„Rywalizacja” Laurelin Paige

RYWALIZACJA

  • Autor: LAURELIN PAIGE
  • Wydawnictwo: KOBIECE
  • Seria: SLAY QUARTET. TOM 1
  • Liczba stron:320
  • Data premiery: 10.03.2021r.

 „Rywalizacja” miała premierę ponad miesiąc temu. Ja książkę przeczytałam dość dawno. Ociągałam się jednak trochę z recenzją, nie mając kompletnie na nią pomysłu. Najwidoczniej potrzebowałam dystansu, spojrzenia na fabułę z perspektywy czasu. Teraz już dokładnie wiem, czym się chcę z Wami podzielić.

Celia i Edward

Cała historia toczy się wokół nich.  Historia ich związku nie zaczyna się jednak typowo. Edward usilnie chce z Celią wziąć ślub. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że praktycznie się nie znają. Apogeum zainteresowania Celią Edward osiągnął bowiem, gdy się dowiedział, że jej ojciec jest jego  rywalem biznesowym. Albowiem rekin chce pożreć rekina. Celia nie wydaje się początkowo „w ciemię bita”  i planuje zagrać z potencjalnym mężem w „grę”. Co to za gra nie do końca wiadomo. Wiadomo jednak, że w fabule bohaterowie wzajemnie się przyciągają, by za moment przerwać łączącą ich sieć. Brzmi znajomo?

Pod górkę a potem szybki zjazd

Tak podsumowałabym tą powieść. Pierwsza połowa wlecze się niemiłosiernie. Kompletnie nie wyłapałam o jaką „grę” chodzi Celii. Niby w coś pogrywa, niby Edwarda rozgrywa, ale to wszystko naprawdę na niby. Momentami miałam wrażenie, że Celia ma jakieś zaburzenia psychiczne, tylko autorka ich do tej pory jeszcze nie wyeksponowała. Tak niekonsekwentnej postaci kobiecej już długo w czytanych przeze mnie książkach nie było. Z jednej strony pewna siebie, silna, zdecydowana, nie pozwalająca sobie „w kaszę dmuchać” (oj nie wiem dlaczego te przysłowia się mnie dzisiaj tak uczepiły). Z drugiej kompletnie swoje zaprzeczenie. Niestabilna, niezrozumiała, nieśmiała trzpiotka. Wiecie, gra w „grę”, ale tak jakby zza szyby, jakby nie chciała przesuwać pionka, ani w przód, ani w tych. Gra pasywna, gra wyimaginowała.

Pozytywnie zaskoczyły mnie wątki obyczajowe. Wydaje mi się, że w tym gatunku autorka mogłaby się naprawdę rozwinąć. Mimo tego, że książka nosi znamiona typowego erotyku urzekły mnie elementy rodzinne i zwykłe rozmowy. Rozmowy nie będące przerywnikami scen erotycznych. Rzeczywiście z perspektywy czasu widzę, że te fragmenty czytałam z dużą przyjemnością.

Po słabej połowie książki potem było już z górki.  Dodatkowo autorka zaskoczyła mnie dobrym zakończeniem. Całkowicie zwróciła akcję w inną stronę, jakby w sposób niekontrolowany. Zaintrygowała i zachęciła do sięgnięcia po drugi tom.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Kobiece.

„Femme fatale” Katarzyna Nowakowska

FEMME FATALE

  • Autor:KATARZYNA NOWAKOWSKA
  • Seria: SKANDAL. TOM 2
  • Wydawnictwo:BURDA KSIĄŻKI
  • Liczba stron:282
  • Data premiery:10.03.2021r.

 Oj mamiła mnie ta Kasia Nowakowska mamiła, aż mnie do siebie przekonała. Na jej stronie oficjalnej @K.N. Haner/Katarzyna Nowakowska – strona autorska czytamy: „Lubisz romanse, emocje i niegrzecznych facetów? Moje książki są dla Ciebie”. Jak wiecie ja czasem lubię zanurzyć się w taką fikcję. Fikcję, w której szukam ucieczki i zapomnienia po mocnym thrillerze, głębokim obyczaju, czy wymagającym kryminale z teorią spiskową w tle. Książka o której Wam opowiem to drugi tom serii Skandal. Ci co śledzą mego bloga już wiedzą, że nie czytałam pierwszego tomu. Jesteście ciekawi, czy książkę czytało się dobrze mimo znajomości pierwszej części. Jeśli tak zachęcam do przeczytania recenzji.

Skandal, tym razem w Paryżu

Główna bohaterka to Julia. Julia, która chowając się po ostatnim skandalu w Nowym Jorku ucieka do Paryża, by być asystentką Gasparda. Gasparda otwierającego kolejny luksusowy hotel. Jej nowy szef jest przystojny, szarmancki, dystyngowany w sposób, w jaki tylko Francuz potrafi być. Oj ma szczęście Julka do tych szefów, ma. Ja ich tylu miałam…ech cóż… Niestety. Julia i Gaspard nie będą żyć długo i szczęśliwie, gdyż w Paryżu odwiedza ją James. James, jej były kochanek i były szef. James, który ją oszukał. Tak zaczyna się intryga, w której przeszłość Julii nie daje o sobie zapomnieć.

Styl pochłaniający do reszty

Dobrze, że sięgnęłam po książkę Katarzyny Nowakowskiej. Jak już wiecie, książki z nurtu tych „grzesznych” traktuję jako sposób na zrelaksowanie się. Tym razem również bardzo dobrze się bawiłam. Fabuła, jak to w książkach tego gatunku, nie jest wymagająca. Rzekłabym raczej, że jest dość oczywista. Jak pewne schematy się sprawdzają, po co je zmieniać. Czyż nie? Bardzo dobrze czytało się o relacjach między Julią a jej dwoma szefami, aktualnym i byłym.

Styl lekki, przyjemny. Dodatkowo uroku książce nadaje klimat, klimat paryskiej rzeczywistości.

Chyba muszę sięgnąć po pierwszą książkę cyklu… trzeba wiedzieć o co ten skandal.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Burda Książki

.

