„Niewinny” Harlan Coben

NIEWINNY

  • Autor:HARLAN COBEN
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 01.01.2006.

Pamiętacie o moim wyzwaniu? Cztery premiery od wydawnictwa Albatros z 14 kwietnia w cztery dni. Dwie premiery już za mną (Terapeutka oraz Strażnik). Teraz kolej na trzecią i to w trzecim dniu. Jest nieźle. Mam szansę. Przed Wami recenzja wznowionego „Niewinnego” od Wydawnictwa Albatros. Książka doczekała się wznowienia z powodu platformy Netflix. Ach ten Netflix. Zwykle jak pojawia się nowy serial na podstawie książki, wydawca przypomina czytelnikom pierwowzór. Serial będzie dostępny od 30 kwietnia. Staram się postępować zgodnie z zasadą: najpierw książka a potem film. Tak będzie i tym razem. Książka przeczytana, teraz spokojnie mogę czekać na premierę serialu, który powstał na jej podstawie. 

Harlana Coben nikomu nie trzeba przedstawiać. Mam nadzieję, że wznowień jego książek będzie więcej. Z notki biograficznej dowiedziałam się, że w 2018 roku Coben podpisał z Netflixem umowę, „(…) dzięki której w ciągu kilku najbliższych lat powstanie aż 14 ekranizacji jego powieści!”. Wszystko przede mną. Coben to autor wielu świetnych książek. Dwie z nich zostały już przeze mnie zrecenzowane: Chłopiec z lasu czy Już mnie nie oszukasz. Czy i ta wznowiona książka sprosta moim oczekiwaniom? Zaraz się dowiecie.

Jeden mały błąd może zmienić wszystko” – z opisu Wydawcy.

Wie o tym bardzo dobrze Matt Hunter, który dziesięć lat wcześniej w trakcie pijackiej bójki zabił Stephena McGratha. Aktualnie wiedzie szczęśliwe życie u boku kobiety, którą kocha – Olivii. Pracuje w kancelarii prawnej jako człowiek od wszystkiego, ma u boku cudowną bratową Marshę oraz kochających go bratanków. Na domiar wszystkiego dowiaduje się, że jego żona niedługo urodzi ich wspólne dziecko. Bańka mydlana pryska, gdy poprzez wideotelefon otrzymuje filmik swej żony w platynowej peruce w pokoju hotelowym z ciemnowłosym mężczyzną. Mężczyzną, który sam wysyła mu swoje zdjęcia uśmiechając się triumfalnie. Czego chce od Matta? Co robi jego żona w podrzędnych motelach i dlaczego trzyma to w tajemnicy? Do tego wszystkiego zostaje zamordowana zakonnica ze szkoły katolickiej – siostra Mary Rose, która dzwoniła do jego bratowej. Czy jej śmierć jest związana z rodziną Matta? Tego wszystkiego musi się dowiedzieć Matt, jak pisze wydawca: „Przeciętny człowiek wplątany w śmiertelnie niebezpieczną intrygę, której nie rozumie”.

Mistrzowski miszmasz

Wytrwałam do końca. Uff. Cały czas zastanawiałam się po co tyle wątków. Mamy i striptizerki, zwykle dziewczyny uciekające z domów zastępczych do Las Vegas, i skorumpowanych policjantów, czy agentów FBI z mocnymi możliwymi zarzutami. Oprócz tego jeden z wątków dotyka rozgrywek mafijnych i dużych pieniędzy z żerowania na nieszczęściu innych osób. Fabuła jest tak momentami zagmatwana, że faktycznie wszyscy wydają się źli, podejrzani.  Dużo morderstw, dużo tajemnic, dużo sekretów. Najbardziej spodobał mi się wątek samego Matta. Jego postać przewija się od początku do końca powieści. Pojawia się w wielu jej momentach mimo, że nie okazał się on jedynym głównym bohaterem. Clue jego postaci okazała się skomplikowana relacja z Sonyą, matką zabitego przez niego w bójce chłopaka. Młodego studenta, którego wspomnienie towarzyszy mu przez ostatnie dziesięć lat. Ciche spotkania, zawsze w tym samym miejscu. W trakcie których nigdy nie pada słowo „przepraszam” i słowo „wybaczam”. Tak jakby i Matt, i Sonya chcieli dotknąć Stephena, chcieli z nim poobcować. Czasem tak jest, że w relacjach z żyjącymi szukamy kontaktu z tymi, którzy już odeszli. Chyba o tym chciał przypomnieć czytelnikom autor.

Początek powieści jest bardzo dobry. Od razu skłania czytelnika do zadania sobie pytania, co się zadzieje z Mattem? Jaki będzie jego koniec? Czy znowu będzie musiał trafić do więzienia? W pewnym momencie nie wiadomo jednak, kto prowadzi śledztwo i dlaczego. Matt korzysta z pomocy prywatnej detektyw, policja zaczyna współpracować na niejasnych zasadach z FBI. Dwa kolejne morderstwa nie przybliżają do rozwikłania zagadki. W pewnym momencie wielowątkowość zaczęła mnie męczyć. Nigdy nie lubiłam za bardzo rozbudowanej fabuły. Urywki zdarzeń wydawały mi się momentami jakby dopisane, tylko by zmylić czytelnika i jeszcze bardziej skomplikować historię. Polubiona przeze mnie postać Matta przestała mieć znaczenie a to nie spodobało mi się wcale☹.

Dla mnie to najsłabsza do tej pory przeczytana książka tego autora. To wcale jednak nie oznacza, by nie sięgnąć po następne. Coben posiada takie umiejętności literackie, że na pewno nie raz mnie jeszcze zachwyci.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Strażnik” Andrew Child, Lee Child

STRAŻNIK

  • Autor:ANDREW CHILD, LEE CHILD
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Seria: JACK REACHER. TOM 25
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 14.04.2021r.

Postanowiłam o małym wyzwaniu dla mnie. Cztery premiery od wydawnictwa Albatros z 14 kwietnia w cztery dni. Wczoraj opublikowałam pierwszą „Terapeutkę” B.A. Paris dziś publikuję drugą. Czy uda mi się zrealizować wyzwanie? Jak myślicie? Dajcie znać. Zostały mi jeszcze dwa dni i dwie książki. Mam szansę.  

Kim jest Andrew Child? To pytanie nie dawało mi spokoju po przeczytaniu zapowiedzi wczorajszej, kolejnej premiery od Wydawnictwa Albatros. Lee Child jest mi bardzo dobrze znany. Przeczytałam chyba z piętnaście książek o Jacku Reacherze. Obejrzałam też ekranizację z Tomem Cruisem. Nie ukrywam aktor wybrany do roli Reachera nie przypadł mi do gustu. Przecież Reacher jest wysoki!!! Więc krótko i na temat: Andrew Child „pisze pod literackim pseudonimem Andrew Grant. Jest współautorem dwudziestego piątego tomu cyklu o Jacku Reacherze autorstwa starszego brata, Lee Childa” (źródło: Notka Andrew Child). I wszystko jasne. Czy to nepotyzm? Czy drugi utalentowany autor kryminałów? Czy zaproszenie do współautorstwa w kolejnej części w znanej i lubianej serii brata okazało się sukcesem, czy porażką?

Słów kilka o fabule

Jack Reacher – metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, rozczochrane włosy, sto czternaście kilogramów wagi, szeroka pierś, „szczeciniasty zarost” i pajęczyna „blizn wokół kłykci olbrzymich rak”. Były śledczy żandarmerii wojskowej. Nieznajomy. Podróżujący od miasta do miasta z pozoru bez celu. Wchodząc do autokaru nie wybiera celu podróży, wybiera autokar, który przenosi go w inne miejsce. Od miasta do miasta. Nierzadko wchodzi do pokoju kładąc dłoń na klamkę, naciskając ją i jednocześnie uderzając ramieniem w drzwi. Efekt jest zwykle taki sam, ustępują „(…) łatwo, w fontannie kawałków rozłupanego drewna”.

