Recenzja przedpremierowa: „Krzycz! Teraz!” Zbigniew Mentzel

KRZYCZ! TERAZ!

  • Autor: ZBIGNIEW MENTZEL
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 208
  • Data premiery: 11.08.2021r.

Wiele ciekawych premier czeka na nas już niedługo, już 11 sierpnia br. Jedną z nowości przeczytałam dosłownie jednym tchem.  To „Krzycz! Teraz!” pióra Zbigniewa Mentzla wydana nakładem @wydawnictwoznakpl. Kolejna obowiązkowa lektura dla wymagających czytelników lubiących felietony, dzienniki, reportaże i dobrą prozę, w której nie wiadomo, gdzie zaczyna się fantazja, a gdzie kończą się opisy rzeczywistych przeżyć autora. Jeśli mowa o autorze, to z krótkiej notki biograficznej na tylnym skrzydełku dowiedziałam się, że to „pisarz, krytyk, felietonista”. Napisał kilka biografii, zbiorów opowiadań i felietonów, a także powieści „Wszystkie języki świata” i „Spadający nóż”. Czego możemy spodziewać się po felietoniście „Tygodnika Powszechnego”? Czego możemy spodziewać się po mężczyźnie, który przez dekadę tworzył związek z najbardziej płodną, polską i niezwykle barwną autorką tekstów? Czego możemy spodziewać się po człowieku, który opowiedział w wielu tomach historię fascynującego człowieka, wybitnego polskiego współczesnego filozofia, Leszka Kołakowskiego? Chyba tylko prawdy. Samej prawdy.

W „Krzycz! Teraz!” Zbigniew Mentzel powraca do czytelników w roli  powieściopisarza i to nie byle jakiego. Powieściopisarza, który – mam nadzieję – wykorzystując własne doświadczenia, przeżycia, nawet swój charakterystyczny nos😉, kreśli postać i losy Miłosza od dnia jego narodzin, tj. od 1951 roku, aż do roku 2021. Nie jest to jednak, jak zapewnia Wydawca, książka  quasi-autobiograficzna. Jest to fikcyjna opowieść. Subtelny obraz pewnej rodziny, pewnego chłopca, który przeradza się w młodzieńca, by jeszcze szybciej przeobrazić się w dojrzałego mężczyznę.

(…) w Polsce rządzonej przez komunistów, ekonomista musi być człowiekiem niespełna rozumu” – „Krzycz! Teraz!” Zbigniew Mentzel.

Nie bez przyczyny wybrałam tę część cytatu na preludium do moich rozważań o Krzycz! Teraz!”. Trafnie odzwierciedla formę i styl powieści. Książka jest napisana bardzo sprawnym i lekkim stylem. W niektórych momentach przypomina typowy felieton. Felieton napisany z dowcipem, ze swadą. Mimo, że powieść napisana jest z perspektywy głównego bohatera – Miłosza, narracja jest utrzymana w trzeciej osobie. Przy czym Autor tak konstruuje treść, że chwilami miałam wrażenie, że Miłosz zwraca się do mnie w pierwszej osobie. Ten ścisły związek bohatera z narracją jest jedną z wielu zalet tej pozycji.

Miłosza poznajemy od chwili narodzin. Dowiadujemy się o tym, co się zdarzyło i co było dla niego ważne. W książce aż kipi od pierwszych razów. Pierwsze wędkowanie, pierwsze spotkanie z harcerzem, pierwsza odkryta rodzinna tajemnica, pierwsza miłość, pierwszy niezdany egzamin wstępny, pierwsze wydrukowane własne słowa z gazecie, pierwszy wygrany konkurs, pierwszy wyjazd za granicę i tak dalej. Bardzo podobał mi się wątek z Witkiem, synem pani Ginterowej oraz zachwyciła mnie relacja z Alicją. Nawet o seksie Mentzel potrafi napisać w przezabawny sposób, mimo oczywistości, w sposób jednak delikatnie wyszukany.

Wątek związany z rodzącym się komunizmem w Polsce i jego schyłkiem został miejscami skarykaturyzowany. To dobrze. Komunistyczne absurdy przywołały już nie raz uśmiech na mojej twarzy. Dobra proza powinna przedstawiać je w sposób, w jaki rzeczywiście funkcjonowały, nie powinna ich wyolbrzymiać, czy demonizować. Niezwykle udanie Autor zobrazował postaci kobiece. Nie tylko Alicja jest godna uwagi. Tak samo ważna dla czytelnika jest Dorota, jej punkt widzenia, jej doświadczenia. Sama siostra głównego bohatera nie jest również dla opowieści obojętna. Dużą uwagę Autor poświęcił matce Miłosza, jakby chciał oddać jej cześć, zaznaczyć jej ważną rolę. A motyw ze zdzieleniem w głowę kolbą polskiego oficera w obozie w Woldenbergu przez niemieckiego wartownika wręcz obłędny! Nie nudził mnie nic, a nic. Wręcz przeciwnie dodawał fabule w wielu miejscach jeszcze większego polotu. Do tego przepiękny język polski. Z licznymi odniesieniami, z barwnymi opisami, chwytliwymi sformułowaniami. Język bogaty, bez niedomówień, bez zbędnego dopowiadania, bez ozdobników, bez powtórzeń i bez błędów. Prosty polski język. Taki męski dojrzały styl. Zwięzły w swej prostocie, oddający wszystko to, co niezbędne.

Wzięłam książkę do ręki, by tylko zerknąć na jej początek. Wzięłam książkę do ręki i……. przepadłam. Całkowicie przepadłam na całe 208 stron. Jakże cudownych 208 stron!!! Jedno wiem na pewno, poczytam jeszcze coś Pana Zbigniewa. Poczytam. Mam nadzieję, że to okazało się dla Was prawdziwą zachętą, by zaprosić tą pozycję na swoją półkę. Ta szczera, prawdziwa reakcja czytelnika na te pierwsze parę stron, które zamieniły się w całą powieść.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję  Wydawnictwu Znak.

„Jestem kobietą” Karolina Szaciłło

JESTEM KOBIETĄ

  • Autor:KAROLINA SZACIŁŁO
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Liczba stron:352
  • Data premiery:05.05.2021r.

Nie wiem dlaczego nie lubię poradników. Kompletnie nie wiem. Jak już się skuszę i przeczytam, w większości przypadków jestem zadowolona, nawet jeśli nie jestem w stanie wdrożyć przeczytanych technik w moje życie od razu lub nie jestem w stanie od razu zauważyć żadnej zmiany. Do niektórych wracam kilkukrotnie. Z książką „Jestem kobietą” @Karolina Szaciłło wydaną przez @wydawnictwoznakpl tak właśnie było. Od premiery, która miała miejsce 5 maja br. wracałam do niej kilka razy, a mówiąc ściślej do niektórych z jej rozdziałów powróciłam, jeszcze przed napisaniem tej recenzji. Musiałam wiele tematów przetworzyć ponownie, przeżyć je jeszcze raz. Dobrze się stało, gdyż nie dałam się ponieść emocjom, tym negatywnym. Dałam szansę dojrzeć wątkom opisanym przez Autorkę i teraz patrzę na jej książkę całkowicie innymi oczami.

 

Jedz, baw się i kochaj, czyli historia o tym, jak odnaleźć i pokochać siebie” – z opisu Wydawcy.

