„Dom stu szeptów” Graham Masterton

DOM STU SZEPTÓW

  • Autor: GRAHAM MASTERTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 15.09.2021r.

Do przeczytania kolejnej premiery @WydawnictwoAlbatros z 15 września br. przekonała mnie tak naprawdę jedna opinia. Zdaniem  Petera Jamesa „Dom stu szeptów” Grahama Mastertona to ksiązka „Przerażająca i jedyna w swoim rodzaju. Masterton to jeden z najoryginalniejszych i najbardziej przerażających powieściopisarzy naszych czasów”. Grahama Mastertona znam z serii z Katie Maguire. Zrecenzowałam dwie ostatnie części tego cyklu, tj. „Żebrząc o śmierć” oraz „Do ostatniej kropli krwi”. W jednej z nich napisałam, że „Znakiem rozpoznawczym autora są dosadne opisy ofiar, miejsc zbrodni”. Tym bardziej ciekawa byłam horroru jego autorstwa, mimo, że nie jest to bliski mi gatunek. Jak to mówią „do odważnych świat należy” i z tą myślą rozpoczęłam czytanie😉.

(…) Wszelkie spełnienie, jakiego w życiu doświadczamy, jest możliwe tylko dzięki istnieniu w czasie, nawet jeśli nieuchronnie nadchodzi również moment, gdy znów wszystko utracimy niczym fala odpływu ześlizgująca się powoli po piasku”. – „Dom stu szeptów” Graham Masterton.

O jaki dom tu chodzi i o jakie tytułowe szepty?

Dom to stara rezydencja w Dartmoore, ze skrzypiącymi schodami, ogromnymi oknami, mrocznymi witrażami, ogromnym ogrodem i ośmioma sypialniami. Dom należał do seniora rodu Russelów. Należał. Aktualnie po jego śmierci do domu zjeżdżają jego dzieci; Rob, Martin i Grace. Zastanawiają się komu przypadnie, czy ktoś będzie w nim mieszkał, czy należy go jak najszybciej sprzedać. Niestety zgodnie z testamentem zarządzanie obejmie fundusz powierniczy, a dom musi zostać w rodzinie co najmniej przez 13 lat. W czasie gdy rodzeństwo zastanawia się jak poradzić sobie ze skomplikowanym spadkiem dochodzi w domu do dziwnych zjawisk. Najpierw słyszane są tytułowe szepty, później zaginął Timmy, wnuk spadkodawcy. Wszyscy stają na baczność, wszyscy szukają do czasu, do czasu, gdy rzeczywistość zamienia się w koszmar.  

I to chyba wszystko

Jeśli chodzi o zachęcenie Was do sięgnięcia po tę pozycję. Mimo, że książka została zaliczona w poczet horrorów, grozy w niej nie było wcale. Musicie wiedzieć, że ten gatunek zwykle powoduje u mnie łomotanie serca, szczęk zębów, czy drżenie rąk. Nie tym razem. Nie tym razem. Tym razem chwilami przywoływałam uśmiech na ustach. Poziom absurdu, braku logiki i groteski doprowadzał mnie do uśmiechu, cichych prychnięć, czy wypowiedzianego w myślach komentarza typu „co za głupoty” lub „co za absurd”. Główny wątek szeptów pojawił się dość szybko,  w pierwszych czterdziestu stronach, jakby autor nie chciał marnować czasu na wprowadzenie, na budowanie napięcia, jakby chciał od razu „z grubej rury” gruchnąć tymi tytułowymi szeptami, świszczącym wiatrem i mroczną atmosferą. Według mnie zabieg kompletnie mu się nie udał. Udany motyw dotyczył księżej nory powstałej wiele lat wcześniej w związku z przebywaniem w posiadłości duchownych. Motyw Ady i jej podróży z kompanami kompletnie mnie powalił na łopatki. Raczej zakrawał na śmieszność. A, co ważne, rozstrzygnięcie. Nie podołali dwaj doświadczeni egzorcyści, a „rękawicę podjął” amator – śmiałek. Czy z sukcesem? To sami musicie sobie doczytać.