„PODMIEJSKI NA KONIEC ŚWIATA” KATARZYNA KOWALEWSKA

PODMIEJSKI NA KONIEC ŚWIATA

  • Autor:KATARZYNA KOWALEWSKA
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:286
  • Data premiery:16.03.2021r.

Niedawno opublikowałam trzy recenzję premier z kwietnia od Wydawnictwa Zysk i S-ka; rewelacyjną Dziewczyna z fotografii, klimatyczną Trogirskie wakacje oraz skłaniającą do myślenia Pozwól że ci opowiem…bajki które nauczyły mnie jak żyć, a tu jeszcze czeka zaległa premiera z marca.

„Podmiejski na koniec świata” to kolejna książka Katarzyny Kowalewskiej @kowalewskafanpage , autorki „Pudełka z pamiątkami” (2020). O poprzedniej książce tej autorki czytałam wiele pochlebnych recenzji i opinii. Czy i tym razem na taką ocenę zasłuży?

Już przy okazji innej książki przyznałam się Wam, że lubię fabułę o zaczynaniu od nowa, w innym miejscu. Wtedy można wszystko rzucić za siebie, zostawić i nigdy do tego nie wracać. Powiecie, to trochę taka ułuda. Nie wszystko co za nami było złe. W ten sposób pozostawiamy za sobą nawet te dobre rzeczy. Tych dobrych ludzi, dobre wspomnienia, dobre miejsca pracy.  Tylko, że będąc otwartymi dobrych ludzi, dobrą pracę i miłe wspomnienia znajdziemy również w tym nowym miejscu. Miejscu do którego dążymy. Miejscu do którego chcemy dążyć.

Książka drogi

Z opisu wydawcy już wiedziałam, że podobną fabułę czytałam. Tym razem śledzimy losy Alicji. Alicji, która ma problem z asertywnością. Wiele czasu poświęca innym, problemom innych i sprawom, które wcale do niej nie należą. Każdy chce mieć Alicję obok siebie. Wiele można na jej barki wrzucić. Nawet własne obowiązki zawodowe można na nią scedować. Po feralnym wieczorze na imprezie firmowej swego chłopaka – zaskakując samą siebie – przyjmuje propozycję szefa. Tym samym zostaje wysłana do podupadającej małomiasteczkowej firmy. Nie dość, że musi zrealizować bardzo ambitne wyzwanie zawodowe, to jeszcze zacząć wszystko od nowa. Czy jej się to uda? Czy na zawsze pozostanie tą samą Alicją ze stolicy?

Pełna ciepła opowieść o zaczynaniu od nowa” – opis wydawcy

To prawda. Z tym opisem wydawcy muszę się całkowicie zgodzić. Sama Alicja jako bohaterka da się lubić. Nie ma znaczenia jej imię. Takich Alicji w większych lub mniejszych miastach jest sporo, od zatrzęsienia.  Te Alicje mają inne imiona, inne twarze. Te Alicje są raz szczupłe, raz z nadwagą. Te Alicje są samotnymi singielkami lub żyjącymi w nieformalnych związkach. Te Alicje też są mężatkami, nierzadko z dziećmi. To Alicje dla innych, dla wszystkich wokół, nie dla siebie. Zawsze cieszy mnie jak kolejna Alicja postanawia „wziąć byka za rogi”, nawet jeśli jest postacią fikcyjną. Postanawia przestać godzić się na bylejakość. Przestać pracować za innych. Postanawia wreszcie przeżyć swoje życie! Taką Alicję spotkamy w tej książce. Alicję która dojrzewa, która dostrzega, że ma wokół siebie przyjaznych ludzi. Alicję, która dowiaduje się, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a lepsze jutro może przyjść znacznie wcześniej. Wcześniej, niż się tego spodziewała.

To historia o wszystkich Alicjach, które znamy. Historia pełna ciepła, zrozumienia innych. Historia o przyjaźni i miłości, która nie musi zawsze być najważniejsza. Też o miłości utraconej. Przede wszystkim jest to książka o miłości do samego/samej siebie. Tej miłości najważniejsze, by wreszcie zacząć żyć.  Alicje i nie tylko, czytajcie.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

 

„Kto czyni zło” Agnieszka Pietrzyk

KTO CZYNI ZŁO

  • Autor:AGNIESZKA PIETRZYK
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:424
  • Data premiery: 23.03.2020r.

Twórczość Agnieszki Pietrzyk jest mi znana. Jej wielką fanką zostałam po przeczytaniu Zostań w domu (wrrr…jeszcze teraz czuję dreszcze na same wspomnienie). Kolejna książka Nikt się nie dowie potwierdziła tylko, że stało się to nie bez powodu.

Policja XXI

Fabuła powieści koncentruje się wokół działań współczesnej policji. Akcja rozpoczyna się od brutalnego potraktowania przez policjantów młodego mężczyzny oskarżonego o kradzież. Kojarzy Wam się z czymś? Mnie tak. Mimo, że dla Uli Baranowskiej praca w policji była ucieleśnieniem wszelkich marzeń, Ula porzuca dotychczasowe stanowisko i zostaje prywatnym detektywem. Zaczyna działać na rzecz klientki, która twierdzi, że jest ofiarą prześladowcy. Jednocześnie pracując dodatkowo w jednym ze sklepów jubilerskim swego ojczyma. W jaki sposób Ula pogodzi śledztwo z pracą u ojczyma? Czy potrącenie przez samochód jej matki ma związek z prywatnym śledztwem?

Mocny początek i nie tylko

Po pierwsze to zwróciło moją uwagę. Początek kładzie się cieniem na całą późniejszą fabułę. Ciągle o tym początku pamiętałam. Podświadomie do niego wracałam. Jakby umysł chciał mi wskazać, gdzie to wszystko się zaczęło. Gdzie jest początek tego zła.

