„Wszystko na swoim miejscu. Pierwsze miłości i ostatnie opowieści” Oliver Sacks

WSZYSTKO NA SWOIM MIEJSCU. PIERWSZE MIŁOŚCI I OSTATNIE OPOWIEŚCI.

  • Autor:OLIVER SACKS
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:344
  • Data premiery: 18.05.2021r.

Ostatnio przy okazji recenzji „Noc w Caracas” Kariny Sainz-Borgo (recenzja na klik) wspominałam o wartości literatury pięknej. Niewątpliwie większość z nas, czytelników posiada w swoich biblioteczkach wybrane dzieła literatury polskiej i światowej, zaliczane do ścisłego grona literatury pięknej. To dobrze. Takie dzieła należy czytać, niekoniecznie jednak od małego. Ja ostatnio nostalgicznie sięgam do literatury pięknej. Każda książka potwierdza, że jest ona faktycznie piękna. Wielowątkowa, napisana pięknym językiem, co jest rzadkością. Bardzo wzbogacająca słownictwo, wiedzę i rozwijająca czytelnika. Tym razem pokusiłam się przeczytać eseje Olivera Sacksa, angielskiego profesora neurologii na Uniwersytecie Columbia, zafascynowanego, co całkowicie zrozumiałe, mózgiem, a zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych. Taki „Englishman in New York” jak śpiewał Sting. Typowy Englishman in New York, naprawdę. Oprócz wielu książek medycznych Sacks jest autorem wielu publikacji popularnonaukowych, ale o nich nie będę pisać w tym miejscu. Jeśli Was interesują dokonania autora to zapraszam na jego autorską stronę Oliver Sacks.

Istnieją takie „namiętności” – aż chciałoby się je nazwać niewinnymi i prostymi – które zacierają wszelkie różnice między lubiącymi je ludźmi.”

„Wszystko na swoim miejscu. Pierwsze miłości i ostatnie opowieści” Oliver Sacks

I autor twierdzi, że fakt istnienia tych namiętności jest całkowicie czymś normalnym, zgodnym z naturą człowieka. A któż wie lepiej, jak nie znany profesor neurologii badający mózg i jego bezpośredni wpływ na zachowania i zaburzenia człowieka.

Książka to zbiór esejów. Dobrze czytało ją się z przerwami na inne lektury, na oderwanie się od tego stylu, treści, tematyki. Składa się z trzech części. Dwie z nich dotyczą samego autora, jego spostrzeżeń, poglądów, doświadczeń, czasem nawet śmiesznych i nietypowych zdarzeń oraz interesujących spotkań. W tych częściach autor odnosi się do swoich autorytetów, dużo o nich opowiada, wielokrotnie nawet cytując, jakby chciał udowodnić znaczenie tych osób i ich ogromną wartość. Jakby nie chciał by byli zapomniani. Część z nich to wielcy naukowcy, literaci, filozofowie, część zwykli ludzie. Przyjaciele, znajomi lub całkiem przypadkowi ludzie, którzy odcisnęli piętno na jego osobie i zapadli mu w pamięć. Bardzo podobała mi się humorystyczna historyjka o hodowli mątw młodego Sacksa, czyli zgodnie z informacją z Wikipedii „drapieżnych głowonogów dziesięcioramiennych” brrrr. Ujął mnie stosunek autora do pływania, do pasji przekazywanej z ojca na synów oraz opowiastka o święcie śledzia.

Trzecia część zawiera opisy, czasem z przymrużeniem oka, ciekawych przypadków klinicznych. I tu głębokie ukłony w stronę autora, to wielka sztuka pisać o poważnych schorzeniach w tak prosty, interesujący i czasem dowcipny sposób. Ta metoda uczłowiecza chorobę, powoduje, że rozumiemy pewne zachowania i obserwujemy chorych w ich bardziej lub mniej naturalnym środowisku. Obserwujemy również jak lekarze i pozostały personel medyczny próbuje im pomóc posuwając się czasem do kłamstwa i manipulacji, by tylko pacjent poczuł się dobrze w środowisku, w którym przyszło mu przebywać. Mój ulubieniec to chory, który zapadając na chorobę neurologiczną i przebywając w całodobowej placówce opiekuńczej do końca życia myślał, że jest nadal woźnym, jak to było zanim zachorował. Przechadzał się więc od rana do wieczora z pękiem kluczy i dbał o porządek. I to zdaniem autora wydłużyło mu życie o kilka lat. Sacks w tej części przemyca interesujące ciekawostki ze świata medycyny, jak na przykład opis operacji wycięcia guza mózgu sprzed stu lat tylko w miejscowym znieczuleniu czy światowa epidemia śpiączkowego zapalenia mózgu w latach 1917-1927. Kompletnie nie miałam pojęcia, że była. Mój ulubiony fragment to opis podróży po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu osób chorych na zespół Tourette’a i to w towarzystwie chorego na ten zespół. Niezwykła odwaga przemierzać, jak sam pisze Amerykę „(…) wielkich przestrzeni, gór i wąwozów.” I na terenie tej Ameryki „(…) tak młodej, niewinnej, dobrodusznej i przyjaźnie otwartej wobec każdego, mającej więc cechy, które Europa dawno już utraciła…”- pamiętajcie, że to Ameryka lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku!!!-  szukać chorych i rozmawiać o tym, jak schorzenie przeszkadza im w codziennym życiu. Mimo, że czytając przypadki kliniczne dowiedziałam się wielu ciekawych informacji, ta część podobała mi się najmniej. Po prostu, jako nie-medykowi, trudno było mi przebrnąć przez sformułowania znane i lubiane tylko przez lekarzy.

Jeśli lubicie niespieszne, inteligentnie napisane historie to ta pozycja jest zdecydowanie dla Was. Argumentem przemawiającym za przeczytaniem tego zbioru esejów jest to, że przecież nieinteresujące nas fragmenty możemy pominąć nic nie tracąc z fabuły, bo każda opowieść to odrębna historia.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z  Wydawnictwem Zysk i S-ka.

Recenzja przedpremierowa – „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” Izabela Skrzypiec-Dagnan

KWIETNIOWE DESZCZE, SŁOŃCE SIERPNIOWE

  • Autor:IZABELA SKRZYPIEC-DAGNAN
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 380
  • Data premiery:19.05.2021r.