Plusem książki jest narracja i styl właściwy Autorowi. Podobał mi się, mimo wielu banałów i całkowicie niedopracowanej moim zdaniem fabuły. Czytało ją się, o dziwo, przyjemnie. Mroczne wątki, tajemnice zza grobu, własne lęki i obawy splatały się z teraźniejszością, z bohaterami występującymi tu i teraz, ani przeszłości, ani teraźniejszości nie było za dużo.

To całkowicie inne, niż dotychczas doświadczenie z prozą Grahama Mastertona. Analogicznie jak książkę, pisanie tej recenzji kończę z uśmiechem na ustach.

Moja ocena 5/10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Studentka” Gary Braver, Tess Gerritsen

STUDENTKA

  • Autorzy: GARY BRAVER, TESS GERRITSEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 15.09.2021r.

Ostatnia premierowa środa, tj. 15 września br. pokazała, że @WydawnictwoAlbatros również nie próżnuje. Swoim nakładem wydało wiele dobrych książek. Jedną z nich jest „Studentka” Tess Gerritsen napisana wraz z Garym Bravererem. Sama Tess Gerritsen jest autorką wielu książek. Ma na swoim koncie już czterdzieści pozycji. Znacie tą autorkę, która z wykształcenia jest lekarzem internistą? W wielu z nich fabuła wzbogacona jest o wątek medyczny związany z pracą lekarza, pacjentami, czy funkcjonowaniem służby zdrowia i jej oddziałów. Ciekawe, czy i tym razem te wątki pojawią się w książce, która dzieje się głównie w społeczności akademickiej. Wszak intryga kryminalna rozpoczyna się od śmierci tytułowej Studentki.

„(…) literatura jest odbiciem życia.” – „Studentka” Gary Braver, Tess Gerritsen.

Tą studentką jest, a raczej była Taryn Moore, której upadek z piątego piętra bada Frankie Loomis, pani detektyw bostońskiej policji. Taryn miała wszystko; urodę, inteligencję, szerokie możliwości, przyjęcie na studia doktoranckie. Detektyw Frankie, w pewnym momencie zaczyna powątpiewać w tezę o samobójstwie Taryn. Nie ma listu pożegnalnego, nie ma w jej mieszkaniu smartfona, jest za to wielu mężczyzn wokół, którym mogłoby zależeć na jej przypadkowej śmierć; Liam, Cody, czy Jack Dorian. Każdy z nich mógłby mieć motyw, każdy z nich mógłby być zainteresowany usunięciem jej ze swego życia, każdemu z nich  przysłowiowo „zalazła za skórę”. Każdemu inaczej; nie mogąc pogodzić się z zerwaniem nękając, odrzucając atencję i uwagę jedynego przyjaciela będącego na każde jej skinienie, czy stawiając profesora anglistyki w sytuacji bez wyjścia, bez umiaru prowokując na jego zajęciach. Kto odnajdzie prawdę o śmierci Taryn? Czy Frankie? Czy ci, którzy poczuli się przez jej śmierć zagrożeni?

Trzydzieści siedem rozdziałów zostało podzielone na części „potem” i „przedtem”. Dodatkowo autorzy każdy rozdział zatytułowali imieniem bohatera, z perspektywy którego akcja była relacjonowana przez narratora trzeciosobowego. W książce mamy więc rozdziały przedstawione między innymi z perspektywy Taryn, Frankie, Jacka. Bardzo dobry wątek dotyczył dyskusji wyjętych jakby wprost z seminariów o literaturze mitologicznej, wątek zdradzanych kobiet i zdradzających mężczyzn idealnie wpasował się w moją fascynację historią Heloizy i Abelarda. Te części były bardzo dobrze rozpisane, inspirujące i wyjątkowo mnie ciekawiły. Spodobało mi się również pokazanie detektyw Frankie Loomis nie tylko jako skuteczną policjantkę, ale kobietę z krwi i kości. Kobietę borykającą się z własnymi osobistymi problemami, kobietę niepotrafiącą uporać się z obawą i troską o dorastające bliźniaczki, czy kobietę dla której pewna 46-letnia kobieta stanowi klucz do zagadki o tajemniczą śmierć jej męża sprzed trzech lat.