Tym razem Reacher, ze względu na swoją wrodzoną życzliwość względem obcych, wikła się w zamach ransomware’owy w jednym z amerykańskich miasteczek. Skutki tego zamachu Reacher zauważa od razu po przyjeździe. Nic nie działa. Komputery na komisariacie policji, sygnalizacja świetlna itd. Mieszkańcy miasta oskarżają o taki stan Rusty’iego Rutherforda – managera działu IT urzędu miasta, któremu nie udało się ochronić sieci przed atakiem. Skonstruowany przez niego i jego przyjaciółkę Sands – byłą agentkę FBI od cyberprzestrzeni – program nie zadziałał. Rusty twierdzi, że nic nie wie, niczego nie odkrył, nie posiada żadnych tajnych informacji. To dlaczego różne grupy starają się go porwać? Dlaczego wokół niego toczy się gra? Komu mieszkańcy miasta donoszą o jego krokach, miejscu pobycie i planach? Tego próbuje dowiedzieć się Jack.

Jack Reacher – ten sam, a jednak inny

Seria o Jacku Reacherze jest charakterystyczna. Każdą część można czytać oddzielnie nie znając losów z poprzedniej. Child (pytanie tyko który) za każdym razem w fabułę wplata krótką informację o głównym bohaterze. Jego opis, skąd jest i co się z nim działo zanim rozpoczął samotną podróż po Stanach Zjednoczonych. Uwielbiam go, jako bohatera. Chociaż, gdybym go spotkała… Jeszcze w ciemnym zaułku… Trudno w tej posturze odnaleźć sprawiedliwego, któremu nie w smak krzywda innych ludzi, nawet obcych. Ogromnym plusem książki są szczegółowe opisy zdarzeń przed, w trakcie i po bójce. Reacher skanuje wokół całą rzeczywistość, miejsce, osoby, odległości, czasem mam wrażenie, że i pogodę. Wszystko co nam z pozoru wydaje się nieistotne dla rozgrywek Reachera jest ważne. Następnie analizuje co powinien zrobić przeciwnik, by mieć szansę wyjścia ze spotkania z nim obronną ręką. Na szczęście dla Reachera zwykle rywal wybiera inne rozwiązanie.

Gdybym miała opisać Reachera to napisałabym, że to dobry, prostolinijny i dowcipny człowiek. W tej części tego humoru ze strony Reachera jest jakby więcej. Riposty bardziej celne. Możliwe, że to zasługa współautora. Sposób rozwiązywania problemów również nie jest standardowy. Reacher został bardziej zhumanizowany, ukulturalniony. Ma więcej czaru w sobie.

Fabuła nie była zaskoczeniem. To przecież Reacher! Jednocześnie sędzia i kat, który wyręcza policję współpracując z innymi, którym można zaufać. Przy czym, rozwiązanie nie zawsze jest takie oczywiste jak się wydaje.

Ten kto lubi sensacyjne filmy, polubi tą pozycję i jego głównego bohatera. Jest to naprawdę dobra książka, szczególnie dla fanów Jacka Reachera. Tego samego, a jednak innego.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros

.

Recenzja premierowa – „Terapeutka” B.A. Paris

TERAPEUTKA

  • Autor: B.A. PARIS
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:14.04.2021r.

Przy okazji recenzji „Dylematu” (klik: Dylemat) napisałam: „Książki B.A. Paris to gwarancja dobrego thrillera”. Ja już jestem po lekturze najnowszej premiery z dziś, 14 kwietnia.  Nie dotarł do mnie nawet egzemplarz recenzencki, ale to nie przeszkodziło mi zapoznać się z lekturą. Nie wiem, czy dobrze. Podobno „nadgorliwość gorsza od faszyzmu”. Czy ta nadgorliwość się opłaciła? Przeczytajcie sami.

 Tajemnice zamkniętego osiedla

Alice i Leo wprowadzają się do wymarzonego wspólnego domu na zamkniętym osiedlu Circle. Osiedle składa się z dwunastu białych domów. Dom Alice i Leo jest wyjątkowy. Nie tylko z powodu tego, że znajduje się w samym środku półkręgu (na dwanaście domów ma numer sześć), ale przede wszystkim dlatego, że zadziała się w nim tragiczna zbrodnia. Zamordowano jego poprzednią właścicielkę Ninę Maxwell. O zbrodnię oskarżono jej męża Olivera, który popełnił samobójstwo. Leo o zbrodni w chwili kupowania domu wiedział. Alice dowiedziała się później. Przypadek? Nie sądzę. Kolejne sekrety wychodzą na jaw. Leo nie jest tym za kogo się podaje, a sąsiedzi ukrywają niejeden sekret. Ile tych sekretów da radę znieść Alice? Ile odpowiedzi uzyskać na zadawane przez siebie pytania? Tego musicie dowiedzieć się sami.

Ciekawe wątki

W książce jest wiele ciekawych wątków. Sam tytuł jest intrygujący. Na terapię patrzymy z perspektywy relacji w rozdziałach zatytułowanych „Przeszłość”. Losy mieszkańców Circle śledzimy w teraźniejszości w kolejno ponumerowanych rozdziałach. A wszystko to w narracji pierwszoosobowej. Bardzo podobał mi się motyw niespodziewanego nieznajomego na parapetówce Alice. Przyszedł, został wpuszczony. Alice myślała, że to jeden z sąsiadów – Tim. Nikt go nie widział, nikt z obecnych z nim nie rozmawiał. Ostatecznie okazał się kimś innym, kimś kogo interesuje zbrodnia, która zdarzyła się w domu Alice. Wyobrażacie sobie mieć na własnej imprezie obcego? Który przyszedł, został przez Was przywitany i ugoszczony jak oczekiwany sąsiad, którym w efekcie nim nie był…brrrr. Bardzo dobrze czytało się o wspólnym wątku Alice i Niny. I jedna i druga budziły się w nocy z uczuciem, że ktoś jest w sypialni. I jedna i druga miały długie blond włosy.

Nie do końca kupiłam jednak całą historię. Postaci wydają mi się płaskie, bez polotu, bez charakteru. Sama Alice niemrawa. Kocha nie kocha, ufa nie ufa, cierpi nie cierpi. Pojawia się w książce motyw hermetycznego środowiska i niechęci jednej z sąsiadek. W mojej ocenie wątek ten jednak został opisany pobieżnie, niewystarczająco.

To typowa kolejna powieść B.A. Paris. Jej styl, historie, bohaterowie, nastroje, paranoje i tajemnice. Fabuła zagmatwana, z wieloma wątkami. Autorka rzuca czytelnikowi ochłapy zdarzeń, by w naszych głowach pojawił się inny scenariusz. Scenariusz nieprawdziwy. Udaje się jej to. Dlatego zakończenie nie jest takie oczywiste. Końcówka jest bardzo emocjonująca. I to jest największa zaleta tej książki.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

 

„Wyspa Zero” Jarosław Sokół

WYSPA ZERO

  • Autor:JAROSŁAW SOKÓŁ
  • Seria: ADAM KOSTRZEWA. TOM 1
  • Wydawnictwo:DOLNOŚLĄSKIE
  • Liczba stron:400
  • Data premiery:15.07.2020r.

Starając się nie robić zaległości w bieżących publikacjach, jednocześnie nadrabiam w recenzjach z okresu, w którym nie miałam do tego siły .Kompletnie nie wiedziałam, czego spodziewać się po @Jarosław Sokół, autorze serialu telewizyjnego „Czas honoru”. Serialu, który bardzo lubiłam oglądać. Z jednej strony ciekawi mnie rzeczywistość z czasów drugiej wojny światowej, z drugiej niezwykle przeraża. Jakiekolwiek nie towarzyszą mi przy czytaniu uczucia nigdy nie żałuję, że sięgnęłam po książkę z tą tematyką czy w wątku głównym, czy pobocznym. Tym bardziej, że opowiedziana historia może być obficie okraszona rzeczywistością powojenną. Przeczytajcie sami, jak było tym razem. Przed Wami „Wyspa zero” pierwszy tom serii o Adamie Kostrzewie.