Niejednokrotnie już mówiłam, że uwielbiam powieści obyczajowe o zaczynaniu od nowa, gdzieś na końcu świata. Dlatego, gdy tylko usłyszałam, że Wydawnictwo Zysk i S-ka planuje wydanie takiej powieści o urokliwym tytule „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” od razu zdecydowałam się na lekturę. Autorka Izabela Skrzypiec-Dagnan zadebiutowała w 2019 roku powieścią „Świetnie się bawię w Twoich snach”, która została pozytywnie oceniona przez czytelników. Ja niestety nie miałam dotąd sposobności, żeby się z nią zapoznać, tak więc po lekturę najnowszej powieści pisarki sięgałam nie wiedząc, czego mogę się spodziewać.

Tina Wagner kończy właśnie trzydzieści lat i można powiedzieć, że znalazła się na rozdrożu. Nie bardzo widzi możliwości do usamodzielnienia się, wciąż mieszka z bardzo troskliwymi rodzicami, a podjęte w ostatnim czasie decyzje sprawiają, że zastanawia się dokąd zmierza jej życie. Dlatego, gdy w jej ręce trafiają klucze do domu w Beskidach kobieta spontanicznie postanawia skorzystać z okazji do zmiany otoczenia i nabrania dystansu do swojego życia. W miejscu tym przez ostatnie kilka lat mieszkała jej przyszywana ciotka Janina. Była ona aktorką, osobą mocno ekscentryczną, niezależną i niezwykłą, o której w gruncie rzeczy Tina nie za wiele wiedziała. Dopiero na miejscu okazuje się jak mało. Już od samego początku wyjazd dostarcza kobiecie samych niespodzianek, począwszy od tego, że miejsce do którego jedzie okazuje się zupełnie inne niż to czego się spodziewała. Wszystko komplikuje jeszcze niespodziewane spotkanie z motocyklista, który oddaje Tinie swoją kurtkę, a niedługo potem popełnia samobójstwo. Sprawa ta nie daje kobiecie spokoju, tym bardziej, gdy niedługo potem na jej drodze staje tajemniczy Marcin, który wydaje jej się w jakiś sposób związany z tym mężczyzną. Niespodziewanie dla niej samej spontaniczny wyjazd znacznie się przedłuża i okazuje się podróżą, która na zawsze odmieni jej życie.

Książka bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się typowej, lekkiej powieści obyczajowej, a dostałam zupełnie co innego, całkowite zaskoczenie. Bo chociaż schemat powieści wydaje się znajomy, ma ona wiele elementów, które potrafią zaskoczyć. Jak chociażby wątek motocyklisty, osoba ciotki i tajemnica z przeszłości. Nie będę zdradzać zbyt wiele, ale powiem, że co najmniej kilka razy książka idzie w kierunku, którego zupełnie się nie spodziewałam, że nie wspomnę już o samym zakończeniu, które było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i w dużej mierze zmieniło sposób postrzegania powieści. Niemniej ujęła mnie ona już od pierwszych stron swoim stylem. Niespiesznym, starannym, można by powiedzieć poetyckim. Dbałość o język jest tutaj bardzo widoczna, a klimat budowany jest powoli, nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że leniwie, ale jednocześnie z każdej strony jesteśmy czarowani urokiem tej powieści. Bo, ze jest w niej pewnego rodzaju magia, czar nie mogę zaprzeczyć, a Was zachęcam, byście sami się przekonali. Na pewno będziecie zaskoczeni i… oczarowani.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz” Maurice Leblanc

ARSENE LUPIN. DŻENTELMEN WŁAMYWACZ

  • Autor:MAURICE LEBLANC
  • Wydawnictwo:ZYSKI I S-KA
  • Seria:ARSENE LUPIN. TOM 1
  • Liczba stron:280
  • Data premiery:11.05.2020r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 01.01.1957r.

Nigdy nie czytałam książek o „dżentelmenie włamywaczu”. To raczej nie moja bajka. Do sięgnięcia po tę pozycję skłonił mnie serial na Netflixie. Oglądaliście? Ja tak. Kolejne odcinki serialu „Lupin” podobno zobaczymy już 11 czerwca. Serial polubiłam za mocną kreację głównego bohatera Assane’a Diop‘a, który pomysły Lupin’a wciela w życie. Sam Arsène Lupin stworzony został w 1905r we Francji. Jest to postać bardzo  lubiana i zakotwiczona w kulturze tego kraju. Musiałam sprawdzić, czy wznowienie od Wydawnictwa Zysk i S-ka wzmocni moją fascynację bohaterem będącym pierwowzorem postaci serialowej.  Dopiero co prezentowałam Wam tę książkę, która miała premierę po wznowieniu w dniu 11 maja, a już przychodzę do Was z recenzją. Co zrobić jak to tylko 280 stron.

Podoba Wam się okładka? Mnie bardzo. Wydanie naprawdę na miarę książki sprzed stu lat. Wnętrze nie jest wcale gorsze. Oczywiście, nie jest to mroczny współczesny thriller, wartki kryminał z dobrymi wątkami obyczajowymi, czy komedia na miarę Chmielewskiej. Nie, nie. To gatunek, który zanikł wiele lat temu.

Autor nakreślił przygody najsławniejszego włamywacza w bardzo przystępny sposób. Opisuje jego perypetie począwszy od podroży transatlantykiem w czasie której poznał Miss Nelly i o zgrozo, został aresztowany. Relacje Lupina ze współpasażerami, którzy za wszelką cenę chcieli odkryć kto stoi za kradzieżami na statku okazały się wyśmienitą zabawą i ucztą dla moich oczu. A takich historii pisanych ze swadą i ogromną elokwencją jest wiele. Tylko nadal nie wiem jak on się wymyka tym śledczym.

Maurice Leblanc stworzył niebanalną postać, dżentelmena „(…) o niebywałej fantazji, działającego wyłącznie w pałacach i salonach…”. Dość, że dżentelmen to jeszcze żartowniś, człowiek o tysiącu wcieleń, posiadający rzadkie umiejętności sztuki makijażu i szybkiego przeobrażania się. Wykorzystujący nieuwagę i niemożność dostrzegania szczegółów otoczenia. Czyhający na błędy i liczący na szczęście. Szczęście, które zdaje się, nigdy go nie opuszcza. Stworzył Lupina uciekającego przed słynnym policjantem Ganimardem, z którym  bawi się w kotka i myszkę. Mimo, że wielokrotnie mu się wymyka, darzą się wzajemnie szacunkiem. Jest to relacja podobna do relacji Poirota z Kapitanem Hastingsem, przyjacielska ale z przymrużeniem oka i dużą dozą sarkazmu.

