„Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks

UWAŻAJ, CZEGO PRAGNIESZ

  • Autorka: ADELE PARKS
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Liczba stron: 494
  • Data premiery: 18.05.2022r.

@Wydawnictwo Kobiece po publikacji premiery ze stycznia 2022r. „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa” (moja recenzja na klik) w dniu 18 maja br. wydało kolejną pozycję Adele Parks pt. „Uważaj, czego pragniesz”. Tropikalne temperatury i lato w pełni wstrzymało moją zdolność do dzielenia się z Wami moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu książek😊. Wracam jednak w swoim stylu. Praktycznie w pierwszym dniu mojego wakacyjnego wyjazdu😉.

Dwie kobiety, które kiedyś nie mogły być sobie bliższe, dopóki nie oddaliły się od siebie na astronomiczną odległość. Znamy się na wylot, wiemy o sobie wszystko, byłyśmy świadkami, jak jedna i druga wzbija się na wyżyny człowieczeństwa oraz zachowuje się poniżej wszelkiej krytyki.” – „Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks.

Nawet nie dwie, tylko trzy kobiety. Lexi, Jennifer i Carla. A także trzej mężczyźni; Jake, Patrick i Fred. Trzy rodziny. Kilkoro dzieci. Członkowie syndykatu, którzy przez wiele lat wspólnie skreślali te same cyfry w grze lotto. Po zerwaniu porozumienia wygrana trafia do Lexi i Jake, którzy w kolejnym tygodniu, tak jak dotychczas skreślili te same numery. Wygrana wszystko zmienia. Tak jak pieniądze zmieniają wszystko. Nagle zwycięscy stają się celebrytami, a byli członkowie zerwanego syndykatu zaczynają domagać się swojej części. Pozorne szczęście zaczyna pękać jak bańka mydlana.

A najsmutniejsze jest to, że przestają być szczęśliwi, bo zakosztowali życia na poziomie, ale tylko na krótko…” – „Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks.

Bardzo podoba mi się oprawa książki. Jest bardzo wizualnie podobna do „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa”. Książki, która jednak bardziej przypadła mi do gustu niż „Uważaj, czego pragniesz”. Temat podjęty przez Parks w tej publikacji jest jednak niezwykle ciekawy. Trzy pary przyjaciół. Przyjaciółki i przyjaciele, których życie nagle okazuje się jednym kłamstwem, a związki przyjacielskie cienkie jak pajęcze nici. I chciałoby się powiedzieć za poprzednim tytułem; kłamstwa, wszędzie kłamstwa.

Książka skonstruowała jest w bardzo przejrzysty i czytelny sposób. Fabuła rozpisana została w rozdziały, oznaczone konkretnymi datami. Niektóre z nich pisane są z perspektywy Lexi i Emily, wówczas czytelnik zanurza się w narrację pierwszoosobową. Śledzimy losy matki i córki w poszczególnych perspektywach czasowych od 20 kwietnia do 24 października. Autorka wprowadziła również czytelnika dodatkowo narracją trzecioosobową w wydarzenia poprzedzające wygraną oraz wydarzenia mające miejsce wiele lat wcześniej, które skutkowały niewinną śmiercią matki i jej kilkuletniego syna. Dzięki prostemu, wyraźnemu i jednoznacznemu przekazowi nie sposób się jednak pogubić w akcji i w konkretnych perspektywach czasowych. To jest wartość dodana tej publikacji.

Co do samej fabuły, to nie jest to pasjonujący thriller, czy książka akcji, w której wiele się dzieje, aż brakuje nam tchu. Wręcz przeciwnie. Akcja toczy się ociężale. Wydarzenia następują po sobie jakby w zwolnionym tempie. Wiele pobocznych wątków zaprząta myśli czytelnika, a ostateczne i ważne rozstrzygnięcia zostały rozpisane jakby dodatkowo, na sam koniec, w samej końcówce. Tak jakby w przydługiej grze w szachy szach mat został zrobiony jednym ruchem. Przyjaciel okazuje się wrogiem na kilku ostatnich stronach, a z wrogiem nagle zaczynami sympatyzować😉. Jestem znudzona takimi konstrukcjami książek, w których bohaterowie wydają się jakby osobami bez podejrzeń, bez umiejętności wnioskowania i dostrzegania oczywistych sygnałów. Jakby były zaślepione następującymi po sobie elementami fabuły, które konsekwentnie realizuje pisarz.

Mimo wszystko, książkę czyta się przyjemnie. Bardziej jako powieść obyczajową, w której związki międzyludzkie i utracone nadzieje odgrywają bardzo istotną rolę. Śledzenie losów rodziny Greenwoodów może być interesujące dla czytelnika, który jest niezwykle cierpliwy i lubi bardzo czytać historie o osobach, którym nie całkiem się powiodło.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

„Duchowa ścieżka” Gregory David Roberts

DUCHOWA ŚCIEŻKA

  • Autor: GREGORY DAVID ROBERTS
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 150
  • Data premiery: 1.06.2022r.
  • Data premiery światowej: 2.09.2021r.

Gregory David Roberts to autor „Shantaramu”. Książki, która poruszyła wielu czytelników. Sam Marcin Meller, którego czytelnicze opinie bardzo cenię, o książce napisał „Nigdy w życiu nie kupiłem tak wielu egzemplarzy jakiejś książki na prezenty dla przyjaciół. Wszyscy są wdzięczni. To jak przypadek ciężkiego uzależnienia: jeżeli przeczytasz kilka pierwszych stron, jesteś stracony dla bliskich i pracy na nadchodzący czas”. Dowiadując się, że @wydawnictwomarginesy wydaje 1 czerwca br. „Duchową ścieżkę” tego samego autora, nie wahałam się ani chwili, chociaż z opisu Wydawcy dowiedziałam się, że na historię z rodu „Shantaramu” nie mam co liczyć😉.

To książka nie o odkupieniu, nie o heroinie i nie o życiu w indyjskich slumsach. To niesubtelna metafora życia, naszego bytu, naszego jestestwa w sferze duchowej, naukowej, fizycznej i religijnej. Gregory David Roberts dzieli się z czytelnikiem swoimi doświadczeniami w procesie poszukiwania własnej wewnętrznej siły, by przeciwstawiać się trudom życia i mieć siłę odpychać błędne decyzje. I jak obiecuje Wydawca; „Duchowa Ścieżka to lektura obowiązkowa dla wszystkich poszukujących wewnętrznego spokoju”. Obowiązkowa, może i tak. Ale czy szyta na miarę?

Najgorzej to postawić wysoko poprzeczkę autorowi. Ja znów popełniłam ten błąd. Po rewelacyjnej historii opisanej przez autora na podstawie własnych doświadczeń w „Shantaramie” spodziewałam się rozważań o świecie rzeczywistym i duchowym, które mnie pochłoną, w których będę chciała odgrywać, choć w myślach i w głowie, stronę czynną, stronę dyskutującą z autorem. Stało się jednak inaczej. Czytając dociekania Robertsa nie byłam nimi wyjątkowo zainteresowana, nie byłam nimi zauroczona. Książkę traktuję jako kolejną wycieczkę w duchową, religijną, niematerialną, pełną emocji sferę człowieka zagonionego we współczesnym świecie.

Krótka książeczka. Pełna rozmyślań, rad, spostrzeżeń i uwag. Pełna przenikliwości skierowanych wprost w naszym kierunku, jak możemy lepiej, co możemy poprawić, na czym powinniśmy się skupić. Chwilami mocno moralizatorska, z silnym rysem przewodniczym. Wzbogacona dość siarczyście osobistymi zwierzeniami Robertsa, jego emocjami i własnymi przeżyciami. Bardzo intersującymi, nie powiem. Niezwykle ciekawymi.

Jeśli jesteście ciekawi przeżyć Gregorego Davida Robertsa, który przeszedł bardzo dłuuuuuuugą drogę do miejsca, w którym aktualnie jest, to przeczytajcie propozycję od Wydawnictwa Marginesy pt. „Duchowa ścieżka”. Skieruje ona Waszą uwagę na inne tory, na bardziej duchowe tory, o których istnieniu może już zapomnieliście.