Spodobała mi się główna bohaterka, Urszula Baranowska, której wymarzone miejsce pracy przyniosło ogromny zawód. Kto mógłby pogodzić się z metodami śledczymi inspektora Juszczyk?  Tylko kolejny taki sam potwór, kolejny degenerat. Z jednej strony było mi jej żal, z drugiej cieszyłam się, że zaprotestowała, zareagowała. Zachowała się jak niemy świadek niechlubnych wydarzeń. Autorka przedstawiła Baranowską w bardzo ciekawy, niejednoznaczny sposób. Ula – lubię to zdrobnienie – nieidealna, bardzo kobieca. Mająca wydatne wady. Wikła się w intrygę, która Pietrzyk uknuła i skomplikowała, by czytelnika coraz to bardziej zaskakiwać, strona po stronie.

W trakcie czytania myślałam o tytule; kto czyni to zło? Kolejni bohaterowie, którzy odsłaniają mroczne tajemnicy i uzewnętrzniają własne dramaty. Skomplikowane i trudne relacje rodzinne. Trudne wybory, w których nie ma idealnej i oczywistej ostatecznej decyzji. Bardzo poruszył mnie wątek chciwości, na który zwróciła uwagę Pietrzyk. Ile jeszcze chcemy mieć? Ile jeszcze możemy mieć? Nie ma tu miejsca na pytania: ile możemy dać?, ile możemy poświęcić?

Zdecydowanie jestem stała w uczuciach. Dwie poprzednie powieści oceniłam 8/10, tym razem również należy się ósemka. Powieść spodobała mi się ze względu na przemyślaną, spinającą się od samego początku do samego końca fabułę, wielowątkowe łamigłówki oraz świetnie scharakteryzowane postaci. Kolejne wątki z pozoru nieistotne wzmagały tylko napięcie i motywowały mnie do jeszcze bardziej wytężonej lektury. Nie zawsze chcę w trakcie czytania odpocząć. W takim samym stopniu chcę przeżywać,  rozwiązywać i śledzić koleje losu. To wszystko dała mi ta książka.

Chcecie znaleźć odpowiedź na pytanie, kto czyni zło? Chcecie dowiedzieć się, gdzie jest jego początek i czy kiedykolwiek, ktokolwiek odnalazł jego koniec? Jeśli tak. Książka jest zdecydowania dla Was.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Małe wielkie sekrety” Magdalena Majcher

MAŁE WIELKIE SEKRETY

  • Autor: MAGDALENA MAJCHER
  • Seria: OSIEDLE POGODNE. TOM 4
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 24.03.2012r.

Razem z ostatnią rewelacyjną „Mocną więzią” (recenzja: klik) przeczytałam i zrecenzowałam dziewięć książek od @Magdalena Majcher. Pozostałe recenzje znajdziecie tu:  Życie oparte na kłamstwachPrawda przychodzi nieproszonaZnany szum morzaObcy powiew wiatru, Jeszcze jeden uśmiechW cieniu tamtych dniWszystkie pory uczuć. LatoZimny kolor nieba. Za mną dziesiąta książka tej autorki. Jest to kontynuacja cyklu Osiedle Pogodne. Czy również podzieli mój entuzjazm?

Otwórz drzwi kolejnego luksusowego domu!” – odpis wydawcy

Fabuła opiera się na losach kolejnych mieszkańców Osiedla Pogodnego. Osiedla strzeżonego, gdzie zakup lokalu nie jest na kieszeń każdego śmiertelnika. To również w takim miejscu również toczą się losy skrzywdzonych ludzi, zapomnianych rodziców i samotnie cierpiących. Na społeczność osiedla patrzymy z perspektywy Moniki i Marcina, mieszkańców czwartego osiedlowego domu. Monika, pragmatyczna, zdystansowana do wydarzeń osiedlowych, nieinteresująca się małymi skandalikami. Wszystko to wydaje się jej mało ważne, kompletnie nieistotne. Monika boryka się bowiem z codziennymi wyzwaniami. Wyzwaniami na miarę superbohaterki. Wyzwaniami związanymi z opieką nad niepełnosprawną, dwunastoletnią córką. Praca – córka – dom, fundacja  – córka – dom, czasem córka – córka – córka. Tak naprawdę Monika wypełnia funkcje obojga rodziców. Marcin jest jakby poza. Do czasu… Gdy Monika znika nagle rola Marcina się zmienia. Zmienia się diametralnie. Z jednej strony nie może się pogodzić z tym, że już jej nie ma. Próbuje odkryć co się stało, co ją do tego skłoniło, jaki miała powód, że porzuciła córkę którą do tej pory wspaniale się opiekowała. Z drugiej czuje się pokrzywdzony. Oto on, mężczyzna, partner, ojciec musi podołać jednocześnie roli i ojca, i matki. Robić to, co do tej pory robiła sama Monika. Przy czym Marcinowi wydaje się to ponad jego siły. Ponad jakiekolwiek ludzie siły.

Gdzie zaprowadzi bohaterów rozwiązanie zagadki? Czy jeszcze spotkają się w pół drogi? Czy zdołają stworzyć jeszcze rodzinę?

Światło w oknach

Zastanawialiście się spacerując wieczorem w wielkim mieście, co kryje się za świecącymi, maleńkimi kwadracikami? Kwadracikami, które są oknami. Oknami na świat. Ja myślę o tym nie raz. Zastanawiam się kim są ludzie. Co robią i jakie są ich plany. Częściej jednak myślę o tym, czy są szczęśliwi w tych blokach, w tych domach, za tymi nocnymi świetlikami. Magdalena Majcher idealnie trafiła więc z serią Pogodnego Osiedla w moje gusta.  W cyklu pokazuje rzeczywistość, różną, odmienną rzeczywistość. Rzeczywistość, która skonstruowana została przez tych, co się za tymi oknami ukrywają. Tym razem poszła o krok dalej. To nie sielankowa historia, jak to zresztą u Majcher. To dom, w którym jeden z partnerów obciążony jest niewiarygodnym obowiązkiem. Drugi natomiast żyje całkiem wygodnie. Problem społeczny pokazany w tej części dotyczy niesprawiedliwego podziału obowiązków. Coś z czym spotykamy się na co dzień. Problem ten nabiera znaczenia dodatkowo, gdy w domu jest niepełnosprawne dziecko.