Nie będę Was oszukiwać, w książce nie znajdziecie na to recepty. Znajdziecie jednak opowieść o kobiecości, o samorealizacji, o zrozumieniu siebie. To nie poradnik, to raczej dziennik własnych przeżyć. Te osobiste doświadczenia Autorki dają nam moc i nawóz do zrozumienia własnych zachowań, własnych emocji, własnych kompleksów. W ilu miejscach, odnalazłam siebie, a nie Szaciłło!!! Nie sposób zliczyć. Chwilami byłam ogromnie zaskoczona otwartością z jaką Autorka opisywała o swoich własnych doświadczeniach, bardzo trudnych doświadczeniach. Takich doświadczeniach, po których człowiek zaczyna wątpić w swoje człowieczeństwo i zastanawia się nad swoich zezwierzęceniem. Nikt nie jest idealny, nikt nie jest wolny od skłonności do nałogów, nikt nie jest wolny od błędów. Ważne, by znaleźć receptę, by znaleźć odpowiednią motywację i nie dać się pokonać. To jest największa rada, którą wyciągnęłam z tej pozycji.

Ogromnym plusem są różne techniki i rady do których odniosła się Karolina Szaciłło. Przeczytamy więc sporo o technikach relaksacyjnych, o wpływie zdrowych relacji na nasze życie, na nasze postrzeganie świata i otaczającej nas rzeczywistości. Możemy zaczytywać się jak skutecznie budować własną wartość i jak zrozumieć, że akceptacja osób trzecich nie jest nam potrzebna, by być kimś wyjątkowym, by być kimś ważnym. Własna akceptacja i poszczególne techniki psychoterapeutyczne są zawsze dla mnie „smakowitym kąskiem”. Nie zawsze w beletrystyce jestem w stanie odnaleźć tak umiejętne odniesienie do „swojego ja”, do swoich emocji, które musimy umieć nazwać, by nad nimi pracować. Dlatego warto było przeczytać tę książkę i do niej nawet kilkukrotnie powrócić.

Moja ocena: 7/10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Plan na miłość, czyli jak stworzyć fajny związek” Logan Ury

PLAN NA MIŁOŚĆ, CZYLI JAK STWORZYĆ FAJNY ZWIĄZEK

  • Autor:LOGAN URY
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Liczba stron:400
  • Data premiery:05.04.2021r.

Mam ostatnio szczęście do książek @wydawnictwoznakpl. Nie mogę nie wspomnieć o trylogii Grety Drawskiej (RytuałStos oraz Chichot), którą ciągle uważam za wyjątkowo udane, pierwsze spotkanie z Autorką. O ile z recenzji trylogii Drawskiej wywiązałam się bez zbędnej zwłoki, o tyle prezentowana przeze mnie książka w tym wpisie, musiała sporo czekać na swoją kolej. Nie ukrywam poradnik „Plan na miłość, czyli jak stworzyć fajny związek” Logan Ury nakładem @wydawnictwoznakpl, który premierę miał 5 kwietnia br. nie okazał się książką dla mnie. Kilka razy wracałam do niego, by w końcu skończyć go czytać. Dla kogo ta książka jest więc idealna?

Jak pisze Wydawca dla tego, kto chce znaleźć odpowiedzi na następujące pytania:

– „Jak uniknąć pułapek współczesnego randkowania.

– Jak znaleźć partnera, który w związku będzie chciał tego co ty.

– Która znajomość zawarta na portalu randkowym ma szansę przerodzić się w coś więcej.

– Kiedy zdecydować się na kolejny etap w związku.

– Jak wyleczyć złamane serce”.

Ja pierwsze zakochanie, pierwsze zauroczenie, pierwsze motyle w brzuchu i pierwszy długoletni związek mam za sobą. Wielu moich znajomych ma za sobą również nieudane randki na portalu Tinder i tym podobnym oraz niespełnione marzenia po spotkaniu z partnerem w sieci. Z poradnika nie dowiedziałam się więc niczego, chociaż jego ogromnym plusem jest odniesienie się Autorki do badań z zakresu behawiorystyki, do konkretnych zachowań człowieka. Dzięki takiemu podejściu Autorka tłumaczy i interpretuje zachowania, które pojawiają się w relacjach pomiędzy partnerami wykazującymi konkretne cechy, czasem nawet niemiłe i niespodziewane. To jest bez wątpienia najbardziej wartościowa cecha tej książki. Prawdziwe historie z życia pacjentów psycholożki, którym sama Autorka stara się pomóc, dla których stara się zaklinać ich los, ich związek, ich relację. Nie jest to łatwe, jak pewnie sami wiecie. Czasem nawet nie wiadomo, czego brakuje. Nierzadko dokładnie wiemy, co zawiodło. Nawet nie tylko my, lecz również prawie wszyscy z naszego otoczenia.

Jeszcze parę słów o stylu i języku. Jest bardzo konsekwentny. Mimo, że nie czytałam poradnika jednym „ciągiem” wracając do niego od razu wiedziałam, gdzie jestem, co przeczytałam, nad czym teraz Autorka się skupia, co chce opisać i jaką radę chce nam dać. Czytanie w częściach też ma swoje zalety. Każdy rozdział był jakby dla mnie odrębną historią. Możliwe, że to pozwoliło mi skończyć lekturę w całości i ocenić ją w bardzo przyzwoity sposób. Tylko zamknięte wątki mogą opisać całą historię!!!

Mówią „szukajcie a znajdziecie”. Parafrazując „czytajcie a dowiecie się” o co chodzi z tymi współczesnymi związkami!!! Bo, że o coś chodzi, to chyba wszyscy czujemy.  

Moja ocena: 7/10.

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Fit desery z kilku składników. Jak jeść zdrowo nie rezygnując ze słodyczy.” Agnieszka Stolarczyk

FIT DESERY Z KILKU SKŁADNIKÓW. JAK JEŚĆ ZDROWO NIE REZYGNUJĄC ZE SŁODYCZY.

  • Autor:AGNIESZKA STOLARCZYK
  • Wydawnictwo:ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron:256
  • Data premiery:07.06.2021r.

Ten tytuł wiele obiecuje. Po pierwsze obiecuje, że tytułowe desery przygotowuje się tylko z kilku składników. Wieloskładnikowość, jak pewnie się domyślacie, jest zmorą wielu gospodyń domowych. Po drugie obiecuje, że zawarte w książce przepisy są zdrowe. W erze mody na „bycie fit” w „to mi graj”!. Po trzecie, co najważniejsze, w tytule zawarto obietnicę, że można jeść desery przygotowane szybko, zdrowo, a do tego nie rezygnując ze słodyczy. Czyli, jest tu taka zawoalowana obietnica zdrowego żywienia przy jednoczesnym delektowaniu się smakiem ulubionych słodyczy. Przy takiej deklaracji zawartej tylko w jednym tytule (co będzie dalej!) nie mogłam się oprzeć i musiałam zapoznać się z czerwcową premierą od Wydawnictwa @Znak Horyzont, z poradnikiem kulinarnym Agnieszki Stolarczyk „Fit desery z kilku składników. Jak jeść zdrowo nie rezygnując ze słodyczy”.

Nie jestem niewolnicą zdrowego trybu życia, przyznaję szczerze. Do tej publikacji miałam więc dość ambiwalentny stosunek. Jestem za to niewolniczką poszukiwania tego, co nowe, co inne. Tego, co Wydawcy oferują nam czytelnikom każdego miesiąca. Uwielbiam również desery, więc te fit wydawały się wprost skrojone na moją miarę.