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Czas zdrajców” Marek Krajewski

CZAS ZDRAJCÓW

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Seria: EDWARD POPIELSKI. TOM 11
  • Liczba stron: 379
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Edwarda „Łyssego” Popielskiego poznałam przy okazji dziesiątego tomu cyklu pt. „Miasto szpiegów”. @krajewskimarek po rewelacyjnej „Demonomachii” nakładem @wydawnictwoznakpl wydał „Czas zdrajców”, który premierę miał 18 maja br. o dalszych losach Popielskiego w świecie szpiegowskim II Rzeczypospolitej.

Cóż to za ród, te niewiasty – mruknął do siebie. – Omal ducha nie wyzionęła, była katowana, ale pamiętała, by  ukochanemu list miłosny napisać. Twarda sztuka i w dodatku poliglotka. Przydałaby się nam taka w Dwójce.” – „Czas zdrajców” Marek Krajewski.

Do takiej wyjątkowej niewiasty Aurelii Teichert de domo Oskiada Inglisjan vel Inglisowicz wysłał Popielskiego Kapitan Jan Henryk Żychoń, „szef Referatu Zachód Dwójki, odpowiedzialny za działania wywiadowcze przeciwko Niemcom…”. Mimo, że do kolejnej akcji wywiadowczej Popielski podszedł z obawą argumentując; „Czy ja wyglądam na żigolaka? Jestem stary, łysy i zmęczony. Przejechałem prawie tysiąc kilometrów, aby się dowiedzieć od pana, że mam być ogierem?” zaangażował się  w nią w pełni, nawet za bardzo. Na jego nieszczęście stracił do niej głowę, co spowodowało liczne implikacje w efektach jego pracy. Oskarżony o podwójne szpiegostwo musi udowodnić swoją niewinność angażując to samego Piłsudskiego, któremu kiedyś uratował życie i który to ma do niego słabość.

„Misterna gra wywiadów nie jest tutaj pojedynkiem dżentelmenów, lecz wyniszczającą walką prowadzoną przez renegatów, podwójnych agentów i manipulatorów depczących ludzie uczucia.” – z opisu Wydawcy.

Postać Łyssego całkowicie mnie przekonuje. Patrząc na zdjęcie jego twórcy po wewnętrznych stronach okładki Marka Krajewskiego i widząc ten inteligentny wzrok, brodę, eleganckie nakrycie głowy i elegancki ubiór trochę tak sobie go wyobrażam. Do tego obaj noszą tą samą fryzuję😊, co bynajmniej nie odejmuje im uroku. W postać Popielskiego Krajewski bez wątpienia wplótł własne doświadczenia. Obaj są z wykształcenia filologami. Przez co śledząc postać Popielskiego zachodzę w głowę, czy Krajewskiego odebrałabym w ten sposób. Nic, muszę się wreszcie przekonać i trafić na spotkanie autorskie z Autorem kryminałów i książek szpiegowskich retro, które wyjątkowo wpasowują się w moją duszę.

Wracając do powieści, to jak zwykle Autor stanął na wysokości zadania. Skutki akcji stanowiącej główną fabułę poznajemy najpierw w roku 1939, o czym Krajewski wspomina w prologu. W epilogu zaś zamyka ten wątek osadzając wydarzenia w roku 1940. Powieść składa się z dwóch części i łącznie czternastu zatytułowanych rozdziałów, których akcja osadzona zostaje w roku 1935, w którym Popielski rozpoczyna swoją kolejną tajną misję. Narracja jest trzecioosobowa, a język wręcz doskonały, przewyższający ponad wszelką wątpliwość jakością współczesną literaturę rozrywkową. To klasyka w pełnym tego słowa znaczeniu. Opowieść płynie swoim tempem. Autor wtrąca ówczesne sformułowania we właściwym sobie stylu. Słowa, które już dawno wyszły z użytku jak „passusy”, „cwikiery”, „bridż” wzbogacają słownictwo, które i tak jest zachwycające, pieszczące moje ucho i napawające mnie euforią, że jest mi dane czytać tak wyśmienite pisarstwo. To jest bez wątpienia cecha, która wyróżnia Marka Krajewskiego w gronie polskich współczesnych pisarzy.

Fabuła jest skomplikowana w stopniu, w jakim skomplikowany jest świat wywiadowczy i kontrwywiadowczy. Mnogość jednostek wywiadowczych polskich i obcych może nużyć, może przeszkadzać w odbiorze. Trzeba skupienia by nie pogubić się we włodarzach Dwójki, czyli II Oddziału Sztabu Głównego Wojska Polskiego, szefów Sicherheitsdienst czyli SD, czy Urzędu Abwehry, a także Gestapo i różnych, złożonych w nazwie wydziałów wspomnianych jednostek. Tak samo panteon postaci, w których polskie, niemieckobrzmiące i generalnie obcobrzmiące nazwiska przyczyniają się do plątaniny charakterów. Nazwiska brzmiące tak samo; Laskier, Lambert, Lewcio, Lepecki. Paulescu, Paterakowa, Ormonde, von Matthes-Pőllnitz, czy Heydrich, von Hardenburg mogą przyprawić o zawrót głowy. Mogą, ale nie muszą dzięki zamieszczonej na końcu Dramatis Personae do której sama wracałam kilkakrotnie, gdy tylko na moment odłożyłam czytanie.

Bez wątpienia trzeba być fanem książek retro, które przenoszą nas w rzeczywistość dawno minioną, prawie sprzed stu lat. Trzeba być fanem książek osadzonych w złożonym świecie wywiadów i kontrwywiadów, gdzie mnóstwo zdrajców, gdzie nie ma prawdziwych braci i sióstr, a także gdzie szpiegowanie na rzecz różnych ustrojów jest na porządku dziennym. I wreszcie trzeba być fanem klasycznego języka, którego w swym pięknie nie jestem w stanie porównać do języka żadnego innego, współczesnego pisarza w polskiej literaturze. A o pomysłowości Autora to mogłabym napisać odrębną opinię. Ona praktycznie nie zna granic i w głównym wątku, i w wątkach pobocznych, które tworzą odrębne, ciekawe historie skupiające na chwilę uwagę czytelnika na czymś innym. A scena erotyczna ze stron 48-49 wprost wymiata. Jest ponadczasowa. Ale nie tylko dla takich opisów warto sięgać po książki Krajewskiego😉.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Szkarłatna wdowa” Graham Masterton

SZKARŁATNA WDOWA

  • Autor: GRAHAM MASTERTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: BEATRICE SCARLET (tom 1)
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery w tym wydaniu: 18.05.2022r.
  • Data premiery: 28.10.2015r.

Mam jakieś takie nierówne doświadczenia z Grahamem Mastertonem, notabene autorem książek z wielu gatunków. W notce biograficznej przeczytałam, że to autor horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz jedenastu kryminałów z Katie Maguire. Jeden z horrorów oceniłam dość nisko („Dom stu szeptów”), za to dwie części kryminalnej serii z Maguire znacznie lepiej („Do ostatniej kropli krwi”, „Żebrząc o śmierć”). Nie mam do tej pory doświadczeniami z powieściami obyczajowymi i romansami. Może te okażą się bardziej trafiające w mój gust…

Wracając do kolejnej premiery od @WydawnictwoAlbatros z 18 maja br. pt. „Szkarłatna wdowa” po opisie spodziewałam się raczej książki w stylu „Szkarłatnej litery”. Filmu z Demi Moore, w której piętnowane życie w dusznej społeczności pełne było strachu, leków i niepokojów. Szkarłatność tytułowej wdowy w powieści po raz pierwszy wydanej w 2015 roku Grahama Mastertona jest niewytłumaczona.

