„Nie ma tego złego” Lauren Weisberger

NIE MA TEGO ZŁEGO

  • Autorka: LAUREN WEISBERGER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY (tom 3)
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 27.07.2022r.
  • Data premiery światowej: 7.05.2019r.

Lauren Weisberger była przez niecały rok osobistą asystentką samej Anny Wintour szefowej „Vogue”. Swoje doświadczenia opisała w błyskotliwej  książce „Diabeł ubiera się u Prady”, której ekranizacja podbiła serca odbiorców z rewelacyjną rolą Meryl Streep oraz Anne Hathaway. Film oglądałam, pierwszą część dawno temu czytałam. O drugiej nie miałam pojęcia😉. Tym chętniej sięgnęłam do książki „Nie ma tego złego”, która premierę nakładem @WydawnictwoAlbatros miała 27 lipca br. Spodziewałam się ciekawej fabuły, kobiecych problemów w stylu bardziej „Zmowy pierwszych żon”, niż „Wielkich kłamstewek”, a także mile spędzonego czasu.

Karolina Hartwell, była supermodelka, aktualnie żona pretendującego do funkcji prezydenta Stanów Zjednoczonych senatora Grahama Hartwella zostaje zatrzymana za jazdę po pijanemu, z synem męża i jego kolegami w samochodzie. Dramatyzmu dodaje fakt, że policja dostrzega na tylnym siedzeniu puste butelki po alkoholu, wskutek czego Karolina spędza noc w areszcie. Wspierana przez Miriam Kagan, przyjaciółkę, byłą prawniczkę, a teraz gospodyni domową i matkę trójki dzieci, prosi o pomoc Emily Charlton. Byłą asystentkę Mirandy Prestly wydawczyni modowego imperium „Runwaya”, aktualnie konsultantkę wizerunkową celebrytów, która zaczyna tracić klientów. Kobiety wspierają się wzajemnie w trakcie swych życiowych zakrętów i starają się ze wszystkich sił, by wyjść z życiowych zawirowań obronną ręką.

Niestety zawiodłam się. Książka jest bardzo przeciętna, czułam się przytłoczona nieprawdopodobnymi sytuacjami i słabymi fragmentami, które miały wywołać u czytelnika emocje. Sama kwestia związana z aresztowaniem Karoliny z początku książki okazała się wyjątkowo naciągana. Dzieci na siedzeniach z tyłu, z pustymi butelkami po alkoholu! Do tego brak badania alkomatem i noc w areszcie! Gdzie komórka, z której Karolina nagrywa nieregulaminowe zachowania policjantów? Gdzie dzieci, które reagują? Gdzie jest jej adwokat, jeśli rodzinny się nie spisuje ?  Autorka jakby zapomniała o podstawowych kwestiach, o których wie każdy czytelnik. To już niestety spowodowało silną moją reakcję obronną. Nie cierpię wręcz, gdy autor robi z czytelników bezmyślne mięso czytelnicze, które łyka wszystkie absurdy. Bohaterki też mnie nie zachwyciły. Nie ma w nich drapieżności. Kompletnie nie są podobne do postaci z „Wielkich kłamstewek”, już o „Zmowie pierwszych żon” nie mówiąc. Intrygi nie okazywały się rzeczywiście intrygami, tylko słabo skonstruowanymi elementami fabuły. Akcja często wydawała mi się rozwleczona, a bohaterki w różnych aspektach życia bezwolne. Karolina jako supermodelka zawiodła mnie najbardziej. Wydawała się praktycznie bezmyślna od początku do końca. Jej infantylność i naiwność wydawała mi się wręcz patologiczna. Najbardziej przekonała mnie Miriam. Kobieta, która zrezygnowała z kariery prawniczej dla rodziny, ale która powraca na rynek pracy. Chociaż jej powrót na rynek pracy też wydaje mi się totalnie odjechany. Sposób prowadzenia sprawy Karoliny….. ech, aż szkoda komentarza jak wydaje się być kierowany bez sensu, po omacku i bardzo pospolitymi metodami nie przystającymi na działalność prawniczą.

Książka ma jednak ciekawe momenty. Niezwykle podobały mi się nazwy rozdziałów, które okazały się niestety najciekawszym fragmentem. „Znowu kostium nazisty?”, „Zwykły kolega i niebieski kondom z brokatem”, „Powrót do dopasowanej waginy” brzmią wspaniale.  W niektórych rozdziałach, których jest łącznie trzydzieści jeden, autorka wprost odniosła się do rozdziałów, których nazwa wydaje się jakby wprost wycięta z treści zawartych w poszczególnych częściach. Gdzieniegdzie autorka wplotła ciekawe spostrzeżenia związane z funkcjonowaniem bogatych kobiet z przedmieścia jak: operacje plastyczne, wszechobecne nianie, dzieci jako element statusu społecznego, zdrady, znudzenie własnym życiem, ekskluzywne ciuchy, drogie siłownie itd. Wielokrotnie wspomniała uwielbiany swego czasu przeze mnie serial „Gotowe na wszystko” stwierdzając, że serial był kiepski, a fabuła słaba. Dla mnie życie Gabrielle, Susan, Bree, Lynette i Edie było o wiele ciekawsze. No cóż, ale każdy ma swój gust😊.

Podsumowując; niewymagająca lektura, która nie pozostawiła po sobie żadnej refleksji. No może tylko jedną:

Liczą się emocje, nie fakty! Nikogo nie obchodzi, co się naprawdę wydarzyło. Nikt nie dba o to, czy jesteś niewinna. Nikogo nie interesują aspekty prawne i szczegóły. Najważniejsze, jakie wzbudzasz uczucia. Jak ludzie na ciebie reagują, gdy cię widzą, słyszą, spotykają. Cała reszta to szum.” -„Nie ma tego złego” Lauren Weisberger.

Moja ocena 5/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Tajemnice Fleat House” Lucinda Riley

TAJEMNICE FLEAT HOUSE

  • Autorka: LUCINDA RILEY
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 1.06.2022r.

O Lucindzie Riley, zmarłej ubiegłego roku pisarce zafascynowanej tajemnicami przeszłości pisałam już niejednokrotnie na moim blogu. Ci, co go śledzą wiedzą, że jestem fanką cyklu „Siedem sióstr”. O niektórych tomach z nich przeczytacie na moim blogu: Tom 1 i 2, „Siostra cienia”, „Zaginiona siostra”. Oprócz wspomnianej serii przeczytałam również „Pokój motyli”  i najsłabiej przeze mnie ocenioną; „Dziewczyna z Neapolu”. Rodzina Lucindy zadziwia czytelniczy świat. Wygrzebali z opasłych szuflad autorki kryminał osadzony w małym, angielskim miasteczku, który napisała w 2006 roku😊, czyli pięć lat po swoim literackim debiucie. Powieść wydało @WydawnictwoAlbatros, a premiera „Tajemnic Fleat House” odbyła się 1 czerwca br. Zdaniem syna autorki Harry’ego Whittakera, który zwrócił się do czytelnika na początku książki opowieść „(…) w dużym stopniu została zainspirowana szkołą, do której uczęszczaliśmy my, dzieci Lucindy.” Bo właśnie takie miejsce stało się osią fabuły jedynej powieści kryminalnej autorstwa Lucindy Riley.