Bardzo podoba mi się podjęta w powieści kwestia macierzyństwa. Czytałam o tym nie raz, przyznaję. Nie mam jednak nigdy tego dosyć. Niby o tym wiem, że nie każdy musi być super matką, że matka też ma prawo zawalczyć o siebie i realizować swoje marzenia, hobby. Niby wiem, a jednak jak o tym czytam czuję się wytłumaczona, czuję się ponownie zracjonalizowana, że chociaż wieczory chcę by były tylko moje. No, może moje i książek.

Książkę czyta się rewelacyjne. Zawsze chwaliłam styl Magdaleny Majcher. Tak jest i tym razem. Zakończenie mnie bardzo zaskoczyło. Spodziewałam się czegoś innego. To potwierdza kunszt pisarski autorki. Bądź co bądź przeczytałam już dziesięć książek, a jednak potrafiła mnie zaskoczyć. I to mi się niezmiernie podoba.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU PASCAL.

„Maski pośmiertne” Anna Rozenberg

MASKI POŚMIERTNE

  • Autor:ANNA ROZENBERG
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:10.03.2021r.

Moi dwaj lubiani autorzy kryminałów polecają tą pozycję, która miała premierę 10 marca br.@Marta Matyszczak pisze, że „Lepszego kryminalnego debiutu w 2021 roku nie przeczytacie.” @Robert Małecki (przypominam recenzję rewelacyjnej Zmory), że jest to „Świetna, ekspresyjna narracja, fachowy research i niepowtarzalny klimat brytyjskiego miasteczka …”. Sprawdzicie, czy opinie nie są przesadzone? Jeśli tak, to zapraszam.

Każdy z nas nosi maskę

Chyba zakładamy maski każdego dnia. Zakładamy z różnych powodów, gdy chcemy się komuś przypodobać, gdy nie chcemy nikogo urazić, gdy boimy się konsekwencji. Odgrywamy w życiu pewne role. Jesteśmy pracownikami, rodzicami, kolegami/koleżankami, dziećmi. A prawda jest gdzieś zawsze pośrodku. O jakich maskach myślała @Anna Rozenberg pisząc swą debiutancką powieść? Fabuła toczy się w typowo brytyjskim miasteczku Woking. Rzeczywistość brytyjska została tak świetnie oddana przez autorkę, że oczami wyobraźni widziałam niskie domki z cegły z murowanymi ogrodzeniami i typowo angielskie apartamentowce. Nietypowy jest główny bohater. To inspektor policji David Redfern pół Polak, pół Anglik, a raczej angielski Jamajczyk. O tym, że jego skóra ma inny kolor, niż typowo brytyjski zorientowałam się na 80 stronie. A to już o książce naprawdę dobrze świadczy. Nie dość, że pochodzenie nietypowe, to jeszcze potrafi mówić w języku polskim. Co momentami przysparza mu przyjaciół, a momentami wrogów. Najczęściej umiejętność ta powoduje duże zaskoczenie. To nie jedyny polski motyw. David rozpoczyna śledztwo w sprawie morderstwa, uwaga … dwójki Polaków, Bożeny i Mariusza Sokolińskich. On przyjechał na rozmowę o pracę do McLaren Technology Centre, ona mu towarzysza. Ale czy tylko? Jaki prawdziwy cel wizyty miała Bożena? Dlaczego interesowały ją losy polskich żołnierzy, którzy spoczęli na Brookwood Military Cemetery? Czy znalazła to czego szukała? Śledztwu nie pomaga osobista sytuacja Redferna, od niedawna w Woking. W aktualnym miejscu pracy pojawił się po śmiertelnym postrzeleniu swego byłego partnera Adriana Bones, brata byłej dziewczyny Patricii. Wybitnego i zdolnego śledczego u którego w pewnym momencie zdiagnozowano chorobę psychiczną, która powiodła go do zamachu w katedrze w Guildford. Śmierć Adriana staje pod znakiem zapytania, gdy w Dover wyłowiono ciało nieznanego mężczyzny, u którego znaleziono tabliczkę z nagrody policyjnej na nazwisko Redferna. David nie ma wątpliwości, wyłowione ciało to Adrian. Równolegle do morderstwa Sokolińskich, David próbuje się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się z Adrianem i kim jest osoba, która pozostawia mu takie wiadomości jak: „Odpuść”, „Masz ostatnią szansę” i „Nie zginęło Ci coś?”. David skrupulatnie bada, analizuje, czyta między wierszami, kluczy i sprawdza, czy coś mu nie umknęło. Rozszerza poszukiwania wiedząc, że „(..) śledztwo to nie film sensacyjny. (…) Zwykle to żmudna, mrówcza praca, a najczęściej irytujące czekanie”.

Czy to udany debiut?