W ogóle się nie pomyliłam !

Tak, tak. W poradniku, oprócz ciekawych, zdrowych deserów znalazłam między innymi wkładkę z listą zamienników. Dowiedziałam się przykładowo czym zastąpić cukier. W tej skarbnicy wiedzy, Autorka wprowadza nas w meandry, której mąki używać oraz jak przeliczać zapotrzebowanie kaloryczne domowników uwzględniając nie tylko wiek i płeć, lecz przede wszystkim styl życia i dzienną aktywność. Nie cierpię tych wszystkich przeliczników, ale ten zaproponowany w książce został w całkiem znośny sposób. Dowiemy się z książki również ile kalorii znajduje się w zdrowych produktach, które napoje roślinne najzdrowiej spożywać oraz jak radzić sobie w trakcie przygotowywania dań z wagą kuchenną lub innymi kuchennymi miarami. Wszystko napisane w przystępny, łopatologiczny sposób. Sposób, który nie pozwolił mi się zniechęcić, a to już nie lada wyzwanie. Dobra treść została dodatkowo wzbogacona bardzo pięknymi zdjęciami. Oczywiście, nie będę oszukiwać, próbowałam już i moje desery nie wyglądają tak pięknie. Pocieszam się jednak, że „nie od razu Rzym zbudowano” i „wygląd to nie wszystko”. Liczy się to co w środku. Czyż nie ? Ze środka smak był zaś wyśmienity. Idealny. A nad wyglądem z fit deserami popracuję.  

Warto byście sami spróbowali. Zasmakujcie się. Zachęcam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zaczytywania się w książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont.

„Chichot” Greta Drawska

CHICHOT

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 3)
Data premiery: 2021-07-14
Liczba stron: 352

Wiem, że od premiery trzeciej części cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem minęły już dwa tygodnie. Musicie jednak wiedzieć, że ja przy okazji premiery z 14 lipca br. przeczytałam dwa poprzednie tomy, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia. I nie żałuję! Jeśli chcecie sobie przypomnieć moją opinię na temat poprzednich dwóch tomów to recenzje znajdziecie tutaj: „Rytuał” i „Stos”.

Greta Drawska jest nadal dla mnie ogromną niewiadomą, mimo przeczytanych już dwóch książek jej autorstwa. Nie wiem kim jest naprawdę, co lubi, jak postrzega swoje pisarstwo i skąd czerpie inspirację.  Autorka przedstawiła nam się bowiem pseudonimem zainspirowanym miejscem akcji poprzednich dwóch powieści, a mianowicie Drawska Pomorskiego, które okalają: jezioro Drawsko, Pojezierze Drawskie i sama rzeka Drawa.  Tym samym mamy Gretę Drawską. Autorka zagrała z czytelnikiem w unikatową grę na zasadzie znajdź mnie jeśli potrafisz. Ja nie znalazłam. A Wam się udało? W sumie to bez znaczenia, czy to prawdziwa Greta, czy prawdziwy Gret, czy może nowe wcielenie Remigiusza Mroza😉. Ważne, że do trzeciej części serii pt. „Chichot” zasiadłam z takim samym entuzjazmem jak do poprzedniej. Z entuzjazmem i ogromną ciekawością, by sprawdzić co też Wydawnictwo @wydawnictwoznakpl wraz z Autorką nam przygotowało.

(…) Pisarz nie pisarz, leniwy to on był, pani prokurator, jak wszystkie chłopy” – „Chichot” Greta Drawska.

I ten leniwy pisarz staje się pierwszą ofiarą. Używający pseudonimu (prawda, że brzmi znajomo😉) Pan Tom, który „Pisał kryminały z parą przewidywalnych bohaterów, którzy ni to się czubią, ni to lubią, a w to wszystko wplatał wątek historyczny. W ostatniej części trylogii wziął na warsztat temat pochówków antywampirycznych w Polsce. Część książki dzieje się w siedemnastym wieku”. Teraz to na pewno brzmi znajomo!!! Prokurator Wanda Just i podkomisarz Piotr Dereń odkrywają w trakcie śledztwa kolejne sekrety pewnych dwóch rodzin, w których dzieci, jak się okazuje, miały wspólnego ojca.

Dokładnie w taki sposób Greta Drawska puściła oko w stronę czytelnika. Umieszczając w powieści pisarza chowającego się pod pseudonimem i piszącego kryminały z wątkiem historycznym. Pisarz okazał się twórcą bestsellerów. Powieści Drawskiej też na takie pretendują i to całkiem słusznie. Książka przeczytała się sama! Nie mam pojęcia kiedy, ani jak. Zaczęłam czytać ciekawa dalszych losów głównych bohaterów i zanim się obejrzałam już byłam na 200 stronie. Odkładać książkę w tym momencie byłoby ogromną zbrodnią, więc dotrwałam migiem do końca. Nie dziwcie się, że piszę o potencjale na bestseller. Przecież tylko książki, które czyta się jednym tchem, które nie męczą, które wciągają mają szansę na czytelniczy sukces.

Tym razem Drawska zabrała nas w nie tak odległą podróż w czasie. To czasy całkowicie współczesne, gdy Borne Sulinowo okupowane było przez żołnierzy radzieckich. Gdy Polacy mieszali się z  Sowietami, gdy komunizm panoszył się wszędzie. Na te tereny zaglądamy i współcześnie, gdy Borne Sulinowo  straszy miastami widmo i w czasy dawne, gdy stacjonowała tam Armia Czerwona. Ten bardziej współczesny wątek historyczny nakreślił fabułę  w nieco inny sposób. Mniej w niej oniryzmu, zagadkowości, czarów i magii, więcej zdrad, trosk, przynależności i ciągłych pytań, kto obcy, a kto swój. Nie każdy Sowiet to gwałciciel i morderca. Nie każdy Polak jest dobroduszny i oddany sprawie. Szukanie mordercy Just i Dereniowi idzie jak przysłowiowa „krew z nosa”. Wydaje się, że nigdy nie zbliżą się nawet do rozwiązania zagadki. Do tego sytuację utrudnia ich osobista relacja oraz problemy w całej grupie śledczych. Szczególnie wątek Agaty i Tobiasza zasługuje na wspomnienie. W intrydze kryminalnej jest i morderstwo, i utracone dochody, i walka o majątek, i zdrada małżeńska, o której wiedział sam małżonek. Wielu więc wydaje się podejrzanych, wielu mogło zależeć na śmierci Pana Toma. Rozwiązanie nie jest więc tak oczywiste. Autorka nie rzucała mi kół ratunkowych, po których mogłabym szczęśliwie dotrzeć do brzegu, którym okazałoby się rozwiązanie zagadki. Oj nie. Gmatwała, mąciła, naprowadzała na mylny trop do samego końca. Zagadka niby rozwiązana, ale na samym końcu więcej pytań niż odpowiedzi. Pytań na które mam nadzieję jeszcze Drawska udzieli nam kiedyś odpowiedzi.

To nie kryminał gdzie trup ścieli się gęsto, a krew tryska z czterech stron świata. To kryminał, gdzie ważni są ludzie. Ważni są tak samo śledczy, jak i podejrzani. Faktycznie, jest tak jak przeczytałam w jej krótkiej notce biograficznej, Autorka lubi ludzi. Lubi też bez wątpienia czytelnika rozpieszczając go mądrą fabułą, ciekawymi wątkami pobocznymi oraz bardzo dobrym, lekkim stylem. Lubicie być rozpieszczani przez autora? Ja baaaaardzo. Dlatego zachęcam Was do przeczytania nie tylko tej trzeciej części cyklu, lecz całej serii. Zacznijcie proszę od „Rytuału”, zanurzcie się potem w historię opisaną w „Stosie”, a na końcu pochichoczcie z „Chichotem” w ręku. Na dobrą książkę zawsze jest czas!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.

