„Gambit zabójcy” Tony Kent

GAMBIT ZABÓJCY

  • Autor:TONY KENT
  • Seria: GAMBIT ZABÓJCY. TOM 1
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron: 512
  • Data premiery: 14.04.2021r.

Niewielu, naprawdę niewielu z Was pewnie pomyślało, że dam radę. Pracownica na pełnym etacie, matka dwójki dzieci, fanatyczka książek. A jednak udało się! Zrealizowałam swój własny challenge: Cztery premiery od wydawnictwa Albatros z 14 kwietnia w cztery dni. Aż cztery książki miały premierę w tym dniu. Przypominam, kolejność nieprzypadkowa Terapeutka – recenzja 2021-04-14, Strażnik– recenzja 2021-04-15,  Niewinny– recenzja 2021-04-16 oraz prezentowana poniżej „Gambit zabójcy”. Nie było łatwo, ale grunt do dobra motywacja i dobre książki. Wiecie jak to jest, przy dobrych książkach czas szybko płynie i jakoś spać się nie chce.

Kim jest autor?

Przyznaję nie miałam w ogóle pojęcia. Z wszystkich czterech premier od Albatrosa z 14 kwietnia, które objęłam wyzwaniem, tylko tego autora nie znam. Musiałam zerknąć na jego stronę oficjalną  www.tonykent.net i dowiedzieć się, że jest to irlandzki pisarz, który spędził swoje dzieciństwo w Londynie. Jakby tego było mało studiował prawo w Szkocji i wielokrotnie występował w procesach karnych o terroryzm, korupcję, zabójstwa, czy oszustwa i porwania. Sprawy najcięższego kalibru. „Gambit zabójcy” to pierwsza powieść serii. Kent napisał i wydał kolejne dwie. Mam nadzieję, że polski wydawca również niedługo je wyda. Co ciekawe „Miłość Tony’ego do thrillerów kryminalnych została zainspirowana przez takich pisarzy jak Lee Child, Robert Ludlum, John Grisham, David Baldacci i Frederick Forsyth”. Zobaczymy czy styl, pomysły autora przypadły mi do gustu. Sprawa wydaje się z góry wygrana, wszak Kent wielokrotnie sam uczestniczył w procesach, o których pisze. Czy doświadczenie prawnicze w fabule literackiej może zaszkodzić? Nie sądzę.

Osiemdziesiąt pięć rozdziałów

W tak kolejno ponumerowanych rozdziałach autor rozpisał rozgrywkę gambitową pomiędzy zabójcą a raczej jego zleceniodawcą i agentem służb specjalnych. Czy cokolwiek musiał poświęcić tytułowy zabójca, by uzyskać przewagę na początku gry?

Pamiętacie cytat z rewelacyjnego „Schroniska”? Idealnie tu pasuje.

W szachach, podobnie jak w życiu, gambit oznacza poświecenie czegoś o mniejszej wartości, żeby uzyskać przewagę”.

„Schronisko” Sam Lloyd

Książka jest dla fanów teorii spiskowych z thrillerem prawniczo-politycznym w tle. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie. Historia toczy się wokół czterech postaci, przynajmniej na początku. Jest tu Joshua płatny zabójca, który uczestniczy jako jeden z ochroniarzy w uroczystości na londyńskim Trafalgar Square. Snajper, którego pewne cechy psychopatyczne uczyniły prawie zabójcą doskonałym. Jak czytamy w opisie wydawcy, cechuje go sprawność fizyczną, zimna obsesja, profesjonalne wyszkolenie i absolutny brak wyrzutów sumienia. Uroczystości na placu obserwowane są z perspektywy majora Joe Dempseya. Człowieka, który „połowę życia zajmował  się identyfikacją i neutralizowaniem zagrożeń. Jego praca polegała na przewidywaniu tego, co niespodziewane. Na wyobrażaniu sobie tego, co niewyobrażalne”. Niebezpieczeństwu ze strony Joshui, Dempsey jednak nie przewidział, nie wyobraził go sobie. Świadkiem bezpośrednim morderstwa na sir Neilu Matthewsonie oraz postrzelenia byłego amerykańskiego prezydenta Howarda Thompsona była Sara Truman. To reporterka, która jest trzecią postacią w fabule. Do grupy osób wokół których toczy się akcja, dołącza adwokat Daniel Lawrence, syn doradcy królowej Elżbiety oraz chrześniak ministra. To Daniel został wybrany by bronić Eamona McGale’a. Napastnika  z Trafalgar Square. Ale nie ten prawnik finalnie okazał się kluczowy dla sprawy. McGale wykonał zadanie; Matthewson nie przeżył, Thomson został ranny. Joshua niekoniecznie. Zadanie polegające na dopilnowaniu, by McGale dotarł do sceny i wystrzelał magazynek zostało zrealizowane w stu procentach. Drugiego zadania jednak nie wykonał. Jego zleceniodawca nie jest z tego powodu zadowolony. Zaczyna się próba sił. Kto szybszy, kto sprytniejszy, kto inteligentniejszy. Czy zwycięży zło, czy dobro?

Czas, miejsce, bohater i akcja

Wszystko zostało dogłębnie przemyślane przez autora. Nie ma tu przypadku.

Czas – teraźniejszość na którą ogromne znaczenie ma to co zadziało się w przeszłości. To Anglia ciągle spowita mgłą przeszłych wydarzeń i konfliktu z UVA2, Wierną Irą czy innymi paramilitarnymi irlandzkimi organizacjami. Z pozoru wszystkie rozwiązania teorii spiskowych prowadzą w tym kierunku.

Miejsce – bardzo dobrze się czyta o Anglii, Irlandii w wydaniu Tony’ego Kenta. Podobały mi się opisy nawet sądu, obyczajów, tradycji w trakcie rozpraw sądowych. Widać tu wpływ praktyki prawniczej autora. Rzeczywistość jest iście angielska. Charakterystyka poszczególnych scen ma wiele uroku. Autor starał się bardzo dokładnie odwzorować swoje wyobrażenia.

Bohater – Joe Dempsey da się lubić. „Potężnie zbudowany. Elegancko ubrany. Ścięte po wojskowemu włosy”. Człowiek który od razu zorientował się, że zabójstwa mają ukryte dna. To nie tylko akt bestialskiej, niekontrolowanej przemocy fanatyka politycznego, któremu nie w smak były uroczystości na Trafalgar Square. Dempsey wiedział, że ten kto trzymał za rękojeść pistoletu jest tylko marionetką w tej bardzo wymagającej grze, a pionkami na planszy szachowej gambit rozstawia ktoś inny, ktoś kto podaje się za Stantona. Uroku całemu śledztwu dodaje obecność Sary, dziennikarki śledczej, która staje na wyżyny swoich możliwości by niezależnie od majora Dempseya odkryć co się kryje za morderstwami. Uchylę rąbka tajemnicy, również za kolejnymi morderstwami.

Akcja – książka łącząca gatunki literackie. Jest tu wątek prawniczy, wierne odwzorowanie rzeczywistości londyńskiej palestry. Mamy tu thriller polityczny; wpływy, naciski, walkę o władzę i o ostateczne słowo. Typowo sensacyjne wątki. Śledztwo prowadzone przez agentów specjalnych obdarzonych szóstym zmysłem i niezwykłą sprawnością fizyczną. Obyczaj w pełnym tego słowa znaczeniu. Relacje między poszczególnymi postaciami, nawet drugoplanowymi, niezawinione śmierci i dogłębną analizę postaci. Postaci takich jak profesor nauk politycznych na Queen’s University, który staje się zabójcą. Zabójcą przekonanym o swojej racji.

Zaciekawiłam Was? I o to chodzi.

Czas, miejsce, bohater i akcja to elementy dania głównego podanego na pięknym porcelanowym talerzu.  Tym talerzem jest oczywiście ta książka. Nie smakowałoby mi to danie, gdyby zabrakło w nim któregoś z detali. Wszystkie są bowiem ważne, wszystkie istotne i zobrazowane (czy może raczej powinnam napisać ugotowane) przez autora w wyczerpujący sposób. Styl nie jest męczący, jest wartki. Postaci barwne. Zastanawiałam się, czy nie lepsza byłaby krótsza wersja książki z taką bardziej ściągniętą akcją. Z jednej strony pewnie tak. Z drugiej natomiast, jak krócej i zwięźlej opisać to na czym autorowi najbardziej zależało: ośmiornicę zła z mackami sięgającymi naprawdę daleko? Chyba nikt nie dałby rady. 

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

 

.

„Niewinny” Harlan Coben

NIEWINNY

  • Autor:HARLAN COBEN
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 01.01.2006.

