„Zachowaj spokój” Harlan Coben

ZACHOWAJ SPOKÓJ

  • Autor: HARLAN COBEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.04.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.2009r.
  • Data premiery światowej: 17.04.2008r.

Harlan Coben to światowej sławy autor thrillerów, który szczęśliwie dla niego podpisał w 2018 roku umowę z platformą Netflix na ekranizacje jego powieści. Finalnie co rusz pojawiają się nowe dzieła telewizyjne oparte na historiach wymyślonych przez niego. Tym razem polska ekipa wzięła na warsztat powieść „Zachowaj spokój”. Wynik prac załogi już możemy oglądać na Netflix, a w rolach głównych występuje Magdalena Boczarska i Leszek Lichota. Przy okazji tej ekranizacji @WydawnictwoAlbatros wznowiło wydaną w 2008 roku książkę. W tej edycji książka miała premierę 13 kwietnia br.

Całe jej życie było gwałtowną ucieczką od wszystkiego, co dobre i porządne, poszukiwaniem następnego nieosiągalnego lekarstwa, stanem nieustannego znudzenia przerywanym żałosnymi wzlotami.” -„Zachowaj spokój” Harlan Coben.

To nie opis prostytutki, kobiety samotnej, narkomanki, czy pacjentki szpitala psychiatrycznego. To opis matki, jednej z wielu. To opis Marianne, której życie nagle zostaje zakończone. I nikt nie wie na początku dlaczego…..
W tym samym czasie nastoletni syn Tii i Mike’a Baye’ów zaczyna zachowywać się inaczej. Rzuca ukochany hokej, staje się małomówny, odosobniony, niedostępny. Wszyscy jego zachowanie tłumaczą samobójczą śmiercią przyjaciela; Spencera Hilla, którego ciało zostało znalezione jakiś czas temu na dachu szkoły. A może z Adamem dzieje się coś innego…….
Sąsiadka Baye’ów, Susan Loriman stara się znaleźć idealnego dawcę nerki dla jedenastoletniego syna, który leczony jest w klinice Mike’a Baye, znanego transplantologa. Nagle okazuje się, że Susan ma coś wspólnego z nauczycielem córki Baye’ów; Joe Lewistonem. Tylko co?

Książki Cobena zawsze czytam w ciemno wiedząc, że zapewnią mi na stałym, dobrym poziomie rozrywkę. Tak się stało i tym razem, mimo, że książka okazała się mniej wyjątkowa niż na przykład „Chłopiec z lasu” lub „Mów mi Win”. Stanowi jednak kwintesencję talentu jej autora. Akcja dzieje się bardzo szybko, pełna jest zwrotów akcji, kolejnych zagadek, niedopowiedzeń, ciekawostek i wzajemnych powiązań, które jako czytelnik pragnęłam jak najszybciej poznać. Narracja jest trzecioosobowa, a fabuła została ujęta w krótkie ponumerowane rozdziały. Jest ich łącznie czterdzieści. Do tego wątek programu szpiegowskiego w komputerze nastoletniego syna, z którym jako matka nastolatków utożsamiłam się praktycznie od razu. W uszach brzmią mi ciągle słowa Mo:

Macie je wychowywać, nie rozpieszczać. Każdy rodzić decyduje, na ile samodzielności pozwala swojemu dziecku. Wy sprawujecie kontrolę. Powinniście wiedzieć o wszystkim. To nie republika. To rodzina. Nie musicie stosować mikrozarządzania, ale powinniście mieć możliwość interweniowania. Wiedza to władza.” -„Zachowaj spokój” Harlan Coben.

Sam początek również przypadł mi do gustu, ze względu na teorię o Kainie i Naczelnej😊. Niezwykle intersująca, przezabawna dyskusja, która zapada w pamięć. Kompletnie nie przekonała mnie jednak opowieść w zakresie starszej inspektor Muse i jej problemów z podwładnymi. Jak na realia amerykańskiej, czy nawet polskiej policji, silnie ustrukturyzowanej i wręcz dyktatorskiej, przedstawione niektóre fakty literackie odebrałam jako silnie fantazyjne. Samo śledztwo FBI prowadzone w miejscu zamieszkania Baye’ów było również grubymi nićmi szyte. Takie jakby „na odwal”, takie jakby od niechcenia. Stanowiło słaby wątek poboczny. A postaci dwóch agentów FBI moim zdaniem zostały zobrazowane w sposób kuriozalnie karykaturalny. To samo dotyczy wątku córki Baye’ów, Jill i jej przyjaciółki Yasmin Novak. Ciekawy pomysł, nie powiem, potraktowany jednak trochę po macoszemu, jakby na dokładkę.

Trochę mam kłopot z oceną tej książki. Mimo, że powieść czytałam bardzo szybko i przyjemnie, to w niektórych momentach  nie mogłam wkręcić się w fabułę, przez co mnie męczyła. W wielu miejscach nie była tak ekscytująca, jak w innych powieściach Cobena. O dziwo, dostrzegam również, że historia została bardzo dobrze poprowadzona. Jest kompletna od początku do końca. Cobenowi żaden wątek nie uciekł, nie znalazłam żadnej luki fabularnej. Taki trochę miszmasz. Taka dychotomia. W wielu miejscach tak samo dobra, jak i słaba.

Jednego możecie być pewni, Coben pisze zawsze ciekawie. Nie wszystkie historie powodują zachwyt czytelnika, wszystkie jednak czyta się z uważnością i zaciekawieniem. A dla wątku Nasha i Pietry na pewno warto zapoznać się z „Zachowaj spokój”. Miłej lektury!

Moja ocena: 6/10

Książkę podarowało mi  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier

OBERŻA NA PUSTKOWIU

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.04.2022r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 01.01.1976r.
  • Data premiery: 07.06.2012r.

Przy okazji recenzji książki Daphne du Maurier pt. „Moja kuzynka Rachela” pisałam, że „Serię butikową od @WydawnictwoAlbatros wprost ubóstwiam. Przeczytałam wszystkie jej wydania. Woluminy zdobią aktualnie moją skromną biblioteczkę”. Do kolekcji butikowej dołączyła ostatnio kolejna pozycja, którą przywitałam z ogromną radością. To wznowiona „Oberża na pustkowiu” tej samej autorki, która premierę miała 13 kwietnia br. Mam nadzieję, że ciekawi Was, czy oprócz przepięknego wydania, w tym prześlicznej okładki, wnętrze również mnie zachwyciło.

„Nie przejmowała się samotnością i nie poświęcała jej myśli. Człowiek pracy nie zważa na samotność, wieczorem, po skończonej robocie, kładzie się po prostu spać.” –„Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier.

Mężczyźni są złymi towarzyszami, kiedy najdzie ich niedobry humor, a ja, Bóg to wie, jestem z nich wszystkich najgorszy.” – „Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier.

Znów odczuła, że bycie kobietą jest upokarzające, gdyż upadek sił i ducha otoczenie traktuje u kobiety jak rzecz naturalną i sam przez się zrozumiałą.” – „Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier.