Tak właśnie wygląda nasza cywilizacja. W środku pusta, a na zewnątrz pokryta cieniutką warstewką kultury i zasad moralnych. Przy pierwszej okazji zasady moralne odpryskują jak emalia od garnka.”

„Wyspa zero”  Jarosław Sokół

Podzielona dusza, podzielone ciało. Okupacja będzie trwać” – Lustro „Krótka piosenka o wojnie”

Wydawałoby się, że od wojny nie ma nic gorszego. W zawiłej historii naszego kraju istnieją dowody, że czasy powojenne wcale nie były lepsze. Inne były ofiary, inni byli kaci. Było słychać te same języki; głównie polski, niemiecki i rosyjski. Nierzadko było widać te same twarze. Czasem inaczej się nazywały. Inne były nazwiska. Fabuła rozpoczyna się w maju 1945. Do poniemieckiego Świnoujścia na wyspie Uznam przybywają Waszyngton, Poezja, Lońka, Adam Kostrzewa – przedwojenny policjant, Wasilewski – profesor antropologii i sierżant Kwasigroch. Na zlecenie Urzędu Bezpieczeństwa w Pile mają przygotować miasto do przejęcia władzy przez polską administrację. Miasto, w którym rządzi żelazną ręką sowiecki komendant Osipowicz. Miasto, w którym panuje głód, chaos i strach podsycany zbrodniami uzbrojonych szabrowników. Krótko po przyjeździe odnalezione zostaje ciało tymczasowego burmistrza, Niemca, byłego pastora Friedke. Morderca zostawia wiadomość w postaci odciętych palców. To samo dotyka dwóch kolejnych ofiar, Szulca oraz „żony wojennej” komendanta Osipowicza – Swiety. Krótkie śledztwo Kostrzewy ujawnia, że sprawca morduje byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Wkrótce ginie Spitsgau niemiecki lekarz, aktualnie współpracujący z Osipowiczem. Kto morduje ocalonych więźniów Auschwitz-Birkenau, czy Dachau? Jakie przesłanie niesie za sobą wiadomość w postaci uciętych palców? Z kogo tak naprawdę składa się grupa operacyjna ludowych milicjantów przybywająca do Świnoujścia? Jaką historię skrywają bohaterowie tej powieści?

Po której stronie barykady jestem ja” – Lustro „Krótka piosenka o wojnie”

Po której stronie barykady tak naprawdę są bohaterowie powieści Jarosława Sokoła? Na to pytanie momentami nie potrafiłam sobie sama odpowiedzieć. Autor z wybitną wnikliwością i talentem przedstawił trudy życia w powojennej Polsce. W Polsce, w której nic nie było oczywiste. W Polsce, gdzie nie było wiadome, czy miasto będzie polskie, niemieckie, czy może rosyjskie. W Polsce, gdzie ofiary mogły stać się w jednym momencie katami. Bohaterowie są złożeni. Sam Adam Kostrzewa to przedwojenny aspirant policji. Z jednej strony autor uwypuklił jego wybitny śledczy talent, mimo braku technologicznych narzędzi, o których zwykle czytamy w kryminałach osadzonych w teraźniejszości. Z drugiej opisał jego traumę wojenną. Traumę nieszczęśliwej miłości i ogromnej tęsknoty za Mirą. To właśnie Mira pozwoliła mu przetrwać najtrudniejsze momenty w czasie wojny. To pamięć i wspomnienie o niej przywiodło go aż do Świnoujścia. Bardzo spodobał mi się zabieg autora wewnętrznej rozmowy Kostrzewy ze swoim przedwojennym szefem, nadkomisarzem Strzelczykiem. Dialog dotyka ważnych wątków w śledztwie. Wydaje się, że wspomnienie o Strzelczyku i jego metodach śledczych prowadzi Kostrzewę od jednego wątku do drugiego, by ostatecznie w finale wszystko się ułożyło w jedną całość. Często jednak Kostrzewa ze swoim byłym szefem się nie zgadza, drażni się z nim i kwestionuje jego sugestie.

Ogromną wartością dodaną tej pozycji są pokazane powiązania pomiędzy Rosjanami rządzącymi miastem, byłym niemieckim dowództwem i polskimi osadnikami. Wszyscy oni znajdują się jakby w jednym tyglu, tyglu odbudowującego się świata, tyglu historii. To tu spotyka się szef niemieckiej policji pomocniczej Knopf ze swoimi ofiarami wojennymi. To tu lekarz obozowy świadczy usługi medyczne i z pozoru efektywnie współpracuje ze swoimi dawnymi więźniami. To tu obozowa prostytutka wiedzie szczęśliwe życie u boku zakochanego w niej, wpływowego człowieka. To tu tak naprawdę nie wiadomo, kto jest czyim wrogiem i z kim warto trzymać. Bez wątpienia jeden drugiemu wilkiem, jeden drugiego okrada i to wszystko z „wędrówką ludów” w tle. Niemcy próbują przedostać się w głąb swego kraju, a polscy osadnicy przybywają.

Wątek kryminalny miesza się z retrospekcjami z czasów wojny. Czytelnik bez problemu wie, dlaczego takie czy inne wspomnienie zostało przez autora przywołane. Mimo, że książka dotyka wielu trudnych kwestii, żaden wątek nie jest zbędny, nie jest przypadkowy. Dlatego książka nie męczy. Książka uczy, rozwija, pozwala spojrzeć na nasze wyobrażenia w inny sposób, dotknąć czasów i wydarzeń, o których nie mieliśmy pojęcia. Żaden z postaci nie okazuje się bohaterem bez skazy. Każdy ma jakieś traumy, wspomnienia, niechlubne wydarzenia. Każdy się kiedyś ugiął. Nawet z pozoru bez skazy Kostrzewa dla miłości nie zrezygnował z pracy w okupowanej przez Niemców policji, tak jak zadeklarował swemu szefowi. Może dlatego nie może się od jego wpływu uwolnić… Jak sam autor pisze: „Upiory z przeszłości prześladują wielu ludzi, ale zwykle robią to z umiarem…”.

Styl autora jest lekki a to ogromna sztuka, by w lekkim stylu opisywać tak trudne i mroczne zdarzenia. To bardzo, naprawdę bardzo dobry kryminał retro. Przypomina mi kiedyś recenzowaną „Sprawę Salzmanna” Moniki Kassner (klik:  Sprawa Salzmanna). Tak samo napisaną ze swadą, przedwojennym humorem. Nawet z gruntu zły komendant Osipowicz momentami przywoływał uśmiech na mojej twarzy. Taki humor graniczący z absurdem. Uwielbiam taki styl, gdzie autor bawi się bohaterami. Trochę mrocznymi, trochę barwnymi, a na pewno bardzo wyrazistymi. Takich postaci książka jest pełna. Dodatkowo przeplatające się wątki fabularne, bieżącej rzeczywistości z obozowymi doświadczeniami i przedwojennym życiem powodują, że autor dla mnie stał się dla mnie kolejnym objawieniem. Objawieniem, który muszę śledzić i podążać jego tropem.

ps. 21 lutego br. premierę miał drugi tom serii o aspirancie policji Adamie Kostrzewie „Czerwona zaraza, czarna śmierć”. Książka już na mojej półce. Oczekujcie recenzji niebawem.

Moja ocena: 8/10

 Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu DOLNOŚLĄSKIE.

„Maski pośmiertne” Anna Rozenberg

MASKI POŚMIERTNE

  • Autor:ANNA ROZENBERG
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:10.03.2021r.

Moi dwaj lubiani autorzy kryminałów polecają tą pozycję, która miała premierę 10 marca br.@Marta Matyszczak pisze, że „Lepszego kryminalnego debiutu w 2021 roku nie przeczytacie.” @Robert Małecki (przypominam recenzję rewelacyjnej Zmory), że jest to „Świetna, ekspresyjna narracja, fachowy research i niepowtarzalny klimat brytyjskiego miasteczka …”. Sprawdzicie, czy opinie nie są przesadzone? Jeśli tak, to zapraszam.