Książka podzielona jest na zatytułowane rozdziały. Każdy rozdział opisuje inny wątek. Narracja jest trzecioosobowa, chociaż w pierwszym rozdziale autor przedstawił wydarzenia na statku oczami Lupina. Podobała mi się ta koncepcja. Czytałam ten rozdział, jakbym czytała dobre anegdoty, które ktoś z dystansem opowiada na swój temat.  Narrator skonstruowany został podobnie jak Watson w serii o Sherlocku Holmesie. Bliski znajomy, wręcz przyjaciel, któremu Lupin zdradza szczegóły swoich brawurowych akcji, a on je opowiada.

Pomysł autora, że wszyscy wokół zastanawiają się, kim jest ten złodziej wręcz genialny. Sama łapałam się na zgadywaniu. W wielu miejscach książki widziałam Lupina, który jednak nim się nie okazywał. Lupin momentami jest wyjątkowo arogancki. Pomysły na kradzieże wyjątkowe, jak chociażby list do właściciela drogich precjozów z prośbą o dobrowolne oddanie części z nich, w zamian za brak osobistego stawiennictwa i zmianę miejsca przechowywania wszystkich wartościowych rzeczy. By być bardziej ludzki, Lupin dodatkowo informuje właściciela o kopiach w jego zbiorze, kopiach o których sam dysponent nie wiedział. Wszyscy śledzą jego poczynania. Nawet ofiary są zainteresowane historiami o nim. Lupin często bowiem gości na stronach gazet. Tym samym staje się ówczesnym celebrytą. Celebrytą, gdzie zainteresowanie o nim podtrzymywane jest licznymi publikacjami w jedynym istniejącym wówczas medium.

No i niespodzianka. Nie spodziewałam się jej w tej książce. Do złapania Lupina zostaje zatrudniony….najsławniejszy brytyjski detektyw. Strony książki odwiedza Herlock Sholmes. Nie, nie to nie pomyłka. Okazuje się, że Leblanc napisał dwa opowiadania pt. „Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” w 1906 i 1907 roku w nawiązaniu do postaci Sherlocka Holmesa, bohatera kryminałów Conan Doyle’a (źródło). W późniejszych wersjach książki imię i nazwisko Sherlocka Holmesa brzmiało oryginalnie.  Samo spotkanie najsłynniejszego z detektywów z Lupinem zostało zobrazowane wyśmienicie. Wątek ten podobał mi się wyjątkowo. To prawie jak „(…) poruszający spektakl: pierwsze spotkanie tych dwóch mężczyzn, tak niezwykłych, (…) obu naprawdę najlepszych, ale przez ich specyficzne uzdolnienia fatalnie skazanych na zwarcie – tak jak dwie równe siły pchane w przestrzeni przeciwko sobie przez los”. Ciekawi mnie jak na taki obrót sprawy zareagował Sir Conan Doyle.

Klasyka przez duże K. Ciekawe historie, wyjątkowi bohaterowie i ten język, całkowicie przystępny. Bardzo klasyczny i elegancki, ale jednak przystępny. Możliwe, że to zasługa tłumaczki.

To miła odskocznia od zwykle czytywanych przeze mnie książek, a różnorodność w czytaniu jest przecież najważniejsza. Pozwala nie zamykać się w klatce i docenić twórczość z pozoru nie dla nas.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Kurs na śmierć” Wojciech Wójcik

KURS NA ŚMIERĆ

  • Autor: WOJCIECH WÓJCIK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:696
  • Data premiery:27.04.2021r.

Długo czekałam na tą pozycję. Dotarła do mnie dzień przed premierą, która miała miejsce 27 kwietnia. Nie zdążyłam więc z recenzją premierową, tym bardziej, że „Kurs na śmierć” liczy sobie trochę stron. Zmieniłam jednak moje plany czytelnicze i recenzenckie, by spieszyć do Was najszybciej jako to możliwe z recenzją najnowszej książki Wojciecha Wójcika.

Nie mogę nie wspomnieć o samym autorze, którego bibliografia już jest bardzo , mimo debiutu w 2016 roku książką „Nikomu nie ufaj”. Następnie wydano „Garść popiołu” (2016), „Jezioro pełne łez” (2017), „Młoda krew” (2018), „Miałeś tam nie wracać” (2019), „Himalaistka” (2020) i „Dziedzictwo von Schindlerów” (2020). Czytaliście którąś z nich? Macie wyrobione swoje zdanie na temat autora i jego publikacji? Podzielcie się. „Kurs na śmierć” to moja pierwsza książka tego autora. Na pewno nie ostatnia.

Policyjny świat

Do tego świata wkraczamy z impetem. Zaczynamy od śmierci upozorowanej na samobójstwo, w której ginie komendant Akademii Szkolenia Policji w Legionowie Cezary Majchrzak. Śledztwo powierzone zostało Kazikowi Ciołczykowi oraz niegdysiejszemu zesłańcowi za złe zachowanie, zdolnemu śledczemu Pawłowi Łukasikowi. Dwa tygodnie przed śmiercią „(…) komendant legionowskiej Akademii Szkolenia Policji, został bohaterem serwisów informacyjnych.”. To wszystko dzięki wydarzeniu na peronie podwarszawskiej kolejki miejskiej, gdzie uratował niedoszłą samobójczynię. Z pozoru proste śledztwo komplikuje się, gdy śledczy odkrywają związek Majchrzaka z Olgą Burzyńską, której samobójstwo również budzi wątpliwości. Podejrzanym za śmierć Olgi naturalnie staje mąż. Mąż, który nie był Oldze wierny. Mąż, któremu Olga również nie była wierna. Przy czym mąż o tym nie wiedział.  W śledztwie Ciołczyka i Łukasika wspiera młodszy inspektor Kuba Gąska, który tymczasowo pełni rolę komendanta. Na terenie Akademii działania prowadzi również kursantka Agnieszka Jamróz. Śledztwo ukryte, nieformalne, które okaże się kluczowe dla tej zagadki kryminalnej. Zagadki kryminalnej ze świata dla zwykłego śmiertelnika zamkniętego, niedostępnego. Świata, w którym rządzą proste zasady. Zasady opisane w prostych dwóch zdaniach.