Bardzo udany debiut. To oczywiście kwestia gustu. Ja jestem pewna, że jeśli pojawią się dalsze losy Davida Redferna będę je chciała prześledzić. Przede wszystkim głębokie ukłony dla autorki za: Osadzenie w powieści postaci autentycznej. Świadka tamtejszych wydarzeń. Mieszkającego w Woking Pana Pawła Jarząbka, którego historia została wpleciona w fikcję literacką.Prawdziwie poważny research. Zwrócenie uwagi czytelnika na obóz polski w Tweedsmuir i polskie groby w Brookwood. Te dowody trudnych, powojennych losów niezwykle wzbogaciły fabułę kryminalną. To cudownie, że autorka nie pokusiła się i nie stworzyła kolejnego kryminału, gdzie istotą było poszukiwanie mordercy. Cel powieści w tym przypadku tkwi gdzieś indziej, gdzieś głębiej, gdzie nikt o powierzchownym spojrzeniu nigdy nie zajrzy. Polsko – brytyjski misz masz. Niekoniecznie tak oczywisty, nawet jeśli się mieszka tak długo w Woking, jak sama autorka. Postaci dziadka Davida, samego Davida, czy innych Polaków nie są jednoznaczne. Trochę polscy, trochę brytyjscy. Tacy pośrodku. Nawet jeśli, jak Millerowie, czują się w pełni Brytyjczykami pewne okoliczności zmuszają ich na spojrzenie w kierunku Polski. Nagle ta polskość okazuje się ważna. Niezwykle trafne okazały się również spostrzeżenia Marty Sokolińskiej na temat brytyjskiej rzeczywistości. Jest tu trochę o „ekologicznym borderline”, nieocieplanych domach (potwierdzam sama byłam w Londynie i tej wilgoci w hotelu nie zapomnę), braku kultury gotowania itd. Zapewne to własne spostrzeżenia autorki i to mi się podoba. Ogromny szacunek dla starszych osób. Starsze osoby zobrazowane w książce zostały z należytą atencją. To nie staruszkowie, z których się śmiejemy, lub im współczujemy. To inteligentne osoby, z bogatymi przeżyciami, którym wiele mamy do zawdzięczenia i którzy wiele nam mają jeszcze do powiedzenia. To niezwykle bogate wewnętrznie postaci. To głownie Polacy, którzy znaleźli się w Wielkiej Brytanii po wojnie. Niekoniecznie otwartej i witającej ich z otwartymi ramionami. To Polacy często przez Anglików zapomniani. Anglików, za których wielu oddało swe życie. Sami bracia Biernat – Stanisław, Feliks i Lucjan – zostali opowiedziani z dużym zaangażowaniem i oddaniem. O takich ludziach i ich pogmatwanych losach warto zawsze czytać. Niedoskonałych bohaterów. Wielu z nich ma skazy. Sam Redfern cierpi na zmęczenie, stany depresyjne, które są wynikiem choroby immunologicznej. Linda, ambitna policjantka walcząca z własnymi demonami. Wspomniany Adrian Bones. Córka ofiar, przeżywająca żałobę w specyficzny sposób. Takich postaci w powieści jest sporo. Historyczną wartość. Nie zawsze udaje się z sukcesem wpleść historyczny wątek w kryminał. Tym razem Annie Rozenberg się to udało. Nie znudziłam się ani razu wątkami historycznymi, mimo, że momentami opowieści te toczyły się równolegle ze śledztwem. Mam świadomość, że nie każdemu się to podoba. Jako wnuczka walczącego z gen. Andresem we Włoszech polskiego żołnierza ze wzruszeniem czytałam o tym, co zdarzyło się siedemdziesiąt lat temu.  O tym, co ukształtowało powojenną polsko – brytyjską rzeczywistość. Wzruszyłam się czytając o niemym proteście Polaków przeciwko wizycie Chruszczowa i Bulganina w kwietniu 1956r. Ponad 20 tys. Polaków i innych emigrantów w niemym pochodzie podążało za Generałem Władysławem Andersem i Tadeuszem Borem-Komorowskim. „Niemy marsz tysięcy pozbawionych ojczyzny emigrantów politycznych miał przypomnieć politykom Zachodu, że zaakceptowana przez nich „żelazna kurtyna” nie drgnęła.” (źródło: Polityka). Mnie historycy tego nie nauczyli. Ech, nie ten rocznik. Ja o tym dowiedziałam się z „Masek pośmiertnych” i za tą wiedzę chapeau bas.

To jedna z tych książek, które powinniście przeczytać. 

Śledztwo może nie toczy się szybko, ale nie o to tu chodzi. Tu chodzi o człowieka. Człowieka z czasów teraźniejszych, dostosowanego do okoliczności, czasem odbiegającego od schematu. Człowieka z przeszłości, walczącego, honorowego, który nie zapomina. Tu nie chodzi o mordercę. Choć, on też człowiek… Reasumując ani Marta Matyszczak, ani Robert Małecki nie „zrobili mnie w konia”. Tą książkę naprawdę warto przeczytać.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Podróż za horyzont” Sabina Waszut

PODRÓŻ ZA HORYZONT

  • Autor:SABINA WASZUT
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Seria: EMIGRANCI. TOM 1
  • Liczba stron:296
  • Data premiery:10.03.2021r.
  • Moja ocena:6/10

 Z Sabiną Waszut spotkałam się przy okazji „Narzeczonej z getta” ocenionej przeze mnie wysoko (moja ocena 8/10, a całą recenzję znajdziecie tu: Narzeczona z getta) oraz cyklu opowiadań „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny” (recenzja tutaj: Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny). Z niecierpliwością czekałam na „zabranie” się za pierwszą część nowego cyklu „Emigranci”. Czy słusznie nie mogłam się doczekać? Sprawdźcie sami.

Wsiąść do pociągu byle jakiego” – (Maryla Rodowicz „Remedium”)

Dobrze starzy ludzie mówią, że trzeba na znaki patrzeć, bo one los człowieka potrafią przewidzieć i ostrzec, aby na złą drogę nie wchodził”.

