Recenzja przedpremierowa: „Sprawa prezydenta” Marc Elsberg

SPRAWA PREZYDENTA

  • Autor: MARC ELSBERG
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 605
  • Data premiery: 27.10.2021r.

Thrillery polityczne warto czytać. Przekonałam się o tym zapoznając się z serią Remigiusza Mroza „W kręgach władzy”. Oczywiście dużo w niej było political fiction, co tylko wzmacniało emocje i zachęcało do szybkiego pochłaniania kolejnych stron. Nie ukrywam, to jedna z moich ulubionych serii tego gatunku. Z zaciekawieniem sięgnęłam więc do pozycji, która dzięki nakładowi @wydawnictwo.wab będzie miała premierę w najbliższą środę, tj. 27 października br. Z autorem „Sprawy prezydenta” Markiem Elsbergiem nie miałam do tej pory do czynienia. Nie znałam jego stylu, najczęściej pojawiających się myśli, czy ulubionych sformułowań. Mimo, że trochę przeraziła mnie obszerność książki (to ponad 600 stron😉) popołudnia z nią spędzone zaliczam do udanych. Trochę pościgów, dużo polityki i międzynarodowej gry, a przede wszystkim kompletna przemyślana fabuła, która nie zawiodła mnie ani razu.

Prawa człowieka to jedno, a Turner na wolności to drugie!” – „Sprawa prezydenta” Marc Elsberg.

W Grecji zatrzymano byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Douglasa Turnera. Aktualnie międzynarodowego specjalisty i suto opłacanego gościa na wielu konferencjach, sympozjach i spotkaniach. Aresztowanie dokonano na polecenie Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, w trakcie trwającej kampanii wyborczej w USA. Aktualnie urzędujący prezydent kraju ma więc zadanie niemożliwe do zrealizowania. Musi podejmować decyzje, które nie tylko nie zaszkodzą jego reelekcji, lecz także spowodują, że jego sondaże poszybują w górę. Nie jest to łatwe, gdy o walkę do procesu w Hadze staje Dana Marin, dla której ta sprawa staje się osobista.

(…) Przecież nie macie złudzeń, jak to zawsze wygląda. Nikt nie tyka grubych ryb. A oni potem świętują, chrzanią jakieś głupoty o wolności i tryumfie sprawiedliwości…ktoś dostaje jakieś odznaczenia… A my nikomu do niczego nie jesteśmy już potrzebni. Kpią z nas.” -„Sprawa prezydenta” Marc Elsberg.

I tu pojawia się pytanie: Czy amerykański prezydent może czuć się bezkarny? Mam nadzieję, że nie lub raczej mam nadzieję, że tak, ale tylko do pewnego momentu. W tym współczesnym politycznym westernie „Sprawie prezydenta”, poszczególne jednostki wystawione zostają przeciwko całemu systemowi. Przeciwko najbardziej wpływowemu krajowi świata, przeciwko usuwającym się w cień i nie potrafiących podjąć żadnej decyzji przywództwom europejskim, przeciwko wymiarowi sprawiedliwości w samej Grecji, która nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za przekazanie byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych do Hagi. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Wyścig naprawdę emocjonujący. Sprawę śledzimy z kilku stron. Elsberg prowadzi narrację równolegle. Czytamy o przeciwnościach z którymi muszą się borykać przedstawiciele Haskiego Trybunały. Zapoznajemy się z całym mechanizmem władzy i politycznych nacisków, decyzji, które podejmuje albo rozważań amerykański system sprawiedliwości i osoby z otoczenia aktualnego prezydenta. Borykamy się z dylematami greckich sędziów, greckiego Ministerstwa Sprawiedliwości i każdego greckiego policjanta, który nie ze swej woli musi uczestniczyć w tym międzynarodowym „show”. Poznajemy Danę, dla której zbrodnie w Sarajewie odcisnęły piętno na całe lata oraz innych świadków podobnych wydarzeń w Afganistanie, na innych terenach byłej Jugosławii. Dotykamy losów człowieka, od którego zaczęły się kilkuletnie przygotowania do procesu przeciwko Turnerowi, a który chciał pozostać anonimowym. „Wielki brat” patrzy. Nawet z pozoru anonimowego człowieka pociągnie do odpowiedzialności, o czym przekonaliśmy się nie raz śledząc rzeczywiste losy tych, którzy upublicznili tajne niechlubne informacje na temat rządzących Stanami Zjednoczonymi.

Autor świetnie nawiązał do rzeczywistych wydarzeń, sprzed kilku, kilkudziesięciu lat. Odniósł się wielokrotnie do błędnych decyzji rządzących, których wielu kosztowało życie. Wspaniale uwypuklił problem braku anonimowości, przy całej technologii którą dysponują służby wywiadowcze na całym świecie. Rozbroił na kawałki niedoskonałości międzynarodowych traktatów i porozumień, które w obliczu jednego konkretnego człowieka tracą na znaczeniu. Jedni pewnie ocenią fabułę za bardzo rozbudowaną. Mają do tego prawo. Dla mnie jest ona kompletna. Bez pewnych pominiętych aspektów i zdarzeń, możliwe, że obraz nie byłby całkowicie jasny i oczywisty. Możliwe, że czegoś by mi brakowało.

Marc Elsberg potrafił napisać thriller w sposób kompleksowy, nie pozostawiający żadnych złudzeń i nie mający żadnych braków. Niczego mi w tej książce nie zabrakło, każdy wątek został dociągnięty do końca. I tylko zakończenia mi szkoda. Samozwańcza akcja kompletnie mnie nie przekonała.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Gdyby Nina wiedziała” Dawid Grosman

GDYBY NINA WIEDZIAŁA

  • Autor: DAWID GROSMAN
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery : 13.10.2021r.

Nie mogłam się doczekać, kiedy sięgnę do kolejnej premiery z 13 października br.😉. To oparta na faktach nowa książka Dawida Grosmana, pt. „Gdyby Nina wiedziała” wydana nakładem Wydawnictwa @Znak Literanova (imprint @wydawnictwoznakpl). Całkiem niedawno skończyłam czytać „Wchodzi koń do baru” (recenzja na klik). Ciekawą, intrygującą i pełną wzruszeń pozycję, do której na pewno kiedyś jeszcze wrócę. Z zaciekawieniem zaczęłam więc czytać „Gdyby  Nina wiedziała” czekając z niecierpliwością, czy i tym razem ten wybitny izraelski autor zahipnotyzuje mnie swoją twórczością jednocześnie umacniając swoją pozycję wybitnego pisarza w moim gwiazdozbiorze ulubieńców.

