„Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała” Monika Kassner

SPRAWA ROLLNIKA. ZBRODNIA PRAWIE DOSKONAŁA

  • Autor:MONIKA KASSNER
  • Wydawnictwo:SILESIA PROGRESS
  • Liczba stron:224
  • Data premiery: 06.06.2021.

Mŏm Wŏs rŏd!

Po przeczytaniu drugiej części przygód radcy Adolfa Jendryska spróbowałam i ja tej  ślōnskiej gŏdki, przynajmniej w przywitaniu. Takich i innych zwrotów nie brakuje w najnowszej książce @Monika.Kassner.strona.autorska „Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała” od @silesiaprogress. Nie obawiajcie się. Tekstu śląskiego nie jest za dużo, a na każdej stronie w przypisach macie gwarę przetłumaczoną na język polski. Okazuje się jednak, że ja z tekstem po śląsku radzę sobie całkiem nieźle, nawet bez pomocy przypisów. To dowód, że książka jest dla każdego. Zarówno dla Ślŏnzoków, jak i dla nie Ślązaków. Wspominałam już o tym przy okazji recenzji pierwszej części Sprawa Salzmanna.

Wszystko zaczęło się od uczniów

Tak przeczytałam w podziękowaniach autorki. Informacja dla mnie niezwykle budująca. To miło, że do powstania książki przyczynili się uczniowie autorki (przyp. Monika Kassner to historyczka i polonistka zarażająca swoich uczniów umiłowaniem regionu, w którym się żyje). Po pierwsze, to dowód, że uczniowie znają i akceptuję pasję autorki. Po drugie, mam nadzieję, popierają jej poszukiwania tego co do tej pory nieodnalezione, tej nieoczywistej śląskiej historii, ludzkiej, indywidualnej przeszłości, która jest kolebką ogromnych wydarzeń i mężnych zrywów. Bądź co bądź duże historyczne wydarzenia kształtuje człowiek. Gdyby nie Ci uczniowie, nie byłoby Adolfa Jendryska w tej odsłonie. Odsłonie śmierci Rollnika.

(…) mamy ciężkie czasy. Węszenie po jednej i drugiej stronie granicy nie wszystkim może się podobać. Teraz każdy każdego śledzi, inwigiluje, jeden na drugiego donosi. Wszyscy chcą się przypodobać nowej władzy.”

„Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała”  Monika Kassner

W takiej atmosferze przyszło radcy Adolfowi Jendryskowi prowadzić kolejne śledztwo. Po sukcesie w sprawie Salzmanna, Jednrysek został zatrudniony przez Antona Rollnika mieszkającego w niemieckim Hidenburgu (przyp. polskim Zabrzu, śląskim Zŏbrze) do zbadania śmierci jego syna Richarda, cenionego rybnickiego lekarza. Richarda vel Ryszarda, który po podziale Górnego Śląska pozostał po polskiej stronie, w Rybniku. Śledztwo o tyle trudne, że wymaga od Adolfa ciągłego przekraczania granicy i współpracy zarówno z polskimi, jak i niemieckimi śledczymi. To wszystko w tle z rodzącym się nazizmem i zagadką z pozoru nieszczęśliwego wypadku. Do tego poboczne wątki wzbogacające fabułę i czyniące powieść jeszcze ciekawszą.

Nie każdy Adolf to Hitler” – „Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała” Monika Kassner

Autorka puściła w stronę czytelnika oko umieszczając w książce tę wypowiedź. Już przy „Sprawie Salzmanna” zastanawiałam się nad imieniem głównego bohatera, stygmatyzowanego w późniejszych latach. Okazuje się, że sam Jendrysek we współczesnych sobie, zmieniających się czasach potrafił odnieść się do zbieżności jego imienia z Führerem. Zbieżności dla niego niekorzystnej. Hitlera Jendrysek nie przypomina wcale, to fakt. Po pierwsze jest przystojny. Po drugie inteligentny. Po trzecie ma świadomość różnorodności w kosmopolitycznym świecie. Świecie, którego nie chce zmieniać. Świecie, w którym potrafi żyć uczciwie i szczęśliwie. Nadal Jendrysek jest momentami chaotyczny, porywczy. Nadal ma słabość „(…) do eleganckich garniturów, dobrego piwa, drogich cygar i pięknych kobiet…” i zdarza mu się zapominać o regularnych posiłkach. Zaśmiewałam się do łez czytając opisy jego kłótni z żoną, Hajdelką, która „Z mlekiem matki wyssała pruski dryl, który nie dawał się jej rozluźnić ani na chwilę”. Hajdelką, która została zobrazowała jako typowo ślonsko baba. Silna, oddana, z ogromnym talentem kulinarnym, wychowująca dzieci twardą ręką.  

Samo śledztwo toczy się niespiesznie. Więcej tu dedukcji, jak zresztą w typowym kryminale retro. Więcej patrzenia w twarz, obserwowania reakcji wszystkich wokół i całego otoczenia. Jak sam Jendrysek powiedział „Brak dowodów zbrodni nie jest dowodem jej braku”. Dlatego szuka dogłębnie. Kombinuje formułując nawet absurdalne tezy i je sprawdza. Oczywiście ma wielu pomocników, bardziej lub mniej formalnych. Najbardziej ciekawym pomocnikiem okazała się Lotti. Pół Polka, pół Angielka. Uwielbiam takie kobiety! Mieszkająca w najpiękniejszym hotelu w Zabrzu, w Hotelu Admiralspalast przy Wolności 305 (przyp. zerknijcie na okładkę). Wplatająca angielskie słówka w swoich wypowiedziach, co o dziwo nie denerwuje, wręcz dodaje uroku w dialogach z Jendryskiem. Ona otwarta, towarzyska. On starający się trzymać dystans. Ona chętna, by pomóc w śledztwie. On na samą o tym myśl dostaje hercklekotów. Ciekawe połączenie, ciekawa para. Praktycznie gotowa para śledczych do następnej powieści, taka mieszanka wybuchowa.

Nie chcę więcej spojlerować, powiem tylko, że sam pomysł na zbrodnię niezwykle wyszukany. Co do sprawcy, no cóż, tak się skupiłam na poszukiwaniu podejrzanych wśród ścisłego grona ofiary, że nie dostrzegłam oczywistych sygnałów. Czuję się wytłumaczona. Wszak nie każdy może być Jendryskiem!

Monice Kassner ponownie udało się połączyć fikcję z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością, fantazję z realnością życia na podzielonym Górnym Śląsku. Opisy zachowań, cech, wad są ogromną wartością tej książki. Pół – Niemcy, pół – Polacy.  Po obu stronach Ślązacy. Autorka stara się przybliżyć czytelnikowi specyfikę przedwojennego Śląska. Kto i dlaczego tracił życie? Kto i dlaczego popierał Niemców? Kto i dlaczego mimo wszystko, mimo swego pochodzenia czuł się Polakiem? Wplecenie faktów historycznych wzbogaca każdą powieść. Zachwyciłam się wspomnieniem żółtawego nalotu na parapetach lipińskich domów z fabrycznych kominów Huty Silesia, huty cynku. Dopiero wspomnienie o tym skłoniło mnie do szukania informacji o tym fakcie, a takich smaczków w książce wiele.

Książka pisana jest bardzo dobrym językiem, jak na polonistkę przystało. Moniki Kassner wspaniale się słucha, wiem, bo słuchałam. Tak samo dobrze się ją czyta. Dialogi bardzo żwawe i dynamiczne, pomiędzy Ślązakami z wiecznym larmem. Majstersztykiem jest przechodzenie z idealnej polskiej mowy w gwarę śląską i odwrotnie. Jak ten Jendrysek potrafi się wysławiać!! Jak inni potrafią się wysławiać!!!

Kassner oczarowała mnie również niezwykłą umiejętnością kreślenia postaci, ciekawych postaci. Nawet poboczni bohaterowie nie są przypadkowi. Ich sylwetki momentami przyćmiewają samego Jendryska. Są kreślone z humorem i ogromną czułością. Dopieszczone do ostatniego słowa, do kropki na końcu zdania. Nawet sprawca wydaje się być porządny, sumienny i pracowity. To wielka sztuka nakreślić postać sympatycznego sprawcy. Sprawcy, którego da się lubić.