W renomowanej prywatnej Szkole Świętego Szczepana w Norfolk w styczniu 2005 roku umiera osiemnastoletni Charlie Cavendish. Syn wpływowego ojca wywodzący się z arystokratycznego roku. Teoria o śmiertelnym napadzie padaczkowym zostaje odrzucona, gdy patolog w organizmie zmarłego znajduje ślady aspiryny, na którą Charlie był uczulony. Czy śmierć w wyniku wstrząsu anafilaktycznego mogła być spowodowana morderstwem? Czy to kolejny nieszczęśliwy wypadek? Tego stara się na miejscu dowiedzieć londyńska komisarz Jazmine Hunter – Caughlin, dla przyjaciół Jazz.

Ciekawe doświadczenie czytać kryminał napisany lata temu przez autorkę bardzo dobrej serii obyczajowej „Siedem sióstr”😊. Naprawdę ciekawe. Tym bardziej, że Lucinda Riley miała potencjał i w gatunku powieści kryminalnych. Z obawą sięgnęłam po ten egzemplarz, a tu okazało się, że historia się układa jak typowo Lucindowa opowieść z istotną przeszłością z ciekawymi wątkami kryminalny. Tak😉. Musicie wiedzieć, że młody Charlie to nie jedyny trup. Morderca sieje swe żniwo i kolejno tracą jeszcze życie dwaj mężczyźni, z pozoru ze sobą nie za bardzo powiązani.

Najpierw parę słów o stylu zawartym w trzydziestu trzech rozdziałach. Sformułowania, język, tempo akcji, sposób narracji jest charakterystyczny dla autorki. To trochę jej wada, że nie potrafiła stworzyć dzieła totalnie innego, od innych. Równie dobrze powieść mogła zostać osadzona w końcówce dziewiętnastego wieku. Gnuśne angielskie społeczeństwo. Szkoły z internatem od najmłodszych lat. Szacunek do tradycji i arystokracji. Wysławianie się wykwintnie nawet w trakcie ostrej, kłótliwej wymiany zdań. To cechy charakterystyczne dla jej pisarstwa. Tylko takie aspekty jak liberalne podejście do aborcji, czy do związków tej samej płci wskazują czytelnikowi, że akcja dzieje się jednak w czasach współczesnych. Jeśli lubicie styl autorki nie zawiedziecie się. Jest typowo jej.

Co do wątku kryminalnego to mam, co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie została umiejscowiona akcja śledztwa. Pomysł, by osadzić ją w szkole prywatnej z tradycjami, gdzie każdy udaje i jest możliwy do ukrycia wszelki grzech, był bardzo dobry. Opisy scenografii są barwne i mnie przekonują. Samo społeczeństwo szkolne również zostało odzwierciedlone w sposób bardzo realistyczny. Widać, że z towarzystwem pedagogów, dyrektorów, opiekunów Riley miała sama do czynienia. Z drugiej śledztwo zostało do niebosiężnych rozmiarów rozwleczone. Jazz odebrałam jako śledczą szukającą po omacku. Autorka nie zostawiła znaków, po których mógłby podążać czytelnik, by choć trochę przybliżyć się do rozwiązania.  Żadne tropy nie wysuwały się na światło dzienne w trakcie toczącego się śledztwa. Chwilami wszyscy wydawali mi się podejrzani. Komisarz Hunter z miejscowym sierżantem i londyńskim śledczym Milesem oparli detektywistyczne działania na przesłuchaniach, niektórych świadków po wielokroć, jakby ich tryby myślowe zadziałały dopiero po wypuszczeniu ze swoich rąk przesłuchanego. Trochę taki motyw jak z Poirota Agathy Christie, gdzie mało się dzieje, a dużo mówi.

Bardzo dobry motyw z Rorym Millarem, trzynastoletnim uczniem szkoły. Zdecydowanie słabszy z jego ojcem Davidem. Zbyt oczywisty, zbyt naciągany i zbyt prosty. Obraz kobiet również zasługuje na wspomnienie. W tym Riley jest mistrzynią. Stworzyła cały gwiazdozbiór kobiet, zdecydowanie różnych od siebie, ze zdecydowanie różnymi doświadczeniami i pochodzeniem. Postać Jazz wydaje mi się najsłabiej zaprezentowana, szczególnie w aspekcie jej relacji z byłym mężem. Za to wieloletnia sekretarka dyrektora szkoły Jenny to co innego, czy chociażby Angelina Millar, zaborcza, kłamliwa, zafałszowana i walcząca do ostatniego o swoją, jak najlepszą, pozycję.

Dla mnie typowo gotycka powieść Riley mimo, że osadzona w 2005 roku. Atmosfera duszna, język wysublimowany, delikatny. Za mało emocji, za mało akcji i za mało sensacji. Wątek kryminalny wręcz przesądzony aspektami obyczajowymi, które mnożyły się jak grzyby po deszczu, tak jak bohaterowie poboczni, ale oczywiście z najlepszym skutkiem. Obyczajowość to zaleta tej powieści. W „Tajemnicach Fleat House” Lucinda Riley wodzi czytelnika za przysłowiowy nos, jednak gdy już odkrywa przed nim motyw wszystko wydaje się składać w jedną całość. Ale tylko pozornie. Pozornie…

Książka dla fanów Lucindy Riley, zafascynowanych jej stylem, jej kwiecistymi opisami i jej literackim językiem, a także miłujących zagadki z przeszłości, od których aż roi się w jej prozie. Miłej lektury!

Moja ocena 7/10.

Książka trafiła do mnie dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Puk puk” Anders Roslund

PUK PUK

  • Autor: ANDERS ROSLUND
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: EWERT GRENS & SVEN SUNDKVIST (tom 9)
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Puk puk” autorstwa Andersa Roslund od @WydawnictwoAlbatros premierę miała 15 czerwca br. Jest to 9 tom serii o komisarzu policji kryminalnej Ewercie Grens i Svenie Sundkvistem. O tej skandynawskiej serii nie słyszałam nigdy wcześniej😊, a swego czasu w kryminałach szwedzkich, norweskich i duńskich zaczytywałam się nałogowo. Sam autor jest ciekawą postacią. W Wikipedii przeczytałam, że „Roslund wiele lat pracował w Telewizji Szwedzkiej (SVT) jako dziennikarz, a także jako szef programu Kulturnyheterna. W 2004 r. wspólnie z Börge Hellströmem wydał powieść kryminalną Bestia (szw. Odjuret), która w Szwecji stała się bestsellerem. Roslund wraz z Hellströmem otrzymali za nią nagrodę Szklany Klucz, przyznawaną za najlepszą powieść kryminalną z krajów skandynawskich. Od 2005 r. całkowicie poświęcił się pisarstwu”  (źródło: wikipedia z dnia 1.08.2022r).„Puk puk” to druga książka napisana samodzielnie przez Roslunda. Jednakże po napisaniu powieści „Trzy godziny” Roslund oddał hołd swemu wieloletniemu współpracownikowi i Börge Hellströma, zmarłego w dniu 17 lutego 2017 roku, wskazał jako współautora.

Kilka dni i kilka nocy. Właśnie tyle czasu dziewczynka przebywała w tym smrodzie.” – „Puk puk” Anders Roslund.

Solenizantka mająca pięć lat. Pozostawiona sama na kilka dni w domu z zabitymi strzałem z pistoletu rodzicami oraz rodzeństwem, Eliotem i Julią. Ofiara albańskich porachunków gangsterskich.  Komisarz policji kryminalnej Ewert Grens wraz ze współpracownikami myśleli, że już nigdy o niej nie usłyszą. Że nie dane im będzie sięgnąć do zakurzonych przez siedemnaście lat akt w archiwum policyjnym. Aż do kolejnego przestępstwa w tym samym mieszkaniu. Aż do włamania. Grens od razu znajduje motyw kradzieży. Pozostawione wyżłobione miejsce nie daje żadnych złudzeń. Złodziej znalazł to czego szukał. „Grens od razu przypomniał sobie tamtą sprawę.” Sześćdziesięciocztero i pół letni śledczy otworzył umorzoną dawno temu sprawę na nowo nie mając zbyt dużo czasu. Szczególnie, że akta świadka dawnych wydarzeń zniknęły ze strzeżonego policyjnego archiwum.