Seks, pieniądze, koleżeńskie przysługi… Są rzeczy i sytuacje, o których się nie rozmawia”

„Kurs na śmierć” Wojciech Wójcik

Z tymi wszystkimi niuansami  muszą poradzić sobie i doświadczeni śledczy, i początkująca kursantka. Niuansami wzajemnych koligacji, ciągnięcia w górę lub zrzucania w dół w zależności od  panującej aury politycznej. Co z morderstwami miał wspólnego incydent z bronią na terenie akademii? Czy ze sprawą wiąże się znaleziony przez kursantkę Agnieszkę rozbity dron? Dlaczego o pierwszej ofierze wszyscy wiedzą wiele a jednocześnie nic? Takie i inne pytania pojawiają się w trakcie policyjnej katorżniczej pracy. Pracy, która musi być wykonana do końca. Wykonana jak najlepiej, bez względu na konsekwencje.

Wielowymiarowi bohaterowie

Sama narracja potwierdza tą wielowymiarowość. Narrator relacjonuje w trzeciej osobie i czasie przeszłym z perspektywy Agnieszki oraz z perspektywy Pawła. Lubię takie połączenia. Zawsze są korzystne dla toczonej fabuły. Bohaterowie skomplikowani. Jedni bardziej, inni mniej. Kazik Ciołczyk, syn legendy policji trochę ciapowaty budzi sympatię. Jego ksenofobia… cóż, od razu rzuca się w oczy. Nowacka zastępczyni zmarłego Majchrzyka, sprawna fizycznie mocno stąpająca po ziemi, dokładnie wiedząca czego chce. Nawet jeśli stosowane przez nią metody zarządzania nie do końca wydają się adekwatne.

Z pozoru nieistotne wątki obyczajowe okazują się ważne. Paweł i jego relacje z byłą oraz aktualną partnerką. Nieszczęśliwe love strony z akademickim instruktorem strzelnictwa i kursantkami w roli głównej. Miłość zza ogrodzenia możliwa dzięki kontrolowanej dziurze w płocie. Dzieci, wnuki byłych policjantów, którzy niejednokrotnie nie są w stanie dogonić legend. Zazdrość, zdradzona miłość, zemsta i dewiacje tych, którzy są na świeczniku. Zdradzone żony, niewierni mężowie. Prostytucja i sponsoring. Tematy, motywy się mnożą w miarę czytania. Momentami miałam wrażenie, że autor chce rozwinąć wszystkie dotychczas mi znane wątki z innych kryminałów. Nic bardziej mylnego. Podjęte policyjne działania i odkryte nowe wątki okazują się na końcu kluczowe dla sprawy. Istotne dla sprawcy, ważne dla ofiary.

Styl jest prosty. Dialogi i opisy nie tak dosadne, jak można byłoby się spodziewać wiedząc, w jakich warunkach i w jakich relacjach pracują policjanci. Muszę przyznać, że zbrodnie i motywy autor mógłby umiejscowić w każdej społeczności, nie tylko policyjnej. Nawet społeczność akademicka będąca przedmiotem jednego z pobocznych wątków, mogłaby być miejscem akcji. Wójcik oparł intrygę kryminalną na uniwersalnych prawdach, pragnieniach i skrzywieniach ludzkich, a także na potrzebach opieki i chronienia najbliższych. Czasem nawet w zastępstwie tych, których nie ma już obok nas.

Mimo, że akcja jest wielowątkowa ani razu się w niej nie pogubiłam. Niespieszne policyjne śledztwo prowadzone jest bowiem bardzo systematycznie, co pozwala nadążyć za literacką fikcją. Książkę czytałam z przyjemnością. Dodatkowego powabu dodają jej tajemnice z przeszłości, przeszłe intrygi i sekrety, które zostają ujawnione.

Szukacie lektury na deszczowe majowe dni? Chwytajcie za „Kurs na śmierć”, szczerze polecam!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

„PODMIEJSKI NA KONIEC ŚWIATA” KATARZYNA KOWALEWSKA

PODMIEJSKI NA KONIEC ŚWIATA

  • Autor:KATARZYNA KOWALEWSKA
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:286
  • Data premiery:16.03.2021r.

Niedawno opublikowałam trzy recenzję premier z kwietnia od Wydawnictwa Zysk i S-ka; rewelacyjną Dziewczyna z fotografii, klimatyczną Trogirskie wakacje oraz skłaniającą do myślenia Pozwól że ci opowiem…bajki które nauczyły mnie jak żyć, a tu jeszcze czeka zaległa premiera z marca.

„Podmiejski na koniec świata” to kolejna książka Katarzyny Kowalewskiej @kowalewskafanpage , autorki „Pudełka z pamiątkami” (2020). O poprzedniej książce tej autorki czytałam wiele pochlebnych recenzji i opinii. Czy i tym razem na taką ocenę zasłuży?

Już przy okazji innej książki przyznałam się Wam, że lubię fabułę o zaczynaniu od nowa, w innym miejscu. Wtedy można wszystko rzucić za siebie, zostawić i nigdy do tego nie wracać. Powiecie, to trochę taka ułuda. Nie wszystko co za nami było złe. W ten sposób pozostawiamy za sobą nawet te dobre rzeczy. Tych dobrych ludzi, dobre wspomnienia, dobre miejsca pracy.  Tylko, że będąc otwartymi dobrych ludzi, dobrą pracę i miłe wspomnienia znajdziemy również w tym nowym miejscu. Miejscu do którego dążymy. Miejscu do którego chcemy dążyć.

Książka drogi

Z opisu wydawcy już wiedziałam, że podobną fabułę czytałam. Tym razem śledzimy losy Alicji. Alicji, która ma problem z asertywnością. Wiele czasu poświęca innym, problemom innych i sprawom, które wcale do niej nie należą. Każdy chce mieć Alicję obok siebie. Wiele można na jej barki wrzucić. Nawet własne obowiązki zawodowe można na nią scedować. Po feralnym wieczorze na imprezie firmowej swego chłopaka – zaskakując samą siebie – przyjmuje propozycję szefa. Tym samym zostaje wysłana do podupadającej małomiasteczkowej firmy. Nie dość, że musi zrealizować bardzo ambitne wyzwanie zawodowe, to jeszcze zacząć wszystko od nowa. Czy jej się to uda? Czy na zawsze pozostanie tą samą Alicją ze stolicy?