To nie tylko historia tytułowej Niny. To historia trzech kobiet, każdej z innego pokolenia. To historia Wery, która za swą miłość do męża została skazana na pobyt w obozie reedukacyjnym dyktatora Tito. To historia jej córki Niny, która opuszczona  w jednej chwili przez ojca i matkę, rozpoczęła swój żywot sześcioletniej dziewczynki na ulicy. I jest to historia Gili, wnuczki pierwszej, a córki drugiej, która porzucona jako trzy i półletnie dziecko stara się odnaleźć swoją tożsamość, swoją przynależność. Jest to też wzruszająca historia Rafiego, pasierba Wery, zachowanego przez całe życie w Ninie i ojca Gili. To ojcostwo i ta miłość go ukształtowały.

…………..

Tak. Kompletnie nie wiem od czego zacząć. Od czego zacząć moje przemyślenia na temat tej książki. Chciałabym wykrzyczeć: PRAWDZIWE ARCYDZIEŁO!!! I chciałabym, by w tym słowie zawarte zostało wszystko.

Nie wiem, czy da się otrząsnąć z tej historii, notabene opartej na prawdziwych wydarzeniach. Od tego dylematu, czy wybrać prawdę, czy walkę o własne dziecko. Od tych krzywd wyrządzonych przez system i od tych konsekwencji własnych decyzji. Los jest przewrotny. Wielu nie oszczędza. Każde cierpienie jest skutkiem czegoś, jednocześnie będąc sprawstwem czegoś. Historia opisana przez Grosmana jest unikatowa. To jakby balansowanie między trzema żywotami, żaden z nich nie jest ważniejszy, ciekawszy. Każdy wnosi coś do życia drugiego. To opowieść nostalgiczna, owiana tęsknotą za czymś co minęło, bo „przeszłości nie da się naprawić” – jak mawiała Wera. Z tą przeszłością trzeba umieć żyć i stawiać kolejne kroki naprzód. Dużo w treści jest o przebaczeniu, o pogodzeniu się z losem, o odkrywaniu siebie na nowo szczątkowo w osobie matki, w osobie babci. Z niecierpliwością zaczytywałam się w tych losach, nieubarwionych przez Autora, nie bo po co. Grosman przechodzi z jednej prawdy do drugiej, weryfikuje jedną półprawdę i każde kłamstwo, nic nie jest przez niego zapomniane, o niczym nie milczy, nic nie pomija. „Gdyby Nina wiedziała” potwierdza, że Grosman do wybitnych powieściopisarzy współczesnych należy. Możliwe, że to przyszły Noblista, o którym usłyszymy jeszcze nie raz.

To studium kobiet i ich losów w trudnych zawieruchach dziejów, gdy jeden człowiek potrafił zniewolić prawie cały kraj. To studium Wery, Niny i Gili, których łączy wiele, a dzieli prawie wszystko. Sięgnijcie po ten egzemplarz, który otwiera oczy na świat, całkiem inny świat.

Moja ocena: 10/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Legendarne kradzieże” Soledad Romero Marino, Julio Antonio Blasco

LEGENDARNE KRADZIEŻE. NA TROPIE NAJWIĘKSZYCH ZŁODZIEI W HISTORII ŚWIATA.

  • Autor:SOLEDAD ROMERO MARINO, JULIO ANTONIO BLASCO
  • Wydawnictwo:ZNAK EMOTIKON
  • Liczba stron:64
  • Data premiery: 01.09.2021r.

Od jakiegoś czasu Wydawnictwo Znak zaczęło wydawać przepiękne picturebooki. Oprócz interesującej treści uwagę zwraca w nich niezwykle staranne wydanie. Jedną z pozycji, która zwróciła moją uwagę były „Legendarne kradzieże”.

Książka ta zawiera opowieści o najciekawszych włamaniach w historii świata. Oprócz ciekawostek, szczegółów dotyczących czasu i miejsca zdarzenia, jest też opisany jego przebieg i toczące się po włamaniu śledztwo. W środku znajdziemy także informacje na temat tego, czy sprawca został ujęty i jeśli tak, to w jaki sposób został ukarany. Oprócz ciekawej treści książka jest też świetnie zrealizowana pod względem graficznym. Jej strony stylizowane są na strony z gazet, dzięki czemu możemy mieć poczucie, że oglądamy wycinki autentycznych artykułów, a opisywane wydarzenia nabierają większej realności.

Gorąco polecam Wam tę pozycję. Ja, razem z moimi dziećmi, bawiłam się przy niej świetnie. Może stanowić ciekawy wstęp do długi rozmów na temat sprawiedliwości, dobra i zła, itp., ale przede wszystkim pozwala miło spędzić wspólnie czas.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon.

„Skazani. Historie skrzywdzonych przez system” Ludmiła Anannikova

„SKAZANI. HISTORIE SKRZYWDZONYCH PRZEZ SYSTEM”

  • Autorka: LUDMIŁA ANANNIKOVA
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 295
  • Data premiery: 29.09.2021r.

Każdy gatunek ma swoje prawa. Kryminał musi mieć zagadkę i wielu podejrzanych. Thriller ma nas wciskać w fotel, byśmy potem długo o nim nie zapomnieli. Literatura piękna powinna nas zachwycać estetycznym językiem i stylem. Zaś felietony, raz śmieszyć, raz smucić w zależności od tematu. Jaki ma być reportaż nie do końca wiem, bo nie jest to mój ulubiony gatunek. Słysząc jednak o propozycji @wydawnictwo.wab „Skazani. Historie skrzywdzonych przez system”, która premierę miała 29 września br., pióra dziennikarki śledczej @Ludmiła Anannikova wiedziałam, że będzie to ten reportaż, który koniecznie muszę przeczytać. Od razu Wam napiszę, że decyzja ta okazała się jedną z tych całkowicie trafnych.

Każdy sąd powinien dążyć do tego, żeby wydać wyrok sprawiedliwy, tylko w oparciu o dowody, zgodnie z sumieniem i pełnym przekonaniem. I wierzę, że tak się dzieje. Ale czasami splot okoliczności może być taki, że doprowadzi do pomyłki sądowej” –„Skazani. Historie skrzywdzonych przez system” Ludmiła Anannikova.

I o ten splot okoliczności Autorce chodzi. O tych, którzy odsiadują, bądź odsiedzieli już wieloletnie wyroki lub osadzenia w areszcie na podstawie zeznań świadków, które ze sobą w ogóle nie są spójne. Na podstawie poszlak, domniemań, na podstawie obarczonego błędem okazania. Bez jakichkolwiek udowodnionych w trakcie procesu sądowego motywu, powodu,  czy powiązania z ofiarą lub innymi sprawcami. Książka stanowi zbiór sześciu reportaży. Jest wynikiem wnikliwego, rzetelnego śledztwa dziennikarskiego. Autorka przeczytała kilkaset tomów akt, spotkała się zarówno ze skazanymi, świadkami tamtych wydarzeń, rodzinami ofiar i osadzonych, a także z niezależnymi ekspertami, adwokatami, prokuratorami, policjantami, czy nawet sędzią. Wszystko po to, by takiej mi, czy takiej/emu Tobie pojawiła się refleksja: przecież następna/y mogę być JA!!!

