„Cyngiel Temidy” Marcin Wolski

CYNGIEL TEMIDY

  • Autor: MARCIN WOLSKI
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 26.10.2021r.

„Cyngiel Temidy” @Marcin Wolski to pierwsza publikacja tego Autora, z którą miałam do czynienia.  Wymagania miałam przeogromne czytając opis Wydawcy @Zysk i S-ka. Oczekiwałam więc ogromnego „napięcia i zwrotów akcji”. Wszak Autor ma na swoim koncie wiele dobrych książek. Do tego jest uzdolnionym satyrykiem, dziennikarzem i autorem wielu zgrabnych audycji radiowych. Pytanie tylko, czy powieść spełniła moje oczekiwania?

To historia o współczesnym mścicielu. O kimś, kto w przeszłości stracił wiele, praktycznie wszystko. Żądza zemsty doprowadziła do śmierci osób o ksywkach: sędzia, minister, generał, kasjer i czyściciel. Osób tworzących tajną grupę Omega, o której nawet system socjalistyczny milczał. Wszyscy z komanda zagnieździli się w nowej rzeczywistości, rzeczywistości Nowej Polski. Jedni z lepszym skutkiem, inni z gorszym. Tylko to co przeszłe nie mogło zostać zapomniane, nie mogło zostać ominięte. Na intrygę sięgającą bardzo daleko jak macki ośmiornicy, trafia młoda prokurator z Warszawskiej  Pragi Karolina Karpicka, której momentami „(…) wydawało się, że rozwiązanie znajduje się na wyciągnięcie ręki, ale zaraz potem cała hipoteza rozsypywała się jako domek z kart”.

Niewymagająca lektura. Tak krótko określiłabym przeczytaną powieść. Spodziewałam się thrillera sensacyjnego, a otrzymałam ciekawie napisaną powieść, w której Autor rozbudował sporo wątków obyczajowych. Ogromnym plusem jest sama intryga, która zaczęła się tak naprawdę wiele lat temu. Do tego styl, tempo. Język jest przyjemny, dużo w nim dialogów. Zgrabnie Autor odnosi się również do wątków autentycznych jak na przykład śmierć polskiego miliardera jako skutek błędu lekarskiego w trakcie zagranicznego zabiegu medycznego. Znajomo brzmi? Mi również. Mimo zagmatwanej fabuły, dzięki stylowi Autora, książkę czyta się bardzo szybko. Sama akcja również dzieje się prędko i to na różnych kontynentach. Denerwowała mnie niezwykle maniera prokuratora nadzorującego Karolinę, który notorycznie zwracał się do niej per „Karolinka”, pewnie nie mniej niż ją samą. Samej Karpickiej jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić. Z jednej strony wieczna ofiara męskiego szowinizmu, wyjątkowo atrakcyjna, z drugiej niezwykle temperamentna, wścibska, błyskotliwa, choć momentami zachowywała się jak słaba kobietka, która nie potrafiła się zmierzyć z konsekwencjami i okolicznościami własnych wyborów podjętych u progu drogi zawodowej. Do tego odważna jak James Bond, aż trochę w tym śmieszna. Widać rozkochanie Autora w satyrze, nie tylko w wątku samej Karoliny.  Kompletnie zaskoczyłam się czytając kolejno odkrywane przez Wolskiego tajemnice. Liczyłam, że Autor będzie wodził mnie za nos każąc mi się co rusz domyślać, kto co i dlaczego. Nic z tych rzeczy. Istotna postać została mi podana na tacy. Zaskoczeniem natomiast był jej pomocnik. Tu muszę zdecydowanie pochwalić Autora, skonstruował postać na miarę bondowskiej „M”. Cichy, ale jakże cenny wspólnik okazał się strzałem w dziesiątkę.

Nie oceniam nigdy książki po okładce. Dzięki fascynacji czytaniem oduczyłam się tego dawno temu. Często jednak postrzegam konkretną publikację z perspektywy odczuć, które odczuwam po przeczytaniu. Zdecydowanie pierwsza część podobała mi się bardziej. Lubię jednak zagadki i dużo znaków zapytania. Drugą połowę przeczytałam tylko z powodu Leny. Musiałam dowiedzieć się, kim ona faktycznie jest.

I totalne zaskoczenie! Happy end. Okazuje się, że i w tym gatunku może się zdarzyć.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

Recenzja przedpremierowa: „Sceny z życia małżeńskiego” Ingmar Bergman

SCENY Z ŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO

  • Autor: INGMAR BERGMAN
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 180
  • Data premiery: 03.11.2021r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 01.01.1973r.

Oglądaliście film Ingmara Bergmana pod tym samym tytułem? Film powstał na podstawie mini serialu. Ja oglądałam😊. Mimo, że to było jakiś czas temu, do tej pory pamiętam jakie na mnie zrobił wrażenie. Rozłożył mnie na łopatki. Jak to Bergman zresztą. Mistrz psychologicznych portretów. Socjologicznych opinii, nic nie robiący sobie z obowiązujących na tamten czas w kinie konwenansów. Nie bojący się podejmować ryzyka i nie dbający, czy film będzie miał ogromną publikę. Tworzący wymagające kino, dociekliwe, niekomercyjne.  Słysząc o premierze z 3 listopada br. od Wydawnictwa @Zysk i S-ka nie mogłam przejść obok tej książki obojętnie. „Sceny z życia małżeńskiego” to głęboki obraz rozpadu małżeństwa, gdzie znaczenie ma każdy gest, każde słowo, każda emocje. To próba odpowiedzi na pytanie, co się stało z tą miłością i co zwykle się dzieje, w tych wszystkich przypadkach, gdzie trzeba wreszcie powiedzieć sobie KONIEC.

Oboje, i ty, i ja uciekaliśmy w hermetycznie zamknięte życie. Wszystko było wygładzone, pęknięcia uszczelnione, nie było rzeczy, która nie chodziłaby jak w zegarku. Dusiliśmy się z braku tlenu” –„Sceny z życia małżeńskiego”  Ingmar Bergman.

Wyobraźcie sobie najpierw Marianne i Johana. Małżeństwo, całkiem szczęśliwe z dziesięcioletnim stażem.  Z pozoru żyją w pełnej symbiozie. Spokojnie witają i żegnają każdy wspólny dzień wychowując dwójkę dzieci. A teraz wyobraźcie sobie Marianne i Johana niby takich samych, a jednak całkowicie innych. Ich spokój pękł jak bańka mydlana. Relacja stała się napięta. Marianne nie rozumie Johana. Johan nie stara się zbliżyć do Marianne. Mówią do siebie, ale się nie słyszą. Czują, ale już nie miłość. Cała kawalkada nowych uczuć zastąpiła te dotychczasowe. Pojawiły się stosy pytań o początek, o genezę, o ten moment, w którym wszystko zaczęło się psuć. Pytań, na które nie zawsze otrzymujemy jednoznaczne i proste odpowiedzi.