Pamiętacie o moim wyzwaniu? Cztery premiery od wydawnictwa Albatros z 14 kwietnia w cztery dni. Dwie premiery już za mną (Terapeutka oraz Strażnik). Teraz kolej na trzecią i to w trzecim dniu. Jest nieźle. Mam szansę. Przed Wami recenzja wznowionego „Niewinnego” od Wydawnictwa Albatros. Książka doczekała się wznowienia z powodu platformy Netflix. Ach ten Netflix. Zwykle jak pojawia się nowy serial na podstawie książki, wydawca przypomina czytelnikom pierwowzór. Serial będzie dostępny od 30 kwietnia. Staram się postępować zgodnie z zasadą: najpierw książka a potem film. Tak będzie i tym razem. Książka przeczytana, teraz spokojnie mogę czekać na premierę serialu, który powstał na jej podstawie. 

Harlana Coben nikomu nie trzeba przedstawiać. Mam nadzieję, że wznowień jego książek będzie więcej. Z notki biograficznej dowiedziałam się, że w 2018 roku Coben podpisał z Netflixem umowę, „(…) dzięki której w ciągu kilku najbliższych lat powstanie aż 14 ekranizacji jego powieści!”. Wszystko przede mną. Coben to autor wielu świetnych książek. Dwie z nich zostały już przeze mnie zrecenzowane: Chłopiec z lasu czy Już mnie nie oszukasz. Czy i ta wznowiona książka sprosta moim oczekiwaniom? Zaraz się dowiecie.

Jeden mały błąd może zmienić wszystko” – z opisu Wydawcy.

Wie o tym bardzo dobrze Matt Hunter, który dziesięć lat wcześniej w trakcie pijackiej bójki zabił Stephena McGratha. Aktualnie wiedzie szczęśliwe życie u boku kobiety, którą kocha – Olivii. Pracuje w kancelarii prawnej jako człowiek od wszystkiego, ma u boku cudowną bratową Marshę oraz kochających go bratanków. Na domiar wszystkiego dowiaduje się, że jego żona niedługo urodzi ich wspólne dziecko. Bańka mydlana pryska, gdy poprzez wideotelefon otrzymuje filmik swej żony w platynowej peruce w pokoju hotelowym z ciemnowłosym mężczyzną. Mężczyzną, który sam wysyła mu swoje zdjęcia uśmiechając się triumfalnie. Czego chce od Matta? Co robi jego żona w podrzędnych motelach i dlaczego trzyma to w tajemnicy? Do tego wszystkiego zostaje zamordowana zakonnica ze szkoły katolickiej – siostra Mary Rose, która dzwoniła do jego bratowej. Czy jej śmierć jest związana z rodziną Matta? Tego wszystkiego musi się dowiedzieć Matt, jak pisze wydawca: „Przeciętny człowiek wplątany w śmiertelnie niebezpieczną intrygę, której nie rozumie”.

Mistrzowski miszmasz

Wytrwałam do końca. Uff. Cały czas zastanawiałam się po co tyle wątków. Mamy i striptizerki, zwykle dziewczyny uciekające z domów zastępczych do Las Vegas, i skorumpowanych policjantów, czy agentów FBI z mocnymi możliwymi zarzutami. Oprócz tego jeden z wątków dotyka rozgrywek mafijnych i dużych pieniędzy z żerowania na nieszczęściu innych osób. Fabuła jest tak momentami zagmatwana, że faktycznie wszyscy wydają się źli, podejrzani.  Dużo morderstw, dużo tajemnic, dużo sekretów. Najbardziej spodobał mi się wątek samego Matta. Jego postać przewija się od początku do końca powieści. Pojawia się w wielu jej momentach mimo, że nie okazał się on jedynym głównym bohaterem. Clue jego postaci okazała się skomplikowana relacja z Sonyą, matką zabitego przez niego w bójce chłopaka. Młodego studenta, którego wspomnienie towarzyszy mu przez ostatnie dziesięć lat. Ciche spotkania, zawsze w tym samym miejscu. W trakcie których nigdy nie pada słowo „przepraszam” i słowo „wybaczam”. Tak jakby i Matt, i Sonya chcieli dotknąć Stephena, chcieli z nim poobcować. Czasem tak jest, że w relacjach z żyjącymi szukamy kontaktu z tymi, którzy już odeszli. Chyba o tym chciał przypomnieć czytelnikom autor.

Początek powieści jest bardzo dobry. Od razu skłania czytelnika do zadania sobie pytania, co się zadzieje z Mattem? Jaki będzie jego koniec? Czy znowu będzie musiał trafić do więzienia? W pewnym momencie nie wiadomo jednak, kto prowadzi śledztwo i dlaczego. Matt korzysta z pomocy prywatnej detektyw, policja zaczyna współpracować na niejasnych zasadach z FBI. Dwa kolejne morderstwa nie przybliżają do rozwikłania zagadki. W pewnym momencie wielowątkowość zaczęła mnie męczyć. Nigdy nie lubiłam za bardzo rozbudowanej fabuły. Urywki zdarzeń wydawały mi się momentami jakby dopisane, tylko by zmylić czytelnika i jeszcze bardziej skomplikować historię. Polubiona przeze mnie postać Matta przestała mieć znaczenie a to nie spodobało mi się wcale☹.

Dla mnie to najsłabsza do tej pory przeczytana książka tego autora. To wcale jednak nie oznacza, by nie sięgnąć po następne. Coben posiada takie umiejętności literackie, że na pewno nie raz mnie jeszcze zachwyci.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Strażnik” Andrew Child, Lee Child

STRAŻNIK

  • Autor:ANDREW CHILD, LEE CHILD
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Seria: JACK REACHER. TOM 25
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 14.04.2021r.

Postanowiłam o małym wyzwaniu dla mnie. Cztery premiery od wydawnictwa Albatros z 14 kwietnia w cztery dni. Wczoraj opublikowałam pierwszą „Terapeutkę” B.A. Paris dziś publikuję drugą. Czy uda mi się zrealizować wyzwanie? Jak myślicie? Dajcie znać. Zostały mi jeszcze dwa dni i dwie książki. Mam szansę.  

Kim jest Andrew Child? To pytanie nie dawało mi spokoju po przeczytaniu zapowiedzi wczorajszej, kolejnej premiery od Wydawnictwa Albatros. Lee Child jest mi bardzo dobrze znany. Przeczytałam chyba z piętnaście książek o Jacku Reacherze. Obejrzałam też ekranizację z Tomem Cruisem. Nie ukrywam aktor wybrany do roli Reachera nie przypadł mi do gustu. Przecież Reacher jest wysoki!!! Więc krótko i na temat: Andrew Child „pisze pod literackim pseudonimem Andrew Grant. Jest współautorem dwudziestego piątego tomu cyklu o Jacku Reacherze autorstwa starszego brata, Lee Childa” (źródło: Notka Andrew Child). I wszystko jasne. Czy to nepotyzm? Czy drugi utalentowany autor kryminałów? Czy zaproszenie do współautorstwa w kolejnej części w znanej i lubianej serii brata okazało się sukcesem, czy porażką?

Słów kilka o fabule

Jack Reacher – metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, rozczochrane włosy, sto czternaście kilogramów wagi, szeroka pierś, „szczeciniasty zarost” i pajęczyna „blizn wokół kłykci olbrzymich rak”. Były śledczy żandarmerii wojskowej. Nieznajomy. Podróżujący od miasta do miasta z pozoru bez celu. Wchodząc do autokaru nie wybiera celu podróży, wybiera autokar, który przenosi go w inne miejsce. Od miasta do miasta. Nierzadko wchodzi do pokoju kładąc dłoń na klamkę, naciskając ją i jednocześnie uderzając ramieniem w drzwi. Efekt jest zwykle taki sam, ustępują „(…) łatwo, w fontannie kawałków rozłupanego drewna”.

Tym razem Reacher, ze względu na swoją wrodzoną życzliwość względem obcych, wikła się w zamach ransomware’owy w jednym z amerykańskich miasteczek. Skutki tego zamachu Reacher zauważa od razu po przyjeździe. Nic nie działa. Komputery na komisariacie policji, sygnalizacja świetlna itd. Mieszkańcy miasta oskarżają o taki stan Rusty’iego Rutherforda – managera działu IT urzędu miasta, któremu nie udało się ochronić sieci przed atakiem. Skonstruowany przez niego i jego przyjaciółkę Sands – byłą agentkę FBI od cyberprzestrzeni – program nie zadziałał. Rusty twierdzi, że nic nie wie, niczego nie odkrył, nie posiada żadnych tajnych informacji. To dlaczego różne grupy starają się go porwać? Dlaczego wokół niego toczy się gra? Komu mieszkańcy miasta donoszą o jego krokach, miejscu pobycie i planach? Tego próbuje dowiedzieć się Jack.