Wszystko, o czym napisała Anannikova mogłoby zdarzyć się zwykłemu Nowakowi, zwykłemu Kowalskiemu. Mogłoby zdarzyć się mi, mojemu sąsiadowi, czy nawet ukochanej babci. Historie nie są wyssane z palca. To prawdziwe zbrodnie, prawdziwe akty oskarżenia, prawdziwe prawomocne wyroki, rzadko kiedy uniewinniające. To prawdziwi ludzie. Ci którzy stracili życie. Ci, którzy dokonali zbrodni. A także Ci, którzy za nie zostali skazani. Pytanie, które pojawiało mi się wielokrotnie w głowie po zapoznaniu się z analizą dowodową zaprezentowaną przez Autorkę: Czy słusznie? To nie system jest winny oskarżaniu na podstawie poszlak, skazywaniu na podstawie zeznań trzech świadków, który każdy mówi coś innego. To nie system zawinił. Winę ponosi zawsze człowiek. Raz będzie to ambitny prokurator, innym razem zmęczony i zniesmaczony kolejną sprawą sędzia, który ze względu na statystyki zrobi wszystko, by ją zamknąć wyrokiem. A kiedy indziej będzie to zwykły śledczy, który nie zabezpieczy śladów, pominie przesłuchanie, błędnie spisze notatkę robiąc oczywistą omyłkę pisarską, która innych będzie kosztowała całe zmarnowane życie. Jak mawiał Seneka Starszy „Błądzić jest rzeczą ludzką” – pełna zgoda. Tylko popierając Autorkę ktoś z tych błędów powinien drugiego rozliczyć i do błędu należy się przyznać, by jak najszybciej go naprawić.

Gdybym miała opisać tą książkę jednym zdaniem, napisałabym: Niezwykle wzruszająca podróż w historie zwykłych ludzi. Ludzi, którzy stracili wszystko, a przede wszystkim wolność. Tych straconych lat nikt im nie odda, nawet wielomilionowe odszkodowanie nie wynagrodzi im tych krzywd. Najbardziej chwyciła mnie za serce opowieść utkana na historii niewinnej śmierci Adama i jego młodszego brata Szymona, w której nic się nie zgadzało, a jednak dwaj mężczyźni odsiadują już dwadzieścia dwa lata wyroki dożywocia. Głębokie ukłony należą się Ludmile Anannikovej za historię Czesława, który w więzieniu odsiedział dwanaście lat „za niewinność”, prawdziwą niewinność. Historia zasłużyła na mój szacunek, jak zresztą cała książka. Napisana została z wyczuciem, z zachowaniem równowagi w zadawaniu pytań i poddawaniu w wątpliwość podjęte czynności, czy decyzje orzekających. Napisana została z wielkim szacunkiem do wszystkich uczestników. Mimo, że temat bardzo zaabsorbował Autorkę, o czym świadczy szeroki zakres badań, nie jest to publikacja jednostronna, z góry postawioną na wstępie tezą, którą Anannikova za wszelką cenę chciała udowodnić. Tak, ta książka wzbudziła we mnie podziw i pozostawiła niespokojną. Przecież następna mogę być JA!!!

Od lat obserwuję wymiar sprawiedliwości i widzę, że gdyby na mnie przypadkiem padło, też zgniłbym w więzieniu. Wszędzie biurokracja.”- „Skazani. Historie skrzywdzonych przez system” Ludmiła Anannikova.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Ćwiartka Szymborskiej, czyli lektury nadobowiązkowe. Wybór Jacek Dehnel” Jacek Dehnel, Wisława Szymborska

ĆWIARTKA SZYMBORSKIEJ, CZYLI LEKTURY NADOBOWIĄZKOWE. WYBÓR JACEK DEHNEL

  • Autorzy: JACEK DEHNEL, WISŁAWA SZYMBORSKA
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 501
  • Data premiery: 13.10.2021r.

Felietony wręcz ubóstwiam 😊. Stuhr, a właściwie obaj, Nosowska, Czubaszek, Mann mają w moim sercu swoje miejsce. Wiele z felietonów mnie bawiło, wiele smuciło, o wielu mogłabym napisać, że mogłyby wyjść spod mego pióra, gdybym tylko miała trochę talentu w tej dziedzinie😉. Ale felietonistki w osobie Wisławy Szymborskiej nie znałam. Dzięki Wydawnictwu @wydawnictwoznakpl i wyborze felietonów o książkach Jacka Dehnela mogłam zanurzyć się w nową odsłonę naszej słynnej Noblistki. Mimo, że pierwsze wydania „Lektur nadobowiązkowych” sięgają lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, wstyd się przyznać, ja z nimi zetknęłam się dopiero przy okazji premiery z 13 października br. pt. „Ćwiartka Szymborskiej, czyli lektury nadobowiązkowe. Wybór Jacek Dehnel”. Zetknęłam….i przepadłam. Przeczytałam od „deski do deski” wszystkie sto pięćdziesiąt artykułów i nie żałuję, ani jednej chwili spędzonej z tą książką.

Faktycznie, Szymborska czytała wszystko. Czytała ze wrodzonej sobie ciekawości świata, jak i z potrzeby serca i czystego zainteresowania tytułem. Żadna z pozycji, o której pisała Szymborska i którą Jacek Dehnel zawarł w  publikacji, nie przeszła przez moje ręce. Do tej pory nie ciekawiły mnie tematy podjęte w takich tomach jak: „Warszawski balet romantyczny (1802-1866)”, „Polak statystyczny”, „Słownik języka łowieckiego”, „Zioła lecznicze. Historia, zbiór i stosowanie”, „Terrarium” 😉, „Historyczny rozwój odzieży”, czy chociażby „Głosy zwierząt. Wprowadzenie do bioakustyki”. Na szczęście ciekawiły Wisławę Szymborską. Dzięki pierwotnej wnikliwości potrafiła każdą czytaną książkę zamienić w ciekawy felieton, inteligentną opowieść liczną w anegdoty, odniesienia do otaczającego ją świata, czy w interesujące spostrzeżenia i refleksje. To że poetką wielką była, to już wiemy. Była też wybitną felietonistką, która nawet z „Gimnastyki dla kobiet w ciąży i połogu”, czy „Warzyw mało znanych” potrafiła napisać krótką historię, w której tyle kokieterii, co trafnych obserwacji. A takie felietony czyta się najlepiej.

Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Felietony Szymborskiej całkowicie mnie zaskoczyły i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Sam Jacek Dehnel wprowadził mnie już w dobry nastrój analizując znaczenie felietonów, styl pisania poetki, czy podjęte tematy. Zawarte w antologii rozważania zaprezentowane zostały chronologicznie, począwszy od daty najstarszych wydawnictw z roku 1967, aż do książki wydanej w 2001 roku. Treści w nich zawarte dotyczą innych czasów, innej historii. Niektóre przeszły przez cenzora, inne wydano w burzliwych latach dziewięćdziesiątych, a jeszcze inne, gdy Krakowski Rynek pełen koloru, śmiechu, ludzi zachwycał wszystkich odwiedzających, w czasach nowego tysiąclecia. Szymborska pełna polotu potrafiła zaciekawić mnie refleksją nawet o tapetowaniu, czy o urządzaniu terrarium, lub co gorsza aquaterrarium. Dzięki niej poznałam wiele ciekawych faktów. Ot chociażby, że w holenderskim miasteczku Oudewater była miejska waga, na której ważono kobiety oskarżone o czary, które podobno miały być lżejsze niż wskazywały na to ich postury. Na szczęście rządzący gminą zawsze wydawali certyfikat, że kobiety ważą wystarczająco. Uff. Przynajmniej gdzieś w Holandii polowanie na czarownice nie było priorytetem.  Z zaskoczeniem przeczytałam, że tak naprawdę było siedem Kleopatr, a ta którą my znamy, jest właśnie tą siódmą, ostatnią. O decyzjach matrymonialnych nie wspomnę, za to głębokie ukłony w stronę Autorki felietonów za prześmiewczy sposób omówienia tego tematu.  Naprawdę warto było przeczytać. Takich wartych do przeczytania opinii jest w książce mnóstwo. Niech nie zrazi Was ilość stron. Felietony są krótkie, maksymalnie na dwie strony. Dodatkowo każdy zaczyna się od nowej strony, więc wolnego miejsca jest sporo. Ja z rozkoszą poświęciłam na tę pozycję dwa wieczory.

Oprócz licznych ciekawostek dowiedziałam się też sporo o samej Szymborskiej. Tak jak i ona, dobrze, że nie okazałam się jedyną, kompletnie nie rozumiem, o co w operach chodzi i kto do kogo śpiewa, a tym bardziej dlaczego śpiewak sześćdziesięcioletni nazywany jest „pięknym młodzieńcem”. Wrrr. Poznałam Szymborską trochę od kuchni. O dziwo nie spodobał jej się gabinet figur woskowych, w przeciwieństwie do egipskich mumii. Refleksyjnie odebrałam jej opowieść o wielu nieodbytych spotkaniach z Wielkim Poetą, Czesławem Miłoszem. Czasem był tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki, a jednak na to spotkanie musiała czekać latami. Zaskoczył mnie felieton o „sobie samej”. Mistrzowsko Szymborska odegrała autorkę publikacji, o której pisała oraz siebie samą, jako tą, która dzieliła się swoimi spostrzeżeniami co do treści zawartych w „Lekturach nadobowiązkowych”.

Długo mogłabym się zachwycać nad jakością i wartością tego zbioru. Osobiste rozważania Szymborska ujęła nad wyraz inteligentnie, z licznymi spostrzeżeniami, dygresjami, uwagami. O jej kunszcie świadczy to, że nawet nieprzychylna opinia napisana jest ze swadą, dalekosiężnością i niezwykłym polotem. Pewne spostrzeżenia okazały się ponadczasowe, mimo upływającego czasu. Do tego piękny literacki język, niezwykłe zwroty i dawno zapomniany styl. Styl, który otwiera nam oczy i poszerza nasze horyzonty. Ciekawi jesteście, co Szymborska miała na półkach? Mam nadzieję, że tak. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 9/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak.

„Niewybaczalne” Izabela Janiszewska

NIEWYBACZALNE

  • Autorka: IZABELA JANISZEWSKA
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 410
  • Data premiery: 13.10.2021r.

Autorkę kryminału „Niewybaczalne” Wydawnictwa @Czwarta Strona, która miała premierę 13 października br., znam z serii „Wrzask”. Miałam przyjemność przeczytać wszystkie trzy tomy, tj. „Wrzask”, „Histeria” oraz „Amok”. Każda poprzednio czytana książka zachwyciła mnie kompleksowością rysu psychologicznego sprawcy, dobrym językiem oraz uderzającą w serce postaciami ofiar. Recenzując trzecią część serii „Amok” trochę pospojlerowałam 😉. Fabuła poruszyła mnie do głębi, uderzyła w moje najczulsze struny. Wszystkie uczucia, spostrzeżenia przelałam w recenzję pisząc ją będąc ciągle w ogromnych emocjach. Tym razem obiecuję Autorce, @Izabela Janiszewska, że spojlerować nie będę. Obiecuję solennie, zatrzymać wszystkie tajemnice dla siebie. A tajemnic, niedopowiedzeń, sekretów i niewiadomych w tej książce jest bez liku. A to zawsze jest gwarancja udanego kryminału.

Większość ludzi przez całe życie zamartwia się kwestiami, które naprawdę ich nie dotyczą. Snują czarne wije przyszłych spraw, jakby to miało dać złudzenie nikłej kontroli nad rzeczywistością. Tylko że gdy dostajesz obuchem w głowę, nigdy nie jesteś na to przygotowany, a los bardzo dba o to, by uderzać w najmniej oczekiwanym momencie.” –„Niewybaczalne” Izabela Janiszewska.

W 1990 roku w małym miasteczku ginie 3-letni Kuba Babicz, zaginął w domu handlowym w trakcie zakupów z mamą. Wszyscy mieszkańcy angażują się w poszukiwania, w tracie których odkryto miejsce zbrodni trzech nieletnich chłopców. W śledztwo angażuje się miejscowa policja pod wodzą komendanta Suskiego. Sprawę nadzoruje prokurator Maja Miksa. Dwadzieścia pięć lat później Zuzanna wraz ze śmiercią swego ojca odkrywa, że matka, którą uznawała za nieżywą, tak naprawdę zmarła niedawno. Jako była dziennikarka śledcza odsłania kolejne rąbki tajemnicy, które wiodą ją w przeszłość. W to, „(…) co zaczęło się dwadzieścia pięć lat temu…” i do tej pory „(…) się nie skończyło.”