Nie ukrywam jednak, że ta publikacja nie trzymała mnie w napięciu. Generalnie za mało w niej thrillera. Dla mnie to kryminał z bardzo rozbudowanym wątkiem obyczajowym, w którym splata się klasyczna literatura z obrazem współczesnych rodzin, krzywd małżeńskich, czy problemami społecznymi w grupie studenckiej. Fabuła toczy się niespiesznie. Zanim dojdzie do finałowego rozstrzygnięcia śledztwa autorzy podsuwają liczne tropy. Mimo to zakończenie było do przewidzenia. Napisana jest w bardzo prostym, chronologicznym stylu, dzięki czemu bez kłopotów odnalazłam się w przeszłości i teraźniejszości bohaterów. Mimo, że nie jest to książka „wysokich lotów” czytanie jej sprawiło mi przyjemność. Miło spędziłam przy niej czas. Gdyby nie to, że jest w wielu fragmentach przewidująca ocena końcowa byłaby na pewno wyższa.

Dlaczego więc warto sięgnąć po „Studentkę”? Ano dlatego, że znajdziecie w niej lekką narrację, przyjemny styl, wiele intersujących wątków pobocznych, emocje na płaszczyźnie damsko – męskiej, różne emocje.  To połączenie gwarantuje czytelnikowi dobrą zabawę i relaks z książką w te deszczowe, chłodne wieczory. Zaparzcie sobie gorącą herbatę lub kawę, o ile nie zamierzacie spać i czytajcie, czym i czy w ogóle tak naprawdę zasłużyła sobie tytułowa Studentka na śmierć

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Po dwóch stronach” David Churchill, Wilbur Smith

PO DWÓCH STRONACH

  • Autorzy: DAVID CHURCHILL, WILBUR SMITH
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 29.07.2020r.
  • Data premiery światowej: 16.05.2019r.

Czytaliście jakąkolwiek książkę z Sagi rodu Courteneyów nakładem @WydawnictwoAlbatros? Od piętnastego tomu Wilbur Smith do współpracy zaprosił Davida Churchilla. Z opinii wiernych czytelników wynika, że raz to wyszło na dobre, a innym razem niekoniecznie. Ciągle uzmysławiam sobie, że ile czytelników tyle opinii i żadna opinia nie jest zła😊. Ja z serią nie miałam do czynienia. Do sięgnięcia po tę pozycję zachęcił mnie bardzo ciekawy opis Wydawcy. Dzięki temu mogę dziś zaprezentować Wam recenzję książki, która premierę miała już ponad rok temu, ale która stanowiła dla mnie odskocznię od najczęściej czytanych gatunków😉. „Po dwóch stronach” autorstwa Davida Churchilla i Wilbura Smith jest wszak książką historyczną osadzoną w czasach wojny. Książkę przeczytałam dzięki @WydawnictwoAlbatros, za co serdecznie dziękuję. Zapraszam do zapoznania się z moją opinią.

Epicka opowieść o odwadze, zdradzie i sile miłości – z opisu Wydawcy.