Beatrice Bannister zaczyna interesować się pasją swego ojca – cenionego aptekarza. Dzięki jego zaangażowaniu poznaje najmroczniejsze tajniki ówczesnej farmakologii. Zna zioła, przetwory, wytwory chemiczne, które potrafią uleczyć, ale również te, które potrafią zabić. Po śmierci matki Nancy Bannister idylla rodzinnego życia zostaje zniszczona przez alkoholizm ojca. Osierocona Beatrice zamieszkuje z kuzynką Sarą, gdzie zaprzyjaźnia się z jej synem Jeremym. Szczęśliwym trafem zostaje żoną Francisa Scarleta protestanckiego duchownego, z którym wyrusza do Nowej Anglii i osiedla się w Sutton w hrabstwie New Hampshire. Życie kolonistów nie jest łatwe. Pełni strachu przed Indianami, nękani zabobonami wplątani zostają w intrygę rodem nie z tego świata. Najpierw na dziwną przypadłość zapadają krowy. Później giną świnie Scarletów. Nieszczęście dosięga też czterech niewolników, którzy zostali spaleni żywcem. Gdy Nicholas Buckley wraz z małym synem traci życie Pastor Francis Scarlet postanawia rozmówić się z przybyłym Jonathanem Shooksem, który jako jedyny twierdzi, że dla dobra wszystkich mieszkańców jest adwokatem diabła/demona wypraszającym u niego jałmużnę dla pozostawienia w spokoju.

„Nic na tym bożym świecie nie zdarza się przypadkowo, Beo. Za wszystkim stoi logika i porządek, nawet jeżeli tego nie widzisz. A nawet, gdy widzisz, nie możesz zrozumieć” -„Szkarłatna wdowa” Graham Masterton.

Kompletnie niespójna historia. Pomysł może Masterton miał niezły. Wierzenia, zabobony w dawnych czasach zbierały swoje żniwo. Daleka amerykańska ziemia i angielscy osadnicy to potencjalna podstawa ciekawej fabuły. Do tego diabelskie kopyta i dziwne zachowania miejscowej wdowy Bellknap uważanej za czarownicę przeciwko „szkiełku i oku”, logicznemu wnioskowaniu i fizycznej obserwacji. Realizacja poniżej moim oczekiwaniom. Główna bohaterka Beatrice, mimo swej wiedzy, swemu hartowi ducha, swej odwadze, swej hardości polega w starciu z mężczyzną, do którego od początku miała swoje podejrzenia. Polega w starciu z konstablem Jewkes, który bardziej niż sprawiedliwością zainteresowany jest piciem alkoholu. Polega na starciu z perfidnym wymuszeniem nie próbując nawet zwrócić się do stróżów prawa, do Generała Holyoke – sędziego pokoju. Jakby na wszystko się godziła. Jakby jej postać musiała wypełnić pewną rolę, pewne przeznaczenie. Jakby jej osobowość raz się liczyła, a raz nie.

Tak naprawdę chodziło o pieniądze. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to o pieniądze. Tym kompletnie autor mnie załamał. Gdzie tu mistyka!!! Gdzie tu demony, diabły, szatany!!! Gdzie tu strach i siły nadprzyrodzone!!! Znikły gdzieś w okolicy połowy książki, gdy już z prowadzonych dialogów można było się domyśleć, o co chodzi. Który złoczyńca odzywa się w taki sposób????!!! : „Zamierzam zrobić ci coś demonicznego, szkarłatna wdowo, bo myślisz, że nie zasługuję na miano demona”. Przecież gdy chodzi o krzywdę dzieje się to zwykle bez przydługiego wstępu, bez przynudzających dialogów.  

Do tego błędy językowe, które kłuły mnie w oczy. Bea zwraca się do swojego męża w dialogu Francisa tymi słowami: „Naprawdę nie widziałaś śladów kopyt?”. Francis odpowiada, a ona dodaje; „Mogły być sztuczne, Francisie….”. Bez wątpienia chodzi o dialog kobiety z mężczyzną. Do tego logiczne: „Szczególnie jeden demon. To opłata za ochronę przez szatana.” ??? Dla ochrony szatana nie znalazłam w książce żadnego uzasadnienia, żadnej kontynuacji, żadnego odniesienia. Trochę na zasadzie ochrona jest i już! A metody podtrzymywania ciepłego posiłku do tej pory nie zrozumiałam, mimo, że jakiś czas już o niej myślę😉 „Czy mam schować pański obiad od pieca, panie Shooks, żeby nie ostygł?”, raczej chyba „do pieca”. Czyż nie? A sposób w jaki Graham Masterton uporał się z pierwszą miesiączką głównej bohaterki to już prawdziwe nieporozumienie. W kilku zdaniach nazwał ją okresem, miesiączką lub „ciotką”, która przyjechała. Kuzynka Sara faktycznie wyprzedzała swoją epokę. W okresie, w którym autor osadził fabułę sformułowanie „ciotka przyjechała” nie istniało.

Niekonsekwentna fabuła. Niespójne dialogi. Nieprawdziwa i nierealna w swej dychotomii główna bohaterka. Do tego nielogiczne zwroty, sformułowania i użyte słownictwo nieprzystające na okres, w którym została osadzona fabuła. Demony niestraszne. Mieszkańcy osady bezwolni, bezmyślni, bez polotu. Nawet wielebny Francis nie przekonał mnie do siebie. Jedyna ciekawa postać to wysoki mężczyzna w brązowym płaszczu i wątek niespodziewanych kwiatów na łóżku wraz z perfumami Beatrice. Ale to za mało, by ocenić wyżej niż na cztery. Za mało.

Moja ocena: 4/10.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan” Andrzej Meller, Eleonora Meller

KAMPEREM DO KABULU. HIPPISOWSKIM SZLAKIEM PRZEZ TURCJĘ, GRUZJĘ, ARMENIĘ, IRAN I AFGANISTAN

  • Autorzy: ANDRZEJ MELLER, ELEONORA MELLER
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 519
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Przyznaję, że nie mogłam zabrać się do czytania kolejnej premiery od Wydawnictwa @Znak Literanova z dnia 18 maja br. dość długo. Przerażała mnie objętość tej publikacji. Mimo tylko pięćset dwunastu stron, ze względu na grubość papieru, wygląda jakby do przeczytania było co najmniej dwa razy więcej😉. Zerknęłam więc na youtube, obejrzałam podcasty i zajrzałam w oczy Andrzejowi i Eleonorze Mellerom (źródło: https://www.youtube.com, #wywiadowcypodcast  ). Oczy, w których ujrzałam samą pasję. Sam zachwyt. Samą ciekawość. Ich obraz i te kilka zdjęć zainspirowały mnie do zdecydowanego sięgnięcia po „Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan”. Chciałam sprawdzić, co Autorów tak zachwyciło, co ich tak oczarowało. Co sprawiło, że i @Andrzej Meller i jego żona @Eleonora Meller z pokorą założyli nakrycia głowy i wyruszyli we wspólną podróż życia. Pasjonującego życia…

Tak, tak dobrze myślicie. Andrzej Meller to mniej sławny brat Marcina Mellera, który ostatnio również promuje swoją książkę pt. „Czerwona ziemia” od @WydawnictwoZnak. Zresztą po bratersku całkiem odważnie zareklamował „Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan” na swej oficjalnej stronie FB (na klik). Oboje bracia to pasjonaci przygód. Oboje sprawni twórcy słowa mimo różnych doświadczeń zawodowych. Oboje ciekawi świata. Widocznie taka rodzina. Widocznie takie geny i tak sprzyjające środowisko. Aż żal, że nie urodziłam się Mellerką😉.

Nie żałuję natomiast, że przeczytałam książkę Państwa Meller „Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan”. Nie żałuję. Przeciwnie, bardzo dziękuję wydawnictwu @Znak Literanova (imprint @WydawnictwoZnak) za obdarowanie mnie egzemplarzem. Pozycją, która niezwykle inspiruje do przewartościowania własnego życia, własnych ambicji i własnych planów. Bo o tym jest ta książka podróżnicza.

Kiedy byłem tam, w Kabulu, mój umysł zupełnie przestał działać, nawet zacząłem zapominać różne rzeczy, pamięć mi nawalała, ale teraz czuję się zresetowany, tak jak kiedyś, wszystko wraca do normy. Straciłem napięcie, zszedł ze mnie stres i przestały mnie nękać czarne myśli. Widzę już przyszłość moją, mojej rodziny, zwłaszcza moich córeczek w jasnych barwach. Polacy wydają mi się tak bardzo uprzejmi, przyjacielscy i wspierający.” – „Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan” Andrzej Meller, Eleonora Meller.