Pełna ciepła opowieść o zaczynaniu od nowa” – opis wydawcy

To prawda. Z tym opisem wydawcy muszę się całkowicie zgodzić. Sama Alicja jako bohaterka da się lubić. Nie ma znaczenia jej imię. Takich Alicji w większych lub mniejszych miastach jest sporo, od zatrzęsienia.  Te Alicje mają inne imiona, inne twarze. Te Alicje są raz szczupłe, raz z nadwagą. Te Alicje są samotnymi singielkami lub żyjącymi w nieformalnych związkach. Te Alicje też są mężatkami, nierzadko z dziećmi. To Alicje dla innych, dla wszystkich wokół, nie dla siebie. Zawsze cieszy mnie jak kolejna Alicja postanawia „wziąć byka za rogi”, nawet jeśli jest postacią fikcyjną. Postanawia przestać godzić się na bylejakość. Przestać pracować za innych. Postanawia wreszcie przeżyć swoje życie! Taką Alicję spotkamy w tej książce. Alicję która dojrzewa, która dostrzega, że ma wokół siebie przyjaznych ludzi. Alicję, która dowiaduje się, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a lepsze jutro może przyjść znacznie wcześniej. Wcześniej, niż się tego spodziewała.

To historia o wszystkich Alicjach, które znamy. Historia pełna ciepła, zrozumienia innych. Historia o przyjaźni i miłości, która nie musi zawsze być najważniejsza. Też o miłości utraconej. Przede wszystkim jest to książka o miłości do samego/samej siebie. Tej miłości najważniejsze, by wreszcie zacząć żyć.  Alicje i nie tylko, czytajcie.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

 

„Dziewczyna z fotografii” Anna Olszewska

DZIEWCZYNA Z FOTOGRAFII

  • Autor:ANNA OLSZEWSKA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:376
  • Data premiery: 13.04.2021r.

Wydawnictwo Zysk i Spółka również zasypało nas kwietniowymi premierami.  Ja właśnie skończyłam czytać trzecią z nich. Tym razem to „Dziewczyna z fotografii” od @Anna Olszewska – strona autorska. Przyznaję nie czytałam jej pierwszej powieści „Moja irlandzka piosenka”. Ktoś czytał? Podobała się?

W białych baletkach wychylona W powietrzu uniesiona nóżka” – „Laleczka z saskiej porcelany” Magdalena Fronczewska

Okładka książki od razu skojarzyła mi się z tym tekstem. Postać wydaje się taka krucha, nieprawdziwa i delikatna. Jak ta baletnica z saskiej porcelany. Nataszę Bernadotte poznajemy w trakcie lotu z Warszawy do Paryża. Do miasta jej ojca, do miasta jej babki. Wraca z bliznami. Wieloma bliznami. Jako baletnica Teatru Wielkiego uległa wypadkowi. Wypadkowi, który nie pozwala jej już tańczyć. W trakcie podróży poznaje Lukę Stoiana. Lukę, którego zaintrygowała.

Dziewczyna z samolotu. Zdystansowana, zawsze na odległość. Skrzywdzona przez los, ciągle przeżywająca stratę przedwczesną rodziców. Dla której taniec się skończył i to nie tylko ten na scenie.

Natasza w Paryżu zamierza uporządkować mieszkanie po rodzicach, by je sprzedać. Dziwnym trafem odnajduje w nim urodzinową zagadkę. Zagadkę w jaką bawiła się ze swoimi rodzicami. Musi dowiedzieć się, co ją czeka na końcu zabawy, jaki „złoty Graal”. Kluczy, rozwiązując łamigłówki w zakątkach Paryża. Kolejny krok prowadzi ją do ulubionej restauracji jej ojca. Ponownie spotyka Lukę, dla którego staje się dziewczyną z fotografii. Dziewczyną, której Luka robi zdjęcia w najbardziej intymnych momentach. Nie tylko Luca potrafi uchwycić jej piękno. Prezentem urodzinowym okazuje jest sesja zdjęciowa u Philippe Sorel, sławnego paryskiego fotografa. Dla Philippe Natasza staje się dziewczyną z fotografii. Dziewczyną, która ma zapewnić mu zwycięstwo w konkursie fotograficznym.

Dziewczyna z fotografii. Prowadzona ręką artysty fotografa. Raz naturalna, raz sztuczna. Raz zwyciężczyni, raz przegrana. Raz porywająca tłum na ulicach Paryża, raz wzbudzająca litość. Raz modelka  Philippe, raz Luki.

Czy Natasza jest dziewczyną z samolotu czy dziewczyną z fotografii? Niby to ta sama osoba, a jednak całkowicie różna.

I śniła że dla niego tańczy A on ukradkiem bije brawo” – „Laleczka z saskiej porcelany”

Magdalena Fronczewska

Motyw baletnicy tańczącej dla ukochanego pojawił się również w tej powieści. Słusznie więc patrząc na okładkę powieści od razu pomyślałam o tej piosence. Autorka bardzo dobrze odzwierciedliła skomplikowane relacje, które wiążą Philippe i Lukę, Philippe i Marie, Philippe i Nataszę, a także Lukę i Marie oraz Lukę i Nataszę. Relacje między modelkami, a ich fotografami, między kobietami a mężczyznami. Relacje, które krzywdzą i które niosą szczęście. Relacje, które ciągną w dół oraz te, które pozwalają wzrastać i się nadal rozwijać.

Ta książka to studium utraconego sensu życia. Sensu, które wydaje się nie do odzyskania. Nigdy! Postać Luki mnie zachwyciła. Dojrzały, borykający się z własnymi problemami i stratami współczesny mężczyzna. Z jednej strony nieidealny, z drugiej jak najbardziej odpowiedni. Fabułę wzbogacił motyw siostry Luki i jej rodziny, szczególnie siostrzenicy Jasminy, z którą Luka jest wyjątkowo związany. Jasminy, której osoba okaże się kluczowa.

A to wszystko z Paryżem w tle. Nie mogło być lepiej!

Książkę mimo ważnych i głębokich treści czyta się bardzo lekko. Skonstruowana jest z rozdziałów zatytułowanych imionami głównych bohaterów; Nataszy i Luki. Oczywiście jest też prolog, który wprowadza nas w opowiadaną historię oraz epilog. Uwielbiam takie zaglądanie zza firanki, co się zadziało potem i co było wcześniej.

Nie potrafiłam przyzwyczaić się do zdrobnienia imienia Natasza i to jedyny minus tej powieści. Autorka użyła Szasza. Ja Nataszę kojarzę z takimi zdrobnieniami jak: Nataszka, Natka, Natusia, Natunia, Nata, Nati. Szasza kojarzyła mi się nieodmiennie z inną literacką postacią Saszą Załuską z serii Cztery żywioły Katarzyny Bondy. Momentami kompletnie nie wiedziałam o kim mowa.