To nie jest książka dla Ślązaków. Nie!!! To książka dla każdego czytelnika, który znużony amerykańskimi, brytyjskimi, skandynawskimi kryminałami szuka odświeżającej lektury. Nietypowej lektury. Lektury z historią w tle napisaną wspaniałym językiem. Miłego czytania!!!

ps. jak ja się cieszę, że sięgam do tak różnego repertuaru. Ile by mnie ominęło, gdybym nie przeczytała książek Moniki Kassner. Oj tak….

Chowcie sie!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Silesia Progress i autorce.

Recenzja przedpremierowa – „Zimna S. Odwilż” Justyna Chrobak

Zachwycałam się w ostatniej recenzji „Zimną S” @Justyna Chrobak – profil autorski i pisałam, że tak książka mi się podobała, że szybko zabrałam się do przeczytania jej drugiej części „Zimna S. Odwilż”. Która z części okaże się lepsza, debiut czy kontynuacja? Czy poziom książki jest taki sam? Zapraszam do przeczytania recenzji drugiego tomu cyklu.

Justyna Chrobak w tej części nie oszczędza Malwiny. Sama okładka książki jest zdecydowanie różna od pierwszej. Zauważyliście? Jakby w samej okładce aktorka, bo wierzę, że miała prawo decydować o jej wyglądzie, chciała dać nam do zrozumienia, że o Malwinę w tej części chodzi. O jej tragedię, o jej przeżycia, o jej uczucia i niezrozumienie tego co się dzieje. Często tak jest, szczególnie gdy przeżywamy żałobę, nie potrafimy się wtedy pogodzić z tym, co nas spotkało. A przecież się stało i trzeba żyć dalej. Mimo, że jej trudno Malwina walczy, bo jest waleczna. W tej części jednak zdecydowanie mniej. W efekcie zdaje się sobie sprawę, że potrzebuje pomocy, potrzebuje by ktoś się o nią zatroszczył, ktoś jej pomógł, ktoś był jej bohaterem. Każda z nas czasem tak ma. Szukamy pomocy, nawet do tego się nie przyznając. Poznajcie trochę inną Malwinę. Poznajcie, parafrazując Osiecką „kobietę po przejściach, kobietę z przeszłością”.

Z tymi początkami serii różnie bywa

Zawsze zastanawiam się czy pierwsza książka serii będzie jednocześnie jej najlepszą.  Czy kontynuacja będzie udana. Muszę przyznać, że wielokrotnie kontynuacje mnie zawodziły. Nie miały tego polotu, tego rozmachu. Znika gdzieś niewiadoma i zaskoczenie. Oczywiście za wyjątkiem „Harrego Pottera”, „Władcy Pierścieni” i innych arcydzieł literackich! Nie mam doświadczenia w pisaniu, więc nie będę się wymądrzać. Zapewne trudno autorowi za każdym razem zachwycać czytelnika. Tak samo jak nam trudno jest zachwycić drugiego człowieka, którego już znamy, u którego nie zadziała już po raz drugi „efekt aureoli” przy pierwszym wrażeniu. Niektórzy czytelnicy są bardzo wymagający. Jak przeglądam różne recenzje to takich niepobłażliwych czytelników jest wielu. Zawsze ciekawi mnie, czy tą powieść, którą oceniają bardzo srogo, sami napisaliby lepiej. Czasem dobrze jest „wejść w czyjeś buty”.

Ja starałam się czytając „Zimną S. Odwilż” bardzo „wejść w buty” autorki i zrozumieć, co chciała nam przekazać kreśląc taką, a nie inną fabułę. Jedno jest pewne, Chrobak w tej części pokazała nam inną Malwinę, cierpiącą Malwinę. To rozwinięcie głównej bohaterki z poprzedniej części serii. To przedstawienie Malwiny bardziej dojrzałej, drogi, którą musiała przejść. I ten aspekt książki podobał mi się najbardziej. Każdy z nas nosi swój bagaż, bagaż doświadczeń. Ja też noszę swój. Jednego nadal uwiera. Drugi zrzucił z ramiona już dawno temu i niesie lekką siatkę. Prawie pustą siatkę. Oddzielił emocje i przeżycia od codzienności. Oj, każdy by tak chciał, prawda?  Malwina też niesie i ta jej podróż mnie momentami rozczulała. To dobrze, bo to przecież taki gatunek. Ma być w nim dużo emocji.

na, Malwina jest największą wartością tej części.

Niektóre wątki, które się pojawiły można nazwać w pewnym sensie kryminalnymi. To rozbuchało fabułę do sufitu. Groźby, szantaż, przyjaciel na niby zmarłego ojca. Sama rola ojca w fabule była dla mnie zaskoczeniem. Muszę przyznać, że deczko nie podłapałam tych emocji. I może to mi najbardziej w książce przeszkodziło.

Taki trochę miszmasz. Trochę historii obyczajowej, szczypta sensacji, gram romansu, jedna łyżka soli chciałoby się rzec. Gatunek nie całkiem kobiecy. Gdybym miała jednym słowem określić tą cześć, to napisałabym: urozmaicona. Całkowicie. Dostarczyła mi momentami różnych, skrajnych emocji. Możliwe, że mój odbiór zaburzyła część pierwsza, którą przeczytałam bezpośrednio przed częścią drugą. Nie miałam czasu odpocząć, zatęsknić. No cóż, nie dotrzymałam obietnicy danej sobie dawno temu, że będę robić przerwy między częściami cyklu. Ktoś mi zawsze mówi, że „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”. W moim przypadku to 100% racji. Czytajcie więc, jeśli mogę dać Wam radę, obie części w pewnym odstępie czasu. Na pewno książkę ocenicie jako bardzo dobrą. Tak się zwykle dzieje, gdy powracają doskonale skrojeni bohaterowie, którzy nierzadko są największą wartością każdej książki.

Zachęcam Was do zaglądnięcia na karty tej historii, celem poznania dalszych losów Malwiny. Losów, które Was zaskoczą. Jestem tego pewna. Tak samo jak mnie.  Spróbujcie zrozumieć jej decyzje, dla mnie czasem kompletnie niezrozumiałe. Ciekawi Was jakie decyzje podejmowała Malwina? Nic prostszego. Książka dostępna od najbliższej środy. Biegnijcie do księgarń lub klikajcie w księgarnie internetowe.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z książką przedpremierowo bardzo dziękuję  Autorce.

„Zimna S” Justyna Chrobak

ZIMNA S

  • Autor:JUSTYNA CHROBAK
  • Wydawnictwo:WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Liczba stron:312
  • Data premiery: 16.09.2020r.

16 czerwca będzie miała premierę druga część serii „Zimna S” @Justyna Chrobak – profil autorski. Nie ukrywam książka już za mną, recenzji spodziewajcie się lada chwila. O książkach @WydawnictwoKobiece pisałam niejednokrotnie. Szczególnie doceniając ich wartość w czasie relaksu i odpoczynku. Pierwszą część cyklu recenzuję z opóźnieniem. Mając tyle ciekawych książek do przeczytania, jak typowy książkoholik, i tak jestem z siebie dumna, że zdążyłam przed premierą kolejnego tomu.

Tym razem autorka przeniesie Was w związek Malwiny i Sebastiana, oj przepraszam Adama. Jak to często bywa w publikacjach kobiecych, w fabule zastosowano przysłowie „Kto się czubi ten się lubi”. I tak z początku Sebastian działa Malwinie na nerwy, by w końcu zaczęła myśleć o nim inaczej, bardziej przyjaźnie. Ale tak byłoby zbyt prosto, czyż nie? Tak skonstruowana treść byłaby zbyt oczywista. Autorka skomplikowała fabułę racząc nas dozą niepewności wprowadzając kolejnego adoratora, Adama. Jak potoczy się życie, silnej, zdecydowanej i przedsiębiorczej Malwiny zawieszonej pomiędzy Adamem i Sebastianem? Nie! Zdecydowanie ta recenzja nie będzie spojlerem, więc nic już więcej nie napiszę.