To literatura intrygująca, obrazująca głęboką przemianę dwojga kochających się ludzi, którzy w pewnym momencie zaczęli być dla siebie obcy. To mocna pozycja, tak samo jak mocne jest kino Bergmana. Literacki obraz niewiele różni się od kinowego. Głębokość problemów w relacji pomiędzy dwojgiem ludzi została zobrazowana w doskonały sposób i w wersji literackiej, i kinowej. To studium konkretnego przypadku, który może brzmieć bardzo znajomo dla wielu z nas. W książce wybrzmiewa typowo skandynawska mentalność. Małomówność, punktualność, posłuszeństwo, wyrachowanie, unikanie rozmów o uczuciach, o problemach, taki typowo uczuciowy analfabetyzm, zgodnie z zasadą wpajaną od pokoleń, że „Każdy sam zajmuje się swoimi zmartwieniami”.

Książka złożona jest z sześciu scen, które odzwierciedlają najważniejsze momenty w życiu Marianne i Johana. Jest to scenariusz wydany w formie książki. O historii tych dwojga ludzi dowiadujemy się z ich dialogów, dialogów rozszerzonych, w których uczestniczą najbliżsi, przyjaciele. Z tych szczątkowych obrazów rozpoznajemy diagnozę rozpadu małżeństwa. Jak sama Marianne stwierdza, „(…) byliśmy tak beznadziejnie tolerancyjni, że woleliśmy z siebie zrezygnować, niż choćby spróbować coś z tym zrobić”.

Ta pozycja pozostawiła mnie w pytaniu jak to się dzieje, że dwojga ludzi uważający się za bardzo szczęśliwych, skomunikowanych, żyjących w symbiozie stwierdza, że tak naprawdę nic ich nie łączyło, że byli bardziej obok siebie.  Czy to pozory? Czy przyzwyczajenie? Przemiana Johana była bardziej spektakularna. Nagle nic nie miało dla niego znaczenia, ani dom, ani dzieci, ani to szczęście, którego doświadczał na co dzień. Marianne zajęło dużo więcej czasu, by zrozumieć nową rzeczywistość i odkryć na nowo siebie z Johanem, lub bez.

Przeczytajcie tą krótką książeczkę. Zanurzcie się w te sceny, gdzie mimo dużych różnic pomiędzy skandynawskim a polskim podejściem odnajdziecie w wielu miejscach siebie i przyznacie, że pewne mechanizmy są Wam bardzo dobrze znane. Zapewniam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Recenzja przedpremierowa – „Jeżeli jesteś” Hanna Dikta

J

JEŻELI JESTEŚ

  • Autor:HANNA DIKTA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:304
  • Data premiery:28.09.2021r.

@Hanna Dikta – strona autorska to jak już pisałam bliska mi pisarka, chociażby z tego względu, że pochodzi i mieszka w mojej rodzinnej miejscowości, do tego moja mama uwielbia jej twórczość, więc sami rozumiecie, że nie mogę przejść obok jej powieści obojętnie. Nie tak dawno temu, bo w kwietniu br. recenzowałam „Trogirskie wakacje”, które bardzo zrobiły na mnie spore wrażenie. Już 28 września premierę będzie miała ich kontynuacja „Jeżeli jesteś”. Ja jestem już po lekturze przedpremierowej, choć papierowa wersja książki jeszcze do mnie nie dotarła. Dlatego też recenzja na razie bez zdjęć, co oczywiście jak tylko będę miała możliwość szybko uzupełnię. Jeżeli chcecie wiedzieć czy drugi tom również mi się podobał zapraszam do lektury recenzji.

Olga mieszka w Arbaniji, miejscowości przy Trogirze. Pracuje przy redakcji książek oraz zaczęła pisać własną – wspomnienia o córce Natalii. Raz w tygodniu spotyka się z Sanją, skrzywdzoną dziewczyna, którą zawozi do terapeutki. Generalnie żyje powoli i stara się odkryć siebie na nowo, nie Olgę matkę, partnerkę, ale Olgę kobietę, człowieka. Jednocześnie jej relacja ze Stanisławem cały czas pozostaje skomplikowana, mimo że go kocha, to po jego pobycie w Chorwacji podejmuje decyzję o zerwaniu, bowiem nie akceptuje jego postawy życiowej. Jednocześnie odnawia kontakt z byłym partnerem Igorem i pewnego dnia dowiaduje się od niego, że do jej polskiego mieszkania dotarła tajemnicza przesyłka. To i wiadomość od przyjaciółki Natalii powoduje, że Olga z powrotem pozwala sobie na nadzieję. Jak zakończy się ta historia? Czy okaże się, że jej córka jednak żyje? A może to tylko złudzenie, którego zrozpaczona kobieta chce się trzymać?

 Książkę czyta się świetnie. Zachwyciła mnie swoim tematem, niespiesznym tempem, głębią psychologiczną i życiowymi przemyśleniami, Mimo, że mogło by się wydawać, że dotyczy głównie rozpaczy i żalu po utracie dziecka, powieść niesie ze sobą dużo więcej. Przede wszystkim Olga, główna bohaterka to postać wielowymiarowa, Od początku „Togirskich wakacji” zaszła w niej ogromna zmiana i chociaż wciąż zmaga się z trudnymi tematami, dojrzała, uspokoiła się, jest bardziej pewna siebie, potrafi wsłuchiwać się w siebie i swoje potrzeby i wyciągnąć wnioski z życiowych lekcji. Bardzo podobały mi się refleksje, które przy tej okazji autorka snuła, dotyczące macierzyństwa, miłości, związków, kobiecości i generalnie podejścia do życia. Ze względu na społeczne role i wciąż obecne kulturowe naleciałości kobiety bardzo często mają tendencje do zapominania o sobie, do życia dla rodziny, dzieci, męża… Olga porzucona przez męża poświęciła się całkowicie córce, kiedy więc tamta popełnia samobójstwo kobieta nie znajduje w sobie powodów by dalej życie. Życie jednak po raz kolejny ja zaskakuje stawiając na jej drodze Stanisława Wokulskiego i powodując, że zmienia swoje podejście, Pojmuje, że żadna z ról życiowych nie definiuje nas w całości i mimo , że utrata dziecka jest ogromną tragedią, to jednak żyje dalej i próbuje czerpać z życia jak najwięcej. Mimo, że na początku akcja toczy się nieśpiesznie, nie jest tak, że nic się nie dzieje, momentami akcja dosyć przyspiesza i kilka zdarzeń mocno mnie zaskoczyło. Najbardziej chyba to jak autorka zakończyła wątek Natalii. Zachwyca również niesamowicie klimatyczna Chorwacja w tle.