Bardzo dobry styl z nietypową fabułą oraz inteligentnymi i skomplikowanymi postaciami. To recepta na świetną książkę. Polecam!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Trogirskie wakacje” Hanna Dikta

TROGIRSKIE WAKACJE

  • Autor:HANNA DIKTA
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:296
  • Data premiery:13.04.2021r.

@Hanna Dikta – strona autorska to śląska pisarka z Piekar Śląskich, mego rodzinnego miasta. Tym bardziej nie mogłam się doczekać, aż zapoznam się z jej najnowszą powieścią od Wydawnictwa Zysk i S-ka, która premierę miała 13 kwietnia. Autorka dobrze przyjętych „We troje” (2016), „To nie może być prawda” (2018) oraz „Dwie kobiety” (2019). Czy podzielę zachwyt innych czytelników?

Trogir – Mała Wenecja

Olga wraca do Trogiru. Do chorwackiego miasteczka gdzie spędziła ubiegłoroczne wakacje ze swoją jedyną córką, Natalią.

Białe elewacje, maleńkie okna z okiennicami i gęste, soczyście fioletowe i purpurowe bugenwille zdobiące budynki…”.

To nie są typowe wakacje. Sama Olga „Inaczej wyobrażała sobie tę ostatnią noc. Przecież nazajutrz zamierzała się zabić”. Jej plan spalił na panewce, gdy Olga poznaje Stanisława. Nie byle jakiego Stanisława, Stanisława Wokulskiego. Sześćdziesięcioletniego mężczyznę również pooranego przez życie. Rozwodnika, który jakiś czas temu przeżył śmierć swego dziecka. Budującą się relację wzbogaca śledztwo, które Olga postanawia rozpocząć po spotkaniu Martina, młodego Chorwata, z którym Natalia spędziła kilka ostatnich wieczorów. To rozmowa z nim rzuca nowe światło na wydarzenia, po których Olga do chwili obecnej nosi żałobę.  

Same dobre opinie

Okazuje się, że pisarka z mego rodzinnego miasta jest bardzo utalentowana. Same dobre opinie! Moja też jest taka. Książka bardzo dobrze napisana. Obserwujemy Olgę, matkę w żałobie. Matka „Z jednej strony dorosła, można nawet powiedzieć dojrzała kobieta, a z drugiej młoda dziewczyna. Taka mieszanka, egzotyczna. Intrygująca. Zagadkowa”. Matka, która chce przypominać własną straconą córkę. Przez wiele lat rozdarta między córką opuszczoną przez ojca w dzieciństwie, która doznała krzywdy porzucenia a partnerem, o wiele młodszym Igorem, który „(…) zawsze był na drugim miejscu”. Śledzimy rodzący się związek między Wokulskim a Izabelą….eee przepraszam, a Olgą. Tak mnie zmylił ten zabieg literacki autorki. Oboje po przejściach, oboje dojrzali, oboje potrafią odnaleźć u siebie nawzajem to coś, za czym tęsknią. Tylko czy to będzie trwać wiecznie, czy ten czas pozostanie na zawsze?

Obserwujemy również córkę. Patrzymy na nią oczami jej matki, Olgi. Widzimy Natalię jako małą dziewczynkę, buntującą się nastolatkę i dorosłą kobietę. Kobietę, która po ostatnich wspólnych wakacjach z matką znika. Zniknięcie poprzedzają chwile ciszy, samotnych chwil w jej własnym pokoju, oglądane na laptopie filmy lub słuchana muzyka w łóżku. Czy Olga mogła przewidzieć co się stanie? Czy mogła temu zapobiec? W jaki sposób ma teraz odpokutować zaniechanie, brak reakcji, tą przestrzeń której nie wypełniła w życiu córki swoją upierdliwą obecnością? Obecnością, która może zatrzymałaby Natalię. Zatrzymałaby na zawsze.

Z wszystkich bohaterów najmniej polubiłam jednak Natalię. Z jednej strony inteligentna kobieta, wydaje się silna, zdolna i zdecydowana. Mająca wspaniałą relację z własną matką. Chodząca z nią do kina, nawet tańcząca na dyskotece. Z drugiej strony, w sytuacji napięcia, trudnych przeżyć odrzucająca jedyną osobę, która kochała ją ponad życie, która oddała jej wszystko. Nie walcząca, poddająca się jak tchórz. Taka dychotomia. Taki dualizm postaci. Nie potrafię się do niej ustosunkować pozytywnie. To samo z osobą Martina. Młodego chłopaka, który spędzał z Natalią czas. Tchórzliwy, lękliwy, niemęski, nieodpowiedzialny. Dlaczego nie zareagował wcześniej, od razu?

Jest to książka o rozpaczy, o tęsknocie. Jest to książka o wspomnieniach, o rozliczeniu własnego życia, rozliczeniu tego czego się nie zrobiło, czego się nie wykonało, co się odpuściło. Jest to książka o życiu. Życiu z samym sobą. Życiu, które w jednym momencie może stać się całkowicie inne. To od nas tylko zależy.

Polecam Wam tę książkę.

cdn…..

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i Spółka. 

Recenzja przedpremierowa – „Cień Judasza” Anna Kusiak

CIEŃ JUDASZA

  • Autor:ANNA KUSIAK
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:366
  • Data premiery:16.03.2021r.
  • Moja ocena:8/10

„Cień Judasza” to debiut, a z tymi nigdy nic nie wiadomo;) Jednak opis zaintrygował mnie na tyle, że sięgnęłam po tę książkę jeszcze przed premierą. Czy żałuję?

Klaudia wraca do rodzinnej miejscowości, żeby uporządkować dom po niedawno zmarłej matce. Na miejscu wszystko przypomina jej o tragedii sprzed lat. Dziesięć lat temu osiemnastoletnia Klaudia wraz z kuzynką Anetą były na wiejskim festynie, w trakcie się pokłóciły i rozdzieliły. Rano dziewczyna dowiedziała się, że kuzynka nie wróciła do domu, a kilka dni później znaleziono jej ciało. Sprawca nie został znaleziony ani aresztowany, choć po wsi krążyły różne plotki. Jakby tej tragedii było mało niedługo ojciec Klaudii wiesza się w stodole. Czy te dwie sprawy miały ze sobą coś wspólnego? Czy prawdą jest, to co od razu uznali ludzie, że to wyrzuty sumienia z powodu Anety nie pozwoliły mu żyć? Czy możliwe, żeby miał coś wspólnego z jej śmiercią? W rodzinnym domu Klaudię na każdym kroku prześladują podobne pytania i wspomnienia. Na początku chce jak najszybciej uporać się z porządkami i wyjechać, jednak wkrótce uświadomi sobie, że jeśli chce iść ze swoim życiem dalej musi uporać się z przeszłością i chociażby dla samej siebie rozwiązać zagadkę tajemnic z przeszłości.

