Recenzja przedpremierowa – „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” Izabela Skrzypiec-Dagnan

KWIETNIOWE DESZCZE, SŁOŃCE SIERPNIOWE

  • Autor:IZABELA SKRZYPIEC-DAGNAN
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 380
  • Data premiery:19.05.2021r.

Niejednokrotnie już mówiłam, że uwielbiam powieści obyczajowe o zaczynaniu od nowa, gdzieś na końcu świata. Dlatego, gdy tylko usłyszałam, że Wydawnictwo Zysk i S-ka planuje wydanie takiej powieści o urokliwym tytule „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” od razu zdecydowałam się na lekturę. Autorka Izabela Skrzypiec-Dagnan zadebiutowała w 2019 roku powieścią „Świetnie się bawię w Twoich snach”, która została pozytywnie oceniona przez czytelników. Ja niestety nie miałam dotąd sposobności, żeby się z nią zapoznać, tak więc po lekturę najnowszej powieści pisarki sięgałam nie wiedząc, czego mogę się spodziewać.

Tina Wagner kończy właśnie trzydzieści lat i można powiedzieć, że znalazła się na rozdrożu. Nie bardzo widzi możliwości do usamodzielnienia się, wciąż mieszka z bardzo troskliwymi rodzicami, a podjęte w ostatnim czasie decyzje sprawiają, że zastanawia się dokąd zmierza jej życie. Dlatego, gdy w jej ręce trafiają klucze do domu w Beskidach kobieta spontanicznie postanawia skorzystać z okazji do zmiany otoczenia i nabrania dystansu do swojego życia. W miejscu tym przez ostatnie kilka lat mieszkała jej przyszywana ciotka Janina. Była ona aktorką, osobą mocno ekscentryczną, niezależną i niezwykłą, o której w gruncie rzeczy Tina nie za wiele wiedziała. Dopiero na miejscu okazuje się jak mało. Już od samego początku wyjazd dostarcza kobiecie samych niespodzianek, począwszy od tego, że miejsce do którego jedzie okazuje się zupełnie inne niż to czego się spodziewała. Wszystko komplikuje jeszcze niespodziewane spotkanie z motocyklista, który oddaje Tinie swoją kurtkę, a niedługo potem popełnia samobójstwo. Sprawa ta nie daje kobiecie spokoju, tym bardziej, gdy niedługo potem na jej drodze staje tajemniczy Marcin, który wydaje jej się w jakiś sposób związany z tym mężczyzną. Niespodziewanie dla niej samej spontaniczny wyjazd znacznie się przedłuża i okazuje się podróżą, która na zawsze odmieni jej życie.

Książka bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się typowej, lekkiej powieści obyczajowej, a dostałam zupełnie co innego, całkowite zaskoczenie. Bo chociaż schemat powieści wydaje się znajomy, ma ona wiele elementów, które potrafią zaskoczyć. Jak chociażby wątek motocyklisty, osoba ciotki i tajemnica z przeszłości. Nie będę zdradzać zbyt wiele, ale powiem, że co najmniej kilka razy książka idzie w kierunku, którego zupełnie się nie spodziewałam, że nie wspomnę już o samym zakończeniu, które było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i w dużej mierze zmieniło sposób postrzegania powieści. Niemniej ujęła mnie ona już od pierwszych stron swoim stylem. Niespiesznym, starannym, można by powiedzieć poetyckim. Dbałość o język jest tutaj bardzo widoczna, a klimat budowany jest powoli, nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że leniwie, ale jednocześnie z każdej strony jesteśmy czarowani urokiem tej powieści. Bo, ze jest w niej pewnego rodzaju magia, czar nie mogę zaprzeczyć, a Was zachęcam, byście sami się przekonali. Na pewno będziecie zaskoczeni i… oczarowani.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

P.S. W związku z tym, że książkę czytałam przedpremierowo w pdf-ie na razie tylko zdjęcie baneru otrzymanego od wydawnictwa, zdjęcia uzupełnię zaraz po otrzymaniu książki.

„Ten, którego pragnę” Kennedy Fox

TEN, KTÓREGO PRAGNĘ

  • Autor:KENNEDY FOX
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Seria:BISHOP BROTHERS. TOM 2
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery:28.04.2021r.

„Ten, którego pragnę” to pierwsza wydana w Polsce książka Kennedy Fox, pod którym ukrywają się dwie autorki romansów Brooke Cumberland i Lyra Parish. Jest to też drugi tom serii Bishop Brothers, co dziwne pierwszy tom jeszcze się nie ukazał. Każdy z nich jak się domyślam będzie opowiadać historię jednego z braci Bishop. Czego możemy się pod tej powieści spodziewać?

Emily Bell to oddany pracy młoda lekarka. Gdy przyłapuje swoje partnera na zdradzie postanawia zmienić swoje życie i przeprowadza się z Huston do małego miasteczka San Angelo. Postanawia skupić się wyłącznie na nowej pracy i nie angażować się w związki, a już na pewni nie łączyć jednego i drugiego, gdyż skutki mogą być bardzo bolesne i dotkliwe, o czym się przekonała. Kiedy przyjaciółka zabiera ją ze sobą na wesele do zaprzyjaźnionej rodziny Emily wpada w oko przystojny blondyn. Postanawia się spędzić z nim jedną noc, bez zobowiązań, nie zdradza mu nawet swojego prawdziwego imienia. Gdy budzi się rano nie pamięta jak facet się nazywał, a po rozmowie telefonicznej z przyjaciółką dochodzi do wniosku, że może on być żonaty. W ramach nauczki zabiera mu buty i ubranie i znika. Gdy Evan Bishop po nocy spędzonej z nieznajomą budzi się w pustym pokoju hotelowym bez ubrania i butów, nie jest zadowolony. Musi prosić braci o pomoc, a Ci wykorzystują okazję, by mu dokuczyć. Jest z tego powodu wściekły i nie rozumie zachowania dziewczyny. Jakież jest dziwienie obojga, gdy w poniedziałek spotykają się w szpitalu. Okazuje się, że Emily jest nowo zatrudnioną lekarką, a Evan ma ją w prowadzić w obowiązki. Mężczyzna wykorzystuje każdą okazję by jej dokuczyć i wskazać jej miejsce w szeregu. Kobieta początkowo próbuje mu wszystko wyjaśnić, gdy jednak nie daj jej okazji, nie pozostaje mu dłużna. Jak dalej potoczy się jej relacje. Czy osoby, które obiecały sobie nie angażować się w związku będą chciały i potrafiły taki stworzyć?

