„Śmierć Pani Westaway” Ruth Ware

ŚMIERĆ PANI WESTAWAY

  • Autor:RUTH WARE
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:480
  • Data premiery:02.06.2021r.

Czytaliście poprzednią książkę autorki? Jeśli nie, a chcecie się dowiedzieć czy przypadła mi do gustu to zachęcam do przeczytania recenzji Pod kluczem. Książka bardzo mi się podobała.

Opis wydawcy w przypadku „Śmierć pani Westaway”, która premierę miała zaledwie 2 czerwca, zastanawia. Jak czytam „Każda rodzina ma swoje mroczne tajemnice” to zakładam, że będzie to dobra powieść. Powieść głęboka, powieść druzgocąca. Często wydania od Wydawnictwa Czwarta Strona takie są. Spełniają moje wymagania. Oj spełniają. Sama okładka już wiele obiecuje. Zamknięta, stalowa brama. Ciekawi Was co za nią jest, za tą bramą? Mnie ciekawiło bardzo.

(…) dzieci to tylko kłódki do patriarchalnych kajdanek małżeństwa”.

„Śmierć pani Westaway” Ruth Ware

Tylko, że o dzieci w tej książce chodzi. Dzieci niechciane, niespodziewane, dzieci, które pojawiają się przedwcześnie. Dzieci będące czyimiś wnukami, siostrzeńcami, bratankami. Czyimiś dziećmi. Takim dzieckiem jest Hal. Samotna, dopiero co przekroczyła dwadzieścia lat, sierota. Tęskniąca za matką, którą straciła trzy lata wcześniej. Zarabiająca pieniądze wróżąc z kart, rąk lub z oczu. Pieniądze, których los jej do tej pory skąpił, których zawsze było za mało. Los wydaje się odmieniać gdy dowiaduje się o tym, że została spadkobierczynią Pani Hester Westaway, jej babci. Wyrusza więc do posiadłości w Kornwalii, gdzie dowiaduje się o istnieniu trzech wujków, o których nie miała pojęcia. W jaki sposób zmienią jej życie? Czy uda jej się odnaleźć więź z Ablem, Ezrą i Hardingiem? Czy będzie tylko dla nich zagrożeniem? Kolejnym zagrożeniem.

Tajemnice w staroangielskiej posiadłości

Trochę jak w „Wichrowych wzgórzach” Emily Brontë, które uwielbiam. Ogromna, stara posiadłość. Zimna posiadłość, ze stromymi schodami, emaliowanymi wannami na nóżkach. Strzeliste okna na strychu. Okna zabite kratami. Rodzina z tradycjami. Dzieci wychowywane „twardą ręką”, zamykane w pokoju na strychu z zakratowanymi oknami za każde małe, niewinne przewinienie. Despotyczna matka nie okazująca uczuć. Gospodyni, teraz już ponad osiemdziesięcioletnia, głucha, słaba, kuśtykająca, ale do końca oddana swojej chlebodawczyni. Wierna do końca, do jej śmierci.

To historia o odnajdywaniu siebie. O poznawaniu własnej matki, prawdziwej matki. O penetrowaniu jej przeszłości, o której nic nie wspominała nic nie mówiła. To historia o poszukiwaniu ojca. Ojca, którego się do tej pory nie znało.

To wszystko w dusznym, angielskim klimacie. Deszczowym, wietrznym, zimnym. W angielskim stylu pozostała rodzina milczy, milczy gospodyni, milczy nawet notariusz, mimo, że widać, że chciałby coś powiedzieć. W tym wszystkim próbuje odnaleźć się młoda dziewczyna, samotna dziewczyna.

Styl autorki bardzo dobry, mimo klimatu, który wiernie odwzorowała. Narrator jest trzecioosobowy. Retrospekcje odnoszące czytelnika do 1994 roku pozawalają poznać motywy, zatracić się w ówczesną rzeczywistość. Poznać realne wydarzenia z przeszłości.

Bardzo podobał mi się poboczny wątek homoseksualizmu jednego z synów Hester Westaway. Jej braku tolerancji, wręcz jawnej nienawiści. Lata dziewięćdziesiąte nie w każdej rodzinie przyniosły odwilż. Nie w każdej przyniosły tolerancję. Na pewno nie w tak starej rodzinie z tradycjami.

Nie spinały mi się tylko te niespodziewanie odnalezione dzienniki. Wydawały mi się ogromnym uproszczeniem. Dzienniki, w których wiele stron wyrwano, zatarto. Dzienniki, w których opisano historię Maggie i historię Maud. Dzienniki schowane w ogromnym, starym domu. Przez wiele stron zastanawiałam się, że gdyby mieszkańcy posiadłości rzeczywiście chcieli ukryć pewne z przeszłości zdarzenia to w pierwszej kolejności zrobiliby wszystko, by żaden ślad nie został.  Mało prawdopodobne, by ktoś z zewnątrz nagle je odnalazł i stał się ich posiadaczami. Tak cenne skarby, jak dzienniki skrywające tajemnice chroni się przede wszystkim.

Rodzinne tajemnice sprawdzają się w każdej prozie. Ostatnio czytałam wiele takich wątków. Ale rodzinne tajemnice w staroangielskim domostwie mają dodatkowy urok i tak naprawdę mroczny klimat. Klimat, w który warto zanurzyć się w trakcie tych parę wolnych, sennych dni. Zachęcam do lektury.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona.



Premiera – „Cierń” Przemysław Żarski

CIERŃ

  • Autor:PRZEMYSŁAW ŻARSKI
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Seria: ROBERT KREFT. TOM 3
  • Liczba stron:464
  • Data premiery:02.06.2021r.

Są bohaterowie za którymi już tęsknię po przekartkowaniu ostatniej strony. Takim bohaterem jest Robert Kreft. W recenzji poprzedniej części cyklu Blizna napisałam, że „(…) Roberta Krefta poznajemy bliżej. Dowiadujemy się trochę o jego przeszłości, o tym, co go ukształtowało. Poznajemy jego dawne rany i dotykamy jego blizn”. O takim Krefcie świetnie się czytało. Z rozżaleniem przeczytałam w opisie wydawcy „Brawurowy finał cyklu z komisarzem Robertem Kreftem w roli głównej!”. To, że brawurowy, to się cieszę, naprawdę. Ale, że finał!!! To coś innego, totalnie innego… No cóż, uczucia na bok, bo czeka na Was nowa przygoda z Kreftem, którą popełnił @Przemysław Żarski – autor, a wydało Wydawnictwo Czwarta Strona. Przygoda, która premierę ma 2 czerwca.

Błędy tkwią w pamięci niczym cierń. Ich wspomnienie tylko potęguje ból.”

„Cierń”  Przemysław Żarski

Mocny cytat? Poczekajcie, jak przeczytacie książkę. Nie udało się komisarzowi Robertowi Kreftowi dopiąć do końca wątku, który prowadził w sprawie uwięzionych kobiet w nieruchomości należącej do jego kolegi Błażeja Urygi. Nie udało się. Ktoś znowu rozpoczyna z nim grę. Grę, w której stawką jest życie młodych kobiet. Grę, w której stare kości zostaną odgrzebane i to dosłownie, przy przydrożnej kapliczce. Co łączy zniknięcia młodych kobiet z późniejszymi ich samobójczymi śmierciami. Co łączy Barańską, żonę Urygi – współpracownika Krefta, Annę Kreft – jego matkę ? Czy wydarzenia teraźniejsze mają związek ze śmiercią samobójczą matki Krefta? Czy kobiety ginęły przypadkowo? Jaki związek z ich zaginięciami miało poznanie tajemniczego Michała? Tyle pytań ile odpowiedzi. Tyle zagadek ile rozwiązań. Tyle śledztwa ile zaangażowanych policjantów. O tym wszystkim możecie przeczytać.

Chciałam w żołnierskich słowach

No chciałam, naprawdę chciałam skupić się tylko na najistotniejszych aspektach powieści, dosłownie w kilku zdaniach. Nie udało się. Niestety. Myśli kłębią mi się jak huragan w głowie. Wracam pamięcią do poprzednich części serii. Szukam Krefta swojego, takiego, którego zapamiętałam. Krefta mającego słabość od kobiet, z którymi pracuje. Krefta potrafiącego „obić mordę” byłemu mężowi kobiety, z którą się spotyka. Krefta z jednej strony szorstkiego, zdystansowanego, z drugiej niezwykle uczuciowego, smutnego, niezaznającego spokoju. Szukam jego początku. Próbuję w pamięci odtworzyć, gdzie jest to preludium. No…sami widzicie, że się nie da w paru słowach.

Początek zawsze gdzieś jest. Dla wielu z nas jest nim to, co stało się w dzieciństwie.

(…) Dzieciństwo jest bańką, w której przechowujemy przebłyski wspomnień, urwane migawki z przeszłości. Pamięć bywa wybiórcza. We wspomnieniach odsuwamy na bok lęki, niepowodzenia i porażki, projektując obraz świata i bliskich diametralnie różny od prawdziwego”.

Dzieciństwo Krefta to jedno wielkie cierpienie. Cierpienie chłopca przeżywającego śmierć samobójczą matki. Cierpienie chłopca słyszącego głos matki wydobywający się z kasety magnetofonowej. Jakby spowiedź, jakby wytłumaczenie, jakby głoś z zaświatów.

W powieści czekają na Was znani bohaterowie z poprzedniej części cyklu. Jest i Błażej Uryga, jest i Marta Rybicka, jest i Natalia Kilian, jest i Olga Krynicka. Krynicka nadal przegrywająca z własnym mężem. Mężem, który mimo swej wyprowadzki manipuluje rzeczywistością, rozgrywa dzieckiem, kreuje nową relację przemocową, czasem na odległość, czasem z bliska. Żarski nie zapomniał o sprawdzającym się zestawieniu. Zestawieniu tych, którzy są kluczowi dla sprawy, kluczowi dla spraw.