„Jeżeli jesteś” to niezwykle mądra, pełna empatii i życiowych doświadczeń powieść. Nie jest to lektura, która czyta się szybko i szybko zapomina, ale pozycja, które zostanie ze mną na długo. Gorąco ją polecam!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i Spółka i autorce. 

„Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach” Charles Dickens, Oscar Wilde , William Butler Yeats i inni

WAKACJE WŚRÓD DUCHÓW. ANTOLOGIA OPOWIADAŃ O DUCHACH

  • Autorzy: Charles Dickens, Oscar Wilde , William Butler Yeats i inni
  • Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  • Liczba stron: 568
  • Data premiery: 06.07.2021

Dość, że @Zysk i S-ka Wydawnictwo obdarowało mnie całkiem niedawno przepięknymi nowymi wydaniami Kwartetu Aleksandryjskiego Lawrence’a Durrell (przypominam recenzje: „Justyna”, „Balthazar”, „Mountolive”, „Clea”) to na dodatek otrzymałam nowo wydaną antologię opowiadań o duchach, która miała premierę 6 lipca br. Antologię nie byle jaką. Odpowiednio wydaną w twardej obwolucie. Prawda, że okładka jest niezwykle nastrojowa? Z najbardziej topowymi autorami gatunku literatury pięknej w środku, których wybrał, jak i same opowiadania, Tadeusz Zysk. Na uwagę też zasługuje przepiękne tłumaczenie, szczególnie Jerzego Łozińskiego.  Czy w antologii znalazłam same niezwykle historie mrożące krew w żyłach?

Okazuje się, że jestem ogromną fanką literatury pięknej!!! Czego się nie chwycę ostatnio z tej dziedziny, zachwycam się pod niebiosa. Przemęczenie kryminałami, thrillerami, książkami obyczajowymi? Czy szczere docenienie dzieł z tego gatunku? Chyba trochę jedno i drugie. Bez względu jaka jest moja motywacja „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach” podobały mi się bardzo!

Nie odnalazłam w nich jednak samej grozy, horrorów, strasznych historii. Odnalazłam dużo więcej. Okazuje się, że topowi autorzy anglojęzyczni jak Oscar Wilde, Charles Dickens, czy Margaret Oliphant mieli ogromne poczucie humoru i umiejętność obrazowania groteski. Do tego oczywiście cięty język i zdolność opisywania przywar, humorów, słabostek i wszelkich ułomności, które trapiły angielskie, walijskie, szkockie, amerykańskie społeczeństwo.

(…) Liczne amerykańskie damy, opuszczając swoją ojczyznę, natychmiast zaczynają nieustannie chorować, gdyż odnoszą wrażenie, że na tym polega europejskie wyrafinowanie…- „Duch Canterville” Oscar Wilde

Oczywiście mam swoich faworytów. Cytowane powyżej przeze mnie opowiadanie „Duch Canterville” okazało się opowieścią niezwykle przezabawną z przerysowanym wątkiem straszącego posiadłość milorda duchem, która została zakupiona przez amerykańskiego pastora Otisa. Nie było w nim ani grozy, ani horroru. Była za to duża dawka humoru oraz prześmiewcza narracja opisująca chociażby relację domownikami z duchem opartą na „wojnie domowej”, na zasadzie kto kogo przetrzyma. Podobało mi się również opowiadanie „Pallinghurst Barrow” Granta Allena, który znowu zobrazował perturbacje młodego Rudolpha w trakcie gościny u Lady Bouviere-Barton. Gdzie niespotykaną wkładką okazały się doświadczenia na Długim Kurhanisku, o których się słyszy, ale w które się nie wierzy.

Mogłabym tak długo relacjonować mój zachwyt nad poszczególnymi dziełami tej krótkiej formy, które znalazły się w antologii. Nie o to jednak w recenzji chodzi. Chodzi, by wskazać potencjalnemu czytelnikowi czy warto. Ja zdecydowanie piszę, że warto. Nawet jeśli nie jesteście fanami dawnej literatury pięknej, użyty w tłumaczeniu język nie nuży,  nie denerwuje, nie drażni współczesnego czytelnika. Pozwala mu poczuć ten zapach, ten strach, tę duszność wydarzeń, o których czytamy.

Ps. oczywiście zachęcam czytać opowiadania odrębnie. Ja tak zrobiłam. Poszczególne historie nie miały więc prawa zlać mi się w całość.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Kwartet aleksandryjski. Clea” Lawrence Durrell

KWARTET ALEKSANDRYJSKI. CLEA.

Autor: Lawrence Durrell

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Cykl: Kwartet aleksandryjski (tom 4)

Data premiery w tym wydaniu: 2021-05-18

Data 1. wyd. pol.: 1975-01-01

Liczba stron: 352

To moje ostatnie spotkanie, przynajmniej na tę chwilę 😉 z Kwartetem Aleksandryjskim Lawrence’a Durrella od @Zysk i S-ka Wydawnictwo. Przy okazji premiery w tym wydaniu z dnia 18 maja br. ostatniej części, tj. „Kwartet aleksandryjski. Clea” miałam możliwość zapoznania się również z poprzednimi tomami cyklu, dlatego publikacja recenzji premiery majowej jest opóźniona. Nie żałuję, że skorzystałam z tej okazji. „Justyna” oceniona 8/10, „Balthazar” 9/10, tak samo jak trzeci tom kwartetu „Mountolive”. Wysoki poziom zawarty w tej literaturze, zasługuje na wysokie oceny. Proste. Zaczęłam wpis początkiem zdania: „To moje ostatnie spotkanie, przynajmniej na tę chwilę ..”. Więc nie ostatnie  w ogóle. Planuję wrócić jeszcze do Kwartetu, do tego dusznego Egiptu, tych gorących nocy i bardzo wyrazistych bohaterów sprzed kilkudziesięciu lat. Kochać literaturę piękną, a nie czytać Kwartetu Aleksandryjskiego to jak być fanką Marvela i nie widzieć żadnego filmu serii. Nie da się!!! Po prostu się nie da!!!