Przyznaję, że czasem nie wierzę opisom wydawców. Na ich podstawie wybieram książki, które zamierzam przeczytać i nie zawsze trafiam w dziesiątkę. Tym razem opis Wydawcy jest jak najbardziej szczery i właściwy. „Po dwóch stronach” to powieść obyczajowa osadzona w historycznych realiach II Wojny Światowej, gdzie miłość i cierpienie splatają się w historii dwójki młodych ludzi, Niemca Gerharda von Meerback oraz zakochanej w nim Południowoafrykanki Saffron Courtney, która całkiem niedawno przybyła do Anglii. Oboje z dwóch rożnych stron, z dwóch światów, świata niemieckich hrabiów i świata angielskich kolonistów penetrujących od XVIII wieku Afrykę. Tacy różni, a jednak stanowiący swoje całkowite uzupełnienie. Ich gorący, szczery romans został przerwany wybuchem II Wojny Światowej. Gerhard podążył, by służyć nazistowskim Niemcom, a Saffron oddała się pracy na rzecz brytyjskiej agentury przy Baker Street. Czy władza Hitlera przerwie rozdzierającą piersi miłość kochanków? Czy w zawierusze wojny są jakiekolwiek szanse na ponowne spotkanie twarzą w twarz?

Kompletnie nie miałam pojęcia czego się spodziewać po tej powieści. Okazała się dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Autorzy bardzo skrupulatnie wręcz z historyczną dociekliwością osadzili losy dwójki przeciwstawnych bohaterów w realiach wojny. O Niemcu zakochanym w mieszkance okupowanego kraju i o Niemkach rozkochujących w sobie Brytyjskich, Radzieckich żołnierzy w literaturze można przeczytać nie raz. Żadna z książek nie niesie ze sobą aż takiej wartości historycznej, nie razi tak sprytnie wplecionymi w fikcyjną fabułę faktami historyczny jak dzieło Davida Churchilla i Wilbura Smitha. W dwudziestu sześciu rozdziałach oprócz wątku miłosnego czytelnik styka się z metodami pracy śledczej, technikami działalności agentury wywiadowczej, umiejętnościami morderczymi, czy rzeczywistością wojskową oraz realizmem funkcjonowania Gestapo. Całkowity tygiel gatunkowy, kompletny szok. Do tego w wielu miejscach autorzy pokusili się o przedstawienie społecznych nastrojów, opinii ludności na zmieniające się losy wojny, cała akcja osadzona jest w latach 1939 – 1945, od początku do zakończenia konfliktu zbrojnego. Losy Saffron śledzimy na kolejnych terenach jej działalności, czytamy więc o Belgii, Holandii Francji, czy Anglii. Towarzyszymy w jej spotkaniach z okupantami, miejscową ludnością, czy chociażby przystojnym amerykańskim porucznikiem. Gerhardowi towarzyszymy od momentu kompletnej wierności nazistowskiej ojczyźnie, aż po moment pojawienia się pierwszych wątpliwości, od chwały rodu von Meerback do momentu, gdy jego własny brat Konrad przystawił mu oficerski but do twarzy. Nie zdradzę, czy historia ma happy end, czy jest kolejną próbą udowodnienia, że sama miłość nie wystarczy, by „żyć długo i szczęśliwie”. Napiszę tylko, że ciekawe losy dwójki bohaterów prowadzone są w historycznym tle chorego umysłu Hitlera i jego pobratymców, okrucieństw wojny opisanych dość dosadnie, kolejnych, trudnych do zrozumienia decyzji politycznych Niemców, rzeczywistości obozowej, procedur likwidacji ludności żydowskiej, aktów przemocy skierowanych przeciwko najbliższym.

Mi przeszkadzała postać głównej bohaterki. Z jednej strony została przedstawiona jako bezwzględna morderczyni, nad wyraz skuteczna agentka wywiadu brytyjskiego potrafiąca 72 godziny opierać się technikom przesłuchiwawczym Gestapo, z drugiej jako kobieta z krwi i kości, podejmująca błędne decyzje, łaknąca męskiej atencji i oparcia w silnym męskim ramieniu. Jakby Saffron cierpiała na chorobę dwubiegunową objawiającą się wyjątkową słodkością i morderczą osobowością. Momentami męczył mnie pompatyczny styl narracji, jakby autorzy chcieli słowom, tempu i treści nadać samoistne znaczenie, doniosłe znaczenie. To odbierało mi chwilami przyjemność z czytania. Mimo tych niedogodności zaliczam lekturę do udanych. Lubię złożone fabuły i złożonych bohaterów. Ciekawi mnie złożony, literacki świat.