To wprost niezwykłe, jak funkcjonuje ludzka pamięć. Coś, co nie tak dawno zdawało się nie istnieć, staje się rzeczywistością, powraca z niesłychaną siłą, rozpycha się łokciami i żąda dla siebie całego miejsca.” – „Puk puk” Anders Roslund.

Po mocnym początku z dziewczynką śpiewającą przez kilka dni z rzędu głośno sobie sto lat w mieszkaniu pełnych trupów, spodziewałam się czegoś innego😉. Bardziej thrilleru z ograniczonym wątkiem kryminału policyjnego. Anders Roslund zaprezentował czytelnikom typowy skandynawski kryminał z wszystkimi prawidłami tego gatunku, gatunku literackiego „nordic noir”. W „Puk puk” czytelnik bez problemu odnajdzie mrok, depresję bohaterów (i Grensa w związku z rychłym przejściem na emeryturę, i świadka zdarzeń sprzed siedemnastu lat, który nie zaznał ukojenia w nowej rzeczywistości), detektywa bez życia rodzinnego i kontaktów z bliskimi stanowiące podstawowe cechy skandynawskiego nurtu powieści.

Akcja w niektórych momentach się wlecze. Fabuła zdaje się być bardziej przegadana, niż sensacyjna. Poboczne wątki umniejszają rolę śledztwa do którego powrócił Grens po siedemnastoletniej przerwie. Śledztwa, które kiedyś położył. Pieta Koslow Hoffman wydał mi się bardziej głównym bohaterem niż sam komisarz policji kryminalnej Ewert Grens. Rodzina Hoffmana, praca Hoffmana, wydarzenia z przeszłości Hoffmana, aparycja Hoffmana, cechy charakterystyczne Hoffmana itepe, itede. Sam Grens wydał mi się podstarzałym gliną nie mającym już praktycznie nic do zaoferowania. Nawet nie potrafiłam sobie go wyobrazić. Nawet nie wiem jak mógłby wyglądać. Jego potyczki ze współpracownikami, jego przeprosimy rozwleczone do nieskończoności trącały infantylnością. Eurekę będącą przełomem w śledztwie odebrałam wręcz jako naciąganą, jakby autor chciał jednak Grensowi przypiąć jakieś sukcesy. Przyznaję jednak, że Roslund wykonał kanał kryminalnej roboty. Zdarzenia poprzedzające, powiedzmy, zapowiedzianą zemstę rozpisał co do dnia, godziny i minut, wyraźnie zaznaczając czytelnikowi czasoprzestrzeń, typu „Godzina 10:42 (został 1 dzień, 11 godzin i 20 minut). Pracę związaną z przedstawieniem czytelnikowi siatek gangsterskich, powiązań pomiędzy gangsterami, ich informatorami, a także stróżami prawa autor wykonał na piątkę. Ogromne znaczenie autor przypiął rodzinie ofiary, która naznaczyła jej przyszłość, i tej bliższej, i tej dalszej. Chociaż niektóre wydarzenia na których się skupił, rozwłóczyły tylko fabułę nic za bardzo do niej nie wnosząc.

Książka zdecydowanie dla fanów kryminałów skandynawskich uwielbiających zbrodnię, tajemniczą przeszłość, porachunki mafijne i współpracą osób z półświatka ze stróżami prawa😉. By jeszcze Was bardziej zachęcić, wspomnę również o  krecie w policyjnych szeregach i sensacji rodem z „Mission Imposibble”. Lubicie te klimaty? Jeśli tak to „Puk puk” Andersa Roslunda jest lekturą dla Was. Sięgnijcie po nią.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Gra na dwa fronty” Lily Lindon

GRA NA DWA FRONTY

  • Autorka: LILY LINDON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Książka „Gra na dwa fronty” Lily Lindon od @WydawnictwoAlbatros premierę miała 15 czerwca br. Jest to debiutancka powieść autorki, która powstała – jak sama Lily Lindon przyznała – w dobie lockdownu. Dotychczasowe literackie doświadczenie debiutantki opiera się na redakcji książek i pisaniu dawno temu skeczy dla studenckiej grupy komików. Ten motyw też został wykorzystany w książce😉. Jak również fakt z życia autorki związany z prowadzeniem własnego podcastu Wit Lit z wywiadami o zabawnych książkach. Dobrze się czyta o czymś, co jest znane bliżej autorowi. Z takim nastawieniem zaczęłam pochłaniać kolejne strony powieści, w której ogromną rolę odgrywają dwa różne oblicza tej samej osoby.

W mojej głowie pojawiają się wydarzenia zapisane w naszym kalendarzu. Wciąż takie same, powtarzające się, rygorystycznie zaplanowane. Te same kolory w identycznych wzorach, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku.” ” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Georgina Green to 26 – latka żyjąca w siedmioletnim związku ze swoim chłopakiem Dougiem. Oboje są umuzykalnieni. Doug gra nadal w kapeli Epoka Brązu, a Gina zajęła się nauką gry na pianinie w londyńskiej szkole. Życie w głębokiej symbiozie, ze wspólnym rodzinnym kalendarzem elektronicznym rozsypuje się jak domek z kart, gdy Gina towarzyszy swojej przyjaciółce Sophie influencerke, homoseksualistce na koncert lesbijskiej grupy Faza w klubie The Familiar. Nagle okazuje się, że obecność innych młodych kobiet nabiera dla Giny nowego znaczenia. Powoli jak poczwarka z kokonu przeistacza się w George, dla której miłość fizyczna może być spełniona i w towarzystwie mężczyzn, jak i kobiet. Jej rozwój i dojrzewanie napawa ją z jednej strony strachem, z drugiej nadzieją, że wreszcie coś w jej życiu zacznie się dziać. Wreszcie będzie żyła z wypiekami na twarzy każdego dnia, a nie tylko uprawiać seks w niedzielę, zgodnie z tygodniowym harmonogramem.

Jakoś nie do końca przekonała mnie ta książka. Zdecydowanie lepiej czytało mi się pierwszą część, gdy Gina vel George vel Georgina odkrywała siebie na nowo w całkiem dorosłym życiu. Gdy poszukiwała własnego ja i próbowała uporać się z seksualnym podnieceniem do tej samej płci. Odkrywanie środowiska LGBTQ+  zobrazowanego przez autorkę również było jednym z ciekawszych momentów w książce. Bardzo podobała mi się w tym momencie postać Douga, wieloletniego partnera Giny oraz jej relacja z Soph zagorzałą walczącą lesbijką i wieloletnią przyjaciółką w jednym. Chwila w którym do ich relacji zawitała zazdrość, była jedną z najsmutniejszych w książce, zniszczyła wszystko, zniweczyła to, co zostało zbudowane. W drugiej części autorka postawiła na szczęśliwe zakończenie, na infantylność. Happy end w wykonaniu Kit i Isobel mnie nie przekonał. Sytuacja w pracy dla mnie totalnie naciągana. Relacja z Dougiem po tylu wspólnych latach również. Jedyna realna wydała mi się mama głównej bohaterki, która zachowała się tak poprawie, jak tylko na angielską damę pijącą herbatę w trudnych chwilach przystało.