Muszę Wam powiedzieć, że książka mnie zachwyciła, nie potrafiłam się od niej oderwać. Ma wszystko, co dobra opowieść mieć powinna: świetny styl, ciekawych bohaterów, błyskotliwe dialogi, interesującą historię. Dodatkowym jej plusem jest wprowadzenie zawodowego życia bohaterów. Autorka nie dość, że pokazywała nam jak wygląda i kształtuje się relacja bohaterów w pracy, to jeszcze opisała nam poszczególne medyczne przypadki. Czytając te fragmenty czułam się jak podczas oglądania „Chirurgów”. Jest również delikatny wątek kryminalny, także podczas czytanie, po prostu nie sposób się nudzić. Praktycznie cały czas coś się dzieje, a akcja toczy się na wysokich obrotach. Bohaterowie są bardzo ciekawi, budzą sympatię, mają złożone osobowości. Emily jest ambitna, pracowita, empatyczna, praktycznie poświęciła się pracy, a jednocześnie trudno jej pozbyć się metki córki znanego lekarza. Evan, syn farmera spełnił swoje marzenia i został lekarzem, a jednocześnie cały czas ma wyrzuty, ze nie przejął rodzinnego rancza, gdzie pracuje w każdej wolnej chwili. Tych dwoje, mimo że praktycznie wszystko ich od siebie różni, połączyła wyjątkowo silna chemia, a z czasem znacznie więcej…

Niby historia przedstawiona w powieści to nic nowego, ale autorka opisała wszystko z takim wyczuciem, wdziękiem i urokiem, że książka zdecydowanie wyróżnia się na tel innych podobnych, a jej lektura to czysta przyjemność. Sama z wielką niecierpliwością wyczekuję kolejnych tomów.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Muza

„Blask” Marek Stelar

BLASK

  • Autor:MAREK STELAR
  • Wydawnictwo:VIDEOGRAF
  • Liczba stron:400
  • Data premiery: 14.05.2019r.

Ta książka to moje pierwsze spotkanie z autorem @marek.stelar. Z, „(…) urodzenia szczecinianin, z wykształcenia architekt”. Dobry rocznik. W marcu miała premierę „Sekta”, druga część serii z nadkomisarzem Rędzią. Znacie tę serię? „Blask” wydany przez Wydawnictwo Videograf długo czekał na mojej półce. Zaczynałam trzy razy, by potem rzucić się na inną książkę. Nie ukrywam, często tak mam jak nie znam autora, a czekają na mnie książki moich ulubieńców. Teraz wiem, że Stelara powinnam czytać od razu. „Blask” ma momenty kryminału retro, a jak wiecie ja ten gatunek wręcz uwielbiam.

Po jakimś czasie obojętniejesz na śmierć, kiedy widzisz jej tyle, że twój umysł nie może już dłużej wytrzymać. Tak właśnie to działa.”

„Blask” Marek Stelar

Z opisu wydawcy na obwolucie przeczytałam: „Trzy plany czasowe, trzy wydarzenia i jeden wspólny mianownik: ten sam przez siedemdziesiąt lat.”  

Wszystko zaczęło się w roku 1946 w powojennym Szczecinie. „To miast niczyje. Ani nasze, ani ich. Jeszcze nie nasze i już nie niemieckie”. Wiktor Krugły zainteresował się śmiercią żydowskiego chłopca, który w chwili znalezienia ściskał w dłoni drogocenny kamień. Dla jednych tylko „żydek”, dla Wiktora aż „dziecko”. Jako pracownik magistratu zaczął węszyć, szukać. Odkrywa kolejną niewinną śmierć chłopca wśród społeczności żydowskiej. Już wie, że to nie przypadek. Dodatkowo z dowodów rzeczowych na komendzie milicji znika dostarczony przez Krugłego brylant a milicja zdaje się nic nie robić. Giną protokoły z przesłuchań świadków, sierżant któremu Krugły przekazał brylant ginie śmiercią bohaterską w trakcie pełnienia obowiązków, a sam komendant dziwnym trafem popełnia samobójstwo. Zagadkę Krugły musi rozwiązać sam.  W 1978 roku w Szczecinie giną dwie młode prostytutki śmiercią przez uduszenie.  Podejrzany o zbrodnię Niemiec zostaje zwolniony, a o morderstwo zostaje oskarżony Wiktor Krugły, wuj  kapitana Służby Bezpieczeństwa. Umiera w zamknięciu nie dożywając zwolnienia. Umiera niewinnie… Trzecia perspektywa to lata współczesne. W roku 2018 adwokat Agata Prażmowska w nieletniej ofierze rozpoznaje swoją niedawną klientkę Dżesikę. Zaczyna interesować się jej śmiercią. Dżesika również została uduszona. Śmierć ojca Witolda dodatkowo zmusza ją do podjęcia śledztwa. W jego osobistych rzeczach znalazła dwa dowody osobiste zamordowanych prostytutek przed czterdziestu laty. Co ojciec Agaty miał wspólnego ze śmiercią Magdaleny i Danuty? Z pomocą nadkomisarza Sablewskiego oraz Roberta próbuje się tego dowiedzieć. Próbuje rozwiązać zagadkę sprzed lat. Zagadkę, która wywróciła jej życie do góry nogami.

Tak poznałam Roberta

Bohatera innych książek Marka Stelara, takich jak „Cień” i „Twardy zawodnik”. Emerytowanego oficera Komendy Wojewódzkiej Policji, aktualnie prywatnego detektywa. Roberta, wnuka, kuzyna, męża, syna. Roberta istotnego dla opisanego w książce kryminalnego wątku, ale nie najważniejszego. Najważniejsza jest tu bowiem historia Agaty. Silnej, ale nie wulgarnej, samodzielnej i samotnej dziewczyny wychowywanej przez babcię, odtrąconej przez własnego ojca. Te trudne relacje z ojcem zaważyły na jej życiu i stały się kanwą dla zbudowania kryminału z takimi emocjami w tle jak: rozpacz, złość, odrzucenie, niezgoda. Bardzo podobały mi się relacje Agaty z mężczyznami. Szczególnie z Pawłem i Tomkiem jej partnerami z kancelarii prawniczej. Mogą sobie ufać i na sobie polegać bez zbędnych słów i zbędnych gestów. Sama relacja Agaty z nadkomisarzem Rafałem Sablewskim również została zobrazowana w bardzo dobry sposób. Inteligentny i dojrzały dystans. Dystans lekko się skracający, jednak nie za bardzo. To dobrze. Nie cierpię kryminałów, gdzie nagle wplata się na siłę romans. Mimo to, jestem niezwykle ciekawa co się stało z Agatą i Rafałem. Czy będzie ciąg dalszy, będzie jakiś happy end? I o to chodzi w pisaniu dobrych książek, o zaciekawienie, o pozostawienie czytelnika w niedosycie. Niedosycie, który można zaspokoić tylko kolejną książką.  

Bardzo dobrze autor opisał powojenną rzeczywistość. Trudne relacje w kosmopolitycznym mieście. Przemieszczający się z miasta Żydzi, Niemcy i przypływający Polacy. W tym wszystkim Sowieci, wyzwoleńco – okupanci ze swoim zamiłowaniem do zegarków. Potrafiący nosić po kilka naraz. Mieszanka wybuchowa. Bardzo podoba mi się postać Wiktora Krugły. Napisałam już, że mam słabość do kryminałów retro. Wiktor jako samozwańczy detektyw wzbudził moją sympatię od razu. Swoją dojrzałością, choć miał tylko dwadzieścia pięć lat, swoim zaangażowaniem w śledztwo w sprawie niewinnej śmierci Szloma i Abramka. Niewinnej śmierci tych, którzy przeżyli obóz koncentracyjny, a którzy zginęli z powodu szkiełka. Małego szkiełka. Postać Wiktora Krugłego przypomina mi Adama Kostrzewę z książek Jarosława Sokoła. Niezłomnego, mającego swoje zasady, spokojnego, wywarzonego, potrafiącego szybko rozeznać się w sytuacji, w której się znalazł i umiejącego opisać rzeczywistość w sposób najcelniejszy.