Ponownie Izabela Janiszewska zbudowała powieść, gdzie ogromne dla mnie i myślę, że dla większości czytelników, mają znaczenie ofiary. Cytując ją samą oni tak naprawdę nie byli ofiarami, „(…) byli dziećmi. Kruchymi, niewinnymi i martwymi.” To zawsze dotyka mnie do głębi i zastanawia, kim musi być zwyrodnialec, który pozbawił niewinne dzieci życia. Co go do tego pchnęło i jakie żądze tym czynem musiał zaspokoić? Na te pytania trudno odpowiedzieć. Wczytując się jednak w kolejne strony powieści, obraz odsłania się sam z jego wszystkimi brakami, rysami i niedociągnięciami. Do tego duszna małomiasteczkowa społeczność, gdzie każdy każdego zna, każdy każdego chroni i każdy z każdym trzyma. To tylko osoba z zewnątrz jak Zuza Lenart ma szansę przeniknąć do miejscowego „piekiełka” i dogrzebać się prawdy, która zdaniem wielu mieszkańców, została skrzętnie ukryta. Niezwykle dotknęła mnie relacja Zuzy z jej nieobecną matką, z kim za kimś tęskni się całe życie, a okazuje się, że ta osoba mogła być obok. Przez wiele lat, w wielu wspólnych dniach, które zostały im odebrane. Bez względu na motywy, wydaje się to okrucieństwem nie do przyjęcia. Z jakich powodów można odebrać dziecku matkę? Z jakich powodów można odebrać matce dziecko?  

Bardzo podobała mi się konstrukcja książki. Wszystko zaczyna się krótkim rozdziałem zatytułowanym „Tamta noc”. Kolejno czytelnik przenosi się do roku 1990. Te retrospekcje idealnie dopełniały bieżące wydarzenia, które Janiszewska zawarła w rozdziałach zatytułowanych „Zuzanna, 2015”. W tym gatunku uwielbiam retrospekcje, które przenoszą mnie w inny czas. Czas mi znany, który pamiętam. To taka podróż w lata Żytniej, Popularnych, Klubowych, lata, w których nie było komórek, a prawie każdy jeździł Maluchem lub Polonezem. Bohaterowie  zostali wykreowani w sposób kompleksowy i wyrazisty. Szczególnie upodobałam sobie prokurator Miksę. To prawdziwa twarda i kompetentna babka, mimo swoich niedoskonałości. Polubiłam ją od razu i mam nadzieję spotkać ją jeszcze na kartach innych powieści Autorki. Nie ukrywam, że ukłonem w moją stronę, było wprowadzenie do powieści jednego z moich ulubionych bohaterów cyklu „Wrzask”. Za co Izabeli Janiszewskiej serdecznie dziękuję. Dobrze powrócić do lubianych postaci, nawet jeśli występują już  w innej „bajce”. Z główną bohaterką miałam lekki problem. Z jednej strony bardzo inteligentna, ambitna, wyedukowana i potrafiąca nawet w najsłabszych momentach wydobyć z siebie umiejętności i predyspozycje zbliżające ją do prawdy. Z drugiej taki motający się samotny elektron, któremu silne emocje, poczucie zdrady i krzywdy oraz przeszłe niepowodzenia przeszkadzają jej w poradzeniu sobie z  własnymi problemami, ułomnościami. Bez wątpienia Zuzanna jest prawdziwa. Świadoma swoich niedoskonałości, mierząca się ze swoimi demonami, nie unikająca konfrontacji. Możliwe, że jej odbiór przysłania mi tęsknota za Larysą Luboń, którą wyjątkowo polubiłam w serii „Wrzask”.

Jest to bardzo dobra książka. Na nic moje utyskiwania i tęsknota za Luboń, Zuzanna Lenart jest jej godną następczynią. Do tego akcja i małomiasteczkowe tajemnice, które w tak hermetycznym środowisku są odzwierciedleniem gnuśności, zadufania i mylnego wyobrażenia, że „swoje brudy należy prać w domu”. Izabela Janiszewska wykazała dużo wrażliwości, wyczucia kreśląc fabułę, w której znaczenie ma dom, wychowanie, relacje międzyludzkie, tęsknota rodziców za dziećmi i dzieci za rodzicami. Do tego język, idealny w swej prostocie, który pozwala biec myślom naprzód razem z każdą przeczytaną kolejną stroną. A zakończenie…. Wbiło mnie w fotel i rozwaliło moje wszystkie stworzone w głowie teorie.

Czytajcie Janiszewską!!! Żadna jej powieść Was nie zawiedzie!!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona.

„Wchodzi koń do baru” Dawid Grosman

WCHODZI KOŃ DO BARU

  • Autor: DAWID GROSMAN
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 220
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.10.2021r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 18.05.2016r.

Polska oszalała na punkcie kryminałów. To fakt. Ja również nie jestem daleka od fascynacji tym gatunkiem, wyjątkowo hołubiąc naszych rodzimych pisarzy. By zachować jednak pewien balans w gatunkach literackich i od nowa zachwycać się aktualnie mniej popularnymi gatunkami, sięgam od czasu do czasu do literatury pięknej. Jak na razie moja recenzencka przygoda z literaturą piękną kończy się wysoką oceną.

Tym razem na warsztat czytelniczy wzięłam książkę Dawida Grosmana, , która uhonorowana została Nagrodą Bookera, o przewrotnym tytule „Wchodzi koń do baru”. 13 października br. miała premierę nowa publikacja tego wybitnego izraelskiego autora pt. „Gdyby Nina wiedziała”. Przy tej okazji Wydawnictwo @Znak Literanova (imprint @wydawnictwoznakpl) wznowiło poprzednią książkę Grosmana. Nie ukrywam, że sam tytuł już mnie zaintrygował. Oczami wyobraźni widziałam tego konia wchodzącego do baru😊. Niewiele się pomyliłam, gdyż książka to współczesny stand – up, a czytelnik odgrywa rolę widza. Czy książka zaciekawia tak samo jak jej tytuł? Przeczytajcie recenzję, by się dowiedzieć😉.

Wszystko dzieje się w czasie rzeczywistego występu stand – upowego. Na scenie pięćdziesięciosiedmioletni Dowale G. Widownia bardzo urozmaicona, małżeństwa z dłuższym stażem, motocykliści, grupa młodych mężczyzn, pewnie wojskowych na przepustce i ona, karlica z przeszłości. Gościem honorowym jest kolega z przeszłości, sędzia w stanie spoczynku, zaproszony przez artystę, zaproszony po kilkudziesięciu latach, w trakcie których mężczyźni nie mieli ze sobą kontaktu. Jak to w stand-upie, występujący wywołuje salwy śmiechu, odgrzebuje stare kawały, nabija się z widzów zwracając się bezpośrednio do nich i prowadzi swoistego rodzaju grę. Grę, w trakcie której jedni czują współczucie, inni gniew, a jeszcze inni niesmak. Czy występ był udany? Jaki będzie jego finał?