„Zupełnie normalna rodzina” M.T. Edvardsson

ZUPEŁNIE NORMALNA RODZINA

  • Autor:M.T. EDVARDSSON
  • Wydawnictwo:ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron:496
  • Data premiery:15.04.2019r.

Skandynawowie zawsze się sprawdzali w mocnych thrillerach, gdzie kluczową rolę odgrywa człowiek. Ponad dwa lata temu premierę miała głośna książka „Zupełnie normalna rodzina” autorstwa @mattiasedvardssonforfattare. Szwedzki bestseller, który sprzedał się w ponad pół miliona egzemplarzy na całym świecie. Dzięki nakładowi Wydawnictwa Znak Literanova miałam możliwość zapoznać się z nim. Widać temat rodziny jeszcze nie został przez autora wyczerpany. 30 czerwca światową premierę będzie miała kolejna książka Mattiasa Edvardssona również z rodziną w tytule. Oryginalny tytuł brzmi „En familje tragedi”. Ze szwedzkiego roboczo można przetłumaczyć „Tragedia rodzinna”. To faktycznie była ostatnia prosta dla  „Zupełnie normalnej rodziny” z mojej biblioteczki. Sam autor był dla mnie ogromną niespodzianką. O ile topowych skandynawskich autorów czytałam nałogowo, o tyle z wytworem pracy M.T. Edvardssona miałam do czynienia po raz pierwszy.

Gdy ktoś mówi z przekonaniem, że coś wie, myślę, że powinien położyć uszy po sobie. Życie to jedna wielka nauka”.

„Zupełnie normalna rodzina” M.T. Edvardsson

Sama konstrukcja książki okazała się już pozytywną niespodzianką. Trzech głównych bohaterów: matka, ojciec i córka. Trzech narratorów. Wszystkie narracje pierwszoosobowe. Trzy różne perspektywy, każda prawdziwa, każda własna i każda subiektywna.

A wszystko dzieje się w typowej rodzinie.

No może nie całkiem typowej. Ojciec, Adam Sandell pastor w kościele Szwecji. Zafascynowany włoskim jedzeniem, włoską kulturą, włoskim klimatem i włoskimi wakacjami. Katujący rodzinę lazzaniami, bruschettami, spaghetti i obowiązkowym winem przy każdym posiłku. Życie rodzinne skupione wokół stołu, gdzie posiłki zamieniają się w powolne degustacje. W kultywowanie idei slow foodu. Kto ma ojca pastora? Raczej niewielu z nas. I to pierwszy dowód, że rodzina nie jest typowa.

Matka, Urlika Sandell inteligentna kobieta sukcesu, prawniczka. Lubiąca stawiać na swoim. Umiejscowiona na drugim planie w wychowywaniu córki. Budująca z nią relacje jakby zza szyby. Zgadzająca się, by to ojciec grał pierwsze skrzypce w tym ich trzyosobowym świecie. Kto ma robiącą karierę matkę prawniczkę? Zapewne niewielu z nas. I to drugi dowód, że rodzina nie jest typowa.

Córka, Stella Sandell. Jedynaczka, ukochana córeczka tatusia. Zawsze dostająca to czego chce. Osiągająca sukcesy w piłce ręcznej, potrafiąca zbudować dojrzałe przyjacielskie relacje. Inteligentna i bardzo mądra. Mająca problemy z narkotykami, uprawiająca seks na obozie religijnym, cierpiąca na niekontrolowane wybuchy gniewu i ogromną potrzebę dominacji, układania rzeczywistości wokół w sposób tylko dla siebie akceptowalny. Córka oskarżona o zabójstwo. Zabójstwo swojego chłopaka. Kto z nas zna dziewiętnastoletnią dziewczynę oskarżoną o zabójstwo?  Prawie nikt z nas. I to trzeci dowód, że rodzina nie jest typowa.

Co znaczy normalna rodzina?

Normalność, typowość każdej rodziny jest jak jednorożec. Wszyscy o nim mówią, a nikt nigdy go nie spotkał. Nie ma takich rodzin. Sam wydawca na obwolucie napisał „Idealna rodzina jest największym kłamstwem” i ja zgadzam się z tą opinią. Nie ma idealnych rodzin z prostego powodu, gdyż nie ma idealnych ludzi. Sam Adam uważający się za dobrego człowieka zarówno przez córkę, jak i żonę postrzegany jest inaczej. Stella widzi w Adamie zaborczego ojca, próbującego zawładnąć jej światem. Żona widzi w Adamie konkurenta. Konkurenta o relacje z córką, o więź, której ona nie potrafi stworzyć. Stella została przedstawiona przez Edvardssona z jednej strony jako wytwór fantazji jej rodziców, szczególnie ojca, z drugiej jako samorodny, buntujący się młody człowiek. Człowiek podejmujący czasem błędne decyzje. Decyzje, które mogą kosztować ją kilkanaście lat w więzieniu. Jej milczenie w trakcie trwającego śledztwa o morderstwo Christophera Olsena, syna Margarethy – wielkiego autorytetu z prawa karnego w świecie prawniczym, było znamienne. Z początku myślałam, że to przekora, próba udowodnienia wszystkim, a szczególnie rodzicom, do czego jest w stanie się posunąć. Później zrozumiałam, że to strategia, strategia by jednak wygrać.

Najbardziej dopieszczona w mojej opinii była perspektywa Adama. Adam relacjonował bieżące wydarzenia, po aresztowaniu jego ukochanej córki bardzo głęboko szukając przyczyny, szukając powodu dla tego, co się stało, szukając samodzielnie odpowiedzi. Czytelnik poznał więc jego pogląd na wczesne rodzicielstwo, głębię relacji z żoną i  parafianami, którymi się opiekuje, dobre i złe wspomnienia z przeszłości, decyzje, które musiał podejmować, by zapewnić bezpieczeństwo Stelli, by udowodnić jej, jak wiele dla niego znaczy. Perspektywa Stelli to bardzo dosadna relacja z jej wyborów, decyzji, działań i poczynań. Poznajemy Stellę taką, jaką ona siebie widzi. Całkiem inną, niż widzą ją rodzice, niż widzi ją najbliższa przyjaciółka, niż widzą ją inni. Z jednej strony bunt, z drugiej całkowite poddanie się sytuacji, w której się znalazła. Stella weryfikuje swoje spojrzenie na życie. Bardzo szybko dojrzewa zamknięta w więzieniu. Najmniej dopracowana jest perspektywa Urliki, matki. Jakby Urlika nie miała nic do powiedzenia. Nie miała wspomnień, nie miała przemyśleń, nie miała emocji i uczuć kotłujących się w niej na nowo. O Urlice dowiedziałam się tylko tyle, że nie z taką samą radością oddała się wczesnemu rodzicielstwu jak Adam. Tylko tyle. Jakby rodzicielstwo definiowało człowieka. Zabrakło mi tej Urliki. Te istotne rozbieżności w trzech perspektywach potwierdzają, że autor bardziej swobodnie czuje się w perspektywie mężczyzny. Ten punkt widzenia bardzo dogłębnie zobrazował co się działo i dlaczego się dział w tej zupełnej normalnej rodzinie.