Nie o skarb tu chodzi

Domniemany skarb, od którego zaczyna się pogoń za Szlomem, nie ma znaczenia dla tej powieści. W trakcie czytania nie interesowało mnie w ogóle, czy on był, kto go odnalazł i przejął po von Kaminskich. Nie taki był cel autora i nie taki sens fabuły. Tu chodzi o tajemnicę, sekret zżerający rodzinę i uniemożliwiającą zbudowanie relacji na miarę relacji ojciec – córka. Tu chodzi o wydarzenia z przeszłości, które kładą się cieniem na teraźniejszość. Tu chodzi o ciągle niezaspokojone pragnienie, pragnienie śmierci, pragnienie bycia bogatym, pragnienie rozegrania gry na własnych zasadach, najlepszych i jedynych. Tu chodzi o zaufanie, które trzeba zdobyć i któremu się trzeba odwdzięczyć. Tu chodzi o powojenną rzeczywistość, która jest nieznana potencjalnemu czytelnikowi i którą autor w sposób wyśmienity opisał wprowadzając nas w atmosferę powieści. Bez tego wprowadzenia nie byłabym zadowolona tak z tej książki. Tu chodzi o coś więcej niż szkiełko, od którego wszystko się zaczęło.

Zrób miejsce na półce!” dla tej książki naprawdę warto. Polecam!!!

ps. I ta okładka. Dzieci na tle ruin.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Videograf. 

Recenzja przedpremierowa – „Kres czasów” Marzena Rogalska

KRES CZASÓW

  • Autor: MARZENA ROGALSKA
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: KARLA LINDE. TOM 2
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 19.05.2021r.

Pamiętacie moją recenzję „Czas tajemnic”  od @ MarzenaRogalska?  Jeśli nie, przypomnicie ją sobie klikając na ten link: klik. Jak to mówią człowiek – orkiestra. Dziennikarka radiowa (uwielbiam) i telewizyjna. Kobieta o wielu twarzach, z niesamowitym dystansem do siebie oraz umiejętnościami aktorskimi. Obserwujecie oficjalny profil na FB? Jeśli nie, to musicie zacząć. Takiej Rogalskiej wcześniej nie znałam. Skończę już te peany na cześć autorki i pochwalę się moim recenzenckim egzemplarzem najnowszej części cyklu o Karli Linde pt. „Kres czasów”. Książka będzie miała premierę 19 maja nakładem Wydawnictwa Znak. Spieszę więc, podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami, odczuciami po jej przeczytaniu. Praktycznie na gorąco.  

(…) Więcej godności, kochanie. Idziesz do walki o siebie, o swoje prawo do życia, nie jesteś przecież jakąś byle jaką panienką, która pozwoli pierwszemu z brzegu  mężczyźnie powodować sobą tak, jak się powoduje koniem. (…) Zrozumiano!”.

„Kres czasów” Marzena Rogalska

Z taką Karlą mamy do czynienia w tym tomie, oj z taką. Nie ukrywam jej przeobrażenie bardzo mi się podoba. Karla dojrzewa. Po zdanej maturze, o czym mogłam przeczytać w pierwszej części sagi, wyjeżdża studiować na uniwersytecie w Oksfordzie. Najpierw zwiedza Paryż, by w efekcie dotrzeć do Anglii, do Sheldon Manor i być gościem swej przyjaciółki Kathy. Do życia Karli wracają więc dwie ważne kobiety. Jej przyjaciółka Kathy Barling i jej była guwernantka Mrs Dorothy. Dorothy, która w efekcie okazała się całkowicie kimś innym.

Oprócz dobrze znanych nam bohaterów z „Czasu tajemnic” autorka wprowadziła wiele ciekawych, pobocznych wątków i nowych postaci, jak chociażby Albert Mildhouse. Bawidamek, hazardzista i oszust. W relacjach z takimi osobami dziewczęta, Karla i Kathy przechodzą szybki kurs dojrzewania. Kurs w którym nie ma miejsca na bezgraniczne zaufanie, a pojawia się podejrzliwość.

Jest to saga rodzinna, powieść całkowicie obyczajowa, choć nie do końca. Momentami przeradza się w political fiction, trochę retro. Czytamy o Mościckim, Dołęga-Mostowiczu, Zdziechowskim, Śmigłym-Rydziu, Kasprzyckim i innych ważnych osobistościach z ówczesnej sceny politycznej. Niepokój polityczny wyziera z pierwszych stron książki. Zaangażowanie II Oddziału Sztabu Generalnego w śledzenie zwykłych obywateli, czyli kontrwywiadu mrozi krew w żyłach.

Rogalska bardzo dobrze wplotła w wątki obyczajowe rodzący się antysemityzm w Polsce, socjalizm i faszyzm na świecie. Stosunek do otaczającego świata i na nowo tkanej historii obserwujemy z perspektywy Emila Linde, ojca Karli. To Emil potrafi przewidzieć kres czasów, a początek II wojny światowej. To Emil stara się odseparować Karlę od Polski, by przetrwała czas, który czego był pewien wkrótce miał nadejść. To Emil jest głosem ludu, głosem inteligentnego ludu, przewidującego ludu. Jego mądre wypowiedzi naprawdę były na miarę czasów i niestety po kres czasów, który nastąpił 1 września 1393 roku. Emil, który wypowiedział do tej chwili wybrzmiewające mi w pamięci słowa: „Zbliża się koniec czasów (…) Świat, jaki mamy runie w gruzy i nic już nie będzie takie, jak było, a po nas nie zostanie nawet proch.”

Autorka w tej części przedstawiła nie tyle perspektywę rodziny, ile perspektywę Polski w świetle tego, co miało się zdarzyć. Oczywiście nie zapomniała o wątku miłosnym. Karla nadal interesuje się Jankiem Donimirskim, a Janek Karlą. Wierzcie mi, uczucia Karli i jej relacje z Jankiem nie są tu jednak najbardziej istotne. Karla nadal myśli, nadal czuje. Zdecydowanie jednak mniej ociera łzę z kąta oka i ucieka z pokoju, by ukrywać wzruszenie, wrrrr. Karla też nie jest tu najważniejsza. Najważniejsza jest tu opisana rzeczywistość. Diagnoza czasów, kresu czasów, które miały nastąpić.

Rogalska potrafi wzbudzać zainteresowanie. Zaciekawiła mnie znowu w zakończeniu. Tak mnie zaciekawiła, że czekam na kolejny tom. Czekam na „Odzyskany los”.A za umiejętność wiernego oddania realiów ówczesnych czasów i sytuacji politycznej świata, przy zachowaniu słownictwa i języka w sposób jak najbardziej przystępny, Marzenie Rogalskiej głębokie chapeau bas. Słuchać Marzeny Rogalskiej to wielka przyjemność, czytać tak samo.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak. 

„Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz” Maurice Leblanc

ARSENE LUPIN. DŻENTELMEN WŁAMYWACZ

  • Autor:MAURICE LEBLANC
  • Wydawnictwo:ZYSKI I S-KA
  • Seria:ARSENE LUPIN. TOM 1
  • Liczba stron:280
  • Data premiery:11.05.2020r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 01.01.1957r.

Nigdy nie czytałam książek o „dżentelmenie włamywaczu”. To raczej nie moja bajka. Do sięgnięcia po tę pozycję skłonił mnie serial na Netflixie. Oglądaliście? Ja tak. Kolejne odcinki serialu „Lupin” podobno zobaczymy już 11 czerwca. Serial polubiłam za mocną kreację głównego bohatera Assane’a Diop‘a, który pomysły Lupin’a wciela w życie. Sam Arsène Lupin stworzony został w 1905r we Francji. Jest to postać bardzo  lubiana i zakotwiczona w kulturze tego kraju. Musiałam sprawdzić, czy wznowienie od Wydawnictwa Zysk i S-ka wzmocni moją fascynację bohaterem będącym pierwowzorem postaci serialowej.  Dopiero co prezentowałam Wam tę książkę, która miała premierę po wznowieniu w dniu 11 maja, a już przychodzę do Was z recenzją. Co zrobić jak to tylko 280 stron.