Tak, o takiej walczącej Ginie miło mi się czytało. Nawet jeśli jej zachowanie nie było całkowicie spójne. Zachowywała się jak zwierzyła złapana w klatce, motająca się od jednego rogu do drugiego, próbująca się wydostać.

Otwartość polega na tym, że mamy wieść szczęśliwe życie, a nie na tym, żebyś upokarzał mnie, rżnąc się raz za razem z jakąś przypadkową kobietą, a potem mi się tym chwalił” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Doceniam autorkę za umiejętność zobrazowania problemów, z którymi borykają się ludzie ze środowiska LGBTQ+. Mimo, że moim zdaniem środowisko to zostało – zapewne na potrzeby książki – przerysowane. Podobał mi się również świat muzyczki przedstawiony z perspektywy Giny. I na scenie, i w roli nauczyciela przygotowanie autorki było pierwszorzędne.

Kiedy swingujesz, podziały taktowe nie są równe, ale bardziej elastyczne. Pierwsza połowa jest nieco dłuższa od drugiej.” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Dobrze czytało mi się również o współczesnych młodych dorosłych, tak różnych od tych, którymi ja byłam i którymi było moje pokolenie. Oni inaczej patrzą na życie. Dla nich bycie dwudziestoparolatkiem to jak dla nas bycie szesnastolatkiem. Zero zobowiązań, zero głębszych relacji, zero dzieci. Ten wątek został potraktowany bardzo wnikliwie i to w obrazach wielu postaci. Autorka nie zamknęła się tylko na Ginę i na Douga, lecz stworzyła cały wachlarz różnorodnych młodych dorosłych, którzy patrzą na świat zgoła inaczej niż my w ich wieku.

Obecnie ślub w naszym wieku to dziwactwo. Chyba że jesteś religijny i tak napalony, że nie potrafisz logicznie myśleć. Skąd możesz wiedzieć, czy chcesz być z tą osobą na zawsze, skoro nie bzykałeś się praktycznie z nikim innym?” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Książka ratuje się fabułą, główną tematyką oraz stylem i tempem pisania. Czytało się powieść bardzo lekko i przyjemnie. Wynaturzony obraz środowiska LGBTQ+ nie drażnił mnie, nie denerwował. Autorka zachowała wysublimowaną dysproporcję pomiędzy wątkami, na których skupiała się w poszczególnych częściach. Idealna lektura na wakacje.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Rytm Harlemu” Colson Whitehead

RYTM HARLEMU

  • Autor: COLSON WHITEHEAD
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 1.06.2022r.
  • Data premiery światowej: 14.09.2021r.

Rytm Harlemu” Colsona Whiteheada to dwunasta książka wydana w miesiącu czerwcu br., którą przeczytałam i zrecenzowałam. Będąc bardziej precyzyjną napiszę dodatkowo, że jest jednocześnie piątym debiutem z tego miesiąca od @WydawnictwoAlbatros. Oznacza to, że czerwiec był kolejnym bardzo dobrym miesiącem tego Wydawnictwa, które wydało sporo pozycji finalnie zalokowanych przeze mnie się w moich planach czytelniczych😊.

Rytm Harlemu” Colsona Whiteheada jest też pierwszą powieścią tego autora, z którą się zapoznałam. Nie czytałam ani powieści „Kolej podziemna”, ani książki zatytułowanej „Miedziaki”, za które autor otrzymał Nagrodę Pulitzera (kolejno w 2017 i w 2020 roku).  W roku 2022 nagrody zostały już przyznane, o czym świat został powiadomiony 9 maja br. I niestety „Rytm Harlemu”  nie znalazł się wśród laureatów. Tym razem kapituła doceniła pisarstwo Joshuy Cohena.  Z tego co przeczytałam na oficjalnej stronie, książka finalnie nie znalazła się nawet wśród nominowanych. Colson Whitehead jest już jednak wygrany. Znalazł się obok dwóch wybitnych pisarzy; Wiliama Faulknera i Johna Updike’a, w gronie literatów, którzy w kategorii Literatura piękna zdobyli Pulitzera dwukrotnie.

Harlem, czarna dzielnica Nowego Jorku z lat 60-tych ubiegłego wieku. To właśnie tam urodził się i wychował Ray Carney, za czarny by przejść test papierowej torby i przystąpić do Klubu Dumasa, w którym zasiada jego teść Leland Jones.  Za czarny by osiągnąć zawodowy sukces jako sprzedawca sprzętu wyposażenia domowego gdzieś poza Sto Dwudziestą Piątą ulicą. Za dobry, za bardzo wykształcony by nie rozkochać w sobie pięknej i inteligentnej Elisabeth z dobrego domu. Za uroczy dla swego kuzyna Fredericka Dupree, który urok każdego potrafi wykorzystać dla swoich celów. Chłonący miasto, chłonący ulicę. Starający trzymać się z boku od jej wyznawców i jej królów. Do czasu….

 „Ameryka była duża i naznaczona plamami nietolerancji rasowej i przemocy. Odwiedzacie krewnych w Georgii? Oto bezpieczne trasy pozwalające ominąć miejscowości, w których nie wolno przebywać po zmierzchu, terytoria białasów, skąd możecie nie wyjść żywi, miasta i hrabstwa, których musicie unikać, jeśli wam życie miłe. -„Rytm Harlemu” Colson Whitehead.

I przez mniej więcej takie sformułowania książka przypominała mi klimat przepiękne zobrazowany w Oskarowym filmie pt. „Green book” oraz w firmie „Piętno” z 2004 roku z Nicole Kidman i Anthonym Hopkinsem. Oglądaliście „Piętno”, „Green book”? Jeśli nie to dorzućcie te tytuły do Waszych planów filmowych. Naprawdę mocne, inteligentne kino opowiadające o Ameryce sprzed prawie wieku, gdy dyskryminacja rasowa osiągała po zniesieniu niewolnictwa swoje apogeum. Taaaak. Ten klimat Whitehead zdołał wyciągnąć na światło dzienne w kartach swojej powieści. Czytając przez skórę czułam duszność Harlemu, czułam strach. Mentalnie oglądałam się za siebie, zerkałam przez ramię, skradałam się do rogu ulicy sprawdzając, czy ktoś na mnie nie czyha. Degustowałam różne smaki. Wciągałam nosem zapachy papierosów, palonej na ulicach trawki i tańczyłam do przepięknej czarnej muzyki, którą słychać zewsząd. To wielka umiejętność posiadana przez pisarza, wciągnąć czytelnika w atmosferę powieści. Colsonowi Whitehead to się udało zrobić ze mną.

Książka składa się z trzech zatytułowanych części. Każda zawiera po osiem- dziewięć rozdziałów. Wszystkie z części opisują  inny etap życia głównego bohatera Raymonda Carneya. W części „Pick – up” umiejscowionej w 1959 roku dużo dowiadujemy się o życiu Raya,  o jego przeszłości, o jego doświadczeniach i trudnym dzieciństwie. Autor wprowadza nas w nastrój panoszący się w Harlemie. W części zatytułowanej „Dorwej” Ray jest już innym człowiekiem. Od części pierwszej minęło już parę lat. Został po raz drugi ojcem, przeprowadził się do bardziej przestronnego mieszkania i wiedzie mu się coraz lepiej. Nie z powodu sukcesu ze sklepem z wyposażeniem wnętrz, ale… nie o tym, nie o tym chciałam tu pisać😊. Część trzecia stanowi jakby zwieńczenie historii Raya, jego rodziny i trochę jakby osób, które go otaczały. Stąd też pewnie wiele mówiący tytuł części, a mianowicie „Wrzuć na luz” umiejscowionej w roku 1964. Bo „Jeśli chodzi o lewe interesy, Carney był tylko trochę szemrany…”. Na ostatnich stronach dużo się wyjaśnia. Do głosu dochodzi polityka, wiele czasu autor poświęca zamieszkom Afroamerykanów, a także tematom, które Ray doprowadza do końca, a nawet staje się członkiem Klubu Dumasa (ciekawe czy autor nazwę klubu zaczerpnął z hiszpańskiej powieści autorstwa Artura Péreza-Revertego z 1993 roku o tym samym tytule.)  