Żałuję tylko, że autor nie wykorzystał w pełni postaci matki ofiary Margarethy. Jako wybitny karnista, autorytet prawniczy, jej postać była kluczowa dla wątku kryminalnego. Całkowicie pominięta w rozgrywce sądowej. Niewykorzystany potencjał, który mógłby nieźle namieszać. To samo z postacią Lindy. Nie ukrywam, kompletnie mnie nie przekonała. Jej działanie chaotyczne, powtarzające się, nic nie wnoszące do głównej fabuły.  

Wątek kryminalny, kto, dlaczego i po co zabił Christophera nie był najważniejszy. Najważniejsza była rodzina, dla której traumatyczne wydarzenie związane z aresztowaniem córki, stało się mekką do odkrywania wzajemnych relacji, ukrytych prawd, dopowiadania półprawd i podjęcia wspólnej walki.  Walki o Stellę. A to wszystko w trzech perspektywach. Trzech perspektywach jednego wydarzenia. Jakże różnych perspektywach.  Edvardsson udowodnił po raz kolejny, to o czym sami wielokrotnie się przekonaliśmy, że to samo zdarzenia przez różnych jego uczestników jest oceniane w kompletnie różny sposób. Każdy inaczej je zapamiętuje, każdy inaczej je wspomina. W odnoszeniu się do przeszłości często dochodzi wzajemne obwinianie się, przesuwanie odpowiedzialności na tego drugiego, tego trzeciego. Jakby każdy z nas miał swoją prawdę. Jakbyśmy zapominali, że fakt jest faktem i nawet najlepsze zakłamywanie rzeczywistości tego nie zmieni. Jakbyśmy nie mieli moralnego kompasu.

I to nieprzypadkowe pytanie na ostatnich kartach powieści; „Czy dobrze się z tym czujesz w głębi serca”? to taka „kropka nad i”. Kropka kończąca jedno z najlepszych zdań jakie czytałam.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Recenzja przedpremierowa – „Miasto szpiegów” Marek Krajewski

MIASTO SZPIEGÓW

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria:EDWARD POPIELSKI. TOM 10
  • Liczba stron:384
  • Data premiery: 19.05.2021r.

Cóż Wam mam powiedzieć? No dobrze, przyznam się. Wstyd mi wstyd, że to dopiero moja pierwsza książka @krajewskimarek. Jak sam pisarz o sobie pisze na oficjalnej stronie FB „filologa klasycznego, autora bestsellerowych powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim”. Książka nie byle jaka, bo to „Miasto szpiegów”, dziesiąty tom cyklu o „Łyssym”, która będzie miała premierę 19 maja dzięki nakładowi Wydawnictwa Znak. Czytając opinie o serii powinna mi się podobać. Powinna mi się podobać również dlatego, że to kryminał retro, osadzony w czasach międzywojennych, w Wolnym Mieście Gdańsk. A jak wiecie kryminały retro wręcz uwielbiam.

Skończył się czas udawania, przebieranek, wchodzenia w cudze buty. Teraz pozostała nam tylko szczerość… Naga i bezlitosna.”

„Miasto szpiegów” Marek Krajewski

Chyba wszyscy agenci świata chcieliby w to wierzyć. Niestety jak czytamy w opisie Wydawcy „W Wolnym Mieście Gdańsk wszystkie chwyty są dozwolone.”.

Akcja najnowszej powieści o Edwardzie „Łyssym” Popielskim toczy się w okresie od lipca 1933 do stycznia 1934. Przysłowiową wisienką na torcie jest epilog, w którym  zostały opisane fakty dziejące się parę miesięcy po ostatnich wydarzeniach, a więc we wrześniu 1934. Narracja jest trzecioosobowa. Narrator jest wszechwiedzący. Wie, co się wydarzy za moment, co i dlaczego się zdarzyło. Zna najskrytsze pragnienia, obawy i motywacje bohaterów. Wie, od czego wszystko się zaczęło.

A zaczęło się od napaści na mieszkańców pięknej willi Bergera w Sopotach. „Zamożny polski przedsiębiorca spedycyjny” zostaje porwany, a jego piękna małżonka Irena Arendarska zhańbiona przez jednego z napastników. Irena rozpoznała swego oprawcę. To Otto Adelhardt, jak pisze autor w Dramatis personae, „(…) komisarz policji kryminalnej Wolnego Miasta Gdańska (WMG), funkcjonariusz Abwehry(…)” – „niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego w latach 1921–1944” (źródło: Wikipedia).  Przełożony Edwarda Popielskiego, Jan Henryk Żychoń „kapitan, Szef Ekspozytury nr 3 Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego (Dwójki), odpowiedzialnej za działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze przeciwko państwu niemieckiemu” nakazuje Łyssemu opuścić Lwów i rozpocząć działania w Gdańsku. Od tego się zaczęło.

Zaciekawiłam Was? Mocny początek. Zapewniam, słusznie czujecie się zainteresowani i mocno zaciekawieni. A to dopiero początek!!! Od tego się tylko zaczęło. A potem…. Potem pojawiły się pytania; Czy chęć zemsty Arendarskiej jest prawdziwa, czy pozorna? Czy w ostatecznym rozrachunku Łyssy będzie mógł liczyć na Żychonia i Furgalskiego?

Gdańsk. Prawdziwe Miasto szpiegów

Sam tytuł zaciekawił mnie do granic możliwości. Jeszcze przed rozpoczęciem czytania, musiałam pogrzebać głębiej. Zrozumieć skąd pomysł, skąd takie osobistości w Dramatis personae (z łac. „osoby dramatu”). Autorka przeczytanego przeze mnie artykułu napisała, że „Przedwojenny Gdańsk był dla agentów miejscem idealnym – ustawodawstwo karne Wolnego Miasta nie przewidywało sankcji za działalność szpiegowską. Oprócz Niemców i Polaków ścierały się tam wywiady radziecki, litewski i francuski” (cyt. za Bożena Aksamit, 21 września 2015, wyborza.plGdańsk. Wolne miasto szpiegów). Niejaki Jan Żychoń istniał naprawdę, „(…) pojawił się na Pomorzu w 1927r. Został kierownikiem Referatu Lądowego Komisariatu Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku. Oficjalnie zajmował się egzekwowaniem polskich uprawnień, podlegało mu 88 wartowników z Westerplatte, nieoficjalnie – służbą wywiadowczą.” (źródło: jw.)To znaczyło, że już prawie „witałam się z gąską”. Prawie robi jednak wielką różnicę. Nie mam pewności czy Żychoń z kart książki Marka Krajewskiego jest tożsamy z żyjącym kiedyś pierwowzorem. Wiem natomiast, że rozpoczynając czytać wpadłam w wiernie odzwierciedloną, urealnioną atmosferę Wolnego Miasta Gdańsk. Rzeczywistość unikatową. Nie dziw, że autor wybrał takie miejsce i taki czas na akcję swojej powieści.