Podoba Wam się okładka? Mnie bardzo. Wydanie naprawdę na miarę książki sprzed stu lat. Wnętrze nie jest wcale gorsze. Oczywiście, nie jest to mroczny współczesny thriller, wartki kryminał z dobrymi wątkami obyczajowymi, czy komedia na miarę Chmielewskiej. Nie, nie. To gatunek, który zanikł wiele lat temu.

Autor nakreślił przygody najsławniejszego włamywacza w bardzo przystępny sposób. Opisuje jego perypetie począwszy od podroży transatlantykiem w czasie której poznał Miss Nelly i o zgrozo, został aresztowany. Relacje Lupina ze współpasażerami, którzy za wszelką cenę chcieli odkryć kto stoi za kradzieżami na statku okazały się wyśmienitą zabawą i ucztą dla moich oczu. A takich historii pisanych ze swadą i ogromną elokwencją jest wiele. Tylko nadal nie wiem jak on się wymyka tym śledczym.

Maurice Leblanc stworzył niebanalną postać, dżentelmena „(…) o niebywałej fantazji, działającego wyłącznie w pałacach i salonach…”. Dość, że dżentelmen to jeszcze żartowniś, człowiek o tysiącu wcieleń, posiadający rzadkie umiejętności sztuki makijażu i szybkiego przeobrażania się. Wykorzystujący nieuwagę i niemożność dostrzegania szczegółów otoczenia. Czyhający na błędy i liczący na szczęście. Szczęście, które zdaje się, nigdy go nie opuszcza. Stworzył Lupina uciekającego przed słynnym policjantem Ganimardem, z którym  bawi się w kotka i myszkę. Mimo, że wielokrotnie mu się wymyka, darzą się wzajemnie szacunkiem. Jest to relacja podobna do relacji Poirota z Kapitanem Hastingsem, przyjacielska ale z przymrużeniem oka i dużą dozą sarkazmu.

Książka podzielona jest na zatytułowane rozdziały. Każdy rozdział opisuje inny wątek. Narracja jest trzecioosobowa, chociaż w pierwszym rozdziale autor przedstawił wydarzenia na statku oczami Lupina. Podobała mi się ta koncepcja. Czytałam ten rozdział, jakbym czytała dobre anegdoty, które ktoś z dystansem opowiada na swój temat.  Narrator skonstruowany został podobnie jak Watson w serii o Sherlocku Holmesie. Bliski znajomy, wręcz przyjaciel, któremu Lupin zdradza szczegóły swoich brawurowych akcji, a on je opowiada.

Pomysł autora, że wszyscy wokół zastanawiają się, kim jest ten złodziej wręcz genialny. Sama łapałam się na zgadywaniu. W wielu miejscach książki widziałam Lupina, który jednak nim się nie okazywał. Lupin momentami jest wyjątkowo arogancki. Pomysły na kradzieże wyjątkowe, jak chociażby list do właściciela drogich precjozów z prośbą o dobrowolne oddanie części z nich, w zamian za brak osobistego stawiennictwa i zmianę miejsca przechowywania wszystkich wartościowych rzeczy. By być bardziej ludzki, Lupin dodatkowo informuje właściciela o kopiach w jego zbiorze, kopiach o których sam dysponent nie wiedział. Wszyscy śledzą jego poczynania. Nawet ofiary są zainteresowane historiami o nim. Lupin często bowiem gości na stronach gazet. Tym samym staje się ówczesnym celebrytą. Celebrytą, gdzie zainteresowanie o nim podtrzymywane jest licznymi publikacjami w jedynym istniejącym wówczas medium.

No i niespodzianka. Nie spodziewałam się jej w tej książce. Do złapania Lupina zostaje zatrudniony….najsławniejszy brytyjski detektyw. Strony książki odwiedza Herlock Sholmes. Nie, nie to nie pomyłka. Okazuje się, że Leblanc napisał dwa opowiadania pt. „Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” w 1906 i 1907 roku w nawiązaniu do postaci Sherlocka Holmesa, bohatera kryminałów Conan Doyle’a (źródło). W późniejszych wersjach książki imię i nazwisko Sherlocka Holmesa brzmiało oryginalnie.  Samo spotkanie najsłynniejszego z detektywów z Lupinem zostało zobrazowane wyśmienicie. Wątek ten podobał mi się wyjątkowo. To prawie jak „(…) poruszający spektakl: pierwsze spotkanie tych dwóch mężczyzn, tak niezwykłych, (…) obu naprawdę najlepszych, ale przez ich specyficzne uzdolnienia fatalnie skazanych na zwarcie – tak jak dwie równe siły pchane w przestrzeni przeciwko sobie przez los”. Ciekawi mnie jak na taki obrót sprawy zareagował Sir Conan Doyle.

Klasyka przez duże K. Ciekawe historie, wyjątkowi bohaterowie i ten język, całkowicie przystępny. Bardzo klasyczny i elegancki, ale jednak przystępny. Możliwe, że to zasługa tłumaczki.

To miła odskocznia od zwykle czytywanych przeze mnie książek, a różnorodność w czytaniu jest przecież najważniejsza. Pozwala nie zamykać się w klatce i docenić twórczość z pozoru nie dla nas.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Dziewczyny w przestworzach” Noelle Salazar

DZIEWCZYNY W PRZESTWORZACH

  • Autor:NOELLE SALAZAR
  • Wydawnictwo:KOBIECE
  • Liczba stron:456
  • Data premiery:12.11.2020r.

Mimo, że od debiutu Noelle Salazar  od Wydawnictwa Kobiece „Dziewczyny w przestworzach” minęło parę miesięcy, jest to książka którą koniecznie chciałam Wam pokazać i Was nią zainteresować. Fabuła jest bowiem niebanalna. To historia pilotek z amerykańskich Kobiecych Sił Powietrznych, eskadry stworzonej na potrzeby II wojny światowej. To historia kobiet niezwykłych, niezwyciężonych. Kobiet, których świat nie poznał.

Wypadek lotniczy to wypadek lotniczy. Śmierć to śmierć i nic tego nie zmieni.”

„Dziewczyny w przestworzach” Noelle Salazar

Książka składa się z trzech części, spiętych z kolejno ponumerowane rozdziały. Losy niesamowitych kobiet śledzimy na przestrzeni trzech lat, od października 1941 roku do października 1944. Wisienką na torcie okazał się epilog. Dzięki niemu, możemy dowiedzieć się, co stało się z głównymi bohaterami do maja 1980 roku.

A wszystko zaczyna się od szkolenia pilotów wojskowych na Hawajach. W szkoleniu uczestniczy Audrey Coltrane i to ona jest narratorką powieści. Jej perspektywa jest pierwszoplanowa, najważniejsza. Jej oczami patrzymy więc na inne pilotki biorące udział w szkoleniu, a więc na Jean, Catherine i Ruby. Ich czwórka, mimo że pochodzi z różnych stron kraju, zdobywała doświadczenie w pilotowaniu w ten sam sposób, latając „(…) samolotem rolniczym, robiąc opryski..”.  To pragnienie wzbijania się w tytułowe przestworza zaprowadził je do Pearl Harbour. Pearl Harbour, które w jeden dzień zamieniło się w ogromny cmentarz.