Narracja jest prowadzona  w trzeciej osobie. Konstrukcja podoba mi się bardzo. Rozdziały nazwane są nazwiskiem kluczowego bohatera, wskazują też miejsce i czas akcji. Żarski uwielbia retrospekcje. Dzięki takiej konstrukcji czytelnik nie ma szans się pogubić, zatracić w kreowanych wątkach. Pisarstwo Żarskiego zasługuje na ogromne brawa. Dbałość o detale, wykreowane postaci, ciekawe wątki poboczne, udane retrospekcje, o których już wspomniałam. Przedstawiając wątek kryminalny Żarski dopracowuje każdy szczegół, nie ma żadnych niedociągnięć. Sam wszystko kwestionuje, podważa postawione tezy. Tym samym uwiarygadnia każdy wątek, każdy postęp w śledztwie. To trylogia, w której każda kolejna część jest na takim samym wysokim poziomie i w odniesieniu do kunsztu pisarza, i w odniesieniu do fabuły. To rzadko się zdarza. Taka konsekwencja, by każda kolejna część była tak samo dobra. Była naprawdę wysokiej jakości klamrą spinającą całą serię.

Faktycznie „Brawurowy finał cyklu z komisarzem Robertem Kreftem w roli głównej!” Stwierdzam z całą stanowczością. Kreft jak dobre wino, co część cyklu to lepszy. Żarski tak samo. Co książka to lepszy. W trzeciej odsłonie perfekcyjny w każdym calu.

Rzadko daję rady. Teraz nie mogę się powstrzymać. Jeśli nie poznaliście Krefta wcześniej, zacznijcie chronologicznie od „Śladu”, potem sięgnijcie po „Bliznę”. Dzisiejszą premierę zostawcie sobie na koniec. To pozwoli Wam poznać historię dogłębnie, od początku. Zrozumieć skąd te ślady. Skąd te blizny. Skąd te skazy i ciernie, których do tej pory nikt nie usunął, nikt nie był w stanie wyciągnąć.

Moja ocena: 9/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja przedpremierowa – „Niebiańskie osiedle” Ryszard Ćwirlej

NIEBIAŃSKIE OSIEDLE

  • Autor:RYSZARD ĆWIRLEJ
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Seria:MARCIN ENGEL. TOM 1
  • Liczba stron:345
  • Data premiery:19.05.2020r.

Zachwycił mnie ten Ryszard Ćwirlej, oj zachwycił. Zaczął świetnie już samym tytułem; „Niebiańskie osiedle”. Dlaczego? Kto z Was przeczytał antologię opowiadań kryminalnych „Awers”, wydaną również przez Czwarta Strona? Jeśli nie czytaliście, zerknijcie na moją recenzję klik. Wspominam w niej o jednym z opowiadań, które mnie oczarowywało. Był to „Niebiański dom” Ryszarda Ćwirleja. W recenzji napisałam: „ (…) historia z dreszczykiem oparta na sprawie związanej z ekskluzywnym domem seniora położonym w okolicy Kazimierza Dolnego.  Domem, w którym – jak się okazuje – seniorzy nie mogą czuć się bezpieczni…”. W trakcie czytania tego opowiadania pomyślałam; jaki świetny pomysł na rozbudowaną fabułę. Nowatorski, nieoczywisty. Dom spokojnej starości, sąsiedzi, duszpasterze, organizacja, wykorzystywanie, wątpliwe darowizny itepe itede. Praktycznie to gotowy pomysł na nową książkę. Czy się myliłam?

Tam, dokąd idziemy, czeka na nas niebiański dom. Odchodzimy spokojni i szczęśliwi, mając nadzieję, że kiedyś wszyscy się tam spotkamy”.

„Niebiańskie osiedle” Ryszard Ćwirlej

Dwa podwójne samobójstwa, jedno w Pile, drugie w Warszawie. Warszawie, gdzie „(…) wszystko w większej skali”. Samobójcami są emeryci, spokojni, nie wadzący nikomu. Niewinne samobójstwa mają jednak drugie dna. Odkrywa to Franek Kaczmarek młody śledczy przebywający od niedawna w stolicy. Równolegle policyjne działania rozpoczyna dziewczyna Franka, Jowita, która jeszcze tkwi w Pile. I to właśnie do Piły prowadzą wszystkie ścieżki prowadzonego śledztwa. Śledztwa policyjnego i dziennikarskiego. Do akcji wkracza bowiem Marcin Engel – dziennikarz śledczy ze swoją koleżanką Kamilą oraz Babcią Matyldą – emerytowaną milicjantką.  Losy całej czwórki splatają się w jednej historii. Czy dla tej historii mają znaczenie comiesięczne dobrowolne datki przekazywane na pewne radio oraz znalezione w mieszkaniach samobójców foldery reklamowe?  Tego muszą się dowiedzieć i śledczy, i sami czytelnicy.

Tylko 345 stron !

Musiałam, po prostu musiałam w taki sposób podtytułować tę moją recenzję. Naprawdę, to tylko 345 stron. Autor serii o Anecie Nowak oraz Antonim Fischerze z klasą wypełnił pustkę powstałą po lubianych przeze mnie bohaterach. Chociaż przyznaję, Anety wyjątkowo mi żal. Tych jej hot dogów na stacji benzynowej, motocykla, szybkiej i ostrej jazdy. W tej pozycji Ćwirlej zaprezentował ciekawych bohaterów cały wachlarz. Jak to w pewnej piosence „(…) dla każdego coś miłego i każdemu jego raj”. Mi najbardziej przypadła do gustu Babcia Matylda. Akceptująca w domu palenie, picie, ale tylko dobreJ whisky, „(…) które popija od czasu do czasu dla lepszego krążenia”. Była milicyjna śledcza, wdowa po generale policji, uprawiająca sporty tylko biernie i uważająca, że „Bieganie jest bardzo niebezpieczne”. Siedemdziesięciolatka mająca nowoczesne poglądy i bardzo światły umysł.  Twierdząca, że duszpasterstwo działa jak akwizytorzy ubezpieczeń „(…) każą ci płacić przez całe życie, a wypłatę odszkodowania obiecują po śmierci”.  Sam Marcin Engel – jak wynika z opisu wydawcy – „mistrz świata w kłopotach, dziennikarz śledczy” też jest niczego sobie. Odegrał w życiu Babci Matyldy i w trakcie całego śledztwa znaczną rolę. Nie jest on jednak kluczowy dla całej fabuły. Spowinowacony z Matyldą Franek oraz jego dziewczyna Jowita również okazali się istotni w przedstawionym przez autora wątku kryminalnym.

Autor prowadzi narrację w dwójnasób. Wydarzenia zaprezentowane z perspektywy Marcina są w narracji pierwszoosobowej. To Marcin jest narratorem. Patrzymy na wszystko, co go otacza jego oczami. Na jego dziewczynę Dżesikę, współpracowniczkę Kamę, babcię Matyldę. Relacjonując wydarzenia z perspektywy Engela, Ćwirlej daje radę. Narracja przechodzi przeobrażenie. Jest w niej mniej faktów więcej wrażeń, uczuć, spostrzeżeń i to wszystko oczami trzydziestolatka. Równoległa narracja dotyka wątku policyjnego śledztwa. Autor stosuje wówczas narrację trzecioosobową. Relacjonuje fakty i tłumaczy decyzje.  

W książce znajdziecie cały przekrój polskiego społeczeństwa. Emeryci zafascynowani obietnicą życia na Niebiańskim Osiedlu, wierni słuchacze pewnego radia, wędkarze łowiący ryby na równi z łykami mocnych trunków, emerytki przekazujące wolne comiesięczne datki jednocześnie narzekające na biedę i brak środków na lekarstwa. Bardzo podoba mi się nawiązanie do PRL-owskich metod pracy.  Współczesne czasy, w których i tak niektórym policja państwowa miesza się z milicją obywatelską. Nawiązanie do minionych czasów sprawdza się w wątkach kryminalnych z policyjnym śledztwem w tle.

Autor wiernie odzwierciedlił psychologiczne triki wykorzystywane przez akwizytorów w sprzedaży bezpośredniej. Potencjalni klienci traktowani są jak wybrańcy, wyjątkowi nadludzie. To specjalne traktowanie otwiera ich portfele, skłania do pochopnych decyzji. Jest to problem społeczny zobrazowany bardzo dokładnie. Problem wykorzystywania starszych, często samotnych ludzi, którzy niekoniecznie od razu potrafią połapać się w stosowanych na nich sztuczkach. Przecież nie każdy jest Babcią Matyldą, czyż nie?

Ryszard Ćwirlej wielokrotnie puścił do mnie oko. Wspominając o wciśnięciu trójki w samochodowym radiu, czy chociażby w dialogu Babci Matyldy ze swoim kolegą, Borewiczem na temat nadawania nowonarodzonym dzieciom imienia Jarosław. Takie oczka lubię niezmiernie. Świadczą o tym, że autor nadąża nad bieżącymi wydarzeniami i potrafi się do nich ustosunkować, nawet kreśląc literacką fikcję.

To lekki kryminał. Nie będę ukrywać, mam słabość do osadzonych w nim bohaterów. Dlatego lekkość tej prozy kompletnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, uważam ją za atut. Taki był jej cel. Absurdalne sytuacje i przerysowane postaci mają nas skłonić, do zastanowienia się nad naszymi zniewoleniami. Zniewoleniami, które czasem mogą prowadzić do tragedii. Zniewoleniami pod przykrywką nieziemskich obietnic. Obietnic, które nigdy nie mają szansy się spełnić.