Jack Reacher – ten sam, a jednak inny

Seria o Jacku Reacherze jest charakterystyczna. Każdą część można czytać oddzielnie nie znając losów z poprzedniej. Child (pytanie tyko który) za każdym razem w fabułę wplata krótką informację o głównym bohaterze. Jego opis, skąd jest i co się z nim działo zanim rozpoczął samotną podróż po Stanach Zjednoczonych. Uwielbiam go, jako bohatera. Chociaż, gdybym go spotkała… Jeszcze w ciemnym zaułku… Trudno w tej posturze odnaleźć sprawiedliwego, któremu nie w smak krzywda innych ludzi, nawet obcych. Ogromnym plusem książki są szczegółowe opisy zdarzeń przed, w trakcie i po bójce. Reacher skanuje wokół całą rzeczywistość, miejsce, osoby, odległości, czasem mam wrażenie, że i pogodę. Wszystko co nam z pozoru wydaje się nieistotne dla rozgrywek Reachera jest ważne. Następnie analizuje co powinien zrobić przeciwnik, by mieć szansę wyjścia ze spotkania z nim obronną ręką. Na szczęście dla Reachera zwykle rywal wybiera inne rozwiązanie.

Gdybym miała opisać Reachera to napisałabym, że to dobry, prostolinijny i dowcipny człowiek. W tej części tego humoru ze strony Reachera jest jakby więcej. Riposty bardziej celne. Możliwe, że to zasługa współautora. Sposób rozwiązywania problemów również nie jest standardowy. Reacher został bardziej zhumanizowany, ukulturalniony. Ma więcej czaru w sobie.

Fabuła nie była zaskoczeniem. To przecież Reacher! Jednocześnie sędzia i kat, który wyręcza policję współpracując z innymi, którym można zaufać. Przy czym, rozwiązanie nie zawsze jest takie oczywiste jak się wydaje.

Ten kto lubi sensacyjne filmy, polubi tą pozycję i jego głównego bohatera. Jest to naprawdę dobra książka, szczególnie dla fanów Jacka Reachera. Tego samego, a jednak innego.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros

.

Recenzja premierowa – „Terapeutka” B.A. Paris

TERAPEUTKA

  • Autor: B.A. PARIS
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:14.04.2021r.

Przy okazji recenzji „Dylematu” (klik: Dylemat) napisałam: „Książki B.A. Paris to gwarancja dobrego thrillera”. Ja już jestem po lekturze najnowszej premiery z dziś, 14 kwietnia.  Nie dotarł do mnie nawet egzemplarz recenzencki, ale to nie przeszkodziło mi zapoznać się z lekturą. Nie wiem, czy dobrze. Podobno „nadgorliwość gorsza od faszyzmu”. Czy ta nadgorliwość się opłaciła? Przeczytajcie sami.

 Tajemnice zamkniętego osiedla

Alice i Leo wprowadzają się do wymarzonego wspólnego domu na zamkniętym osiedlu Circle. Osiedle składa się z dwunastu białych domów. Dom Alice i Leo jest wyjątkowy. Nie tylko z powodu tego, że znajduje się w samym środku półkręgu (na dwanaście domów ma numer sześć), ale przede wszystkim dlatego, że zadziała się w nim tragiczna zbrodnia. Zamordowano jego poprzednią właścicielkę Ninę Maxwell. O zbrodnię oskarżono jej męża Olivera, który popełnił samobójstwo. Leo o zbrodni w chwili kupowania domu wiedział. Alice dowiedziała się później. Przypadek? Nie sądzę. Kolejne sekrety wychodzą na jaw. Leo nie jest tym za kogo się podaje, a sąsiedzi ukrywają niejeden sekret. Ile tych sekretów da radę znieść Alice? Ile odpowiedzi uzyskać na zadawane przez siebie pytania? Tego musicie dowiedzieć się sami.

Ciekawe wątki

W książce jest wiele ciekawych wątków. Sam tytuł jest intrygujący. Na terapię patrzymy z perspektywy relacji w rozdziałach zatytułowanych „Przeszłość”. Losy mieszkańców Circle śledzimy w teraźniejszości w kolejno ponumerowanych rozdziałach. A wszystko to w narracji pierwszoosobowej. Bardzo podobał mi się motyw niespodziewanego nieznajomego na parapetówce Alice. Przyszedł, został wpuszczony. Alice myślała, że to jeden z sąsiadów – Tim. Nikt go nie widział, nikt z obecnych z nim nie rozmawiał. Ostatecznie okazał się kimś innym, kimś kogo interesuje zbrodnia, która zdarzyła się w domu Alice. Wyobrażacie sobie mieć na własnej imprezie obcego? Który przyszedł, został przez Was przywitany i ugoszczony jak oczekiwany sąsiad, którym w efekcie nim nie był…brrrr. Bardzo dobrze czytało się o wspólnym wątku Alice i Niny. I jedna i druga budziły się w nocy z uczuciem, że ktoś jest w sypialni. I jedna i druga miały długie blond włosy.

Nie do końca kupiłam jednak całą historię. Postaci wydają mi się płaskie, bez polotu, bez charakteru. Sama Alice niemrawa. Kocha nie kocha, ufa nie ufa, cierpi nie cierpi. Pojawia się w książce motyw hermetycznego środowiska i niechęci jednej z sąsiadek. W mojej ocenie wątek ten jednak został opisany pobieżnie, niewystarczająco.

To typowa kolejna powieść B.A. Paris. Jej styl, historie, bohaterowie, nastroje, paranoje i tajemnice. Fabuła zagmatwana, z wieloma wątkami. Autorka rzuca czytelnikowi ochłapy zdarzeń, by w naszych głowach pojawił się inny scenariusz. Scenariusz nieprawdziwy. Udaje się jej to. Dlatego zakończenie nie jest takie oczywiste. Końcówka jest bardzo emocjonująca. I to jest największa zaleta tej książki.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

 

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

TRZYNASTA OPOWIEŚĆ

  • Autor:DIANE SETTERFIELD
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:10.02.2021r.
  • Moja ocena:9/10

Przed Wami recenzja lutowej premiery. Drugiego wydania książki z 2006. Cieszę się, że wydawnictwo Albatros zdecydowało się ją wydać ponownie. To dzięki takim decyzjom można sięgnąć do pozycji, którą kiedyś, dawno temu (2006, kiedy to było? ) się pominęło. Ech, cóż to byłaby za strata? Nie ukrywam, że do przeczytania książki zachęciła mnie głównie…okładka. Czyż nie jest piękna? Jak tylko na nią spojrzałam zaczęłam się zastanawiać co symbolizuje drzewo na tej zieleni. Już wiem. Życie. Po prostu życie, albo aż życie.

Przyznam, że z autorką Diane Setterfield spotkałam się po raz pierwszy. Dzięki „Trzynastej opowieści” wiem, że sięgnę po jej książkę wydaną w roku 2019, „Była sobie rzeka” również wydawnictwa Albatros. Was też do tego gorąco zachęcam. Z krótkiej notki biograficznej dowiedziałam się, że to Brytyjka, która „Zawsze powtarza, że jest najpierw czytelniczką, a dopiero potem pisarką”. Tym mnie ujęła, tym zdobyła już na początku moją sympatię. Czy słusznie? Przeczytajcie tą recenzję, a się przekonacie.

Ktoś, kto stracił bliźniaka, brata albo siostrę, traci połowę duszy. Granica między życiem a śmiercią jest wąska i ciemna, a taki człowiek zbliża się do niej bardziej niż cała reszta”.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

Trudno w dobrej książce wybrać cytat na początek recenzji, kiedy roi się od nich na stronach. Zdecydowałam się na ten. O miłości bliźniaczej. Mimo, że nie jestem siostrą bliźniaczą, jestem sobie w stanie wyobrazić tą więź. Przecież to rodzeństwo wspiera się we wczesnych momentach wspólnego życia! Często później obdarzając się miłością głęboką, bezwarunkową. Śmierć jednego z nich przyczynia się nierzadko do śmierci drugiego. Jak nie biologicznej śmierci, to duchowej. Ze śmiercią biologiczną kończy się życie. Wszystko się kończy. Ze śmiercią duchową z tęsknoty, żyć się po prostu nie da. I o jednej, i o drugiej śmierci jest ta powieść.

