„W ukryciu” Lisa Gardner

W UKRYCIU

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: Detektyw D.D. Warren. TOM 2
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery w tym wydaniu: 15.09.2021r.
  • Data 1 polskiego wydania: 05.09.2008r.

Przy okazji recenzji lipcowej premiery „Samotna” od @WydawnictwoAlbatros wspominałam, że Wydawnictwo dla fanów Lisy Gardner przygotowało nie lada gratkę, nową reedycję serii z Detektyw D.D. Warren. Ja swoją przygodę z serią zaczęłam od dziesiątego i jedenastego tomu, tj. od „Powiem tylko raz” oraz „Czyste zło”, to jednak nie przeszkodziło mi przeczytać, co działo się z samą D. D. oraz jej współpracownikami wcześniej. Ciekawi Was jaki mam odbiór Warren po przeczytaniu drugiego tomu? Mam nadzieję, że tak. Przed Wami recenzja premiery w tym wydaniu z 15 września br.

Tym razem D.D. Warren wraz z nowym członkiem zespołu Bobbym Dodgem staje do walki z psychopatycznym mordercą małych dziewczynek. W opuszczonym szpitalu psychiatrycznym Policja odkrywa sześć zmumifikowanych małych ciałek. Śledczym od razu przypomina się historia sprzed lat, gdy uwięziona i wykorzystana została Catherine Gagnon. Fascynacja małymi dziewczynkami przypomina chorą grę, którą z Policją toczył Richard Umbrio, czy tajemniczy Pan Bosu. Sam Bobby uwikłany w sprawę Catherine Gagnon sprzed dwóch lat angażuje się w nowe śledztwo całkowicie, bez reszty. Dodatkowo jedno z ciał zostaje zidentyfikowane dzięki współpracy z Annabelle M. Granger, której zawieszka z imieniem i nazwiskiem została znaleziona w miejscu odkrycia. Annabelle, która przez całe swoje życie uciekała z rodzicami, uciekała przed kimś, kto zostawiał jej prezenty. Jednym z nich był wisiorek odnaleziony na jednym z ciał.  Annabelle, która przyjęła różne imiona i różne życia przemieszczając się z rodzicami z miejsca na miejsce. Aż do chwili, gdy postanowiła stawić czoło prawdzie. Sama dowiedzieć się skąd przybyła, skąd pochodzi i jakie tak naprawdę jest jej prawdziwie imię.

Lisa Gardner spięła fabułę w trzydziestu ośmiu rozdziałach. Zastosowała dwojaką narrację. Całe śledztwo, poczynania policjantów śledzimy z perspektywy narratora wypowiadającego się w trzeciej osobie. Natomiast losy, myśli i przeżycia tajemniczej Annabelle M. Granger śledzimy dzięki jej perspektywie ujętej w narracji pierwszoosobowej. W mojej opinii jest to narracja bardziej ciekawsza, bardziej emocjonująca. Bo jak tu bez emocji czytać o przeżyciach młodej dziewczyny, która całe życie uciekała, ale uciec nie zdołała.

Jak to u Gardner czytelnik ma całe mnóstwo potencjalnych sprawców. Miałam możliwość wyboru między pacjentem ze szpitala psychiatrycznego pochodzącego z bogatego domu, a ówczesnym sanitariuszem. Między tajemniczym pastorem udzielającym się w noclegowni dla bezdomnych, a dawno niewidzianym wujkiem Tommy. W zależności od momentu, w książce aż roiło się od poszlak, które ukierunkowywały śledztwo na całkowicie różne, inne tory. Plusem jest przedstawienie pracy policji w bardzo metodyczny sposób. Gardner stara się bardzo, by prowadzona praca śledczych została odwzorowana w sposób kompleksowy. Odprawy, konsultacje, przesłuchania roją się od badania różnych tropów, od zastanawiających dygresji oraz wniosków. Wspominając o bohaterach muszę dodać, że sama Annabelle, mimo, że przedstawiona jako silna postać, mimo trudnego losu żyjąca w pewnej równowadze psychicznej, okazała się postacią najbardziej nacechowaną emocjami o silnym rysie psychologicznym. To ciągle dziewczynka, dziewczyna szukająca prawdziwego ojca i tęskniąca za prawdziwą matką, z ich prawdziwymi imionami i nazwiskami. A Detektyw Warren, no cóż, tak jak w pierwszej części skoncentrowana całkowicie na pracy, zorientowana na cel i osiągnięcia, twarda po prostu laska i taką ją lubię najbardziej. Gdyby nie to, że od pewnego momentu rozwiązanie było do przewidzenia ocena na pewno byłaby wyższa.

Lubicie kryminały? Lubicie silne postaci kobiece? Ja tak, dlatego sięgnęłam po tę pozycję i Was też do tego zachęcam.

Moja ocena 7/10.

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Dom stu szeptów” Graham Masterton

DOM STU SZEPTÓW

  • Autor: GRAHAM MASTERTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 15.09.2021r.

Do przeczytania kolejnej premiery @WydawnictwoAlbatros z 15 września br. przekonała mnie tak naprawdę jedna opinia. Zdaniem  Petera Jamesa „Dom stu szeptów” Grahama Mastertona to ksiązka „Przerażająca i jedyna w swoim rodzaju. Masterton to jeden z najoryginalniejszych i najbardziej przerażających powieściopisarzy naszych czasów”. Grahama Mastertona znam z serii z Katie Maguire. Zrecenzowałam dwie ostatnie części tego cyklu, tj. „Żebrząc o śmierć” oraz „Do ostatniej kropli krwi”. W jednej z nich napisałam, że „Znakiem rozpoznawczym autora są dosadne opisy ofiar, miejsc zbrodni”. Tym bardziej ciekawa byłam horroru jego autorstwa, mimo, że nie jest to bliski mi gatunek. Jak to mówią „do odważnych świat należy” i z tą myślą rozpoczęłam czytanie😉.

(…) Wszelkie spełnienie, jakiego w życiu doświadczamy, jest możliwe tylko dzięki istnieniu w czasie, nawet jeśli nieuchronnie nadchodzi również moment, gdy znów wszystko utracimy niczym fala odpływu ześlizgująca się powoli po piasku”. – „Dom stu szeptów” Graham Masterton.

O jaki dom tu chodzi i o jakie tytułowe szepty?