Lubicie książki w których wiele się dzieje? Ta, do takich bez wątpienia należy. Jest i wojna, i całe ludzkie życie, w którym uczucia i moralne dylematy nie pozwalają zamknąć powiek po zachodzie słońca. Jeśli dodatkowo lubicie w książkach obyczajowych wątki miłosne to historia Saffron i Gerharda jest dla Was. Udanej lektury.

Moja ocena 7/10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Kolory ognia” Pierre Lemaitre

KOLORY OGNIA

  • Autor: PIERRE LEMAITRE
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 14.10.2020r.

Dopiero co publikowałam recenzję książki wydanej przez @WydawnictwoAlbatros „Rebeka” Daphne du Maurier, w której kluczową rolę odegrały dwie postaci kobiece, tj. dwie Panie de Winter, a dzisiaj znowu przychodzę do Was z kolejną recenzją książki, gdzie autor postawił na postać kobiecą. Nie będę wyjątkiem, będąc kobietą lubię czytać o kobietach😊. Lubię odkrywać jak widzi je sam autor, jaki mają rys psychologiczny, co je wyróżnia i co je łamie, w którym kierunku podążają i czy ta droga jest tą właściwą. Szczególnie niecierpliwię się, gdy bohaterka przychodzi do mnie sprzed kilkudziesięciu lub stu lat. Ooooo, to jest wyzwanie! Dostrzec ponadczasowe podobieństwa w dwóch postaciach, które dzieli tyle lat, w historycznej postaci fikcyjnej i bieżącej czytelniczce to faktycznie nie lada gratka. Tak było w przypadku powieści Pierre’a Lemaitre pt. „Kolory ognia”, która została wydana przez wspomniane już dzisiaj @WydawnictwoAlbatros w październiku ubiegłego roku. Książka odczekała swoje na mojej półce, by wreszcie doczekać się uwagi. Uwagi, która nie słabła w trakcie całego czytania😉, a to zawsze dobrze świadczy o powieści. Czyż nie?

Nie ma takiego piekła, które pokonałoby tę kobietę – z opisu Wydawcy.

Gdy znany i poważany francuski finansista Marcel Péricourt umiera, wokół jego bliskich zaczynają się gromadzić chmury gradowe. Najpierw, w dniu pogrzebu jego jedyny wnuk ulega wypadkowi, który unieruchamia go na całe życie w wózku inwalidzkim.  Jego córka – dziedziczka Madeleine traci chęć do życia, odrzuca zaloty kolejnych konkurentów pogłębiając się dzień po dniu w opiece nad swym jedynym synem, Paulem, ale tylko do czasu. Do czasu, gdy wiedziona instynktem zranionego zwierzęcia zaczyna rozliczać wszystkich wokół ze złożonych obietnic, podjętych działań, skradzionych pieniędzy czy złych decyzji. Staje się mścicielką, której celem jest odbudowanie własnego życia i straconego majątku.

„Kolory ognia” okazały się powieścią obyczajową z lekkim rysem historycznym, w którym poznajemy ówczesną sytuację społeczno-polityczną Francji, jak również obserwujemy światowe polityczne nastroje i budzące się do życia faszystowskie, czy socjalistyczne ruchy. Nie jest to więc lektura prosta, łatwa i przyjemna. Momentami wątki historyczne dominowały nad fikcyjną fabułą, zaś wplecione rzeczywiste wydarzenia stwarzały pozory dokumentu. Losy Madeleine i jej otoczenia śledzimy w trzech perspektywach czasowych, tj. w latach 1927-1929, roku 1933 oraz dzięki epilogowi, w latach znacznie późniejszych, aż do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Lemaitre zawarł w fabułę w kolejno ponumerowanych rozdziałach, których jest czterdzieści cztery. Autor wystylizował język stosownie do czasu osadzenia akcji. Narracja również bardziej przypomina Dumasa lub Dickensa niż współczesny literacki język. Momentami wybijały mnie z rytmu sformułowania, skierowane wprost do czytelnika, typu „musicie wiedzieć”. Kompletnie nie mogłam się w tą narrację, dialogi wgryźć. Cóż, nie każdy autor pisze stylem od którego miękną mi nogi.