„(…) Najtkliwszym, najtragiczniejszym ze złudzeń jest wiara, że naszymi uczynkami możemy coś dodać albo ująć od sumy dobra i zła w świecie…” – „Kwartet aleksandryjski. Clea” Lawrence Durrell.

Irlandczyk Darley po pobycie na wyspie powraca na zaproszenie Nessima do Aleksandrii. Wraca inny. Wraca nie sam. Ze sobą przywozi córkę Melissy i Nessima. Dziewczynkę, której zastępował ojca podczas pobytu na wyspie. Jego ukochane miasto, które wspomina z rozrzewnieniem czując przy tym wszechogarniającą tęsknotę spowija II wojna światowa. Nic już nie jest takie same. Nessim nie jest już przyjacielem Mountolive’a. Justyna i Nessim nie są już sprawcami spisku i nie toczą ukrytych wojen. Jedno co łączy z wydarzeniami sprzed kilku lat to „(…) Pradawne uśmiechy, archaiczne zwroty, tradycyjne żarty, kurtuazja starego świata, który już zanikał…”, ale szczęśliwie dla nas nie znikł całkowicie. Co zastał tak naprawdę Darley po powrocie do Aleksandrii? Kogo zastał Darley po powrocie do Aleksandrii? Co się stało z jego przyjaciółmi, z Balthazarem, Justyną, Nessimem i Cleą? Parafrazując; „Jakie nowe cechy odkryje w nich po tym okresie rozłąki, kiedy znów ogarnie go atmosfera miasta, miasta nowego, wchłoniętego teraz przez wojnę?”.

Nie na taką Cleę czekałam od pierwszego tomu cyklu, od książki „Kwartet aleksandryjski. Justyna”, gdy przy okazji recenzji napisałam „Miłym zaskoczeniem była poznana w połowie książki Clea. (…) Liczę na to, że Clea z czwartej, ostatniej części nie utraciła tej świeżości, tego intelektualnego wyzwolenia, tej radości” (recenzja na Kwartet Aleksandryjski. Justyna). Clea w ostatnim tomie serii jest całkowicie inna, jak inni są wcześniej poznani bohaterowie. Nessim jest bez oka i ma okaleczoną dłoń. Godzi się na sytuację w mieście, nie jest już aktywnym buntownikiem, który gromadzi wszystkich wokół siebie. Justyna po wylewie nie grzeszy już urodą. Bagatelizuje związek i gorący romans z Darleyem. Balthazar poniżany, bity i sponiewierany przez kochanka stał się wrakiem człowieka próbując nieskutecznie się okaleczyć. Clei nie przybyło tylko kilka zmarszczek. Clea stała się bardziej stateczna, mniej entuzjastyczna. Z początku Durrell zobrazował ją podobną do siebie z poprzednich części, by po chwili zmienić jej oblicze. Stała się bardziej nieobliczalna, mniej zadowolona, bardziej zamyślona, cierpiąca na niepochamowane wybuchy gniewu, jakby jej własna skóra przestała na nią pasować.

W tej ostatniej części Autor powrócił do narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia Darleya, zrobił to oczywiście w nietypowo angielskim stylu. Narracja nie jest wyważona, nie jest pragmatyczna. Jest owiana tajemnicą, nienasyceniem, niespełnionym pragnieniem. Wszystko się skończyło. „(…) Persewarden i Liza, Darley i Melissa, Mountolive i Leila, Nessim i Justyna, Naruz i Clea…”. Jakby Durrell chciał całą historię, cały kwartet zamknąć klamrą. Z jednej strony mu się udało. Poniekąd opisał, co się zadziało z głównymi bohaterami cyklu, w jaki sposób na swój sposób dojrzeli. Z drugiej niekoniecznie. Dla mnie to najsłabsza część całego kwartetu. Nie do końca emocje, wydarzenia zobrazowano w sposób konsekwentny. Autor opisał całkowicie różną, od poprzednich części rzeczywistość. Po raz pierwszy miałam wrażenie chaosu w narracji, mimo, że  w poprzednich częściach również fabuła była wielowątkowa.  

Czy warto więc przeczytać „Kwartet aleksandryjski. Clea”? Oczywiście, że tak. Nie czytając tej części, to jakby nie zjeść ostatniej gałki lodów w ulubionym smaku na dnie pucharka. Mimo, że tom ten nie spełnił moich oczekiwań jest nadal istotnym źródłem wiedzy o ówczesnej egipskiej atmosferze. To dzięki niemu dowiedziałam się między innymi, że „(…) Arabowie są nie gorsi od Brytyjczyków. Nie wolno byle jak sypać wokół siebie mnóstwa salam alejkum. Jadący na wielbłądzie powinien pierwszy pozdrowić człowieka, który dosiada konia, ten kłania się pierwszy jadącemu na ośle, który z kolei pierwszy pozdrawia idącego pieszo; idący musi pierwszy pozdrowić siedzącego, mała grupa ludzi – większą, młodzi starczych…” i tak dalej, i tak dalej. Prawda, że to unikatowa pozycja? Prawda, że to literatura wysokich lotów?

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Uratować Missy” Beth Morrey

URATOWAĆ MISSY

  • Autor:BETH MORREY
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:414
  • Data premiery:20.07.2021r.

Z wielką przyjemnością zaczęłam czytać „Jeden z najgłośniejszych brytyjskich debiutów literackich 2020 roku…” – jak wskazał Wydawca w swym opisie. Zaintrygował mnie ten opis nie powiem. „Uratować Missy”  Beth Morrey, która miała premierę 20 lipca br. i została wydana przez Wydawnictwo @zyskiska to historia o prawie osiemdziesięcioletniej kobiecie. Kobiecie, której wbrew naszemu wyobrażeniu życie nie chyli się ku końcowi. Kobiecie, którą ktoś i z jakiegoś powodu zapragnął uratować. Czy to nietypowa książka o staruszce? Na to pytanie mogłam odpowiedzieć tylko zaczynając czytać. 

(…) moja samotność, moja pustka, była balonem, który wydymał się i porywał mnie daleko. Leczy kiedy dom wypełniał mąż i dzieci, nie zauważałam tego, nie doceniałam…”– „Uratować Missy” Beth Morrey.