Kompletnie nie wiem skąd Daphne du Maurier brała te swoje mądrości, z którymi czasem łatwo się zgodzić😉. Czy to specyfika jej czasów, czy czasów w których osadzała akcję swych powieści. Tym razem zabrała nas do dziewiętnastowiecznej dusznej, wietrznej i mglistej Kornwalii otoczonej wrzosowiskami i bagnami. Gdzie „(…) nawet dzieci rodzą się tu pewnie wynaturzone niczym sczerniałe krzaki żarnowca, przyginane do ziemi wiatrem, który nigdy nie ustaje, lecz dmie, jak mu się podoba…”. A także gdzie miejscowi „(…) Umysły też mają pewnie spaczone, myśli niedobre, skoro muszą wciąż przebywać wśród moczarów i skał, wśród twardego wrzosu i kruszejących głazów”. Do tego miejsca po śmierci matki przybywa dwudziestotrzyletnia Mary Yellan. Do miejsca, w którym pragnęła przywitać dawno niewidzianą ukochaną siostrę matki, ciocię Patience, a zastała wynędzniałą, obdartą staruszkę bojącą się wzroku własnego męża Jossa Merlyna, który przy każdej sposobności zwracał uwagę na to, kto w oberży i w całym domostwie rządzi, komu należy usługiwać i kto może, jako jedyny wydawać polecenia. Tytułowa oberża Jamajka to nie miła knajpka na trakcie komunikacyjnym z Bodmin do Launceston, gdzie odpoczywają przejezdni. To mroczna posiadłość, w której dominuje kiepskie jedzenie, alkohol, pajęczyny, zamykane na klucz drzwi, strach i lęki, a także nocne uderzenia o trakt na dziedzińcu. Do takiego miejsca zawitała niewinna Mary Yellan, której życie nie było już takie same.

Mój ulubiony cytat to: „Owszem, jestem dziwolągiem, anachronizmem. Nie należę do obecnej epoki. Urodziłem się od razu z żalem do niej i z żalem do całej ludzkości. W dziewiętnastowiecznym wieku bardzo trudno jest o spokój. Cisza znikła, nawet z gór. Myślałem, że znajdę spokój w Kościele, ale dogmaty mi obmierzły, a w ogóle cały fundament wspiera się na bajkach. (…)  i przekonałem się, że Kościół zbudowano na nienawiści, zawiści i chciwości, czyli na wszystkich stworzonych przez człowieka atrybutach cywilizacji, gdy tymczasem pradawne pogańskie barbarzyństwo było czymś nagim i czystym.”” – „Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier. Wymagał on od du Maurier ogromnej odwagi, szczególnie w okresie w którym tworzyła. Dyskusja, której cytat stanowi tylko niewielki fragment była jedną z jaśniejszych stron powieści.

Dla mnie książka straciła na tajemniczości w okolicy 150 stronie. Nie powiem z początku napięcie narastało. Osierocona Mary Yellan wychowywana bardzo długo tylko przez matkę spełniając jej ostatnią wolę przeprowadziła się do jej ukochanej, jedynej siostry. Niestety ciotka Patience nie była już osobą zapamiętaną sprzed lat przez Mary, ani tym bardziej przez jej matkę. Wszystkiemu winny był wuj, który okazał, jakby powiedział to bieszczadzki przewodnik, zakapiorem prowadzącym szemrane interesy. Wuj, który zniszczył szczęście i radość z życia Patience, a samą Mary każdego dnia przyprawiał o dreszcze niepokoju. I dochodzenie do prawdy, o co chodzi z działalnością wuja dla mnie było najciekawszą częścią książki. Później tylko się coraz bardziej irytowałam. Z jednej strony bezwolnością Patience, z drugiej brakiem reakcji Mary na wszystko to, czego była świadkiem i czego doświadczyła. Jej troska o ciocię była tylko pozorna. Nawet ja wiedziałam, że nie wystarczy od czasu do czasu stanąć sprytnie w jej obronie, by uchronić ją przed wszystkimi niegodziwościami ze strony męża i jego kompanów. Przecież jak sama Mary twierdziła widziała, „(…) tu same złe rzeczy…”, widziała „(…) tylko cierpienie, okrucieństwo i ból. Kiedy wuj przybył do Jamajki, rzucił widocznie swój cień na wszystko, co dobre, i dobre rzeczy umarły.”.

Nie powiem, Daphne du Maurier zaciekawiła mnie dwoma bohaterami, Francisem Davey oraz Jemem Merlynem. Obaj okazali się kimś innym, niż z początku się wydawało. Obaj odkryli w kulminacyjnym momencie fabuły swoje oblicze. I obaj zostali zapamiętani przeze mnie, czego nie mogę powiedzieć o postaciach kobiecych, z Mary włącznie.

Powieść została, jak wiele innych publikacji Daphne du Maurier, zekranizowana przez Alfreda Hitchcocka w 1939 roku. Zdjęcia dostępne na Filmwebie wydają się obiecujące (źródło: link). Zaraz po napisaniu recenzji zajmę się odszukaniem pierwszej ekranizacji tej powieści autorstwa prawdziwego mistrza thrillerów.  W kolejnej wersji ekranizacji, tym razem telewizyjnej Mary zagrała – Jane Seymour, niezapomniana dr Quinn. Ta ekranizacja nie spotkała się z przychylnym przyjęciem. Jako ciekawostkę napiszę Wam, że na platformie Vod jest dostępna wariacja na temat tej historii z 2014 roku. Tym razem plakat wyjątkowo zachęca do obejrzenia. Widocznie filmowcy odnajdują ogromny potencjał tej historii, który można opowiedzieć przepięknymi obrazami.

Jest to najsłabsza książka autorstwa Daphne du Maurier, którą przeczytałam. Daleko jej do „Rebeki”, a z „Moją kuzynką Rachelą” łączy ją tylko piękne, butikowe wydanie.

Moja ocena: 5/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros.

„Wyjazd na weekend” Sarah Alderson

WYJAZD NA WEEKEND

  • Autorka: SARAH ALDERSON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 13.04.2022r.

Książką zainteresowałam się najpierw ze względu na tytuł, który baaaaardzo dobrze mi się skojarzył. Później, ze względu na opis Wydawcy @WydawnictwoAlbatros. Czytając o dwóch wieloletnich przyjaciółkach, które wybrały się po czteroletniej przerwie na weekend, nastroił mnie od razu pozytywnie. Przypomniał mi wspólną obietnicę moją i mojej psiapsi w temacie takich wyjazdów. Obiecałyśmy sobie, podobnie jak Orla i Kate, co najmniej jeden taki wspólny wyjazd w roku. Prawdą jest, że i u nas pojawiła się wieloletnia przerwa. Chociaż po przeczytaniu thrillera „Wyjazd na weekend” Sarah Alderson, który premierę miał w ostatnią środę, zastanawiam się, czy ten wyjazd ma sens😉.

Książka światową premierę miała 23 lipca 2020 roku. Przy okazji ekranizacji filmu na jej podstawie na platformie Neflix, Wydawnictwo Albatros opublikowało powieść i u nas. Ci co oglądali film, chwalą. Ja po przeczytaniu tej pozycji już śmiało mogę go obejrzeć. Co do zasady nie lubię najpierw poznawać filmowej adaptacji, zanim nie przeczytam oryginalnego utworu😉.

Patrząc za odlatującym motylem, czuję się dziwnie lekka, jakby żal, który ściskał moją pierś niczym imadło, odrobinę zelżał. Może tak to się odbywa, stopniowo, aż w końcu znów będę mogła swobodnie oddychać.” -„Wyjazd na weekend” Sarah Alderson.

O tym myśli Orla po zakończeniu tytułowego wyjazdu weekendowego z Kate. A przecież wszystko układało się wyśmienicie. Wspaniały apartament w Lizbonie. Udany lot. Kochany mąż – Bob i córka Marlow zostawiona pod najlepszą opieką ojca w domu. I one dwie. Stęsknione wzajemnej obecności. Pragnące poczuć trochę swobody i luzu na portugalskiej ziemi. Nawet dwaj przystojni Portugalczycy poznani w barze wydawali się strzałem w dziesiątkę, dość, że przystojni to jeszcze niezwykle mili i nienachalni. Punkt widzenia Orli zmienia się po pierwszej nocy, gdy kobieta odkrywa, że nie ma jej przyjaciółki w mieszkaniu. Zaczyna wracać do miejsc, w których były poprzedniego wieczora. Właściciel mieszkania mieszkający na dole – Sebastian, uskarża się na hałasy i harmider na schodach po godzinie trzeciej w nocy. Barman w barze nie kojarzy, by Kate wróciła później sama. A policja nie chce przyjąć zgłoszenia. Sytuacji nie poprawia fakt, że Orla nic nie pamięta od momentu gdy wyszły z baru. Nic nie pamięta…. do samego poranka.