Inteligentna rozrywka

Potwierdzam, książka nie jest dla każdego. Książkę cechuje niezwykła autentyczność.  W powieści ściera się środowisko Lwowskie, Miasta Stołecznego Warszawy i Wolnego Miasta Gdańsk. W Gdańsku aktywnie działają, o czym wspomniałam, między innymi agentury polskie, niemieckie, sowieckie. Działają podwójni, potrójni agenci. Jeden wielki tygiel szpiegowski. Krajewski buduje napięcie od początku do końca, nie pozwalając od razu dociec, kto komu naprawdę służy, kto z kim przystaje, kto komu rzeczywiście donosi, kto kogo uznaje za swego pana. Wzajemne starcia, napaści, akty przemocy momentami całkowicie mnie mylą. W trakcie czytania nie odczuwałam zmęczenia, oj nie. Odczuwałam napięcie, zniecierpliwienie, nie mogąc połapać się we wzajemnych relacjach. Dodatkowo splątane losy polsko – ukraińskie, opisane tradycje i obrzędy, ukraińscy bohaterowie, dokładnie odzwierciedliły niepewność i złożoność tamtych czasów. Wszak Marek Krajewski nie bez kozery wspomniał o przejęciu we Lwowie Zarządu Krajowej Egzekutywy OUN przez Stepana Banderę.  

Oprócz rozbudowanego jak macki ośmiornicy wątku szpiegowskiego, odnalazłam w powieści rzeczywisty klimat dwudziestolecia międzywojennego. Klimat, który uwielbiam. Z zapartym tchem czytałam na przykład o pluszowych zasłonach, „(…) które osłaniały wejście na schody i ciągnęły się w malowniczych udrapowaniach – podobne do trenu kobiecej sukni – aż do wyjścia do ogrodu.” O automobilach, nie samochodach. Zegar również wybijał godziny inaczej, po swojemu jak w „pięć minut na pierwszą w nocy”. Jak autor sam przyznał w Posłowiu, „cierpi” na „(…) detaliczność opisu”. Ta detaliczność nie męczy, nie przeszkadza, ona tylko wzbogaca odbiór. Czy ktoś z Was słyszał o prywatnych pokojach dla towarzystwa na tyłach restauracji? Czy kojarzycie z powieści zawód karmicielek wszy? Ja nie. Niektóre opisy aktów niemieckiej przemocy skierowane przeciwko polskim mieszkańcom, również okazały się rzeczywistymi faktami historycznymi. Za to autorowi dziękuję. Za tę wiedzę, którą zdobyłam, a o której nie miałam pojęcia.

A sam Edward – dla niektórych Edzio – Popielski? Cóż, przypomina mi Kojaka. Łysy, przez dwa „s”, postawny, zaangażowany, bezlitosny i na wskroś męski, we wszystkich aspektach męskości. Posiada jednak cechy ludzkie. Cierpi, czym mnie autor całkowicie zaskoczył, na padaczkę i posiada kilkunastoletnią córkę Małgorzatę, zwaną Ritą. Mimo, że jest to dziesiąty tom cyklu, głównego bohatera poznałam w pełnej krasie z opisów w książce. To dowód, że książkę można czytać oddzielnie, nie znając wcześniejszych przygód Łyssego.

Można, a nawet należy ją czytać, bo czyta się ją wybornie. Nie jak książkę, o której zaraz zapomnimy. Czyta się ją jak arcydzieło szpiegowskie. Choć dla mnie to nowy gatunek, więc przyznaję, nie mam porównania. Do tego ten język. W każdym zdaniu stosowany z rozmysłem. Każde słowo zdaje się być przemyślanie dwa razy. Każde słowo nie jest przypadkowe. Jak na prawdziwego filologa przystało. Aż czuję wewnętrzny niepokój na myśl, jak oceni konstrukcję tej recenzji, gdy kiedyś przyjdzie mu rzucić na nią okiem.

Reasumując, uczta dla oczu i wyobraźni. Jeśli lubicie fabuły inteligentne i nieoczywiste, ta książka Wam się spodoba. Polecam.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

Recenzja przedpremierowa – „Kres czasów” Marzena Rogalska

KRES CZASÓW

  • Autor: MARZENA ROGALSKA
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: KARLA LINDE. TOM 2
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 19.05.2021r.

Pamiętacie moją recenzję „Czas tajemnic”  od @ MarzenaRogalska?  Jeśli nie, przypomnicie ją sobie klikając na ten link: klik. Jak to mówią człowiek – orkiestra. Dziennikarka radiowa (uwielbiam) i telewizyjna. Kobieta o wielu twarzach, z niesamowitym dystansem do siebie oraz umiejętnościami aktorskimi. Obserwujecie oficjalny profil na FB? Jeśli nie, to musicie zacząć. Takiej Rogalskiej wcześniej nie znałam. Skończę już te peany na cześć autorki i pochwalę się moim recenzenckim egzemplarzem najnowszej części cyklu o Karli Linde pt. „Kres czasów”. Książka będzie miała premierę 19 maja nakładem Wydawnictwa Znak. Spieszę więc, podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami, odczuciami po jej przeczytaniu. Praktycznie na gorąco.  

(…) Więcej godności, kochanie. Idziesz do walki o siebie, o swoje prawo do życia, nie jesteś przecież jakąś byle jaką panienką, która pozwoli pierwszemu z brzegu  mężczyźnie powodować sobą tak, jak się powoduje koniem. (…) Zrozumiano!”.

„Kres czasów” Marzena Rogalska

Z taką Karlą mamy do czynienia w tym tomie, oj z taką. Nie ukrywam jej przeobrażenie bardzo mi się podoba. Karla dojrzewa. Po zdanej maturze, o czym mogłam przeczytać w pierwszej części sagi, wyjeżdża studiować na uniwersytecie w Oksfordzie. Najpierw zwiedza Paryż, by w efekcie dotrzeć do Anglii, do Sheldon Manor i być gościem swej przyjaciółki Kathy. Do życia Karli wracają więc dwie ważne kobiety. Jej przyjaciółka Kathy Barling i jej była guwernantka Mrs Dorothy. Dorothy, która w efekcie okazała się całkowicie kimś innym.

Oprócz dobrze znanych nam bohaterów z „Czasu tajemnic” autorka wprowadziła wiele ciekawych, pobocznych wątków i nowych postaci, jak chociażby Albert Mildhouse. Bawidamek, hazardzista i oszust. W relacjach z takimi osobami dziewczęta, Karla i Kathy przechodzą szybki kurs dojrzewania. Kurs w którym nie ma miejsca na bezgraniczne zaufanie, a pojawia się podejrzliwość.

Jest to saga rodzinna, powieść całkowicie obyczajowa, choć nie do końca. Momentami przeradza się w political fiction, trochę retro. Czytamy o Mościckim, Dołęga-Mostowiczu, Zdziechowskim, Śmigłym-Rydziu, Kasprzyckim i innych ważnych osobistościach z ówczesnej sceny politycznej. Niepokój polityczny wyziera z pierwszych stron książki. Zaangażowanie II Oddziału Sztabu Generalnego w śledzenie zwykłych obywateli, czyli kontrwywiadu mrozi krew w żyłach.

Rogalska bardzo dobrze wplotła w wątki obyczajowe rodzący się antysemityzm w Polsce, socjalizm i faszyzm na świecie. Stosunek do otaczającego świata i na nowo tkanej historii obserwujemy z perspektywy Emila Linde, ojca Karli. To Emil potrafi przewidzieć kres czasów, a początek II wojny światowej. To Emil stara się odseparować Karlę od Polski, by przetrwała czas, który czego był pewien wkrótce miał nadejść. To Emil jest głosem ludu, głosem inteligentnego ludu, przewidującego ludu. Jego mądre wypowiedzi naprawdę były na miarę czasów i niestety po kres czasów, który nastąpił 1 września 1939 roku. Emil, który wypowiedział do tej chwili wybrzmiewające mi w pamięci słowa: „Zbliża się koniec czasów (…) Świat, jaki mamy runie w gruzy i nic już nie będzie takie, jak było, a po nas nie zostanie nawet proch.”