Oczami Setterfield

Powieść rozpoczyna się, gdy Margaret Lea zostaje poproszona przez znaną autorkę książkę Panią Winter do napisania jej biografii. Margaret ma za sobą publikację udanego eseju, eseju o bliźniakach. Czym zaintrygowała zleceniodawczynię, znawczynię dobrego pióra i mecenaskę nieznanych pisarzy.  Wybór biografki nie jest dla Vidy przypadkowy. Sama mówi Margaret, że opowie jej „historię o bliźniakach”. Ta wciągająca historia opowiedziana przez Vidę Winter dzieje się w Angelfield, angielskiej posiadłości. Aktualnie zdewastowanej, w poprzednim życiu zachwycającej pięknem architektury oraz zadbanym, ogromnym ogrodem. Posiadłość rodziny Angelfieldów. Ciekawej rodziny, ekscentrycznej rodziny. Najpierw Isabelle i jej nieokiełznanego brata Charliego. Brata, który w pewnym momencie zniknął. Później interesujących bliźniaczek, Emmeline i Adeline. Relacja spisywana przez Margaret to relacja o dziewczętach. Dziewczętach delikatnych, pięknych, rudowłosych z zielonymi oczami. Dziewczętach naznaczonych decyzjami rodziców. Dziewczętach niewinnych, który los zesłał bez ich zgody i akceptacji do Angelfield. Dziewczętach złączonych wspólnym losem. Opowieść pełna jest ciekawych postaci drugoplanowych, domowników, czy odwiedzających. Domowników wpływających swoimi decyzjami na losy rodziny. Na życie w posiadłości. To guwernantka Hester. Ambitna kobieta, oddana sprawie. Doktor Maudsley, jak z medycznej książki historycznej. Lekarz rodzinny, pojawiający się w posiadłości w razie potrzeby. John Digence – ogrodnik, oddany swemu państwu. Pielęgnujący ogród i jednocześnie odgrywający istotną rolę w życiu dziewczynek. Ostoja posiadłości. Ambrose młody chłopak, pomocnik Johna. Chłopak zakochujący się w jednej z sióstr. Oddany jej bez reszty. Bezwolne spisywanie biografii Vidy Winter przeradza się w amatorskie śledztwo, gdy Margaret poznaje Aureliusa, który chciał tylko by ktoś powiedział mu prawdę. Aureliusa, który pojawił się znikąd, który nie znał swojej historii. Aureliusa, który odegrał kluczową rolę w powieści Vidy, całkiem nieświadomie. Dwa pytania kołatały mi się w głowie czytając: Czy Vida Winter ma coś wspólnego z rodziną Angelfieldów? Czy pożar, który strawił bibliotekę posiadłości ma coś wspólnego z historią opowiadaną przez Vidę? Liczę, że Was już wystarczająco zainteresowałam.

Książka składa się z części zatytułowanych: Początki, Środki, Zakończenia i…Początki. Już sam zastosowany przez autorkę układ części jest intrygujący.  Kartkując pierwsze strony zastanawiałam się, co to za początki po zakończeniu. Teraz już wiem. To proste. Zawsze przecież można zacząć od nowa. W częściach Setterfield rozlokowała rozdziały. Każdy rozdział ma tytuł. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Moi faworyci to „Czy wierzy pani w duchy?” oraz „Pani Love wyrabia na drutach piętę”. To wielka zaleta pisarza zainteresować czytelnika samym tytułem rozdziałów. Początkowo myślałam, że główną postacią jest Margaret Lea. W trakcie czytania zorientowałam się, że niekoniecznie. Książka zbudowana jest z trzech perspektyw.  Perspektywa Margaret, jej życie, odczucia, emocje, działania przywołane duchami przeszłości posiadłości Angelfield i decyzje, które przybliżają ją do odkrycia sekretu rodzinnego. Perspektywa Vidy Winter. Znanej pisarki bestselerów, która ukazana jest w powieści Margaret. W opowieści, którą Vida snuje na potrzeby zamówionej biografii. Jest jeszcze trzecia, poboczna perspektywa byłej guwernantki panienek Angelfield zaczerpnięta z jej dziennika. Treść czytanego przez Margaret dziennika jest tak żywa, tak dobrze opisana z uwzględnieniem rzeczywistości sprzed sześćdziesięciu lat, że mam wrażenie, jakby dziennik istniał naprawdę. Guwernantka istniała naprawdę. Tą część czytałam z zapartym tchem. Z jednej strony nie wierząc w opisywane zdarzenia, spostrzeżenia, światopogląd, z drugiej strony czekając na więcej. Czym jeszcze Panna Hester może mnie zaskoczyć? Co przede mną odkryje? Jakie decyzje i dlaczego jeszcze podejmie?

Moimi oczami

Ta współczesna powieść gotycka ma wszystko, czym powinno charakteryzować się dobre pióro. Dlaczego wspomniałam o powieści gotyckiej? Nie znam się na tym gatunku to fakt, ale jak inaczej nazwać powieść, gdy od początku do końca towarzyszyło mi poczucie grozy? Macie inny pomysł? Dajcie proszę znać. Próbowałam na wszystkie sposoby znaleźć słabe punkty. Nie udało się. Język jest przystępny, ale literacki. Ciekawi, wykreowani do samego końca bohaterowie. Nawet postaci poboczne, jak ogrodnik, pokojówka, kucharka mają swoje charaktery. Autorka ważne kwestie przeplata opowiastkami codzienności. Codzienności, z którą bohaterki musiały się borykać. Codzienności trudnej, ale momentami szczęśliwej. Autorka poruszyła w książce różne ważne wątki. Wątek niespełnionej miłości, która naznaczyła życie młodego chłopca na lata. Wątek miłości kazirodczej, zakazanej, która została przerwana za późno. Wątek porzucającego dziewczynki wujka, Charliego, który zniknął. Ekscentryka mającego wiele złych czynów na sumieniu. Wątek samotności młodych dziewcząt w dużym domu, gdzie musiały radzić sobie same, wspierane tylko przez nieliczną służbę, a jedyny im oddany pomocnik ogrodnika Ambrose został odprawiony. Łącząc te wątki autorka stworzyła powieść oryginalną, przeplataną niepokojem o dalsze losy postaci, o dalszą historię. Wiele razy w trakcie czytania nie mogłam się doczekać, by się dowiedzieć co będzie dalej. Jakie będzie zakończenie? Czy szczęśliwe? Czy naznaczone kolejną śmiercią i tajemnicą?  

Bardzo podobają mi się dwie główne postaci. Pierwsza to Margaret, córka antykwariusza wychowana na powieściach Austen, Eliot, Dickensa i sióstr Brontë. Cała książka przesycona jest porównaniami do „Dziwnych losów Jane Eyre”. Wręcz fanatyczka literatury. Skrywająca własną tajemnicę i ukrywająca pod licznymi warstwami ubrań ogromną wyrwę w sercu. Wyrwę, której nie udało się zapełnić. Margaret nie kochana przez własną matkę. Czująca się smutna w dniu swoich urodzin. Druga to Vida Winter, ekscentryczna pisarka. Wychowana w bardzo surowych warunkach. Uwielbiająca książki i czytać, i pisać. Mimo swego wieku, słabości i choroby opiekująca się do końca bliskimi. Żyjąca z przymrużeniem oka i budująca dziwną relację z otoczeniem. Starająca się być niedostępna, jakby na odległość. Potrafiąca nawet wymyśleć nietypową zabawę pytając Margaret czy użyłaby pistoletu, który miałaby w ręku, gdyby ktoś kładł kolejno na taśmie jadącej do pieca wszystkie powieści, które najbardziej ukochała?  Uwielbiam refleksje o czytaniu w powieściach. Jest to zawsze sprawmy zabieg autorów, który zaspokaja pragnienia książkoholików. Z historiami jest jak z rodziną. Jak pisze autorka, można „(…) nie znać swoich krewnych, stracić z nimi kontakt, ale oni istnieją. (…) oddalić się od nich albo odwrócić” ale nie powiemy „(…) że ich nie ma”. To dobrze, że ta historia jest. Choć nagle pomyślałam, że tak wspaniała historia, opowiedziana z różnych perspektyw, po prostu musiała zaistnieć. Nie mogła pozostać tylko w obszarze fantazji jej autorki, bo ile byśmy stracili.

Werdykt

Czy znacie to uczucie, kiedy zaczyna się czytać nową książkę, a jeszcze żyje się wcześniejszą? Odkładamy tę poprzednią, ale jej tematyka i wątki – a nawet postacie – nadal tkwią we włóknach naszych ubrań i kiedy otwieramy następną, wciąż nam towarzyszą”.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

Ze mną tak właśnie jest. Ciągle pamiętam misternie utkaną opowieść przez Setterfield. Wykreowane postaci, malownicze krajobrazy, opisane wydarzenia. Ta pokazana więź, więź dziewczynek, więź sióstr jeszcze szumi mi w głowie. Jeszcze czuję te emocje. Jeszcze na myśl o więzi bliźniaczej, tak naprawdę do końca nie poznanej, jest mi smutno. Po prostu, po ludzku smutno.

Przed Wami macie opowieść, z którą nie spotkałam się dotychczas w żadnej z książek, którą przeczytałam (a przeczytałam ich sporo). Opowieść trzymającą w napięciu o nieprzewidywalnym zakończeniu. Po prostu „Trzynastą opowieść”. Werdykt nie może być inny, jak tylko CZYTAĆ !!!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS

.

„Gra zaklinacza” Donato Carrisi

GRA ZAKLINACZA

  • Autor: DONATO CARRISI
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: MILA VASQUEZ. TOM 3
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 24.02.2021r.
  • Moja ocena: 7/10

„(…) poszukiwanie zaginionego dziecka to jak śledzenie czarnej tęczy. Na koniec nie ma co się spodziewać złotego garnca, lecz tylko milczącego potwora, złaknionego krwi i niewinności”.