To pierwsza książka Autorki opublikowana w Polsce i przyjęłam ją bardzo dobrze. Naprawdę udana książka. Jej największą zaletą jest zakończenie. Naprawdę szokujące. Karuzela postaci też zasługuje na uwagę. Niby kochający mąż, chociaż nie do końca. Niby najlepsza z możliwych wieloletnia przyjaciółka, jednak nie całkiem. Nawet Toby, nie jest taki zły, jaki został wykreowany. Podobnie jak Sebastian, który pod przykrywką miłego uśmiechu ukrywa swoje prawdziwe oblicze. Zaskoczeniem jest także Konstandin, członek albańskiej mafii i kierowca Ubera jednocześnie.  To niespodziewane wnętrze bohaterów jest istotną zaletą tej publikacji. Narracja prowadzona jest z perspektywy Orli. Orla jest narratorką powieści. To z jej punktu widzenia poznajemy jej emocje i relacje z Kate. Zaczynamy rozumieć jej doświadczenia w małżeństwie, a szczególnie w staraniu się o dziecko. Poznajemy jej uczucia macierzyńskie i ufność, że ci, których kocha nigdy ją nie zawiodą.

Narracja prowadzona jest bardzo płynnie. Dopracowana jest od początku do końca. Jedyny malutki minus związany jest z przemyśleniami Orli. Niektóre powtarzały się. Miałam wrażenie, że jej związek z Bobem, rodzicielstwo i miłość do Marlow, trudy macierzyństwa i starania się o dziecko, długoletnia relacja z Kate mielone były wielokrotnie. Orla z Kate zostały przedstawione jako przeciwieństwa. Miło młodzieńczych wspólnych szaleństw, to Orla dorosła. Kate – przedsiębiorcza, wyluzowana, wyemancypowana, jakby wiecznie seksualnie pobudza i szukająca ciągłych wrażeń, nawet w substancjach niedozwolonych. Akcja z początku się ciągnęła. Autorka rozbudowała wątek obyczajowy aż do setnej strony. Fabuła rozkręciła się dopiero na ostatnich stu pięćdziesięciu stronach.  I to była część, od której nie mogłam się oderwać.

Dwie przyjaciółki, dwóch mężów, dwóch przystojnych nieznajomych. Do tego klimatyczna Lizbona i kierowca Ubera z Kosowa. I morderstwo, którego rozwiązanie sprosta oczekiwaniom każdego fana thrillerów. Miłej lektury!

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Lustro naszych smutków” Pierre Lemaitre

LUSTRO NASZYCH SMUTKÓW

  • Autor: PIERRE LEMAITRE
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: DZIECI KATASTROFY (tom 3)
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 23.03.2022r.
  • Data premiery światowej: 02.01.2020r.

Czytała powieści, a coś takiego nigdy nie wychodzi na dobre, mąci w głowie.” – „Lustro naszych smutków” Pierre Lemaitre.

Ja też powieści czytam i to nałogowo. Już mi chyba bardzo mocno pomąciły w głowie😉. By udowodnić Wam, że nie próżnuję zapraszam do przeczytania moich spostrzeżeń po lekturze książki Pierre’a Lemaitre, którego poznałam przy okazji tytułu „Kolory ognia”, drugiego tomu cyklu „Dzieci katastrofy”. W poprzedniej części bardzo podobała mi się silna postać kobieca – Madeleine. To cykl powieści naznaczonych znakiem czasu, w których Autor bardzo często zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Historie osadzone z wojną w tle, są z jednej strony przygnębiające, z drugiej często niosą nadzieję. Tak było w przypadku premiery z 23 marca br. od @WydawnictwoAlbatros, tj. w drugim tomie serii pt. „Lustro naszych smutków”. Mi bardzo spodobała się okładka książki. Jest wyjątkowo francuska, na wskroś paryska 😊. I na tej części „(…) kończy się ta trylogia czasów międzywojnia, przygoda rozpoczęta w 2012 roku….” – „Lustro naszych smutków” Pierre Lemaitre.

Każdy naród ma w swojej historii momenty, których się wstydzi. Dla Francuzów z całą pewnością zalicza się do nich kampania z 1940 roku. Po temat sięgali najwięksi pisarze, jak Jean-Paul Sartre. Nie mógł się temu oprzeć również Lemaitre. I choć jego rozliczenie z tym okresem nie ocieka jadem – jest miejscami zabawne i ciepłe – nie traci przez to swej mocy”- z opisu Wydawcy.

Nie mogłam lepiej Was wprowadzić w fabułę powieści. Tak, francuskie wydarzenia z roku 1940 są tłem dla opisywanych w powieści historii. Śledzimy szczegóły kampanii, zachowanie przywódców, losy zwykłych, szeregowych żołnierzy, a także strategie, które zastosowała Francja, w tym informacyjną propagandę, która rozpisana została przez Autora bardzo interesująco. Nie jest to jednak powieść historyczna. Dzieje wojny splatają się z historią zwykłych obywateli. Louise Belmont całkiem nieświadomie wplątuje się w skandal obyczajowy, na którym miejscowy sędzia próbuje wzmocnić swoją pozycję w palestrze. Wdowa po doktorze Thirion jest rozliczana przesz kaprala Landrade, który wojnę wykorzystał dla celów zarobkowych. Młody Gabriel próbuje dostosować się do życia  w okopach, a Désiré wciela się w różne role, w których za każdym razem wypada wyjątkowo wiarygodnie. A w tym wszystkim Niemcy, Francuzi i francuska bohema. Francuskie jedzenie, muzyka i zapachy, które przenoszą czytelnika w inny świat i inne czasy. Jak się okazuje dla współczesnych, nie tak bardzo odległe, nie tak niewiarygodne.

Zdecydowanie bardziej podobała mi się ta część od poprzedniej. Jej główną zaletą jest ciekawa konstrukcja fabuły. Nie chodzi mi tylko o formalną szatę powieści, którą Autor podzielił na trzy części; 6 kwietnia 1940 roku, 6 i 13 czerwca 1940 roku. Każda z części składa się z ponumerowanych rozdziałów, których łącznie jest pięćdziesiąt cztery. Mam bardziej na myśli trzy równolegle toczące się historie, które w odpowiednim momencie stykają  się ze sobą i splatają w jedną całość. Jedna dotyczy Louise, druga Gabriela, lecz tylko pozornie, a trzecia Désiré Mignarda, lub Micharda, lub Mignona, lub Migaultsa, a zresztą jak kto woli.  Taka kompozycja powieści jest jej wielką zaletą. Przenosi czytelnika w różne historie i dzieje się to w sposób bardzo płynny. Akcja związana z różnymi bohaterami powoduje, że powieść się nie nudzi. Dzieje się to głównie dlatego, że każdy z nich i  Louise, i  Gabriel, a przede wszystkim  Désiré  są postaciami bardzo ciekawymi, nietuzinkowymi. Sama  Louise  to trzydziestoletnia kobieta po przejściach, której nie dane było doczekać się potomstwa. To pragnienie spowodowało, że „(…) na jej twarzy zaczynają pojawiać się niedostrzegalne tiki, ten zacięty, nerwowy, drażliwy i spięty wyraz twarzy kobiet, u których narasta frustracja, bo nie mogą mieć dzieci”. Jednocześnie miejscowa nauczycielka i kelnerka w restauracji u Pana Jules’a w „La petite Bohème”, która dziwnym zbiegiem okoliczności wplątała się w historię samobójstwa doktora Thirion. Pomysł na zakończenie życia doktora oceniam jako wyśmienity. Najbardziej podobała mi się postać Désiré. Wypadła wiarygodnie w każdej z przypisanych jej ról. Mecenas, rzecznik prasowy Ministerstwa Informacji, a raczej należałoby rzec Propagandy, pilot, ksiądz, lekarz – chirurg, czy nauczyciel. Désiré zawsze ekscytujący, intrygujący, przykuwający wzrok. Jedni mówili, że zuchwały i rzutki, inni, że troskliwy, poważny i skupiony, a jeszcze niektórzy, że skromny i nieśmiały. O nim mogłabym czytać naprawdę dłuuuuuugo. I Gabriel, który ze swym kompanem Raoulem przemierza francuskie ziemie w trakcie działań wojennych. Mimo, że niektórym wydawało się, iż ten konflikt zbrojny „(…) nie był niczym innym, jak tylko wielkimi pertrakcjami dyplomatycznymi na europejską skalę, pełnymi efektownych patriotycznych mów i gromkich zapowiedzi, gigantyczną partią szachów, w której powszechna mobilizacja stanowiła dodatkową zagrywkę pod publiczkę.” wojna wybuchła naprawdę. I to Gabriel razem z Raoulem Landrade doświadczyli jej naprawdę. Jak na Lemaitre’a przystało powieść kończy się epilogiem, w którym dowiadujemy się, co dzieje się potem. I na zakończenie tzw. „wisienka na torcie”. Jaka? Musicie przekonać się sami😉.