Missy, a właściwie Millicent Carmichael to samotna 79-letnia staruszka. Mieszka w wielkim, smutnym domu. Ukochanego męża – Leo nie ma już przy niej, z córką się pokłóciła, a faworyzowany przez nią syn zamieszkał na innym kontynencie ze swoją żoną i ukochanym wnukiem. Dzień po dniu Missy zmusza się by nie spędzić całego dnia w łóżku. „Niedospana i drażliwa” siada codziennie przy stole by napić się herbaty, przeczytać wiadomości i zacząć robić…. No co ? Cokolwiek! Byleby nie być sama. Stara się znikać wszystkim sprzed oczu, nikogo nie kłopotać, o nic nie zabiegać, aż do pewnego momentu, gdy spotyka w parku dwie energiczne kobiety, Angelę i Sylvie. Kobiety, które miały odwagę w jej imieniu powiedzieć: dość!!!  

Książka jest napisana w bardzo dobrym stylu. Narratorką jest Missy. To z jej punktu widzenia obserwujemy bieżące wydarzenia, jak i zdarzenia z przeszłości dzięki inteligentnej retrospekcji. Retrospekcji, która pozwala nam zrozumieć, co ukształtowało współczesną Missy. Patrzymy więc na Missy z perspektywy dziecka, z perspektywy ambitnej studentki,  z perspektywy młodej żony i matki, aż wreszcie patrzymy na Missy z perspektywy samotnej gospodyni domowej. Jest więc dużo historycznych wydarzeń przywołanych we wspomnieniach. Jest osnuta wojną Anglia z jej dzieciństwa, jest walka jej matki o równouprawnienie kobiet, jest konflikt grecki z lat siedemdziesiątych, jest i problem społeczny związany z samotnym rodzicielstwem i aborcją. Jest także dużo istotnych współczesnych wydarzeń i problemów. Jakby Autorka chciała nam zwrócić uwagę, że problemy społeczne nie omijają nas i w dorosłym życiu. Z przymrużeniem oka czytałam o stosunku Missy do Brexitu, starałam się zrozumieć jej stosunek do związków homoseksualnych oraz współczesnych metod wychowywania dzieci. Czytając wyobraziłam sobie Missy jako drobną, kruchą staruszkę, ubraną i zachowującą się w typowo brytyjskim stylu. Taką, jaką chciała ją przedstawić Autorka. Missy jest więc powściągliwa, stara się wszystkich i wszystko trzymać na dystans, nikomu nie chce robić kłopotu, od nikogo nie chce być zależna, wiecznie katująca się konwenansami i mówiąc wprost uważająca, że praktycznie nic nie wypada. Oczywiście momentami Missy mnie denerwowała. Zachowywała się jak dziecko, które stojąc przed półką ze słodyczami, mimo ogromnej chęci nie sięga po nie, jakby celowo chciało się ukarać, jakby celowo chciało za tymi słodyczami tęsknić. Trochę jej postać była niekonsekwentna. I to mi przeszkadzało. Chwilami miała jasne, bystre spojrzenie na otaczającą ją rzeczywistość, jakby miała czterdzieści lat. Momentami zaś zachowywała się i myślała, jakby leżała już na łożu śmierci i nie opłaca się już podejmować żadnej aktywności, bo przecież nadchodzi koniec. Taka postawa męczeńska, katująca się własnymi błędami z przeszłości, nawet bardzo dalekiej, nie potrafiąca sobie poradzić z niepowodzeniami i niewypowiedzianymi słowami.

Bardzo podobał mi się motyw przyjaźni opisany w książce. Przyjaźni wielopokoleniowej, przyjaźni niespodziewanej i zaskakującej. Okazuje się, że wiele wspólnego mają trzydziesto i czterdziestolatkowie z prawie osiemdziesięcioletnią staruszką. Bez względu na kolor skóry, bez względu na pochodzenie, bez względu na status społeczny i na orientację seksualną. Każdy potrzebuje kogoś wokół siebie, bez względu na to, co osobiście uważa. Z perspektywy czytelnika, prawie dwukrotnie młodszego od głównej bohaterki, „Uratować Missy” to książka wielopokoleniowa. Bohaterowie są bowiem w różnym wieku, a tym samym rzeczywistość postrzegają w różny sposób. To lektura pokazująca meandry dorosłości z perspektywy kogoś, na kogo zwykle nie zwracamy uwagi na ulicy. A może właśnie mijamy taką Missy?

To niezwykle urzekająca powieść na pięćdziesiąt tysięcy słów. Bardzo udana i odświeżająca lektura. Wielość wątków nie nudzi, wręcz przeciwnie pozwoliły one poszerzyć mój, czytelniczy punkt widzenia.  Bardzo lubię lektury, które pokazują kierunki, w których powinniśmy zmierzać i które pokazują drugą stronę lustra. Stronę różną od samotności i bólu po rozstaniu. „Uratować Missy” do takich należy. Warto się w tą lekturę zgłębić i wyjść razem z Missy w dżdżysty brytyjski poranek, w tą angielską mgłę. Wyjść i zobaczyć, kogo los da nam spotkać na swojej drodze.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Biblioteka o północy” Matt Haig

BIBLIOTEKA O PÓŁNOCY

  • Autor: MATT HAIG
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 398
  • Data premiery: 15.06.2021r.

O ciekawych premierach czerwcowych już pisałam. Wśród nich, aż trzy książki o książkach. Wszystkie trzy już za mną i muszę stwierdzić, że każda okazała się dobrą książką. A Wy co myślicie o „Bibliotekarce z Paryża” (recenzja na klik), „Porachunkach bezimiennej pisarki” czy recenzowanej właśnie „Bibliotece o północy”? Czytaliście którąś z nich? Podobały się? Macie którąkolwiek w planach?

To nie ty idziesz w stronę śmierci. To ona przyjdzie do ciebie”.

„Biblioteka o północy” Matt Haig

Tak, tak w „Bibliotece o północy” wydanej przez @zyskiska chodzi o śmierć, o umieranie. Chodzi o miejsce pomiędzy „życiem a śmiercią”, gdzie znajduje się biblioteka. Magiczna biblioteka. Biblioteka, w której chyba każdy z nas chciałby się znaleźć.

Nora Seed jest trzydziestopięciolatką zawiedzioną swoim własnym życiem. Cierpiąca na depresję sytuacyjną absolwentka filozofii, postanawia popełnić samobójstwo. Z początku poznajemy Norę sprzed realizacji jej decyzji o samobójstwie. Poznajemy ostatnie jej chwile. Dowiadujemy się o śmierci jej kota, trudnej relacji z bratem, wygasłej praktycznie przyjaźni z wieloletnią przyjaciółką, porzuconej karierze obiecującej pływaczki, rezygnacji z zespołu muzycznego, odrzuceniu chłopaka o imieniu Dan, zwolnieniu z pracy ze sklepu muzycznego, w którym Nora spędziła ostatnie dwanaście lat życia. Te wszystkie okoliczności powodują nagłe pragnienie śmierci. Okazuje się, że „(…) Nora nie potrafiła nawet porządnie umrzeć. To było znajome doznanie. To poczucie niekompletności niemal pod każdym względem. Niedokończonej ludzkiej układanki. Niekompletnego życia i niekompletnego umierania”.