Każdy z nas nosi maskę

Chyba zakładamy maski każdego dnia. Zakładamy z różnych powodów, gdy chcemy się komuś przypodobać, gdy nie chcemy nikogo urazić, gdy boimy się konsekwencji. Odgrywamy w życiu pewne role. Jesteśmy pracownikami, rodzicami, kolegami/koleżankami, dziećmi. A prawda jest gdzieś zawsze pośrodku. O jakich maskach myślała @Anna Rozenberg pisząc swą debiutancką powieść? Fabuła toczy się w typowo brytyjskim miasteczku Woking. Rzeczywistość brytyjska została tak świetnie oddana przez autorkę, że oczami wyobraźni widziałam niskie domki z cegły z murowanymi ogrodzeniami i typowo angielskie apartamentowce. Nietypowy jest główny bohater. To inspektor policji David Redfern pół Polak, pół Anglik, a raczej angielski Jamajczyk. O tym, że jego skóra ma inny kolor, niż typowo brytyjski zorientowałam się na 80 stronie. A to już o książce naprawdę dobrze świadczy. Nie dość, że pochodzenie nietypowe, to jeszcze potrafi mówić w języku polskim. Co momentami przysparza mu przyjaciół, a momentami wrogów. Najczęściej umiejętność ta powoduje duże zaskoczenie. To nie jedyny polski motyw. David rozpoczyna śledztwo w sprawie morderstwa, uwaga … dwójki Polaków, Bożeny i Mariusza Sokolińskich. On przyjechał na rozmowę o pracę do McLaren Technology Centre, ona mu towarzysza. Ale czy tylko? Jaki prawdziwy cel wizyty miała Bożena? Dlaczego interesowały ją losy polskich żołnierzy, którzy spoczęli na Brookwood Military Cemetery? Czy znalazła to czego szukała? Śledztwu nie pomaga osobista sytuacja Redferna, od niedawna w Woking. W aktualnym miejscu pracy pojawił się po śmiertelnym postrzeleniu swego byłego partnera Adriana Bones, brata byłej dziewczyny Patricii. Wybitnego i zdolnego śledczego u którego w pewnym momencie zdiagnozowano chorobę psychiczną, która powiodła go do zamachu w katedrze w Guildford. Śmierć Adriana staje pod znakiem zapytania, gdy w Dover wyłowiono ciało nieznanego mężczyzny, u którego znaleziono tabliczkę z nagrody policyjnej na nazwisko Redferna. David nie ma wątpliwości, wyłowione ciało to Adrian. Równolegle do morderstwa Sokolińskich, David próbuje się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się z Adrianem i kim jest osoba, która pozostawia mu takie wiadomości jak: „Odpuść”, „Masz ostatnią szansę” i „Nie zginęło Ci coś?”. David skrupulatnie bada, analizuje, czyta między wierszami, kluczy i sprawdza, czy coś mu nie umknęło. Rozszerza poszukiwania wiedząc, że „(..) śledztwo to nie film sensacyjny. (…) Zwykle to żmudna, mrówcza praca, a najczęściej irytujące czekanie”.

Czy to udany debiut?

Bardzo udany debiut. To oczywiście kwestia gustu. Ja jestem pewna, że jeśli pojawią się dalsze losy Davida Redferna będę je chciała prześledzić. Przede wszystkim głębokie ukłony dla autorki za: Osadzenie w powieści postaci autentycznej. Świadka tamtejszych wydarzeń. Mieszkającego w Woking Pana Pawła Jarząbka, którego historia została wpleciona w fikcję literacką.Prawdziwie poważny research. Zwrócenie uwagi czytelnika na obóz polski w Tweedsmuir i polskie groby w Brookwood. Te dowody trudnych, powojennych losów niezwykle wzbogaciły fabułę kryminalną. To cudownie, że autorka nie pokusiła się i nie stworzyła kolejnego kryminału, gdzie istotą było poszukiwanie mordercy. Cel powieści w tym przypadku tkwi gdzieś indziej, gdzieś głębiej, gdzie nikt o powierzchownym spojrzeniu nigdy nie zajrzy. Polsko – brytyjski misz masz. Niekoniecznie tak oczywisty, nawet jeśli się mieszka tak długo w Woking, jak sama autorka. Postaci dziadka Davida, samego Davida, czy innych Polaków nie są jednoznaczne. Trochę polscy, trochę brytyjscy. Tacy pośrodku. Nawet jeśli, jak Millerowie, czują się w pełni Brytyjczykami pewne okoliczności zmuszają ich na spojrzenie w kierunku Polski. Nagle ta polskość okazuje się ważna. Niezwykle trafne okazały się również spostrzeżenia Marty Sokolińskiej na temat brytyjskiej rzeczywistości. Jest tu trochę o „ekologicznym borderline”, nieocieplanych domach (potwierdzam sama byłam w Londynie i tej wilgoci w hotelu nie zapomnę), braku kultury gotowania itd. Zapewne to własne spostrzeżenia autorki i to mi się podoba. Ogromny szacunek dla starszych osób. Starsze osoby zobrazowane w książce zostały z należytą atencją. To nie staruszkowie, z których się śmiejemy, lub im współczujemy. To inteligentne osoby, z bogatymi przeżyciami, którym wiele mamy do zawdzięczenia i którzy wiele nam mają jeszcze do powiedzenia. To niezwykle bogate wewnętrznie postaci. To głownie Polacy, którzy znaleźli się w Wielkiej Brytanii po wojnie. Niekoniecznie otwartej i witającej ich z otwartymi ramionami. To Polacy często przez Anglików zapomniani. Anglików, za których wielu oddało swe życie. Sami bracia Biernat – Stanisław, Feliks i Lucjan – zostali opowiedziani z dużym zaangażowaniem i oddaniem. O takich ludziach i ich pogmatwanych losach warto zawsze czytać. Niedoskonałych bohaterów. Wielu z nich ma skazy. Sam Redfern cierpi na zmęczenie, stany depresyjne, które są wynikiem choroby immunologicznej. Linda, ambitna policjantka walcząca z własnymi demonami. Wspomniany Adrian Bones. Córka ofiar, przeżywająca żałobę w specyficzny sposób. Takich postaci w powieści jest sporo. Historyczną wartość. Nie zawsze udaje się z sukcesem wpleść historyczny wątek w kryminał. Tym razem Annie Rozenberg się to udało. Nie znudziłam się ani razu wątkami historycznymi, mimo, że momentami opowieści te toczyły się równolegle ze śledztwem. Mam świadomość, że nie każdemu się to podoba. Jako wnuczka walczącego z gen. Andresem we Włoszech polskiego żołnierza ze wzruszeniem czytałam o tym, co zdarzyło się siedemdziesiąt lat temu.  O tym, co ukształtowało powojenną polsko – brytyjską rzeczywistość. Wzruszyłam się czytając o niemym proteście Polaków przeciwko wizycie Chruszczowa i Bulganina w kwietniu 1956r. Ponad 20 tys. Polaków i innych emigrantów w niemym pochodzie podążało za Generałem Władysławem Andersem i Tadeuszem Borem-Komorowskim. „Niemy marsz tysięcy pozbawionych ojczyzny emigrantów politycznych miał przypomnieć politykom Zachodu, że zaakceptowana przez nich „żelazna kurtyna” nie drgnęła.” (źródło: Polityka). Mnie historycy tego nie nauczyli. Ech, nie ten rocznik. Ja o tym dowiedziałam się z „Masek pośmiertnych” i za tą wiedzę chapeau bas.

To jedna z tych książek, które powinniście przeczytać. 