Powieść skomponowana jest bardzo dobrze. Nie tylko postaci pierwszoplanowe są warte uwagi. Z ciekawością śledziłam osobę Pana Jules’a, wczytywałam się w losy matki Louise – Jeanne i jej historii miłosnej, Alice i jej męża, czy majora, który w zawierusze wojennej pojawił się i na początku, i na końcu. Narracja poprowadzona została w trzeciej osobie. Jest bardzo dynamiczna, bez zbędnych ozdobników i męczących opisów. Nawet opisywanie przeszłości oraz emocji i świata wewnętrznego bohaterów mnie nie nudziło. Nie przeszkodziło mi w pozytywnym odbiorze książki nawet zwrócenie się do czytelnika bezpośrednio. Autor zastosował tę technikę na końcu książki i może dlatego, że nie było to częste, ten zabieg mnie nie zmęczył.

Czego w tej książce nie ma!!!!! Jest i wojna, i hochsztapler, i nadużycia w wojsku, i niespełniona miłość, i późne rodzicielstwo, i bohaterstwo, i tajemnica rodzinna. Są wyraziści i zachwycający bohaterowie. A przede wszystkim jest nietuzinkowa i arcyciekawa opowieść w bardzo przyjemnej narracji. Szczerze polecam. Czytajcie!!!

Moja ocena 8/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Dziecięce koszmary” Lisa Gardner

DZIECIĘCE KOSZMARY

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: Detektyw D.D. Warren. TOM 4
  • Liczba stron: 464
  • Data premiery w tym wydaniu: 23.03.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 23.01.2013r.

Przygodę z Detektyw D.D. Warren rozpoczęłam od 10 tomu pt. „Powiem tylko raz”. Dzięki publikacji początkowych tomów cyklu przez @WydawnictwoAlbatros pierwsze przygody Pani Detektyw D.D. Warren poznałam również w książkach „Samotna” i „W ukryciu”. „Sąsiad”, który premierę miał 26 stycznia br.  „Dziecięce koszmary” to szósta książka serii, którą przeczytałam dzięki współpracy z Wydawcą. Książka premierę miała półtora tygodnia temu i musicie wiedzieć, że jest warta Waszej uwagi.

Wszystko się jednak zmienia. Nie od razu. Drobiazg za drobiazgiem, chwila za chwilą, decyzja za decyzją. Kawałek po kawałku oddajesz siebie. I nigdy już nic z tego nie odzyskasz”. – „Dziecięce koszmary” Lisa Gardner.

Detektyw D.D. Warren z zespołem zostaje wezwana do morderstwa. Na miejscu odkrywa śmierć rodziny Harringtonów; rodziców Patricka i Denise oraz trójki ich dzieci Jacoba, Molly i małego Ozziego, który wiele lat spędził w szpitalu psychiatrycznym. Teoria o rozszerzonym samobójstwie ojca rodziny pada dość szybko. Bezsenność i zmęczenie D.D. się pogłębia, gdy w podobnych okolicznościach zostaje zamordowana kolejna rodzina. Również córka Laraquette’ów była pacjentką szpitala psychiatrycznego. Co łączy te dwie zbrodnie? Czy tylko fakt, że dzieci były objęte opieką psychiatryczną? D.D. Warren wraz z innymi śledczymi stara się znaleźć punkt wspólny tych obu zbrodni. Wspólny mianownik wydaje się coraz bliżej, gdy ginie na dziecięcym oddziale psychiatrycznym Bostońskiej Kliniki Pediatrii mała pacjentka Lucy. Wystarczy tylko go znaleźć….

O wiele lepsza jest ta część od poprzedniej😊. Czytałam z zapartych tchem, do ostatniej strony, do pierwszej w nocy. Jak już wspomniałam w poprzednich recenzjach Lisa Gardner jest mistrzynią w konstruowaniu opowieści, w których istotną rolę jako ofiary odgrywają najmłodsi i słabsi. Porusza tym samym najczulsze struny duszy czytelnika. Tak zadziało się też tym razem. Niezwykle udał się Autorce motyw dzieci wymagających opieki psychiatrycznej. Skrzywdzonych, traktowanych jak zwierzęta, gdzie sytuacja społeczna wzmaga ich zaburzenia psychiczne. Opisy skrajnych zachowań wbijały mnie w fotel.

I zastanawiam się, czy właśnie tej nocy wreszcie mnie zabije. Poznajcie Evana, mojego syna. Ma osiem lat. – „Dziecięce koszmary” Lisa Gardner.

Tak o swym dziecku mówi Victoria. Narracja pierwszoplanowa z jej perspektywy jest niezwykle ważna w całej historii. Gardner podzieliła opowieść na trzy części, ponumerowane rozdziały zatytułowała dodatkowo imieniem bohaterek, które są narratorkami. Victoria jest jedną z nich. To wstrząsająca i przejmująca opowieść matki borykającej się w samotności z chorobą psychiczną syna. Z jednej strony silnej znoszącej w imię miłości wszystko, z drugiej bardzo słabej, nie potrafiącej oddać syna pod specjalistyczną opiekę medyczną i tylko traumatyczne wydarzenia są w stanie zmienić jej nastawienie. Gardner bardzo dobrze zobrazowała postać matki nie zapominając o innych bliskich. O Chelsea, siostrze Evana i o Michaelu – jego ojcu. Każdy z nich powinien odgrywać ważną rolę w jego życiu. Powinien. Podobny zabieg Autorka zastosowała w przypadku bohaterki o imieniu Danielle, która również opowiada swoją historię swoimi słowami. To jedyna ocalona, która w imię zadośćuczynienia służy innym wymagającym specjalistycznej opieki dzieciom. Każdego dnia na ostatnim piętrze Kirkland Medical Center stawia – mimo własnych traumatycznych doświadczeń – czoła wyzwaniom stawianych przez małych pacjentów. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. I Victoria, i Danielle mają wiele do zaoferowania. Są nietuzinkowymi bohaterkami o ujmującej historii. No i nie mogę zapomnieć o Gregu. Ten to był zagadką praktycznie przez całą powieść. Oj był…. Jedyna narracja trzecioosobowa to narracja zawarta w rozdziałach, w których opisane zostały śledztwo D.D. Warren. Tu Gardner zachowała poziom z poprzednich części. Śledztwo przedstawiła jako metodyczną trudną pracę, w których każdy szczegół może mieć znaczenie.