Autorka w tej części przedstawiła nie tyle perspektywę rodziny, ile perspektywę Polski w świetle tego, co miało się zdarzyć. Oczywiście nie zapomniała o wątku miłosnym. Karla nadal interesuje się Jankiem Donimirskim, a Janek Karlą. Wierzcie mi, uczucia Karli i jej relacje z Jankiem nie są tu jednak najbardziej istotne. Karla nadal myśli, nadal czuje. Zdecydowanie jednak mniej ociera łzę z kąta oka i ucieka z pokoju, by ukrywać wzruszenie, wrrrr. Karla też nie jest tu najważniejsza. Najważniejsza jest tu opisana rzeczywistość. Diagnoza czasów, kresu czasów, które miały nastąpić.

Rogalska potrafi wzbudzać zainteresowanie. Zaciekawiła mnie znowu w zakończeniu. Tak mnie zaciekawiła, że czekam na kolejny tom. Czekam na „Odzyskany los”.A za umiejętność wiernego oddania realiów ówczesnych czasów i sytuacji politycznej świata, przy zachowaniu słownictwa i języka w sposób jak najbardziej przystępny, Marzenie Rogalskiej głębokie chapeau bas. Słuchać Marzeny Rogalskiej to wielka przyjemność, czytać tak samo.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak. 

„Czas tajemnic” Marzena Rogalska

CZAS TAJEMNIC

  • Autor:MARZENA ROGALSKA
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: KARLA LINDE. TOM 1
  • Liczba stron:430
  • Data premiery:10.02.2021r.
  • Moja ocena:6/10

Gdy ktoś uwierzy we własną wielkość, nawet małość, wydaje mu się usprawiedliwiona, bo zdaje mu się, że cel uświęca środki”.

„Czas tajemnic” Marzena Rogalska

Z Marzeną Rogalską spotkałam się przy okazji książki „Druga miłość”. Oceniłam ją pozytywnie (moja ocena: 8/10). „Druga miłość” kończyła trylogię o Agacie Donimirskiej (poprzednie części to: „Wyprzedaż snów” i „Gra w kolory”). Jak sama Rogalska pisze w Od autorki, kończąc serię już zaczynała tęsknić za bohaterami. Z tej tęsknoty powstał pomysł na kolejną trylogię, tym razem o Karli Linde. Mam przyjemność przedstawić Wam recenzję premiery wydawnictwa Znak z lutego. Nowej powieści Marzeny Rogalskiej „Czas tajemnic”.

Prawdziwa saga

Czytając opis wydawcy „Pełna tajemnic saga Marzeny Rogalskiej” pomyślałam przesada. Okazało się, że deklaracja wydawcy jest jak najbardziej prawdziwa. Recenzowana przeze mnie książka to typowa saga rodzinna. Na początku poznajemy główną bohaterkę Karolinę „Karlę” Linde w jej rodzinnym, średniozamożnym domu lekarza Emila Linde i Barbary z domu Sokolnickiej. Jest to moment, gdy rodzice decydują o jej nauce zatrudniając guwernantkę Różę. Nadobowiązkowo zatrudniając do nauki języka angielskiego MRs Doris. Wspólna nauka, dużo spędzonego wspólnie czasu przyczynia się do tego, że Karla zaczyna się przyjaźnić z Doris. Niestety, ze smutkiem przyjmuje do wiadomości jej wyjazd do Anglii prawie dziesięć lat później. Całkowicie jej oddany ojciec, postanawia szybko uzupełnić pustkę kochanej córce i zaprasza do siebie Kathy Baring, której ojciec, znany angielski finansista doradza Bankowi Gospodarstwa Krajowego (hm… kto nie pracował w bankowości ten nie wiem, jak ten bank nawet dziś jest skostniały). Kathy zadomawia się u rodziny Linde stając się prawdziwą powierniczką głównej bohaterki. Dzięki niej Karla dorasta w dobrym towarzystwie. Towarzystwie osoby dorosłej, mającej obycie w świecie oraz doświadczającej w przeszłości wielu przygód.W międzyczasie autorka zabiera nas do Krakowa lat trzydziestych ubiegłego wieku. Odwiedzamy również rodzinne Byszewo. Bawimy się w Zakopanem, odpoczywamy w Ju racie i Zopottie. Na rzeczywistość sprzed stu lat patrzymy z różnych miejsc. Spotykamy różnych ciekawych ludzi. Wszystkie te wydarzenia obserwujemy jednak z perspektywy Karli Linde, młodziutkiej dziewczyny przygotowującej się do matury. Ambitnej, mającej postępowego ojca, dla którego zamążpójście córki nie jest jedynym celem jego rodzicielstwa, w przeciwieństwie do ambicji jej matki. Los nie szczędzi jednak Karli niespodzianek. Odejście matki, śmierć ukochanej babci, niespodziewany spadek, a tym samym niechęć wujostwa. Z tymi wszystkimi niespotykanymi wydarzeniami Karla radzi sobie z właściwą sobie gracją i wyszukaną inteligencją. W zakończeniu Karla ma już siedemnaście lat. Zdała celująco maturę i w nagrodę wyjechała z ojcem do majątku Donimirskich, gdzie poznała Janka, przystojnego syna dziedzica rodu Winicjusza Donimirskiego. Okazuje się, że z Jankiem łączy ją nie tylko pasja do koni. Oboje szybko zauważają, że stają się sobie bliscy. Fabuła skonstruowana jest w sposób, który pozwala na obserwację dojrzewania Karli. Dojrzewania w tracie którego Karla zaczyna uzyskiwać odpowiedzi na pytania: Co łączy ojca Karli, Emila Linde z Emilianem Sieniawskim? Dlaczego ojciec odnosi się z niechęcią do jej matki i odwrotnie? Co stało się z ciocią Olgą, szwagierką matki Karli? Za co ojciec otrzymał dwa krzyże Virtutti Militari? Jakie będą dalsze losy Karli i Janka zapewne dowiemy się w drugiej części sagi. Niestety musimy trochę poczekać.

Po jakiemu to było napisane?