Niezwykle spodobał mi się rys historyczny książki. Fikcja przeplatająca się z rzeczywistością, jakby Whitehead chciał oddać hołd tej czarnej dzielnicy Nowego Jorku. Z zachwytem czytałam o Hotelu Theresa, który działał, a który do dzisiaj pełni rolę punktu orientacyjnego Nowego Jorku i został dodany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych. Budynek nadal istnieje, chociaż pełni już inną funkcję. To właśnie w tym hotelu będącym przepięknym budynkiem (zerknijcie proszę do https://en.wikipedia.org/wiki/Hotel_Theresa ) zatrzymywali się znani i wpływowi czarni sportowcy, politycy, aktorzy, czy piosenkarze. Jak przeczytałam w „Rytmie Harlemu” „W hotelu nocowali wszyscy słynni murzyńscy sportowcy i gwiazdy filmowe, najlepsi śpiewacy i biznesmeni…” Zresztą autor nie wykorzystał hotelu tylko w tej powieści. Dużo wcześniej napisał do „The Now Yorkera” artykuł zatytułowany „The Theresa Job” („The New Yorker” z dnia 26 lipca 2021r.), który  opowiadał o napadzie na hotel w 1959 roku. Można przeczytać o budowie World Trade Center, o wojnie antynarkotykowej, czy o holdingu Van Wyck’ów tworzącym markę VWR, zasiewającym dzielnicę drapaczami chmur. Tak bardzo wkręciłam się atmosferą lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, że wyszukiwałam w Internecie zdjęcia mebli, które mogłabym znaleźć w sklepie u Carneya, a o których opowiadał z takim zacięciem i znajomością😊.

Bardzo spodobała mi się opisana relacja Raya z Freddiem. Taka męska, szorstka miłość. „Stworzyli własny żartobliwy język i sposób patrzenia na świat. Kiedy dzielili pokój, to było tak, jakby ich prywatna mitologia została wyryta na kamiennych tablicach przez tańczący ogień, zupełnie jak w Dziesięciorgu pryzkazań.”  Ray troszczył się o Freddiego, a Freddy też nie dałby skrzywdzić Ray’a.

Praktycznie książka nie ma wad. Ma same zalety. Gangsterka, muzyka, szemrane interesy, rodzina, trudne dzieciństwo, walka o równość tworzą niecodzienny obraz Ameryki ubiegłych lat. To wszystko napisane z namaszczeniem i ogromnym szacunkiem, a także dużym wyczuciem. Język, zwroty, tempo i sposób wysławiania się został odzwierciedlony brawurowo. „Rytm Harlemu” to nie książka o czarnych tylko dla czarnych. To książka dla każdego, kto lubi inteligentne i skłaniające do myślenia i zastanowienia się historie. To książka dla wymagającego czytelnika, któremu nie w smak pobieżne i płytkie fabuły. To powieść dla fanów literatury pięknej o moralności, o ograniczeniach i o marzeniach, które trudno jest spełnić. Szczerze polecam. Ta książka powinna znaleźć się jak najszybciej w Waszych planach czytelniczych!!!

Moja ocena 10/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„To jeszcze nie koniec” Egan Hughes

TO JESZCZE NIE KONIEC

  • Autorka: EGAN HUGHES
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 29.06.2022r.

To jeszcze nie koniec” Egan Hughes jest trzecią książką od @WydawnictwoAlbatros, której recenzja już za mną i która debiutowała na polskim rynku w dniu 29 czerwca br. Mimo, że jest to debiut autorki to do jej sięgnięcia zaciekawiła mnie tematyka związana z gaslightingiem. Dla tych, co sformułowanie jest nowe pozwolę sobie zacytować, że jest to „(…) forma psychologicznej manipulacji, w której osoba lub grupa osób umyślnie tworzy w osądzie ofiary wątpliwości wobec własnej pamięci czy percepcji, często wywołując u niej dysonans poznawczy i inne stany, takie jak niskie poczucie własnej wartości. Za pomocą zaprzeczania, kłamania, wprowadzania w błąd, sprzeczności i dezinformacji gaslighter próbuje zdestabilizować psychicznie ofiarę i podważyć jej przekonania. Służy temu szeroki wachlarz zachowań: od zaprzeczenia przez sprawcę, że doszło do poprzednich nadużyć, aż po inscenizację dziwnych wydarzeń przez sprawcę z zamiarem dezorientacji ofiary. Termin powstał po premierze amerykańskiego dramatu psychologicznego z 1944 roku „Gaslight” (w Polsce znany jako „Gasnący płomień”), w którym główny bohater próbuje roztoczyć nad niedawno poślubioną żoną kontrolę poprzez wmawianie jej czynów i stanów, które są sprzeczne z rzeczywistością.” (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Gaslighting z 18.07.2022r.). Mechanizm stary jak świat, choć mało znany termin. Idealnie zobrazowany w firmie pt. „Dziewczyna z pociągu”, który ciągle pobrzmiewa w mojej głowie. Czytaliście „To jeszcze nie koniec” ? Oglądaliście „Dziewczynę z pociągu”?

Osoba, którą kochasz, staje się twoim światem, a wszystko, co powinno pójść dobrze, idzie źle. Podkrada się do ciebie niepostrzeżenie, aż zabrniesz za daleko, że nie jesteś w stanie odnaleźć drogi powrotnej. Nazywają to ograniczeniem wolności partnera…” – „To jeszcze nie koniec” Egan Hughes.

A wszystko zaczęło się jak w bajce. Tak jak zwykle się zaczyna.

Rob Creavy. Przystojny, szarmancki, inteligentny. Rozkochujący w sobie kobiety na zawołanie. Stał się w pewnym momencie oprawcą, kłamcą, manipulatorem, zdrajcą. I gdy Mii wydaje się, że nic dobrego jej już nie spotka, podejmuje walkę, z której wychodzi zwycięsko. Odchodzi od niego. Stara się o zakaz zbliżania i przeprowadza rozwód. Bajka nie kończy się happy endem. Kończy się jednak spokojem. Upragnionym spokojem dla maltretowanej psychicznie żony. I gdy odnajduje się spokój u boku nowego mężczyzny, jej życie pęka jak bańka mydlana. Rob Creavy ponownie zamiesza jej w życiu. Tym razem swoją śmiercią, którą poniósł z broni palnej na swojej łodzi. Czy Mia potrafi udźwignąć brzemię podejrzanej za śmierć byłego męża? Czy uda jej się oczyścić swe imię?