Z ogromnym wyczuciem, konsekwencją i mistrzowskim piórem Grosman stworzył bohatera zranionego. W wybitny sposób skonstruował fabułę. Aktualny występ stand-upowy poprzerywał wydarzeniami z przeszłości, opowiadanymi w formie anegdoty przez Dowale G., jak i występującymi we wspomnieniach zaproszonego sędziego, kolegi z przeszłości artysty, z okresu gdy obaj mieli po czternaście lat. To sędzia jest narratorem. Jego narracja pierwszoosobowa jest bardzo intymna, dzięki niej dostrzegamy inne istotne aspekty, które ukształtowały Dowale G. To historia wielowymiarowa. Zranione uczucia, niezabliźnione rany, zmory z dzieciństwa, wstyd i gorycz, matka, która przeżyła Holokaust i ojciec, z jednej strony wspierający, z drugiej tylko wymagający. To historia Izraela z jego najbardziej traumatyczną historią w tle. Komik na scenie momentami zmienia się w tragikomika. Stand-up zamienia się w spowiedź. Spowiedź, która sieje ziarno wśród publiczności i czytelnika, a potem zbiera żniwo w postaci współczucia, nostalgii, niezgody na to, co się zdarzyło w przeszłości, na to, co nie zostało uniknięte, na ten ból i cierpienie człowieka.

Dawid Grosman na dwustuczterdziestu stronach, w fabule opartej na jednym wieczornym występie komika dokonał rozrachunku. Rozrachunku życia, które nie potoczyło się tak jak powinno. Życia, w którym niezrozumienie otoczenia, niechęć i brak zrozumienia pozostawiły liczne, niezabliźnione rany, skazy jątrzące się każdego dnia i krwawiące w najmniej oczekiwanym momencie. Ten monodram zachwyca swoją szczerością, brutalnością i niepokojem, co z tego, co już w przeszłości, wróci w teraźniejszości. Wielki szacunek dla Autora za tak skonstruowaną powieść. Powieść o życiu, w każdym jej wymiarze. Książka zawiera bardzo głęboką treść, która pozostawiła mnie w smutku i zadumie. Zadumie nad człowieczeństwem i nad tym, gdzie się tak naprawdę ono zaczyna i dlaczego czasem kończy.

Moja ocena: 9/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki.

„Balwierz” Katarzyna Bonda

BALWIERZ

  • Autorka: KATARZYNA BONDA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Seria: HUBERT MEYER. TOM 6
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery: 13.10.2021r.

W ubiegłą premierową środę, tj. 13 października br. miał premierę szósty tom cyklu z Hubertem Meyerem „Balwierz” pióra @Katarzyna Bonda wydany nakładem @wydawnictwo.muza.sa. Obiecałam sobie, że to będzie pierwsza książka, którą przeczytam z ostatniej środy premierowej. Udało się!!! Nowego Meyera już znam. Mam nadzieję, że ciekawi Was, jak tym razem go i jego współpracowników odebrałam😉. Zapraszam do przeczytania mojej opinii na temat najnowszej książki z serii z profilerem kryminalnym Hubertem Meyerem.

„Wraz z ostatnią kroplą, która wypłynęła z żyły dziecka, narodził się ON. Balwierz z Narwi.”- z opisu Wydawcy.

Tak, nie wprowadzę Was lepiej w fabułę książki, niż Wydawca. Pozwólcie, że jeszcze zacytuję; „Z ciała martwego Tymka upuszczono krew, w pobliżu torów snajper położył trupem księdza Donata”. Opis Wydawcy gwarantuje tajemnicę, złożoność fabuły i głębokie emocje. W śledztwo uwikłany zostaje psycholog Hubert Meyer przebywający aktualnie na Podlasiu, w Narwi będąc gościem swego przyjaciela, Domana. Śledztwo wyjątkowo trudne, sprawa bardzo skomplikowana. Mały Tymek, czy ksiądz Donat Giza nie są jedynymi ofiarami Balwierza. Giną kolejne osoby, a miejscowi śledczy nie do końca rozumieją z kim mają do czynienia i co za chorą grę prowadzi morderca. To wszystko stara się odkryć Meyer.

Trudno czytać mi o śmierci dziecka, nawet w fikcyjnej fabule. Te niezawinione śmierci uderzają w najczulszą strunę mego serca, niejednokrotnie wprawiając mnie w przygnębienie. Te ciągłe pytania; dlaczego? jak? co to za zwyrodnialec?, towarzyszyły mi w trakcie czytania. Pytania, na które nawet i w rzeczywistości nie potrafimy znaleźć odpowiedzi.  Dziecko złożone w ofierze, będące wielokrotnie ofiarą spuszczania krwi, przykryte dodatkowo myśliwskim ornatem drugiej ofiary, księdza Gizy. Okazuje się, że Tomek to nie jedyne dziecko, wokół którego toczyć się będzie opowieść. Parę miesięcy wcześniej zaginęła jedenastoletnia Mira. Z takimi uczuciami, emocjami Katarzyna Bonda zmierzyła się wyśmienicie. Wrażenia po przeczytaniu tego tomu, bardzo przypominają mi moją reakcję na czwartą część, tj. „Nikt nie musi wiedzieć”. Zawrotne tempo, akcja nie zwalniająca ani na moment, trafne wypowiedzi, Meyer w pełnej krasie, liczni, ciekawi poboczni bohaterowie, to cechy zbieżne. Po raz kolejny Autorka udowodniła, że potrafi wszechstronnie poprowadzić fabułę, w sposób, uniemożliwiający oczywiste odgadnięcie zagadki, rozstrzygnięcie, kto jest sprawcą. Bardzo dobrze sprawdziły się również w treści takie ciekawe wątki jak: kłusownictwo, zdrada i nieszczęśliwa miłość, odwieczny spór pomiędzy dobrem ze złem, hermetyczna mała społeczność, miejscowe sekrety i dawno pogrzebane sprawy, czy chociażby na trwale zakotwiczonej w sercu i umyśle nienawiści, podżeganej dodatkowo wydarzeniami z bieżącej historii. Wiele wątków nie zostało dokończonym, pozostawiły nadal pytania w mojej głowie. Być może okazały się nieistotne i tylko mnie wydają się ciekawe, godne kontynuacji.

Katarzyna Bonda jest dla mnie niekwestionowaną mistrzynią budowania napięcia w swoich książkach. Za każdym razem skupiam się maksymalnie, by jak najwięcej wyciągnąć z czytanej treści dla siebie, by nic mi nie umykało. Nie wystarczająco jednak, nie wystarczająco, jak się okazuje. Bawię się z Autorką trochę w „kotka i myszkę”. Ja gonię, a Bonda skutecznie ucieka w kolejną tajemnicę, kolejne niedopowiedzenie, kolejne mylne wyobrażenie o fikcyjnej rzeczywistości. Ta zabawa bardzo mi się podoba, mimo, że kilkukrotnie czułam się maksymalnie zaskoczona, zmęczona ciągłym „rozmienianiem na drobne”, o co tym razem chodzi. Spędzony razem czas przy „Balwierzu” uważam za wyjątkowo cenne doświadczenie. Mimo trudnych tematów, ofiary w osobie dziecka, kryminał napisany jest w bardzo przyjemnym stylu. Tempo dodatkowo sprawia, że czyta się go szybko i sprawnie. Autorka wielokrotnie poruszyła psychologiczny aspekt sprawcy nakreślając szerszy kontekst, nie tracąc ani krzty polotu, sprawności i uważności czytelnika. Bardzo spodobał mi się zabieg wprowadzenia do fabuły Domana juniora. Jeden Doman to już dużo, wyobraźcie sobie, że jest ich dwóch!!! Prokurator Rudy jak zwykle również nie potrafiła siedzieć bezczynnie w Warszawie, gdy Meyer mierzył się z Balwierzem. Sam Meyer w pełnej krasie. W „Balwierzu” był takim, jakim go najbardziej lubię; emocjonalny, momentami brutalny, maksymalnie zaangażowany, wykonujący wiele pracy w bardzo krótkim czasie, chwilami nerwowy, wybuchowy i narwany. Skleja kolejne obserwacje jak puzzle. Stara się być o jeden krok przed tytułowym Balwierzem. Stara się, choć nie zawsze mu wychodzi.