To relacja dwójki ludzi, którzy wyruszyli w dawno planowaną podróż do obcych krajów, do obcej cywilizacji, do obcej kultury. Dzięki zaangażowaniu Andrzeja jego żona mogła zwiedzić nie tylko Afganistan, lecz także Turcję, Gruzję, Armenię i Iran. Jedwabnym szlakiem i starym mercedesem MB 100 doświadczyć tego, czego w przeszłości doświadczył jej mąż i zasmakować tego, co przez tyle lat wspomina.

Książka pisana jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Andrzej relacjonuje dzieląc się jednocześnie doświadczeniami, spostrzeżeniami swojej żony – Eleonory. Jest to reportaż przyrodniczy najwyższej klasy. Z zaciekawieniem zerkam więc na inne publikacje tego autora; „Miraż. Trzy lata w Azji”, czy „Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie’, które wrzucam od razu do moich planów czytelniczych. Musze przestudiować je w wolnej chwili i sprawdzić, czy spodobały mi się tak samo😊.

„Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan” to chwytliwy tytuł, jak i chwytliwy pomysł. Jeśli odwiedzone przez rodzinę Mellerów miejsca zafascynują Was, możecie doświadczyć ich na własnej skórze wybierając się w podróż szlakiem Mellerów. To Ci dopiero przygoda. Dużo o tym myślałam, w trakcie czytania. Ja do tej pory wybierałam kierunki bardziej oczywiste, mniej ekstrawaganckie i mniej niebezpieczne. Okazało się, że zasmakowanie innego świata może być niezwykle pasjonujące. Tak bardzo, że czytając samą relację czuje się ten klimat, tą inną jakość, doświadcza się tego, co autorzy, co rzeczywiści podróżnicy. Nie mam doświadczenia z tym gatunkiem literackim. Zastanawiam się, czy o to w literaturze podróżniczej, w reportażu podróżniczym chodzi, by czytelnik zachłysnął się tym opowiadanym światem, tak samo mocno jak sami autorzy. Może tak, może nie…. Trudno powiedzieć jeśli głównie czyta się kryminały i thrillery😊.

Czytelnik płynie z każdym słowem, z każdym zdaniem. Reportaż okraszony jest ciekawymi dialogami, istotnymi geograficzno – historycznymi informacjami, które nie mają nic wspólnego z moralizatorstwem, czy belferskim stylem narracji. Andrzej Meller jest naprawdę bardzo dobrym gawędziarzem. Do tego stopnia mnie zaciekawił, ze chętnie pojawiłabym się na spotkaniu autorskim z nim. Myślę, że dałabym się zagadać na śmierć. Ciekawie autorzy osadzili historię w ramy zatytułowanych rozdziałów, czy podrozdziałów które lekko wprowadzały mnie w wątek, o którym będę czytać. Niektóre tytuły były dość oczywiste; „Zrobię ci jointa!”, „W miarę spokojnie, ale więzienie”, „W saunie nie pogadasz” czy „Rikszarz wytrzeszcza oczy”. Zanim rozpoczęłam czytanie potrafiłam odwzorować malowniczo w mojej głowie i rikszarza, i wspomnianego jointa. I ta malowniczość prawdziwie zachwyca. W opisie, w przywołanym obrazie, w języku, w narracji, czy nawet w podtytułach poszczególnych rozdziałów. Malowniczość swawolna, lekka i żywa. Z drugiej strony uporządkowana. Każdy zatytułowany rozdział wzbogacony jest informacją o geograficznym położeniu, np. „Przejście graniczne Islam Quala – Herat, 121 kilometrów”. Gdzieniegdzie czytelnik znajdzie mapkę, a prawdziwego uroku dodają oryginale zdjęcia z wiele mówiącymi tytułami jak: „Na placu Palestyny w Teheranie znajduje się zegar, który odmierza czas do upadku Izraela”, o czym kompletnie nie miałam pojęcia!!!

Podróże kształcą. Podróże uczą. Podróże pokazują jak wiele można przeżyć za nie wiele. Jak prosty może być świat, o ile pozwolimy mu się uprościć w naszym życiu. Podróże pokazują, że nie powinniśmy martwić się jutrem, bo jutro zamartwi się o siebie jutro – parafrazując niedawno przeczytany cytat. Taka refleksja zaświtała w mojej głowie po przeczytaniu „Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan” autorstwa ludzi bardzo pozytywnie zakręconych, dla których ani więzienie, ani jointy, ani lęk wysokości, ani rozlatujący się kamper nie jest przeszkodą, by zrealizować swoją przygodę życia. Przygodę, którą wraz z nimi możemy przeżyć. Bo książka napisana jest z zaangażowaniem. Jest spójna od początku do końca, jest porywająca w swoich barwnych opisach i podjętych wątkach. Jest pełna przygód. A o przygodę w reportażach podróżnicznych chodzi chyba najbardziej.

Wybierzcie się w tą podróż. W podróż w nieznane, której nie sposób zapomnieć. Miłej lektury!!!

Ps. i został żal. Żal, że już koniec tej podróży….

Moja ocena: 8/10

Za możliwość odbycia podróży wraz z Autorami bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Zanim zniknęła” Lisa Gardner

ZANIM ZNIKNĘŁA

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: FRANKIE ELKIN. TOM 1
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 18.05.2022r.

@WydawnictwoAlbatros wydało już łącznie 7 pozycji Lisy Gardner włączając premierę z 18 maja br. pt. „Zanim zniknęła”. Nie chwaląc się opinie na temat poprzednich sześciu książek z Detektyw D.D. Warren znajdziecie na moim blogu😊; „Dziecięce koszmary”, „Sąsiad”, „W ukryciu”, „Samotna”, „Czyste zło” i „Powiem tylko raz”. Oznacza to, że w wyborach czytelniczych jestem czasem bardzo konsekwentna. Co nie raz przysparza mi zarówno wiele przyjemności, jak i rozterek, gdy kolejna powieść tej samej autorki/tego samego autora nie jest tak dobra jak poprzednia😉.

Książką „Zanim zniknęła” Gardner rozpoczyna nowy cykl z Frankie Elkin. Z nie policjantką. Z nie prywatnym detektywem. Tylko ze zwykłą kobietą, która specjalizuje się w poszukiwaniach. Cykl zainspirowany prawdziwą bohaterką, która będąc całkowitą amatorką szuka na własną rękę zaginionych osób. O tej inspiracji autorka pisze w Podziękowaniach i nocie od autorki.

Rodziny ofiar, nawet te, które pozostawały z nimi w czułych, bliskich relacjach, nie wszystko o nich wiedziały. Nie znały wszystkich kawałków układanki, wszystkich drzazg, cierni, nieujawnionych marzeń. Myślę, że nie zna ich żaden rodzic, żaden brat ani siostra. Od tego są przyjaciele.” -„Zanim zniknęła” Lisa Gardner.

Frankie Elkin do tej pory odnalazła czternaście zaginionych osób. Odnalazła… to za duże słowo. Zdiagnozowała miejsce pobytu ich ciał. Z tych traum pragnie się otrząsnąć przybywając do Bostonu, by odnaleźć zaginioną jedenaście miesięcy temu Angelique Badeau. Dobrą uczennicę, nie sprawiającej problemów. Siostrę Emmanuela. Siostrzenicę wychowywaną przez ciotkę, której matka została w rodzimym Haiti. Dobrą przyjaciółkę. Ślad policji urywa się w szkole Angelique, gdzie pod krzakiem znalezione zostały jej rzeczy. Pod krzakiem, który nie jest objęty żadną kamerą monitoringową. Jak zniknęła Angelique? I dlaczego ktoś twierdzi, że ją widział wiele miesięcy później w okolicznym sklepie ze sprzętem elektronicznym?

Oczekiwałam większego WOW. Przyznaję. Liczyłam, że pochłonie mnie całą sobą, jak to było w przypadku „Powiem tylko raz”, pierwszej książki Gardner, którą przeczytałam. Za to dostałam miałką rozrywkę z gatunku „lekkich thrillerków”, w których nie ma napięcia, w których nie ma ścisku żołądka praktycznie do początku. W których fabuła oparta jest na pytaniach nasuwających się w związku z rozwiązywaną zagadką kryminalną. Te trzydzieści siedem rozdziałów zmęczyłam, a w trakcie czytania miałam wrażenie, że książka bardziej należy do gatunku powieści obyczajowych. Gdzie liczy się opinia otoczenia, relacje bliskich lub dalszych znajomych, przyjaciół, członków rodziny o tym, co się działo przed zniknięciem. O tym jak zachowywała się zaginiona, z kim się spotykała, o kim mówiła, z kim rozmawiała przez telefon.