Dom to stara rezydencja w Dartmoore, ze skrzypiącymi schodami, ogromnymi oknami, mrocznymi witrażami, ogromnym ogrodem i ośmioma sypialniami. Dom należał do seniora rodu Russelów. Należał. Aktualnie po jego śmierci do domu zjeżdżają jego dzieci; Rob, Martin i Grace. Zastanawiają się komu przypadnie, czy ktoś będzie w nim mieszkał, czy należy go jak najszybciej sprzedać. Niestety zgodnie z testamentem zarządzanie obejmie fundusz powierniczy, a dom musi zostać w rodzinie co najmniej przez 13 lat. W czasie gdy rodzeństwo zastanawia się jak poradzić sobie ze skomplikowanym spadkiem dochodzi w domu do dziwnych zjawisk. Najpierw słyszane są tytułowe szepty, później zaginął Timmy, wnuk spadkodawcy. Wszyscy stają na baczność, wszyscy szukają do czasu, do czasu, gdy rzeczywistość zamienia się w koszmar.  

I to chyba wszystko

Jeśli chodzi o zachęcenie Was do sięgnięcia po tę pozycję. Mimo, że książka została zaliczona w poczet horrorów, grozy w niej nie było wcale. Musicie wiedzieć, że ten gatunek zwykle powoduje u mnie łomotanie serca, szczęk zębów, czy drżenie rąk. Nie tym razem. Nie tym razem. Tym razem chwilami przywoływałam uśmiech na ustach. Poziom absurdu, braku logiki i groteski doprowadzał mnie do uśmiechu, cichych prychnięć, czy wypowiedzianego w myślach komentarza typu „co za głupoty” lub „co za absurd”. Główny wątek szeptów pojawił się dość szybko,  w pierwszych czterdziestu stronach, jakby autor nie chciał marnować czasu na wprowadzenie, na budowanie napięcia, jakby chciał od razu „z grubej rury” gruchnąć tymi tytułowymi szeptami, świszczącym wiatrem i mroczną atmosferą. Według mnie zabieg kompletnie mu się nie udał. Udany motyw dotyczył księżej nory powstałej wiele lat wcześniej w związku z przebywaniem w posiadłości duchownych. Motyw Ady i jej podróży z kompanami kompletnie mnie powalił na łopatki. Raczej zakrawał na śmieszność. A, co ważne, rozstrzygnięcie. Nie podołali dwaj doświadczeni egzorcyści, a „rękawicę podjął” amator – śmiałek. Czy z sukcesem? To sami musicie sobie doczytać.

Plusem książki jest narracja i styl właściwy Autorowi. Podobał mi się, mimo wielu banałów i całkowicie niedopracowanej moim zdaniem fabuły. Czytało ją się, o dziwo, przyjemnie. Mroczne wątki, tajemnice zza grobu, własne lęki i obawy splatały się z teraźniejszością, z bohaterami występującymi tu i teraz, ani przeszłości, ani teraźniejszości nie było za dużo.

To całkowicie inne, niż dotychczas doświadczenie z prozą Grahama Mastertona. Analogicznie jak książkę, pisanie tej recenzji kończę z uśmiechem na ustach.

Moja ocena 5/10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Studentka” Gary Braver, Tess Gerritsen

STUDENTKA

  • Autorzy: GARY BRAVER, TESS GERRITSEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 15.09.2021r.

Ostatnia premierowa środa, tj. 15 września br. pokazała, że @WydawnictwoAlbatros również nie próżnuje. Swoim nakładem wydało wiele dobrych książek. Jedną z nich jest „Studentka” Tess Gerritsen napisana wraz z Garym Bravererem. Sama Tess Gerritsen jest autorką wielu książek. Ma na swoim koncie już czterdzieści pozycji. Znacie tą autorkę, która z wykształcenia jest lekarzem internistą? W wielu z nich fabuła wzbogacona jest o wątek medyczny związany z pracą lekarza, pacjentami, czy funkcjonowaniem służby zdrowia i jej oddziałów. Ciekawe, czy i tym razem te wątki pojawią się w książce, która dzieje się głównie w społeczności akademickiej. Wszak intryga kryminalna rozpoczyna się od śmierci tytułowej Studentki.

„(…) literatura jest odbiciem życia.” – „Studentka” Gary Braver, Tess Gerritsen.

Tą studentką jest, a raczej była Taryn Moore, której upadek z piątego piętra bada Frankie Loomis, pani detektyw bostońskiej policji. Taryn miała wszystko; urodę, inteligencję, szerokie możliwości, przyjęcie na studia doktoranckie. Detektyw Frankie, w pewnym momencie zaczyna powątpiewać w tezę o samobójstwie Taryn. Nie ma listu pożegnalnego, nie ma w jej mieszkaniu smartfona, jest za to wielu mężczyzn wokół, którym mogłoby zależeć na jej przypadkowej śmierć; Liam, Cody, czy Jack Dorian. Każdy z nich mógłby mieć motyw, każdy z nich mógłby być zainteresowany usunięciem jej ze swego życia, każdemu z nich  przysłowiowo „zalazła za skórę”. Każdemu inaczej; nie mogąc pogodzić się z zerwaniem nękając, odrzucając atencję i uwagę jedynego przyjaciela będącego na każde jej skinienie, czy stawiając profesora anglistyki w sytuacji bez wyjścia, bez umiaru prowokując na jego zajęciach. Kto odnajdzie prawdę o śmierci Taryn? Czy Frankie? Czy ci, którzy poczuli się przez jej śmierć zagrożeni?

Trzydzieści siedem rozdziałów zostało podzielone na części „potem” i „przedtem”. Dodatkowo autorzy każdy rozdział zatytułowali imieniem bohatera, z perspektywy którego akcja była relacjonowana przez narratora trzeciosobowego. W książce mamy więc rozdziały przedstawione między innymi z perspektywy Taryn, Frankie, Jacka. Bardzo dobry wątek dotyczył dyskusji wyjętych jakby wprost z seminariów o literaturze mitologicznej, wątek zdradzanych kobiet i zdradzających mężczyzn idealnie wpasował się w moją fascynację historią Heloizy i Abelarda. Te części były bardzo dobrze rozpisane, inspirujące i wyjątkowo mnie ciekawiły. Spodobało mi się również pokazanie detektyw Frankie Loomis nie tylko jako skuteczną policjantkę, ale kobietę z krwi i kości. Kobietę borykającą się z własnymi osobistymi problemami, kobietę niepotrafiącą uporać się z obawą i troską o dorastające bliźniaczki, czy kobietę dla której pewna 46-letnia kobieta stanowi klucz do zagadki o tajemniczą śmierć jej męża sprzed trzech lat.