Nawet napisana z największym zaangażowaniem i ogromnym sercem recenzja nie odda kunsztu pisarza, a także specyficznej atmosfery tej książki. Nie macie wyjścia. Musicie przeczytać ją sami.  Szczerze  polecam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja przedpremierowa – „Miasto głupców” Hanna Greń

MIASTO GŁUPCÓW

  • Autor: HANNA GREŃ
  • Seria: DIONIZA REMAŃSKA (TOM 4)
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:424
  • Data premiery: 05.05.2021r.

Miło mi zaprezentować Wam kolejną książkę, która premierę będzie miała 5 maja. To „Miasto głupców” @Hanna Greń – strona autorska (https://hannagren.pl/). Przed Wami kolejna recenzja przedpremierowa, którą udało mi się napisać, z czego się bardzo cieszę.

„Miasto głupców” to czwarta część cyklu z Dionizą Remańską. Książkę można oczywiście czytać bez znajomości poprzednich tomu, ale jeśli ktoś nie czytał to zdecydowanie polecam wcześniejsze części, cyklu, który bardzo sobie cenię. Przyznaję, że na tą część czekałam z utęsknieniem. Książki Hanny Greń recenzowałam nie raz. Przypominam poprzednie recenzje książek z serii: Wioska kłamców oraz Więzy krwi. Jak sama autorka o sobie pisze na jej oficjalnym profilu FB „Ekonomistka z wykształcenia, kryminalistka z wyboru”. Przypomnę, że doświadczenie ekonomiczne przydało się Hannie Greń przy okazji pisania Północnej zmiany. Jakie doświadczenie tym razem wykorzysta Greń w swej powieści, by Dioniza mogła nas zaskoczyć? Czy ekonomiczne, czy kryminalne? 

Trudno dotrzeć do prawdy, gdy wszyscy wokół milczą jak zaklęci”. – z opisu wydawcy.

Lubię w recenzjach wykorzystywać cytaty z opisu wydawcy, które wyjątkowo wpadły mi w oko. Ten cytat spodobał mi się bardzo, daje przedsmak ogromnej tajemnicy. Tajemnicy, o której nikt nie chce mówić. Tajemnicy, z którą muszą się borykać Magdalena i Krzysztof Witeccy. Tajemnicy ogrodu przy uroczym domku w Jasieniu, w którym Witeccy mieli rozpocząć dalsze, szczęśliwe życie. Tajemnicy, której początek sięga morderstwa Białej Matyldy. Matyldy, która  do dzisiaj nawiedza miejsce swej śmierci.  Niestety, samodzielne próby wyjaśnienia zjawiska okazują się nieudane. Sąsiedzi nie są skorzy do pomocy. Witeccy nie dają jednak za wygraną, wszak wprowadzili się do wymarzonego domku i proszą o pomoc Dionizę Remańską. Dioniza, z typowym dla siebie urokiem, rozpoczyna śledztwo. Śledztwo, które ujawnia, że śmierć miejscowej Zosi Rusek nie była przypadkowa, a nierozwiązane sprawy sprzed lat kładą cień na aktualne wydarzenia.

Wyjątkowe imię

Nie mogłam odmówić sobie nawiązania do wyjątkowego imienia głównej bohaterki. Dowiedziałam się, że Dioniza pochodzi od imienia Dionizosa, greckiego boga wina, płodności i plonów. W Bazie imion przeczytałam natomiast, że „Dioniza bywa najczęściej dość specyficzną osobą, którą jedni uwielbiają, inni – wręcz przeciwnie” (źródło: baza imion). Taka właśnie jest Dioniza. Jedni, jak Marcin Lipski czy Ratio ją uwielbiają. Inni nie potrafią jej znieść, jest dla nich antypatyczna. Jeszcze inni uczą się jej, jak nieznanego dotąd przedmiotu. Poznają, penetrują zakamarki jej duszy. Starają się jak mogą, by odkryć to co jest do odkrycia. Jak Szymon Ogiński.

Powieść skonstruowana jest bardzo dobrze. To kolejny kryminał autorki z bardzo dobrze rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Zatytułowane rozdziały zostały wzbogacone datą i miejscem akcji. Narracja jest trzecioosobowa. Greń oprócz bieżących wydarzeń zabiera czytelnik w podróż w przeszłość. Pozwala dowiedzieć się nam co się wydarzyło „Kiedyś, gdzieś”. Przez długi czas zastanawiałam się o kim jest ta historia z przeszłości. Na szczęście wszystkie wątki obyczajowe ułożyły się w jedną spójną całość. To te zdarzenia z „Kiedyś, gdzieś” okazały się dla mnie najbardziej traumatyczne. Greń bardzo dobrze zakotwiczyła we mnie tragedię samotnego dziecka. Samotnego dziecka wychowanego jedynie przez matkę. Matkę, która nie potrafiła opiekować się jak należy swoim potomstwem. Potrafiła tylko krzywdzić i z tej krzywdy się cieszyć. Momentami jej oblicze wyglądało „(…) jak maska złośliwego clowna”. Dziecko wielokrotnie nie wiedziało, „(…) czy bardziej boi się bicia, czy tego właśnie śmiechu, strasznego, wręcz nieludzkiego”. Sama jestem matką. Dlatego bohaterki matek, które bardziej lub mniej świadomie krzywdzą swoje dzieci, tak zapadają mi w pamięć, tak mnie męczą. Na Hannę Greń można liczyć. Z fabuły czytelnik dowiaduje się, co spowodowało zmianę w zachowaniu matki. Gdzie był początek zła, które potem rozrosło się do niebotycznych rozmiarów.

Niezwykle spodobała mi się relacja Diony z Ratiem –  młodym chłopakiem, którego Dioniza wzięła pod swoje skrzydła w przeszłości. Okazuje się, że Ratio nie pojawił się w domu Dionizy nadaremno. Dla prowadzonego dochodzenia okazał się osobą kluczową.  Mimo specyficznych cech, Ratio okazał się mężczyzną z wieloma talentami. Sama Dioniza, jak zwykle inteligenta, zdeterminowana, z poczuciem humoru oraz dystansem do siebie i otaczającego ją świata. W śledztwie pomaga jej zdobyte doświadczenie w policji. Zasadniczo w stosowanych metodach, praca Pani Prywatnej Detektyw Dionizy Remańskiej niewiele się różni od sposobów postępowania i dedukcji policjantów prowadzących śledztwo. Współpraca z miejską policją faktycznie Dionie układa się wyśmienicie. Coś jakby Poirot i inspektor Japp ze Scotland Yardu. Tylko trochę w ulepszonej wersji. Policjanci nie są sceptycznie nastawieni do pracy „małych szarych komórek” Diony, wręcz przeciwnie, z każdego rozwikłanego wątku czerpią pełnymi garściami zbliżając się do rozwiązania zagadki. Uwielbiam Dionę, ale wolę ją w wersji bardziej „z pazurem”. Moim zdaniem, za mało w tej części samej Diony. Jest wielu bardzo dobrze wykreowanych bohaterów, czuję jednak niedosyt samą Dioną. To oczywiste, gdy uważa się ją za najbardziej atrakcyjny element serii. Zabrakło mi również pociągniętego wątku Witeckich, od których wszak ta cała historia się zaczęła. Czytelnik nie wie co się z nimi stało, nie wie czy powrócą kiedykolwiek do swego uroczego, malowniczego, wyremontowanego własnym sumptem domku w Jasieniu, by wieść szczęśliwe życie. Szkoda, bo w wątkach obyczajowych Hanna Greń jest po prostu mistrzynią!!!

Bardzo dobrze autorka oddała cechy hermetycznej społeczności. Społeczności małej, w której „ręka rękę myje” a wspólne sekrety spajają bardziej niż jakakolwiek przysięga małżeństwa. Tak dobrze oddana małomiasteczkowa rzeczywistość powodowała, że miejscami zaczynałam się sama dusić czując na sobie spojrzenia ludzkich oczu wychylających się dyskretnie zza firanek. Żadna recenzja nie odda tego majstersztyku autorki w obrazowaniu ludzkich, małomiasteczkowych przywar. Musicie sami przeczytać o tym mieście głupców. Prawdziwym mieście głupców.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Kto czyni zło” Agnieszka Pietrzyk

KTO CZYNI ZŁO

  • Autor:AGNIESZKA PIETRZYK
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:424
  • Data premiery: 23.03.2020r.

Twórczość Agnieszki Pietrzyk jest mi znana. Jej wielką fanką zostałam po przeczytaniu Zostań w domu (wrrr…jeszcze teraz czuję dreszcze na same wspomnienie). Kolejna książka Nikt się nie dowie potwierdziła tylko, że stało się to nie bez powodu.

Policja XXI

Fabuła powieści koncentruje się wokół działań współczesnej policji. Akcja rozpoczyna się od brutalnego potraktowania przez policjantów młodego mężczyzny oskarżonego o kradzież. Kojarzy Wam się z czymś? Mnie tak. Mimo, że dla Uli Baranowskiej praca w policji była ucieleśnieniem wszelkich marzeń, Ula porzuca dotychczasowe stanowisko i zostaje prywatnym detektywem. Zaczyna działać na rzecz klientki, która twierdzi, że jest ofiarą prześladowcy. Jednocześnie pracując dodatkowo w jednym ze sklepów jubilerskim swego ojczyma. W jaki sposób Ula pogodzi śledztwo z pracą u ojczyma? Czy potrącenie przez samochód jej matki ma związek z prywatnym śledztwem?