Książka składa się z dwóch części. W części pierwszej poznajemy historię Mii i Jess. Relacja w tej części jest pierwszoosobowa. To dzięki tej intymnej, osobistej relacji czytelnik zaczyna rozumieć siłę Roba i zaczyna dostrzegać jego manipulacje. Autorka zobrazowała go jak Doktora Jekyll i pana Hyde’a. psidła. Jak pająk. Druga część zawiera wydarzenia „Przed” i „Po”. Okres „przed” to czas żeglowania w roku 2015, gdy już minął okres miodowy. Czas „po” to wszystko, co wydarzyło się, gdy Rob przestał już mieć władzę nad swoją byłą żoną. Chociaż;

Żywy czy martwy. Rob nadal wpływał na moje emocje i nienawidziłam go za to.” – „To jeszcze nie koniec” Egan Hughes.

Zaletą jest wprowadzenie kolejnych kobiet, na życiu których Rob odcisnął piętno. Ciekawą bohaterką okazała się Sky, a jeszcze ciekawszą Rachel. Każda z nich z Robem miała inne doświadczenia, każdą inaczej zauroczył. Części poświęcone Sky były wyjątkowo dobrze napisane, gdyż obrazowały w sposób oczywisty mechanizm wykorzystywania i podporządkowywania sobie ofiar przez głównego bohatera. Doceniam również ukazanie przez autorkę mechanizmów z okresu dorastania, które znacząco wpłynęły na dorosłe życie Mii, na jej decyzje.

Dawno temu uznałam, że częścią małżeństwa są dramaty rozgrywające się za zamkniętymi drzwiami. W dzieciństwie, leżąc w łóżku, słuchałam podniesionych głosów, ojca szydzącego z mamy, która z rzadka tylko odpowiadała wybuchem.” – „To jeszcze nie koniec” Egan Hughes.

Dorastanie w takim środowisku, traktowanie pewnych sytuacji jako norma powodują, że kobieta nie sposób zachowania partnera gloryfikuje, tłumaczy na wszystkie możliwe sposoby. Nie zauważa pewnych sygnałów, lub je, bardziej lub mniej świadomie, bagatelizuje. Wyzbycie się tej nabytej w okresie dorastania umiejętności jest bardzo trudne i często czasochłonne. Dopiero z perspektywy czasu można docenić jak bardzo się mylimy, jak długo tkwiłyśmy w błędzie.

Sama książka jednak mnie nie zachwyciła, mimo ciekawych i dobrych momentów, o których wspomniałam powyżej. Jest to jednak lekki thrillerek, który zawiódł mnie powierzchownością opisania problemu związanego z  gaslightingiem. Mechanizm ten znacznie lepiej został przedstawiony w filmie pt. „Dziewczyna z pociągu”, o którym wspomniałam na początku mego wpisu. Autorka nie wykorzystała potencjału, który stanowił Rob Creavy. Jego postać dawała tyle możliwości. Hughes skupiła się bardziej na odkryciu, kto stoi za jego śmiercią, niż kim tak naprawdę był i co tak naprawdę złego zrobił. Parę momentów kompletnie mnie nie przekonało. Katharsis i nawrócenie wydały mi się bardzo naciągane. Nagła słabość tym bardziej. Szczególnie, że manipulatorzy czerpią siłę z gnębienia, ciągłego gnębienia. I nie potrafią przestać, póki nie zniszczą kolejnej ofiary.

Ciekawa fabuła. Ciekawa historia. Jak na debiutancką książkę to dość przystępny efekt. Nie zachwyca, ale też nie mierzi, nie zawodzi za bardzo. Kolejna historia, w której jednak trochę zabrakło emocji.

Moja ocena 6/10.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Mała niespodzianka. Dwóch starszych panów i niemowlę, czyli jak Hendrik i Evert wpadają w kłopoty” Hendrik Groen

MAŁA NIESPODZIANKA. DWÓCH STARSZYCH PANÓW I NIEMOWLĘ, CZYLI JAK HENDRIK I EVERT WPADAJĄ W KŁOPOTY

  • Autor: HENDRIK GROEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery: 29.06.2022r.

W notce biograficznej na początku książki przeczytałam, że „Hendrik Groen to pseudonim autora, który skrzętnie ukrywa swoją tożsamość. Jego pierwsza, opublikowana w 2014 roku, książka, „Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼”, okazała się olbrzymim sukcesem; wydano ją w 35 krajach, nakręcono na jej podstawie serial telewizyjny i wystawiono sztukę teatralną…” Te informacje podsyciły tylko mój apetyt i wzmogły oczekiwania co do debiutu z 29 czerwca br. od @WydawnictwoAlbatros. „Mała niespodzianka. Dwóch starszych panów i niemowlę, czyli jak Hendrik i Evert wpadają w kłopoty” Hendrik Groen po opisie jawiła mi się jako lekka książeczka, o dwóch starszych panach, w której ogromne znaczenie odgrywa komedia pomyłek, gagi sytuacyjne i dziwne zbiegi okoliczności. Liczyłam na pomieszanie z poplątaniem, a otrzymałam….

Trzeba uważać, staruszku – rzuciła gruba blondynka w legginsach.
  – Bardzo panią przepraszam, tłuścioszku – odpowiedział uprzejmie…” -„Mała niespodzianka. Dwóch starszych panów i niemowlę, czyli jak Hendrik i Evert wpadają w kłopoty” Hendrik Groen.

Już widzę, jak ktoś kulturalnie odzywa się do mnie w te słowa😊. Gromy by padały z nieba, bo chyba zamieniłabym się w Thora z tej złości😉.

I faktycznie nonszalancji i kultury głównym bohaterom odmówić nie zgoła. Zachowują holenderski sznyt nawet w najmniej oczekiwanych i oczywistych sytuacjach. A przygód odmówić im też nie sposób. Wszystko zaczyna się pewnego dnia, gdy w drodze na cotygodniowe szachy do Hendrika Groena jego przyjaciel Evert Duiker postanawia dla żartu „pożyczyć” sobie wózek dziecięcy. I to nie byle jaki, gdyż z prawdziwym, żywym niemowlakiem. Mały żarcik staje się więc początkiem ogromnej holenderskiej afery, w którą zaangażowana zostaje Pani Burmistrz, kilka zastępów policji, szkolny woźny, a także osobista sąsiadka Hendrika Pani Gerda von Duvensbode.

Autora muszę pochwalić za konstrukcję książki. I jest to prawie jedyna zaleta tej niedługiej publikacji. Fabuła zamieszczona została w dziewięćdziesięciu trzech rozdziałach. Na początku każdego z nich autor zamieścił godzinę i miejsce akcji. Wszystko to, co dzieje się poza mieszkaniem Hendrika relacjonowane jest z perspektywy narracji trzecioosobowej. To co wydarza się w życiu obu Panów, Hendrik opisuje samodzielnie w pierwszej osobie liczby pojedynczej.  Dość dobrze czytało się fragmenty z sąsiadką Gerdą. I duży plus za odzwierciedlenie holenderskiej rzeczywistości. Ta poprawność polityczna, te parytety płciowe, ta naturalna wielokulturowość. To elementy, które doceniłam w tej publikacji.

Spodziewałam się lotnej książeczki, w której geriatryczny humor nie pozwoli mi jej odłożyć, aż do ostatniej strony. Autor zafundował mi wymuszony humor, publikację wspartą na dotychczasowym sukcesie i znajomości bohaterów, którzy zapewne, w pierwszej części wypadli znacznie lepiej, niż w czwartej odsłonie. Nawet kot Bas nie uratował sytuacji, a słabość do zwierzęcych bohaterów drugiego planu mam ogromną. Komizm sytuacji odebrałam jako nieszczery. Motywację Everta do „użyczenia” sobie wózka dziecięcego jako udawaną, a poczynania holenderskiej policji i magistratu dolały już przysłowiowej oliwy do ognia. Po przeczytaniu pozostał, zawód i niesmak. Okazuje się, że nie dla każdego humor Hendrika Groena.