Sama główna bohaterka Madeleine została przedstawiona przez Pierre’a Lemaitre bardzo wyraziście. Wiele w niej żalu, więcej chęci zemsty i odwetu, które kierują ją w czeluści najbardziej prymitywnych ludzkich zachowań. Chwilami gubiłam się za co gubi i dręczy konkretną osobę. Momentami podważałam jej motywacje, kara wydawała się wprost nieadekwatna do zbrodni. Historii w którym „pierwsze skrzypce” grają szantaże, porachunki, paszkwile, fiskalne malwersacje, wmanewrowanie w morderstwo czy w zdradę stanu traciły na prawdziwości. Jakby autor w jednej książce chciał zawrzeć wszystkie możliwe i prawdopodobne do ówczesnych czasów formy odwetu zranionej kobiety.  Muszę jednak pochwalić autora za sprytne obrazowanie bohaterów. Z jednej strony są pełni mojej sympatii, z drugiej natomiast na ich myśl oblewała się fala złości i goryczy. To bez wątpienia zaleta tej książki, ta umiejętność wplecenia w fabułę nieoczywistych postaci, ani dobrych, ani złych, ani szczerych, ani kłamliwych, takich po prostu ludzkich, złożonych. Przykładami takich bohaterów jest Léonce, André, Joubert, czy wujek Charles. By Was zachęcić do przeczytania, muszę wspomnieć o akcencie polskim. Mowa tu o Vladi (nie mam pojęcia co to za polskie imię!!!) polskiej pielęgniarce Paula. Kobiety, która nigdy, mimo wieloletniego pobytu w rodzinie Péricourt nie nauczyła się francuskiego, ot taka głupiutka Polka. Lemaitre wykorzystał jej postać do przedstawienia ksenofobicznej strony Francji, pełnej uprzedzeń i niechęci do tych, którzy mają inne pochodzenie. Oczywiście i przy tej okazji nie pominął kwestii żydowskich. Niezwykle polubiłam postać Solange, światowej słaby śpiewaczki operowej. Jej związek z Paulem jest mocną stroną tej publikacji, czyta się o nim, mimo chwilowej infantylności, z zaciekawieniem zastanawiając się w którym kierunku zmierza.

To powieść, w której przedstawiono obraz Francji targany wichrami ówczesnej historii z francuską polityką i światem finansjery w tle oraz niezwykle skutecznym Panem Dupré. Obraz Francji pełen  chorych, nigdy nie zaspokojonych ambicji, podłości, chciwości, czy zazdrości. To historia niełatwa, rzadko czytana. Historia nieoczywista.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Zabawa w chowanego” Guillaume Musso

ZABAWA W CHOWANEGO

  • Autor: GUILLAUME MUSSO
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery: 11.08.2021r.

W lutym publikowałam recenzję poprzedniej książki Guillaume Musso Sekretne życie pisarzy, w której zachwycałam się fabułą skoncentrowaną wokół literatury, pisarzy, wydawców i książek. Chyba zabieg udał się autorowi, a czytelnikom bardzo spodobał, skoro premiera Musso z ostatniej środy również toczy się wokół życia pisarzy, ich mocy, czy raczej niemocy twórczej. Książka „Zabawa w chowanego” wydana nakładem @WydawnictwoAlbatros to nietypowa powieść obyczajowa z niezwykle ciekawym wątkiem kryminalnym. Wątkiem, w którym fabularna rzeczywistość  zaciera się z kompletną fikcją, w którym zatarta została granica między fikcyjnym bohaterem a powieściopisarzem, między wytworem fantazji a jego twórcą. Zaciekawieni? Poczekajcie, aż zaczniecie sami czytać😉.