Mocny początek i nie tylko

Po pierwsze to zwróciło moją uwagę. Początek kładzie się cieniem na całą późniejszą fabułę. Ciągle o tym początku pamiętałam. Podświadomie do niego wracałam. Jakby umysł chciał mi wskazać, gdzie to wszystko się zaczęło. Gdzie jest początek tego zła.

Spodobała mi się główna bohaterka, Urszula Baranowska, której wymarzone miejsce pracy przyniosło ogromny zawód. Kto mógłby pogodzić się z metodami śledczymi inspektora Juszczyk?  Tylko kolejny taki sam potwór, kolejny degenerat. Z jednej strony było mi jej żal, z drugiej cieszyłam się, że zaprotestowała, zareagowała. Zachowała się jak niemy świadek niechlubnych wydarzeń. Autorka przedstawiła Baranowską w bardzo ciekawy, niejednoznaczny sposób. Ula – lubię to zdrobnienie – nieidealna, bardzo kobieca. Mająca wydatne wady. Wikła się w intrygę, która Pietrzyk uknuła i skomplikowała, by czytelnika coraz to bardziej zaskakiwać, strona po stronie.

W trakcie czytania myślałam o tytule; kto czyni to zło? Kolejni bohaterowie, którzy odsłaniają mroczne tajemnicy i uzewnętrzniają własne dramaty. Skomplikowane i trudne relacje rodzinne. Trudne wybory, w których nie ma idealnej i oczywistej ostatecznej decyzji. Bardzo poruszył mnie wątek chciwości, na który zwróciła uwagę Pietrzyk. Ile jeszcze chcemy mieć? Ile jeszcze możemy mieć? Nie ma tu miejsca na pytania: ile możemy dać?, ile możemy poświęcić?

Zdecydowanie jestem stała w uczuciach. Dwie poprzednie powieści oceniłam 8/10, tym razem również należy się ósemka. Powieść spodobała mi się ze względu na przemyślaną, spinającą się od samego początku do samego końca fabułę, wielowątkowe łamigłówki oraz świetnie scharakteryzowane postaci. Kolejne wątki z pozoru nieistotne wzmagały tylko napięcie i motywowały mnie do jeszcze bardziej wytężonej lektury. Nie zawsze chcę w trakcie czytania odpocząć. W takim samym stopniu chcę przeżywać,  rozwiązywać i śledzić koleje losu. To wszystko dała mi ta książka.

Chcecie znaleźć odpowiedź na pytanie, kto czyni zło? Chcecie dowiedzieć się, gdzie jest jego początek i czy kiedykolwiek, ktokolwiek odnalazł jego koniec? Jeśli tak. Książka jest zdecydowania dla Was.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Maski pośmiertne” Anna Rozenberg

MASKI POŚMIERTNE

  • Autor:ANNA ROZENBERG
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:10.03.2021r.

Moi dwaj lubiani autorzy kryminałów polecają tą pozycję, która miała premierę 10 marca br.@Marta Matyszczak pisze, że „Lepszego kryminalnego debiutu w 2021 roku nie przeczytacie.” @Robert Małecki (przypominam recenzję rewelacyjnej Zmory), że jest to „Świetna, ekspresyjna narracja, fachowy research i niepowtarzalny klimat brytyjskiego miasteczka …”. Sprawdzicie, czy opinie nie są przesadzone? Jeśli tak, to zapraszam.

Każdy z nas nosi maskę

Chyba zakładamy maski każdego dnia. Zakładamy z różnych powodów, gdy chcemy się komuś przypodobać, gdy nie chcemy nikogo urazić, gdy boimy się konsekwencji. Odgrywamy w życiu pewne role. Jesteśmy pracownikami, rodzicami, kolegami/koleżankami, dziećmi. A prawda jest gdzieś zawsze pośrodku. O jakich maskach myślała @Anna Rozenberg pisząc swą debiutancką powieść? Fabuła toczy się w typowo brytyjskim miasteczku Woking. Rzeczywistość brytyjska została tak świetnie oddana przez autorkę, że oczami wyobraźni widziałam niskie domki z cegły z murowanymi ogrodzeniami i typowo angielskie apartamentowce. Nietypowy jest główny bohater. To inspektor policji David Redfern pół Polak, pół Anglik, a raczej angielski Jamajczyk. O tym, że jego skóra ma inny kolor, niż typowo brytyjski zorientowałam się na 80 stronie. A to już o książce naprawdę dobrze świadczy. Nie dość, że pochodzenie nietypowe, to jeszcze potrafi mówić w języku polskim. Co momentami przysparza mu przyjaciół, a momentami wrogów. Najczęściej umiejętność ta powoduje duże zaskoczenie. To nie jedyny polski motyw. David rozpoczyna śledztwo w sprawie morderstwa, uwaga … dwójki Polaków, Bożeny i Mariusza Sokolińskich. On przyjechał na rozmowę o pracę do McLaren Technology Centre, ona mu towarzysza. Ale czy tylko? Jaki prawdziwy cel wizyty miała Bożena? Dlaczego interesowały ją losy polskich żołnierzy, którzy spoczęli na Brookwood Military Cemetery? Czy znalazła to czego szukała? Śledztwu nie pomaga osobista sytuacja Redferna, od niedawna w Woking. W aktualnym miejscu pracy pojawił się po śmiertelnym postrzeleniu swego byłego partnera Adriana Bones, brata byłej dziewczyny Patricii. Wybitnego i zdolnego śledczego u którego w pewnym momencie zdiagnozowano chorobę psychiczną, która powiodła go do zamachu w katedrze w Guildford. Śmierć Adriana staje pod znakiem zapytania, gdy w Dover wyłowiono ciało nieznanego mężczyzny, u którego znaleziono tabliczkę z nagrody policyjnej na nazwisko Redferna. David nie ma wątpliwości, wyłowione ciało to Adrian. Równolegle do morderstwa Sokolińskich, David próbuje się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się z Adrianem i kim jest osoba, która pozostawia mu takie wiadomości jak: „Odpuść”, „Masz ostatnią szansę” i „Nie zginęło Ci coś?”. David skrupulatnie bada, analizuje, czyta między wierszami, kluczy i sprawdza, czy coś mu nie umknęło. Rozszerza poszukiwania wiedząc, że „(..) śledztwo to nie film sensacyjny. (…) Zwykle to żmudna, mrówcza praca, a najczęściej irytujące czekanie”.

Czy to udany debiut?

Bardzo udany debiut. To oczywiście kwestia gustu. Ja jestem pewna, że jeśli pojawią się dalsze losy Davida Redferna będę je chciała prześledzić. Przede wszystkim głębokie ukłony dla autorki za: Osadzenie w powieści postaci autentycznej. Świadka tamtejszych wydarzeń. Mieszkającego w Woking Pana Pawła Jarząbka, którego historia została wpleciona w fikcję literacką.Prawdziwie poważny research. Zwrócenie uwagi czytelnika na obóz polski w Tweedsmuir i polskie groby w Brookwood. Te dowody trudnych, powojennych losów niezwykle wzbogaciły fabułę kryminalną. To cudownie, że autorka nie pokusiła się i nie stworzyła kolejnego kryminału, gdzie istotą było poszukiwanie mordercy. Cel powieści w tym przypadku tkwi gdzieś indziej, gdzieś głębiej, gdzie nikt o powierzchownym spojrzeniu nigdy nie zajrzy. Polsko – brytyjski misz masz. Niekoniecznie tak oczywisty, nawet jeśli się mieszka tak długo w Woking, jak sama autorka. Postaci dziadka Davida, samego Davida, czy innych Polaków nie są jednoznaczne. Trochę polscy, trochę brytyjscy. Tacy pośrodku. Nawet jeśli, jak Millerowie, czują się w pełni Brytyjczykami pewne okoliczności zmuszają ich na spojrzenie w kierunku Polski. Nagle ta polskość okazuje się ważna. Niezwykle trafne okazały się również spostrzeżenia Marty Sokolińskiej na temat brytyjskiej rzeczywistości. Jest tu trochę o „ekologicznym borderline”, nieocieplanych domach (potwierdzam sama byłam w Londynie i tej wilgoci w hotelu nie zapomnę), braku kultury gotowania itd. Zapewne to własne spostrzeżenia autorki i to mi się podoba. Ogromny szacunek dla starszych osób. Starsze osoby zobrazowane w książce zostały z należytą atencją. To nie staruszkowie, z których się śmiejemy, lub im współczujemy. To inteligentne osoby, z bogatymi przeżyciami, którym wiele mamy do zawdzięczenia i którzy wiele nam mają jeszcze do powiedzenia. To niezwykle bogate wewnętrznie postaci. To głownie Polacy, którzy znaleźli się w Wielkiej Brytanii po wojnie. Niekoniecznie otwartej i witającej ich z otwartymi ramionami. To Polacy często przez Anglików zapomniani. Anglików, za których wielu oddało swe życie. Sami bracia Biernat – Stanisław, Feliks i Lucjan – zostali opowiedziani z dużym zaangażowaniem i oddaniem. O takich ludziach i ich pogmatwanych losach warto zawsze czytać. Niedoskonałych bohaterów. Wielu z nich ma skazy. Sam Redfern cierpi na zmęczenie, stany depresyjne, które są wynikiem choroby immunologicznej. Linda, ambitna policjantka walcząca z własnymi demonami. Wspomniany Adrian Bones. Córka ofiar, przeżywająca żałobę w specyficzny sposób. Takich postaci w powieści jest sporo. Historyczną wartość. Nie zawsze udaje się z sukcesem wpleść historyczny wątek w kryminał. Tym razem Annie Rozenberg się to udało. Nie znudziłam się ani razu wątkami historycznymi, mimo, że momentami opowieści te toczyły się równolegle ze śledztwem. Mam świadomość, że nie każdemu się to podoba. Jako wnuczka walczącego z gen. Andresem we Włoszech polskiego żołnierza ze wzruszeniem czytałam o tym, co zdarzyło się siedemdziesiąt lat temu.  O tym, co ukształtowało powojenną polsko – brytyjską rzeczywistość. Wzruszyłam się czytając o niemym proteście Polaków przeciwko wizycie Chruszczowa i Bulganina w kwietniu 1956r. Ponad 20 tys. Polaków i innych emigrantów w niemym pochodzie podążało za Generałem Władysławem Andersem i Tadeuszem Borem-Komorowskim. „Niemy marsz tysięcy pozbawionych ojczyzny emigrantów politycznych miał przypomnieć politykom Zachodu, że zaakceptowana przez nich „żelazna kurtyna” nie drgnęła.” (źródło: Polityka). Mnie historycy tego nie nauczyli. Ech, nie ten rocznik. Ja o tym dowiedziałam się z „Masek pośmiertnych” i za tą wiedzę chapeau bas.