Nawet nie wiedziałam, że istniał taki program

Oglądaliście film „Pearl Harbour”? Ja oglądałam. Ten i wiele innych o nalocie na amerykańską bazę wojsk lotniczych. W żadnym nie zobaczyłam kobiety pilotki. W żadnym innym dziele inspirowanym czasami wojny nie dostrzegłam wątku Kobiecych Sił Powietrznych. Programu, który powstał w 1942 roku, stworzonym od podstaw przez „(…) dwadzieścia osiem kobiet, które przyjęto i natychmiast zaprzężono do pracy polegającej na dostarczaniu samolotów z miejsca na miejsce na terenie Stanów.”. Mimo, że opisana historia jest fikcją została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. To dobrze, że w powieści mogłam o nich przeczytać.

Bardzo podoba mi się relacja Audrey z porucznikiem Jamesem Hartem, prawdziwym amerykańskim porucznikiem. Relacja, która dojrzewa i buduje się de facto sama, od samego momentu spotkania na Hawajach. Nie jest to wątek wycięty z romansu, jest to motyw oparty na melancholii, na pragnieniu, które nie może się spełnić, na wiecznej tęsknocie i czekaniu.

Audrey w trakcie całej historii wiele traci. Traci przyjaciół w nalocie na Pearl Harbour, traci przyjaciółkę w trakcie manewru lądowania, traci możliwość przebywania z Jamesem na lata. Zyskuje jednak dużo więcej. Zyskuje pewność, że przyjdzie taki dzień, że my kobiety zdobędziemy „(…) uznanie za nasze umiejętności i naszą odwagę” i przestaniemy dla mężczyzn być tylko „(…) dziewczętami. Bawiącymi się w coś, do czego nie zostałyśmy stworzone”. Zyskuje spełnienie i radość z robienia czegoś, co kocha. Zyskuje nową siebie, nowe ja.

To książka o sile i ogromnej pasji. To książka również o kobiecej przyjaźni, w której nie ma bzdurnego współzawodnictwa i zawiści. To książka o spełniających się marzeniach. To również książka o ciężkiej pracy, organizacji, odpowiedzialności i sumienności. To nie jest książka o malowaniu paznokci i chodzeniu do kantyn wojskowych na dancingi. Oj nie.

Audrey po pierwszym hawajskim locie wylatała wiele kilometrów i przeleciała nad niejednym morzem, niejednym oceanem. Brakowało tylko jednego lotu, najważniejszego.  Lotu do Europy po szczęście, po miłość, po dalsze życie i po to „później”, które kiedyś miało nastąpić.

Warto wnieść się w przestworza razem z Audrey, by poznać te, o których zapomniał świat.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Kobiece.



Recenzja przedpremierowa – „Niebiańskie osiedle” Ryszard Ćwirlej

NIEBIAŃSKIE OSIEDLE

  • Autor:RYSZARD ĆWIRLEJ
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Seria:MARCIN ENGEL. TOM 1
  • Liczba stron:345
  • Data premiery:19.05.2020r.

Zachwycił mnie ten Ryszard Ćwirlej, oj zachwycił. Zaczął świetnie już samym tytułem; „Niebiańskie osiedle”. Dlaczego? Kto z Was przeczytał antologię opowiadań kryminalnych „Awers”, wydaną również przez Czwarta Strona? Jeśli nie czytaliście, zerknijcie na moją recenzję klik. Wspominam w niej o jednym z opowiadań, które mnie oczarowywało. Był to „Niebiański dom” Ryszarda Ćwirleja. W recenzji napisałam: „ (…) historia z dreszczykiem oparta na sprawie związanej z ekskluzywnym domem seniora położonym w okolicy Kazimierza Dolnego.  Domem, w którym – jak się okazuje – seniorzy nie mogą czuć się bezpieczni…”. W trakcie czytania tego opowiadania pomyślałam; jaki świetny pomysł na rozbudowaną fabułę. Nowatorski, nieoczywisty. Dom spokojnej starości, sąsiedzi, duszpasterze, organizacja, wykorzystywanie, wątpliwe darowizny itepe itede. Praktycznie to gotowy pomysł na nową książkę. Czy się myliłam?

Tam, dokąd idziemy, czeka na nas niebiański dom. Odchodzimy spokojni i szczęśliwi, mając nadzieję, że kiedyś wszyscy się tam spotkamy”.

„Niebiańskie osiedle” Ryszard Ćwirlej

Dwa podwójne samobójstwa, jedno w Pile, drugie w Warszawie. Warszawie, gdzie „(…) wszystko w większej skali”. Samobójcami są emeryci, spokojni, nie wadzący nikomu. Niewinne samobójstwa mają jednak drugie dna. Odkrywa to Franek Kaczmarek młody śledczy przebywający od niedawna w stolicy. Równolegle policyjne działania rozpoczyna dziewczyna Franka, Jowita, która jeszcze tkwi w Pile. I to właśnie do Piły prowadzą wszystkie ścieżki prowadzonego śledztwa. Śledztwa policyjnego i dziennikarskiego. Do akcji wkracza bowiem Marcin Engel – dziennikarz śledczy ze swoją koleżanką Kamilą oraz Babcią Matyldą – emerytowaną milicjantką.  Losy całej czwórki splatają się w jednej historii. Czy dla tej historii mają znaczenie comiesięczne dobrowolne datki przekazywane na pewne radio oraz znalezione w mieszkaniach samobójców foldery reklamowe?  Tego muszą się dowiedzieć i śledczy, i sami czytelnicy.

Tylko 345 stron !

Musiałam, po prostu musiałam w taki sposób podtytułować tę moją recenzję. Naprawdę, to tylko 345 stron. Autor serii o Anecie Nowak oraz Antonim Fischerze z klasą wypełnił pustkę powstałą po lubianych przeze mnie bohaterach. Chociaż przyznaję, Anety wyjątkowo mi żal. Tych jej hot dogów na stacji benzynowej, motocykla, szybkiej i ostrej jazdy. W tej pozycji Ćwirlej zaprezentował ciekawych bohaterów cały wachlarz. Jak to w pewnej piosence „(…) dla każdego coś miłego i każdemu jego raj”. Mi najbardziej przypadła do gustu Babcia Matylda. Akceptująca w domu palenie, picie, ale tylko dobreJ whisky, „(…) które popija od czasu do czasu dla lepszego krążenia”. Była milicyjna śledcza, wdowa po generale policji, uprawiająca sporty tylko biernie i uważająca, że „Bieganie jest bardzo niebezpieczne”. Siedemdziesięciolatka mająca nowoczesne poglądy i bardzo światły umysł.  Twierdząca, że duszpasterstwo działa jak akwizytorzy ubezpieczeń „(…) każą ci płacić przez całe życie, a wypłatę odszkodowania obiecują po śmierci”.  Sam Marcin Engel – jak wynika z opisu wydawcy – „mistrz świata w kłopotach, dziennikarz śledczy” też jest niczego sobie. Odegrał w życiu Babci Matyldy i w trakcie całego śledztwa znaczną rolę. Nie jest on jednak kluczowy dla całej fabuły. Spowinowacony z Matyldą Franek oraz jego dziewczyna Jowita również okazali się istotni w przedstawionym przez autora wątku kryminalnym.