Powieść ma dwie perspektywy czasowe – obecną, w której Aneta stara się dojść do prawdy oraz tą sprzed dziesięciu lat, kiedy stopniowo odsłaniają się przed nami wydarzenia tragicznej nocy, w której zginęła Aneta. Rozdziału opatrzone są datami, dzięki czemu możemy obserwować rozwój wydarzeń. Narracja jest trzecioosobowa, prowadzona z punktu widzenia Anety. Stopniowe naprzemienne ukazywanie wydarzeń z przeszłości i tych teraźniejszych zdecydowanie potęguje napięcie. Książka jest świetnie napisana. Bardzo ciekawa, intrygująca akcja z tajemnicą rodzinną, poszukiwaniem prawdy, zbrodnią i samobójstwem udoskonalona jest jeszcze nagłymi zwrotami akcji i stopniowym dawkowaniem napięcia. Zaskakująca zakończenie to prawdziwa wisienka na torcie. Wraz z rozwojem akcji napięcie wzrasta, a Klaudii może grozić prawdziwe niebezpieczeństwo. Wiele osób zdecydowanie nie chce by węszyła w sprawie sprzed lat. Ale kto? Komu może to zaszkodzić? I tu autorka podsuwa nam trochę fałszywych tropów, powiem Wam, że mnie bardzo korciło, żeby podejrzeć zakończenie zagadki i wprost nie mogłam się od książki oderwać, a to chyba najlepsza rekomendacja.

Gorąco polecam Wam ten debiut, a ja z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnych książek autorki. W tej jest bowiem wszystko co dobry kryminał mieć powinien – ciekawa akcja, intrygująca zagadka, wielowymiarowi bohaterowie, tajemnica z przeszłości, napięcie, nagłe zwroty akcji. Sięgnijcie po nią koniecznie.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZYSK i S-KA.

„Cztery liście koniczyny” Weronika Tomala

CZTERY LIŚCIE KONICZYNY

  • Autor:WERONIKA TOMALA
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:296
  • Data premiery:23.02.2021r.
  • Moja ocena:7/10

Czytałam dwie ostatnie książki Weroniki Tomali, kiedy więc dowiedziałam się, że wychodzi nowa, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Książka była inna niż poprzednie, ale bardzo mi się podobała.

Judyta to pielęgniarka pracująca w sopockiej klinice, oddana swojemu zawodowi, w gruncie rzeczy bardzo samotna i zamknięta w sobie. Ukojenia szuka w książkach i to wśród nic w małej biblioteczce przy plaży znajduje dziennik, który zmieni jej życie. Nie potrafi pozostać obojętna wobec zawartej w nim prośbie, by dostarczyć dziennik do adresata. Wybiera się w podróż do Poznania. Matusz mieszka w małej chatce w lesie, to tak chowa się przed ludźmi ze swoim złamanym sercem, Gdy w drzwiach jego domu staje kobieta z dziennikiem, który dotyka jego najgłębszej rany, jest wściekły i wyładowuje swoją złość na posłańcu. Ta wizyty jednak nie daje mu spokoju. Postanawia odkryć prawdę…. Jaka będzie w tym rola Judyty? Jak rozwinie się ta znajomość?

Powieść czyta się bardzo szybko i lekko, trudno się od niej oderwać. Dotyka wielu emocji, porusza, jest w niej smutek, ogromna miłość, ale i optymizm i motywacja do poszukiwania życiowej siły. Judyta jest niezwykłą bohaterką, pielęgniarka z powołania, wrażliwa, skromna, dobra osoba, chce i lubi pomagać ludziom, przy czym czasami zapomina o sobie, w głębi duszy marzy o prawdziwej miłości. Mateusz to też ciekawa postać, niby twardy facet, tatuator, zraniony zamyka się na wszystkich i wszystko i ucieka na pustkowie. Początkowo wydaje się, że nic ich nie łączy, że się irytują, ale powoli znajdują wspólny język. Powieść składa się z krótkich rozdziałów w narracji pierwszoosobowej prowadzonej przez Judytę. Na początku każdego rozdziału jest definicja jakiegoś symbolu, który ma nawiązywać do jego treści. Z jednej strony ciekawa koncepcja, z drugiej czytanie definicji trochę wytrąca mnie z „rytmu” powieści i najczęściej kończy się tym, że tylko prześlizguję się wzrokiem po definicji.

Muszę powiedzieć, że książka zaskoczyła mnie na plus, porusza wiele emocji, jest pełna bólu, ale i miłości do życia i nadziei. Zakończenie spowodowało, że miałam ciarki. Ciekawa koncepcja. Polecam Wam tę książkę i gwarantuję, że szybko jej nie zapomnicie.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZYSK i S-KA.

„Szklane skrzydła motyla” Katrine Engberg

SZKLANE SKRZYDŁA MOTYLA

  • Autor:KATRINE ENGBERG
  • Seria: JEPPE KORNER. TOM 3
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:340
  • Data premiery:13.10.2020r.
  • Moja ocena:7/10

„(…) emocje to skomplikowana materia. Zemsta jest nieuchronnie związana z wyrzutami sumienia, wina idzie w parze z poczuciem krzywdy, gdy człowiek zostaje zmuszony do takiego działania, które powoduje w nim poczucie winy. To obosieczny miecz. Ten, kto nim wojuje, staje się i ofiarą, i katem.”

                                                                       Katrine Engberg „Szklane skrzydła motyla”

Książkę „Szklane skrzydła motyla” przeczytałam w ramach akcji „Dania: Mały kraj – wielka literatura„. O wyzwaniu Book-Trotter stojącą za akcją promowania duńskiej literatury już Wam wspomniałam, teraz czas na kolejną recenzję.