Nora trafia do przedsionka, w którym biblioteczne półki uginają się pod książkami. Pod książkami, w których opisane zostały inne, alternatywne ścieżki życia Nory, jej spełnionych pragnień, ziszczonych marzeń o karierze, szczęśliwej rodziny, satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, niezerwanych więzi, odbudowanych relacji. Zaczyna się poszukiwanie. Zaczyna się wybieranie.

Pamiętacie grę wirtualną Second Life?

Była kiedyś taka wirtualna gra, lata temu. Nie mam pojęcia czy jeszcze ktoś w nią gra. Czytając „Bibliotekę o północy” od razu o niej pomyślałam. W grze mogliśmy być kim chcemy, alternatywnie żyć, robić coś czego nie zrobiliśmy do tej pory. Trochę taka jest fabuła tej książki.

Pani Elm, bibliotekarka ze szkoły podstawowej Nory, podsuwa jej opcjonalne koleje jej losu. Proponuje inny przebieg wydarzeń, inne decyzje, inne „nowe JA”. Podoba mi się Nora w trakcie tego wybierania, mimo, że mnie nie zaskakuje. Po drugim alternatywnym życiu, które jednak nie okazało się tak cudowne dla Nory jak to wyglądało w teorii, już podejrzewałam jaki będzie koniec. Podejrzewacie już? Wiecie o co chodzi? To tak jak z tym przeświadczeniem, że coś zrobilibyśmy z przeszłości inaczej, inną podjęlibyśmy decyzję. Często o tym myślimy. Każda jednak zmiana niesie za sobą inne implikacje. Wybór innego partnera = inne dzieci lub ich brak. Wybór innego miejsca zamieszkania = utrata bliskich. Itepe, itede.

Niezwykle spodobała mi się koncepcja „Księgi żalów”. Gdyby taką księgę mieć, gdyby można do niej było zajrzeć. Na nowo przetrawić, przeczytać ten żal, przeczytać o nim, próbować go jeszcze raz przeżyć po nabraniu odpowiedniego dystansu ze względu na upłynięty czas. Żale okazałyby się często nieuzasadnione, a niektóre wręcz kompletnie nieprawdziwe, zakłamane. Sama wiem, że z perspektywy czasu żal przestaje mieć znaczenie. Tak, „Księgę żalów” chciałabym mieć.

Mimo, że koncepcja nie była zaskoczeniem, sam pomysł na fabułę bardzo mi się podoba. To takie podglądanie innej alternatywnej Nory. Niektóre jej wersje podobały mi się bardziej, inne mniej. Praktycznie w każdej była w efekcie samotna, bo tą samotność każdy z nas osobiście i samemu musi pokonać, żadna książka, nawet z najlepszej biblioteki świata tego za nas nie zrobi. W każdej ze swych wersji Nora uwielbiała czytać, tu autorka była konsekwentna do samego końca. Dobrze czytało się również o światopoglądzie Nory w odniesieniu do jej ulubionych filozofów, bo przecież „trudno przewidzieć co nas uszczęśliwi”. Matt Haig udowodniła tym samym, że potrafi przygotować się do postaci, przemyślała ją do samego końca, aż do przygotowania z filozofii. Lubię czytać książki, które są konsekwentne i widać dobre przygotowanie pisarza, mimo, że zabrakło w niej niespodzianek.

Nawet najsmutniejsza historia może być napisania w sposób ciekawy, nieszablonowy i urzekać czytelnika celnością sformułowań. To taka książka właśnie, z tak napisaną historią. Czytajcie!!!

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Kwartet aleksandryjski. Balthazar” Lawrence Durrell

KWARTET ALEKSANDRYJSKI. BALTHAZAR

  • Autor: LAWRENCE DURRELL
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Seria: KWARTET ALEKSANDRYJSKI. TOM 2
  • Liczba stron:302
  • Data premiery:04.02.2019r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 01.10.1972r.

Niedawno zamieściłam na moim blogu recenzję pierwszego tomu cyklu Kwartet Aleksandryjski. Justyna Lawrence’a Durrella od @Zysk i S-ka Wydawnictwo, a już jestem po lekturze drugiej części „Kwartet aleksandryjski: Balthazar”. Książki niebanalnej, nieoczywistej, zaskakującej. Wszak sam autor stwierdził w uzupełnieniu powieści, że „(…) czytelnika trzeba rzucić na głęboką wodę: albo utonie, albo nauczy się pływać”. Na głęboką wodę zostałam rzucona i ja. Czy utonęłam? Czy wypłynęłam? Czy nauczyłam się pływać?

(…) trzeba uwzględnić, że w tym upale seks nabiera wielkiej siły, to tak samo jak z rumem, jeden łyk działa jak cała butelka…”

„Kwartet aleksandryjski: Balthazar”  Lawrence Durrell

Już z przedmowy autora dowiedziałam się, że tom o Balthazarze nie jest kontynuacją poprzedniej części, książki o Justynie, lecz jest w stosunku do niej „powieścią siostrzaną”. Po przeczytaniu już wiem, że nawet nie jest to tomiszcze o Balthazarze.

Znowu spotykamy się z tym samym narratorem. Jak sam o sobie mówi, typowym Anglosasem. Tym razem narrator przebywa na wyspie. Jest tam już trzy lata. Pozostawił ukochaną Aleksandrię by zająć się pisaniem powieści o Justynie, o jej skomplikowanym charakterze, jej przeżyciach, jej zawiłych uczuciach i braku zdolności kochania innego człowieka, oddania się mu bez reszty. Towarzyszy mu dziecko. Jest to dziecko Melissy, jego poprzedniej kochanki i powierniczki. Kochanki, której nie potrafił docenić. Oprócz własnych wspomnień oraz wspomnień pierwszego męża Justyny pisanie wzbogacają zapiski Balthazara. Balthazara, którego oczami poznajemy historię i odkrywamy minione wydarzenia. Balthazara, wokół którego orbituje narracja, mimo, że nie jest on postacią pierwszoplanową. Balthazara – myśliciela, inteligenta, urzędnika, mecenasa wszelkich sztuk, uzdolnionego literata. Balthazara, którego perspektywa jest uzupełnieniem okoliczności opisanych przez Durrella w pierwszym tomie, w Justynie.