Autor prowadzi narrację w dwójnasób. Wydarzenia zaprezentowane z perspektywy Marcina są w narracji pierwszoosobowej. To Marcin jest narratorem. Patrzymy na wszystko, co go otacza jego oczami. Na jego dziewczynę Dżesikę, współpracowniczkę Kamę, babcię Matyldę. Relacjonując wydarzenia z perspektywy Engela, Ćwirlej daje radę. Narracja przechodzi przeobrażenie. Jest w niej mniej faktów więcej wrażeń, uczuć, spostrzeżeń i to wszystko oczami trzydziestolatka. Równoległa narracja dotyka wątku policyjnego śledztwa. Autor stosuje wówczas narrację trzecioosobową. Relacjonuje fakty i tłumaczy decyzje.  

W książce znajdziecie cały przekrój polskiego społeczeństwa. Emeryci zafascynowani obietnicą życia na Niebiańskim Osiedlu, wierni słuchacze pewnego radia, wędkarze łowiący ryby na równi z łykami mocnych trunków, emerytki przekazujące wolne comiesięczne datki jednocześnie narzekające na biedę i brak środków na lekarstwa. Bardzo podoba mi się nawiązanie do PRL-owskich metod pracy.  Współczesne czasy, w których i tak niektórym policja państwowa miesza się z milicją obywatelską. Nawiązanie do minionych czasów sprawdza się w wątkach kryminalnych z policyjnym śledztwem w tle.

Autor wiernie odzwierciedlił psychologiczne triki wykorzystywane przez akwizytorów w sprzedaży bezpośredniej. Potencjalni klienci traktowani są jak wybrańcy, wyjątkowi nadludzie. To specjalne traktowanie otwiera ich portfele, skłania do pochopnych decyzji. Jest to problem społeczny zobrazowany bardzo dokładnie. Problem wykorzystywania starszych, często samotnych ludzi, którzy niekoniecznie od razu potrafią połapać się w stosowanych na nich sztuczkach. Przecież nie każdy jest Babcią Matyldą, czyż nie?

Ryszard Ćwirlej wielokrotnie puścił do mnie oko. Wspominając o wciśnięciu trójki w samochodowym radiu, czy chociażby w dialogu Babci Matyldy ze swoim kolegą, Borewiczem na temat nadawania nowonarodzonym dzieciom imienia Jarosław. Takie oczka lubię niezmiernie. Świadczą o tym, że autor nadąża nad bieżącymi wydarzeniami i potrafi się do nich ustosunkować, nawet kreśląc literacką fikcję.

To lekki kryminał. Nie będę ukrywać, mam słabość do osadzonych w nim bohaterów. Dlatego lekkość tej prozy kompletnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, uważam ją za atut. Taki był jej cel. Absurdalne sytuacje i przerysowane postaci mają nas skłonić, do zastanowienia się nad naszymi zniewoleniami. Zniewoleniami, które czasem mogą prowadzić do tragedii. Zniewoleniami pod przykrywką nieziemskich obietnic. Obietnic, które nigdy nie mają szansy się spełnić.

Nawet napisana z największym zaangażowaniem i ogromnym sercem recenzja nie odda kunsztu pisarza, a także specyficznej atmosfery tej książki. Nie macie wyjścia. Musicie przeczytać ją sami.  Szczerze  polecam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Czerń” Małgorzata Oliwia Sobczyk

CZERŃ

  • Autor:MAŁGORZATA OLIWIA SOBCZAK
  • Wydawnictwo:W.A.B.
  • Seria: KOLORY ZŁA. TOM 2
  • Liczba stron:416
  • Data premiery:06.05.2020r.

Lada chwila, bo już 19 maja ukaże się najnowsza część serii od @ Małgorzata Oliwia Sobczak – autorka pt. „Biel”. Pojawiły się już przedpremierowe recenzje i w większości są pozytywne.  Ja ciągle czekam na mój egzemplarz. Mam nadzieję, że zdążę przedpremierowo Wam go polecić. To właśnie nowa premiera zmotywowała mnie, by nadrobić zaległość z poprzedniego roku i przeczytać wreszcie drugą część cyklu. Ciągle jednak pamiętam pierwszą pt. „Czerwień” (moją recenzję znajdziecie tu: klik). Będąc na wakacjach, leżąc przy basenie nie mogłam się oderwać, od czasu do czasu komentując zwroty akcji,co denerwowało moją przyjaciółkę leżącą obok. Do czasu… Jak sama zaczęła czytać, robiła to samo. Szkoda, że drugą część „Czerń” nie czytałyśmy razem. Wiele bym dała, by słyszeć czy reaguje tak samo jak ja.

Na płaszczyźnie przestępczej nie istnieją przypadki, są jedynie tropy kształtujące mapę zbrodni.”

„Czerń”  Małgorzata Oliwia Sobczak

Kilka miesięcy po poprzedniej sprawie z „Czerwieni”

Wtedy toczy się fabuła drugiej części cyklu. Nowy wątek, nowe miejsce. Przygody Prokuratora Leopolda Bilskiego zostały umiejscowione w Kartuzach. Małej miejscowości, w której teoretycznie nic się nie dzieje. Właśnie, teoretycznie… Samo miejsce akcji już wiele obiecuje. Najbardziej skrywane tajemnice gnieżdżą się właśnie w takich małych, leniwych miasteczkach. To właśnie w tym miejscu ginie siedmioletni Piotruś, syn pisarki Julia Sarman powracającej do Kartuz ze Stanów Zjednoczonych. Równocześnie śledczy z Sopotu odkrywają powiązanie z Kartuzami w sprawie innego zaginionego dziecka, trzynastoletniej Amelii Stępień. To w Kartuzach mieszka babcia zaginionej dziewczynki. Śledztwo zostało powierzone asesor Annie Górskiej. Jest to jej pierwsza poważna sprawa, w której liczy na pomoc Bilskiego.

Trzy kolory = Kolory zła

Nie wiem co to będzie w „Bieli” na którą bardzo, ale to bardzo czekam. „Biel” to trzeci kolor, czy będzie tak samo zły, ooops, a raczej tak samo dobry?

„Czerń” okazała się lepsza od pierwszej części, chociaż wydawało się to mało prawdopodobne. Bardziej mroczna, bardziej dająca do myślenia. Wielowątkowość jest jej mocną stroną. Różne tematy splatają się ze sobą, nie plączą fabuły tylko ją wzbogacają i urozmaicają. Jak zwykle autorka potrafiła trzymać mnie w napięciu doprowadzając momentami do skrajnego zdenerwowania.  Bardzo podobał mi się wątek pokazywania różnych motywów z przeszłości bohaterów. Zdarzeń, decyzji, myśli i czynów, które mają wpływ na bieżące wydarzenia. Sobczak umiejętnie, wręcz wyśmienicie potrafi opisywać przeszłość, wodząc czytelnika za nos do samego końca, nie odkrywając ostatecznie żadnych kart. Wątek kryminalny wbija w fotel. Tak dzieje się w sytuacji, gdy w zbrodnię zostają wplątane dzieci, nieskalane dzieci, obdarte w jednej chwili z niewinności. Niesłusznie, bezpowrotnie.