„Gra zaklinacza” Donato Carrisi

Trzecia część serii o Mili Vasquez miała premierę ponad miesiąc temu. Ja do tej pozycji dojrzałam dopiero teraz. Czytając recenzje o thrillerze nad thrillerami, sami rozumiecie, czekałam na odpowiedni moment. Po spektakularnym „Zaklinaczu” (2009) debiucie literackim włoskiego pisarza, reżysera, scenarzysty i dramaturga oraz późniejszej „Hipotezie zła” (2016) przyszła kolej na „Grę zaklinacza”. Autor ma również na swoim koncie rewelacyjną „Dziewczynę we mgle”.  Czytaliście, oglądaliście na platformie Netflix? Dajcie znać. Gdybyście nie czytali poprzednich dwóch książek serii, której główną bohaterką jest inteligentna kryminolog z „Przedpiekla”, działu odpowiedzialnego za odnajdywanie zagubionych, nic straconego. Książkę można czytać odrębnie, nie znając zawiłych losów głównej bohaterki.

Kim jest Mila Vasquez?

W tej części Mila Vasquez nie jest już policjantką, tropicielką zaginionych. Rzuciła pracę w policji i zaszyła się w domku nad jeziorem, z dala od zgiełku miasta ze swoją 10-letnią córką Alice. Niestety jej spokój nie trwa długo. Zostaje poproszona o udział w roli cywilnego konsultanta w śledztwie mającego na celu schwytanie mordercy czteroosobowej rodziny, dwójki dorosłych oraz dwóch ośmioletnich bliźniaczek. Andersonów, którzy porzucili miejskie życie, odrzucili technologię i zaszyli się w domku tylko z jednym telefonem komórkowym. Telefonem, z którego matka przed śmiercią zadzwoniła na policję informując, że jej mąż Karl rozmawia z jakimś obcym mężczyzną na zewnątrz. Niestety policja przyjechała za późno. Mimo ogromu krwi w domu, ciał na miejscu zbrodni nie odnaleziono. Co było tak niepokojącego w wizycie mężczyzny, że spowodowała telefon na policję? Czy to, że był „pokryty liczbami od głowy do stóp, łącznie z podeszwami i wewnętrzną stroną dłoni”?.  Mężczyzny, który w wyniku anonimowego telefonu na policję zostaje schwytany. Nagi, pokryty tatuażami, w otoczeniu licznych złomów komputerowych, w opustoszałej rzeźni. Mila Vasquez dość szybko odkrywa, że poszukiwany mężczyzna to zaklinacz, inaczej morderca podprogowy. To morderca, który otacza się wyznawcami, rodzinami, jak członkami sektą. Morderca najbardziej niebezpieczny i trudny do schwytania. Morderca, który zabija przez innych, wybiera sobie ofiarę, uzależnia ją od siebie, by w końcu namówić do zaspokajania najgorszych żądz i pragnień. Czy jest nim faktycznie mężczyzna z tatuażami? Niestety, morderstwo Andersonów okazuje się tylko początkiem. Wkrótce zostaje porwana córka Mili, Alice. Mila prosi o pomoc swojego kolegę, który zastąpił ją w „Przedpieklu” – Simona Berisha. Razem szukają Alice odkrywając kolejne elementy układanki, gdzie rzeczywistość miesza się z wirtualnym światem. Światem, w którym Raul Morgan kryminalny antropolog, ojciec opłakujący stratę syna, okazuje się mordercą. Wiernym odtwórcą i uczniem zaklinacza, nazywanego Enigmą, poddającym się jego urokowi, któremu chodzi tylko o „moc zmieniania ludzi, przeobrażania niewinnych jednostek w sadystycznych morderców”.

Hm..

Czytając strona za stroną zastanawiałam się, jak jeszcze bardziej będzie zagmatwana ta historia.

Cokolwiek się w niej nie działo, zbudowane zostało na postaci Mili Vasquez. To ona tu jest istotnym spoiwem łączącym poszczególne wątki. Kobieta, matka, była tropicielka zaginionych, efektywna śledcza cierpiąca na aleksytymię. Aleksytymię przez którą nie potrafi nazwać własnych stanów emocjonalnych, odczuwać empatii i jest niezdolna do rozpoznawania wszelkich uczuć. Aleksytymię, która nie przeszkadza jej jednak wychowywać córki. Doświadczenie związane z jej porwaniem i spotkaniem z tytułowym zaklinaczem – Enigmą pozwala Mili dojrzeć. Pokonać swoje zaburzenie i zacząć odczuwać emocje. Odczuwać potrzebę przytulenia własnego dziecka, okazania mu miłości i troski. Postać Mili jest w centrum. W centrum odkrywanych kolejno okropności i zbrodni. W centrum wszystkich zdarzeń. To wokół niej piętrzą się kolejni bohaterowie, ofiary i ich sprawcy. Bo to Mila  potrafi wniknąć w świat zaklinacza, by go odnaleźć, by do niego się zbliżyć. Autor kluczy pomiędzy wątkami w mistrzowski sposób. Poszczególne sekwencje wydają się oderwane, by ostatecznie dojść do wniosku, że to tak naprawdę gra. Gra w świecie wirtualnym oraz świecie rzeczywistym. Wszystko co się dzieje jest wyreżyserowane. Morderstwa studentek, blondynek w okularach, czy morderstwa prostytutek. Zniknięcie Jimmiego Jacksona, odnalezienie Szczapy. Przecież „(…) Błędy przeszłości to remedium na teraźniejszość”. Postać Rosy Ortis, której zniknięcie zgłosiła córka Laura. Rosy, której nigdy nie było. Wyreżyserowane przez chory umysł zaklinacza, który jest zawsze o jeden krok z przodu. Nawet na końcu, gdy wydaje się, że winny został schwytany. Mila wie, że musi odnaleźć prawdziwego zaklinacza, jeśli tego nie zrobi – parafrazując autora – ciemność po nią przyjdzie.

Mimo, że powieść trzymała mnie w napięciu, burząc mi krew w żyłach i powodując gęsią skórkę, czuję pewien niedosyt. Nie dowiedziałam się jaką przemianę przeszła Alice, córka Mili, w wyniku kontaktu z zaklinaczem. Czy obudził w niej zło? Czy faktycznie otrzymała zdolność zmieniania ludzi, jak on sam? Czy Alice może być nowym zaklinaczem? Zabrakło mi również rozwinięcia wątku ojca Alice, pogrążonego w śpiączce, sadysty, mordercy. Wydawało się, że Carrisi nawiąże do jego postaci bardziej formułując domniemanie, że w wyniku rehabilitacji ojciec Alice zetknął się z alternatywną rzeczywistością reżyserowaną przez zaklinacza w Gdzie indziej lub Dwójce – nie pytajcie co to? Nie zdradzę. Przecież Mila znalazła w podziemiach kliniki stare komputery, okulary VR i dżojstik.

ps. a propos jak cywil może się dostać do podziemi kliniki i przeszukiwać złożone tam depozyty? Tego autor nam nie zdradza. Może na te pytania i wątpliwości uzyskam odpowiedzi w kolejnej części o Mili Vasquez? Jak to mówią pożyjemy, zobaczymy…

Na tą chwilę proponuję Wam podróż w najskrytsze i najodleglejsze miejsca umysłu zaklinacza. Kogoś kogo, czego jestem pewna, nikt z nas nie chciałby spotkać, ani w świecie wirtualnym, ani tym bardziej w świecie rzeczywistym.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Nieznajomi” C.L. Taylor

NIEZNAJOMI

  • Autor:C.L. TAYLOR
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:10.02.2021r.
  • Moja ocena:7/10

„(…) o każdym wiemy tylko tyle, ile ten ktoś zechce nam pozwolić, nie więcej”.

C.L. Taylor „Nieznajomi”

„Nieznajomi” to moje trzecie spotkanie z C.L. Taylor – brytyjską autorką thrillerów psychologicznych. Recenzję poprzedniej świetnej „Zanim powróci strach” znajdziecie tu https://slonecznastronazycia.blog/tag/premieralipca/.  Natomiast „Teraz zaśniesz” oceniłam dość przeciętnie. Jacy okażą się „Nieznajomi”, lutowa premiera, nie mogłam się doczekać by się tego dowiedzieć.