Nie ukrywam jednak, że ta publikacja nie trzymała mnie w napięciu. Generalnie za mało w niej thrillera. Dla mnie to kryminał z bardzo rozbudowanym wątkiem obyczajowym, w którym splata się klasyczna literatura z obrazem współczesnych rodzin, krzywd małżeńskich, czy problemami społecznymi w grupie studenckiej. Fabuła toczy się niespiesznie. Zanim dojdzie do finałowego rozstrzygnięcia śledztwa autorzy podsuwają liczne tropy. Mimo to zakończenie było do przewidzenia. Napisana jest w bardzo prostym, chronologicznym stylu, dzięki czemu bez kłopotów odnalazłam się w przeszłości i teraźniejszości bohaterów. Mimo, że nie jest to książka „wysokich lotów” czytanie jej sprawiło mi przyjemność. Miło spędziłam przy niej czas. Gdyby nie to, że jest w wielu fragmentach przewidująca ocena końcowa byłaby na pewno wyższa.

Dlaczego więc warto sięgnąć po „Studentkę”? Ano dlatego, że znajdziecie w niej lekką narrację, przyjemny styl, wiele intersujących wątków pobocznych, emocje na płaszczyźnie damsko – męskiej, różne emocje.  To połączenie gwarantuje czytelnikowi dobrą zabawę i relaks z książką w te deszczowe, chłodne wieczory. Zaparzcie sobie gorącą herbatę lub kawę, o ile nie zamierzacie spać i czytajcie, czym i czy w ogóle tak naprawdę zasłużyła sobie tytułowa Studentka na śmierć

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Kaktus” Sarah Haywood

KAKTUS

  • Autorka: SARAH HAYWOOD
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 414
  • Data premiery: 11.08.2021r.
  • Data premiery światowej: 04.10.2018r.

Ile ja ostatnio książek wydanych nakładem @WydawnictwoAlbatros czytam!!! Wystarczy wspomnieć tylko te zrecenzowane w sierpniu. Sami zobaczcie: Milczący zamek – mój faworyt😊, Wyspa i jej kontynuacja Pewnej sierpniowej nocy, rewelacyjna Zabawa w chowanego, sensacyjna Bez pożegnania, Zanim cię zobaczę, Rebeka, Zaginiona siostra, Kolory ognia i Po dwóch stronach. Wygląda na to, że w sierpniu mój czas zdominowały publikacje tego Wydawnictwa i to jeszcze nie koniec!!! Przed Wami jedenasta w tym miesiącu recenzja książki wydanej  przez @WydawnictwoAlbatros. To komedia, która premierę miała 11 sierpnia br. „Kaktus” Sarah Haywood. Śmiać się czy płakać? Przeczytajcie recenzję, to się dowiecie sami.

Czy liść na głowie, czy kaktus, który urósł „jeden kit”, jak to mówią. Przekonała się o tym Susan Green, która wiodła całkowicie zwyczajne życie, ale do pewnego momentu. No właśnie, ale. „Ale” to słowo klucz. Klucz, który otwiera drzwi do życia bez kompletnej kontroli, do własnego życia w którym już nie ma matki, za to jest rodzące się we własnym ciele, nieproszone nowe życie. Drzwi do życia, w którym znikąd pojawia się Rob. Rob – sojusznik, Rob- opoka, Rob…. Fabuła jak z bajki, prawda? Tego samego zdania była firma producencka Reese Witherspoon, Hello Sunshine, która wykupiła prawa do adaptacji powieści. Jak obiecuje Wydawca film  „będzie dostępny na platformie Netflix, a w roli głównej zobaczymy samą Reese Witherspoon”. Zaciekawieni? Ja tak.

Z debiutami różnie bywa. Jedne są lepsze, drugie gorsze. Muszę przyznać, że dla mnie „Kaktus” okazał się przeciętną komedią, którą czyta się bardzo lekko i przyjemnie. Język jest prosty i jasny, nie wymaga od czytelnika zbytniego skupienia. Sama fabuła oparta została na sprawdzonym motywie, motywie rodzącego się uczucia mimo wszystko, mimo przeciwności, mimo początkowej niechęci. Ot, taka nieskomplikowana  historia napisana w lekkim stylu. Mimo wielu cytatów bardzo pochlebnych opinii zawartych w książce, powieść nie do końca mnie bawiła, raczej chwilami wprowadzała w stan nostalgii. Nostalgii za czymś utraconym, co już nie wróci. Bardziej żałowałam głównej bohaterki, niż się z niej śmiałam. Bardziej jej kibicowałam, niż mnie bawiła.

Z jednym mogę się zgodzić z Wydawcą, jest to faktycznie „opowieść o miłości, która przychodzi zawsze nie w porę, o mierzeniu się z tym, co nieoczekiwane i godzeniu z tym, co nieuniknione”.

Moja ocena 6/10.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Po dwóch stronach” David Churchill, Wilbur Smith

PO DWÓCH STRONACH

  • Autorzy: DAVID CHURCHILL, WILBUR SMITH
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 29.07.2020r.
  • Data premiery światowej: 16.05.2019r.

Czytaliście jakąkolwiek książkę z Sagi rodu Courteneyów nakładem @WydawnictwoAlbatros? Od piętnastego tomu Wilbur Smith do współpracy zaprosił Davida Churchilla. Z opinii wiernych czytelników wynika, że raz to wyszło na dobre, a innym razem niekoniecznie. Ciągle uzmysławiam sobie, że ile czytelników tyle opinii i żadna opinia nie jest zła😊. Ja z serią nie miałam do czynienia. Do sięgnięcia po tę pozycję zachęcił mnie bardzo ciekawy opis Wydawcy. Dzięki temu mogę dziś zaprezentować Wam recenzję książki, która premierę miała już ponad rok temu, ale która stanowiła dla mnie odskocznię od najczęściej czytanych gatunków😉. „Po dwóch stronach” autorstwa Davida Churchilla i Wilbura Smith jest wszak książką historyczną osadzoną w czasach wojny. Książkę przeczytałam dzięki @WydawnictwoAlbatros, za co serdecznie dziękuję. Zapraszam do zapoznania się z moją opinią.

Epicka opowieść o odwadze, zdradzie i sile miłości – z opisu Wydawcy.