To wszystko w tle rodzinnych dramatów, rodowych sekretów,  relacji z burzliwego etapu dorastania, dziecięcych lęków i skrywanych głęboko przez wiele, wiele lat ran, niezagojonych ran.  Dodatkowym atutem książki są świetnie skrojeni bohaterowie. Leopold Bilski – mężczyzna po przejściach, ciągle przeżywający wydarzenia opisane w pierwszej części, nieprzepracowane traumy. Te jego dojrzewanie dodaje mu uroku, tajemnicy. Bilski o wiele bardziej zaciekawił mnie w tej części, mimo swego pragmatyzmu i żelaznych zasad. Anna Górska lepiej radzi sobie z poprzednimi wydarzeniami. Wydaje się być silniejsza. Pomaga jej w tym praca. W pełni się jej oddaje realizując zadanie za zadaniem. Ta zadaniowość pozwala jej żyć, pozwala jej zapomnieć i zatracić się w codzienności. Dlatego jest taka wyrazista, taka ciekawa.

Oj długo bym mogła spoilerować i zachwycać się tą pozycją. Na koniec dodam tylko, że kompletnym majstersztykiem było osadzenie akcji w kaszubskim klimacie. Klimacie, którego pozornie nie da się podrobić, a Małgorzacie Oliwii Sobczak udało się to brawurowo. Ja książki odłożyć nie potrafiłam póki nie dobrnęłam do brzegu. Przeczytajcie koniecznie i dajcie znać czy Wam się to udało.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Teraz Cię rozumiem mamo” – opowiadania

TERAZ CIĘ ROZUMIEM MAMO

  • Autor:MAGDALENA WITKIEWICZ, AGNIESZKA KRAWCZYK, AGNIESZKA LINGAS-ŁONIEWSKA, NATASZA SOCHA, ILONA GOŁĘBIEWSKA, MAGDA KNEDLER, MAŁGORZATA WARDA, SABINA WASZUT
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Liczba stron:381
  • Data premiery:05.05.2021r.

W tym roku Dzień Matki nadszedł dla mnie znacznie wcześniej. Dokładnie 5 maja, gdy premierę miała antologia opowiadań najpopularniejszych autorek polskiej literatury obyczajowej w zbiorze „Teraz Cię rozumiem mamo” od Wydawnictwa Muza. Autorek, których powieści niejednokrotnie już czytałam. Publikacje wielu autorek dzięki którym skompletowano tę antologię, czytałam. Niektóre z nich znalazły się również w blogowych recenzjach (klik: Troje na huśtawce – Natasza SochaCzereśnie zawsze muszą być dwie – Magdalena- WitkiewiczDobre uczynki- Agnieszka Krawczyk,  Kamienica pod szcześliwą gwiazdą – Agnieszka Krawczyk,  Kochaj coraz mocniej- Ilona GołębiewskaPodróż za horyzont- Sabina WaszutNarzeczona z getta-Sabina Waszut).

Relacja matka-córka jest specyficzną mieszanką wybuchową, naładowaną takim zestawem emocji, o jakim innym ludziom nawet się nie śniło. Jedna i druga ma przeczucie, że wie wszystko o tej drugiej, że zna ją na wylot, rozumie bez słów. Tylko czy tak jest naprawdę?”.

„Sekret” Natasza Socha

Pamiętam, pamiętam, mówiłam, że opowiadania nie są moją ulubioną formą literacką. Sięgam jednak do nich. Szczególnie jeśli antologia zawiera dzieła znanych i lubianych powieściopisarek. Tym razem zrobiłam to, do czego zawsze Was zachęcam. Czytałam opowiadania z przerwami, nie jednym ciągiem traktując je jako oddzielne, niezależne dzieła. Udał mi się ten zabieg, nie powiem. Opowiadania nie zlały mi się w jedną całość, a w pamięci pozostały odrębne obrazy. Obrazy, które wstrząsnęły mną nie raz. I o tym właśnie będzie ta recenzja. O emocjach.

Od razu zastrzegam, to nie są infantylne opowieści. Te opowiadania są czymś więcej. Są diagnozą trudnych relacji, próbą wytłumaczenia i próbą zrozumienia. W tej antologii przeczytamy o:

– powielaniu błędów własnych matek, mimo, że obiecaliśmy sobie nigdy tego nie robić,

– żyjących ojcach, kiedy myśleliśmy, że nie ma ich już wśród nas,

– spotkaniach z matką, ojcem, których nie widzieliśmy od lat i jakoś udawało nam się żyć,

– niespodziewanych zbiegach okoliczności,

– matkach morderczyniach, które zrobiłyby wszystko, by chronić własne dzieci,

– życiu bez happy endu,

– matkach czekających na swoje dorosłe dzieci wracające późno z troską, ze strachem w oknie przy zgaszonym świetle, matkach czyhających na klatkach schodowych, przed domem, matkach bohaterkach,

– terapiach w których leczymy zaburzone relacje z matkami, z matkami często toksycznymi,

– matkach okaleczających własne dzieci, gdyż same doznały głębokich krzywd.

Byłaś mi, mamo, świata obrazem, odbitym w sercu moim maleńkim, byłaś nadzieją, byłaś wytrwaniem, byłaś czymś wielkim, czymś niemal świętym” – Kazimierz Kowalski „Tylko Ty matko”

Pamiętacie ten przebój „Koncertu życzeń” z czasów, gdy nie było „Wiadomości” tylko „Dziennik telewizyjny”? Mi jakoś wyjątkowo zapadł w pamięć, pewnie ze względu na wzruszający tekst. Ci co zapomnieli odświeżcie sobie. Nie pożałujecie . Ci co nie znają, wygooglujcie. Warto dowiedzieć się przy czym wzruszały się nasze mamy, nasze babcie.

Mnie dogłębnie wzruszyło opowiadanie „Wstań, Jadźka” od @magdaknedler – Autor. Autorkę znam tylko z opowiadania w antologii „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny” (recenzja na klik). Opowiadanie to dowód, że Knedler bardzo dobrze czuje się w tematyce historycznej, trudnej tematyce. To opowieść o matce – bohaterce. Matce – łączniczce z warszawskiego powstania. To historia o Jadźce i Dance. Jadźce, której Danka wielokrotnie mówiła „wstań”, by dalej żyć, by dalej walczyć i Jadzia wstawała. Dance, która mimo żądań Jadźki kiedyś już wstać nie dała rady. To historia o przyjaźni aż po grób, o szukaniu różnych matkociociokuzynek. O szukaniu tych, które pozostały, by opowiedzieć o tych, które odeszły, przedwcześnie odeszły w zawierusze wojny. To historia przede wszystkim o córce, która dopiero u schyłku wspólnego życia odkrywa jaki ciężar nosiła jej matka przez całe życie.

Ogromne znaczenie ma dla mnie opowiadanie @ag.krawczyk – Pisarz „Kruchość”, w których autorka zobrazowała w wątku pobocznym dwa bieguny matek. Matka Kiry – niezależna, zdolna artystka, protekcjonalna, lekceważąca potrzeby dzieci, nie interesująca się codziennymi sprawami, stawiająca na tak zwany „zimny chów”. Matka koleżanki Kiry, Kasi – ciepła, kochająca, zainteresowana, wręcz wtrącająca się w życie córki.  Krawczyk brawurowo zobrazowała metodę pracy terapeutycznej opartej na teorii systemów rodzinnych w ujęciu transgeneracyjnym. Uwierzcie, wspaniała pozycja.