Jest to powieść na najwyższym poziomie. Powieść nietuzinkowa, podobnie jak jej „siostrzana część” „Kwartet Aleksandryjski. Justyna”. Przed rozpoczęciem czytania zastanawiałam się czy podjęte w niej tematy, kwestie, dylematy są nadal aktualne, po prawie siedemdziesięciu latach. To częsta obawa czytelnika. Mimo, że w książce odnalazłam dawno minioną scenerię, dawno wygasłą atmosferę i przeszłą rzeczywistość wiem, że na kartach tego „studium współczesnej miłości” są myśli nadal aktualne, nadal ściągające nam, współczesnym sen z powiek. Homoseksualizm, fetysz oparty na pragnieniu noszenia kobiecych ubrań, niezwykła czułość względem kobiet bez seksualnego podtekstu, myśliciele z głową w chmurach i jednocześnie z najbardziej zwierzęcymi pragnieniami u ziemi.

Wiele można się dowiedzieć analizując zapiski Balthazara. Zachwyciły mnie opisy jego relacji z bratem, opisy motywacji ślubu Nessima z Justyną, skomplikowana relacja z własną matką. Niezwykle barwnie autor opisał wizytę u egipskiego szejka, jego specyficzną gościnność. Na uwagę zasługują opisy karnawału, które są literackim majstersztykiem.

W uczuciach, co do preferencji względem bohaterów po przeczytaniu tej części, nadal jestem stała. Najbardziej urokliwie w mojej opinii została opisana Clea. Clea, która będąc najbliższą przyjaciółką Balthazara wspiera go w jego życiowych wyborach, pomaga mu przezwyciężać przeciwności losu i ogromną samotność. Z drugiej strony wnosi na karty powieści niezwykłą świeżość. Świeżość jako malarka, artystyczna dusza. Świeżość nawet jako jedyna córka swego ojca – wdowca. Świeżość jako literacka postać będąca odniesieniem wielu opisanych w powieści wrażeń, sytuacji i dialogów. Znowu, Durrell jakby tylko ją musnął. Zrobił to jednak w taki sposób, że jej postać jest godna zapamiętania.

To książka o czytaniu trochę „między wierszami”. Nawet dialogi momentami nie są oczywiste, a co tym bardziej opisane zdarzenia. Tak potrafi pisać Durrell. Pisać w sposób, który ocieka uczuciami, emocjami, w sposób całkowicie i nadal sensualnie. Ogromną niespodzianką była dla mnie konstrukcja powieści, sama przedmowa i uzupełnienie w końcówce, które wiele tłumaczy, wiele uzasadnia.

To pozycja dla prawdziwych miłośników literatury. Miłośników pięknych opisów i nietuzinkowych, skomplikowanych bohaterów o zawiłym rysie psychologicznym. Wiele miałam miłości literackich w moim życiu, oj wiele.  Nie kochać Kwartetu Aleksandryjskiego, to jakby być obojętnym na piękno. Na piękno, które nie przemija.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Premiera – „Wyleczeni” Alicji Horn

WYLECZENI

  • Autor:ALICJA HORN
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:312
  • Data premiery:29.06.2021r.

 Nie czytam często thrillerów medycznych, ale nowa pozycja od Wydawnictwa Zysk i S-ka zwróciła moją uwagę. Opis zaintrygował mnie na tyle, że zdecydowałam się po nią sięgnąć mimo tego, że to debiut, a z nimi wiadomo nigdy się nie wie, czego można się spodziewać. Alicja Horn to pisząca pod pseudonimem lekarka, doktor nauk medycznych, autorka prac z zakresu medycyny. Czy książka mi się podobała? Przekonajcie się sami.

W Warszawskim szpitalu zostaje zamordowany zastępca ordynatora. Była to postać, nielubiana, nieciesząca się popularnością w środowisku i niejedna osoba miała by powód, by się go pozbyć. Uwagę opinii publicznej zaprząta jednak coś zupełnie innego, a mianowicie brutalne morderstwa kobiet w mokotowskich parkach. Młoda lekarka Marta Wolska przeżywa w tym czasie trudny okres. Po rozwodzie próbuje skupić się na pracy, męczą ją jednak ciągle bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Różne zbiegi okoliczności sprawiają, że zaczyna podejrzewać, że jest w jakiś sposób powiązana, zarówno z morderstwem w szpitalu, jak i z „Bestią z Mokotowa”. Podczas interwencji policyjnej poznaj przystojnego komisarza i wkrótce połączy ich coś więcej.

Powieść czyta się bardzo szybko. Styl jest lekki i przyjemny. 18 rozdziałów pisanych w narracji trzecioosobowej , głównie z punktu widzenia Marty. Zakończenia zapowiada powstanie kolejnego tomu. Klimat powieści przywodził mi na myśl „Obsesję” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Muszę jednak powiedzieć, że to co wyróżnia „Wyleczonych” to ciekawa, złożona i niejednoznaczna główna bohaterka. Często jednoznaczne dla nas jest, że główny bohater, to bohater pozytywny, postępujący dobrze, kierujący się właściwymi wartościami. Marta była dla mnie postacią bardzo zaskakującą. Ma zarówno pozytywne, jak i negatywne cechy. Trudne przeżycia z dzieciństwa naznaczyły ją na całe życie i sprawiły, że na wiele spraw patrzy inaczej niż większość ludzi. Jest to postać bardzo ciekawa, intrygująca. Uważam ją za duży plus książki. Oprócz motywy kryminalnego występuje też wątek romansowy i ten wątek też mi się podobał, mimo że pewnie rzeczy dało się przewidzieć.

Generalnie uważam, że to jest dobra pozycja, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to debiut. Na pewno będę wypatrywała kolejnych książek autorki, a Wam polecam „Wyleczonych”. Na pewno nie będziecie się z tą pozycją nudzić.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Kwartet aleksandryjski. Justyna” Lawrence Durrell

KWARTET ALEKSANDRYJSKI. JUSTYNA

  • Autor:LAWRENCE DURRELL
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Seria: KWARTET ALEKSANDRYJSKI. TOM 1
  • Liczba stron:304
  • Data premiery:20.11.2017r.