Śledztwo może nie toczy się szybko, ale nie o to tu chodzi. Tu chodzi o człowieka. Człowieka z czasów teraźniejszych, dostosowanego do okoliczności, czasem odbiegającego od schematu. Człowieka z przeszłości, walczącego, honorowego, który nie zapomina. Tu nie chodzi o mordercę. Choć, on też człowiek… Reasumując ani Marta Matyszczak, ani Robert Małecki nie „zrobili mnie w konia”. Tą książkę naprawdę warto przeczytać.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja – „Głos. Wojciech Mann w rozmowie z Katarzyną Kubisiowską

GŁOS. WOJCIECH MANN W ROZMOWIE Z KATARZYNĄ KUBISIOWSKĄ

  • Autor: WOJCIECH MANN
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Liczba stron:320
  • Data premiery: 14.10.2020r.
  • Moja ocena:8/10

Zastanawiałam się, w jaki sposób zaprezentować Wam wywiad „prawie rzeka” z Wojciechem Mannem. Nagle mnie olśniło. Mój ulubiony dziennikarz muzyczny, przez którego swego czasu zakochałam się w Trójce, a teraz nieśmiało podsłuchuję w piątki i niedzielę w radiu Nowy Świat (audycje: „Poranna Manna”, „Manniak po omacku”), powinien mieć wyjątkową oprawę. Wiadomo, wyjątkowa osoba = wyjątkowa oprawa. Oprawa z jednego z dzieł mojego ulubionego polskiego artysty @Daniela Krzanowskiego z KrzanooArt. Jak Wam się podoba Lady Smoothie z Wojciechem Mannem? Ciekawe, czy Panu Wojtkowi spodobałaby się Lady Smoothie? Oto jest pytanie…

Miłe początki

W tym głosie, wstyd się przyznać podkochiwałam się jako młoda nastolatka, wręcz podlotek w programie „5, 10, 15”. Nawet w książce pojawił się motyw, skąd i dlaczego tylko w roli „głosu” Pan Wojtek w tym programie się znalazł.  Głos charakterystyczny, jedyny w swoim rodzaju. Zawsze wyważony, kojący, niespieszny, z bardzo dobrą dykcją. Głos, co ważniejsze z bogatym słownictwem, unikający powtórzeń. Głos w pewnym momencie został ubrany w ciało i wtedy tak naprawdę Pana Wojtka poznałam. Poznałam go jako widz „MDM” – programu satyrycznego z Krzysztofem Materną – oraz mojej ukochanej „Szansy na sukces”. Głosowi byłam jednak bardzo wierna, bo od niego się zaczęło. Podążyłam za głosem do Trójki. Teraz podążam za głosem dalej…

Inteligentna rozmowa z bardzo inteligentnym człowiekiem

Tak określiłabym ten wywiad. Dla mnie wyjątkowy. Z wywiadami tak jest, im wyjątkowy dla nas jest człowiek, z którym się literacko spotykamy w tej formie, tym wyjątkowy okazuje się wywiad. Czułam się, proszę wybaczyć Pani Kasiu, jakbym to ja rozmawiała z Panem Wojtkiem. Momentami łapałam się na tym, że faktycznie takie same pytanie bym zadała, tak samo próbowałabym doprecyzować wypowiedź, tak samo „wyciągnąć” coś z tego człowieka. Bądź co bądź potrafi unikać jednoznacznych odpowiedzi. Książka jednak obfituje w sekreciki, nowości. Kompletnie nie wiedziałam, że Panu Wojtkowi zdarzyło się być autorem piosenek i to z powodzeniem!!! Nie miałam wiedzy, że chciałby wyglądać jak Gregory Peck. Jak sam mówi: „(…) Nie był ani laluś, ani lizus, był po prostu gość”. Kompletną nowością dla mnie były przygody Manna z czasów studenckich. Tu zadrżał w posadach trochę jego obraz, który sobie wykreowałam przez tyle lat. Byłam pewna, że tak światły umysł podążał ścieżkami edukacji wytrwale kończąc przed czasem i to z ogromnym sukcesem.

Nie tylko „Po prostu Mann, Wojciech Mann”

Wbrew obietnicy wydawcy „Głos” nie jest tylko o Mannie. Dla mnie „Głos” jest o innej rzeczywistości. O rzeczywistości lwowskiej, o tym co zostało utracone i już nigdy nieodzyskane. O tym, jak kiedyś wyglądała rzeczywistość. O rzeczywistości powojennej, ruinach Warszawy, w których bawił się mały Wojtek. O rzeczywistości komunistycznej. Okazuje się, że nie dla wszystkich była tak bardzo szara. Udało się czasem i wyjechać za granicę. Zwiedzić w tym okresie obce kraje. Ja czułam się obco w Londynie w roku 2018. Nie mogę sobie wyobrazić jakie to było uczucie być tam u schyłku lat sześćdziesiątych. O przyjaźni, o przyjaciołach. Nie tylko ze znanymi ludźmi, chociaż i tych nie brakuje. O więziach, które wytrwały lata, o więziach, które przetrwały. O ojcostwie, o dzieciach. O tym, że to co już minęło, nigdy nie powróci. Ta nostalgia powraca w wielu miejscach. Sama zaczęłam żałować, zainspirowana wypowiedziami Pana Wojtka, że nie zapytałam moich dziadków o wiele spraw. Niestety, też tego nie jestem w stanie nadrobić. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze tylko napomknę, że to książka o uniwersalnych wartościach. Wartościach chylących się ku upadkowi. Momentami prawie niezauważalnymi w niektórych środowiskach.

Rozmowa z bardzo inteligentnym i wszechstronnym człowiekiem to rzadkość. Prawdziwie rzadkość. Chcecie z kimś takim porozmawiać? To tak książka jest dla Was.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZNAK.

Recenzja przedpremierowa – „Mala M” Paulina Świst, Lilka Płonka

MALA M

  • Autor: Paulina Świst, Lilka Płonka
  • Wydawnictwo:AKURAT
  • Liczba stron:319
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena:6/10

Szczególnie po emocjonującym thrillerze psychologicznym lub niepowierzchownym kryminale lubię wracać do sprawdzonych książek, które są dla mnie gwarancją udanej rozrywki. Do takich zaliczam książki Pauliny Świst, której premiera również w najbliższą środę, a więc 14 kwietnia.

 Paulinę Świst, a raczej autorkę, która ukrywa się pod tym pseudonimem znam z jej wszystkich książek (przypomnę chociażby recenzję: Komisarz). Lilkę Płonkę kojarzę tylko z jej adwokackich zdolności, które były składową fabuły w książkach Świst. Skąd nagle się wzięła na okładce tej książki? A to już sekret wydawcy. Czy udał się ten zabieg? Ile Pauliny Świst będzie w najnowszej Paulinie Świst? Czy styl trochę złagodnieje, a fabuła nabierze głębi? Ja już odpowiedzi na te pytania znam, a Wy?

100% Pauliny Świst

Nie było zaskoczenia. Fabuła typowo paulinoświstowa. Atrakcyjna kobieta – Malwina – inteligentna, rządna wrażeń, samodzielna poznaje w pewnym momencie samca alfę, a nawet dwóch. Przystojnych, inteligentnych, silnych, dowcipnych, kiedy trzeba i co najważniejsze, bogów seksu, chociaż autorka potwierdziła ten fakt tylko w przypadku jednego z niech. Doznania z nowopoznanym nie mogą równać się z jej wszystkimi dotychczasowymi doznaniami razem wziętymi. Piotr i Paweł, którego wybierze? W wyborach Malę wspiera jej najlepsza przyjaciółka, adwokatka karna, Zuza. Zuza trwająca z pozoru w idealnym związku z Zenkiem, również znanym warszawskim adwokatem. Zuza, sama się zastanawia, którego Mala wybierze. Piotra czy Pawła?