Co czuje matka, której trzyletnia córka znika w trakcie zabawy w chowanego? Co czuje, co robi w następnym kroku, co myśli?

O tym musiała przekonać się Flora Conway, pisarka poczytnych powieści. Przekonać się i przeżyć. Przeżyć wiedzę, że w apartamencie nie znaleziono śladów włamania. Przeżyć świadomość, że gdyby nie zabawa w chowanego Carrie nadal byłaby obok niej. Przeżyć poczucie klęski, gdy śledztwo prowadzone bardzo starannie utyka w martwym punkcie.

Co czuje poczytny francuski pisarz, który musi walczyć o swego syna Théo, którego matka zamierza zabrać do Stanów Zjednoczonych? Co czuje, na co czeka jednocześnie borykając się z niemocą twórczą?

O tym musiał przekonać się Romain Ozorski, który przeżywając najgorszy z dotychczasowych kryzysów w życiu prywatnym zaangażował się w losy Flory Conway szukając odpowiedzi na dręczące go pytania. Ile Flora jest w stanie jeszcze znieść? Jaką wiedzę o Carrie jest w stanie przyjąć? Jaki skutek odnoszą przeżycia w których bierze udział?

Dwa splecione ze sobą losy pisarzy. Dwa życia przenikające się na wskroś i tylko jedno rozwiązanie. Czy tylko jedno?

Książka składa się z czterech kluczowych części. Każda pisana jest z innej perspektywy w narracji pierwszoosobowej. Czytamy więc o wydarzeniach z perspektywy Flory, Romaina, Théo czy wydawczyni Fantine. Mnie najbardziej urzekła perspektywa Théo, odzyskanego przez ojca syna. Mimo, że ten aspekt nie jest kluczowy w powieści, wprowadził mnie w bardzo optymistyczny nastrój, stan, w którym miłość i troska o najbliższą osobę ma najwyższą wartość. Wartość nadrzędną nawet nad procesem twórczym. Bo o proces twórczy tu chodzi. O dylematy, o konsekwencje, o decyzje i o podejmowane próby, by pisać jeszcze lepiej, jeszcze jaśniej i bardziej świeżo. Musso umiejętnie wprowadził mnie w stan, w którym przestałam zastanawiać się nad fabułą, a zaczęłam odczuwać, zaczęłam przeżywać, zaczęłam stawiać się w roli poszczególnych bohaterów i myśleć trochę jak oni. Konstrukcja książki została wzbogacona o cytaty pojawiające się przed każdym rozdziałem. Cytaty odnoszące się do treści danej części. Na uwagę zasługuje również umieszczenie w powieści treści zaczerpniętych z artykułów prasowych, raportów policyjnych, stenogramu przesłuchań, czy chociażby otrzymanych, wysyłanych maili. Ten element dodaje książce świeżości, urozmaica ją i stanowi miłe zaskoczenie.

Musso osadził powieść w kilku perspektywach czasowych. W roku 2010, gdy zaginęła córka Flory i znacznie później, nawet dwanaście lat później. Udowodnił, że wiele w życiu pisarza i jego bliskich się zadziało i może się zadziać, o ile ma on moc sprawczą i pewnym decyzjom nada konkretne działania. Koncepcja spodobała mi się bardzo. Nie będę ukrywać, że momentami jednak gubiłam się nie wiedząc co jest rzeczywistością w fabule, a co całkowitą, oderwaną od niej fikcją. Miałam chwilami poczucie, że orbituję wokół bohaterów mających silne zaburzenia psychiczne, jak np. rozdwojenie jaźni. To wcale nie przeszkadza mi uznać książkę za bardzo ciekawy eksperyment czytelniczy, z którym dotychczas nie miałam do czynienia. A różnorodność i niecodzienność w czytanych książkach cenię bardzo wysoko. Przecież trochę o eksperymentowanie w pisaniu i czytaniu chodzi.