Nieoczywisty, ekscytujący, intrygujący i zajmujący thriller, gdzie role zostają odwrócone, a bezbronne dzieci stają się sprawcami. Gardner udowodniła, że potrafi skonstruować fabułę, w której nie wiadomo, gdzie jest początek, a gdzie koniec. Gdzie akcja, a gdzie reakcja. Gdzie przyczyna i gdzie skutek. Sama D.D. Warren nie zachwyca. Zachwycają za to inne kobiety. Kobiety interesujące w swej historii, jakże smutnej, jakże przykuwającej wzrok. Polecam szczerze !!!

Moja ocena 8/10.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Lepiej już umrzeć” Andrew Child, Lee Child

LEPIEJ JUŻ UMRZEĆ

  • Autorzy: ANDREW CHILD, LEE CHILD
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: JACK REACHER. TOM 26
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery:  23.03.2022r.
  • Data premiery światowej: 27.10.2021r.

W styczniu br. @WydawnictwoAlbatros przy okazji premiery serialu wypuściło na polski rynek czytelniczy wznowiony pierwszy tom serii o Jacku Reacherze pt. „Poziom śmierci” (recenzja na klik). Ten Reacher podobał mi się bardziej, niż Reacher z 25 tomu pisanego przez Lee Childa razem z bratem Andrew (recenzję przypominam tutaj: „Strażnik”). Lee Child jest jednak wybitnym twórcą sensacyjnych opowieści. Nie mogłam więc podarować sobie kolejnego prezentu od @WydawnictwoAlbatros, za który przy okazji bardzo dziękuję i odmówić sobie przeczytania najnowszej części sagi zatytułowanej „Lepiej już umrzeć”, która premierę miała 23 marca br. Zapraszam na krótką recenzję najnowszego tomu😊.

– To niebezpieczne. ­- Przechodzenie przez ulicę też.” -„Lepiej już umrzeć” Andrew Child, Lee Child.

Reacher nic nie traktuje jako niebezpieczeństwo. Każde wyzwanie jest możliwe do okiełznania. Każdy bandyta możliwy do pokonania. Tym razem Reacher na swej drodze spotyka Michaelę Fenton, byłą agentkę FBI, która poszukuje zaginionego brata Michaela, weterana wojennego. Reacherowi perspektywa spotkania z miejscowym gangsterem Dendonckerem i jego gorylami wydaje się od początku bardzo kusząca. Dlatego nie zastanawiając się nad konsekwencjami ofiarowuje Michaeli swoją pomoc. A Ci co śledzą jego losy wiedzą, że pomoc Reachera zwykle gwarantuje sukces.

Sama fabuła mnie jednak zawiodła. Wydawała mi się w stosunku do poprzedniej opisanej w „Strażniku” mniej porywająca. Jej plusem jest jednak, że nie rozwlekała się do niebotycznych rozmiarów jak w poprzednich częściach. Pozytywnie zaskoczyła mnie postać Michaeli Fenton. Została skonstruowana jako inteligentna, silna, przedsiębiorcza i nad wyraz sprawna, mimo swej ułomności, kobieta. Jej ogromną zaletą jest, że nie wdzięczyła się do Reachera, jak to się czasem działo w poprzednich częściach😉. Styl pisania jest bardzo męski. Narracja pierwszoosobowa z perspektywy Reachera jest bardzo skondensowana, bez zbędnych ozdobników i zbytniej zawiłości. Taki męski styl pisania jest idealny w książkach sensacyjnych, gdzie liczy się tempo działania i szybka akcja. Gdzie dla czytelnika mniejsze znaczenie ma scenografia, charakteryzacja, rys psychologiczny postaci, czy jego cechy fizyczne, a bardziej liczy się to, co dzieje się wokół bohaterów, jakie występują wzajemne interakcje. Reacher się zmienia. Uświadomiłam to sobie czytając kolejny tom, do napisania którego Lee Child zaprosił swego brata Andrew. Wiem już, że jeden  z moich ulubionych sensacyjnych bohaterów nigdy nie będzie już taki, jak z pierwszych części. Będzie chyba już do końca mniej brutalny, bardziej empatyczny, ale na szczęście tak samo skuteczny i przewidujący.

Książka bezsprzecznie dla fanów sensacji. Dla fanów Reachera. Wysokiego, silnego mężczyzny, byłego żandarma wojskowego, który przemierza amerykańskie drogi siejąc spustoszenie wśród tych, których często nie mają odwagi ruszyć miejscowi stróże prawa. Lubimy czytać, oglądać superbohaterów. Reacher jest jednym z nich. Udanej lektury.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Przedsionek piekła” Anna Bailey

PRZEDSIONEK PIEKŁA

  • Autorka: ANNA BAILEY
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 09.03.2022r.

Niewiele ponad dwa tygodnie temu, dokładnie 9 marca br., premierę miała debiutancka książka autorstwa Anny Bailey pt. „Przedsionek piekła” od @WydawnictwoAlbatros. Gatunek powieści idealny dla mnie. Książka jest bowiem thrillerem i to thrillerem psychologicznym, gdzie relacje pomiędzy postaciami, wzajemne naciski, negatywne wpływy oraz lęki i wszechogarniający strach mają znaczenie. A do tego to miasteczko Whistling Ridge…. Oglądaliście film z 1998r „Miasteczko Pleasantville”? Taki idealnie wykreowany świat, jednorodny, bezpieczny, wręcz czarno – biały. Aż nagle zaczynają pojawiać się kolory. Kolory emocji, prawdziwych uczuć, buntów i odkrytych kłamstw. To trochę jak w Whistling Ridge, w pięknym miasteczku osadzonym w Górach Skalistych w Kolorado. Tylko, że Pleasantville jest znacznie bardziej pleasent niż Whistling Ridge☹.

Poczucie winy to zwłoki, które trudno jest zakopać, nawet jeśli wciąż będziesz sobie powtarzał, że Bóg ci wybaczył. Jeżeli pozwalasz niektórym rzeczom ropieć wystarczająco długo, w końcu wyrosną im kły i pazury i wypełzną z powrotem na powierzchnię.” –„Przedsionek piekła” Anna Bailey.

Po jednej z młodzieżowych imprez ginie Abigail Blake. Z tych Blake’ów. Blake’ów, których od paru lat nikt nie odwiedza oprócz Emmy, najlepszej przyjaciółki Abi. Blake’ów którego młodszy syn Jude chodzi o lasce, gdy spadł ze schodów. Takich nieszczęśliwych wypadków w rodzinie Blake’ów jest całe mnóstwo. Najczęściej doświadcza ich najstarszy syn Noah, który nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom ojca, weterana wojny w Wietnamie – Samuela. Blake’ów, gdzie Dolly pali bez opamiętania, często zapada w katatonię i boi się spojrzeć ludziom w twarz, by nie zobaczyli tej przerażającej pustki. Pustki obrazującej stracone życie. Blake’ów, którzy modlą się na podjeździe, by kamyczki raniły kolana członkom rodziny. Blake’ów, którzy siedzą w ostatniej ławce w kościele, ale zawsze są, mimo zbyt dużej ilości puszek po piwie w domowym koszu na śmieci. Blake’ów, gdzie nadzieje umierają jedne z pierwszych, praktycznie zanim zakiełkują. Blake’ów, którym część społeczeństwa współczuje, ale większość uważa, że zasłużyli na to, co ich dotknęło. Blake’ów….. tych Blake’ów.

Niepokojący jest ten wszechogarniający talent debiutantów i debiutantek😊. Wprawia mnie w ogromne kompleksy. Anna Bailey należy do jednych z tych zdolniejszych. Po kilku latach pracy w Kolorado jako baristka napisała powieść zainspirowaną obserwacjami i przeżyciami, których tam doświadczyła. Jak ona to zrobiła? Jak oni to robią, że garstkę własnych doznań i fantazji zamieniają w całkiem dobrą powieść, która niepokoi od pierwszych stron powodując tępy ból w dołku. Nie mam pojęcia. Ale udało się to Bailey bardzo dobrze.

„Przedsionek piekła” to mieszanka cech, które powinien mieć dobry psychologiczny thriller pełen rozmaitych skrajności. Współczucie przeplata się ze złością. Niezgoda na opisywaną rzeczywistą z żalem, że dzieci są często ofiarami własnych rodziców. Litość z rozdrażnieniem z czytanych opisów biernych zachowań, które odczytywane są jako akceptacja przez wszystkich, a tym bardziej przez najbliższych. Powieść Bailey ma skomplikowaną, ale przejrzystą konstrukcję. Fabuła zawarta została w 51 rozdziałach, które zatytułowane są „teraz” i „przedtem”. Autorka przenosi nas w historię, która wydarzyła się przed zaginięciem Abi, nawet wiele lat przed, jak i która dzieje się w fikcyjnej teraźniejszości. To służy uporządkowaniu wydarzeń i nie pozwala pogubić się w fabule. Mimo, że thriller składa się ograniczonej liczby obowiązkowych modułów,  Bailey będąc zdolna i uważną twórczynią uformowała unikatowe dzieło, w którym emocje wzbudzają się same. To mieszanka wybuchowa. Mieszanka miłości, troski, strategii unikania, poczucia winy, traumy, nietolerancji, krzywdy i dusznej małomiasteczkowej atmosfery, gdzie wszyscy wszystkich znają, a pastor z żoną plotkują o problemach jego mieszkańców, gdzie ciągle społeczeństwo wierzy w lincze, którym przyklaskuje biuro szeryfa.

Sama Abi, mimo że jej postać została opisana jakby w tle jest postacią katastrofalną. Abi, która powstrzymuje się „(…) przed zobaczeniem swojego odbicia w lustrze, gdy się rozbiera. W lustro nie patrzy już od jakiego czasu. Od wtedy, kiedy to się stało”. Abi, której współczułam od samego początku, nawet gdy nie wiedziałam, za co jej współczuję. Z drugiej strony dziewczyna bardzo walczyła o swoją normalność. Starała się wspierać Emmę, współpracowała z Ratem i akceptowała swego brata Noaha. Jej dwunastoletni brat Jude wzbudzał moją sympatię i ogromne współczucie od samego początku. To dziecko, które „(…) mówi cicho, trzyma łokcie blisko ciała i daje z siebie wszystko, co może (…) Jego rodzice są jak łosie, które czasami schodzą z gór i podjadają jagody na ich podwórku – jeśli ma się cierpliwość, to w końcu, czasami pozwolą ci pogłaskać się po pyskach. Rodzice zapewne nie połasiliby się na jagody, ale Jude może się zdobyć wobec nich na cierpliwość. Będzie ją okazywał, dopóki nie odda z siebie tyle, że zmniejszy się do takich rozmiarów, że zmieści się wreszcie w ich życiu.” Dziecko starające się zmniejszyć do takich rozmiarów, by zmieścić się w życiu rodziców. Brrr…wrrrr. To maszyneria uruchomiona przez Bailey w jednym celu, tylko by przyspieszyć nam puls, zmusić serce do palpitacji. I Noah. Młodzieniec będący wyrzutkiem i w społeczeństwie, i w rodzinie. Niewypowiedziane słowa pomiędzy nim a Abi zawisły na zawsze i nigdy nie zostaną wyartykułowane. Trochę drażniła mnie jego niemożność opuszczenia domu, sprzeciwienia się swemu oprawcy, pomachania mu na do widzenia. Może czuł się za bardzo odpowiedzialny za matkę, za rodzeństwo, nawet jeśli nie zostało to wyartykułowane w powieści. Nie wiem, czy z wszystkich głównych postaci najbardziej nie jest tragiczna Dolly. Ofiara przemocy domowej, sterowana marionetka, niepotrafiąca się przeciwstawić, cicho akceptująca rzeczywistość, w której żyje. Dolly, która „(…) leży w łóżku, czując się przytłoczona ciężarem własnej winy.”.

W trakcie czytania czułam permanentną niecierpliwość oczekiwania na ujawnienie narracyjnej tajemnicy połączoną z pragnieniem przeżycia czegoś niespodziewanego i z naiwną  nadzieją, że historia dobrze się skończy. Tyle różnych odczuć i jedna debiutancka książka o życiu w przedsionku piekła. Polecam szczerze!

Moja ocena 8/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Ultimatum” T. J. Newman

ULTIMATUM

  • Autorka: T. J. NEWMAN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.02.2022r.
  • Data premiery światowej: 06.07.2021r.

Kolejna premiera z 23 lutego br. od @WydawnictwoAlbatros to „Ultimatum” T. J. Newman. Jak napisałam w zapowiedzi fabuła niezwykle mnie zaintrygowała. Latając słyszymy zwykle: „Witam państwa na pokładzie samolotu(…) mam przyjemność być państwa kapitanem. Dzisiejszy lot potrwa pięć godzin i dwadzieścia cztery minuty i zanosi się na gładką jazdę”. Tak naprawdę pod tą wypowiedzią kryje się wiedza, że „od pół godziny jego żona i dzieci są zakładnikami człowieka gotowego na wszystko. Unikną śmierci, pod warunkiem, że kapitan wykona rozkazy porywacza i rozbije samolot”. A Wy lecicie razem z nim. Lecicie wierząc, że stery są w rękach jednego z najbardziej wykwalifikowanych pilotów i że to właśnie on posadzi, gdy przyjdzie odpowiednia pora, tę latającą maszynę bezpiecznie na płycie lotniska. Macie zamiar lecieć samolotem w najbliższym czasie? Ja tak. Więc miłego lotu!!!!

Tak naprawdę nigdy nie chodziło o rozbicie samolotu. (…) Chodziło o przebudzenie. O to, żeby zrobić coś na tyle dramatycznego, żeby ściągnąć waszą uwagę. Coś, nad czym nie mogliby przejść do porządku dziennego. To nie było nic osobistego.” -„Ultimatum” T. J. Newman.

Z opisu Wydawcy:  

„Bill musi dokonać wyboru – albo rozbije samolot w Waszyngtonie, albo jego rodzina zginie. Terrorysta zmusza go do zerwania łączności z ziemią, odcina od pasażerów, a jedynym sprzymierzeńcem Billa staje się główna stewardesa, która nie tylko będzie musiała zapanować nad rosnącą paniką pasażerów, ale również podjąć decyzję, czy w tak ekstremalnej sytuacji będzie w stanie zaufać kapitanowi… Bestsellerowa debiutancka powieść byłej stewardesy, do której prawa filmowe zostały kupione przez Universal Studios!”.

Mam nadzieję, że nie spojlerując przy jednoczesnym częściowym wykorzystaniu opisu Wydawcy, dobrze wprowadziłam Was w fabułę i nastrój tej sensacyjnej powieści. Zanim jednak przejdę do opinii na jej temat muszę wspomnieć o samej Autorce będącą ex pracowniczką księgarni, która przez dziesięć lat, aż do 2021 postanowiła być stewardesą. I to w trakcie całonocnych lotów pisała głównie „Ultimatum”. Zaciekawiła mnie nie powiem. Dodatkowo zachodzę w głowę, czy odważy się kontynuować literacką karierę.

To zdecydowanie dobry debiut. Może nie jakoś wybitnie trzymający w napięciu, ale jednak dobrze napisany. Zabrakło mi jednak całkowitego „WOW”. Fabuła okazała się przewidująca. Chwilami trzymała jednak w napięciu. Sama postać kapitana Billa Hoffmana była przejmująca. Rozdarty między potrzebą uratowania niewinnych ludzi, a miłością do rodziny próbował zachować się bohaterstwo do samego końca. Bardzo podobała mi się też postać stewardesy Jo. Myślę, że każda z kobiet piastująca tą funkcję w obliczu nieszczęścia i potencjalnej rychłej śmierci chciałaby umieć zachować się tak jak ona. Książka momentami, mimo, że różni je przyczyna tragedii, przypominała mi wybitny film pt. „Lot” z Denzelem Washingtonem w roli głównej. I tu, i tu mieliśmy do czynienia z rozdzierającymi dech w piersiach dramatem pasażerów danego lotu. I tu, i tu mieliśmy do czynienia z pilotami, którzy wykorzystując swoje doświadczenie starali się posadzić bezpiecznie samolot na ziemi. I w jednym, i w drugim przypadku autorzy zachowali specyfikę miejsca, w którym rozgrywała się fabuła, odwzorowali wiernie środowisko, język oraz atmosferę.

Narracja jest trzecioosobowa. Głównie obserwujemy akcję z perspektywy stewardesy Jo, żony pilota Carrie, agenta specjalnego Theo oraz samego pilota Hoffmana. Każda z tych perspektyw ma coś do stracenia, każda o coś walczy i coś stara się uratować. Do tego cały arsenał postaci drugoplanowych, z Samem oraz Benem – pierwszym oficerem na czele. Kompletnie nie przekonała mnie szefowa agentów specjalnych Pani Liu, wydawała mi się za mało zapobiegawcza, za mało zdecydowana. Motyw z generalny dowództwem w takich sytuacjach również mnie nie przekonał. I to są te najsłabsze ogniwa powieści.

Trudno jest debiutować w dzisiejszych czasach, gdy rynek czytelniczy zalewany jest kolejnymi dziełami wybitnych autorów kryminałów, thrillerów i książek sensacyjnych. Za tą odwagę Autorce należą się wyrazy uznania. T. J. Newman umiejętnie w czterdziestu dwu rozdziałach wykorzystała dotychczasowe doświadczenie i wiedzę, i przekuła je w katastroficzną wizję jednego lotu. Lotu, w którym nikt z nas nie chciałby brać udziału. Miłej lektury!

Moja ocena 7/10.

Moją opinią na temat książki mogłam się z Wami podzielić dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Raj w ogniu” Wilbur Smith, David Churchill

RAJ W OGNIU

  • Autorzy: DAVID CHURCHILL, WILBUR SMITH
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: SAGA RODU COURTENEYÓW (tom 19)
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 23.02.2022r.

Za krótki dla mnie był ten luty, za krótki😊. Tyle premier lutowych, a tylko 28 dni. Chociaż oczywiście wolałabym, by 24 lutego 2022 się nigdy nie zdarzyło☹.

Jedną z zaległych premier lutowych jest dziewiętnasty tom „Sagi rodu Courteneyów” autorstwa Wilbura Smitha i Davida Churchilla. Jak pisałam w recenzji poprzedniego tomu „Po dwóch stronach” od piętnastej części Smitha zaczął wspierać  Churchill. Ja z pisarstwem ani jednego, ani drugiego nie mam doświadczenia. Nie oceniłam więc do tej pory, czy ten mix autorski wyszedł książkom serii na dobre, czy też nie. „Raj w ogniu” dzięki nakładowi @WydawnictwoAlbatros miał premierę 23 lutego br. Ja przeczytałam go dopiero teraz. Bez zbędnej zwłoki zapraszam Was do zapoznania się z moją opinię na temat tej powieści. Mam nadzieję, że okaże się pomocna w Waszych planach czytelniczych😉.

Może ludzkość jest skazana na to, żeby nigdy nie uczyć się na przeszłości. Może zawsze będziemy powtarzać te same błędy, to samo zło po wieczność.” -„Raj w ogniu” Wilbur Smith, David Churchill.

Ostatni z 19 -tomowej „Sagi rodu Courteneyów” nawiązuje do tomu 17. To kontynuacja fabuły zapoczątkowanej w „Po drugiej stronie”. Po szczęśliwym odnalezieniu ukochanego Gerharda von Meerbach, Saffron wiedzie szczęśliwe życie u jego boku wychowując wspólnie dwójkę dzieci, syna i córkę. Błogość wspólnego życia zaburzają dwa wydarzenia. Po pierwsze odnalezienie i bratobójcza walka z Konradem von Meerbach, który powrócił by upomnieć się o swoje po przegranej walce w tracie II Wojny Światowej. Po drugie bojówkarze działający po nazwą Mau Mau złożeni ze rdzennych Kenijczyków, którzy postanowili walczyć o swoje ziemie i bogactwa z niej płynące i raz na zawsze rozprawić się z brytyjską kolonizacją. Wilbur Smith i David Churchill osadzili akcję w powojennej rzeczywistości zapoczątkowanej w roku 1951. Gdzie zaprowadzą bohaterów wybory Meerbachów? I kto tak naprawdę zapłaci koszty odzyskania przez Kenię suwerenności?

Zmarły w 2021 Wilbur Smith był pisarzem charakterystycznym. Jako pochodzący z Afryki (z Rodezji Północnej stanowiącą teren dzisiejszej Zambii) angielskojęzyczny pisarz w swoich utworach opisywał piękno, charakter i skomplikowaną historię afrykańskiej ziemi. Ziemi zagrabionej przez kolonistów. Jego pasja szerzenia prawdy nie dotyczyła tylko „Sagi rodu Courteneyów”. Wiernie odzwierciedlał historię współczesną Afryki również w „Sadze rodu Ballantyne’ów”, czy takich książkach jak „Kopalnia złota” i „Łowcy diamentów” oraz „Pieśń słonia”. Powtarzając za znawcami jego literatury warto napisać, że większość z powieści Smitha rozgrywa się w Afryce XIX wieku. Jest to jednak motyw, który trzeba lubić. Fascynacja przygodą i historią wzmacnia pozytywny odbiór „Raju na ziemi”. Zniechęcenie motywami afrykańskimi, bestialstwem kolonistów i bezradnością rdzennych mieszkańców utrudnia jej odbiór.

Ja w trakcie czytania odczuwałam raz fascynację, raz znużenie. Fascynował mnie opisany kenijski świat.  Motyw z buntownikami pod wodzą Kabai, który „I jako żołnierz, i jako gangster czy terrorysta miał dryg do przewodzenia”. Bardzo ciekawiły tradycje i wierzenia plemienia Kikuju oraz Masajów, którzy na terenie majątku Courteneyów żyją w swoistego rodzaju symbiozie i mimo trudnej przeszłości, potrafią zaakceptować nadchodzący nowy ład, gdzie odseparowanie członków obu plemieni pomału przestaje mieć znaczenie. Wielokulturowość w obliczu miłości również autorom się udała. I w osobach Saffron i Gerharda, i w osobach Beniamina i Wangari. Bo jak sami bohaterowie mówią o sobie: „Jeśli już kochamy, to szczerze i do szaleństwa”. Smith wykorzystał wiedzę związaną z życiem w Afryce w każdej płaszczyźnie. Wiernie odwzorował wierzenia, stosunek mężczyzn do kobiet, białych do czarnych i odwrotnie.  Powieść wzbogacił raz miłością, raz nienawiścią, raz współpracą i raz walką. Sam motyw walki z kolonializmem i stworzenia nowej, wolnej Afryki bardzo mnie zaciekawił. Został przedstawiony z perspektywy jednostki, jak i całego kraju. Z perspektywy białych kolonialistów, którzy wiedzą, że zbliża się nieuchronne i starają się temu zapobiec, jak i tych, którzy ten fakt wypierają. Gdzieniegdzie stykamy się z opiniami: „(…) jedynym usprawiedliwieniem istnienia imperium jest dobro, jakie może ono przynieść ludziom cieszącym się mniejszymi łaskami losu niż te, które sami otrzymujemy”. By zaraz wpaść w kolonialną politykę śledząc słowa: „Daj sobie powiedzieć, dlaczego tu jesteśmy. Zapomnij te wszystkie głupoty o obowiązku białego człowieka, który niby ma nauczać gorsze rasy korzyści, jakie daje nasza cywilizacja. Liczy się tylko utrzymanie Kenii w granicach imperium”. Te dwa przeciwstawne białe światy walczą ze sobą. I tylko ciekawość każe czytać do końca, by dowiedzieć się, który okaże się bardziej dominujący. Znużył mnie natomiast wątek z Konradem. Z jednej strony rozumiałam, że motyw nazisty i oddanego wyznawcy Hitlera musiał zamknąć się klamrą, z drugiej jednak, tak rozbudowana fabuła obniżyła napięcie związane z pogłębianiem pociągającego i efektywnego kenijskiego świata. Tak samo jako miłość Saffron i Gerharda, która rozwinięta została w poprzednich częściach sagi (przypominam tom 15 i 17). Ta fascynacja obojgiem utrzymywana była na tym samym poziomie obok tak innych, interesujących, przyrodniczo – historycznych wątków, które zasługiwały na jeszcze większe rozwinięcie. Co do Saffron to kobieta idealna, podobnie jak jej mąż. Z takimi bohaterkami nigdy się nie utożsamiam, a wręcz przeciwnie trochę mnie denerwują. Tak było i tym razem. Wybitnie uzdolniona agentka SOE i jednocześnie posiadająca „(…) idealne, długie kończyny”. Do tego ta jej „szczupła talia, cudowny biust…i oczy barwy afrykańskiego nieba”, które kłuły mnie w oczy. Plus niezwykła inteligencja, wiedza i mądrość emocjonalna. Kobieta idealna, jak Afrodyta wyłaniająca się z morza. Dla mnie totalnie w tej części nierealna, nieprawdziwa.