Już sam opis wydawcy mnie zaintrygował. Pozwólcie, że go zacytuję: „Pasjonujący thriller o misternej zemście, w którym prawdziwy sprawca, niczym tytułowy motyl szklanoskrzydły, do samego niemal końca pozostaje „niewidoczny” dla tropiących go detektywów…”. Wiem, wiem zaraz odezwą się głosy, że rolą wydawcy jest formułować intrygujące i ciekawe opisy. To prawda. Wierzcie mi jednak, nierzadko te opisy są jak najbardziej trafne i stuprocentowo oddają rzeczywistość opisaną w książce. Tak było i tym razem.

Opis fabuły

Pewnego poranka w fontannie Caritas (caritas po łacinie znaczy miłość, pragnienie dobra), na głównym deptaku Kopenhagi odkryte zostaje ciało nagiej kobiety. Śledczy diagnozują śmierć przez wykrwawienie. Bardzo okrutny, długi i bolesny sposób pozbawienia kogoś życia. Nie ma wątpliwości, że kobieta jest ofiarą wyrafinowanego morderstwa. Lekarz medycyny sądowej odkrywa, że samo narzędzie zbrodni jest interesujące. Nie skalpel, nie nóż, lecz skaryfikator, narzędzie chirurgiczne używane w dawnej medycynie do terapeutycznego upuszczania krwi. W kolejnych dwóch dniach również odkrywane są ciała ofiar. Sposób morderstwa jest identyczny. A ofiary zostały również porzucone w wodzie. Śledczy odkrywają, że wszystkie trzy ofiary: Bettina, Nicola oraz Rita pracowały w ośrodku terapeutycznym Dom Motyl dla niepełnoletnich pacjentów z zaburzeniami psychiatrycznymi. Ośrodku, który został zamknięty 2 lata wcześniej po nagłej samobójczej śmierci pacjentki. Samobójstwie przez podcięcie żył….w wannie. Zaczyna się pościg za mordercą. Pościg, w którym każdy związany z Domem Motyl wydaje się podejrzany. Pościg, w którym zostają odkryte mroczne tajemnice ośrodka, niekompetencja personelu medycznego, zbyt duże dawki leków, defraudacja środków przez właścicieli.

Jak przeczytacie w Wikipedii, Greta oto (potocznie – motyl szklanoskrzydły) znany jest „ze swoich unikalnych przezroczystych skrzydeł, które pozwalają na kamuflaż bez rozległej pigmentacji. (…) Podczas gdy jego skrzydła wydają się delikatne, motyl jest w stanie unieść do 40 razy większą od swojej masę” (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Greta_oto ). Jak sama autorka wskazuje w książce motyl jest „(…) delikatny, ulotny, prawie przezroczysty. Ale tylko z pozoru. Jego larwy magazynują w swoich ciałach truciznę nocnego jaśminu. Dla wrogów są śmiertelnie niebezpieczne. Niepozorny motyl jest najbardziej niebezpieczny”. Wiedząc jakie są cechy charakterystyczne motyla szklanoskrzydłego, rozumiem wybór tytułu. Jest jak najbardziej trafny, mimo tego, że został wymyślony przez syna Engberg. Morderca jest jak cień, niezauważalny. Wielu bohaterów z nim rozmawia, pojawia się w kilku wątkach, a jednak nikt nie dostrzega jego roli, najważniejszej roli. Zarówno morderca, jak i inni bohaterowie (psychiatra, pielęgniarka, pacjenci ośrodka psychiatrycznego, śledczy kopenhaskiej policji, rodzice samobójczyni) muszą dźwigać ciężar, ciężar swego życia, swoich czynów. Ciężar zapewne 40 razy cięższy, niż chcieliby lub byliby w stanie udźwignąć.

Opinia

Styl skandynawski zawsze lubiłam. Jest zwięzły, kluczowy. Akcja toczy się wartko, a fabuła cały czas trzyma w napięciu. Czytając nie mogłam odpocząć, nie mogłam odetchnąć, momentami nie nadążałam. Dialogi są krótkie i dosadne. Może w języku duńskim nie ma eufemizmów?

Autorka walczy w powieści ze stereotypami.

Lekarz psychiatra nie zawsze ceni życie i zdrowie pacjentów. Dla niego bardziej liczą się osobiste korzyści z nielegalnych badań klinicznych, nowych leków, na żywych organizmach, małoletnich pacjentach psychiatrycznych.

Pielęgniarka nie zawsze niesie pomoc i wsparcie, czasem niesie śmierć cierpiąc na zaburzenie psychiczne nazwane przeniesionym zespołem Münchausena. Jednocześnie jest katem podając leki na zatrzymanie akcji serca i bohaterem ratując finalnie ofiarę przed śmiercią. Do czasu…

Matka nie zawsze cieszy się z macierzyństwa, szczególnie jak jest zaangażowaną w pracę policjantką. Macierzyństwo zostało obrane z wszelkich złudzeń. Pozostało samo zmęczenie, niechęć do płaczącego dziecka, niewyspanie. Dla mnie znamienne jest to, że dwumiesięczna córeczka Anette i Svenda do tej pory nie ma nadanego imienia. Wyobrażacie to sobie w rzeczywistości polskiej? Dwumiesięczne dziecko bez imienia? Ja nie. Jest to kulminacja tego, jak trudno poradzić sobie Anette z późnym, nieplanowanym macierzyństwem.

Pacjent psychiatryczny nie zawsze jest zły, nieprzystosowany do życia, nieciekawy, zaburzony, niestabilny. Marie, jako była pacjentka Domu Motyla, każdego dnia walczy ze swoimi demonami, samodzielnie, na własnych zasadach i każdego dnia wygrywa, wygrywa codzienność bez pasów bezpieczeństwa, bez zbyt dużej dawki leków. Wygrywa świadome życie.  

Postacie Anette i Jeppe jako śledczych kopenhaskiej policji można polubić. Anette odważna, dynamiczna, ciekawska, zaangażowana. Jeppe trochę bardziej nudny, bardziej zmęczony, może przez ten wieczny deszcz? Oboje robią wszystko by znaleźć sprawcę tych makabrycznych zbrodni. Są partnerami z jednej strony całkowicie różnymi, z drugiej całkowicie się uzupełniającymi. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że książka zachęciła mnie do przeczytania wcześniejszych książek serii. Z niecierpliwością czekam również co będzie z Jeppem i Anette w kolejnych częściach.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ZYSK I S-KA oraz organizatorom akcji „Dania: Mały kraj – wielka literatura”.