Trzy historie

Konstrukcja książki jest bardzo ciekawa. Trójka różnych bohaterów, trzy losy, trzy historie, trzy traumy i…. jeden wspólny koniec. Alice – kobieta przed 50tką, rozwódka. Kierowniczka sklepu odzieżowego Mirage Fashions w małej galerii handlowej Meads. Ofiara swego niewiernego męża, mająca trudności ze zbudowaniem nowego związku. Matka Emily, która również popełnia błędy matki, tkwiąc w niesatysfakcjonującym związku z Adamem. Adamem, który jej nie docenia i nie jest jej całkowicie oddany. Gdy Alice poznaje Simona wydaje się, że trafiła wreszcie na mężczyznę, z którym może spróbować stworzyć nowy związek. Niestety Simom nie okazuje się tym za kogo się podaje. Raz wydaje się być ofiarą, raz sprawcą. Alice przy pomocy swej córki i najlepszej przyjaciółki Lynne próbuje dowiedzieć się kto kryje się pod użytkownikiem Facebooka o nazwie Ann Friend. Czy to była dziewczyna Simona – Flora, czy może Michael z którym Alice przeżyła nieudaną randkę? Ursula – wysoka kobieta (190 cm!) kobieta o lekko męskiej aparycji. Nie ma w niej za wiele kobiecości, co niestety przysparza jej wiele problemów. Pracująca jako kurier nauczycielka wczesnoszkolna. Kobieta „o wielkim sercu”, jak mówią o niej inni. Ciągle przeżywająca stratę Nathana, który wskutek obrażeń odniesionych w ataku na Ursulę stracił życie. Ataku, w trakcie którego Ursula uciekła. Nie stanęła z nim ramię w ramię do walki z napastnikami. Ataku tak naprawdę skierowanego na Ursulę, na jej inność, wzrost, figurę. Ataku, w którym Nathan chciał być jej bohaterem. Pokazać, że mu zależy, by ją inni nie obrażali. Ataku, który zniszczył jej życie i spowodował ogromną traumę, z którą Ursula nie może sobie poradzić. By coś czuć w swoim życiu zaczyna kraść. Nieświadomie, bezwiednie, dla samego dreszczyku. Kradnie w domu przyjaciółki Charlotte jej rzeczy, jej chłopaka i gości. Nigdy nie oddaje. Przez co traci dach nad głową. Szukając pokoju na wynajem trafia do domu Edwarda. Zamkniętego w sobie, antypatycznego gbura. Trudno jej utrzymać reguły właściciela domu. Zostawiony okruszek, zbita szyba w piwnicy, nadmierne zainteresowanie specyficznym zapachem i dźwiękami płynącymi z piwnicy domu oraz kradzież. Mając świadomość, że Edward jest obcesowy, zamknięty, specyficzny nie może się oprzeć pokusie by go nie okraść. Ursula samotna, tkwiąca w traumie. Pukająca od drzwi do drzwi rozwożąc paczki. Pukająca do domu pod numerem sześć, gdzie dostarcza paczki na nazwisko Paul Wilson. Do domu, gdzie paczki przekazuje kobiecie z dzieckiem na ręku przez okno, drzwi zawsze pozostają zamknięte. Ursula, która nagle okazuje się bohaterką Nicki i jej córki z Bess z domu spod numeru sześć. Ach, co za historia!!! Przyznaję, no trudno, Ursula to moja ulubiona bohaterka tej powieści.   Gareth – mężczyzna pod 50tkę, ochroniarz w galerii Meads, kawaler. Mieszka z matką z objawami demencji. Matką do której przychodzi kartka pocztowa wypisana pismem ojca, który zaginął wiele lat temu i dotychczas nie został odnaleziony. Gareth próbuje odnaleźć sprawcę tych pocztówek i tego, kto zakłóca spokój jego matki. Czy to Mackesy, przywódca lokalnego kościoła wyłudzający datki od starszych osób, również od tych z demencją? Przywódca kościoła udający medium, kontaktujący się ze zmarłymi i przekazujący wiadomości. Gareth zaczyna wątpić w śmierć ojca. Jednego dnia wydaje mu się nawet, że widzi go na monitoringu centrum handlowego, który obserwuje. Zaczyna podróż do swej przeszłości, rodziny, wydarzeń, pamiątek przeszłego życia. Do momentu, gdy po powrocie do domu nie znajduje w nim matki. Wówczas wszystkie siły przenosi na odszukanie zagubionej Joan.

Trzy opinie (wszystkie moje)

Zakończenie jest cool !!!

Nie mogłam się pokusić by tego nie napisać, przepraszam. Jak można inaczej nazwać zakończenie, które dzięki fabule pozwala się spotkać trzem nieznanym dotąd osobom i to w sytuacji mrożącej krew w żyłach? Tylko, że jest cool. Ostatni rozdział również „wyrwał mnie z butów”. Uwielbiam takie zwroty akcji, w których najmniej podejrzany okazuje się rzeczywistym sprawcą.

Wszystko dzieje się równocześnie

Jest w tej książce to, co cenię najbardziej. Mianowicie wartka akcja. Trzy postaci, trzy zagmatwane historie toczą się równocześnie. Miejscami fabuła przerwana jest komentarzami z Twittera. Mieszkańcy boją się „mordercy z przystani”, który zrzuca mężczyzn do rzeki. Chapeau bas dla autorki, która nie pokusiła się, by z tego wątku zrobić wątek główny. Okazuje się, że trzy zaginięcia nie są tak istotne, jak ważne są wydarzenia z życia Alice, Ursuli i Garetha. Jakby C.L. Taylor chciała nam pokazać, że w thrillerach czy kryminałach, nie zawsze wątek mordercy jest ważny i ciekawy. Równie ciekawe, a może nawet bardziej, może być barwne życie trójki nieznajomych, których los styka w najmniej spodziewanym momencie. Wydarzenia, dzięki którym jak się okazuje wiele się dowiadujemy o innych, wielu poznajemy, wiele odkrywamy, by potem w najbardziej odpowiedniej chwili zareagować tak, jak powinniśmy. Z siłą, z wiarą, że dobro musi zwyciężyć zło oraz troską o drugiego człowieka, nawet nam nieznanego.

Baby, ach te baby

Bardzo pozytywnie odebrałam relacje damsko – damskie opisane przez C.L. Taylor. Alice ze swoją przyjaciółką Lynne – mówią sobie wszystko. Wszystko o sobie wiedzą. Najmniejsze kłamstwo Alice, chroniące Simona, strasznie ją boli. Mogą na siebie liczyć, jednocześnie potrafią wysłuchiwać krytycznych uwag na swój temat i swego zachowania. Lynne nie boi się negatywnej reakcji Alice, gdy wytyka jej sztubackie zachowanie i zbytnią naiwność. Lynne czuje się zobowiązana do przekazania Alice swojej opinii. Macie takie przyjaciółki wokół siebie? Alice w relacji ze swoją córką Emily – trudna relacja matki z córką. Bardzo mi bliska. Alice jako matka, chce dla Emily najlepiej, nie potrafi jej jednak tego „dobrze sprzedać”. Ot, taka rzeczywistość matek córek. Obserwując relacje jej córki z jej chłopakiem, Alice obawia się, że Emily powieli jej błędy. Że to jej relacja z mężem Peterem – zawsze uległa, zawsze dwa kroki z tyłu, zawsze z pochylonym karkiem i zawsze na pozycji straconej – dała zły wzorzec Emily, która momentami zachowuje się jak Alice. Próbuje ją przestrzec przed związkiem, w którym nie jest wystarczająco kochana, a jej partner nie jest oddany. Związkiem z góry, jak to się mówi, spalonym na panewce. Nie udaje jej się, ale próbuje. Ursula – babochłop, ktoś by powiedział. Dla mnie kobieta, która mimo swoich traum i własnych problemów próbuje ratować tych, którym należy się pomoc. Ryzykuje, by innym nie stała się krzywda. Kobieta, która nie odwraca wzroku i która swoim kosztem potrafi stawić czoło złu. Kobieta, która wie, że musi się otworzyć i pokonać własne potwory. Kobieta, która wychodzi wreszcie na prostą.  

Mimo, że książka porusza bardzo ważne tematy, jak przemoc domową, demencja starcza, zawiść, trauma pourazowa, poczucie krzywdy, napisana jest w bardzo lekkim stylu. Opis akcji i dialogi są krótkie. Autorka dotyka najważniejszych kwestii, dotyka samego sedna, nie zamęczając nas przydługimi opisami. Mimo to, udało się C.L. Taylor stworzyć portrety poszczególnych postaci bardzo wnikliwie. Dzięki temu, miałam wrażenie, że Alice, Ursula i Gareth są mi bardzo bliscy. Nie mogłam się doczekać, by się dowiedzieć, jak się kończy ich historia. A to zawsze dobrze wróży, jak się nie potrafimy oderwać od książki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Dziewczyna z Neapolu” Lucinda Riley

DZIEWCZYNA Z NEAPOLU

  • Autor:LUCINDA RILEY
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:512
  • Data premiery:14.10.2020r.
  • Moja ocena:5/10

Nigdy nie odchodź ode mnie, nie mówiąc mi, dokąd idziesz. Chcę wiedzieć o wszystkim, co robisz, o wszystkim, co myślisz.”

                                                                       Lucinda Riley „Dziewczyna  z Neapolu

Trudno było mi znaleźć cytat, którym chciałabym rozpocząć recenzję. Cytat wpadający w oko, dający do myślenia, zaciekawiający czytającego. Z czym Wam się kojarzy wybrany w ostateczności przeze mnie? Z jakim mężczyzną i jaką kobietą? Zadufanym w sobie narcyzem uważającym, że jego kobieta/żona/partnerka jest jego własnością? Ma się tłumaczyć mu każdego z kroku? Jest jej kompletnym kontrolerem? On może wszystko, ona bez jego zgody i akceptacji nic? Czy z mężczyzną na zabój zakochanym, który „całuje ziemię, po której ona stąpa”? Co powinna odpowiedzieć kobieta, która to słyszy? Co Wy byście odpowiedziały? Tak kochanie, zrobię jak zechcesz czy raczej nie jestem Twoją własnością, mam prawo sama decydować o sobie, o swoim losie, jeśli uznam za stosowne, to o tym co robię cię powiadomię.

Fabuła książki opiera się na historii Rosanny, która opowiada w liście swojemu synowi – Nickowi historię jej miłości z Roberto Rossini, znanym włoskim śpiewakiem operowym. A wszystko zaczęło się, kiedy Rosanna miała jedenaście lat i podczas skromnego przyjęcia organizowanego w jej rodzinnej restauracji została odkryta przez znajomego śpiewaka operowego. Polecił on rodzinie zapisać Rosannę (jego rodzice byli przyjaciółmi jej rodziców) na lekcje śpiewu, aby szlifować jej niezwykły talent. Dziewczynka zauroczona młodym mężczyzną jeszcze tego samego dnia postanowiła, że kiedyś zostanie on jej mężem. Dowodem o sile tego postanowienia jest fakt, że gdy Roberto się z nią witał całując w rękę „Rosanna o mało nie zemdlała z rozkoszy”. Kolejne strony powieści są opisem losu Rosanny. Jej relacji z siostrą Carlottą wykorzystaną przez Roberta, czego tylko Rosanna zdaje się nie dostrzegać. Jej relacji z bratem Lucą, który wiedząc jaki ma talent opłaca jej prywatne lekcje u znanego nauczyciela śpiewu Luigiego Vincenzi. Jej relacji z przyjaciółką Abi poznaną w szkole La Scali, gdzie trafia po otrzymaniu stypendium. Jej relacji z Roberto Rossini, doświadczonym bawidamkiem, hulaką, rozkochującym w sobie kobiety, które napotyka na swojej drodze. Trwającym ze względu na osobiste korzyści w związku z zamężną Donatellą Bianchi, żoną bogatego, włoskiego marszanda, dzięki której wiele w świecie muzycznym udaje mu się osiągnąć, mimo, że nie brak mu talentu. Czytając momentami czułam atmosferę, gęste włoskie powietrze. Mimo, że będąc we Włoszech nie odwiedziłam La Skali pióro Lucindy Riley przywiodło miłe wspomnienia. Czytając o kieliszkach wina chanti przypomniałam sobie jego smak. Piliście? Jeśli nie, będąc we Włoszech nie zapomnijcie spróbować.

 

„Dziewczyna z Neapolu” to kolejna moja przygoda z autorką poczytnego cyklu Siedem sióstr. Po ostatnim „Pokoju motyli” spodziewałam się opowieści przemyślanej, opartej na silnych, jednoznacznych charakterach bohaterów oraz mocnym wpływie przeszłości na teraźniejszość. Sama autorka nawiązała do swej poprzedniej powieści formułując wypowiedź „złapał w swoją sieć następnego egzotycznego motyla…” I na tym porównanie do „Pokoju motyli” w mojej opinii się kończy. Brak w „Dziewczynie z Neapolu” ciekawej, silnej głównej bohaterki. Zamiast Posy, kobiety, która stanowiła o sobie, mamy Rosannę, która mimo przeistoczenia się w dojrzałą kobietę pozostała mentalnie bezwolnym dzieckiem. Zadowolonym z tego, że inni o niej stanowią. Kształtują jej życie, podejmują za nią decyzję dając jej ograniczone pole wyboru. Powieść jest jedną spójną historią, w przeciwieństwie do poprzednich czytanych przeze mnie i nie jest przeplatana opowieściami o życiu rodziny, przodków głównej bohaterki. Spodziewałam się powieści obyczajowej, zmuszającej do myślenia sagi rodzinnej. Otrzymałam….hm.. romans. Romantyczną historię, która tak naprawdę zaczyna się dopiero na 208 stronie, kiedy Rosanna zaczyna tworzyć związek z Roberto. Przyznać muszę, że do strony 207 nie za wiele się działo. A to co się działo, nie było ciekawe.

W odbiorze książki przeszkadzał mi styl książki. Według mnie jest infantylny, miałki, pompatyczny. Pewne formułowania, szczególnie nie wyrwane z kontekstu momentami burzyły mi krew. Przykłady? Proszę bardzo:

·         „jesteś dobrą siostrą. Mam nadzieję, że zawsze będziemy przyjaciółkami.” – uproszczenie, tak jakby dobroć tylko gwarantowała zbudowanie silnej relacji przyjacielskiej.

·         „klasnęła w dłonie z radości” – okazuje się, że nie czytamy o zachowaniu dziecka, lecz o zachowaniu dorosłej kobiety, odnoszącej sukcesy na międzynarodowych scenach operowych.

·         „nigdy o tobie nie zapomnę” –  ok, przyznaję w romansach to sformułowanie się sprawdza.

·         „przez chwilę stali obok siebie, jakby nieświadomi otoczenia” – zbyt wyrafinowane, szczególnie, że mowa o parze śpiewaków operowych ćwiczących po prostu kolejną, długą arię.

·         „szybko się uczysz, maleńka” – Pozostawię bez komentarza. Napiszę tylko, że sformułowanie maleńka w relacjach damsko-męskich nie jest zbyt trafione.

·         „jestem głupia, bezdennie głupia” – niestety, główna bohaterka Rosanna taką samokrytyką katuje się w książce wielokrotnie. Całkowicie niesłusznie. Mamy przecież do czynienia z osobą osiągającą sukcesy, dobrze wychowaną, atrakcyjną.

·         „osunęła się na podłogę i wybuchnęła płaczem”- i tak kilka razy, iście jak z XVIII wiecznego romansu, a pamiętajcie, że akcja osadzona jest w XXw.

·         „Obiecywałam sobie, że nie będę taka jak inne i nie dam mu się uwieść, a jednak się dałam” – chciałabym, chciała? Czy nie chciałabym, nie chciała?.

·         „Ech, głuptasku, znajdź coś, co jest równie ładne jak ty(…) W końcu znalazła pięć zestawów które zatwierdził.”- żona czy utrzymanka? Przedstawię Wam kontekst: kobieta odnosząca sukcesy na scenie operowej, wynagradzana sowicie, wybrała się na zakupy wspólnie z ukochanym. Niestety cała scenka opisana przez autorkę powoduje, że o Rosannie myślę jak o głupim dziewczątku, tak nie mającym swego zdania, że nie potrafi wybrać ubrań, musi czekać na zatwierdzenie Roberta, na jego pełną akceptację.

·         „(…) Ja też znalazłam swoje powołanie.(…) co ważniejsze w małżeństwie z Robertem” –pogubiłam się. Przez pierwszych 200 storn wydawało się, że książka jest o pasji, o życiu z muzyką w tle, życiu na deskach opery, scen, teatrów, życiu w światłach jupiterów, życiu oddanym sztuce. Niestety, powieść okazała się być historią jakich wiele o życiu kobiety stłamszonej prze mężczyznę i całkowicie mu podporządkowanej, o życiu kobiety – żony. Kobiety, której największym sukcesem mimo spektakularnego debiutu na scenie okazało się małżeństwo z Robertem. Sama postać Roberta nie jest ciekawa. Z jednej z strony chorobliwy podrywacz. Nie potrafiący utrzymać swego popędu w ryzach. Z drugiej człowiek przekonany o braku swojej winy. Za swoje zachowania i wiele złamanych serc oskarża kobiety, cytuję: „Jestem łatwym łupem dla kobiet. Chcą być ze mną widziane, bo to ich łechce, ich ego przysparza im rozgłosu. Często wykorzystują mnie bardziej, niż ja wykorzystuję je”. Nie spodziewałam się takiego uproszczenia w książce Lucindy Riley. Roberto wielokrotnie mówi i myśli o sobie w trzeciej osobie pytając „dasz szansę nowemu Robertowi?” jakby całkowicie odgradzał się od swego człowieczeństwa skupiając się na swoim obrazie jako kochanka, potencjalnego przyszłego męża, nowego ja, innego człowieka.