W „Sekrecie” od @Natasza Socha podjęty został temat pełnienia ról. Ról w życiu, jak na scenie. W hermetycznej społeczności jaką jest rodzina, autorka zobrazowała role; matki – nie matki, siostry – nie siostry. Postawiła tezę, tezę istnienia w życiu każdego dziecka trzech matek, matek pełniących różne role. Tylko która z tych postaci jest prawdziwa? Czy ta ostatnia? Ta najbardziej ludzka? „Sekret” wbił mnie w fotel, w którym wygodnie siedząc czytałam. O niektórych sekretach chcielibyśmy nie usłyszeć. Szczególnie o tych, które kładą się cieniem na całe życie dziecka, niewinnego dziecka.

Mimo, że wspomniałam tylko o trzech opowiadaniach z antologii, w książce znajdziecie więcej ciekawych pozycji. Pozycji, w których na matki patrzymy oczami innych dzieci, innych córek, innych synów. Na matki nie nasze, a jednak jak do siebie podobne.

I wszystkim nam – matkom życzę, byśmy się doczekały ze strony swoich dzieci zaśpiewanego, wyrecytowanego lub przynajmniej przepisanego tekstu piosenki:

Jesteś mi, mamo, wszystkim na świecie, niebiańską gwiazdą, promieniem złotym, jesteś mi muzą, co dała życie, jesteś spełnieniem mojej tęsknoty”. – Kazimierz Kowalski „Tylko Ty matko”

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Muza.

„Córy Ziemi” Alaitz Leceaga

CÓRY ZIEMI

  • Autor:ALAITZ LECEAGA
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:545
  • Data premiery: 05.05.2021r.

„Córy ziemi” to druga zeszłotygodniowa premiera od Wydawnictwa Albatros, która została przeczytana i zrecenzowana przeze mnie. Z twórczością Alaitz Leceagi, pisarki hiszpańskiego pochodzenia, nie miałam do tej pory do czynienia, mimo, że jej debiutancka powieść „Las zna twoje imię” – jak czytam w notce biograficznej – „w miesiąc podbiła listy bestsellerów” (źródło: Alaitz Leceaga). Czy z książki bucha ognisty temperament jak z okładki? Zapraszam do lektury recenzji.

Ból wnika nawet w najdrobniejsze szczeliny i zagnieżdża się w nich (…). Wciska się w mroczne szpary. Rośnie i rośnie jak głodna bestia, która pożera wszystko wokoło. Aż zostaje tylko on. Ból”.

„Córy ziemi”  Alaitz Leceaga

Z dwoma krukami w nazwisku

Fabuła toczy się wokół trzech kobiet, Glorii, Teresy i Verónici z rodu Veltrán-Belasco. Mimo, że mają inne charaktery i inne usposobienia, są do siebie bardzo podobne. Wszystkie trzy wyróżniają ogniste włosy i wszystkie trzy są  posądzane o opętanie przez demony. Wierzą w to mieszkańcy San Dionisio. Wierzą w to najbliżsi, wierzy ojciec i jedyny brat Rafael. Wierzy w to ich ciotka Angela pełniąca rolę guwernantki oraz miejscowy duszpasterz, ojciec Murillo. Wierzyła w to ich matka, która umarła śmiercią głodową za zgodą własnego męża i z błogosławieństwem miejscowego księdza. Matka, którą też męczyły demony.

Schyłek XIX wieku to trudny czas dla kobiet. Wyjątkowo trudny dla sióstr Veltrán-Belasco, które odtrącone przez społeczeństwo, osierocone przez matkę a następnie ojca podejmują nierówną walkę o utrzymanie rodowych winnic Las Urracas. Winnic, które przez dwadzieścia lat nie rodziły owoców, nie dawały zbiorów. Winnic, które dają im schronienie. Czy wystarczająco bezpieczne? Czy wystarczająco długo?

Manipulacja, kłamstwa, uzależnienia w mrocznym hiszpańskim klimacie

Czytając opis wydawcy tego się spodziewałam. Autorka wiernie odzwierciedliła atmosferę i klimat ówczesnych czasów. Zdarzenia toczą się jedno po drugim. Koncepcja książki trochę przypomina mi sagę. Sagę rodzinną, w której główne wątki toczą się wokół kobiet. Kobiet nabierających sił, czerpiących korzyści z własnej, dotychczas niewesołej sytuacji. Kobiet sprzeciwiających się jedynemu bratu, który korzystał ze swej uprzywilejowanej pozycji w domu. Bratu, który wykorzystywał własne siostry umiejętnie manipulując uczuciami, emocjami, poczuciem winy z powodu domniemanego opętania demonami.

Losy sióstr w domostwie nie były trudne tylko z powodu brata, lecz również z powodu innych najbliższych. Matka z dnia na dzień oddalająca się od własnych dzieci wskutek cierpienia i trawiącej jej choroby. Ojciec, zawsze bierny, chroniący tylko dziedzica – Rafaela. Ojciec, którego praktycznie nie ma. Ojciec pozwalający na oskarżanie i obwinianie dziewczynek za brak urodzaju w winnicy. Ciotka Angela, skrajna dewotka wychowująca dziewczynki twardą ręką. Twierdząca, że „nadmiar wiedzy lub umiejętności jest niebezpieczny dla kobiet, bo zmienia je w „literatki” albo osoby zbyt przemądrzałe, stwarzając zagrożenie dla ich kobiecości i nieśmiertelnej duszy”.

Książka podzielona jest na pięć części. Każda z części obejmuje losy sióstr w różnym czasie. Czasem od jednych zdarzeń mija kilka lat. Lat, w których siostry zdążą dojrzeć, nabrać dystansu, stać się bardziej silne. Części składają się z zatytułowanych rozdziałów. Narracja jest pierwszoosobowa. Na losy rodziny, zdarzenia, motywacje patrzymy oczami Glorii. Tej, która została, by bronić rodzinnej posiadłości i chronić to, co pozostało. Gloria tłumaczy zachowania swoje i innych. Jej perspektywa jest wszechogarniająca. Obserwujemy jak siostry dojrzewają. Jak zaczynają sobie radzić z przeciwnościami losu, jak zaczynają walczyć. Jak przestają się godzić na nieprawdziwe oskarżenia. Jak przestają wierzyć wreszcie w demony a zaczynają wierzyć w siebie, w swoją kobiecą, siostrzaną siłę.

Atmosfera powieści jest duszna, demoniczna, mroczna. Atmosfera podszyta miejscowymi skandalami splatająca się z chorymi relacjami wśród domowników musi taka być.  Motyw z demonami, klątwą powtarza się wielokrotnie. Za często. Jakby autorka bała się, że czytelnik nie czyta w skupieniu, tylko kartkuje kolejne strony. Leceaga dość często powracała do opisanych już wcześniej wątków. Momentami zaczęło mnie to nużyć, wręcz denerwować. Tym bardziej, że narracja jest pierwszoosobowa. Czytając miałam wrażenie, że z narratorką – Glorią jest coś nie tak. Ma problem z pamięcią dług i krótkotrwałą dlatego powraca do raz przeżytych i opisanych wydarzeń tak często.

Niezwykle spodobał mi się pomysł opisania drogi sióstr ku dojrzałości. Drogi w czasie której Gloria, Teresa i Verónica zostawiają za sobą kłamstwa, manipulacje, uzależnienie od innych, tych którzy je krzywdzą. Na przestrzeni lat stają się pełnoprawnymi obywatelkami miejscowej społeczności. Zaczynają nie tyle wierzyć, ile zaczynają być pewne, że nie są opętane i nie walczą z demonami. Walczą ze swoimi słabościami i tę walkę mogą wygrać.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.