To jedna z tych książek, które powinniście przeczytać. 

Śledztwo może nie toczy się szybko, ale nie o to tu chodzi. Tu chodzi o człowieka. Człowieka z czasów teraźniejszych, dostosowanego do okoliczności, czasem odbiegającego od schematu. Człowieka z przeszłości, walczącego, honorowego, który nie zapomina. Tu nie chodzi o mordercę. Choć, on też człowiek… Reasumując ani Marta Matyszczak, ani Robert Małecki nie „zrobili mnie w konia”. Tą książkę naprawdę warto przeczytać.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja przedpremierowa – „Idealna rodzina” Lisa Jewell

IDEALNA RODZINA

  • Autor: LISA JEWELL
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:368
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena:10/10

Już pisałam o złotym dniu premier kwietniowych. Nie pamiętacie? To 14 kwietnia. Co jest w tym dniu wyjątkowego? Serio, nie nabijam się. 14 kwiecień to przecież kolejna środa. Nie ogarnęłam tego. Ktoś pomoże? Zrecenzowałam już 3 książki, które będą miały premierę w tym dniu. Przed Wami następna. Jest to kolejny, bardzo dobry, wręcz w mej opinii wybitny thriller psychologiczny od wydawnictwa Czwarta Strona.

Nie ogarnęłam również co jest z tymi Brytyjczykami, że piszą tak mroczne thrillery. Czy to wychowanie? Czy to wstrzemięźliwość w relacjach międzyludzkich? Czy to mglista i deszczowa pogoda? Coś musi być w powietrzu, że Wyspy Brytyjskie są mekką tak płodnych i zdolnych autorów thrillerów. Lisa Jewell jest kolejną brytyjską autorką, która ma sporą bibliografię (źródło: http://www.lisa-jewell.co.uk/about-lisa/ ). Niestety dotychczas nie miałam styczności z jej twórczością. Czy słusznie? Czy mam czego żałować? Czy będę musiała nadrabiać zaległości?

Idealna rodzina, czy takie istnieją?

Opis wydawcy jest intrygujący. Zacytuję: „Jeden dom. Dwie rodziny. Trzy ciała”. Nieźle się zaczyna, co? To historia jakiej nie zna świat. Jeśli kiedykolwiek coś podobnego się wydarzyło, to zapewne nie ujrzało światła dziennego. Sprawdźcie. W bogatym domu, w londyńskim Chelsea mieszka Henry Lamb z niezwykle piękną żoną Martiną oraz dwójką uroczych rozpieszczonych dzieci, synem i córką. Niczego rodzinie Lambów nie brakuje. Mają mnóstwo odziedziczonych pieniędzy, równie bogatych znajomych, prywatne szkoły, co tydzień dostarczane świeże kwiaty, dzieła sztuki wiszące na ścianach a przede wszystkim mają siebie, tylko siebie. Do czasu…. Znudzona Martina zaprasza pod swój dach muzyków Justina i Birdie. Birdie zaś zaprasza rodzinę Thomsenów, Davida i Sally z dwójką dzieci Clemency oraz Phineasem. Wszyscy goście zostają w domu Lambów na dłużej. Rzec by można za długo. Zdecydowanie za długo. Najpierw w dotychczas bogatym domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować pieniędzy, nie odwiedzają Lambów już bogaci znajomi, dzieci przestają chodzić do prywatnych szkół, nikt już nie dostarcza świeżych kwiatów, ściany świecą pustkami. W domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować wszystkiego a przede wszystkim zaczyna brakować wolności.

Trzej narratorzy jak trzej muszkieterowie

Powieść jest fenomenem głównie z dwóch powodów. Po pierwsze historia jest genialna. Naprawdę genialna. Zaskakująca, niepokojąca, mroczna. Może nie należę do tych recenzentów, którzy wszystko czytali, wszystko ocenili i mają bardzo wysublimowane wymagania. Generalnie popieram zdanie autorki, że nie ma złych książek.

(…) To zupełnie co innego. Jedyne złe książki to takie, które napisano tak fatalnie, że nikt nie chce ich wydać. Każda książka, która została wydana, jest dla kogoś „dobrą książką”.

„Idealna rodzina” Autorka: Lisa Jewell

Dla mnie „Idealna rodzina” jest bardzo dobrą książką, wręcz rewelacyjną, zastanawiającą, nieodkładalną. Po drugie mamy trzech narratorów. Narracja dość, że pisana jest z poziomu Libby, Lucy i Henrego, to jeszcze pisana jest w różnych osobach. Każdy z narratorów jest głównym bohaterem swej opowieści, swej historii. Każdy z nich ma na nią inny pogląd. Każdy z nich inaczej przeżywał wydarzenia. Każdemu z nich wydawało się coś innego. Dla każdego z nich ważne było coś innego, coś innego się liczyło, by przeżyć. Dwójka narratorów opisuje aktualne wydarzenia. Wydarzenia, które w efekcie doprowadzą do finału, do konfrontacji w zakończeniu książki. Ta narracja prowadzona jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Trzeci narrator mówi do nas w pierwszej osobie liczby pojedynczej jednocześnie częściowo relacjonując wydarzenia z przeszłości, które miały miejsce od 1988 do 1993. Autorka oddzieliła retrospekcje trzeciego narratora od jego teraźniejszych relacji dodając do kolejnego numeru rozdziału miejsce akcji i rok przykładowo: Chelsea, 1988. Jest to wręcz fenomenalny zabieg. Ci narratorzy to: Libby Jones, która po swoich 25 urodzinach zostaje spadkobierczynią tego, do pewnego bogatego domu w londyńskim Chelsea.  Sama nie wie dlaczego. Sama musi to odkryć poznając historię sprzed dwudziestu pięciu lat, która rozpoczęła się dużo wcześniej, wiele lat wcześniej zanim policja znalazła w nim „zdrową dziesięciomiesięczną dziewczynkę, gaworzącą radośnie w kołysce”. Podczas gdy, „w kuchni na dole leżały zaś trzy martwe ciała, wszystkie ubrane w czerń”. Lucy Lou – „(…) prawie czterdzieści lat na karku. Bezdomna. Samotna. Bez grosza przy duszy. Nawet nie jest tą, za która się podaje. Imię też ma fałszywe. Jest duchem. Żywym, oddychającym duchem”. Henry – który w pewnym momencie zrozumiał, że „(…) jedynym sposobem, by jakkolwiek zorientować się w sytuacji, było słuchanie rozmów kobiet. Każdy, kto ignoruje takie gadanie, jest znacząco uboższy w wiedzę”. Henry, który starał się rozeznać w sytuacji. Nie akceptując tak naprawdę, co się działo w jego własnym domu.

Ogromne emocje

W thrillerze psychologicznym emocji obawiam się najbardziej. Czasem na wyrost. Czasem całkowicie słusznie. Tak było tym razem. Obawy okazały się całkowicie uzasadnione.  Niepokojący opis wydawcy to nic z rzeczywistością książki. To nic w porównaniu z jej wnętrzem. Mrocznym, szokującym i dającym do myślenia wnętrzem. Treść jest spójna. Wydarzenia, mimo że się przeplatają wzajemnie nie wprowadzają żadnego chaosu. Momentami miałam wrażenie, że mieszkam w tym dużym, do pewnego momentu bogatym domu, dusznym i złowrogim. Dla mnie wrażeń było aż nadto. Hermetyczne środowisko. Dzieci, odarte z dzieciństwa i niewinności, niczemu nie winne. Pasywni sąsiedzi, dotychczasowi znajomi. Nie interesująca się dziećmi opieka społeczna. Dominujący „Pan i Władca”. Jedyny w swym mniemaniu, wyjątkowy. Okalający się kobietami, roszczący sobie do nich prawo. Ci, którzy odeszli i nie podjęli walki o tych, którzy zostali.  Wreszcie te pokoje, z zamkami zamykającymi się od zewnątrz. Tylko od zewnątrz. I te pytania, na które w różny sposób udzielałam sobie odpowiedzi: Co powoduje, że dorośli ludzie, ludzie sukcesu, godzą się na takie zmiany w swoim życiu, na takie niszczycielskie zmiany? Co powoduje, że dorośli ludzie nie widzą męczeństwa własnych dzieci? Cierpienie, nuda, ślepe zakochanie, poddanie się charyzmie, masochizm? Czytajcie, a sami sobie odpowiecie. Choć, jak to w bardzo dobrym thrillerze psychologicznym bywa, nie wszystko jest takie oczywiste i jednoznaczne. Nie każde pytanie ma tylko jedną odpowiedź. Oj nie.