Przyznaję, że czasem nie wierzę opisom wydawców. Na ich podstawie wybieram książki, które zamierzam przeczytać i nie zawsze trafiam w dziesiątkę. Tym razem opis Wydawcy jest jak najbardziej szczery i właściwy. „Po dwóch stronach” to powieść obyczajowa osadzona w historycznych realiach II Wojny Światowej, gdzie miłość i cierpienie splatają się w historii dwójki młodych ludzi, Niemca Gerharda von Meerback oraz zakochanej w nim Południowoafrykanki Saffron Courtney, która całkiem niedawno przybyła do Anglii. Oboje z dwóch rożnych stron, z dwóch światów, świata niemieckich hrabiów i świata angielskich kolonistów penetrujących od XVIII wieku Afrykę. Tacy różni, a jednak stanowiący swoje całkowite uzupełnienie. Ich gorący, szczery romans został przerwany wybuchem II Wojny Światowej. Gerhard podążył, by służyć nazistowskim Niemcom, a Saffron oddała się pracy na rzecz brytyjskiej agentury przy Baker Street. Czy władza Hitlera przerwie rozdzierającą piersi miłość kochanków? Czy w zawierusze wojny są jakiekolwiek szanse na ponowne spotkanie twarzą w twarz?

Kompletnie nie miałam pojęcia czego się spodziewać po tej powieści. Okazała się dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Autorzy bardzo skrupulatnie wręcz z historyczną dociekliwością osadzili losy dwójki przeciwstawnych bohaterów w realiach wojny. O Niemcu zakochanym w mieszkance okupowanego kraju i o Niemkach rozkochujących w sobie Brytyjskich, Radzieckich żołnierzy w literaturze można przeczytać nie raz. Żadna z książek nie niesie ze sobą aż takiej wartości historycznej, nie razi tak sprytnie wplecionymi w fikcyjną fabułę faktami historyczny jak dzieło Davida Churchilla i Wilbura Smitha. W dwudziestu sześciu rozdziałach oprócz wątku miłosnego czytelnik styka się z metodami pracy śledczej, technikami działalności agentury wywiadowczej, umiejętnościami morderczymi, czy rzeczywistością wojskową oraz realizmem funkcjonowania Gestapo. Całkowity tygiel gatunkowy, kompletny szok. Do tego w wielu miejscach autorzy pokusili się o przedstawienie społecznych nastrojów, opinii ludności na zmieniające się losy wojny, cała akcja osadzona jest w latach 1939 – 1945, od początku do zakończenia konfliktu zbrojnego. Losy Saffron śledzimy na kolejnych terenach jej działalności, czytamy więc o Belgii, Holandii Francji, czy Anglii. Towarzyszymy w jej spotkaniach z okupantami, miejscową ludnością, czy chociażby przystojnym amerykańskim porucznikiem. Gerhardowi towarzyszymy od momentu kompletnej wierności nazistowskiej ojczyźnie, aż po moment pojawienia się pierwszych wątpliwości, od chwały rodu von Meerback do momentu, gdy jego własny brat Konrad przystawił mu oficerski but do twarzy. Nie zdradzę, czy historia ma happy end, czy jest kolejną próbą udowodnienia, że sama miłość nie wystarczy, by „żyć długo i szczęśliwie”. Napiszę tylko, że ciekawe losy dwójki bohaterów prowadzone są w historycznym tle chorego umysłu Hitlera i jego pobratymców, okrucieństw wojny opisanych dość dosadnie, kolejnych, trudnych do zrozumienia decyzji politycznych Niemców, rzeczywistości obozowej, procedur likwidacji ludności żydowskiej, aktów przemocy skierowanych przeciwko najbliższym.

Mi przeszkadzała postać głównej bohaterki. Z jednej strony została przedstawiona jako bezwzględna morderczyni, nad wyraz skuteczna agentka wywiadu brytyjskiego potrafiąca 72 godziny opierać się technikom przesłuchiwawczym Gestapo, z drugiej jako kobieta z krwi i kości, podejmująca błędne decyzje, łaknąca męskiej atencji i oparcia w silnym męskim ramieniu. Jakby Saffron cierpiała na chorobę dwubiegunową objawiającą się wyjątkową słodkością i morderczą osobowością. Momentami męczył mnie pompatyczny styl narracji, jakby autorzy chcieli słowom, tempu i treści nadać samoistne znaczenie, doniosłe znaczenie. To odbierało mi chwilami przyjemność z czytania. Mimo tych niedogodności zaliczam lekturę do udanych. Lubię złożone fabuły i złożonych bohaterów. Ciekawi mnie złożony, literacki świat.

Lubicie książki w których wiele się dzieje? Ta, do takich bez wątpienia należy. Jest i wojna, i całe ludzkie życie, w którym uczucia i moralne dylematy nie pozwalają zamknąć powiek po zachodzie słońca. Jeśli dodatkowo lubicie w książkach obyczajowych wątki miłosne to historia Saffron i Gerharda jest dla Was. Udanej lektury.

Moja ocena 7/10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Kolory ognia” Pierre Lemaitre

KOLORY OGNIA

  • Autor: PIERRE LEMAITRE
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 14.10.2020r.

Dopiero co publikowałam recenzję książki wydanej przez @WydawnictwoAlbatros „Rebeka” Daphne du Maurier, w której kluczową rolę odegrały dwie postaci kobiece, tj. dwie Panie de Winter, a dzisiaj znowu przychodzę do Was z kolejną recenzją książki, gdzie autor postawił na postać kobiecą. Nie będę wyjątkiem, będąc kobietą lubię czytać o kobietach😊. Lubię odkrywać jak widzi je sam autor, jaki mają rys psychologiczny, co je wyróżnia i co je łamie, w którym kierunku podążają i czy ta droga jest tą właściwą. Szczególnie niecierpliwię się, gdy bohaterka przychodzi do mnie sprzed kilkudziesięciu lub stu lat. Ooooo, to jest wyzwanie! Dostrzec ponadczasowe podobieństwa w dwóch postaciach, które dzieli tyle lat, w historycznej postaci fikcyjnej i bieżącej czytelniczce to faktycznie nie lada gratka. Tak było w przypadku powieści Pierre’a Lemaitre pt. „Kolory ognia”, która została wydana przez wspomniane już dzisiaj @WydawnictwoAlbatros w październiku ubiegłego roku. Książka odczekała swoje na mojej półce, by wreszcie doczekać się uwagi. Uwagi, która nie słabła w trakcie całego czytania😉, a to zawsze dobrze świadczy o powieści. Czyż nie?