Prościej się nie da: idealnie skomponowany kryminał!!! Czytajcie!!!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Klatka dla niewinnych” Katarzyna Bonda

KLATKA DLA NIEWINNYCH

  • Autorka: KATARZYNA BONDA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Seria: HUBERT MEYER. TOM 5
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 28.07.2021r.

13 października br. będzie miał premierę szósty tom cyklu z Hubertem Meyerem „Balwierz” pióra @Katarzyna Bonda. Książka już na mojej półce. Nie mogłam jednak powstrzymać się przed wróceniem do piątego tomu serii pt.  „Klatka dla niewinnych”, który miał premierę 28 lipca 2021r. Egzemplarz papierowy finalnie do mnie nie dotarł. Jednak książkę z powodzeniem mogłam przeczytać w elektronicznej wersji. Pomijając jeden tom, wiele bym straciła. Przecież Hubert i jego najbliżsi współpracownicy nie zawsze są tacy sami, nie zawsze są przewidujący. Czwarty tom serii, wydany po latach przez @wydawnictwo.muza.sa „Nikt nie musi wiedzieć” oceniłam bardzo wysoko czy i „Klatka dla niewinnych” spodobała mi się tak samo?

I tym razem Hubert wplątuje się we wszystko, co niespotykane, co nietuzinkowe. Taki jego urok. Na prośbę prokurator Weroniki Rudy Hubert przyjeżdża do Warszawy, by pomóc w śledztwie prowadzonym w sprawie rodziny Englotów. Piotr Englot kończy odsiadywać 8-letni wyrok pozbawienia wolności za zabicie własnej żony, Róży. Zadał jej czterdzieści trzy ciosy nożem. W mieszkaniu był jeszcze sześcioletni syn Jonasz, który w wyniku traumatycznych przeżyć przestał się odzywać. Organy śledcze starają się zatrzymać Englota w więzieniu, gdy w niespodziewany sposób wypada z siódmego piętra Stanisława, babcia Jonasza, której powierzono opiekę nad wnukiem. Zdaniem Meyera i Rudy te sprawy się łączą. Czy tylko te sprawy? Czy jeszcze ktoś, coś z przeszłości ma znaczenie dla rozwiązania tej zagadki?  

Ależ Katarzyna Bonda namieszała, ale pogmatwała tą historię zgodnie z zasadą Meyer w środku wszystkiego, co dziwne, co niebezpieczne, co fałszywe i ciekawe. Tylko jakby tego Meyera w tej części było mniej. Prym wiedzie niezawodna Ruda, która wysunęła się na pierwszy plan i jej przyboczny nadkomisarz. Oczywiście nie zabrakło też starego znajomego, Domana, który pojawił się w kluczowym momencie. Wprowadzony wątek Dragana całkowicie zbił mnie z pantałyku, wywiódł mnie na manowce, przez praktycznie całą książkę zastanawiałam się jaką finalnie odegra rolę w fabule. Rozstrzygnięciem czuję niedosyt.

Fabuła toczy się od 28 stycznia 2021r. do 3 lutego 2021r. Bonusem jest epilog z Dnia Zakochanych. Akcja mimo, że dzieje się w ciągu siedmiu dni rozpisana została z najdrobniejszymi szczegółami. Chwilami dziwiłam się, że w tak krótkim czasie jednego dnia, tyle się może zdarzyć. Miałam wrażenie, że poszczególne czynności, przesłuchania, spotkania, obserwacje trwają co najmniej tygodniami. To takie ekspresowe śledztwo, w którym nie zabrakło ciekawych zwrotów akcji. Wątek wokół BDSM dla mnie okazał się ciekawym uwieńczeniem intrygi. Zgodnie z zasadą „Nie wszystko złoto, co się świeci” najskrytsze pragnienia, wyuzdane fantazje, najbardziej wyrafinowane potrzeby seksualne dotykają wielu ludzi z pozoru wydających się bez skazy, bez jednej rysy. Zadziałał tu oczywiście stereotyp, łapałam się na myśleniu: ona naprawdę??? on naprawdę??? To ciekawy zabieg pisarski, który mnie wprowadził w osłupienie. Zaciekawił mnie doszczętnie wątek z Lady Herą. Typowałam, typowałam, aż wytypowałam. Wszystko zaczynało się układać jak w puzzlach, każdy wątek zaczynał składać się w jedną całość. Przeszkadzała mi jednak mnogość tych wątków pobocznych, które powodowały, że nie mogłam skupić się na głównych bohaterach, na głównym nurcie akcji. Zapewniam Was jednak, że to celowy zabieg Autorki, wyprowadzić nas na przysłowiowe manowce, byśmy jako czytelnicy do końca nie wiedzieli co jest ważne i co istotne. Nie wiem tylko do końca dlaczego ten Meyer okazał się taki ważny, przecież nie odgrywał kluczowej roli w śledztwie. Odebrałam go, jakby stał trochę z boku, za mało się angażował w śledztwo, bardziej skupiał się na relacji z Rudy. Jego działanie było powolne w odniesieniu do toczącego się z szybkością Pendolino  śledztwa. Tandem Rudy i Meyer jakby przestał istnieć. Kilkukrotnie odniosłam wrażenie, że miejsce Meyera zajął nadkomisarz Olchowik. Nie ukrywam, że z Panią Prokurator tworzył zgrany i ciekawy duet. Rudy była wszędzie, Meyer jakby w jednym miejscu nie wnosząc niczego kluczowego, a jednak dla kogoś okazał się najważniejszy. Tak ważny, że ktoś pokusił się o…… Uff, dobrze, że się zatrzymałam. Tu zaczęłabym już spojlerować.