Za możliwość recenzji przedpremierowo książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja przedpremierowa – „Zmora” Robert Małecki

ZMORA

  • Autor:ROBERT MAŁECKI
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:14.04.2021r.
  • Moja ocena:9/10

Jest na świecie jeden zapach, który niczym nie potrafię zastąpić. Jest to zapach nowo wydanych książek. Wiele razy zanim zacznę czytać nowe literackie dzieło, kartkuję strony pozwalając by wachlowany zapach docierał do moich nozdrzy. Kto jeszcze lub ten zapach? Dajcie znać. Tym razem zrobiłam podobnie. W czwartek chwaliłam się przesyłką od Wydawnictwa Czwarta Strona, nowej książki Roberta Małeckiego „Zadra”, a już w sobotę wzięłam się do czytania. Oczywiście, przed zerknięciem na pierwszą stronę, musiałam wchłonąć jej zapach. Jak zwykle. Zapach był cudowny. Czy książka okazała się taka sama? Czy wciągnęła mnie, jak wciągnął mnie jej zapach?

„(…) współcześnie świat wartości nie ma szans ze światem materialnym? Etyką się nie wyżywisz, nie zapłacisz rachunków. A dobrym apartamentem albo samochodem, zwitkiem setek w portfelu wkurwisz wszystkich, rodzinę i znajomych, biednych, ale przede wszystkim zazdrosnych bogatych.”.

„Zmora” Robert Małecki

Dzieła Roberta Małeckiego recenzowałam już nie raz. Przeczytałam wszystkie tomy serii z Bernardem Grossem (moje recenzje: Wada,  Zadra) oraz ostatnio wydaną „Żałobnicę” (link do recenzji: Żałobnica). Muszę już na początku odpowiedzieć autorowi, który życzył mi „udanej lektury”, że napisał Pan, Panie Małecki kawał dobrej powieści, kawał dobrego kryminału. Lektura, co oczywiste, była więc bardzo,  bar dzo udana. Ale po kolei….

Każdy z nas ma jakieś zmory

Pomyślałam od razu jak przeczytałam tytuł książki. Każdemu z nas po zamknięciu powiek pewne obrazy, wydarzenia, myśli, lęki nie pozwalają zasnąć. Ważne jest, by sobie z nimi radzić, by starać się je zwalczyć. To próbuje robić od wielu, wielu lat Kama Kosowska. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Kiedy ją poznajemy wraca właśnie do rodzinnego Torunia, po nieudanej próbie zdobycia dziennikarskiego świata w stolicy. Czeka na nią ojciec, emerytowany policjant Waldemar Kosowski i nie zamknięte od lat śledztwo w sprawie zaginięcia jej kolegi z dziecińska, Piotrka Janochy. Za wielkie pieniądze ma uczestniczyć w tworzeniu serialu o znanych zaginięciach dla platformy Netflix. Komu najbardziej zależało, by Kama wzięła w tej inicjatywie udział? Jej przyjacielowi Arminowi Miteckiemu? Pawłowi Hałasowi producentowi filmowemu? Czy może jej najbliższej przyjaciółce, Aldonie Terleckiej naczelnej lokalnego dziennika „Echo Torunia”? Wszystko przestaje być oczywiste i proste, gdy Kama dowiaduje się, że komisarz Lesław Korcz z policyjnego Archiwum X wznawia śledztwo w sprawie zaginięcia Pawła, które kiedyś prowadził jej ojciec. Co tak naprawdę wydarzyło się latem 1986? Co z tymi wydarzeniami ma wspólnego jej ojciec, jej matka, której nigdy tak naprawdę nie znała? Co odkryje razem z Korczem?

Czy to kolejna udana para śledczych?

Nie daje mi to spokoju. Po lekturze książki zastanawiam się, czy mamy oto do czynienia z narodzinami nowej pary śledczych Kamy Kosowskiej i komisarza Lesława Korcza? Na to autor w posłowiu i w podziękowaniach nie odpowiedział. Liczę jednak, że tak. Liczę, że będzie mi dane jeszcze śledzić losy tej pary. Dlaczego? Dlatego, że Małecki stworzył nowego bohatera wśród komisarzy policji, Lesława (co za obłędne imię ). Zdolnego, inteligentnego, skutecznego. Bohatera, który wierzy głęboko, że nawet przedawnione zbrodnie powinny być wyjaśnione i odkryte. Stworzył również bohaterkę na miarę XXI. Walczącą z demonami Kamę, żyjącą w przeświadczeniu, że jej matka zmarła, gdy miała trzy lata. Borykająca się z problemami osobistymi, które nie przeszkadzają zająć się jej zaginięciem kolegi z dzieciństwa. Odkrywająca kolejne warstwy kłamstw, sekretów, by w efekcie odnaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Jej doświadczenia, blizny, trudne wspomnienia nie cofają ją o krok. Wręcz przeciwnie, Kama ciągle prze naprzód, do celu, do rozwiązania sekretu. Akcja toczy się dwutorowo. Teraźniejszość widzimy oczami Kamy i Korcza, tak też zatytułowane są kolejne rozdziały. Przeszłość autor ulokował w roku 1986. W roku, w którym zaginął Paweł Janocha. Wydarzenia z lata tego roku opisane zostały z perspektywy kilkuletniej dziewczynki. Dziewczynki, która wszystko widzi, ale niczego nie rozumie. Dziewczynki, która niby nienawidzi Pawła, ale tak naprawdę momentami stara się mu pomóc. Dziewczynki, która próbuje odnaleźć się w rzeczywistości chłopców biegających po okolicy. Dziewczynki, półsieroty, dla której każda uwaga matek kolegów jest na wagę złota. Dziewczynki, która kiedyś dorośnie i by znaleźć odpowiedzi na zajmujące ją zagadnienia, będzie musiała do krwi rozdrapywać blizny. Blizny, których ma wiele. Bardzo dobrze, jak to u Małeckiego, zostały opisane relacje pomiędzy bohaterami, również drugoplanowymi. Pewne wątki, które wydawały się ważne okazały się nieistotne. Zakończenie zaskakujące. Ostatnie rozdziały zwaliły mnie z nóg. Nic nie okazało się takie, jak było na początku. Czy to idealny przepis na udaną intrygę kryminalną? Moim zdaniem, jak najbardziej. Jeśli do tego dorzucicie ciekawe dialogi, zwięzłe opisy, interesujące osadzenie w miejscu i czasie to mamy już praktycznie bestseller.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest to najlepsza książka Roberta Małeckiego, którą do tej pory czytałam. Jak inaczej mam ocenić książkę, od której nie oderwałam się, póki nie przeczytałam podziękowań? Tylko w taki sposób. Jestem nią oczarowana i śmiało mogę ją polecić. Oczekujcie premiery z niecierpliwością, to już 14 kwietnia❗❗❗

Za możliwość recenzji książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Afekt” Remigiusz Mróz

AFEKT

  • Autor: REMIGIUSZ MRÓZ
  • Seria: JOANNA CHYŁKA (TOM 13)
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery:23.03.2021r.
  • Moja ocena: 8/10

(…) kiedy wybrałam sobie partnera na resztę życia. Było trochę jak z otwieraniem lodówki co godzinę. Wiesz, o czym mówię? Nikt nie sprawdza, czy aby nie pojawiło się w niej nic nowego, tylko czy nasze wymagania spadły już na tyle, żeby wybrać coś, co już w niej jest”.

„Afekt” Remigiusz Mróz

Niech nie zmyli Was Chyłka z zaproponowanego przeze mnie cytatu. Nie dajcie się nabrać. To nie ona. Nawet jeżeli wypowiedziała taką kwestię to tak naprawdę, nigdy wielokrotnie nie próbowała licząc, że wreszcie obniży swoje wymagania. Chyłkę znam już od 13 książek. Można powiedzieć, prawie rodzina. Wierzcie mi, to ktoś, kto nie godzi się na bylejakość. To ktoś, kto musi mieć wszystko co najlepsze. To ktoś, kto musi być najlepszy. I za to ją uwielbiam. Serię o Chyłce recenzowałam już niejeden raz. Gdybyście chcieli porównać moje poprzednie recenzje wystarczy kliknąć: PrecedensEkstradycjaWyrokUmorzenie, czy Testament. Muszę przyznać, że jestem stała w swoich uczuciach. Zwykle 8/10. Nie ukrywam, że za każdym razem gdy sięgam po nowy ton serii zastanawia mnie, czy ten tom będzie ostatni oraz skąd ten @RemigiuszMróz bierze pomysły na fabułę dla niej. Dla Chyłki. Przecież to postać nietuzinkowa, ciekawa, wyjątkowa. Kobieta stal, o wysokiej inteligencji, wygórowanym poczuciu własnej wartości oraz mistrzostwie w ripoście. Jak autor ciągle za nią nadąża?  Jak radzi sobie z jej przesadzonymi ambicjami? Jeśli bohaterka jest tak wyjątkowa, to jaki musi być jej stwórca? Ciągle mnie to zastanawia.

Co tym razem?