Jak Adam i Ewa

Nie jest tak łatwo znaleźć swojego Adama. Nie jest tak łatwo odnaleźć swoją Ewę. Czasem okazuje się, że lepszym od Adama jest Robert, Kuba czy chociażby Zdzichu. To samo z Ewą. Z pozoru idealna nagle przestaje pasować. Mimo, że piękna/y. Mimo, że inteligentna/y. Mimo, że ma figurę modelki/modela. Nie – piękni tego nie rozumieją. Jak ktoś tak cudownej osoby może nie chcieć? Dlaczego do siebie jednak nie pasują?

I tu nasuwa mi się kolejne przysłowie „Nie wszystko złoto, co się świeci”. Z pozoru nieidealni nierzadko bardziej nam pasują. I dobrze. Grunt, żeby znaleźć idealnego partnera w życiu, idealnego dla siebie, „na każdej płaszczyźnie” życiowej, jak ostatnio przeczytałam w jednym smutnym poście. Nie idealnego dla innych. Tylko właśnie dla siebie. Takiego partnera szuka Malwina. Chociaż tak naprawdę nie szukała, żyła długo przekonana, że nikogo nie potrzebuje, że doskonale radzi sobie sama, prowadziła świetnie prosperującą firmę, była chłodna, powściągliwa i zdystansowana. Ja się okazuje u podłoża jej postawy życiowej leżały jej relacje z ojcem, a raczej och brak. Ojciec po latach niespodziewania znowu pojawia się w jej życia przewracają je do góry nogami.

Ta książka to nie jest typowy erotyk. Oprócz romansu, wątku miłosnego pojawia się też tajemnica z przeszłości, której konsekwencje dotykają obecnego życia głównej bohaterki. Są wątki sensacyjne, niebezpieczeństwo, niewiadoma. Książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać. Dlatego po jej przeczytaniu od razu zabrałam się do czytania drugiej części. Co przemawia za „Zimną S”? Po pierwsze styl autorki, bardzo przyjemny. Dobry styl zawsze umila mi czytanie, kartki pochłaniam jedna za drugą. Po drugie fabuła, która mimo, że typowo kobieca, relaksacyjna, nabiera tempa i staje się ciekawsza. Po trzecie bohaterowie, naprawdę ciekawi, niebanalni, wyraziści, a takich lubię najbardziej w każdym gatunku. I po czwarte, już ostatnie, zakończenie. Obłędne!!! Nie dziwcie się więc, że recenzja przedpremiery za progiem. Musiałam, po prostu musiałam wiedzieć, co będzie dalej.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki  Wydawnictwu Kobiece.

„Za każdą cenę” Robert Dugoni

ZA KAŻDĄ CENĘ

  • Autor:ROBERT DUGONI
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Seria: TRACY CROSSWHITE. TOM 6
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:02.06.2021r.

Pewnie przyznacie mi rację, jak to mówią Anglicy „in advance”, a Polacy „z góry”, że goni @WydawnictwoAlbatros w publikacjach książek z serii o Tracy Crosswhite autora @AuthorRobertDugoni. Goni, goni. To dobrze, bo światową premierę będzie miał w dniu 20 czerwca 2021 ósmy tom cyklu, tytuł oryginalny „In Her Tracks”. Ciekawe pod jakim tytułem wyda go Wydawnictwo Albatros. Interesuje  mnie bardzo, co dzieje się w kolejnych, siódmej i ósmej części serii. A teraz przed Wami praktycznie na bieżąco – uff jak dobrze, że nie z zaległości – recenzja książki „Za każdą cenę”. Poprzednią książkę oceniłam bardzo wysoko 8/10 (recenzja: Brudna sprawa). Bardzo spodobała mi się wielowątkowa fabuła i styl pisania. Zapraszam więc do zapoznania się z moją opinią na temat szóstej książki z Tracy Crosswhite w roli głównej.

(…) bycie rodzicem nie jest dla słabych duchem. (…) bycie rodzicem oznacza niewysłowioną radość i szczęście, ale także ryzyko przeżywania niewyobrażalnej rozpaczy i bólu”.

„Za każdą cenę” Robert Dugoni

Kto z Was, będąc rodzicami, zgodzi się z opinią autora? Dajcie znać. Ja podpisuję się pod nią obiema rękoma. Naprawdę trudno jest przeżyć stratę własnego dziecka. Niektórzy przeżywają tę stratę wielokrotnie lub jedna po drugiej. Wiele wielkich, przeogromnych strat. Nigdy tak naprawdę nieprzepracowanych strat. I o takich stratach jest ta książka. O ludziach, którzy odeszli.

Jak to w przypadku tej serii, są dwie ofiary. Choć to nie jedyne wątki poruszone przez autora. Lubię, takiego Dugoniego. Takiego swojego, takiego konsekwentnego. Prezentującego taki sam poziom, wysoki poziom. Pierwsza z ofiar to matka, zamordowana na oczach własnych dzieci. Matka nie godząca się na handel narkotykami w dzielnicy, w której mieszka wielu małych mieszkańców. Matka walcząca. Matka przegrywająca tę walkę. Matka nazwana, to Monique Rogers. Tym śledztwem zajmują się uroczy, mimo swojej ponad stukilowej wagi, Faz i Del. Uwielbiam ten duet. Taki czasami Flip i Flap, nie raczej Flap i Flap. Obaj są bowiem słusznej postury, takiej włoskiej. Druga ofiara to córka, indyjskiego pochodzenia. Córka walcząca ze stereotypami o swej narodowości. Córka ubierająca się jak zwykła młoda kobieta. Córka nie poddająca się tradycjom. Córka nie akceptująca aranżowanych małżeństw. Córka stanowiąca o sobie. Córka nazwana, to Kavita Mukherjee. Tym śledztwem przewodzi Tracy Crosswhite mająca swoje osobiste problemy. Znajdująca się w kilkunastotygodniowej ciąży, obawiająca się o swoją pozycję. Czy uda się śledczym odnaleźć sprawców?

Ps. nie wiem po co zadałam to pytanie, przecież i tak Wam nie napiszę. Wybaczcie, nie chcę spojlerować.

Robert Dugoni trochę namieszał w życiu prywatnym Tracy. Podważył jej pozycję wprowadzając konkurencję. I to znaczną, i to kluczową. Czy chociażby powodując zwady i niedomówienia z kapitanem Nolasco. Ten wątek jest istotny dla prowadzonego śledztwa. Momentami Tracy wydaje się swoją osobistą sytuacją całkowicie pochłonięta. Na szczęście, tylko momentami. Postać kobiety w ciąży została bardzo dobrze rozpisana. Tracy jest bardziej ludzka. Nie wycieka z niej tylko profesjonalizm, lecz prawdziwa kobieta w ciąży, z wszystkimi jej objawami. Taka ludzka Tracy też się sprawdza w prowadzonych sprawach. Podobnie jak w poprzedniej części, jest bardziej czuła, bardziej delikatna i bardziej emocjonalna.

Sam Faz, znacząca osobowość w Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych ma swoje problemy. Problemy, z którymi trudno mu sobie poradzić, mimo swego profesjonalizmu, ogromnego profesjonalizmu. Ten duży profesjonalizm odzwierciedlony w pracy śledczych jest ogromną wartością tej części. Można nużyć się w zawiłościach pracy policji, kompletnie się nie nudząc. A to jest duży plus kryminału policyjnego. Czasem osadzenie w pracy policji mnie nuży. Naprawdę nuży. Bardzo spodobała mi się postać Faza w tej odsłonie. Wzmógł jeszcze moją sympatię do swojej osoby.

W pięćdziesięciu dziewięciu rozdziałach Dugoni odwzorował ponownie bardzo dobrze całą plejadę głównych bohaterów. W mojej opinii, Tracy tak naprawdę nie jest najważniejsza. Mimo, że cykl jest nazwany jej imieniem i nazwiskiem. Równie ważni są inni członkowie zespołu, którzy spajają całą historię, scalają wszystkie wątki doprowadzając do odnalezienia sprawcy. Czy ta książka mi się spodobała? Tak, zdecydowanie mi się spodobała.