Jak tu pisać recenzje, jak przeżywamy iście tropikalne lato? Skwar leje się z nieba, powietrze duszne i parne, palce rozgrzane przylepiają się do klawiatury. Temperatura ponad 300C. Właśnie taką podgrzaną atmosferę odnalazłam w pierwszej części Kwartetu aleksandryjskiego Lawrence’a Durrella. Kolejne to Balthazar, Mountolive i Clea. Dzięki wznowieniu @Zysk i S-ka Wydawnictwo nowe grono czytelników może zanurzyć się w opowieści pisane piórem prawdziwego skryby wprost z Aleksandrii. Jak podpowiada Wikipedia drugiego co do wielkości miasta w Egipcie, z liczbą znacznie ponad 4 mln mieszkańców. Co Jakub, typowy inteligencki belfer robił w szóstym największym mieście Afryki? Przeżywał, przeżywał, przeżywał…

Z kobietą można zrobić tylko trzy rzeczy (…). Możesz ją kochać, cierpieć przez nią albo też wykorzystać ją jako motyw literacki”.

„Kwartet aleksandryjski. Justyna”  Lawrence Durrell

Z pewną taką kobietą właśnie, Justyną, autor zrobił to, o czym mówił ustami jednej z bohaterek powieści. Była kochana i to niezwykle, i to z ogromną siłą, i to wręcz tragicznie. Była przyczyną wielu cierpień. Również stała się inspiracją do napisania jednej z książek. I tu niespodzianka. Skąd u Brytyjczyka takie wyczucie, takie sensualne opisy, takie głębokie myśli i trafne spostrzeżenia. Spostrzeżenia przesuwane z ust do ust. Z ust kobiety – upadłej, z ust kobiety – zdradzonej, z ust kobiety – przyjaciółki. Z ust mężczyzny – zdradzonego, z ust mężczyzny – homoseksualisty. Z ust mężczyzny – myśliciela, co jest w powieści akurat największą oczywistością. Jak się dowiedziałam, autor to „Brytyjski pisarz, poeta i dramaturg; brat pisarza Gerarda Durrella” (cyt. za Lawrence Durrell). Możliwe, że wzajemne dysputy z bratem, też pisarzem, przyczyniły się do wytrenowania tej umiejętności prowadzenia inteligentnych dialogów. Dialogów przesyconych emocjami, uczuciami, troskami i obawami. Możliwe.

Powieść pisana jest z perspektywy Jakuba, który jest jej narratorem. Jakub ukochał Aleksandrię, mimo, że jest w niej tylko gościem. Jest intelektualnym uchodźcą, Irlandczykiem. Boryka się ze swoimi słabościami, biedą, skomplikowanymi uczuciami. Tkwi w czworokącie razem z Melissą, swoją przyjaciółką, Nessim i jego żoną Justyną, która została jego kochanką. Relacje z jednej strony skomplikowane, z drugiej przyjacielskie. Zdrady, zadufanie, egoizm, momentami masochizm przeplatają się z niezwykłą ekstazą wzajemnych odczuć. Momentami można się pogubić, kto z kim i dlaczego. Momentami nie wiedziałam, czy któryś ze zdradzających żałuje, czy któryś ze zdradzanych faktycznie cierpi.

Najbardziej utkwiła mi w pamięci postać Nessima, zdradzanego męża. Mężczyzny odkładającego własną dumę i własne ego na bok, by tylko żyć u boku ukochanej żony. Żony nazywanej przez wszystkich i siebie samą wręcz nimfomanką. Mężczyzny, który „(…) nosił stygmaty z radością, której można by się spodziewać raczej u świętych…”. A przecież Nessim świętym nie był. Nessim tylko bezgraniczne kochał swoją żonę. Żonę, która niszczyła przede wszystkim siebie. Wielokrotnie czytając zastanawiałam się w czym tkwiła siła Justyny. Oczywiście była niezwykle piękna. Gdyby nie to, nie stałaby się personą tragiczną. Tragiczną dla mężczyzn. W powieści wybrzmiewają pozytywne uczucia autora względem tej postaci. Chociaż Justyna spodobała mi się najmniej. Wielokrotnie tłumaczył jej występki, uzasadniał wybory. Wiele działań kładł na karb trudnej przeszłości. Według Durrella „(…) u podłoża uczynków Justyny kryło się też coś innego, wypływającego z późniejszej tragicznej filozofii, wedle której, ważąc moralność, trzeba na drugiej szali kłaść wyjątkową osobowość.” Dla mnie Justyna okazała się – parafrazując jej własne słowa – „irytującą, pretensjonalną, histeryczną Żydówką!”.

Miłym zaskoczeniem była poznana w połowie książki Clea. Clea, o której mam nadzieję czytać w czwartej części Kwartetu aleksandryjskiego wznowionej nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka. Clea, która premierę miała 18 maja br. Liczę na to, że Clea z czwartek, ostatniej części nie utraciła tej świeżości, tego intelektualnego wyzwolenia, tej radości. Mam nadzieję, że Clea nie będzie kolejną Justyną.

To powieść zmysłowa, momentami hipnotyczna. Opisująca Egipt, którego już nie ma. Egipt ciemny, wielokulturowy, wielowyznaniowy, w którym aż gęsto i hipnotycznie od problemów, prawd, półprawd. Gęsto i duszno od ludzi, których wręcz przesyt na ulicach, przesyt w tawernach i domach.  Ta część kwartetu jest o miłości lub o jej braku, o różnych jej formach. Autor zachwyca erudycją, umiejętnością inteligentnych i trafnych wypowiedzi. Momentami strony powieści zapisane zostały filozoficznymi dysputami podważającymi sens życia, sens takiego życia, jakie toczą wyraziści bohaterowie tej książki. Najbardziej irytowała mnie samoudręka, masochistyczna postawa wielu postaci. Czasem miałam wrażenie, że na swój sposób cierpieli prawie wszyscy. Każdy w swoim zakresie. Może tak jest. Może taki był zamiar autora, pokazać i udowodnić, że „cierpieć jest rzeczą ludzką”.  

Bez wątpienia jest to książka, o której trudno zapomnieć. Mimo, że czytałam ją już tydzień temu ciągle czuję jej klimat, ten specyficzny klimat. Widzę oczami wyobraźni scenografię wielu ciekawych scen. To wielka umiejętność napisać książkę, którą bardziej „czuje” niż pamięta się jakiś czas po przeczytaniu. Sam autor napisał przecież:

Być zapomnianym tak całkowicie to znaczy nie umierać, ale zdychać jak pies”.

„Kwartet aleksandryjski. Justyna”  Lawrence Durrell

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Zysk i S-ka.