Spodobała mi się postać głównej bohaterki, która jest jednocześnie narratorką powieści. O jej przygodach dowiadujemy się bezpośrednio z jej relacji. Jej czyny śledzimy od chwili, gdy pojawiły się w jej głowie, gdzie kluły się jak ziarnka konkretnych pomysłów. Ta narracja jest bardzo świeża, jak świeża jest bohaterka. Z jednej strony bardzo poraniona przez los, z drugiej niezwykła fighterka. Porzucona, samotna, tęskniąca. Anonimowa alkoholiczka nie pijąca „(…) od dziewięciu lat, siedmiu miesięcy i osiemnastu dni.” Mimo to nadal uwielbiająca „(…) wchodzić do lokalu i wdychać zapach porządnego, prawdziwego pubu.” Biała, chuda, zadziorna kobieta. Bojąca się czasem własnego cienia, własnych koszmarów, jednak chodząca po niebezpiecznych zaułkach z podniesioną głową.  Podąża za swoją intuicją. Podąża śladami szczątkowych informacji, które wysupłuje z lakonicznych czasem odpowiedzi przepytywanych osób. Zdobywająca szacunek. W tym szacunek miejscowych stróżów prawa jak Detektywa Lothama, o którym chętnie przeczytałabym jeszcze w jakiejś części, gdyż czuję niedosyt tej relacji, pewne niedopowiedzenie.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Czytelnik zanurzony zostaje w świat piętnastolatek z niebezpiecznej dzielnicy Bostonu, gdzie władzę trzymają gangi wywodzące się z różnych narodowości. Gdzie Haitańczycy zaczynają się zastanawiać co zrobić, by pozostać na amerykańskiej ziemi mimo kończącej się wizy uchodźczej. Gdzie zaginiona i jej przyjaciółki pozostają pod ogromnym wpływem otoczenia, który wykorzystuje chęć wyrwania się z tego miejsca, rozpoczęcia życia na nowo. I chodzi o to, co nie zostało powiedziane. Chodzi o to, jak w cytacie na początku, o czym nie wiedzieli najbliżsi. Taki standard w nastoletnim życiu. Takie wyświechtane wątki.

Dla mnie powieść nudna. Frankie mimo wielu wyrazistych rysów wręcz nierealna, nieprawdziwa. Budzi niechęć, by zaraz wszyscy chcieli z nią współpracować. Czego się nie dotknie, zamienia się w złoto. Kogo nie zapyta, udzieli jej wcześniej czy później rzetelnych i kompletnych odpowiedzi. Całość to ciągłe pytania, ciągłe przepytywania. Do tego z książką dobrnęłam do końca praktycznie bez żadnego dreszczyku emocji, bez żadnej istotnej emocji… Taka miałka powiastka na jedno popołudnie.

Moja ocena: 6/10.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros

„Trup w wannie” Dorothy L. Sayers

TRUP W WANNIE

  • Autorka: DOROTHY L. SAYERS
  • Wydawnictwo: ZNAK JEDNYM SŁOWEM
  • Cykl: LORD PETER WIMSEY (tom 1)
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery w tym wydaniu: 01.06.2022r.
  • Data premiery: 01.01.2003r.

Wydawnictwo Jednym Słowem Znak (Imprint @WydawnictwoZnak ) „Trupem w wannie”, który premierę miał 1 czerwca br. otwiera nową serię publikowaną w całości autorstwa Dorothy L. Sayers. Zamykając ostatnią stronę już kątem oka zauważyłam na obwolucie okładki dwie kolejne części cyklu z Lordem Peterem Wimseyem pt. „Zastępy świadków” i „Podejrzana śmierć”. I nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to, że sama autorka jest mi całkowicie nieznana☹. Tym większe moje zdziwienie, gdy przeczytałam, że Sayersto „(…) (ur. 13 czerwca 1893 w Oksfordzie, zm. 17 grudnia 1957 w Witham) – angielska pisarka i tłumaczka, autorka powieści kryminalnych oraz esejów i sztuk teatralnych o tematyce chrześcijańskiej. Najbardziej znanym bohaterem powieści Dorothy L. Sayers jest lord Peter Wimsey” (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Dorothy_L._Sayers ) . „Trup w wannie” został wydany w 1923 roku, co oznacza, że Sayers publikowała opowieści z detektywem Wimseyem – angielskim dżentelmenem na równi z królową kryminałów Agathą Christie. Kolejnych trzynaście publikacji z tym bohaterem pojawiało się cykliczne w formie powieści, a także opowiadań do roku 1939. I to nie jedyne kryminalne publikacje Dorothy L. Sayers. Nie jedyne…

(…) to dlatego, że myślisz o sobie. Chcesz być spójny. Chcesz ładnie wyglądać i beztrosko się bawić, gdy życie jest komedią, a gdy zmienia się w tragedię, kroczyć z wysoko podniesioną głową. Ale to dziecinada. Jeśli uznasz swój obowiązek względem społeczeństwa w kwestii odkrycia prawdy o morderstwach, musisz przyjąć taką postawę, jaka będzie w danym momencie najbardziej użyteczna. (…) Życie to nie piłka nożna.” – „Trup w wannie”  Dorothy L. Sayers.

Tak o lordzie Peterze Wimseyu myśli jego przyjaciel ze szkolnych lat w Eton aktualnie inspektor policji Charles Parker, którego imię autorka wspomniała bodaj z raz, czy dwa razy😊. Lordzie Peterze, nie Lordzie Wimseyu, gdyż główny bohater w przeciwieństwie do jego brata nie jest priasem Denver. Wimsey będąc detektywem amatorem stara się znaleźć rozwiązanie dla dwóch zagadek kryminalnych. Jedna dotyczy odkrytych zwłok mężczyzny w wieku około pięćdziesięciu lat w wannie szanowanego architekta Pana Thippsa, a druga zniknięcia szanowanego finansisty sir Reubena Levy’ego. Mając do dyspozycji własną inteligencję, przebiegłość, oddanego przyjaciela i kamerdynera Mervyna Buntera Wimsey wykorzystuje koneksje matki Wdowy Denver, wiedzę z zakresu współczesnych metod śledczych i znajomości w świecie brytyjskiej arystokracji do drastycznego odkrycia, który rzuca nowe światło na świat nauki. 

Sama jestem zaskoczona tym, że książka o detektywie amatorze Lordzie Peterze Wimseyu podobała mi się bardziej, niż czytane ostatnio dwa dzieła Agathy Christie (recenzje znajdziecie tu: „Morderstwo na polu golfowym” i  „Zagadka Błękitnego Expresu”). To klasyczna powieść detektywistyczna retro osadzona w arystokratycznym świecie angielskich dam i dżentelmenów. Osadzona w Londynie sprzed stu lat i okolicznych włościach, których podobne zamki i pałace można zwiedzać do dziś. Klasycyzm powieści mieści się w jej ramach. Wątek kryminalny toczy się wyłącznie wokół jednej zagadki, chociaż powiązany jest z dwoma postaciami. Autorka jak na ówczesne czasy przystało nie wodzi czytelnika zbytnio na manowce, nie rozwija kolejnych wątków, mimo, że wprowadza do powieści wielu bohaterów i rekwizytów pobocznych, nad którymi istotnością każe nam się zastanawiać.