„Podróż za horyzont Sabina Waszut

Wielokrotnie zastanawiałam się czy potrafiłabym rzucić wszystko i zacząć od nowa gdzieś, gdzie mnie oczy poniosą. Już raz tak zrobiłam przeprowadzając się z rodziną do stolicy. Nie jechałam jednak w nieznane. Wielokrotnie przed przeprowadzką w nowym miejscu byłam, oswajałam się. Zmieniłam tylko miasto. A co by było, gdybym musiała zmienić kraj, a tym samym klimat i kulturę? Poznawać na nowo tradycje i obyczaje? Co by było…. Niektórzy się o tym przekonali na własnej skórze. Jak to jest, udać się do odległego kraju, zaczynać wszystko od nowa będąc na czyjejś łasce. To rodzina Gajdów z Galicji, z początków ubiegłego wieku. Mamiona wyobrażenia relacjonowanymi przez werbistów, w tym osoby piastujące zawody zaufania publicznego, jak księża, nauczyciele, zdecydowała się porzucić podbocheńską wieś i udać się do Brazylii. Brazylii, której nazwy nawet prawidłowo nie umieli wypowiedzieć. Włodek i Hanna z trójką dzieci, Jurą, Marysią i Zenkiem wyruszyli w kilkudziesięciodniową podróż do ziemi obiecanej. Ziemi, mlekiem i miodem płynącą. Ziemi, gdzie finalnie dostali skrawek buszu, który musieli wpierw wykarczować. Najważniejszy w powieści nie okazał się jednak cel podróży. Najważniejsza okazała się sama podróż. Losy emigrantów. Losy wszystkich, których Gajdowie spotkali po drodze. Postaci szabrowników, współpasażerów, werbistów, złodziei i dobrych ludzi, pomagających w potrzebie. Mimo, że wszyscy przeżyli długą podróż, co nie było oczywiste, nie zaznali szczęścia. Po przyjeździe do Brazylii czekała na nich bieda, epidemia tyfusu i wielki, wielki smutek.

(…) w taką podróż chcę wyruszyć, tylko czy kiedyś się odważę?” – (Maryla Rodowicz „Remedium”)

Jak sama autorka pisze w „Do czytelnika” inspiracją do książki byli współcześni emigranci. Do Niemiec z lat osiemdziesiątych, do Wielkiej Brytanii z lat dwutysięcznych. Polacy porzucający swój własny kraj, by szukać lepszego życia. Ja wiem, że w taką podróż nie chciałabym wyruszyć, raczej się nigdy nie odważę. Nie zawsze na końcu znajduje się kociołek złota, jak na końcu tęczy. Autorka odzwierciedliła wiernie trudne losy polskich emigrantów, niepiśmiennych, zdanych na los innych, nawet tych, co chcą ich wykorzystać. Bardzo dobrze odzwierciedliła ówczesną Galicję i relacje w niej panujące. Wartością dodaną jest postać ks. Karola Dworaczka, prawdziwego bytomskiego duszpasterza, który pełnił posługę kapłańską w dalekiej Brazylii. Czy ks. Karol Dworaczek był taki jak opisany w powieści? Nie mam pewności. Wierzę, że był dobrym człowiekiem. Jakich ostatecznie Gajdowie spotkali wielu.

To książka o poszukiwaniu sensu życia, zaczynaniu na nowo. To książka o trudnych losach, niespełnionych marzeniach i troskach. Książka smutna, nostalgiczna. Momentami przepełniona nadzieją, ogromną nadzieją, że wszystko będzie dobrze, że może być tylko lepiej.  

Lubię książki historyczne. W tej, zabrakło mi trochę polotu, dynamiczności. Momentami snułam się wzrokiem po kolejnych stronach książki, nie mogąc się doczekać kolejnej strony, licząc, że wydarzenia będą bardziej ciekawe. Jest to jednak powieść spójna i mocno realistyczna. Dla wszystkich marzycieli, dla wszystkich emigrantów, dla wszystkich wielbicieli pióra Sabiny Waszut.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Barwy Mazur” Małgorzata Manelska

BARWY MAZUR

  • Autor:MAŁGORZATA MANELSKA
  • Wydawnictwo: WasPos
  • Seria: ZAPACH MAZUR. TOM 2
  • Liczba stron: 358
  • Data premiery:19.03.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 03.06.2019r.
  • Moja ocena:7/10

Na szczęście dla mnie, drugi tom cyklu Zapachu Mazur także doczekał się w tym roku wznowienia. Gdyby nie to, nie zaczytałabym się w historię Julki, Gertrudy, Elzy, Krzysztofa, Anny, Wernera i innych mieszkańców mazurskich Barwin. A tak, spędziłam cudownie czas rozkoszując się lekcją historii od środka. Historii z perspektywy Gertrudy, historii z perspektywy Anny, którym dane „przyszło żyć w świecie nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka”. Recenzja pierwszej części cyklu już na blogu. Teraz kolej na drugą część.

Kiedy wrócą ptaki do mazurskich gniazd” – „Wróćmy na jeziora” Czerwone Gitary

Zastanawiałam się, co będzie, jak wrócę w tą mazurską rzeczywistość, jak te ptaki do mazurskich gniazd.  Napiszę krótko, to co zastałam najlepiej opisuje cytat:

(…) życie może wyglądać inaczej, bardziej kolorowo. Trzeba tylko znaleźć dobrych ludzi i otoczyć się nimi jak niewidzialną nicią wzajemnych relacji. Dając skrawek serca innym, nietrudno to serce otrzymać w zamian. Inne, ale tak samo gorące i dobre. Te wszystkie serca, relacje, przyjaźnie trzeba pielęgnować i dbać o nie, żeby przynosiły radość i ukojenie dnia codziennego, powszechnych udręk, kłopotów i rozterek”.

I o tych sercach, przyjaźniach, nowych i odbudowanych więziach jest ta książka.

Tym razem życie Julki na Mazurach toczy się swoim utartym rytmem. Trwa w związku z Krzysztofem, spędza jak najwięcej czasu z Trudą, wiekową babcią jej byłego męża. Od czasu do czasu odgrywa kluczową rolę w odbudowywaniu relacji w rodzinie, dawno temu zwaśnionej. Poznajemy historię byłego męża Julki, Artura. Małgorzata Manelska opowiada jego dziedzictwo, kreśląc przed nami losy jego matki i losy jego ojca. Wraz z Julką i Trudą odwiedzamy Hamburg, w którym mieszka siostra Gertrudy, Anna. Obowiązki urzędniczki gminnej popychają zaś Julkę w stronę domostwa siostry męża Trudy, Helgi Skowronkowej. Ile wydarzeń, ile wrażeń smutnych i szczęśliwych opisuje autorka w drugiej części cyklu Zapach Mazur? Bez liku. Wierzcie mi, bez liku.  Małgorzata Manelska jest wierna sprawdzonej strukturze. Książka pisana jest w trzeciej osobie. Skonstruowana jest z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Tym razem autorka rzuciła koło ratunkowe swoim czytelnikom, dodatkowo zamieszczając przy rozdziałach podtytuły. Stąd wiemy, gdzie i kiedy dzieje się akcja. Czy to wydarzenia współczesne, czy wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat, z okresu wojny i jej końca, gdy Mazury były częścią Prus Wschodnich? Orientujemy się bez problemu. Nie tylko ptaki powracają do mazurskich gniazd, ja także z chęcią powróciłam do zawiłych losów mieszkańców Mazur.  