Podobały mi się wzajemne animozje, próby sił. Jak w życiu. Jak w naszych pracach, w naszych domach, czasem w naszych przyjacielsko – znajomskich relacjach. Nie lubię w kryminałach idyllicznego obrazu współpracy śledczych. Nie ma idealnych ludzi, więc nie może być idealnych śledczych. Nie ma idealnego życia, więc nie może być idealnej zawodowej współpracy. Takie prawdziwe relacje dobrze się sprawdziły w fabule. Trochę namieszały, ale jednocześnie uczyniły ją ciekawszą. Pamiętacie tasiemiec „Dynastię”? Wybaczcie porównanie, ale rodzice od czasu do czasu kilkadziesiąt lat temu pozwolili mi oglądać. Gdy nie było w odcinku Alexis, która najlepiej potrafiła namieszać w relacjach głównych postaci, nie był to odcinek ciekawy. Z tego samego założenia – może też swego czasu fan „Dynastii” – wyszedł Dugoni zakorzeniając w fabule wiele problemów osobistych, tarć i niedopowiedzeń, które mogą zniszczyć każdą relację.

I trochę o tej relacji jest ta książka. O relacji między ofiarą a jej przyjaciółką, która żyła myśląc, że na równi sobie były oddane, że Kavita zrozumie jej wybory, nawet jeśli się z nimi nie zgodzi, że jej nie odtrąci w chwili próby. Tak zwykle myślą przyjaciółki o sobie nawzajem. Rzeczywistość jednak może być całkiem inna. Te relacje mnie najbardziej zaskoczyły, bo cóż sam styl pisania autora już znam z części piątej, bohaterów również, wielu z nich polubiłam, więc mam do nich emocjonalny stosunek. Przyznaję jednak, tak skonstruowanych relacji nie spodziewałam się w kryminale policyjnym. Oczywiście wszystko napisane w sposób przystępny, przyjemny, z dobrymi, skomasowanymi dialogami, bez zbędnych ozdobników. Takie męskie pisanie, konkretne pisanie.

Przeczytajcie koniecznie, bo to dobry kryminał i dobra seria. Przeczytajcie, by oprócz zweryfikowania  opisanych powyżej przeze mnie walorów książki, dowiedzieć się, co autor miał na myśli mówiąc o koncepcji rodziny typu instant. Tą koncepcję zapamiętam na długo. Możliwe, że do końca życia. Możliwe, że wrócę do niej w innej, przyszłej recenzji.

Od razu zastrzegam, nie znajdziecie w tej pozycji wielkiego efektu WOW. To nie ten pisarz, nie ten styl pisania. Jeśli jednak lubicie czytać ciągle zastanawiając się co będzie na końcu i nie potrafiąc się tego końca doczekać, to jest to książka dla Was. Zdecydowanie dla Was.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Albatros.

„Wszystko na swoim miejscu. Pierwsze miłości i ostatnie opowieści” Oliver Sacks

WSZYSTKO NA SWOIM MIEJSCU. PIERWSZE MIŁOŚCI I OSTATNIE OPOWIEŚCI.

  • Autor:OLIVER SACKS
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:344
  • Data premiery: 18.05.2021r.

Ostatnio przy okazji recenzji „Noc w Caracas” Kariny Sainz-Borgo (recenzja na klik) wspominałam o wartości literatury pięknej. Niewątpliwie większość z nas, czytelników posiada w swoich biblioteczkach wybrane dzieła literatury polskiej i światowej, zaliczane do ścisłego grona literatury pięknej. To dobrze. Takie dzieła należy czytać, niekoniecznie jednak od małego. Ja ostatnio nostalgicznie sięgam do literatury pięknej. Każda książka potwierdza, że jest ona faktycznie piękna. Wielowątkowa, napisana pięknym językiem, co jest rzadkością. Bardzo wzbogacająca słownictwo, wiedzę i rozwijająca czytelnika. Tym razem pokusiłam się przeczytać eseje Olivera Sacksa, angielskiego profesora neurologii na Uniwersytecie Columbia, zafascynowanego, co całkowicie zrozumiałe, mózgiem, a zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych. Taki „Englishman in New York” jak śpiewał Sting. Typowy Englishman in New York, naprawdę. Oprócz wielu książek medycznych Sacks jest autorem wielu publikacji popularnonaukowych, ale o nich nie będę pisać w tym miejscu. Jeśli Was interesują dokonania autora to zapraszam na jego autorską stronę Oliver Sacks.

Istnieją takie „namiętności” – aż chciałoby się je nazwać niewinnymi i prostymi – które zacierają wszelkie różnice między lubiącymi je ludźmi.”

„Wszystko na swoim miejscu. Pierwsze miłości i ostatnie opowieści” Oliver Sacks

I autor twierdzi, że fakt istnienia tych namiętności jest całkowicie czymś normalnym, zgodnym z naturą człowieka. A któż wie lepiej, jak nie znany profesor neurologii badający mózg i jego bezpośredni wpływ na zachowania i zaburzenia człowieka.

Książka to zbiór esejów. Dobrze czytało ją się z przerwami na inne lektury, na oderwanie się od tego stylu, treści, tematyki. Składa się z trzech części. Dwie z nich dotyczą samego autora, jego spostrzeżeń, poglądów, doświadczeń, czasem nawet śmiesznych i nietypowych zdarzeń oraz interesujących spotkań. W tych częściach autor odnosi się do swoich autorytetów, dużo o nich opowiada, wielokrotnie nawet cytując, jakby chciał udowodnić znaczenie tych osób i ich ogromną wartość. Jakby nie chciał by byli zapomniani. Część z nich to wielcy naukowcy, literaci, filozofowie, część zwykli ludzie. Przyjaciele, znajomi lub całkiem przypadkowi ludzie, którzy odcisnęli piętno na jego osobie i zapadli mu w pamięć. Bardzo podobała mi się humorystyczna historyjka o hodowli mątw młodego Sacksa, czyli zgodnie z informacją z Wikipedii „drapieżnych głowonogów dziesięcioramiennych” brrrr. Ujął mnie stosunek autora do pływania, do pasji przekazywanej z ojca na synów oraz opowiastka o święcie śledzia.

Trzecia część zawiera opisy, czasem z przymrużeniem oka, ciekawych przypadków klinicznych. I tu głębokie ukłony w stronę autora, to wielka sztuka pisać o poważnych schorzeniach w tak prosty, interesujący i czasem dowcipny sposób. Ta metoda uczłowiecza chorobę, powoduje, że rozumiemy pewne zachowania i obserwujemy chorych w ich bardziej lub mniej naturalnym środowisku. Obserwujemy również jak lekarze i pozostały personel medyczny próbuje im pomóc posuwając się czasem do kłamstwa i manipulacji, by tylko pacjent poczuł się dobrze w środowisku, w którym przyszło mu przebywać. Mój ulubieniec to chory, który zapadając na chorobę neurologiczną i przebywając w całodobowej placówce opiekuńczej do końca życia myślał, że jest nadal woźnym, jak to było zanim zachorował. Przechadzał się więc od rana do wieczora z pękiem kluczy i dbał o porządek. I to zdaniem autora wydłużyło mu życie o kilka lat. Sacks w tej części przemyca interesujące ciekawostki ze świata medycyny, jak na przykład opis operacji wycięcia guza mózgu sprzed stu lat tylko w miejscowym znieczuleniu czy światowa epidemia śpiączkowego zapalenia mózgu w latach 1917-1927. Kompletnie nie miałam pojęcia, że była. Mój ulubiony fragment to opis podróży po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu osób chorych na zespół Tourette’a i to w towarzystwie chorego na ten zespół. Niezwykła odwaga przemierzać, jak sam pisze Amerykę „(…) wielkich przestrzeni, gór i wąwozów.” I na terenie tej Ameryki „(…) tak młodej, niewinnej, dobrodusznej i przyjaźnie otwartej wobec każdego, mającej więc cechy, które Europa dawno już utraciła…”- pamiętajcie, że to Ameryka lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku!!!-  szukać chorych i rozmawiać o tym, jak schorzenie przeszkadza im w codziennym życiu. Mimo, że czytając przypadki kliniczne dowiedziałam się wielu ciekawych informacji, ta część podobała mi się najmniej. Po prostu, jako nie-medykowi, trudno było mi przebrnąć przez sformułowania znane i lubiane tylko przez lekarzy.