Sprawdzone schematy

Książka jest kolejnym dowodem, że w tematyce prawniczej i spawach karnych autorka, lub raczej powinnam napisać autorki, czują się jak „ryby w wodzie”. Mamy więc w powieści trochę gangsterki, nieczystych prawniczych zagrywek, przystojnych cebeesiów i szybkich pościgów drogimi autami. Wątków, o których czytaliśmy już w „Prokuratorze”, „Komisarzu”, czy „Podejrzanym”. Bardzo podoba mi się relacja opisana między przyjaciółkami w książce. Mimo tego, że Zuzka jest aktywną Panią Mecenas znajduje czas dla Mali pracującej jako wolny strzelec. Sama Mala jako bohaterka jest bardzo ciekawa. Ma problem z alkoholem, potrafi jednak stosować autokrytykę i to w bardzo dowcipny sposób. Jest to ogromna wartość dodana tej książki. Pojawił się oczywiście w książce wątek śląski. To dobrze, bo za tym zapewne bym tęskniła.Akcja również jest osadzona w znanym mi miejscach. To na pewno zwiększyło pozytywny odbiór książki. Jest i wątek bardzo dużego skansenu w podkieleckiej Tokarni (chociaż chyba nazwa miejscowości nie padła), wypad do Zakopanego (oj, uwielbiam takie wypady z przyjaciółką), czy najwyższa śląska hałda. Ogromnym plusem powieści „Mala M” są błyskotliwe dialogi, cięte riposty i inteligentne kwestie. Szkoda tylko, że jak zwykle te piękne i seksowne usteczka głównych bohaterek okalają przekleństwa. Nie jestem nim przeciwna. Po prostu, po tej pozycji spodziewałam się trochę czegoś innego. Bądź co bądź została napisana przez nowy duet autorski. Autorki puściły w stronę czytelnika oczko wplatając w fabułę wątek projektowania przez Malę okładki do książki erotycznej. Okazuje się, że z perspektywy Mali również na okładkach powielane są nudne schematy. Bardzo dowcipnie to obie Panie opisały w powieści. A propos okładki. Podoba Wam się ta? Mnie kompletnie nie. Jest taka przewidywalna. A dodatkowo modelka przypomina mi jedną z najbardziej wybitnych polskich piosenkarek, Justynę Steczkowską. A Steczkowską zdecydowanie bardziej wolę oglądać na scenie. Przyznaję, zmyliła mnie ta Lilka Płonka jako współautorka, oj zmyliła. Rozbudziła we mnie ogromne wymagania i rozbuchała moje oczekiwania. Liczyłam, że wprowadzenie współautorki wniesie do książki nową jakość. Liczyłam, że ta książka nie będzie taka oczywista, nie będzie taka…jak poprzednie. Liczyłam, że ta książka nie powieli dotychczasowego schematu. Schematu owszem, który się sprawdzał dla kogoś, kto liczy na lekturę, przyjemną, z kategorii tych „grzesznych”. Lubię, jak autor potrafi mnie zaskoczyć, tym bardziej, że do współpracy zaprosił kogoś nowego. Takie duety zwykle obfitują w nowe konstrukcje, nowe fabuły, nowe spojrzenie na otaczający nas świat. Ja niestety się przeliczyłam. Nie odnalazłam w książce świeżości. Za mało jednak w niej Lilki Płonki. Chyba że…obie autorki są tak do siebie podobne. Trudno się tego dowiedzieć z krótkiej notki biograficznej. Czyż nie? A to jest całkiem możliwe. Podobno, podobieństwa się przyciągają. Nie mogę winić autorek. Nie powinnam. Winię tylko siebie. Winię to, że spodziewałam się kompletnie czegoś innego, czegoś nowatorskiego. A dostałam kawał dobrej rozrywki. Czasem jest to aż tylko, czasem po prostu tylko tyle. Wszystko zależy od tego, jakie są nasze oczekiwania i czego się spodziewamy.

Niemniej książkę czyta się bardzo, ale to bardzo przyjemnie, mimo płytkiej i sprawdzonej fabuły. To idealna książka na odstresowanie. Idealna książka na spędzenie paru godzin w doborowym towarzystwie. W towarzystwie adwokatki Zuzanny, specjalistki z prawa karnego oraz jej przyjaciółki Malwiny. No i oczywiście, w towarzystwie przystojnych, dobrze zbudowanych i hojnie obdarzonych przez naturę, jak to u Świst zwykle bywa, mężczyzn.

Ps. a może tak powieść z nie tak idealną parą, która również jest ciekawa, inteligentna, dowcipna i czerpie przyjemność z seksu w tak nieidealnych ciałach? To dopiero byłoby zaskoczenie.

Za możliwość przeczytania przedpremierowo książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Akurat.

Recenzja przedpremierowa – „Idealna rodzina” Lisa Jewell

IDEALNA RODZINA

  • Autor: LISA JEWELL
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:368
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena:10/10

Już pisałam o złotym dniu premier kwietniowych. Nie pamiętacie? To 14 kwietnia. Co jest w tym dniu wyjątkowego? Serio, nie nabijam się. 14 kwiecień to przecież kolejna środa. Nie ogarnęłam tego. Ktoś pomoże? Zrecenzowałam już 3 książki, które będą miały premierę w tym dniu. Przed Wami następna. Jest to kolejny, bardzo dobry, wręcz w mej opinii wybitny thriller psychologiczny od wydawnictwa Czwarta Strona.

Nie ogarnęłam również co jest z tymi Brytyjczykami, że piszą tak mroczne thrillery. Czy to wychowanie? Czy to wstrzemięźliwość w relacjach międzyludzkich? Czy to mglista i deszczowa pogoda? Coś musi być w powietrzu, że Wyspy Brytyjskie są mekką tak płodnych i zdolnych autorów thrillerów. Lisa Jewell jest kolejną brytyjską autorką, która ma sporą bibliografię (źródło: http://www.lisa-jewell.co.uk/about-lisa/ ). Niestety dotychczas nie miałam styczności z jej twórczością. Czy słusznie? Czy mam czego żałować? Czy będę musiała nadrabiać zaległości?

Idealna rodzina, czy takie istnieją?

Opis wydawcy jest intrygujący. Zacytuję: „Jeden dom. Dwie rodziny. Trzy ciała”. Nieźle się zaczyna, co? To historia jakiej nie zna świat. Jeśli kiedykolwiek coś podobnego się wydarzyło, to zapewne nie ujrzało światła dziennego. Sprawdźcie. W bogatym domu, w londyńskim Chelsea mieszka Henry Lamb z niezwykle piękną żoną Martiną oraz dwójką uroczych rozpieszczonych dzieci, synem i córką. Niczego rodzinie Lambów nie brakuje. Mają mnóstwo odziedziczonych pieniędzy, równie bogatych znajomych, prywatne szkoły, co tydzień dostarczane świeże kwiaty, dzieła sztuki wiszące na ścianach a przede wszystkim mają siebie, tylko siebie. Do czasu…. Znudzona Martina zaprasza pod swój dach muzyków Justina i Birdie. Birdie zaś zaprasza rodzinę Thomsenów, Davida i Sally z dwójką dzieci Clemency oraz Phineasem. Wszyscy goście zostają w domu Lambów na dłużej. Rzec by można za długo. Zdecydowanie za długo. Najpierw w dotychczas bogatym domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować pieniędzy, nie odwiedzają Lambów już bogaci znajomi, dzieci przestają chodzić do prywatnych szkół, nikt już nie dostarcza świeżych kwiatów, ściany świecą pustkami. W domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować wszystkiego a przede wszystkim zaczyna brakować wolności.

Trzej narratorzy jak trzej muszkieterowie

Powieść jest fenomenem głównie z dwóch powodów. Po pierwsze historia jest genialna. Naprawdę genialna. Zaskakująca, niepokojąca, mroczna. Może nie należę do tych recenzentów, którzy wszystko czytali, wszystko ocenili i mają bardzo wysublimowane wymagania. Generalnie popieram zdanie autorki, że nie ma złych książek.

(…) To zupełnie co innego. Jedyne złe książki to takie, które napisano tak fatalnie, że nikt nie chce ich wydać. Każda książka, która została wydana, jest dla kogoś „dobrą książką”.