Bez wątpienia kryminały retro trzeba lubić. Ja jestem ich wielką fanką. Dla czytelnika, który nie cierpi klasycznego pióra książki tego rodzaju są męczarnią. Dla mnie ciekawą rozrywkową lekturą. Dorothy L. Sayers stworzyła bardzo wyrazistą postać, dla mnie bardziej wyrazistą od samego Poirota. Co do aparycji to cytując samą twórczynię „Jego pociągła, sympatyczna twarz sprawiała wrażenie, jakby wyrosła samoistnie z cylindra niczym biała larwa ze słynnego sera casu marzu.” Jego gesty dostojne. „To mówiąc, z niewymuszoną uprzejmością usiadł przy telefonie, jakby siadał do pogawędki ze znajomym, który akurat wpadł z wizytą.” A arystokratyczny rys zaznaczony został w fabule; „Musiał się pan bardzo zdenerwować – powiedział lord Peter ze współczuciem. – I to jeszcze przed śniadaniem. Osobiście nie znoszę, gdy takie kłopoty spadają na mnie przed śniadaniem. Odbierają człowiekowi apetyt, prawda?” By czytelnik poznał głównego bohatera jeszcze dogłębniej, najważniejsze informacje z jego życia zostały opisane na końcu powieści.

Do tego posiada tajną broń w osobie swej matki Wdowy Denver udającej wszem i wobec, że jej syn nie bawi się w amatorską detektywistyczną pracę, a jednocześnie cicho go wspierając w jego zainteresowaniach osobiście dostarczając mu ciekawych zagadek do rozwiązania. Kobiety nieszablonowej i z szerokimi horyzontami. Twierdzącej, że „(…) prowincjonalne parafie potrafią niektórym zawęzić horyzonty.” I potrafiącą  się w odpowiednim momencie konwersacji „(…) wygodnie okopać”, by móc „(…) wręcz przystąpić do celowania.”

Jako niewprawiona w angielską socjetę z lat trzydziestych ubiegłego wieku chwilami irytowały mnie używane, choć muszę przyznać, że w pełni zasadnie, sformułowania typu: milady, lady, książęca mość, milordzie, lordowska mość. A jak pojawiały się gęsto w jednym zdaniu to już  w ogóle; „Jej książęca mość dzwoni z Denver, milordzie. Mówiłem właśnie, że wasza lordowska mość  udał się na aukcję, gdy usłyszałem zgrzyt klucza waszej lordowskiej mości w zamku.”

Sayers stworzyła historię bardzo spójną od samego początku do końca. Zadbała o jakość i specyficzne cechy bohaterów, o których miło mi się czytało. Kolejne wydanie z roku 1935 wzbogaciła o rozbudowaną notkę biograficzną wuja lorda Petera Pana Paula Austina Delagardie, napisaną w tak realny sposób, że sposób się pomylić i wziąć Wimseya za prawdziwą, historyczną postać 😊. Wydanie, które miałam w ręce wzbogacone zostało bardzo ciekawym i wnikliwym wprowadzeniem autorstwa Elisabeth George amerykańskiej pisarki powieści kryminalnych osadzonych w Wielkiej Brytanii. Wprowadzeniem, które warto przeczytać.

Mimo, że zagadka kryminalna nie należy do bardzo skomplikowanych, a rozwiązanie nasuwa się same, jest to powieść detektywistyczna, która umiliła mi czas. Zbiór takich osobliwości, jak sam lord Peter ze swoim Bunterem, skromny Pan Thipps, twardogłowy inspektor Sugg, czy Julian Freke musiało być gwarancją udanej historii. Specyficzny humor autorki przeobrażony w twierdzenia stworzonych przez nią postaci jest sam w sobie bardzo uroczy. W połączeniu z uroczym bohaterem jest receptą na dobry relaks.

Nie mogę doczekać się kolejnych części. Z ciekawością do nich sięgnę. Muszę się przekonać, w jakim kierunku podążać będzie postać lorda Petera Wimseya z jego dwoma nieodzownymi kompanami; Bunterem i Parkerem, a także wyjątkową matką Wdową Denver. Czy kolejne zagadki również okażą się na jego miarę, czy na miarę tylko Sherlocka Holmesa, o którym wspomniano w „Trupie w wannie” nie raz😊.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z twórczością  Dorothy L. Sayers bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski

TAJEMNICA MINO

  • Autor: ANDRZEJ DUNAJSKI
  • Wydawnictwo: RZECZGUSTU
  • Liczba stron: 202
  • Data premiery: 10.05.2022r.

@AndrzejDunajskiPisarz „urodzony 18.08.1963 w Gdańsku. Dziennikarz, reporter śledczy, poeta, pisarz”. To jego autorstwa „Tajemnica Mino”  od Wydawnictwa RzeczGustu @portalrzeczgustu miała premierę 10 maja br. „Tajemnica Mino”, która mimo swej małej objętości warta jest poznania.

 „(…) jutro będzie się martwić jutrem jutro.” – „Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski.

To wielokrotnie Andrzejowi, głównemu bohaterowi powiedziała tajemnicza MINO. Niewidoma dziewczyna, która na bałtyckiej plaży spędziła z nim sześć dni oczekując na swojego Kochanego Tatę, który miał zabrać ją do domu. Sześć wspólnych dni, w czasie których ciekawość zamieniła się w głęboką uważność. Zaciekawienie w zainteresowane słuchanie. A sam zwykły dzień w przygodę, w czasie której Andrzej nie tylko zaczyna poznawać MINO, a zaczyna rozumieć siebie, swoje postrzeganie świata, swoje ograniczenia i te zasadnicze treści, o których rzadko do tej pory rozmyślał.

„Każde drzewo ma osobliwą historię, a każdy jego owoc jest inny. To znaczy, nie ma dwóch takich samych owoców. Jak nie ma dwóch takich samych ludzi. I drzew. A nawet ziarenek piasku.” – „Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski.

Co zrobilibyśmy my, gdybyśmy spotkali w jednej kamienicy postać o aparycji i głosie anioła potrafiącą zmuszać do myślenia i snucia wspólnych rozważań? Ja pewnie bym jej nie zauważyła, nie dostrzegła. Ot, kolejna niepełnosprawna osoba, skrzywdzona przez los, niewidząca, ślepa, oznaczona białą laską. Jak inny bohater powieści, od początku jeżdżący na wózku, nie znający innego życia. Ja pewnie bym tak zrobiła. Ale Andrzej, główny bohater prozy Dunajskiego nie jest mną. Na szczęście. Odpowiedział na zaproszenie MINO w jedyny słuszny sposób, odpowiedział zgodą. Dzięki temu przeszedł istną metamorfozę poznając ptaki, niebo, dostrzegając słońce i to przez duże S, kosztując ryby, świeże owoce, życiodajną wodę i przepyszny chleb.

I właśnie z tymi słowami zaczynającymi się od dużych liter mam największy problem. Wplecione w zdania, akapity brzmią jak najgłośniejsze dzwony, jak absoluty, jak prawdy objawione.

Kiedy chcę coś zobaczyć, staram się zrozumieć nie tylko Słowo, które o tym mówi. Staram się przekroczyć granicę tego Słowa. To znaczy, stworzyć na Niego nie tylko to, o czym chce powiedzieć Samo Słowo, lecz znacznie więcej: czym Jest w Samym Słowie i poza Nim. Takie Trzy w jednym…” – „Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski.

Nie tylko nad słowem bohater rozmyśla przez duże „S”. To samo tyczy się Nieba, Słońca, Anioła, Mocy Milczenia, Świata, Drzewa Życia, czy Cudnej Wody. Używanie „niestandardowego” języka jest cechą charakterystyczną tej publikacji. W zależności od przygotowania i stopnia dojrzałości czytelnika dla jednych te konstrukcje wiele będą znaczyć, dla innych stanowić będą zapewne preludium do dyskusji o zbytnim, nad wyraz wręcz „uwypuklonym” przesłaniu autora. Ja odebrałam je jak przeszkodę w rozważaniu o tym, co ważne, co dobre wokół nas, co niedostrzegalne na co dzień, jak uczyła Andrzeja MINO. Odebrałam jako wyraz delikatnej pretensjonalności w przetwarzaniu języka we współczesnej prozie.