Jeśli lubicie niespieszne, inteligentnie napisane historie to ta pozycja jest zdecydowanie dla Was. Argumentem przemawiającym za przeczytaniem tego zbioru esejów jest to, że przecież nieinteresujące nas fragmenty możemy pominąć nic nie tracąc z fabuły, bo każda opowieść to odrębna historia.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z  Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Zupełnie normalna rodzina” M.T. Edvardsson

ZUPEŁNIE NORMALNA RODZINA

  • Autor:M.T. EDVARDSSON
  • Wydawnictwo:ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron:496
  • Data premiery:15.04.2019r.

Skandynawowie zawsze się sprawdzali w mocnych thrillerach, gdzie kluczową rolę odgrywa człowiek. Ponad dwa lata temu premierę miała głośna książka „Zupełnie normalna rodzina” autorstwa @mattiasedvardssonforfattare. Szwedzki bestseller, który sprzedał się w ponad pół miliona egzemplarzy na całym świecie. Dzięki nakładowi Wydawnictwa Znak Literanova miałam możliwość zapoznać się z nim. Widać temat rodziny jeszcze nie został przez autora wyczerpany. 30 czerwca światową premierę będzie miała kolejna książka Mattiasa Edvardssona również z rodziną w tytule. Oryginalny tytuł brzmi „En familje tragedi”. Ze szwedzkiego roboczo można przetłumaczyć „Tragedia rodzinna”. To faktycznie była ostatnia prosta dla  „Zupełnie normalnej rodziny” z mojej biblioteczki. Sam autor był dla mnie ogromną niespodzianką. O ile topowych skandynawskich autorów czytałam nałogowo, o tyle z wytworem pracy M.T. Edvardssona miałam do czynienia po raz pierwszy.

Gdy ktoś mówi z przekonaniem, że coś wie, myślę, że powinien położyć uszy po sobie. Życie to jedna wielka nauka”.

„Zupełnie normalna rodzina” M.T. Edvardsson

Sama konstrukcja książki okazała się już pozytywną niespodzianką. Trzech głównych bohaterów: matka, ojciec i córka. Trzech narratorów. Wszystkie narracje pierwszoosobowe. Trzy różne perspektywy, każda prawdziwa, każda własna i każda subiektywna.

A wszystko dzieje się w typowej rodzinie.

No może nie całkiem typowej. Ojciec, Adam Sandell pastor w kościele Szwecji. Zafascynowany włoskim jedzeniem, włoską kulturą, włoskim klimatem i włoskimi wakacjami. Katujący rodzinę lazzaniami, bruschettami, spaghetti i obowiązkowym winem przy każdym posiłku. Życie rodzinne skupione wokół stołu, gdzie posiłki zamieniają się w powolne degustacje. W kultywowanie idei slow foodu. Kto ma ojca pastora? Raczej niewielu z nas. I to pierwszy dowód, że rodzina nie jest typowa.

Matka, Urlika Sandell inteligentna kobieta sukcesu, prawniczka. Lubiąca stawiać na swoim. Umiejscowiona na drugim planie w wychowywaniu córki. Budująca z nią relacje jakby zza szyby. Zgadzająca się, by to ojciec grał pierwsze skrzypce w tym ich trzyosobowym świecie. Kto ma robiącą karierę matkę prawniczkę? Zapewne niewielu z nas. I to drugi dowód, że rodzina nie jest typowa.

Córka, Stella Sandell. Jedynaczka, ukochana córeczka tatusia. Zawsze dostająca to czego chce. Osiągająca sukcesy w piłce ręcznej, potrafiąca zbudować dojrzałe przyjacielskie relacje. Inteligentna i bardzo mądra. Mająca problemy z narkotykami, uprawiająca seks na obozie religijnym, cierpiąca na niekontrolowane wybuchy gniewu i ogromną potrzebę dominacji, układania rzeczywistości wokół w sposób tylko dla siebie akceptowalny. Córka oskarżona o zabójstwo. Zabójstwo swojego chłopaka. Kto z nas zna dziewiętnastoletnią dziewczynę oskarżoną o zabójstwo?  Prawie nikt z nas. I to trzeci dowód, że rodzina nie jest typowa.

Co znaczy normalna rodzina?

Normalność, typowość każdej rodziny jest jak jednorożec. Wszyscy o nim mówią, a nikt nigdy go nie spotkał. Nie ma takich rodzin. Sam wydawca na obwolucie napisał „Idealna rodzina jest największym kłamstwem” i ja zgadzam się z tą opinią. Nie ma idealnych rodzin z prostego powodu, gdyż nie ma idealnych ludzi. Sam Adam uważający się za dobrego człowieka zarówno przez córkę, jak i żonę postrzegany jest inaczej. Stella widzi w Adamie zaborczego ojca, próbującego zawładnąć jej światem. Żona widzi w Adamie konkurenta. Konkurenta o relacje z córką, o więź, której ona nie potrafi stworzyć. Stella została przedstawiona przez Edvardssona z jednej strony jako wytwór fantazji jej rodziców, szczególnie ojca, z drugiej jako samorodny, buntujący się młody człowiek. Człowiek podejmujący czasem błędne decyzje. Decyzje, które mogą kosztować ją kilkanaście lat w więzieniu. Jej milczenie w trakcie trwającego śledztwa o morderstwo Christophera Olsena, syna Margarethy – wielkiego autorytetu z prawa karnego w świecie prawniczym, było znamienne. Z początku myślałam, że to przekora, próba udowodnienia wszystkim, a szczególnie rodzicom, do czego jest w stanie się posunąć. Później zrozumiałam, że to strategia, strategia by jednak wygrać.

Najbardziej dopieszczona w mojej opinii była perspektywa Adama. Adam relacjonował bieżące wydarzenia, po aresztowaniu jego ukochanej córki bardzo głęboko szukając przyczyny, szukając powodu dla tego, co się stało, szukając samodzielnie odpowiedzi. Czytelnik poznał więc jego pogląd na wczesne rodzicielstwo, głębię relacji z żoną i  parafianami, którymi się opiekuje, dobre i złe wspomnienia z przeszłości, decyzje, które musiał podejmować, by zapewnić bezpieczeństwo Stelli, by udowodnić jej, jak wiele dla niego znaczy. Perspektywa Stelli to bardzo dosadna relacja z jej wyborów, decyzji, działań i poczynań. Poznajemy Stellę taką, jaką ona siebie widzi. Całkiem inną, niż widzą ją rodzice, niż widzi ją najbliższa przyjaciółka, niż widzą ją inni. Z jednej strony bunt, z drugiej całkowite poddanie się sytuacji, w której się znalazła. Stella weryfikuje swoje spojrzenie na życie. Bardzo szybko dojrzewa zamknięta w więzieniu. Najmniej dopracowana jest perspektywa Urliki, matki. Jakby Urlika nie miała nic do powiedzenia. Nie miała wspomnień, nie miała przemyśleń, nie miała emocji i uczuć kotłujących się w niej na nowo. O Urlice dowiedziałam się tylko tyle, że nie z taką samą radością oddała się wczesnemu rodzicielstwu jak Adam. Tylko tyle. Jakby rodzicielstwo definiowało człowieka. Zabrakło mi tej Urliki. Te istotne rozbieżności w trzech perspektywach potwierdzają, że autor bardziej swobodnie czuje się w perspektywie mężczyzny. Ten punkt widzenia bardzo dogłębnie zobrazował co się działo i dlaczego się dział w tej zupełnej normalnej rodzinie.

Żałuję tylko, że autor nie wykorzystał w pełni postaci matki ofiary Margarethy. Jako wybitny karnista, autorytet prawniczy, jej postać była kluczowa dla wątku kryminalnego. Całkowicie pominięta w rozgrywce sądowej. Niewykorzystany potencjał, który mógłby nieźle namieszać. To samo z postacią Lindy. Nie ukrywam, kompletnie mnie nie przekonała. Jej działanie chaotyczne, powtarzające się, nic nie wnoszące do głównej fabuły.  

Wątek kryminalny, kto, dlaczego i po co zabił Christophera nie był najważniejszy. Najważniejsza była rodzina, dla której traumatyczne wydarzenie związane z aresztowaniem córki, stało się mekką do odkrywania wzajemnych relacji, ukrytych prawd, dopowiadania półprawd i podjęcia wspólnej walki.  Walki o Stellę. A to wszystko w trzech perspektywach. Trzech perspektywach jednego wydarzenia. Jakże różnych perspektywach.  Edvardsson udowodnił po raz kolejny, to o czym sami wielokrotnie się przekonaliśmy, że to samo zdarzenia przez różnych jego uczestników jest oceniane w kompletnie różny sposób. Każdy inaczej je zapamiętuje, każdy inaczej je wspomina. W odnoszeniu się do przeszłości często dochodzi wzajemne obwinianie się, przesuwanie odpowiedzialności na tego drugiego, tego trzeciego. Jakby każdy z nas miał swoją prawdę. Jakbyśmy zapominali, że fakt jest faktem i nawet najlepsze zakłamywanie rzeczywistości tego nie zmieni. Jakbyśmy nie mieli moralnego kompasu.

I to nieprzypadkowe pytanie na ostatnich kartach powieści; „Czy dobrze się z tym czujesz w głębi serca”? to taka „kropka nad i”. Kropka kończąca jedno z najlepszych zdań jakie czytałam.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Noc w Caracas” Karina Saizn-Borgo

NOC W CARACAS

  • Autor:KARINA SAINZ-BORGO
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:224
  • Data premiery:25.05.2021r.

Literatura piękna zawsze sprawdza się jako przerywnik od takich gatunków jak kryminał, political fiction, romans czy thriller psychologiczny, a debiut Kariny Sainz-Borgo wydany przez
@zysk i s-ka wydawnictwo tym bardziej. Długo już nie czytałam tak ambitnej prozy, z tak odwzorowaną trudną, ale jakże intrygującą rzeczywistością. Zapraszam do lektury recenzji „Nocy w Caracas”, w której każde słowo ma znaczenie, a autorka zachwyca dojrzałością. Dojrzałością jakiej nie spodziewałam się po młodej wenezuelskiej dziennikarce.

(…) z czasem zrozumiałam, że był to przejaw wrodzonej choroby, toczącej wenezuelską klasę średnią(…). Efektem końcowym był nasz naród szukający złudnego oparcia w odmęcie własnych sprzeczności, tektonicznej rozpadlinie pejzażu, zawsze gotowego przytłoczyć żyjących tu ludzi.”.

„Noc w Caracas”  Karina Sainz-Borgo

Długo zastanawiałam się, który cytat wybrać. W efekcie połączyłam w jeden, dwa. Moim zdaniem trafnie opisuje rzeczywistość w tym „fantasmagorycznym mieście”. Gdzie szaleje inflacja, mieszkańcy palą ogniska banknotami, panuje wszechobecny głód, a bojówki złożone ze „Zmotoryzowanych Obrońców Ojczyzny” i innych wyznawców Komendanta Prezydenta, jak „nazywali lidera rewolucjonistów” rekwirują, a właściwie kradną co się da, przy okazji zabijając wszystkich sprzeciwiających się reżimowi lub odważnie chroniących swego dobytku, swych mieszkań. W takiej politycznej atmosferze umiera matka Adelaidy Falcón. Ona traci mieszkanie przez grupę bojówkowych kobiet pod egidą „Bossówny”, prawie umiera raniona w głowę i zaczyna się zastanawiać jak ma przeżyć, jak ma przetrwać, jak ocaleć.

Rewolucja jest kobietą.

Adelaida Falcón jest kobietą. Adelaida Falcón okazała się rewolucją. Rewolucją dla siebie. Głód, cierpienie, nieustająca czujność i strach przed każdą następującą po sobie minutą, zmusiły Adelaidę do podjęcia walki o swoje jutro, o siebie. Samotność, która stała się jej codziennością przestała trzymać ją w tym mieście, w tym przeklętym mieście. Matka odeszła, a ciotki daleko. Co może robić samotna kobieta w Caracas, które płonie? Modlić się o przetrwanie lub planować ucieczkę. Planować nowe życie.

Autorka zachwyciła mnie niezwykle lirycznym, inteligentnym językiem. Pióro przypomina mi moich ulubionych autorów iberoamerykańskich, jak chociażby Gabriela García Márqueza czy Mario Vargas Llosę. A porównywać język debiutanckiej książki do takich mistrzów, to nie byle co. Nie ukrywam, że jest to styl, który trzeba kochać. Trzeba lubić zatapiać się w tę poezję. Poezję w każdym calu, w każdym opisie, w każdym dialogu. Czasem miałam wrażenie, że w każdym przypisie.

Sama Adelaida jako bohaterka tej opowieści i jednocześnie jej narratorka oczarowała mnie kompletnie. Inteligentna, wykształcona. Kobieta, która do pewnego momentu wiedziała czego chce, czego pragnie. Kobieta z satysfakcją wykonująca swoją pracę. Z oddaniem opiekująca się swoją matką. Kobieta, z jednej strony humanistka, z drugiej kompletnie praktyczna. Kobieta, której wszystko w pewnym momencie zabrano. Jak jej sąsiadom, jak jej przyjaciołom, jak jej ciotkom. Kobieta myśląca, dokonująca jednocześnie rozliczenia ze swoją przeszłością. Dzięki temu poznajemy nawet jej odległe doświadczenia, odległe zdarzenia, które okazały się istotne dla jej życia, które ją ukształtowały. Ta książka to trochę monodram. Monodram jednej aktorki, a tą aktorką jest Adelaida.

Mimo, że zanurzałam się w każdym słowie, książkę przeczytałam jednym tchem. Po prostu musiałam wiedzieć. Wiedzieć czy Adelaida wygra, czy jej się uda. Nie mogłam jej więc odłożyć. Dzięki temu spędziłam cudowny wieczór. Wieczór udany. Wieczór niezapomniany. Wieczór z bohaterami niebanalnymi i niebanalną historią. Historią, o której czytałam po raz pierwszy. O rewolucji jednego życia. Rewolucji, która okazała się kobietą.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka

.

„Pamiętaj o mnie” Megan Miranda

PAMIĘTAJ O MNIE

  • Autor:MEGAN MIRANDA
  • Wydawnictwo:CHILLI BOOKS
  • Liczba stron:400
  • Data premiery: 02.06.2021r.

Po spędzonym aktywnie weekendzie znalazłam trochę czasu na przeczytanie kolejnej premiery z 2 czerwca. Tym razem była to premiera od Wydawnictwa Chilli Books „Pamiętaj o mnie” @AuthorMeganMiranda. Nie czytałam wcześniejszych powieści autorki, jej bestsellerowych „Miasteczko kłamców” oraz „Co o mnie wiesz”. Pokusiłam się o przeczytanie fragmentu książki „Dziewczynka z Widow Hills” umieszczonego na końcu „Pamiętaj o mnie”. Nie powiem, zapowiada się nieźle. Z notki biograficznej dowiedziałam się, że jest to Amerykanka mieszkająca w Karolinie Północnej. Oprócz pisania jest żoną i matką dwójki dzieci.

A może właśnie tak trzeba. Zorganizować sobie życie tak, by było jednostajne, ale bezpieczne. Tak żeby wyeliminować zarówno zagrożenia, jak i powody do radości. Wtedy nie ryzykuje się niczym.

„Pamiętaj o mnie” Megan Miranda

Z pozoru. Tak myślała Avery przez wiele lat wiodąc spokojne życie u boku bogatej i wpływowej rodziny Lomanów. Rodziny, która prawie ją adoptowała. Po śmierci tragicznej rodziców w wypadku samochodowym, a następnie babci, dzięki przyjaźni z Sadie Loman, Avery dostała się do zamkniętego, hermetycznego świata. Świata bogaczy. Świata, do której normalnie nie miałaby nigdy dostępu. Jej zadaniem było zarządzanie nieruchomościami Lomanów i piastowanie funkcji przyjaciółki Sadie. Sadie, która „Brała, co chciała, i robiła, co jej się żywnie podobało, tak samo jak reszta rodziny. Parker, Grant, Bianca, Sadie. Mieszkali na wydmach, na resztę świata patrzyli z góry.” Do czasu, gdy ginie Sadie. Całe Littleport zastanawia się, co spowodowało samobójczą śmierć dziedziczki fortuny. Najbardziej zastanawia się Avery nie wierząc w jej karkołomne samobójstwo. Przecież Sadie żegnała się z nią jakby zaraz miała wrócić. Miała…

 

Nadmorskie, duszne miasteczko” – z opisu wydawcy.

W takim klimacie osadzona jest akcja powieści, która toczy się od lata 2017 do lata 2019. Części, które autorka zatytułowała konkretną datą, dodatkowo rozdzielone zostały kolejno ponumerowanymi rozdziałami. Narracja prowadzona jest z perspektywy Avery. Avery sieroty. Avery sprawiającej problemy. Avery buntującej się. Avery odratowanej przez Sadie. Avery uzależnionej od Sadie. Avery z pozoru samodzielnej pracownicy Lomanów. Avery szukającej odpowiedzi. Avery nie zaznającej spokoju po śmierci przyjaciółki. Perspektywa pierwszoosobowa sprawdza się w tym gatunku, w thrillerze psychologicznym. Chociaż przyznaję, nie spodziewajcie się zbyt dużego napięcia i wielu niespodzianek. To nie jest typowa książka tego gatunku.

Akcja toczy się bardzo powoli. Można powiedzieć momentami, „jak żółw ociężale”. Styl autorki lekki.  Przyjemnie skonstruowane dialogi. Ciekawe spostrzeżenia. Do tego wiernie oddana atmosfera nadmorskiej miejscowości. Do gustu przypadł mi Connor Harlow, były przyjaciel Avery. Mimo, że ich drogi rozeszły się jakiś czas temu Avery w kluczowych momentach mogła na niego liczyć. Dobrze również został odwzorowany Parker Loman, junior rodu. Zdolny, ale leniwy, chciałoby się rzec. Wszystko mu wolno, żadnych konsekwencji nie musi ponosić.  Bawiący się uczuciami innych, żerujący na ich emocjach, krzywdzący dla zabawy. Jakbyście chcieli wyobrazić sobie typowego dziedzica to Parker Loman idealnie się do tego nadaje.

Zawiodła mnie jednak główna bohaterka. Pomysł na Avery bardzo udany. Sierota, wychowywana przez babcię dostająca szansę na inne życie. Życie innych. Życie jakiego zwykle pragniemy dla naszych dzieci. Nie marnująca tej szansy. Rozumiałam jej uczucia po stracie przyjaciółki. Bez względu na motywacje, Sadie była dla niej jedyną rodziną. Jej spostrzeżenia, myśli, domysły i poszukiwania stworzyły obraz Avery bardzo inteligentnej, nie znoszącej sprzeciwu, potrafiącej się postawić. W wielu momentach przyjmowała jednak zbyt konformistyczną postawę, nie przystającej do jej doświadczeń życiowych oraz charakteru. Możliwe, że chciała jak najdłużej pławić się w życiu Lomanów, pławić w ich luksusie. Aż sama zrozumiała, że już dłużej nie może. Nie może już udawać, że nic się nie zdarzyło.

Tajemnica była, potwierdzam. Nie spowodowała jednak palpitacji serca. Możliwe, że tempo fabuły rozmyło emocje, które zwykle przy doszukiwaniu się prawdy odczuwam. Przyznajcie jednak sami, nie każda książka musi przyprawiać nas, czytelników o zawał serca. Czasem należy poczytać inteligentnie napisaną powieść. Powieść o ludzkich postawach. Postawach, które nie zawsze nam się podobają, ale które akceptujemy. Czasem całe życie. Czasem, na szczęście tylko do czasu. Szukacie przyjemnej, dającej do myślenia lektury? Jeśli tak, sięgnijcie po tę pozycję. Polecam.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Chilli Books.



„Śmierć Pani Westaway” Ruth Ware

ŚMIERĆ PANI WESTAWAY

  • Autor:RUTH WARE
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:480
  • Data premiery:02.06.2021r.

Czytaliście poprzednią książkę autorki? Jeśli nie, a chcecie się dowiedzieć czy przypadła mi do gustu to zachęcam do przeczytania recenzji Pod kluczem. Książka bardzo mi się podobała.

Opis wydawcy w przypadku „Śmierć pani Westaway”, która premierę miała zaledwie 2 czerwca, zastanawia. Jak czytam „Każda rodzina ma swoje mroczne tajemnice” to zakładam, że będzie to dobra powieść. Powieść głęboka, powieść druzgocąca. Często wydania od Wydawnictwa Czwarta Strona takie są. Spełniają moje wymagania. Oj spełniają. Sama okładka już wiele obiecuje. Zamknięta, stalowa brama. Ciekawi Was co za nią jest, za tą bramą? Mnie ciekawiło bardzo.

(…) dzieci to tylko kłódki do patriarchalnych kajdanek małżeństwa”.

„Śmierć pani Westaway” Ruth Ware

Tylko, że o dzieci w tej książce chodzi. Dzieci niechciane, niespodziewane, dzieci, które pojawiają się przedwcześnie. Dzieci będące czyimiś wnukami, siostrzeńcami, bratankami. Czyimiś dziećmi. Takim dzieckiem jest Hal. Samotna, dopiero co przekroczyła dwadzieścia lat, sierota. Tęskniąca za matką, którą straciła trzy lata wcześniej. Zarabiająca pieniądze wróżąc z kart, rąk lub z oczu. Pieniądze, których los jej do tej pory skąpił, których zawsze było za mało. Los wydaje się odmieniać gdy dowiaduje się o tym, że została spadkobierczynią Pani Hester Westaway, jej babci. Wyrusza więc do posiadłości w Kornwalii, gdzie dowiaduje się o istnieniu trzech wujków, o których nie miała pojęcia. W jaki sposób zmienią jej życie? Czy uda jej się odnaleźć więź z Ablem, Ezrą i Hardingiem? Czy będzie tylko dla nich zagrożeniem? Kolejnym zagrożeniem.

Tajemnice w staroangielskiej posiadłości

Trochę jak w „Wichrowych wzgórzach” Emily Brontë, które uwielbiam. Ogromna, stara posiadłość. Zimna posiadłość, ze stromymi schodami, emaliowanymi wannami na nóżkach. Strzeliste okna na strychu. Okna zabite kratami. Rodzina z tradycjami. Dzieci wychowywane „twardą ręką”, zamykane w pokoju na strychu z zakratowanymi oknami za każde małe, niewinne przewinienie. Despotyczna matka nie okazująca uczuć. Gospodyni, teraz już ponad osiemdziesięcioletnia, głucha, słaba, kuśtykająca, ale do końca oddana swojej chlebodawczyni. Wierna do końca, do jej śmierci.

To historia o odnajdywaniu siebie. O poznawaniu własnej matki, prawdziwej matki. O penetrowaniu jej przeszłości, o której nic nie wspominała nic nie mówiła. To historia o poszukiwaniu ojca. Ojca, którego się do tej pory nie znało.

To wszystko w dusznym, angielskim klimacie. Deszczowym, wietrznym, zimnym. W angielskim stylu pozostała rodzina milczy, milczy gospodyni, milczy nawet notariusz, mimo, że widać, że chciałby coś powiedzieć. W tym wszystkim próbuje odnaleźć się młoda dziewczyna, samotna dziewczyna.

Styl autorki bardzo dobry, mimo klimatu, który wiernie odwzorowała. Narrator jest trzecioosobowy. Retrospekcje odnoszące czytelnika do 1994 roku pozawalają poznać motywy, zatracić się w ówczesną rzeczywistość. Poznać realne wydarzenia z przeszłości.

Bardzo podobał mi się poboczny wątek homoseksualizmu jednego z synów Hester Westaway. Jej braku tolerancji, wręcz jawnej nienawiści. Lata dziewięćdziesiąte nie w każdej rodzinie przyniosły odwilż. Nie w każdej przyniosły tolerancję. Na pewno nie w tak starej rodzinie z tradycjami.

Nie spinały mi się tylko te niespodziewanie odnalezione dzienniki. Wydawały mi się ogromnym uproszczeniem. Dzienniki, w których wiele stron wyrwano, zatarto. Dzienniki, w których opisano historię Maggie i historię Maud. Dzienniki schowane w ogromnym, starym domu. Przez wiele stron zastanawiałam się, że gdyby mieszkańcy posiadłości rzeczywiście chcieli ukryć pewne z przeszłości zdarzenia to w pierwszej kolejności zrobiliby wszystko, by żaden ślad nie został.  Mało prawdopodobne, by ktoś z zewnątrz nagle je odnalazł i stał się ich posiadaczami. Tak cenne skarby, jak dzienniki skrywające tajemnice chroni się przede wszystkim.

Rodzinne tajemnice sprawdzają się w każdej prozie. Ostatnio czytałam wiele takich wątków. Ale rodzinne tajemnice w staroangielskim domostwie mają dodatkowy urok i tak naprawdę mroczny klimat. Klimat, w który warto zanurzyć się w trakcie tych parę wolnych, sennych dni. Zachęcam do lektury.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona.



„Biel” Małgorzata Oliwia Sobczak

BIEL

  • Autor:MAŁGORZATA OLIWIA SOBCZAK
  • Wydawnictwo:W.A.B.
  • Seria: KOLORY ZŁA. TOM 3
  • Liczba stron:416
  • Data premiery:19.05.2021r.

Długo czekałam na swoją „Biel” od Wydawnictwa W.A.B. z 19 maja. Nie mogłam się doczekać. Paczka szczęśliwie dotarła, a ja zanurzyłam się w dalsze losy bohaterów z tryptyku „Kolory zła” od @Małgorzata Oliwia Sobczak – autorka. Chcecie przypomnieć sobie jak zrecenzowałam poprzednie dwie części cyklu? Nic trudnego  wystarczy kliknąć Czerwień oraz Czerń. Chcecie dowiedzieć się co myślę o najnowszej części? Nic trudnego  wystarczy przeczytać tą recenzję. Czyż to nie udany przepis na poszukiwanie kolejnej książki do przeczytania?

Dziwne, że ta przeszłość zaczęła wracać. Jakby ktoś odkręcił kurek i stara woda zalała teraźniejszość.”

„Biel” Małgorzata Oliwia Sobczak

Dziwne, że tak kończy się trylogia „Kolory zła” Małgorzaty Oliwii Sobczak. Dziwne, że wydarzenia z 2015 roku rozpoczęły się tak naprawdę w 1988, gdy Polskę zasnuła kurtyna komunizmu. Gdzie policja była jeszcze milicją. Gdzie cinkciarze i prostytutki współpracowali i z mafią, i z m… też na „m”, ale milicją. Dziwne, że to Ewa rozpoczyna i kończy tą kryminalną historię. Spina ją jak klamrą. Ewa, która „Wiedziała o sobie wszystko. I nienawidziła siebie jak nikogo na świecie”.  Ewa, która interesowała się śmiercią swojej koleżanki, Miśki. Śmiercią samobójczą wskutek skoku z okna sopockiej kamienicy. Świadkiem tej tragedii jest Iwona Woch fotografka mająca studio naprzeciwko (pssst, z posłowia dowiedziałam się, że podobna Iwona istnieje naprawdę). 

Sprawą, po swoim szczęśliwym powrocie z Kartuz do Trójmiasta, zajmuje się Leopold Bilski. Prokuratorskie działania wspierają Kita i Pająk oraz aspirant Anna Górska. Górska, którą już nic z Bilskim nie łączy. Odkrywają, że Miśka przed śmiercią była krępowana i duszona. Wszystko zdaje się do siebie pasować. Miśka bowiem była prostytutką. Przy czym nie odnaleziono natarczywego klienta, który wytłumaczyłby ślady na ciele Michaliny. Bilski zaczyna więc kopać głębiej. Odzywają się do niego duchy przeszłości. Odzywa się do niego ojciec, Miłosz Bilski, który zginął siedemnaście lat wcześniej w niejasnych okolicznościach. Odzywa się do niego śledztwo, który wtenczas ojciec Leopolda prowadził. Śledztwo w sprawie prostytutki, Teresy Dulewicz, która zmarła przez „(…) typowe zadławienie. Na szyi otarcia naskórka i sińce.”. Odzywają się do niego duchy znajomych rodziców, współpracowników ojca, milicyjnych oficerów i komunistycznych notabli. Duchy, które albo zamilkły na zawsze, albo świetnie odnalazły się w wolnej Polsce. Co łączy te dwa śledztwa? Czy ofiary, czy modus operandi, czy sprawca?

Raz, dwa, trzy

I koniec trylogii. Koniec nietypowy, niespodziewany. Dużym zaskoczeniem była podróż z bieżącego wątku kryminalnego do czasów rodziców Leopolda. Do czasów jego ojca, też prokuratora. Czasów matki, która wiedziała o zdradach męża. Czasów żony przyjaciela ojca, która również wiedziała o zdradach męża. Czasów, gdy kobiety nosiły swetry, żakiety z poduchami na ramionach, przepasane czarnym, szerokim pasem oraz elastyczne, świecące getry i szpilki kaczuszki. Panowie zaś nosili się w jasnej marynarce stylizując się na Dona Johnsona. Ta podróż w nieznaną przeszłość Bilskiego okazała się dla mnie nawet ważniejsza, niż niezawinione śmierci luksusowych prostytutek. Z napięciem śledziłam kolejne przedstawiane losy współpracowników milicyjnych, prokuratorskich, z którym stykał się młody Leo, których znał osobiście, których w pewnym momencie musiał zacząć podejrzewać. Momentami wszyscy byli podejrzani. Wszyscy, którzy przewinęli się w śledztwie ojca Bilskiego. Na tym polega dobry kryminał, że autor kluczy wątkami, by zmylić czytelnika.

Sprawca z roku 2015, no cóż, był totalnym zaskoczeniem, przyznaję. Nawet w roli czytelnika, jak się okazało, myślę pewnymi schematami i te schematy mnie gubią.

Bardzo dobry okazał się wątek związku pomiędzy rodzicem a dzieckiem. W wielu wymiarach autorka zobrazowała jak ważne są relacje, powiązania. Jak wraca do nas, całkiem niespodziewanie genotyp. Takich par rodzico – dzieci w książce jest wiele. Każda jest inna. Każda czymś innym naznaczona. Każda ma inną historię, traumy i bóle do przepracowania. O każdej czytałam z zaciekawieniem.

Nie jest to jednak moje wymarzone zakończenie trylogii. To raczej rozliczenie. Rozliczenie Bilskiego. Z poprzednich śledztw, z poprzednich decyzji osobistych, z błędów ojca. Zabrakło mi niespodziewanych zwrotów akcji, ciągłego zaskoczenia, że to nie ten i nie ten, i nawet nie ten jest sprawcą, nie jest temu wszystkiemu winny. W wątku sprzed siedemnastu lat od początku podążałam ścieżkami osób z kręgu bliskich znajomych. O ile współczesny wątek kryminalny był dla mnie skrojony na miarę, o tyle czasy Miłosza Bilskiego niekoniecznie. Mimo, że miło było wrócić do czasów gdy pamięta się tamtą modę i sposób umeblowania prawie każdego polskiego M3 czy M4.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu W.A.B.