Tym razem Remigiusz Mróz dotknął w serii o Chyłce tematu pedofilii. Po rozpoczęciu pracy u dotychczasowego konkurenta, kancelarii KMK Joanna Chyłka wraz z Kordianem Orlińskim, zwanym Zordonem, zostaje poproszona o bronienie Mirosława Halskiego, brata kandydata na prezydenta. Halski oskarżony jest o obcowanie z nieletnią. Dziewczyną poniżej piętnastego roku życia. Klient przedstawia jednak dowody na to, że oskarżenie jest próbą wyłudzenia 300 tysięcy złotych. Potencjalna ofiara próbowała podobnego manewru wiele lat wcześniej, oskarżając znanego polityka, późniejszego premiera o ten sam czyn. Okazało się, że oskarżenie było wyssane z palca. Do oskarżenia, a tym bardziej skazania nie doszło. Chyłce temat wydaje się wygrany. Liczy na szybkie zakończenie sprawy i łatwo zarobione pieniądze. Dlatego się godzi na reprezentację oskarżonego o pedofilię. Niestety temat komplikuje się, gdy okazuje się, że domniemana ofiara nie żyje od ponad dziesięciu lat. Na domiar wszystkiego była najlepszą przyjaciółką byłej dziewczyny Zordona, z którą los styka go przy okazji tej sprawy. W sposób nieprzewidywalny. Sprawa dodatkowo się wikła, gdy okazuje się, że przeciwnikiem Chyłki będzie jej były Szef – Żelazny. Żelazny, który po wielu latach wspólnej współpracy zna jej wszystkie chwyty i taktyki wykorzystywane w obronie klientów. Sprawa nie wydaje się już taka prosta, a taktyka bez wad. Tym bardziej, że para prawników niespodziewanie dostaje zaproszenie do Belwederu, na herbatkę w towarzystwie prezydent kraju Mileny Hauer. Jaka jest motywacja oskarżycielki Mirosława Halskiego? Co tak naprawdę się działo w wilii w Józefowie? Czy dzieje się to nadal, czy to tylko kolejna polityczna prowokacja? Chyłka nie poddaje się. Podejmuje rękawicę. Mimo, że jak sama mówi, doskwiera jej „(…) subtelne, ale uporczywe i ustawiczne poczucie, że jestem nie na swoim miejscu”. Uczucie, że coś jest nie tak. Że tak naprawdę wszystko się toczy gdzieś indziej w sieci „(…) pewnych… zależności między ludźmi, którzy w tym kraju mają coś do powiedzenia”. I jeszcze coś. Komu zależy na Chyłce i Kordianie? Kto ma tyle odwagi zwracając się w anonimach do Chyłki „Asiu”!!! Anonimach sugerujących, że Chyłka i Kordian mają do czynienia w kancelarii Krat, Messer i Kosmowski z szefem organizacji „ludzi trzymających władzę”. Co ważne, to wszystko dzieje się na pierwszych sześćdziesięciu stronach książki. Później jest jeszcze bardziej ciekawie. Pamiętajcie, książka ma 544 stron. Wszystko przed Wami.

Należy się ósemka  

Dlaczego? Z wielu powodów. Po pierwsze w książce Mróz wplótł wątki ze swej innej serii, tj. serii książek z gatunku political fiction „W kręgach władzy”. Czytaliście ten cykl? Jeśli tak, to gratuluję dobrego wyboru. Jeśli nie, koniecznie musicie nadrobić. Dla nieczytających tego cyklu powiązanie jest niemożliwe do wyłapania. To są właśnie nowe wątki. Wątki o mechanizmach władzy istniejących w polskiej polityce nie tylko fikcyjnej, lecz także – czego jestem prawie pewna – rzeczywistej. Autor już wcześniej łączył bohaterów różnych serii w swoich publikacjach. Wystarczy wspomnieć chociażby jedną z moich ostatnich recenzji jak „Osiedle RZNiW” (Osiedle RZNiW), gdzie to właśnie Chyłka pojawia się w zakończeniu. Jest to inteligentny zabieg dla fanów Remigiusza Mroza. Cóż to za wielka przyjemność czytać o powiązanych w fabule jednej książki swoich ulubionych bohaterach.

Po drugie Mróz podjął temat bardzo ważny. Temat pedofilii. Temat nakłaniania młodych niepełnoletnich dziewcząt do uczestnictwa w tak zwanych imprezach, gdzie za kilkaset złotych mają być towarzyszkami bogatych, znanych, wpływowych. Znacie ten temat zapewne z relacji dziennikarskich. Głośno było wiele lat temu o imprezach organizowanych w podwarszawskich rezydencjach, na które były zapraszane polskie licealistki czy gimnazjalistki. Może te wydarzenia stały się inspiracją dla Mroza do wykreowania tej fabuły? Nigdy się nie dowiem. Ważne, że temat został tak inteligentnie opisany we współczesnej prozie. Temat, który zwykle ukrywamy. Staramy się uciszyć. Kto chce czytać lub słuchać o naiwnych dziewczętach, które „rzekomo” nie były świadome po co jadą do podwarszawskich willi? „Rzekomo” to słowo klucz. Zawsze się pojawia przy okazji takich wątków. Zawsze znajdzie się ktoś, kto to słowo wypowie. Zwykle jest to ktoś nieświadomy wpływu tych wydarzeń na przyszłe życie młodych dziewczyn.

 Po trzecie konsekwentny styl. Takiej bohaterki jak Chyłka nie znam w żadnej serii polskiej literatury. Mróz ciągle musi nadganiać i dostosowywać się do zresztą własnych z poprzednich serii wyobrażeń o głównej bohaterce. Styl Chyłki, która uparcie wypowiada cięte riposty jest nie do podrobienia. Dowody, przykłady? Proszę bardzo:

·         „Zabawmy się w grę pod tytułem „wypierdalanie”. Ty zaczynasz”.

·         „(…) gdzieś rośnie drzewo produkujące tlen, dzięki któremu tych trzech kretynów może oddychać. Powinni je przeprosić”.

·         „Ponieważ gdyby znalazł pan lepszą prawniczkę, dostałby pan Nobla z chemii za odkrycie dotychczas nieznanego pierwiastka…”

·         „Nie przerywa się Chyłce, kiedy milczy”.

Itede, itepe. W książce jak zwykle roi się od specyficznych mądrości Chyłki i jej wysublimowanego poczucia humoru. Jest to styl, który do tej pory nie został podrobiony w żadnej książce, którą czytałam, a czytałam ich sporo.

 Po czwarte tak jak Mróz wspominał w poprzednich książkach serii, kancelaria, w której ostatecznie wylądowali Chyłka i Zordon jest typową korporacją. Autor jak mówił, tak też uczynił. W książce roi się od korpogadki. Mamy tu liczne zapożyczenia jak „czekamy na ciebie w conference roomie”, „idzieś or what?”, „sfokusuj się na chwilę”, zbriefuj mi, co się dzieje”, „kolnęłaś już do niego?, „większego fakapu tutaj nigdy nie było”, czy znany korposzczurom w całej Polsce „asap” oraz taką korpopaplaninę jak: „wiadomka”. Ta konsekwencja sprawia, że książka jest faktyczną częścią jednej całości. Całości rzeczywistości Chyłki. Rzeczywistości tak zakorzenionej w świecie czytelniczym postaci, że można się pomylić i uznać, że… ta Chyłka istnieje naprawdę. A może o to tu chodzi? Może chodzi o pokazanie istniejącej w rzeczywistości Chyłki? Znacie jakąś? Znacie kobietę podobną do niej? Wiele bym dała, by uścisnąć jej dłoń …

 Po piąte zakończenie. Jak zwykle nieoczywiste. Wszystko się zmienia w ułamku sekundy, w kolejnych pięciuset słowach. To duża umiejętność konstruować tak nietypowe zakończenia, które są zaskoczeniem dla czytelnika.

Mróz tworzy różne książki, różne fabuły, różne postaci. To nie tak, że autor jest przewidywalny. Autor jest wszechstronny. Nie wymagam w serii o Chyłce takich wrażeń, czy hipsterskich opisów, dialogów jak np. w „Osiedlu RZNiW”, czy sekretów i tajemnic jak w serii z Burzą i Sewerynem, która zaczyna się od „Listów zza grobu”. W serii o Chyłce wymagam 100% Chyłki. Nawet jeśli Chyłka i Zordon dojrzewają. Dojrzewa ich relacja. To nadal są 100% oni. Jedyni w swoim rodzaju. A dodatkowe zabiegi literackie jak wprowadzenie nowej postaci, aplikantki Zawady, czy bohaterów serii „W kręgach władzy” tylko czyni kolejną książkę serii jeszcze ciekawszą.

Powieść czytało się lekko i szybko. Pochłaniałam stronę za stronę. Trudno uwierzyć, przeczytałam ją w jeden dzień.  To dzięki szybkiej akcji i ciekawym dialogom. Najgorsze jest to ☹, że dopiero co skończyłam „Afekt”, a już jestem ciekawa kolejnego tomu i tego co się zadzieje z Chyłką i Zordonem.

Za możliwość recenzji książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja przedpremierowa – „Amok” Izabela Janiszewska

AMOK

  • Autor: IZABELA JANISZEWSKA
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Seria: WRZASK. TOM 3
  • Liczba stron: 402
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena: 7/10



Przed Wami przedpremierowa recenzja trzeciej, ostatniej części trylogii o Larysie Luboń i Bruno Wilczyńskim. Już tęsknię za nimi. Jak pisałam w zapowiedzi, po świetnym „Wrzasku” (https://slonecznastronazycia.blog/2020/06/06/wrzask-izabela-janiszewska/ ) i rewelacyjnej „Histerii” (https://slonecznastronazycia.blog/2021/02/23/histeria-izabela-janiszewska/ ) nie mogłam się doczekać tej pozycji. Przyznaję, tak mnie korciła, że przeczytałam ją 17 dni przed datą premiery, mimo sterty innych książek czekających na przeczytanie i zrecenzowanie. To się nazywa niecierpliwość. To się nazywa motywacja.