Możliwe, że to był celowy zabieg Autora. Bez wątpienia zwróciłam na ten element uwagę w trakcie czytania. Jako na ciekawą właściwość słów podczas odczytywania korpusów tekstów. Tak samo jak zwróciłam uwagę na narrację prowadzoną z perspektywy Andrzeja. To Andrzej jest narratorem. To Andrzej będący głównym bohaterem relacjonuje swoją relację z MINO, relacjonuje rozmowy, wzajemne interakcje, relacjonuje ciekawostki, o których się dowiaduje. Dzięki odkryciu Andrzeja poezję odkrywamy i my, czytelnicy podążając cierpliwie jego ścieżkami. Oprócz narracji Dunajski bardzo ciekawie umiejscowił fabułę, która toczy się w ciągu siedmiu następujących po sobie dniach, od pierwszego do siódmego sierpnia 2016 roku. Ale tu znowu Autor się z nami bawi. Tylko sześć kolejnych dni w tytule rozdziałów są zaakcentowane w czasie. Dzień siódmy jest tylko dniem siódmym… Ciekawym wprowadzeniem do podjętej tematyki recenzowanej przeze mnie prozy jest Początek; „Et lux in humilitate cordis sunt via AD 0-2021” i słowa Lucjusza Anneusza Seneki, który powiedział między innymi „Żyjecie tak, jakbyście mieli żyć wiecznie…”    

Cytując samego Andrzeja Dunajskiego „… nierozwiązane jeszcze bardziej pętli.” Przyznaję, że „Tajemnica Mino” nie została przeze mnie odkryta, rozplątana. To książka, którą trudno w gatunku literatury pięknej umiejscowić na jakiejkolwiek znanej mi półce. Znalazłam w niej wiele filozofii, indywidualnych medytacji skłaniających do myślenia, do zastanawiania się nad sobą, nad relacjami z innymi i nad tym, co nas otacza. A co do oceny, to jest to prawdziwa  RzeczGustu 😊.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość pochylenia się nad tekstem bardzo dziękuję Wydawnictwu RzeczGustu.

„Trzecia szansa” Wojciech Wójcik

TRZECIA SZANSA

  • Autor: WOJCIECH WÓJCIK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 640
  • Data premiery: 04.05.2022r.

Po powieściach „Kurs na śmierć” i „Krwawe łzy” Wojciecha Wójcika z Agnieszką Jamróz i Pawłem Łukasikiem nadszedł czas na nową postać. W „Trzeciej szansie” – premierze z 4 maja br. od Wydawnictwa @Zysk i S-ka – poznajemy nową bohaterkę, nową główną osobowość kobiecą, która nie jest Agnieszką a Karoliną Nowak. Dwudziestosześcioletnią rozwódką, matką kilkuletniej córki, owocu szaleńczej licealnej miłości i śledczą, którą nie sposób rozgryźć nawet na 640 stronach😊.

Z broni snajperskiej giną dwie osoby odwiedzające warszawskie cmentarze; Marian Kądzielski i Janina Potocka. Ona bibliotekarka, on pracownik Instytutu Badań Literackich. Oboje przez wszystkich lubiani, bez konfliktów, bez wrogów. Komu przeszkadzali? Komu zawinili? Tego stara się dowiedzieć młodsza aspirant Karolina Nowak rozpoczynająca swoją karierę w komendzie stołecznej.  Pomaga jej w tym doktorant z Uniwersytetu Warszawskiego Krzysztof Rozmus, dla którego praca z policją jest szansą na poprawę swojej pozycji w naukowym świecie. Ich wspólna praca zatacza coraz szersze okręgi. Okazuje się, że samo liceum Tetmajera, w którym uczyli matka ofiary z Bródna – Helena Kądzielska  i ojciec  zastrzelonej na Powązkach – Bernard Potocki nie jest jedynym powiązaniem łączącym te dwa morderstwa. A historia sięga bardzo daleko. Sięga aż czasów wojny i stalinowskiej Polski.

Mam totalny problem z tą pozycją. Mimo, że Wójcik napisał kryminał z historią w tle nie jest to książka, którą przeczytałabym po raz drugi. W przeciwieństwie do Agnieszki Jamróz z poprzednich dwóch książek Wójcika, Karolina Nowak całkowicie mnie nie przekonała. Jej postać odebrałam jako niekonsekwentnie opisaną. Gdzieniegdzie „(…) To karierowiczka, w stu procentach skupiona na robocie. Sprzedałaby cię w pięć minut i jeszcze upomniała się o zwrot podatku..” Innym razem czuła, wyrozumiała, pomocna, wspierająca swoich kolegów, tolerująca ich wybryki. A do tego oddana i poświęcająca się matka. Zastanawiało mnie jak samotna kobieta, młoda, ambitna może godzić w realiach niesystematyczną policyjną pracę i samotne rodzicielstwo. Przecież ojciec dziecka pojawił się tylko przez chwilę, wspomniany od niechcenia. W mojej opinii Nowak nie jest tak przebojowa jak Jamróz. Szkoda, że Wójcik w nowej serii, bo czuję, że będzie kontynuacja, skonstruował fabułę wokół kolejnej postaci kobiecej. Tym sposobem nie można uniknąć porównań,  niestety. Inaczej jest z Krzysztofem Rozmusem – doktorantem uwikłanym jako ekspert w śledztwo. Nie sposób go porównać z Pawłem Łukasikiem z  „Kursu na śmierć” i „Krwawych łez”. Pomaga w tym wykonywany zawód i osobowość. Chociaż oboje są chwilami bardzo uroczy i dają się lubić mimo swoich wad. Tu nowa postać Rozmusa wypada zdecydowanie lepiej, niż w przypadku Agnieszki i Karoliny.

Sama kryminalna intryga okazała się niezwykle zagmatwana. Trudna historia sięgająca dwóch pokoleń wstecz znalazła ujście dopiero w śledztwie łączącym dwie nagłe śmierci. Dla mnie zdecydowanie za dużo. Wątek powojennych sierot okazał się najbardziej ciekawy. Osadzenie go jednak w rodzinach, biologicznych, czy przybranych za bardzo rozbudowany. Miałam wrażenie, że nawet wielkość buta ojców, matek, przybranych sióstr i braci ma znaczenie, i obawiałam się, że i ta informacja zostanie przekazana. Przodkowie właścicieli pałacyków, mieszczańskich włości, założyciele fundacji, a tym samym sierocińców, socjalistyczni działacze, partyjni kochankowie, więzienni oprawcy i ich ofiary, które dzięki nim przeżyły. To cała plejada wątków pobocznych, którymi karmił mnie Autor. Tym samym cały motyw dla mnie okazał się bardzo mglisty, za bardzo niewyraźny. Niemożliwe, że te wszystkie wydarzenia z przeszłości stały się czynnikiem determinującym morderstwa. Niemożliwe wręcz.

Książka typowo Wójcikowa. Autor specyficznie prowadzi narrację skupiając uwagę na dwóch głównych bohaterach, co czyni „Trzecią szansę” podobną do poprzednich dwóch publikacji. Zestawienie kobiecej i męskiej postaci głównej to również typowy zabieg autorski. I ta wielowymiarowość, wielowątkowość, która tym razem przysłoniła atuty prowadzonego śledztwa. Wnikliwej, detektywistycznej, policyjnej roboty, która chwilami podobna była do układanki z tysiąca puzzli.

Ja niestety, mimo maksymalnego skupienia, przy końcu pogubiłam się w ofiarach, sprawcach, złodziejach, hosztaplerach, kobietach lekkich obyczajów, kochankach, profesorach, Majkach, Kingach, Tolkach, Krzyśkach, Kubach a także w samych nazwiskach Kądzielskich, Potockich, Andrzejewskich, Wachów i wielu innych. Wątek zmarłych na ospę dzieci dodatkowo zagmatwał fabułę. Autorowi nie zabrakło fantazji i polotu do stworzenia skomplikowanej fabuły. Widocznie mi zabrakło wystarczająco dużo zaparcia, by ją docenić.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Morderstwo na polu golfowym” Agatha Christie

MORDERSTWO NA POLU GOLFOWYM

  • Autorka: AGATHA CHRISTIE
  • Wydawnictwo: DOLNOŚLĄSKIE
  • Cykl: HERKULES POIROT (tom 2)
  • Seria: JUBILEUSZOWA KOLEKCJA AGATHY CHRISTIE
  • Liczba stron: 223
  • Data premiery w tym wydaniu: 27.04.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1.01.1999r.
  • Data premiery: 3.08.2008r.