Zostań tu, noc śpi w szuwarach, pieśni słucha las” – „Wróćmy na jeziora” Czerwone Gitary

Rzadko zdarza mi się czytać dwie kolejne książki tego samego cyklu z rzędu. Udało mi się tym razem. Nie żałuję. Po zakończeniu „Zapachu Mazur” płynnie przeszłam do śledzenia dalszych losów głównych bohaterek. W tej części autorka rozszerzyła trochę koncepcję. Spogląda na losy wojenne i powojenne oczami nie tylko Gertrudy Skrockiej, lecz również jej siostry Anny zakochanej w niemieckim żołnierzu, któremu zawdzięcza życie. Gdzieniegdzie fabułę ubarwiły koleje losów Elzy. Szczególnie warta uwagi była jej podróż w kierunku Zalewu Wiślańskiego wraz z pozostałą ludnością cywilną uciekającą przed Armią Czerwoną naciągającą z drugiej strony. Elzie ucieczka się nie udała. A jak skończyła się dla innych jej uczestników, to dowiecie się z książki. Bardzo dobrym zabiegiem było wprowadzenie do fabuły Helgi i Augusta Skowronków. Siostry męża Gertrudy i jej męża. Dzięki stuletnim staruszkom poznałam mowę mazurską. Dialogi w tej formie są nieocenione. Dialekt ten żadnego mi nie przypomina. Ani to śląski, ani góralski, ani kaszubski. Jest to mowa już w większości archaiczna, mimo, że od 2015 lokalne środowiska próbują rozpowszechniać ją wśród Mazurów. Rzut okiem na wikipedię i dowiedziałam się, że „Gwara mazurska, była używana na terenie Prus Książęcych przez polskich osadników (chłopów i szlachtę) głównie z terenu północnego Mazowsza (którzy zasiedlili ten teren od XIV w.), aż do końca XVIII w. kształtowała się pod wpływem literackiego języka polskiego, który był praktycznie jedynym językiem oświaty i literatury religijnej aż do lat 30. XIX w. W gwarze mazurskiej tamtego okresu istniały nieliczne zapożyczenia (głównie leksykalne) z języka pruskiego i języka niemieckiego i dlatego też zalicza się ją do tzw. nowszych dialektów mieszanych” (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Gwara_mazurska ). Trudno rozeznać znaczenie słów w tej gwarze bez przypisów, które dla mnie okazały się nieocenione. To jest dodatkowa wartość tej części. Dość, że autorka skutecznie opisuje barwy Mazur, to jeszcze wprowadza nas w tajniki dialektu mazurskiego, o którym istnieniu nawet nie miałam pojęcia.

To część głównie o kobietach. A ja o kobietach uwielbiam czytać. Dlatego książkę przeczytałam w kilka godzin. I nie był to czas zmarnowany, o nie! Kobiety w tej części są zmotywowane, młode. Starają się ułożyć sobie życie po trudnych wojennych doświadczeniach. Mimo, że nie zapominają, starają się być ponad to, co im się przytrafiło. Ponad wszystkie krzywdy. One po prostu chcą kochać i być kochane. Chcą tworzyć nowy świat, wiedząc, że bez nowych rodzin tego nie uczynią. Życie musi toczyć się dalej. Koło życia musi trwać. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.  To „przedwojenne egzemplarze”, które swoim życiem dały świadectwo wiary, mocnego kręgosłupa moralnego, patriotycznej pamięci narodowej, a także przywiązania do ziemi. Nieważne czy ziemi niemieckiej, czy polskiej. Ich ziemi, mazurskiej.

Jeśli pragniecie zanurzyć się w historię Trudy, Elzy czy Anny obfitą we wstrząsające dzieje wypełnione niesprawiedliwymi zbrodniami na wysiedleńcach, lecz ciekawie opowiedzianą przez same zainteresowane, nie zastanawiajcie się, łapcie za książkę. Nie odkładajcie decyzji na później. Pamiętajcie, „później” może nie nadejść. Na trzecią część, która ma się ukazać w roku 2021 czekam z niecierpliwością.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WasPos.

„Zapach Mazur” Małgorzata Manelska

ZAPACH MAZUR

  • Autor:MAŁGORZATA MANELSKA
  • Wydawnictwo: WasPos
  • Seria: ZAPACH MAZUR. TOM 1
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery:19.03.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 31.05.2018r.
  • Moja ocena:7/10

„(…) niespodzianki, bywają niespodziewane! (…) Czasem układają nasze rozsypane życie w całość, ale też czasem zupełnie je rozpraszają”.

„Zapach Mazur” Małgorzata Manelska

Są takie książki, w których akcja i fabuła jest kwestią drugoplanową. Ważną, ale nie najważniejszą. Liczy się sama przyjemność czytania. I ta książka taką okazała się dla mnie.  Dzięki drugiemu wydaniu „Zapachu Mazur” Małgorzaty Manelskiej Wydawnictwa WasPos, prawie poczułam jak pachną Mazury, te współczesne i te sprzed siedemdziesięciu lat.