Z notki biograficznej na początku książki dowiedziałam się, że „Kluczem do sukcesu Musso jest łączenie wątków miłosnych, kryminalnych i czasami – fantastycznych, w doskonałym i niemożliwym do naśladowania stylu”. „Zabawa w chowanego” jest tego najlepszym przykładem. Znajdziecie w niej i romans, i kryminał, i wytwory wybujałej fantazji autora, i to jakiej fantazji!!! Trudno myśląc o książce opierać się na opinii innych. Bardzo trudno. Zachęcam więc, byście sami wyrobili sobie opinię o najnowszej książce Guillaume’a Musso czytając ją. Szczerze zachęcam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji” Sean Hepburn Ferrer

AUDREY HEPBURN. UOSOBIENIE ELEGANCJI

Autor: Sean Hepburn Ferrer

Wydawnictwo: Albatros

Data premiery: 2020-08-28

Data 1. wyd. pol.: 2005-01-01

Liczba stron: 253

Pamiętacie moją niedawną recenzję „Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu” od @WydawnictwoAlbatros, recenzję fantazji Robert Matzena na temat wojennych losów Audrey Hepburn? Fakt, nie była zbyt przychylna, ale mam nadzieję, że nie zraziłam Was do czytania o ciekawych osobistościach😉. Ja Audrey Hepburn po prostu uwielbiam. To klasa sama w sobie. Z chęcią sięgnęłam więc do publikacji tego samego Wydawnictwa sprzed prawie roku, by osobiście sprawdzić, czy „Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji” Seana Hepburn Ferrera zaspokoi mój głód ciekawości i ukoi moją fascynację nietuzinkową kobietą. Kobietą na miarę wszechczasów.

„Słynna aktorka, ikona kina, jako matka, żona i córka” – z opisu Wydawcy.

Czy matka chciałaby, by jej osobisty portret stworzył jej własny syn? O tym myślałam zaczynając czytać. Przecież w relacjach rodzinnych wiele jest nieporozumień, wiele wypowiedzianych słów, nie przeżytych właściwie wspólnych chwil i dużo zmarnowanego czasu. Czasem dochodzi do tego zwykła, ludzka niechęć i niedopasowanie charakterów. Nie wiem, czy Audrey Hepburn chciałaby by jej syn opisał ją w subiektywnej biografii. Nie wiem. Wiem tylko, że to ćwiczenie się udało😊.

Sean Hepburn Ferrer stworzył w swej książce obraz kobiety niezwykłej. Kobiety tak nietuzinkowej, jak nietuzinkowy był jej wizerunek sceniczny stworzony kilkadziesiąt lat temu. To nie historia o kinie, o jego cieniach i blaskach. W książce nie znajdziecie interesujących smaczków, o których swego czasu huczało w prasie lub wręcz przeciwnie, o których nikt wtenczas nie wiedział, nikt nie mówił. Znajdziecie za to emocje, znajdziecie miłość i mocno nacechowany emocjonalnie prywatny pamiętny, który jakiś mądry wydawca zdecydował się opublikować. Jako czytelnik uwielbiam książki pisane bardziej sercem niż piórem. Książki, które nie powstają na potrzeby wydawnictw, a na potrzeby własnego człowieczeństwa. Tak jakby autor miał zaraz umrzeć, jeśli nie przeleje na wydawniczy papier to, o czym śni, o czym pamięta, co nie daje mu spokoju. Wspomnienia syna aktorki zostały wzbogacone zdjęciami, urywkami wywiadów i cytatami. To wszystko spaja się w całość, a tak wydana książka jest kompletna. Nie napiszę, o czym możecie przeczytać. Treść w książkach jest przecież najbardziej interesująca. Napiszę tylko, że warto po nią sięgnąć, jeśli uwielbiacie tego Anioła kina XX wieku (ależ brzmi poważnie!) i  kochacie czytać osobiste relacje. Jeśli dodatkowo lubicie odczuwać emocje, emocje autora, to ta książka jest na pewno dla Was. 

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.