Nie ma takiego piekła, które pokonałoby tę kobietę – z opisu Wydawcy.

Gdy znany i poważany francuski finansista Marcel Péricourt umiera, wokół jego bliskich zaczynają się gromadzić chmury gradowe. Najpierw, w dniu pogrzebu jego jedyny wnuk ulega wypadkowi, który unieruchamia go na całe życie w wózku inwalidzkim.  Jego córka – dziedziczka Madeleine traci chęć do życia, odrzuca zaloty kolejnych konkurentów pogłębiając się dzień po dniu w opiece nad swym jedynym synem, Paulem, ale tylko do czasu. Do czasu, gdy wiedziona instynktem zranionego zwierzęcia zaczyna rozliczać wszystkich wokół ze złożonych obietnic, podjętych działań, skradzionych pieniędzy czy złych decyzji. Staje się mścicielką, której celem jest odbudowanie własnego życia i straconego majątku.

„Kolory ognia” okazały się powieścią obyczajową z lekkim rysem historycznym, w którym poznajemy ówczesną sytuację społeczno-polityczną Francji, jak również obserwujemy światowe polityczne nastroje i budzące się do życia faszystowskie, czy socjalistyczne ruchy. Nie jest to więc lektura prosta, łatwa i przyjemna. Momentami wątki historyczne dominowały nad fikcyjną fabułą, zaś wplecione rzeczywiste wydarzenia stwarzały pozory dokumentu. Losy Madeleine i jej otoczenia śledzimy w trzech perspektywach czasowych, tj. w latach 1927-1929, roku 1933 oraz dzięki epilogowi, w latach znacznie późniejszych, aż do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Lemaitre zawarł w fabułę w kolejno ponumerowanych rozdziałach, których jest czterdzieści cztery. Autor wystylizował język stosownie do czasu osadzenia akcji. Narracja również bardziej przypomina Dumasa lub Dickensa niż współczesny literacki język. Momentami wybijały mnie z rytmu sformułowania, skierowane wprost do czytelnika, typu „musicie wiedzieć”. Kompletnie nie mogłam się w tą narrację, dialogi wgryźć. Cóż, nie każdy autor pisze stylem od którego miękną mi nogi.

Sama główna bohaterka Madeleine została przedstawiona przez Pierre’a Lemaitre bardzo wyraziście. Wiele w niej żalu, więcej chęci zemsty i odwetu, które kierują ją w czeluści najbardziej prymitywnych ludzkich zachowań. Chwilami gubiłam się za co gubi i dręczy konkretną osobę. Momentami podważałam jej motywacje, kara wydawała się wprost nieadekwatna do zbrodni. Historii w którym „pierwsze skrzypce” grają szantaże, porachunki, paszkwile, fiskalne malwersacje, wmanewrowanie w morderstwo czy w zdradę stanu traciły na prawdziwości. Jakby autor w jednej książce chciał zawrzeć wszystkie możliwe i prawdopodobne do ówczesnych czasów formy odwetu zranionej kobiety.  Muszę jednak pochwalić autora za sprytne obrazowanie bohaterów. Z jednej strony są pełni mojej sympatii, z drugiej natomiast na ich myśl oblewała się fala złości i goryczy. To bez wątpienia zaleta tej książki, ta umiejętność wplecenia w fabułę nieoczywistych postaci, ani dobrych, ani złych, ani szczerych, ani kłamliwych, takich po prostu ludzkich, złożonych. Przykładami takich bohaterów jest Léonce, André, Joubert, czy wujek Charles. By Was zachęcić do przeczytania, muszę wspomnieć o akcencie polskim. Mowa tu o Vladi (nie mam pojęcia co to za polskie imię!!!) polskiej pielęgniarce Paula. Kobiety, która nigdy, mimo wieloletniego pobytu w rodzinie Péricourt nie nauczyła się francuskiego, ot taka głupiutka Polka. Lemaitre wykorzystał jej postać do przedstawienia ksenofobicznej strony Francji, pełnej uprzedzeń i niechęci do tych, którzy mają inne pochodzenie. Oczywiście i przy tej okazji nie pominął kwestii żydowskich. Niezwykle polubiłam postać Solange, światowej słaby śpiewaczki operowej. Jej związek z Paulem jest mocną stroną tej publikacji, czyta się o nim, mimo chwilowej infantylności, z zaciekawieniem zastanawiając się w którym kierunku zmierza.

To powieść, w której przedstawiono obraz Francji targany wichrami ówczesnej historii z francuską polityką i światem finansjery w tle oraz niezwykle skutecznym Panem Dupré. Obraz Francji pełen  chorych, nigdy nie zaspokojonych ambicji, podłości, chciwości, czy zazdrości. To historia niełatwa, rzadko czytana. Historia nieoczywista.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Zaginiona siostra” Lucinda Riley

ZAGINIONA SIOSTRA

  • Autor: LUCINDA RILEY
  • Seria: SIEDEM SIÓSTR (TOM 7)
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:672
  • Data premiery: 02.06.2021r.

Jakoś tak się złożyło, że wśród nieopublikowanych jeszcze opinii o czerwcowych premierach, oprócz zrecenzowanej już wczoraj „Kwestii winy” Małgorzaty Rogali, znalazła się też kolejna z mojej ulubionej serii, a mianowicie 7 tom „Siedmiu sióstr” Lucindy Riley. Książkę przeczytałam niedługo po premierze, ale emocje mi towarzyszące i związane z tym okoliczności sprawiły, że potrzebowałam trochę czasu, żeby móc napisać recenzję. I jak to często bywa upłynęło go sporo więcej niż zakładałam.

Lucinda Riley to brytyjska pisarka pochodzenia irlandzkiego. W dzieciństwie dużo podróżowała, głównie na Bliski Wschód. Po przeprowadzce do Londynu została aktorką, grała w filmach, telewizji i teatrze. Jako pisarka zadebiutowała w 2011 roku „Domem orchidei”. Jej książki podbijały listy bestsellerów i serca czytelników, ale najwspanialsza chyba jest seria „Siedem sióstr”. Opowiada o adoptowanych przez tajemniczego Pa Salta siostrach. Choć urodziły się na różnych kontynentach wychowały się w bajecznej posiadłości na prywatnym półwyspie Jeziora Genewskiego. Adopcyjny ojciec nadał im imiona 7 Plejad. Po swojej śmierci każdej z nich zostawił list i dane geograficzne mogące pomóc im odkryć własne korzenia. I tak każda z sióstr udaje się w podróż w poszukiwaniu swojej drogi.

7 tom z założenia miał być zamknięciem całej historii, opowieścią o siódmej, zaginionej siostrze, której jako jedynej nie udało się Pa Saltowi odnaleźć. Jednak w okolicy premiery, ku radości czytelników, okazało się, że będzie ósmy, dodatkowy tom, gdyż w liczącej aż 672 tomy historii nie udało się autorce wyjaśnić i zamknąć wszystkim wątków. Osmy tom miał zawierać historię Pa Salta i wyjawić tajemnice z jego przeszłości. Z tym większym niedowierzaniem i smutkiem przyjęłam informację, że 11 czerwca po długiej chorobie zmarła Lucinda Riley. To bez wątpienia niepowetowana strata dla literatury. Ogromny smutek. Małym okładem na serce czytelników okazała się informacja, że ósmy tom jednak się ukaże, gdyż ukończy go na podstawie zapisków autorki jej syn. Także tajemnice adopcyjnego ojca i jego siedmiu córek zostaną wyjaśnione.

„Zaginiona siostra” jak sama nazwa wskazuje ma wyjaśnić zagadkę 7 siostry. Po śmierci ojca każda z sióstr poszła w swoją stronę i odnalazła swoje korzenie i własną drogę w życiu. Jednak nadal nie wiadomo kto jest siódmą siostrą, gdzie jest i co się z nią dzieje. Po roku od śmierci Pa Salta siostry D’Apliese przygotowują się do rejsu po Morzu Egejskim, by złożyć wieniec w miejscu, gdzie spoczął ich ojciec. Niespodziewanie prawnik rodziny podaje im imię i adres dziewczyny, która najprawdopodobniej jest ich Zaginioną Siostrą. Kobiety spotykają się z nią, lecz okazuje się, że tylko jej matka Mary McDougal może potwierdzić czy dziewczyna naprawdę jest ich siostrą. Kobieta jednak po śmierci męża wyruszyła w podróż dookoła świata. Maja, Ally, Star, CeCe, Tiggy i Elektra kolejno przemierzają pół świata – od Nowej Zelandii, przez Toronto, Londyn, Prowansję, aż po Dublin by spotkać się z kobietą i zyskać pewność co do siódmej siostry. Kobieta jednak ciągle wymyka im się z rąk, wszystko wskazuje na to, że wcale nie chce być odnaleziona… Czy siostrom uda się rozwiązać zagadkę Merope?

Powieść jak zwykle przeczytałam z zapartym tchem, jej klimat, styl, język tak jak w całej serii jest niepowtarzalny. Tym razem jednak historia nie skupia się tylko na jednej bohaterce, a pokazuje kolejno dalsze losy sióstr, bowiem kolejno biorą one udział w poszukiwaniach. Z wielką radością przywitałam się więc ze znanymi i lubianymi bohaterkami. Powieść składa się z kilku części, jedna z nich pokazuje losy Merry, która po śmierci męża, wyruszeniu w podróż i pojawieniu się tajemniczych kobiet czuje, że nadszedł czas, by wreszcie zmierzyć się przeszłością. Zagłębia się więc w lekturę dziennika, który ma od dawna, a my mamy okazję poznać historię Nualii, która przenosi nas do Irlandii 1920 roku. Przedstawione przed autorkę historia i na poziomie współczesnym i tym z przeszłości jest jak zwykle niezwykle fascynująca. Całość czytała z zapartym tchem. Każdy tom utwierdza mnie w tym, że „Siedem sióstr” to jedna z moich ulubionych serii, wyjątkowa, klimatyczna i pełna uroku. Ogromnie się cieszę, że będzie jeszcze 8 tom, który mam nadzieje odpowie na pytania, które tu się pojawiły. A co potem? Cóż, chyba nie pozostanie mi nic innego jak zacząć przygodę z Siedmioma siostrami od nowa:) Co i Wam gorąco polecam, zwłaszcza tym, którzy nie mieli okazji zaznajomić się jeszcze z tą serią.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Rebeka” Daphne du Maurier

REBEKA

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 14.10.2020r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.1960r.

 „(…) Coś z początku, coś z końca”- jak to śpiewał Michał Bajor w piosence pt. „Taka miłość w sam raz”. Ostatnio udaje mi się zastosować tę zasadę w pisaniu i publikowaniu recenzji. Premiery z bieżącego roku przeplatam co rusz książkami, które udało mi się nadrobić z poprzedniego roku lub nawet wcześniej😉.  Każdą wolną chwilę przeznaczam na czytanie, nadrabianie i publikowanie. Te zaległości, o czym pisałam przy okazji niedawnej recenzji do „Czy już zasnęłaś” (recenzja na klik), okazują się miłym zaskoczeniem, co potwierdza, że do zaplanowanych do przeczytania książek warto wracać. Czy „Rebeka” Daphne du Maurier wznowiona przez @WydawnictwoAlbatros w roku 2020r. również okazała się strzałem w dziesiątkę? Przy okazji muszę zapytać, oglądaliście film z Lily James, Armiem Hammerem i Kristin Scott Thomas dostępny na platformie Netflix od  21 października 2020r.? Ja do tej pory go omijałam. Po prostu nie lubię zaczynać ekranizacją nie znając literackiego pierwowzoru. Jestem już po lekturze książki, więc….Netflix nadchodzę😊!!!

Fabuła kręci się wokół tytułowej Rebeki de Winter, pierwszej żony Maxima de Winter właściciela przepięknej posiadłości Manderley. Zmarłej tragicznie w wyniku wypadku podczas żeglowania przed rokiem. O Rebece zaczynamy dowiadywać się, gdy Maxim de Winter podczas pobytu w Monte Carlo poznaje uroczą, młodziutką towarzyszkę Pani van Hopper. Na tyle uroczą, że po rocznym wdowieństwie postanawia się jej bezzwłocznie oświadczyć. Po ślubie nowa Pani de Winter wraz z mężem wraca do rodzinnego Manderley, gdzie duch zmarłej niedawno żony Maxima zaczyna krążyć wokół życia nowożeńców, w każdym ich dniu Rebeka, mimo, że pozostająca już w strefie wspomnień, staje się coraz istotniejsza, coraz ważniejsza. Czy miłość młodej Pani de Winter zwalczy obecność jej poprzedniczki? Czy to tylko kwestia czasu, gdy Rebeka zawładnie Maximem na nowo, po raz drugi?

Klasyka w najlepszym wydaniu!!!

No czegóż innego można się było spodziewać po powieści wydanej po raz pierwszy w roku 1938 przez angielską pisarkę pochodzącą z rodziny artystycznej Daphne du Maurier!!! Autorkę wielu udanych publikacji, które zainspirowały m.in. Alfreda Hitchcoca do nakręcenia oskarowych „Ptaków”, które Maurier wydała pod tym samym tytułem (źródło: Daphne du Maurier). Styl iście staroangielski, przepiękne zapierające dech w piersiach opisy. Strona po stronie zanurzałam się w opowieść, w której odkrywałam „zdziczałe leśne rośliny”, które „wpełzały w całej swej brzydocie na soczystą trawę”. W której „rosły pokrzywy, przednia straż armii dżungli”. W której czytałam o „jaskrawym słońcu i czystym niebie”. Ach, cóż za piękny literacki język! Cóż za piękne opisy godne książki sprzed osiemdziesięciu lat! Do tego wspaniały styl godny ówczesnych czasów, wywarzone dialogi, typowo angielska wstrzemięźliwość i formy komunikacji właściwe dla klasy, w której osadzona została akcja.

Konstrukcja książki składa się z dwudziestu siedmiu rozdziałów. Pisana jest z perspektywy młodej Pani de Winter, praktycznie bezimiennej narratorki. Jakby autorka chciała zaznaczyć, że jej imię jest mniej ważne od imienia jej poprzedniczki, Rebeki, że to Rebeka była słońcem wokół którego orbitował Maxim, że to ona była sensem jego życia. Mimo tego z rozterkami i dojrzewaniem narratorki bardzo się utożsamiałam. Trudne początki zawiodły młodą żonę w miejsce, w którym nagle stała się bardziej odważna, bardziej świadoma swoje roli w domu, w którym przestała już rządzić wszechwładna, demoniczna gospodyni Pani Danvers (à propos szkoda, że ta bohaterka w trakcie książki trochę straciła na wyrazistości). Z postaci kobiecych najbardziej spodobała mi się postać byłej pracodawczyni Pani van Hopper. Kojarzy mi się z postacią Hiacynty Bucket (w oryginale Hyacinth) z brytyjskiego serialu telewizyjnego „Co ludzie powiedzą”, dla której przede wszystkim ma znaczenie z kim jest, będzie i była widziana, w jaki sposób nakryła do stołu i przyjęła gości, ilu brytyjskich książąt, lordów i milordów spotkała na swojej drodze, nawet w trakcie zwiedzania angielskich zamków i pałaców. Van Hopper jest do niej bardzo podobna. Mimo, że jest postacią poboczną i nieistotną przywołała na mej twarzy niejednokrotnie uśmiech swymi absurdalnym zachowaniem, niestosownymi uwagami, czy ciągłym udawaniem kogoś, kim nie jest i do kogo nawet nie może się zbliżyć. To najbardziej wyrazista postać tej książki. Zawiódł mnie całkowicie Maxim. Jako główna postać męska za mało miał w sobie werwy i charakteru. Momentami wzburzony potrafiący zachować się nieadekwatnie do sytuacji w większości takie „ciepłe kluchy”. Snujący się po swoim życiu, w którym jego żona o połowę młodsza zaczyna mieć większe znaczenie.  Jej uwagi stają się bardziej celniejsze, decyzje trafniejsze a zachowanie bardziej odpowiednie. Powieść miała jednak na celu uwypuklenie postaci kobiecych. Zdaje się, że to był celowy zabieg du Maurier, by pokazał mężczyzn w sposób trochę bardziej karykaturalnie, trochę bardziej osłabionych. Wszak tytułowa bohaterka i młoda narratorka są kobietami, dlatego czytając poznajemy kobiecy punkt widzenia sprzed kilkudziesięciu lat.

Nie ukrywam, że lektura wymaga od czytelnika „otwartej głowy”. Możliwe, że niektórych dręczyć będą zachowania nowej Pani de Winter, takiej trzpiotki przez ponad połowę książki, irytować będzie Maxim, czy doprowadzać do szału sposób prowadzenia śledztwa. Drogi przyszły Czytelniku, warto byś pamiętał, że powieść pisana była w epoce, gdzie kobietom trudno było dopchać się do świata mężczyzn, gdzie sama ich rola w różnych śledztwach czy kryminalnych wydarzeniach była spychana na margines, a zdobycie jakichkolwiek rzetelnych informacji jak wygląda praktyka graniczyła z cudem. Pamiętaj, że to czasy, gdy kobiety nawet nie miały w niektórych krajach prawa głosu!!! Wymagania, co do rzetelności, prawdziwości, czy skrupulatności pewnych opisanych zdarzeń powinny być adekwatne do sytuacji. Ja w taki sposób do tej powieści podeszłam. Dlatego oceniam ją bardzo wysoko, stosownie do czasów, w których powstała, bo jak na te czasy jej styl, forma, język i ogromna jakość opisów przyrody czy architektury zasługuje na moje wysokie  uznanie. Do tego odważna fabuła i ciekawy punkt widzenia, w którym tajemnice, niedopowiedzenia i widmo Rebeki okazują się pierwszoplanowe. Jeśli potrzebujecie odpoczynku od thrillerów, kryminałów i książek sensacyjnych to koniecznie sięgnijcie po tę pozycję. Przeżyjcie życie de Winterów, życie nie całkiem kolorowe, nie całkiem jak z bajki.  

Moja ocena 9/10.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwo Albatros.

„Zanim Cię zobaczę” Emily Houghton

ZANIM CIĘ ZOBACZĘ

  • Autor:EMILY HOUGHTON
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:382
  • Data premiery:30.06.2021r.

„Zanim Cię zobaczę” Emily Houghton to kolejna książka, którą przeczytałam na wakacyjnym wyjeździe. Jest to debiut aktorki, więc podchodziłam do niej zs dystansem. Zgodnie z zapowiedziami na okładce książka jest pełną emocji opowieścią o miłości dla wielbicieli „Zanim się pojawiłeś” i „Gwiazd naszych wina”. Ponieważ przy tej pierwszej zarwałam noc, wylewając podczas lektury morze łez, trochę bałam się po nią sięgnąć:) Odleżała chwilę na półce i pojechała ze mną na wakacje. Tam był spokój, cisza i odpowiednie warunki by delektować się książką. Chcecie poznać moje wrażenia? Czytajcie…

Alice to samowystarczalna, niezależna singielka, która poświęca się karierze. Po pożarze, w którym mocno ucierpiała ma szansę zweryfikować swoje życie, ale może też pogrążyć się w rozpaczy. Załamana, pogrążona w rozpaczy milczy i pragnie ukryć się przed wszystkimi, przestać istnieć. Parawany odgradzające ją od innych to swoisty symbol. Alfie to rozgadany optymista, łatwo nawiązujący kontakty z ludźmi i nie wyobrażający sobie bez nich życia. Choć jego życie po wypadku mocno się zmienia, nie odbiera mu to hartu ducha. Gdy pewnego dnia na jego salę trafia milcząca dziewczyna postanawia sobie wciągnąć ją w rozmowę i się z nią zaprzyjaźnić. Oboje nie zdają sobie sprawy jak bardzo to zmieni ich życie.

Ta powieść to poruszające, pełna emocji opowieść o stracie, o podnoszeniu się po tragedii, a próbie godzenia się z czymś, z czym pogodzić się bardzo trudno, o rozpaczy, smutki, cierpieniu. Ale to także opowieść o sile przyjaźni i miłości, o sile ludzkiego ducha i odwadze do mierzenia się z życiem, zwłaszcza wtedy, gdy nie jest ono takie jak sobie je wyobrażaliśmy. Losy bohaterów ogromnie mnie poruszyły, bardzo im współczułam, a jednocześnie kibicowałam w próbach ułożenia sobie życia na nowo. Powieść jest bardzo mądra, pełna optymizmu, pokory i miłości życia. Ukazuje różne sposoby radzenia sobie z trudnymi sprawami. Mi po raz kolejny przypomniała, że ludzie, którzy uśmiechają się, zdają się przyjaźnie podchodzić do świata i wszystko traktować lekko, tak naprawdę przeżywają swoje tragedie w głębi serca, nie zawsze okazując to, co naprawdę czują. Ale to nie znaczy, że nie potrzebują pomocy i uwagi. Alfie mnie zachwycił, jest chyba najbliższym mi w powieści bohaterem. Mój zachwyt Alice był mniej oczywisty, czasem łamałam się na tym, że irytowała mnie ona swoim epatowaniem tragedią i odrzucaniem ludzi, którzy chcieli jej pomóc, tym ciągłym izolowaniem się. Z czasem jednak zrozumiałam, że wobec tego co ją spotkało ma prawdo tak reagować. Każdy radzi sobie z trudnymi sprawami po swojemu i to, o sprawdza się u jednego, niekoniecznie pomoże drugiemu. Powieść była dla mnie cudownym przypomnieniem o tym jak różnorodni są ludzie i jak cudowne jest życie, mimo trudności, które ze sobą niesie. Książka na długo zapadła mi w pamięć, na pewno sięgnę po nią jeszcze kiedyś. I obiema rękami podpisuję się pod rekomendacją na okładce „książka, którą musisz przeczytać w 2021 roku”. Gorąco polecam!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

.

„Bez pożegnania” Harlan Coben

BEZ POŻEGNANIA

  • Autor: HARLAN COBEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery w tym wydaniu: 11.08.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.2002r.

Harlan Coben to jakość sama w sobie, twórca wielu udanych kryminałów, thrillerów psychologicznych, czy książek typowo sensacyjnych. Przeczytałam już wiele publikacji tego autora. Niektóre z nich zrecenzowałam na moim blogu (recenzje na klik: Niewinny, Chłopiec z lasuJuż mnie nie oszukasz). @WydawnictwoAlbatros nie próżnuje wznawiając jego kolejne dzieła. 11 sierpnia br. premierę miało najnowsze wydanie „Bez pożegnania”, książki, z którą do tej pory się nie zapoznałam, a która jest znana polskim czytelnikom już od 2002 roku. Data wznowienia nie jest przypadkowa. Thriller ten został zekranizowany i jest już dostępny na platformie Netflix od 13 sierpnia. Czytaliście? Oglądaliście już? Dajcie znać jakie są Wasze wrażenia.

Bestsellerowy Harlan Coben w nowej odsłonie historii o dwóch braciach Kleinach. Pierwszym – Kenie, który został oskarżony o zgwałcenie i zamordowanie dziewczyny. Dziewczyny swego brata, Willa. Drugim, który towarzysząc swej matce na łożu śmierci dowiaduje się, że jego zaginiony przed jedenastoma laty brat nadal żyje. Tragedia sprzed lat łączy na nowo losy braci. Czy zniknięcie kolejnej ukochanej Willa, Sheili łączy się z utratą młodzieńczej miłości? Czy to tylko ułuda, podejrzenia, nieprawda?

Styl, forma i treść typowo Cobenowskie. I to bynajmniej nie jest zarzut, raczej stwierdzenie. W przypadku tego autora zwykle oczekuję napięcia, wielu wątków, kluczących wokół finalnego rozwiązania, wartkiej akcji i coraz to ciekawszych tajemnic. No i bohaterowie. Żaden z nich nie okazuje się taki, jakim go widzimy z początku. Chociaż Will trochę mnie irytował swoją nieporadnością. Wprowadzenie do sensacyjnej fabuły wątku dwóch braci, dodatkowo wzbogaciło książkę i polepszyło mój odbiór.

Ogromnym plusem książki jest narracja prowadzona z różnej perspektywy. Uwielbiam takie rozwiązania, co rusz zanurzam się w życiu, uczuciach, myślach, decyzjach innych osób. Jedyny minus to zakończenie. Po „Chłopcu z lasu” spodziewałam się wielkiego „WOW!!!”. Nie było, ale to wcale nie oznacza, że książka nie jest warta Waszego czasu. To książka dla kogoś, kto czytając lubi czuć, że wiele się dzieje. To książka dla fanów Cobena i sensacyjnych zwrotów akcji.  No i dla fanów interesujących epilogów. Takie lubię najbardziej. Takie, w których autor zwraca się do mnie z ironicznym uśmieszkiem jakby chciał powiedzieć „I tu Cię mam!”.  No miał mnie, nie zaprzeczam. Tylko proszę nie zaczynajcie czytać od epilogu. Wiele stracicie.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki WYDAWNICTWU ALBATROS.