„(…) czym jest rodzina? (…) każdy z nas jest w pewien sposób jej więźniem. Nikt nie pyta o to, czy chcemy należeć do tej konkretnej rodziny, w której przychodzimy na świat. Losujemy określony zestaw i nie możemy wymienić go na inny. Nieważne, czy pragniemy być obciążeni jej historią i traumami albo czy akceptujemy panujące w niej zasady. Kiedy się pojawiamy, porządek jest już ustalony, a my mamy obowiązek dostosować się do reguł”.
„Amok” Izabela Janiszewska

Nieprzypadkowo wybrałam ten cytat, by otwierał moją recenzję. Cytat o rodzinie. O tym, że nie mamy na nią żadnego wpływu. Na to jaka jest, a jaka mogłaby być „Amok” dla mnie okazał się dogłębnym studium rodziny. Rodziny, która nie potrafi zaopiekować się własnym synem, przechowując go za meblościanką jak zwierzę (pamiętacie analogiczną historię z mediów? Widocznie autorce, też utkwiła w pamięci, że na niej zbudowała postać Jacka Lewickiego). Zwierzę, które w pewnym momencie dorasta, ale nadal nie zaznaje miłości oraz ciepła rodzinnego. W efekcie nie jest w stanie sam go stworzyć. Rodziny, która ma teoretycznie wszystko. I władzę, i pieniądze, i zainteresowanie. Teoretycznie. W praktyce ta rodzina to wydmuszka. Na zewnątrz ozdobiona przepięknymi i drogimi palisadami, wewnątrz pusta. Chora psychicznie matka, alkoholiczka siostra, uciekający od odpowiedzialności brat, wycofany ojciec i on, konstruktor. Syn, brat. Ten, od którego wszystko się zaczęło. Który dawno temu podjął decyzję, od której do chwili obecnej nikt się nie potrafił uwolnić. Rodziny niepełnej. Kobiety porzuconej przez męża wyjeżdżającego z kochanką. Kobiety, która oprócz męża, w jednym momencie straciła córkę Dianę i sześcioletniego syna Wojtusia. Kobiety, której niechęć do córki sięga głębiej niż po jej grób. Kobiety, która nie pozwoliła jej spocząć w pokoju. Rodziny, w której można na siebie liczyć. Rodziny związanej mentalnym i emocjonalnymi więzami, mimo braku więzów krwi. Rodziny, złożonej z grupy przyjaciół którym zależy na sobie wzajemnie. Rodziny, w której członkowie troszczą się o siebie ryzykując własne życie. Szukając, gdy inni już stracili nadzieję.



Nie tego się spodziewałam. Przyznaję. Nie takiej fabuły się spodziewałam. Mając ciągle w pamięci wątek kryminalny opisany przez Izabelę Janiszewską w „Histerii” liczyłam na to samo. Zastanawiało mnie, jakim problemem zajmie się autorka dogłębnie go analizując, pokazując z różnych perspektyw. Założyłam, że losy Larysy i Bruno będą wątkami pobocznymi. Janiszewska „wpuściła mnie w maliny” serwując fabułę całkowicie oddaną losom Luboń i Wilczyńskiemu. Nie znajdziecie w „Amoku” głównego wątku kryminalnego nad którym głowi się zdolny komisarz policji z kolegami. Znajdziecie za to porwanie, morderstwo, śmierć w wyniku choroby oraz odkryte tajemnice sprzed lat. Wszystko to w tle dwóch śledztw, policyjnego i dziennikarskiego. Jakby Janiszewska chciała zamknąć trylogię pewną klamrą, pokazując prawdziwe losy głównych bohaterów.

Fabuła zaczyna się, gdy zostaje uprowadzona Sylwia Konopacka. Koleżanka Bruna. Aktualna partnerka jego odwiecznego wroga: Jacka Lewickiego. Wilczyński rozpoczyna śledztwo dając się wciągnąć w grę Lewickiego, który wydaje się być zawsze trzy kroki przed komisarzem. W tym samym czasie Larysa Luboń poszukuje swojego przyjaciela, byłego szefa i guru dziennikarskiego, Pawła Wiśniewskiego. Nie wierzy w jego śmierć pod kołami pociągu. W trakcie poszukiwań dowiaduje się o śmierci tajemniczej Lady Di, bezdomnej z Dworca Centralnego, którą Wiśniewski znał. Lady Di, która okazuje się Dianą Darską związaną z losami wpływowej rodziny Hallerów. Tak zaczyna się pogoń za Sylwią, za prawdą, za mordercą Diany. Pogoń, w której zostają odkryte kolejne tajemnice. Tajemnice Wilczyńskich, jak: przyczyna śmierci matki Bruna i krzywda, która została wyrządzona wychowankowi domu dziecka Igorowi Szymanowiczowi. Tajemnice Lewickiego, który pociąga za sznurki realizując tak naprawdę swój chory plan. Plan, który przygotowywał od wielu lat, który realizował skrupulatnie i drobiazgowo. Lewicki jak prawdziwy „człowiek trzymający władzę” na każdego potrafi mieć wpływ, każdego potrafi zaintrygować, każdemu potrafi być przydatny. Tajemnice właścicieli Haller Investments ukryte w rezydencji w Podkowie Leśnej, czy w zamkniętej stadninie koni Hallerówce. Tajemnice, które pchają pod koła ciężarówki wiernego kierowcę rodziny, Alberta. Kierowcę, który w taki sposób postanawia zakończyć swoje życie. Szczęśliwe życie. Tajemnice, które zostają odkryte.

Podsumowując
„Amok” to udane zwieńczenie debiutanckiej serii Izabeli Janiszewskiej. Sięgnijcie jednak do tej pozycji po przeczytaniu poprzednich części. Istotna jest bowiem znajomość, co się działo z bohaterami wcześniej. Czego doświadczyli. Jakie demony muszą być pokonane. Jakie postaci dla zakończenia są kluczowe. Ponownie Janiszewska zabrała mnie w głąb relacji Larysy i Bruna. Bohaterów, do których zapałałam sympatią od pierwszej części. Są to postaci nietuzinkowe, znające swoją wartość, walczące o siebie każdego dnia. Będące razem, a jakby osobno. Czytając „Amok” zastanawiałam się jak szybko zostałaby rozwiązana zagadka zniknięcia Sylwii i śmierci Lady Di, gdyby Bruno i Larysa pracowali razem. Od początku strzelali do jednej bramki. Od początku się wzajemnie informowali i wspierali. Od początku współpracowali. Niestety, już się tego nie dowiem. Autorka była konsekwentna. W tej części również, każdy działał na własnych zasadach. Każdy z nich poszukiwał czegoś innego. Każdy z pozoru nie potrzebował drugiego. Nie do końca zrozumiałam motyw ojca Lewickiego, Michała Andrzejewskiego. Najpierw kata swego syna, potem jego ofiary. Przecież tak ekscentryczny śledczy jak Bruno Wilczyński nie potrzebował niczyjej pomocy by poradzić sobie z odwiecznym wrogiem? Obecność Andrzejewskiego wydawała mi się naciągana, niepotrzebna, zbędna. Nie przyniosła żadnego istotnego zwrotu akcji.  Może chodziło autorce o symbol, by zamknąć w jednym miejscu i czasie, i ojca, i syna, i kata, i ofiarę?. Trapiła mnie jeszcze jedna myśl, po kim Igor Szymanowicz nosił nazwisko? Po biologicznej matce? Hm…jego ojciec nazywał się przecież Andrzejewski? Czy to wymyślone nazwisko niezwiązane z przeszłością? Tego wątku nie udało mi się rozgryźć…Ciągle czuję niedosyt.
I wreszcie z jakiego powodu tak naprawdę zginęła Diana Darska, Lady Di z warszawskiego dworca? Nie potrafię odpowiedzieć, mimo, że czytałam książkę w ogromnym skupieniu nie chcąc uronić żadnego słowa, żadnej istotnej informacji. Dlaczego po tylu latach, od wydarzeń, od których zaczęła się jej smutna historia, Hallerowi juniorowi zależało na jej unicestwieniu? Dlaczego teraz miała być dla niego niewygodna, niebezpieczna. Jakim cudem odnalazł ją teraz wśród warszawskich ćpunów, by ostatecznie zabić? Dlaczego tego nie zrobił wcześniej? Przez ostatnie lata. Przecież możni tego świata mogą wszystko. Wszystkich znaleźć, wszystkich kupić, wszystkich omamić, wszystkich wykorzystać, a nawet wszystkich zniszczyć. Śmierć Diany wydawała mi się spóźniona. Trudno było mi zrozumieć, że jej zapalnikiem było przypadkowe spotkanie z Zuzanną Haller. Spotkanie, z którego ona sama niczego nie rozumiała i nie pamiętała.  

Kończąc recenzję poprzedniego tomu „Histerii” napisałam: „Muszę przyznać, że Larysa i Bruno to ciekawa para. Niestandardowa. Mam nadzieję, że spotkam się z nimi jeszcze nie raz”. Dzięki Izabeli Janiszewskiej spotkałam się z nimi ponownie w „Amoku”. Poobserwowałam, podążyłam ich ścieżkami.
Tylko żal, że po raz ostatni ….

Gdybym miała użyć jednego słowa do zrecenzowania książki napisałabym: NIENASYCENIE. To czuję kończąc przygodę z Larysą i Brunem. Nienasycenie. Sięgnijcie po tą autorkę i po jej spektakularną debiutancką trylogię. „Wrzask”, „Histeria” i „Amok” czekają na Was. Nie pożałujecie!!!

Ps. muszę jednak zapytać autorkę za pierwszą czytelniczką wspomnianą w posłowiu „Dlaczego? (…) Ale dlaczego?”❗.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.