„Idealna rodzina” Autorka: Lisa Jewell

Dla mnie „Idealna rodzina” jest bardzo dobrą książką, wręcz rewelacyjną, zastanawiającą, nieodkładalną. Po drugie mamy trzech narratorów. Narracja dość, że pisana jest z poziomu Libby, Lucy i Henrego, to jeszcze pisana jest w różnych osobach. Każdy z narratorów jest głównym bohaterem swej opowieści, swej historii. Każdy z nich ma na nią inny pogląd. Każdy z nich inaczej przeżywał wydarzenia. Każdemu z nich wydawało się coś innego. Dla każdego z nich ważne było coś innego, coś innego się liczyło, by przeżyć. Dwójka narratorów opisuje aktualne wydarzenia. Wydarzenia, które w efekcie doprowadzą do finału, do konfrontacji w zakończeniu książki. Ta narracja prowadzona jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Trzeci narrator mówi do nas w pierwszej osobie liczby pojedynczej jednocześnie częściowo relacjonując wydarzenia z przeszłości, które miały miejsce od 1988 do 1993. Autorka oddzieliła retrospekcje trzeciego narratora od jego teraźniejszych relacji dodając do kolejnego numeru rozdziału miejsce akcji i rok przykładowo: Chelsea, 1988. Jest to wręcz fenomenalny zabieg. Ci narratorzy to: Libby Jones, która po swoich 25 urodzinach zostaje spadkobierczynią tego, do pewnego bogatego domu w londyńskim Chelsea.  Sama nie wie dlaczego. Sama musi to odkryć poznając historię sprzed dwudziestu pięciu lat, która rozpoczęła się dużo wcześniej, wiele lat wcześniej zanim policja znalazła w nim „zdrową dziesięciomiesięczną dziewczynkę, gaworzącą radośnie w kołysce”. Podczas gdy, „w kuchni na dole leżały zaś trzy martwe ciała, wszystkie ubrane w czerń”. Lucy Lou – „(…) prawie czterdzieści lat na karku. Bezdomna. Samotna. Bez grosza przy duszy. Nawet nie jest tą, za która się podaje. Imię też ma fałszywe. Jest duchem. Żywym, oddychającym duchem”. Henry – który w pewnym momencie zrozumiał, że „(…) jedynym sposobem, by jakkolwiek zorientować się w sytuacji, było słuchanie rozmów kobiet. Każdy, kto ignoruje takie gadanie, jest znacząco uboższy w wiedzę”. Henry, który starał się rozeznać w sytuacji. Nie akceptując tak naprawdę, co się działo w jego własnym domu.

Ogromne emocje

W thrillerze psychologicznym emocji obawiam się najbardziej. Czasem na wyrost. Czasem całkowicie słusznie. Tak było tym razem. Obawy okazały się całkowicie uzasadnione.  Niepokojący opis wydawcy to nic z rzeczywistością książki. To nic w porównaniu z jej wnętrzem. Mrocznym, szokującym i dającym do myślenia wnętrzem. Treść jest spójna. Wydarzenia, mimo że się przeplatają wzajemnie nie wprowadzają żadnego chaosu. Momentami miałam wrażenie, że mieszkam w tym dużym, do pewnego momentu bogatym domu, dusznym i złowrogim. Dla mnie wrażeń było aż nadto. Hermetyczne środowisko. Dzieci, odarte z dzieciństwa i niewinności, niczemu nie winne. Pasywni sąsiedzi, dotychczasowi znajomi. Nie interesująca się dziećmi opieka społeczna. Dominujący „Pan i Władca”. Jedyny w swym mniemaniu, wyjątkowy. Okalający się kobietami, roszczący sobie do nich prawo. Ci, którzy odeszli i nie podjęli walki o tych, którzy zostali.  Wreszcie te pokoje, z zamkami zamykającymi się od zewnątrz. Tylko od zewnątrz. I te pytania, na które w różny sposób udzielałam sobie odpowiedzi: Co powoduje, że dorośli ludzie, ludzie sukcesu, godzą się na takie zmiany w swoim życiu, na takie niszczycielskie zmiany? Co powoduje, że dorośli ludzie nie widzą męczeństwa własnych dzieci? Cierpienie, nuda, ślepe zakochanie, poddanie się charyzmie, masochizm? Czytajcie, a sami sobie odpowiecie. Choć, jak to w bardzo dobrym thrillerze psychologicznym bywa, nie wszystko jest takie oczywiste i jednoznaczne. Nie każde pytanie ma tylko jedną odpowiedź. Oj nie.

Za możliwość recenzji przedpremierowo książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Dopasowani” John Marrs

DOPASOWANI

  • Autor:JOHN MARRS
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Liczba stron:320
  • Data premiery:11.10.2017r.
  • Moja ocena:8/10

Książka „Dopasowani” dostępna jest na rynku wydawniczym od 2017 roku. Wydawnictwo Książnica przy okazji premiery serialu na platformie Netflix, przypomniało mi o tej pozycji. 8 odcinkowy serial już jest dostępny od 12 marca, książka dużo wcześniej. Ja serialu nie planowałam oglądać, póki nie zapoznałam się z pierwowzorem. Nie żałuję tej decyzji. Teraz spokojnie mogę pooglądać wariacje scenarzystów i reżyserów serialowych. Już wiem, co autor miał na myśli.

Autor – brytyjski pisarz i dziennikarz – nie ukrywam, z którym mam przyjemność po raz pierwszy. Jak sam o sobie mówi: „W rzeczywistości jest całkiem sympatyczną osobą, tylko jego wyobraźnia może być okrutna… ” (źródło: „Elle”). Z opublikowanego wywiadu dowiedziałam się, że nie brał udziału w produkcji serialu i jest autorem wysoko ocenianej „Co się skrywa między nami?”, którą koniecznie muszę przeczytać. Teraz już wiem, że ją muuuuszę przeczytać.

Jak daleko się posuniesz, by znaleźć miłość? – pyta Wydawca.

W opisie wydawniczym zawarto takie pytanie. Odpowiedź wydaje się dziecinnie prosta. Oczywiście, jesteśmy w stanie posunąć się naprawdę daleko, by znaleźć miłość. Ale czy do tego, by rzucić dotychczasowego partnera? Czy, mimo naszej orientacji heteroseksualnej spróbować związku homoseksualnego? Czy do samotnego rodzicielstwa z nieznanym nam osobiście dawcą spermy, który według algorytmu jest naszą „drugą połówką”? Takich pytań można konstruować wiele. Nie zawsze odpowiedzi są oczywiste.

Książka skonstruowana jest z krótkich rozdziałów zatytułowanych imionami bohaterów. Śledzimy losy „dopasowanych” z perspektywy złączonych par na portalu www.znajdzswojadrugapolowke.com. Obserwujemy więc niezwykle bogatą naukowiec Elie z Timem, Nicka z Alexem (podobno oboje nie są homoseksualni), Mandy z Richardem, Jade z Kevinem, Amy z Christopherem. Każdy z bohaterów ma swoją historię. Każdy z nich zarejestrował się na portalu z innych pobudek. Każdemu z nich aplikacja wskazała bliźniaka genetycznego. Każdy z nich postanowił się z nim spotkać. Czy każdemu z nich uda się stworzyć satysfakcjonujący związek? To jest pytanie, na które musicie sami sobie odpowiedzieć.

Gdyby tylko taki gen istniał…

Cudownie byłoby wiedzieć, że taki gen został odkryty. Jeden gen, który w prawie 100% potwierdza nasze dopasowanie z inną osobą. Moglibyśmy tą osobę poszukać. Moglibyśmy ją znaleźć i jeśli wierzyć, autorowi, moglibyśmy od razu w ciągu 48 godzin coś do niej poczuć, się nią zauroczyć, zwykle z wzajemnością. A potem mogłoby być tylko lepiej. Chociaż…. Ile dotychczasowych związków rozpadłoby się. Przecież decyzja może być tylko jedna, jeśli dowiedziałabym się o mojej „drugiej połówce” musiałabym ją znaleźć i spróbować z nią stworzyć związek. Ilu patologicznych, przemocowych partnerów znalazłoby swoje połówki.  To nie skończyłoby się dobrze. Przecież w pewnym momencie natura musiałaby wygrać. Ilu morderców mogłoby rozpocząć swoje związki. Skąd aplikacja może wiedzieć, czy jakiś Kevin, Mark, Amy, Mandy itd. to nie mordercy, nie morderczynie, nie gwałciciele, nie porywacze? Tego ze śliny nie można wyczytać. A to tym bardziej nie skończyłoby się dobrze. Thriller czyta się bardzo szybko. Wydarzenia następują jedno po drugim. Zachwycił mnie sam pomysł, gen dopasowujący w pary. Naprawdę nowatorskie spojrzenie na związki. Wokół tej koncepcji John Marrs stworzył świetną fabułę z bardzo interesującymi bohaterami. Każdy jest inny, każdy ma coś za uszami, każdy jest niepowtarzalny. Jak niepowtarzalne są geny.

Autor potrafił mnie zaskoczyć. A to cenię sobie w thrillerach najbardziej. Nie jest to jednak typowa książka tego gatunku.  Mimo to, naprawdę warto ją przeczytać. Z podobną, tak dobrze rozpisaną opowieścią możecie się już nie spotkać. Zapewniam, to nie jest idylliczna opowieść o szczęśliwych parach.  

Za możliwość recenzji książki dziękuję WYDAWNNICTWU KSIĄŻNICA

.

Recenzja przedpremierowa – „Zmora” Robert Małecki

ZMORA

  • Autor:ROBERT MAŁECKI
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:14.04.2021r.
  • Moja ocena:9/10

Jest na świecie jeden zapach, który niczym nie potrafię zastąpić. Jest to zapach nowo wydanych książek. Wiele razy zanim zacznę czytać nowe literackie dzieło, kartkuję strony pozwalając by wachlowany zapach docierał do moich nozdrzy. Kto jeszcze lub ten zapach? Dajcie znać. Tym razem zrobiłam podobnie. W czwartek chwaliłam się przesyłką od Wydawnictwa Czwarta Strona, nowej książki Roberta Małeckiego „Zadra”, a już w sobotę wzięłam się do czytania. Oczywiście, przed zerknięciem na pierwszą stronę, musiałam wchłonąć jej zapach. Jak zwykle. Zapach był cudowny. Czy książka okazała się taka sama? Czy wciągnęła mnie, jak wciągnął mnie jej zapach?

„(…) współcześnie świat wartości nie ma szans ze światem materialnym? Etyką się nie wyżywisz, nie zapłacisz rachunków. A dobrym apartamentem albo samochodem, zwitkiem setek w portfelu wkurwisz wszystkich, rodzinę i znajomych, biednych, ale przede wszystkim zazdrosnych bogatych.”.

„Zmora” Robert Małecki

Dzieła Roberta Małeckiego recenzowałam już nie raz. Przeczytałam wszystkie tomy serii z Bernardem Grossem (moje recenzje: Wada,  Zadra) oraz ostatnio wydaną „Żałobnicę” (link do recenzji: Żałobnica). Muszę już na początku odpowiedzieć autorowi, który życzył mi „udanej lektury”, że napisał Pan, Panie Małecki kawał dobrej powieści, kawał dobrego kryminału. Lektura, co oczywiste, była więc bardzo,  bar dzo udana. Ale po kolei….

Każdy z nas ma jakieś zmory

Pomyślałam od razu jak przeczytałam tytuł książki. Każdemu z nas po zamknięciu powiek pewne obrazy, wydarzenia, myśli, lęki nie pozwalają zasnąć. Ważne jest, by sobie z nimi radzić, by starać się je zwalczyć. To próbuje robić od wielu, wielu lat Kama Kosowska. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Kiedy ją poznajemy wraca właśnie do rodzinnego Torunia, po nieudanej próbie zdobycia dziennikarskiego świata w stolicy. Czeka na nią ojciec, emerytowany policjant Waldemar Kosowski i nie zamknięte od lat śledztwo w sprawie zaginięcia jej kolegi z dziecińska, Piotrka Janochy. Za wielkie pieniądze ma uczestniczyć w tworzeniu serialu o znanych zaginięciach dla platformy Netflix. Komu najbardziej zależało, by Kama wzięła w tej inicjatywie udział? Jej przyjacielowi Arminowi Miteckiemu? Pawłowi Hałasowi producentowi filmowemu? Czy może jej najbliższej przyjaciółce, Aldonie Terleckiej naczelnej lokalnego dziennika „Echo Torunia”? Wszystko przestaje być oczywiste i proste, gdy Kama dowiaduje się, że komisarz Lesław Korcz z policyjnego Archiwum X wznawia śledztwo w sprawie zaginięcia Pawła, które kiedyś prowadził jej ojciec. Co tak naprawdę wydarzyło się latem 1986? Co z tymi wydarzeniami ma wspólnego jej ojciec, jej matka, której nigdy tak naprawdę nie znała? Co odkryje razem z Korczem?

Czy to kolejna udana para śledczych?

Nie daje mi to spokoju. Po lekturze książki zastanawiam się, czy mamy oto do czynienia z narodzinami nowej pary śledczych Kamy Kosowskiej i komisarza Lesława Korcza? Na to autor w posłowiu i w podziękowaniach nie odpowiedział. Liczę jednak, że tak. Liczę, że będzie mi dane jeszcze śledzić losy tej pary. Dlaczego? Dlatego, że Małecki stworzył nowego bohatera wśród komisarzy policji, Lesława (co za obłędne imię ). Zdolnego, inteligentnego, skutecznego. Bohatera, który wierzy głęboko, że nawet przedawnione zbrodnie powinny być wyjaśnione i odkryte. Stworzył również bohaterkę na miarę XXI. Walczącą z demonami Kamę, żyjącą w przeświadczeniu, że jej matka zmarła, gdy miała trzy lata. Borykająca się z problemami osobistymi, które nie przeszkadzają zająć się jej zaginięciem kolegi z dzieciństwa. Odkrywająca kolejne warstwy kłamstw, sekretów, by w efekcie odnaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Jej doświadczenia, blizny, trudne wspomnienia nie cofają ją o krok. Wręcz przeciwnie, Kama ciągle prze naprzód, do celu, do rozwiązania sekretu. Akcja toczy się dwutorowo. Teraźniejszość widzimy oczami Kamy i Korcza, tak też zatytułowane są kolejne rozdziały. Przeszłość autor ulokował w roku 1986. W roku, w którym zaginął Paweł Janocha. Wydarzenia z lata tego roku opisane zostały z perspektywy kilkuletniej dziewczynki. Dziewczynki, która wszystko widzi, ale niczego nie rozumie. Dziewczynki, która niby nienawidzi Pawła, ale tak naprawdę momentami stara się mu pomóc. Dziewczynki, która próbuje odnaleźć się w rzeczywistości chłopców biegających po okolicy. Dziewczynki, półsieroty, dla której każda uwaga matek kolegów jest na wagę złota. Dziewczynki, która kiedyś dorośnie i by znaleźć odpowiedzi na zajmujące ją zagadnienia, będzie musiała do krwi rozdrapywać blizny. Blizny, których ma wiele. Bardzo dobrze, jak to u Małeckiego, zostały opisane relacje pomiędzy bohaterami, również drugoplanowymi. Pewne wątki, które wydawały się ważne okazały się nieistotne. Zakończenie zaskakujące. Ostatnie rozdziały zwaliły mnie z nóg. Nic nie okazało się takie, jak było na początku. Czy to idealny przepis na udaną intrygę kryminalną? Moim zdaniem, jak najbardziej. Jeśli do tego dorzucicie ciekawe dialogi, zwięzłe opisy, interesujące osadzenie w miejscu i czasie to mamy już praktycznie bestseller.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest to najlepsza książka Roberta Małeckiego, którą do tej pory czytałam. Jak inaczej mam ocenić książkę, od której nie oderwałam się, póki nie przeczytałam podziękowań? Tylko w taki sposób. Jestem nią oczarowana i śmiało mogę ją polecić. Oczekujcie premiery z niecierpliwością, to już 14 kwietnia❗❗❗

Za możliwość recenzji książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.