Moja ocena 4/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Kieł i pazur” Ian Rankin

KIEŁ I PAZUR

  • Autor: IAN RANKIN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: INSPEKTOR REBUS (tom 3)
  • Liczba stron: 350
  • Data premiery w tym wydaniu: 29.06.2022r.
  • Data premiery: 14.05.2009r.

Przy okazji recenzji dwudziestego pierwszego tomu z Inspektorem Rebusem pt. „Wszyscy diabli” (recenzja na  klik) przyznałam, że nie znam tej serii autorstwa Iana Rankina. Z wielkim zadowoleniem przyjęłam więc informację, że @WydawnictwoAlbatros wznowiło serię, by przybliżyć i Rebusa, i Rankina większemu gronu czytelników. Ja do tego grona się zaliczam😉. Z zaciekawieniem sięgnęłam więc po trzeci tom cyklu pt. „Kieł i pazur”, który premierę miał 29 czerwca br. licząc na typowy, detektywistyczny kryminał ze wszystkimi prawidłami tego gatunku😊.

Kostnice to miejsca, gdzie zmarli przestają być ludźmi, a zamieniają się  w worki z mięsem, podrobami, krwią i kośćmi.” – „Kieł i pazur” Ian Rankin.

Rebus na zaproszenie londyńskiego nadinspektora Howarda Laine’a przybywa do angielskiej stolicy, by wspomóc tamtejszą policję w poszukiwaniu sprawcy makabrycznych zbrodni. Mordercy nazwanego Wolfmanem. I to nie z powodu ran, które zbrodniarz zostawia na ciele zamordowanych kobiet przypominających ugryzienia wilka, lecz z powodu miejsca, gdzie została odnaleziona pierwsza ofiara, tj. na rzadko uczęszczanej Wolf Street na East Endzie. John Rebus współpracuje z detektywem inspektorem Georgem Flightem, który edynburskiego śledczego obdarzył ogromnym zaufaniem. Delegacja jest Rebusowi nawet na rękę. Ma okazję odwiedzić swoją byłą żonę i nastoletnią córkę Samanthę. Czy dwóm śledczym uda się złapać Wolfmana? I czy pomoże im w tym Lisa Frazer psycholog pasjonująca się profilerstwem?

Dokonało się. Spotkanie. Dotknięcie. Ciało jest gorące, rozwarte, rozgrzane od krwi. Kipiące wnętrze przestaje już być wnętrzem. Wrzenie. Ta chwila zbyt szybko dobiegła końca.” – „Kieł i pazur” Ian Rankin.

To wyjątkowa część. W mojej subiektywnej opinii zdecydowanie lepsza, niż „Wszyscy diabli”, która premierę miała 27.04.2022r. Pisarstwo Rankin z 1992 roku, w którym to opublikowany po raz pierwszy został „Kieł i pazur” jest czymś innym, niż proza wydana wiele lat później, przy okazji dwudziestej pierwszej części. Rankin jest bardziej dosadny. Obrazuje mordercę jako pasjonata napawającego się spełnieniem przy okazji popełnienia i tuż po kolejnej zbrodni. Bardzo dobrze przedstawia mechanizm rządzący seryjnymi mordercami. Najpierw spełnienie wystarcza na miesiąc. Potem tylko na tydzień, aż wreszcie po godzinie od morderstwa łowca już szuka kolejnej ofiary.

Narracja jest poprowadzona bardzo ciekawie. Trzecioosobowa w przypadku, gdy śledzimy losy policyjnego dochodzenia i to, co dzieje się w życiu Rebusa nawet w jego życiu prywatnym. Tu narrator ma rolę kronikarza, relacjonuje poczynania, myśli głównych bohaterów. W przypadku, gdy czytelnik podąża za decyzjami i czynami prowadzącymi do kolejnych zbrodni, narrator przybiera bardziej osobistą postać. Ukazuje mordercę bardziej jako projekt, jako ciekawostkę, z jego wszystkimi przeżyciami, doświadczeniami i emocjami. Do głosu dochodzi w tym miejscu rys psychologiczny sprawcy, czym całkowicie zaciekawił mnie autor.

Psychologia bywa przydatna, ale nic nie przebije starego, dobrego przeczucia.” – „Kieł i pazur” Ian Rankin.

W efekcie Rebus znajduje sprawcę. Zanim się to stanie, przeżyje wiele. Na uwagę zasługuje opis pościgu  w zarekwirowanym jaguarze i to w towarzystwie sędziego, całkiem nieplanowanym towarzystwie😉. Ubawiłam się po pachy. Dramatyzm sytuacji połączony z komizmem. Całkowicie nowatorski dystans do poważnych spraw w wykonaniu Rainkina.

Tylko ani Rebus, ani Flight, ani nadinspektor Howard Laine, ani tym bardziej wspomniany sędzia nie poznali i nie poznają nigdy motywu. Pozna go czytelnik. Poznałam go ja. I dla tego motywu warto przeczytać ten dobrze skrojony kryminał detektywistyczny. Miłej lektury!!!

Moja ocena 8/10.

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Ostatnia misja Gwendy” Richard Chizmar, Stephen King

OSTATNIA MISJA GWENDY

  • Autorzy: RICHARD CHIZMAR, STEPHEN KING
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: PUDEŁKO Z GUZIKAMI GWENDY (tom 3)
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data światowej premiery: 15.02.2022r.

Pamiętam jak lata temu zachwyciłam się powieścią detektywistyczną autorstwa Stephena Kinga pt. „Pan Mercedes” wydaną również przez @WydawnictwoAlbatros w roku 2014. Kolejna część wydana rok później „Znalezione niekradzione” też spełniła moje oczekiwania. W trzeciej odsłonie z roku 2016 zatytułowanej „Koniec warty” autor wprowadził zjawiska paranormalne i tym samym powrócił do stylu, z którego stał się znany na całym świecie. Mimo, że King w powieści detektywistycznej spodobał mi się bardzo.

Kompletnie więc nie wiem, czego spodziewałam się po publikacji „Ostatnia misja Gwendy” Stephena Kinga i Richarda Chizmara, trzeciej części cyklu „Pudełko z guzikami Gwendy”, która debiutowała na polskim rynku 18 maja br. Nie jestem fanką ani gatunku fantasy, ani science fiction. Możliwe, że urzekła mnie przepiękna okładka. Tajemniczy mężczyzna w meloniku i z laską. I ta zieleń!!! I ta zieleń!!!

To kontynuacja przygód Gwendy Peterson, która mając dwanaście lat otrzymała od zagadkowego nieznajomego, Richarda Farrisa na przechowanie tajemnicze pudełko. Całkiem niezwykłe pudełko, z całkiem niezwykłymi magicznymi guzikami wewnątrz. Gwenda dotychczas radziła sobie z niszczycielskimi mocami. Czy ponowne z nimi starcie pozwoli wyjść Gwendzie wygraną? Czy tym razem nie uda się pokonać tego, co ukryte, tego co niszczycielskie i tego co niebezpieczne?