Ależ uwielbiam tę kolekcję jubileuszową od @Wydawnictwo Dolnośląskie!!! Kolekcja powstała z okazji stulecia debiutu Agathy Christie, który obchodzony jest od 2020 roku. To właśnie w 1920 roku wydawca Christie ukazał światu dziennemu twórczość tej królowej kryminału wydając „Tajemniczą historię w Styles”, do którego zresztą nawiązuje fabuła „Morderstwa na polu golfowym” (data premiery: 27 kwietnia br.). Nie mogę doczekać się kolejnych części cyklu wydanych w tak wyszukanej formie. Wydawca obiecuje ich łącznie dziesięć😊. GrubaP oprawa, papier kredowy mile szeleszczący przy przewracaniu kartek. I sam Poirot twierdzący nierzadko „Nie mogę się mylić! Fakty, rozpatrzone metodycznie i we właściwym porządku, dają tylko jedno rozwiązanie. Z pewnością mam rację. Na pewno mam rację!”.

Południowoamerykański milioner P. T. Renauld mieszkający we francuskim Merlinville-Sur-Mer zaprasza Herkulesa Poirota do wilii Geneviève. W rozpaczliwym liście prosi go o pomoc w bardzo delikatnej sprawie. Niestety nie dane było spotkać się tym dwóm mężczyznom. W chwili przyjazdu słynnego detektywa i jego współpracownika Kapitana Hastingsa pan domu już nie żyje. Poirot zastaje na miejscu pogrążoną w żalu wdowę, zdziwionych pracowników wilii, sędziego śledczego Hauteta, miejscowego detektywa Girauda w swej zuchwałości nie przypominającego w niczym inspektora Jappa i komisarza Luciena Bexa znajomego sprzed lat. Okazuje się, że grono osób mających znaczenie w śledztwie jest znacznie szersze. Nawet nieznajoma Hastingsa z pociągu do Calais każąca nazywać się Kopciuszkiem jest związana z willą Geneviève. Tak samo jak sąsiadka Pani Daubreuil i jej prześliczna córka Marthe zakochana w synu zmarłego Jacku Renauldzie. Podejrzenia szerzą się na wszystkie strony, chociaż największy motyw miał sam syn Renaulda. A szare komórki Poirota do momentu rozwiązania zagadki nie mogą zaznać spokoju.

Przyznaję jestem człowiekiem staromodnym. Według mnie kobieta powinna być kobieca. Nie mam cierpliwości do tych wszystkich nowoczesnych neurotycznych dziewcząt słuchających od rana do wieczora jazzu, palących i dymiących jak komin i mówiących językiem, który mógłby wywołać rumieniec na twarzy przekupki…”-„Morderstwo na polu golfowym” Agatha Christie.

Hm…a cóż by powiedział prawdziwy Kapitan Hastings gdyby spotkał współczesne panie i panny? Tego nigdy się nie dowiemy, bo ten którego znamy, powstał na kartach książki z 1923 roku, gdy nie tylko mężczyźni, ale również kobiety miały pewne oczekiwania w stosunku do płci pięknej. Sama Christie jest tego najlepszym przykładem. Utrzymująca dom, odnosząca sukcesy pisarka kryminałów, w całej serii o słynnym, belgijskim detektywie nie zająknęła się ani słowem na temat szarych komórek żyjących w mózgach kobiet. Wszystkie jej bohaterki są albo mściwe, albo trzpiotowate, albo nieszczęśliwie zakochane, albo dziecinne. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Na zbrodnie reagują odrętwieniem, utratą przytomności, poczuciem strachu. I co ważne, prawie nigdy nie mają swojej wizji tępo wpatrując się w Poirota i innych mężczyzn uczestniczących w śledztwo. Nawet ich pytania dotyczące teorii śledczych są nadzwyczaj naiwne i nieżyciowe. Gdyby nie seria z Panną Marple pewnie Christie nie należałaby do jednych z moich ulubionych pisarek kryminałów. A tak, postacią Marple autorka zmyła hańbę stereotypowego i szowinistycznego podejścia do kobiet stwarzając postać inteligentnej, niepozornej kobiety o której czytam z przyjemnością.

Trochę odbiegłam od tematu😉. A to wszystko przez oklepaną wypowiedź  Hastingsa z pierwszych stron książki, która składa się z zatytułowanych krótkich rozdziałów, których jest dwadzieścia osiem. Każdy tytuł rozdziału wprowadza czytelnika w jego fabułę. O tajemniczym Kopciuszku, którego poznał Hastings dowiadujemy się z rozdziału zatytułowanego „Towarzyszka podróży”, a o podobieństwie sąsiadki Pana Renauld do Madame Beroldy z rozdziału o tytule „Fotografia”. Kryminał pisany jest z perspektywy Kapitana Hastingsa, który jest jego narratorem. Relacjonuje przygody swoje i słynnego Poirota, tak jak dr Watson czynił to w przypadku Sherlocka Holmesa. Przy czym Hastings jest przerażająco ciapowaty, utrudniający śledztwo, zachowujący się jak słoń w składzie porcelany, dla którego podstawy prowadzenia spraw kryminalnych wydają się bardzo odległe. Wystarczy tylko go poprosić, by na przykład zwiedzić miejsce w którym przechowywane jest narzędzie zbrodni i sam zamordowany. Ta bezmyślność nadal mnie irytuje. W sposób bardziej dosadny w literaturze, niż w serialu o którym wspomniałam przy okazji recenzji „Zagadki Błękitnego Expresu” (recenzja na klik).

Książka napisana jest w stylu właściwym dla Poirota. Mamy mądrego detektywa, dla którego ślady i technika jest mniej ważna w śledztwie niż oczy, myśli, gesty, słowa i własne szare komórki, które Poirot zmusza ciągle dla ciężkiej pracy. Mamy człowieka żyjącego w kosmopolitycznym świecie, przemierzającego Francję i Anglię praktycznie dzień po dniu, byle tylko zdobyć odpowiedzi na nowe pojawiające się w śledztwie pytania. I mamy jego fajtłapowatego kolegę jako przeciwwagę, jako tło dla jego geniuszu. Sam Poirot w stosunku do Hastingsa przyjął rolę „papcia”, rolę opiekuna niesfornego dziecka, któremu wiele się wybacza. Do tego cała gama podejrzanych i pewne ciekawe spostrzeżenia z początku śledztwa na które zwraca uwagę słynny detektyw, a które mają znaczenie na końcu, jak na przykład długość płaszcza. Intryga jest zagmatwana. Sięga wielu lat wstecz i błędów, które zostały popełnione, za które często płaci się w teraźniejszości. Postaci kobiece, jak wspomniałam uprzednio, bardzo słabe. Nie ma żadnej silnej postaci, co zmniejsza atrakcyjność tej części. Mimo, że Poirot mówi o inteligencji i sile niektórych bohaterek z samej fabuły nie sposób tego wyczytać. Jakby autorka zapomniała nakreślić pewne interesujące cechy odpowiadające opinii sławetnego detektywa.

„Morderstwo na polu golfowym” to tak naprawdę drugi tom cyklu o słynnym detektywie zaraz po „Tajemniczej historii w Styles” wydanej w 1920 roku. Christie Poirota osadziła jeszcze w 33 publikacjach (w okresie od 1920 do 1975 roku). Postać i bohaterowie poboczni dojrzewali wraz ze swoją autorką. Trudno porównywać początki postaci z jej kontynuacjami, które tak naprawdę następowały po upłynięciu półwiecza, kiedy świat wyglądał inaczej i jego postrzeganie zmieniło się również drastycznie. Mi dodatkowo zabrakło odzwierciedlenia charakteru i scenografii miejsc, w których Christie osadziła akcję. Piękna, bogata willa, milionerzy, przepiękne panie. To wszystko wspomniane zostało mimochodem, bez pięknego i szczegółowego opisu. Przez co chwilami nie potrafiłam wczuć się w świat opisywany praktycznie sprzed stu lat, nie czułam tej przeszłej aury, tego minionego klimatu. Napisana trochę w żołnierskim stylu. Składająca się praktycznie z samych dialogów.

Książka dla fanów Christie i dla fanów Poirota w przepięknym, stylowym wydaniu. Musicie ją mieć na swojej półce. Udanej lektury!

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu!