawaku, żonie radży”. I Księżna Monako, i rani Sarawaku vel domo  Margaret Alice Lili de Windt zaciekawiła mnie ogromnie. Przeczytałam mnóstwo informacji z nimi związanych w Internecie i…. jak zwykle, wartościowe lektury uczą. Na stornie malajskiej Wikipedii (źródło: https://ms.wikipedia.org/wiki/Margaret_Brooke  ) przeczytałam, że była drugą Białą Rani Sarawak, żoną króla Karola Anthony’ego Johnsona Brooke. Swoje wspomnienia opisała w „Hidup Saya di Sarawak” („Moje życie w Sarawak”) wydane w 1913 roku, które dały obraz życia w Astanie w Kuching i kolonii Borneo. Rani stała się legendą za życia jako kobieta wytrwała i mądra. Była niezwykle kochana przez swego męża, który wybudował dla niej Fort Margherita w prezencie ślubnym, nazwany jej imieniem. Ze zdjęć spogląda na nas typowa angielska matrona, która dożyła wielu lat. Widocznie musiała być niezwykle interesującą osobą, jeśli doczekała się dedykacji od samego Oskara Wilde’a. Co do opowiada „Królewicz” niezwykle ciekawie zostały przedstawione walki toczone przez Chciwość, Głód, Śmierć, Chwałę, czy Zgryzotę w barwnych i kolorowych Indiach. Możliwe, że i z tą opinią zgadzała się sama Margaret  Brooke, że ludzkie pragnienia nie omijają nawet, a może przede wszystkim dworów królewskich.

    A czyż może Chwała stroić w to, co utkała Zgryzota?” – Oskar Wilde „Królewicz” [w:] „Duchy Nocy Kupały”.

    Mój faworyt to „Merlose Square, numer dwa” Theo Gifta, również w przecudnym tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego,  który przetłumaczył wspomniane powyżej opowiadania Oskara Wilde’a. Krótka historia o pewnym domu, pisana w narracji pierwszoosobowej z perspektywy pewnej statecznej i pragmatycznej damy doświadczającej dziwnych przeżyć. Przy tej historii faktycznie czułam ciarki na plecach. Pani Mrs Henry Wood „W karierze żołnierza” znanym sobie zwyczajem pobawiła się znowu relacją z czytelnikiem zapewniając, że „Wydarzenia, o których piszę, są autentyczne, chociaż zdają się trącić romansem.” i twierdząc, że bohater o którym pisze „Na chrzcie otrzymał on imiona Henry Lynn, nie musimy tego ukrywać.”. O dziwo, wyjątkowo opowiadanie to przypadło mi do gustu, a osobiste wtrącenia i spostrzeżenia rzucone z perspektywy autorki nie denerwowały mnie, jak to czasem się zdarzało przy okazji innych publikacji. „Pałac Ramadan – beja” autorstwa Antona Straszimirowa, bułgarskiego pisarza to całkowita egzotyka. Polecam za to Jin Yonga „Narodziny bohatera” w antologii. Warto przeczytać nawet we fragmentach. Mimo, że mongolskie nazwiska, nazwy utrudniały mi podążanie sprawnie za fabułą.

    Niektóre wybrane historie, które finalnie znalazły się w antologii totalnie mnie zaskoczyły. Nie odnalazłam w nich tej specyfiki i klimatu pogańskich, słowiańskich bóstw i obrzędów. Jak historia Antona Straszimirowa, czy Jin Younga, a także Oskara Wilde’a.  Najbliżej tematu przewodniego były historie Zygmunta Krasińskiego, Jana Barszczewskiego, Roman Zmorskiego i Jana Łady. Pewnie wynika to z ograniczonego horyzontu czytelniczego w którym tkwię, opartego na założeniu, jak ja sama sobie wyobrażam pisanie o sobótce😉. Możliwe. Bez dwóch zdań antologia jest warta zapoznania. Każdy z czytelników znajdzie wśród tak szerokiego spectrum historię dla siebie, którą przeczyta z zachwytem, zainteresowaniem i jednym tchem. Wszak dlatego warto czytać antologie. Każda opowieść czymś innym mnie zaskakuje. Każda ma inne tempo i inny język. Każda z nich jest z początku wielką niewiadomą, a znaki zapytania w literaturze zawsze się sprawdzają.  Miłej lektury!!!

    Moja ocena: 7/10

    Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

    „Pasożyt” Alicja Horn

    PASOŻYT

    • Autorka: ALICJA HORN
    • Wydawnictwo: FAROS BOOKS
    • Liczba stron: 327
    • Data premiery: 30.06.2022r.

    Najpierw zastanowiło mnie co to za @Faros Wydawnictwo? Strona http://farosproza.pl/ niedostępna😉. Z informacji na oficjalnym profilu FB @Faros Wydawnictwo dowiedziałam się tylko „Wydajemy dobre książki”😊 i ani słowa więcej. Mam nadzieję, że „Pasożyt” Alicji Horn będący kontynuacją książki „Wyleczeni” (recenzja na klik) zapoczątkuje nową erę. Erę nowej jakości książek.

    Wydawca wydający dobre książki obiecuje w swym opisie, że Horn „powraca z nową powieścią, by znów szokować czytelników osobliwymi metodami morderstw”. I zapewne coś w tym jest, gdyż dalsze losy lekarki Marty Wolskiej i  komisarza policji Michała Łazowskiego są równie ciekawe jak w „Wyleczonych”. Tym razem partnerzy, nie tylko zawodowi😉, natrafiają na ślad afery farmaceutycznej. Historia rozpoczyna się jednak szybką śmiercią pacjenta oddziału zakaźnego, Daniela Schulza, który był odpowiedzialny za czternaście brutalnych gwałtów i dwie śmierci swych ofiar. Przyczyna śmierci to neglerioza, wywołana przez amebę choroba pasożytnicza, która prowadzi do pierwotnego zapalenia mózgu i opon mózgowych, a w efekcie do śmierci. Potocznie mówi się o amebie „zżerającej” mózg. Do tego nagła się śmierć profesora Franczaka zasłużonego w medycynie, szczególnie w dziedzinie chorób zakaźnych i zniknięcie Leszka Skalskiego, lekarza pracującego z Martą po którym został tylko rozbity samochód na poboczu drogi. Te wszystkie wydarzenia dzieją się w tle z sexworkerkami, chemsexem i darkroomami, których fani domagają się refundacji leku przeciwdziałającemu HIV.

    Spokojnie😊, lek Volanda nie istnieje. Sprawdziłam. Nie oznacza to, że podobnego leku, który stale przyjmowany przeciwdziała zarażeniu HIV nie ma i całkiem możliwe, że pewna grupa mężczyzn nie korzystających z prezerwatyw lobbuje za jego refundacją. Tym bardziej, że jest to idealny lek, jak twierdzi autorka, dla narkomanów przyjmujących narkotyki (…) dożylnie, świadczących usługi seksualne i odbywający kontakty seksualne pod wpływem substancji psychotropowych, a także fanów darkroomów, o których istnieniu nie miałam pojęcia. I za tą wiedzę, którą zdobywam lubię prozę Alicji Horn, kryjącej się pod pseudonimem lekarki. Nie tylko informacje z tematyki współczesnych zachowań seksualnych, lecz także wiadomości z meandrów życia lekarzy, zależności i nepotyzmu rządzących w środowiskach, a także trudności, z którymi stykają się młodzi i gniewni chcący być w opozycji, próbujący przynajmniej być w opozycji. Zarażenia negleriozą w Polsce też nie odnotowano. Chociaż w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wykryto amebę Naegleria fowleri w ciepłych wodach Jezior Konińskich w Wielkopolsce, które były podgrzewane przez pobliskie elektrownie. Zapewne ten fakt pobudził Autorkę do skonstruowania tak nietuzinkowej mistyfikacji, która przyczyniła się do śmierci jednego z pacjentów oddziału zakaźnego.

    Odważnie pisarka nazywająca się Alicją Horn wdarła się na polski rynek czytelniczy z pomysłem na Wyleczonych. Z pomysłem układu „(…) który miał na celu eliminację niebezpiecznych przestępców. Takich, z którymi nie potrafił poradzić sobie wymiar sprawiedliwości – morderców, pedofilów, gwałcicieli.”. Zaskarbiła sobie część odbiorców, którzy cenią umiejętność łączenia życia osobistego z zawodowym, pogmatwane historie z nutką nostalgii oraz specyficzny humor. Nie wiem, czy z takimi przypadkami Autorka miała przyjemność spotkać się na oddziale szpitalnym, ale niektórzy pacjenci…..

    „Pasożyt” to thriller medyczny sprytnie połączony z wątkami obyczajowymi opartymi na przeszłości, teraźniejszości i relacjach damsko – męskich, wszystko w adekwatnych dozach. Do tego umiejętnie przedstawione prawidła medyczne i ciekawostki ze świata lekarzy wciągają czytelnika od pierwszych stron. Ja nie oderwałam się od książki, gdy jej nie przeczytałam😉. A to zawsze świadczy o dobrej pozycji.

    ps. co najmniej osobny rozdział należał się  Pani Strong specjalizującej się w waginizmie, która oferowała „Warsztaty wietrzenia cipek”😊.

    Moja ocena: 8/10

    Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Faros Books.