Jednym zdaniem; dla mnie zdecydowanie za dużo jak na jedną książkę. Podróż z  Castle Rock w stanie Maine, przez „(…) inne słynne przeklęte miasteczko”, aż do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej na 288 stronach to fantazja, której nie ogarniam. Mogę jednak szczerze polecić lekturę młodszemu pokoleniu. Z recenzją wstrzymywałam się bowiem do uzyskania opinii o piętnastoletniego syna mej przyjaciółki, który pożyczył ode mnie tę pozycję. I jego opinia, co mnie kompletnie nie dziwi, różni się zdecydowanie od mojej. Jego urzekł opisany przez autorów świat. Skonstruowana fabuła, w której magiczne moce nie są infantylne, nie są wróżkowe i nie są bajkowe. Jego zafascynowało miejsce nazwane Schodami Samobójców, a także działalność Senatu. Jego pochłonęła misja, z którą musieli zmierzyć się bohaterowie. I jako oddany fan Kinga docenił odniesienie do jego innych dzieł 😊.  I mimo, że to nie horror typowo Kingowski, do którego jest przyzwyczajony, zaznaczył, że czas spędzony z książką nie uznaje za stracony.

Mnie spodobały się ilustracje i oprawa graficzna wydania. Jest naprawdę przepiękna. Obwoluta ze skrzydełkami, czcionka na stronach wewnątrz powieści, gdzie uwypuklono autorów, tytuł książki, specyficzne oznaczenie numeracji stron. Książkę czyta się bardzo szybko dzięki użytemu językowi, który wprost idealnie wpasowuje się w wymania i oczekiwania młodszego pokolenia. Możliwe, że nie wyłapałam sensu książki, gdyż nie znam poprzednich dwóch części. Obiecuję, że nadrobię je w wolnej chwili. Może wtedy docenię pomysł i wykonanie autorskie w sposób bardziej rzetelny.

Moja ocena 5/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Zapomniany ogród” Kate Morton

ZAPOMNIANY OGRÓD

  • Autorka: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery: 15.06.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 1.01.2009r.
  • Data światowej premiery: 06.06.2008r.

Jeszcze nie opadł kurz po powieści „Cztery muzy” wydanej w serii butikowej w dniu 18.05.2022r., a już @WydawnictwoAlbatros zaszczyciło polskiego czytelnika kolejną pozycją z tego zbioru. Debiutującą 15 czerwca br. książką „Zapomniany ogród” Kate Morton. Autorkę poznałam przy okazji „Milczącego zamku” (recenzja na klik), która premierę miała w lipcu ubiegłego roku. A w samej recenzji napisałam: „Książka została napisana pięknym, literackim językiem. Brak powtórzeń, brak nieścisłości. Opisaną historię czyta się w napięciu, ciągle czekałam na zakończenie, na ostateczne odkrycie tajemnic krążących po zamkowych, ciemnych, dusznych korytarzach.” Mam nadzieję, że i tym razem moja opinia będzie zbliżona do poprzedniej😊.

Życie byłoby znacznie prostsze, gdyby przypominało baśnie. Gdyby ludzie przypominali szablonowych bohaterów powieści.” –„Zapomniany ogród” Kate Morton.

Dwudziestojednoletnia Nell dowiaduje się w dniu swoich urodzin, że nie jest biologiczną córką swoich rodziców, Hugh i Lil, którzy znaleźli ją w dokach portowych w australijskim Maryborough w 1913 roku, po samotnej kilkunastodniowej podróży z Anglii. Ta wiedza zmienia wszystko. Nell zaczyna czuć się obco. Jej dotychczasowe siostry nie wydają się jej już takie bliskie. Zaczyna szukać. W latach siedemdziesiątych wybiera się do Anglii, by spróbować poznać swoją historię. U schyłku życia, który spędziła w Brisbane zaciekawia przekazywanymi chaotycznie informacjami swoją wnuczkę Cassandrę, która nie przestaje drążyć podanych przez babcię informacji, aż do momentu, gdy dowiaduje się, że oprócz australijskiego odziedziczyła po niej angielski mały domek zwany Cliff Cottage w byłym majątku rodu Mountrachet umiejscowiony w Kornwalii, w mieścinie o nazwie Tregenna. To podróż do Anglii i badanie prawdziwej historii Nell O’Connor staje się od tego momentu celem życia Cass. Cassandra postanawia zrobić wszystko, by poznać, skąd pochodziła czteroletnia dziewczynka, znaleziona w porcie w Australii z małą skórzaną walizeczką.

Pamięć to okrutna dama, z którą wszyscy musimy nauczyć się tańczyć.” „Zapomniany ogród” Kate Morton.

Kate Morton sięgnęła do historii swojej rodziny kreśląc losy arystokratycznej rodziny Mountrachet i historii z odnalezioną, malutką Nell. Jej pierwowzorem jest babcia autorki będąca w tym samym co ona wieku, gdy dowiedziała się, że jej ojciec nie jest jej biologicznym rodzicem. Ta tajemnica została z babcią autorki przez całe życie. Dopiero u schyłku swego ziemskiego bytu postanowiła podzielić się tą wiedzą z trzema córkami. Na kanwie tej historii Morton stworzyła postać Nell. Nakreśliła kolejną rodzinną opowieść, w której tajemnice odgrywają istotną rolę. Wielki plus za postać Autorki, która została wspomniana na początku. Autorki mającej dwa wymiary, dwa znaczenia. Jeden związany z autorstwem przepięknych, magicznych baśni, które Morton wplotła w fabułę urozmaicając ją bardzo sprytnie. Drugi…. Tego musicie dowiedzieć się sami😉.

Książka składa się z trzech części. Łącznie znajduje się w niej 51 rozdziałów. Narracja jest trzecioosobowa. Rozdziały są kolejno ponumerowane. Autorka opowiedziała historię w wielu perspektywach czasowych, które wyszczególniła na początku każdego rozdziału. Losy głównych bohaterów śledzimy w Londynie i w Maryborough w roku 1913. Współczesne wydarzenia, w których uczestniczy Nell i jej wnuczka Cassandra umiejscowione zostały w Brisbane w roku 2005. Osobno autorka odznaczyła okres poszukiwań swoich korzeni przez Nell, co działo się w Londynie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. A to od czego wszystko się zaczęło, działo się w Anglii w roku 1900. I tak naprawdę ten początek jest niezwykle ciekawy. Początek Autorki. Bardzo podoba mi się ten zabieg. Opowiedziana przeszłość rodzinna nabiera szczególnego znaczenia. Jest bardzo kompleksowa, gdy czytelnik ma możliwość śledzenia jej z różnych miejsc, z perspektywy różnych bohaterów odgrywających w niej istotną rolę, jak Państwo Swindell – najmniej sympatyczni bohaterowie, jak Rose i Nathaniel Walker, jak Eliza Makepeace, jak sama Georgina Maountrachet, a także jak Lord i Lady Maountrachet.

Zapomniany ogród” to niezwykle klimatyczna opowieść, w której dzieje arystokratycznej rodziny  Maountrachet odcisnęły piętno na losach wielu niewinnych ludzi. To powieść, która nas uczy, że decyzje często podejmowane z dobrej woli, powodują więcej szkody, niż pożytku. To historia o matkach i córkach, w różnych konfiguracjach, gdzie matki nie zawsze są takie, jakie powinny, a córki nie zawsze są tymi, za które się uważały. To także kronika dziejów, które obejmują swą czasoprzestrzenią jeden wiek. Wiek, w którym pewne tajemnice dotychczas pogrzebane ujrzały światło dzienne.

I mimo, że nie książka nie zachwyciła mnie równie mocno jak poprzednia książka tej autorki, tj. „Milczący zamek” uważam, że jest godna poświęconego jej czasu. Idealnie wkomponowuje się w deszczowe dni. Jej urok wiktoriańskiej i gotyckiej atmosfery przenika do wyobraźni czytelnika.

Miłej lektury!!!

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.