Rogalska zaskoczyła mnie pozytywnie swym profesjonalizmem. Użyte w książce sformułowania jednoznacznie potwierdzają, że poważnie podeszła do tematu rozgryzając w czeluściach swego domu ówczesny język i styl. My czytelnicy mamy za co być wdzięczni. Do tej pory nie spotkałam się z takimi sformułowaniami jak: fulminować, memuary, westybul, przaśnie, spojrzeć na kogoś koso, kauzyperdzi, czy panna respektowa. Te pradawne zwroty nadają książce specyficznej cechy. Jeszcze bardziej wprowadzając czytelnika w nastrój i jednocześnie ustrój  pradawnej Polski. Autorka wplotła w książkę również historyczne wątki, które trawiły nasz kraj w tamtym czasie. Niechęć do Piłsudskiego, obawa lub jawna nieprzychylność polskiego mieszczaństwa do Żydów, kwestie narodowościowe czy zawieruchy Wielkiej Wojny. Tego, wierzcie mi w książkach historii nie znajdziecie. Rogalska wspaniale oddała rzeczywistość tamtejszych wydarzeń, wplatając również kwestię polskiej polityki w życie prywatne rodziny. Nie wiem, czy celowo autorka nie puściła w naszą stronę oczka twierdząc, że przed pochowaniem Piłsudskiego na Wawelu, co poniektórzy Polacy oburzając się mówili, że „Słowacki ma być ostatni”. Gdyby Emil Linde wiedział, kto jeszcze tam spocznie…

 Kompletnie nie podobał mi się przedstawiony sposób odchodzenia nestorki rodu, babci Aleksandry, mimo, że polubiłam bardzo Aleksandrę Gizelę z Janczewskich Sokolnicką, panią na włościach w Byszewie. Z jednej strony kobieta stateczna, nieprzejednana, potrafiąca utrzeć nosa „czarnym owcom” w rodzinie nawet po śmierci sporządzając trudny do obalenia testament, jakby znała się na najtrudniejszych, zawiłych konstrukcjach prawnych. Z drugiej niekochana matka, uwielbiana przez Karlę babcia, słaba, godząca się na to by kilkunastoletnia wnuczka pomogła jej w procesie odchodzenia. Opiekowała się nią, wykonując czynności jakie zwykle zleca się pielęgniarkom geriatrycznym. Godząca się na opiekę bez żadnej walki mówiąc po krótkiej argumentacji Karli „Zostań córeczko. Zostań do końca”. Przyznam, że to słaby punkt książki. Znając cechy babci Aleksandry i jej nieprzejednany jak  na tamte czasy charakter, spodziewałam się ciekawej intrygi, w wyniku której Karla mogłaby zostać w Byszewie, by towarzyszyć babci na końcu jej drogi. Dodatkowo zastanawiała mnie postawa ojca Karli godzącego się na to, by jego ukochana jedynaczka, praktycznie trzymana pod kloszem mogła opiekować się odchodzącą babcią, gdzie „Śmierć nigdy nie jest piękna, cierpienie nie jest estetyczne, jak na obrazach starych mistrzów…” oraz  „Nie ma lekarstwa na umieranie”. Skąd u Emila taka nagła pobłażliwość, taka otwartość? Kiedy według niego Karla nie była równocześnie wystarczająco dorosła, by omówić z nią polityczną rzeczywistość, podzielić się smutnymi doświadczeniami wojennymi czy złożoną relacją z jej matką. Duży plus za pokazane skomplikowane relacje rodzinne polskiego mieszczaństwa zbudowane na matce Karli, Barbarze i jej rodzeństwie – siostrze Elżbiecie, Annie i brata Kajetana. Członkowie rodziny nie ufają sobie. Zazdroszczą. Są małostkowi. Postępują niekulturalnie odgradzając się od ludzi pracy. Nie tolerują spoufalania się z tymi, którymi płacą. Jednocześnie stają się, za wyjątkiem cioci Anny, przykładem zadufanych w sobie mieszczuchów ze staropolskich majątków. Czy się zmienią, dojrzeją do zmieniającej się, nowoczesnej Polski? Tego się pewnie dowiemy w kolejnych częściach sagi.

Podsumowując, „Czas tajemnic” to pięknie napisana historyczna powieść. Prawdziwa saga. A jak w sagach często bywa, akcja toczy się momentami jak „żółw ociężale”. Mimo, że bohaterowie są skonstruowani bardzo ciekawie, a ambicja Karli i relacje z własnym ojcem są nietypowe jak na tamtejsze czasy, momentami wydarzenia wydawały mi się mało istotne, dialogi i opisy wymuszone, co utrudniło mi odbiór książki. Mimo, że uwielbiam ukazany w książce klimat końca dwudziestolecia międzywojennego przedstawione z nadmierną dbałością detale, następujące po sobie fakty chwilami wydają mi się małostkowe, nieznaczące dla jej postaci, jej dojrzewania i mocnego charakteru. Miałam wrażenie, że czasem Karla jak na siebie jest za słaba, za głupiutka. Czasem wręcz nad wyraz ogarnięta, odważna i dojrzała.  

Możliwe, że nie potrafię delektować się piękną prozą, co wynika z mej wrodzonej niecierpliwości. Możliwe. Pamiętajcie jednak, że jeśli dla mnie akcja toczy się za wolno, niekoniecznie dla Was będzie to wada. Wręcz przeciwnie. Dla Was może to być ogromna zaleta.  

 Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZNAK.

„Wróbel w getcie” Kristy Cambron

WRÓBEL W GETCIE

  • Autor: KRISTY CAMBRON
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Seria: UKRYTE ARCYDZIEŁO. TOM 2
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 27.01.2021r.
  • Moja ocena: 8/10



Kristy Cambron to amerykańska autorka powieści historycznych i non-fiction o tematyce religijnej. Jest historykiem sztuki i tego tematu dotyka też pośrednio wydana w Polsce jej seria „Ukryte arcydzieło”. Nie było mi na razie dane przeczytać jej pierwszego tomu „Motyl i skrzypce”,czytałam jednak na jego temat wiele pochlebnych opinii. Dlatego gdy na początku tego roku dowiedziałam się o premierze drugiego tomu zdecydowałam się na jego lekturę. Trochę obawiałam się, że bez znajomości pierwszego tomu będzie to utrudnione, ale tak naprawdę są do dwie odrębne historie, tylko bohaterowie współcześni Ci sami.

Jest to historia Kai Makovski, która gdy dowiaduje się, że niemiecki terror dociera do Pragi, gdzie pozostali jej rodzice opuszcza Wielką Brytanię, by spróbować uratować swoją żydowską rodzinę. Trafia do getta w Terezinie i wojenna groza staje się jej codziennością. Los krzyżuje jej drogi z drogami dziewczynki, która niespodziewanie odmieni jej życie. Kilkadziesiąt lat później Sera i William Hanover, bohaterowie „Motyla i skrzypiec” zastają brutalnie rozdzieleni podczas ślubu. Mężczyznę oskarżona o przestępstwo związane z dziełami sztuki i grozi mi dziesięć lat więzienia. Sera próbuje odkryć tajemnicę z jego przeszłości i postanawia zrobić wszystko, żeby mu pomóc. Niespodziewanie losy tych dwóch kobiet zostaną połączone historią tajemniczej dziewczynki ocalonej z Holokaustu.

Akcja toczy się dwutorowo, współcześnie i w czasie II wojny światowej, w narracji trzecioosobowej, współcześnie z punktu widzenia Sery, w przeszłości Kai. Świetny, lekki styl, ciekawe okazja, wyraziści bohaterowie to wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo przyjemnie. Jest to opowieść o miłości, przywiązaniu do rodziny, zdolności do poświęceń nawet w najtrudniejszych czasach. Przypomina, że ludzie nie są jednoznaczni, w każdym jest i dobro i zło, od nas zależy, którą stronę dopuścimy do głosu. Bardzo polubiłam obie główne bohaterki. Postawa Kai jest godna naśladowania, byłam pełna podziwu, gdy czytałam o jej trosce o rodziców, która kazała jej wrócić do okupowanej Pragi i zaryzykować wywóz do obozu, a także jej determinację i otwartość na krzywdę dzieci również w obozie. Również Sera jest wspaniała kobietą, mądra, wrażliwa, uczciwa, mimo wątpliwości, które ma pozostaje lojalna i wierna miłości. „Wróbel w getcie” to mądra, optymistyczna, pełna emocji opowieść, której długo nie zapomnicie. Polecam serdecznie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ZNAK.