 Uroku miało powieści dodać miejsce osadzenia akcji, a więc hermetyczne środowisko śpiewaków i innych pracowników międzynarodowych oper włoskiej La Scali, londyńskiej Covent Garden, czy nowojorskiej Metropolitan Opery. Niestety w mojej opinii autorka nie wykorzystała możliwości, które daje opisywane środowisko. Środowisko ekscentrycznych postaci, często przeświadczonych o własnej nadzwyczajności, osobliwych artystów i ciekawych osobowości często zmagających się z własnymi demonami. Riley nie wykorzystała tej szansy. W historię wplotła tylko kilka nic niewnoszących sformułowań, wskazujących raczej na brak kultury w relacjach ze współpracownikami, niż niezwykłość bohaterów z tego środowisko. Za mało, zdecydowanie za mało.

„Dziewczyna z Neapolu” jest najsłabszą książką Lucinda Riley z którą dotychczas miałam do czynienia. Autorka trochę jak doktor Jeckyll i Mr Hyde stworzyła powieść całkowicie różną, odmienną od pozostałych. Powieść, w mojej opinii poniżej swoich możliwości. Możliwości kogoś, kto potrafi kreślić ciekawe historie, z licznymi tajemnicami w tle dodatkowo osadzając je w ciekawej scenerii. Muszę jednak przyznać, że jeśli szukacie złożonej historii miłosnej trwającej kilkadziesiąt lat dodatkowo osadzonej w świecie muzyki operowej, może się okazać, że to książka dla Was. Czekam na Waszą opinię

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS

.

„Pokój motyli” Lucinda Riley

POKÓJ MOTYLI

  • Autor:LUCINDA RILEY
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:528
  • Data premiery:13.11.2019r.
  • Moja ocena: 7/10

„(…) coś co jednemu wydaje się śmieciem, dla kogoś innego może być cenne jak złoto. Możliwe, że my wszyscy jesteśmy takimi poszukiwaczami (…) Nie dajemy za wygraną, stale mamy nadzieję, że odnajdziemy ten wymykający się, ukryty skarb, który wzbogaci nasze życie, a kiedy odkrywamy czajnik zamiast mieniącego się klejnotu, musimy szukać dalej”.

                                                                       Lucinda Riley „Pokój motyli”

Poniżej zaległa recenzja książki autorki cenionego cyklu „Siedem Sióstr” . Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Lucinda Riley ponownie zabrała nas w rodzinną podróż. Podróż z jednej strony trudną, z drugiej pełną promieni słonecznych.

Powieść „Pokój motyli”  osadzona jest w malowniczym angielskim nadmorskim miasteczku. Główny wątek dotyczy losów Posy Montague, prawie siedemdziesięcioletniej mieszkanki rezydencji o uroczej nazwie Dom Admirała. Posy mieszka w swym rodzinnym domu, do którego wróciła po latach. W ścianach rezydencji wychowała swych dwóch synów, Sama i Nicka, jednocześnie oddając się pasji prowadzenia ogrodu. Ogrodu, który stał się dumą rezydencji. Życie w rezydencji w malowniczym Suffolk nie jest tak książęce jak mogłaby sugerować architektura angielskiej rezydencji. Posy brakuje środków na utrzymanie tak dużego domu. Stara się zachować jego przeszłą świetność, jednak nie do końca jej się udaje. Decyduje się go sprzedać, w czasie gdy na horyzoncie w jej życiu ukazuje się Freddie – dawny ukochany, który porzucił ją praktycznie bez słowa.

Autorka sprytnie wprowadziła nas w historię rodziny utkaną jak delikatne skrzydła motyli w iście angielskim stylu. Momentami cofamy się do lat czterdziestych XX w., gdzie Posy żyje w idyllicznej relacji z ojcem, pilotem spitfire’a i jednocześnie zagorzałego botanika. Ojca, który poświęca Posy dużo więcej czasu niż matka. Ojca, który zaraża ją miłością do przyrody, do motyli, do kwiatów, do ogrodu. Jako przeciwwagę do relacji rodzicielskiej którą zbudował z Posy jej ojciec, autorka przedstawia relację Posy z jej matką. Francuską z urodzenia, która po nagłej śmierci męża w zawierusze wojennej, nie potrafi oddać się macierzyństwu. Posy jej przeszkadza w realizowaniu bohemii życia w paryskim społeczeństwie. Posy zostaje nie pół, lecz praktycznie całkowicie sierotą wychowywaną przez oddaną babcię i służącą Daisy. I Posy z lat dwutysięcznych XXI w., i Posy z lat czterdziestych XX w. jest na swój sposób szczęśliwa. Jest na swój sposób spełniona. Z małego dziecka, naiwnej dziewczynki, Posy szybko dorasta z dala od matki, dojrzewa w odosobnieniu wyrastając na pewną siebie młodą kobietę. Kobietę wiecznie młodą duchem, mimo upływającego czasu i 70-lat. Kobietę bez problemu radzącą sobie z trudnościami dnia codziennego oraz duchami przeszłości. Duchami, o których nie miała pojęcia.

Czy tytułowy „pokój motyli” należący do ojca, umiejscowiony w rotundzie na terenie domostwa jest alegorią do trudnych losów bohaterki i jej rodziny? Czy przybite szpilkami do tablic okazy motyli symbolizują przysłowiowe „trupy z szafy” wyłaniające się z przeszłości rodziny? Dowiecie się tego, mam nadzieję sami zanurzając się w rodzinną historię skreśloną piórem Lucindy Riley.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Rozgrywka” Allie Reynolds

ROZGRYWKA

  • Autor:ALLIE REYNOLDS
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:415
  • Data premiery:24.02.2021r.
  • Moja ocena:8/10

„Rozgrywka” to thriller psychologiczny i choć obecnie na rynku jest ich sporo, chciałabym Was przekonać, że ten zasługuje na specjalną uwagę. Po pierwsze wyróżnia się niezwykle starannym wydaniem, piękna, twarda okładka, barwione na czerwono brzegi stron… Okazuje się jednak, że zawartość jest jeszcze bardziej fascynująca…

Piątka starych przyjaciół spotyka się w opuszczonym górskim schronisku wśród ośnieżonych szczytów. To co miało być miłym, wspomnieniowym spotkaniem zamienia w przerażającą grę, a ośrodek staje się prawdziwym escape roomem. Gdy Milla otrzymuje zaproszenie na spotkanie grupy przyjaciół w ośrodku narciarskim, który był miejscem szczytu jej kariery, nie może odmówić sobie wyjazdu, tym bardziej, że zaproszenie wysłał ktoś dla niej ważny. Z Curtisem, Dalem, Heather i Brentem nie widziała się od dekady, kiedy podczas elitarnych zawodów snowboardowych zniknęła bez śladu jedna z zawodniczek Saskia. Okazuje się, że ten kto zorganizował to spotkanie chce rozwikłać tajemnicę jej zaginięcia. Niedługo po przekroczeniu progu schroniska znikają ich telefony, a kolejka górska przestaje działać. A na nich czeka gra, która ma doprowadzić do wyjawienia ich sekretów….

Powiem Wam, że nie spodziewałam się tak świetnej książki. Napięcie aż kipi, tajemnica z przeszłości, niebezpieczeństwo, sekrety… Okazuje się, że każdy z bohaterów ma coś do ukrycia, na jaw wychodzą wzajemne animozje, pretensje, zagmatwane relacje. Czy będą potrafili mimo to współpracować by uratować swoje życie? Narracja jest pierwszoosobowa, a prowadzi ją Milla. Są natomiast dwa plany czasowe – teraźniejszy i ten sprzed dziesięciu lat. Ten zabieg jeszcze bardziej potęguje napięcie, a jednocześnie wprowadza nas w szczegóły relacji bohaterów, stopniowo odsłaniając ich tajemnice. Rewelacyjny jest również klimat powieści. Czytając niektóre fragmenty, zapragnęłam od razu znaleźć się w górach i pojeździć na nartach (na snowboardzie nie jeżdżę). Czuć w tej książce miłość do gór, fascynację i pasję do sportów zimowych, co staje się jasne kiedy zaglądamy do biografii autorki i dowiadujemy się, że to była snowboardzistka freestylowa. Z drugiej strony ukazuje się też nam cały majestat gór, niebezpieczeństwo jakie za sobą niosą, nieprzewidywalność. W każdym razie klimat porywa, a czytając czułam się jakby przebywała razem z bohaterami na lodowcu.. Książka zawiera terminologię snowboardową i pozwala nam zajrzeć do raczej hermetycznego środowiska zawodowych sportowców.

Powieść pisana jest lekko i intrygująco. Fantastyczna zagadka, aura tajemniczości, dobrze zbudowani bohaterowie, fascynująca intryga, świetny klimat. To wszystko sprawia, że trudno się od książki oderwać i o niej zapomnieć, a zakończenia, z jednej strony sprawia, że wszystkie kawałki układanki wskakują na swoje miejsce, z drugiej jest ogromnym zaskoczeniem, I na tych chyba polega clue dobrego thrillera. Serdecznie polecam.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.