Meyera uwielbiam, o czym wspomniałam już w poprzedniej recenzji przy okazji czwartego tomu (recenzja na klik). Ma w sobie to coś. Ten spokój, tą spostrzegawczość, tą zadrę i to nieszczęście, które czyni go jeszcze bardziej ciekawym. Sama profesja profilera zawodowego bardzo mnie ciekawi i do tej pory nie znudziła. Jego spostrzeżenia chłonę jak gąbka i wewnętrznie z nimi dyskutuję. To zawsze jest wartość tego cyklu. Plusy to: konsekwentnie wykreowane postaci, ciekawa, wielowątkowa fabuła, która doczekała się nieszablonowego rozstrzygnięcia. Tak, zakończenie mnie zaskoczyło, a ja w kryminałach cenię to bardzo.

Polecam „Klatkę dla niewinnych” i już nie mogę się doczekać wrażeń z tomu szóstego. Kolejna odsłona jeszcze przede mną.

Moja ocena: 7/10

Książka wydana nakładem Wydawnictwa Muza.

„Dwa królestwa, jedna krew” Renata Czarnecka

DWA KRÓLESTWA, JEDNA KREW

  • Autorka: RENATA CZARNECKA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Cykl: DYLOGIA ANDEGAWEŃSKA (tom 1.)
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery: 29.09.2021r.

Sama nazwa oficjalnej strony Autorki na FB @Renata Czarnecka-piszę o kobietach już mi się spodobała. Po lekturze powieści historycznej „Dwa królestwa, jedna krew”, która premierę miała 29 września br. przyznaję, że faktycznie w treści oprócz silnych królów, przystojnych i rządnych władzy książąt z najznakomitszych rodów, jest rzecz o kobietach. O tych z koronowanymi głowami, o tych przesuniętych w cień ze względu na prawo pierwszeństwa, o tych zwykłych, służalczych, wiecznie z pochylonymi karkami. A ja o kobietach uwielbiam czytać. To moja pierwsza przygoda z Autorką, którą rozpoczęłam dzięki Wydawnictwu @Książnica i mam nadzieję, że nie ostatnia.

Historia niejedno ma imię!

To nie nudna lekcja historii. O nie! To opowieść o dwóch silnych kobietach, w których żyłach płynęła ta sama krew przodków. To historia życia i sporu pomiędzy Elżbietą Łokietkówną, królową Węgierską a Joanną Andegaweńską, królową Neapolu. To losy połączone przez ambicje i godność, która w każdym kolejnym pokoleniu winna być podnoszona. Książka jest osadzona w wieku XIV. Najpierw poznajemy Elżbietę, która poślubiła króla Węgier Karola Roberta, pierwszego króla – Andegawena. Z pozoru nieszczęście Elżbiety stało się jej siłą. Szybko rozkochała w sobie króla i pozyskała władzę wpływu na niego. Ze względu na jej ambicje ich syn Andrzej został przeznaczony Joannie, córce neapolitańskiego króla. Małżeństwo kilkulatków w dorosłym życiu nie zaznało szczęścia. Joanna chora z niemożności władania, uchylająca się od obowiązków małżeńskich, szukająca pocieszenia w miejscu jak najdalszym od ramion męża, doprowadza do silnego konfliktu politycznego, którego zarzewiem jest przedwczesna śmierć Andrzeja. Czy politycy zdołają uchronić Neapol od zemsty króla Węgier? Czy oddalą nad królestwem widmo wojny?

Historia była w szkole jedną z najbardziej ulubionych przeze mnie lekcji. Miałam szczęście do nauczycielki. Silna, zarażająca swą pasją kobieta, potrafiła przekazać w bardzo ciekawy sposób nawet najbardziej nudne fakty historyczne. Muszę napisać jednak, że najlepsza lekcja belferki nie może równać się z tą książką. Dzięki niej zrozumiałam, co znaczyła dla książęcych i królewskich rodów polityczna gra, w której brały od początku udział bardzo małe dzieci. Bonusem jest dołączone na końcu drzewo genealogiczne, które pomagało mi zagłębić się w powinowactwo pomiędzy głównymi bohaterami. Tak czasem nie dalekie, byle tylko korony pozostawały w jednych rękach.

Renata Czarnecka skroiła bohaterów na miarę XXI wieku. Wiele w nich pasji, wiele nieszczęścia, wiele błędnych decyzji i chorych ambicji. Opisała czasy kobiet z królewskiego rodu, które nie zawsze chciały się podporządkować swemu mężowi, które szukały możliwości realizacji własnych pasji, własnych ambicji jak nie wprost, to ukradkiem. Które w ten sposób chciały objawić światu swoją niezależność. Opisała zwykłych poddanych, dwórki spełniające zachcianki i kaprysy męskich potomków królewskiego rodu, służących nie potrafiących się przeciwstawić, ani spojrzeć w twarz władcom, zwykłych żołnierzy wykonujących bezwolnie rozkazy, z którymi nie sposób się było zgodzić. Wśród nich potrzeba szczęścia, potrzeba ułudy stanowienia o swoim losie, cicha i bierna agresja. Czarnecka zabiera nas w lata przepychu królewskich dworów, okres rządzenia światem zza kuluarów przez papieża Klemensa, czasów, gdy jedyną cnotą kobiety była jej bogobojność. O nie, nie chciałabym żyć w tych wiekach. Czasy, gdzie błąd i decyzja samej królowej tak naprawdę kosztowała życie wielu, tylko po to, by odsunąć od siebie odpowiedzialność. To prawdziwa gra polityczna, która toczyła się wiele wieków temu, a miałam wrażenie jakbym czytała trochę o współczesności. No cóż, pewne mechanizmy nie tracą na aktualności, zawsze dobrze się sprawdzają, gdzie władza nad innymi miesza się z własną potrzebą realizacji swoich celów. Dodatkowo spodobały mi się losy niektórych neapolitańskich książąt, przeświadczonych o swojej wyjątkowości, co okazało się zgubne. No tak, nie zawsze kobiety okazywały się ofiarami historycznych dziejów. Trochę o tym zapomniałam, na szczęście ta powieść mi o tym przypomniała. Jako niewprawny fan historii miałam tylko problem z osadzeniem konkretnych bohaterów. Losy głównych bohaterów opisane są w sposób dość szczegółowy. Te same imiona, nazwiska chwilami wymagały ode mnie dłuższego zastanowienia, gdzie jest ten klucz, gdzie jest ten łącznik. Kto z kim, kto i dlaczego, kto i jak?  

Autorce udało się  oddać ducha tamtych czasów, opisać historię w sposób barwny, ciekawy, kompletny. Dzięki emocjom wywołanym romansami, knowaniami, intrygami, gierkami politycznymi książka była dla mnie miłą odskocznią od popularnego na moich półkach gatunków. Jeśli lubicie podróże w odległą przeszłość sięgnijcie po tę pozycję. Zanurzcie się bezwolnie i bez uprzedzeń w połączone losy, do tego w bardzo dobrym stylu, Elżbiety i Joanny, którym nie dane było się prawdziwie pokochać.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Książnica.