Nie trzeba czytać wszystkich części sagi, by zorientować się w fabule. Autorzy bardzo sprawnie nawiązali  do wydarzeń z poprzednich części umiejscawiając je we wspomnieniach bohaterów, bieżących dialogach, a także relacjach innych. Sam Gerhard wielokrotnie nawiązuje do swojej przeszłości w Luftwaffe. I to jest zaleta tej powieści, że stanowi odrębne dzieło literackie, które nie jest obarczone ciężarem konieczności poznania wszystkich poprzednich części. Ogromny plus za wartość historyczną, rozpisaną na drobne. Za wielowątkowość w postawach białych kolonistów, za brutalny świat bojówkarzy oraz pokazanie walki o lepszy, przyjaźniejszy dla rdzennych mieszkańców świat. Bardzo dobrze udało się również autorom rozliczanie przeszłości i z perspektywy nazistów, i z perspektywy białych nadużywających władzy i siły w stosunku do Afrykańczyków. To książka dla fanów mocnych wrażeń, gdyż – wykorzystując cytat z powieści – „(…) kiedy raz się zasmakowało niebezpieczeństwa, życie bez niego wydawało się trochę nudne”.

Moja ocena 7/10.

Książką obdarowało mnie Wydawnictwo Albatros.

„Czarne skrzydła czasu” Diane Setterfield

CZARNE SKRZYDŁA CZASU

  • Autorka: DIANE SETTERFIELD
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 9.02.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 4.03.2014r.
  • Data premiery światowej: 1.01.2014r.

Seria butikowa jest jedną z moich ulubionych😊. @WydawnictwoAlbatros stara się bardzo, by kolejne publikacje utrzymywały dotychczasowy poziom. Dotyczy to zarówno wybieranych do serii książek, jak i samej dekoracji. Przepiękna gruba oprawa z obwolutą, zawsze z ciekawą okładką, a do tego gruby papier z przepięknymi literami. Czyta się tę serię wyśmienicie. Jeśli jesteście fanami ozdobionych pięknymi pozycjami półek z książkami, to ta seria jest zdecydowanie dla Was. Warta jest po prostu każdej wydanej złotówki😉.

A wracając do recenzji, o której mam zamiar napisać to przyznaję, że tym razem nie skusiła mnie oprawa książki, lecz jej autorka. O Diane Setterfield miałam dobre zdanie po przeczytaniu jej fenomenalnej „Trzynastej opowieści” (recenzja na klik). Ta książka zachwyciła mnie stylem i literackim językiem. Do tego pochłonęła mnie całkowicie historia o siostrach, o których na końcu wiedziałam znacznie więcej, niż z pierwszych jej stron. Po pozycji „Czarne skrzydła czasu” spodziewałam się więc samych ochów i achów. Miałam wysokie oczekiwania, po ocenie 9/10 poprzedniej książki tej samej autorki. A wiecie jak to jest, czasem trudno utrzymać tak wysoki poziom przy każdym kolejnym utworze literackim.

To historia Williama Bellmana. Willa, który w okresie młodzieńczym z procy ustrzelił czarnego kruka. Czy ta śmierć naznaczyła jego życie? Czy gdyby nie ona Will nie zaznałby okrucieństwa sieroctwa, wdowieństwa, śmierci dwójki dzieci i samotności?  Czy te wszystkie tragedie by się zdarzyły mimo sukcesów na gruncie zawodowym, dobrze prosperującego zakładu włókienniczego i sklepu przeznaczonego dla świeżo pogrążonych w żałobie? Do tego dziwna znajomość z Panem Blackiem, tajemniczym nieznajomym w czerni. Skąd się wziął i jaki jest jego zamysł, by pojawić się w życiu Bellmana.

Są różne określenia na stada kruków, w niektórych miejscach mówi się na nie „piramidy”. – „Czarne skrzydła czasu” Diane Setterfield.

I ta wiedza o tych złowieszczych czarnych ptakach jest tak naprawdę jedynym walorem książki. Autorka bardzo skupiła się, by przekazać czytelnikowi najważniejsze informacje związane z krukami, których mylimy często z gawronami. Dzięki temu dowiedziałam się też o innych nazwach na ich stada jak hordy, gromada itd oraz o hierarchii, która w tych stadach istnieje. Do kruków jako symboliki śmierci Setterfield wracała wielokrotnie. Kruk się pojawiał znikąd, przelatywał stadnie, kracząc siedział na gałęzi lub chciwie się przyglądał. Sam główny bohater William Bellman z ciekawego młodzieńca zamienił się z latami w bardziej przyjazną wersję Ebenezera Scrooge’a ciągle liczącego pieniądze z utargi, samotnego, zdziwaczałego. Niespójna dla mnie była jego relacja z córką Dorą. Na jednych stronach Autorka przedstawiała ją jako bardzo głęboką i uczuciową. Z innych dowiadywałam się, że nie widział się z nią bardzo długo i wyglądało jakby z Dorą w ogóle się nie widywał. Nawet spał w swoim zakładzie pogrzebowym, w specjalnie do tego przygotowanym pokoju. Kompletnie nie przekonała mnie postać samego Blacka. Wolałam, gdy był tylko nazwiskiem dobrze pasującym do Bellmana w nazwie firmy: Bellman & Black.

Nie wiem, czy to sytuacja polityczna zza wschodniej granicy przyczyniła się do negatywnego odbioru tej książki. Faktycznie od czwartku odczuwam niepokój. Moje myśli uciekają tylko w jedną stronę. Martwię się o przyszłość. Fakt faktem nie jest to „Trzynasta opowieść”. Autorka nie zachwyciła mnie ani językiem, ani tempem powieści. Miałam wrażenie, że kolejne zdania są wymęczone, a sama autorka gubi główny wątek zapominając co chce czytelnikowi przekazać, na co zwrócić uwagę. Historia mnie nie urzekła. Nie czułam krajobrazu, atmosfery, klimatu opowiedzianej historii. Nie polubiłam nikogo z bohaterów. Nikt nie ujął mnie swoją osobowością, charakterem i temperamentem. A to nie zdarza mi się chyba wcale☹. Książka bardziej przypomina odtwórczą sagę z jednym głównym bohaterem, niż powieść fabularną. A ja do bezkrytycznych fanów sag nie należę.

Moja ocena 5/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.