(…) na Mazury, gdzie wiatr zimny wieje” – Fragment tekstu piosenki żeglarskiej „Na Mazury”

Małgorzata Manelska zabrała mnie w mazurską podróż kreując losy Julianny. Kobiety po przejściach, samotnej rozwódki, pracownicy urzędu miejskiego. Julkę obserwowałam oczami narratora. Książka pisana jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Już na początku dowiedziałam się, że główna bohaterka została porzucona przez męża Artura, który po wyjeździe do pracy w Holandii ułożył tam sobie życie na nowo. Julka dotychczas samotnie wychowująca syna – Maćka w pewnym momencie oddała syna pod opiekę jego ojca licząc, że kontakt z nim pozwoli mu na ułożenie sobie dobrego życia, przełamanie złej nastoletniej passy. Nie mając żadnych relacji z byłym mężem została poproszona o zatroszczenie się o jego babcię, Gertrudę Skrocką, z którą nigdy nie miała kontaktu i nie wiedziała o jej istnieniu. Wiedziona poczuciem obowiązku Julka udaje się do Barwin, mazurskiej wsi, w której mieszka dziewięćdziesięcioletnia babcia, z pochodzenia Niemka. Szybko pomiędzy dwoma samotnymi kobietami rodzi się przyjaźń i silna więź. Dzięki tej więzi Julka odkrywa tajemnice rodzinne i zawiłe losy Gertrudy oraz jej przyjaciół, mieszkańców ówczesnych Prus Wschodnich. Oprócz pokręconych losów wojennych i powojennych, Julka odkrywa coś jeszcze. Odkrywa siebie w nowym miejscu, w Barwinach, gdzie zmuszona była zacząć wszystko od nowa. Czy nowe przyjaźnie ubarwią jej samotne życie? Jak odnajdzie się „miastowa” w rzeczywistości polskiej, mazurskiej wsi? Czy czas naprawdę leczy rany? Czy ze znajomości z Wojtkiem lub Krzysztofem zrodzi się coś poważnego? Czy po latach samotności Julka odnajdzie miłość? Ciiii….tego Wam nie zdradzę.

(…) Hej, Mazury, jak wy cudne!…” – Fragment tekstu piosenki żeglarskiej „Mazury”

Faktycznie, Mazury opisane piórem Małgorzaty Manelskiej są naprawdę piękne. Czytając kolejne strony powieści prawie widziałam leśne runo w mazurskich lasach, słuchałam ryków jeleni w okresie godowym, patrzyłam na lazur jezior. Oczami wyobraźni widziałam topografię wsi Barwiny, ze szczególną czcią przyglądałam się zagrodzie Gertrudy. Bohaterki są dwie. Jest Julka, której życie toczy się współcześnie. Tak naprawdę, nie wiemy kiedy. Autorka tego nie zdradza. Dzięki użytemu sformułowaniu w stosunku do czasoprzestrzeni wojny „siedemdziesiąt lat” domniemuję, że teraźniejszość to lata po dwutysięcznym piętnastym roku. Nic w życiu Julki nie jest takie samo po poznaniu Gertrudy. Najpierw traci mieszkanie, o które upomniał się jej były mąż (Dlaczego!? Dlaczego o nie nie walczyła, tylko oddała je bez walki?!), potem rozpoczyna życie na nowo w zapomnianej mazurskiej wsi, wśród jej mieszkańców. Drugą bohaterką jest Gertruda. Silna, niezmordowana, wytrwała następczyni mieszkańców Prus Wschodnich, Niemka, która snując swą opowieść przenosi nas w lata wojennej zawieruchy. Przenosi nas do czasów, gdy za swastykę ginęli Niemcy, w tym jej bracia. Przenosi nas do czasów, gdy na polskich i niemieckich wsiach zostawały zwykle kobiety. Przenosi nas do czasów, gdzie Niemcom na roli pomagali polscy przymusowi robotnicy. Przenosi nas do czasów, gdzie rosyjskojęzyczni wyzwoleńcy przechodzili przez Polskę jak szarańcza, niszcząc wszystko i wszystkich, których spotkali po drodze. Przenosi nas do czasów, gdzie ojciec wolał zabić swoją rodzinę, niż zostawić ją na pastwę wyzwalających nas Rosjan. Przenosi nas wreszcie do czasów, gdzie kobiety młode i stare, kilkuletnie dziewczynki uciekając przed gwałtami i bezsensowną śmiercią przebywały w lasach, ziemiankach wydrążonych na polach lub w jeziorach po pas zanurzone w wodzie. Przenosi nas wreszcie do czasów, w których przeżyła, w których inni też przeżyli tworząc nową historię, powojenną historię. Czasem równie skomplikowaną. Nieraz słyszałam „Ruscy byli gorsi od Niemców”. Nie mogłam tego zrozumieć, tak samo jak i autorka wychowana na „Czterech pancernych i psie”. Z relacji wszystkich, którzy przeżyli czy na Mazurach, czy na Mazowszu, czy na Śląsku przemarsz Armii Czerwonej, jawił się tylko jeden obraz. Obraz bezlitosnych, zapijaczonych, agresywnych, grabiących wszystko Rosjan, przed którymi trzeba było się uchronić. Przed którymi trzeba było uciekać. I o tych też jest ta książka. O tych, który byli źli – najeźdźcach i o tych, którzy byli jeszcze gorsi – naszych wyzwoleńcach. Niezwykle podoba mi się więź Gertrudy i Julki. Nie wnuczki, przecież Julka rozwiodła się z jej wnukiem dawno temu, ale kobiety, z którą przypadkiem zetknął ją los. Taka sama więź została przez autorkę opisana pomiędzy Gertrudą a jej przyjaciółką z młodości Elzą. To przyjaźń na całe życie. Przyjaźń zrodzona w czasach pokoju, która przeszła niezwykłą próbę w czasie wojny i przetrwała siedemdziesiąt lat po niej. Przyjaźń, którą nie spotykamy na co dzień. Przyjaźń, którą trzeba wyszarpywać z naszej codzienności pazurami, poświęcając jej jak najwięcej czasu. Bo przyjaźń sama o siebie nie zadba. I o tym też jest ta książka. Spodziewałam się większych emocji w relacji Julki z jej aktualnym adoratorem. Mężczyzną honorowym, delikatnym, oddanym i pracowitym. Wydawało mi się, że dodanie większego romantyzmu do tej rodzącej się relacji, ubogaci i rozhuśta fabułę wpuszczając w nią więcej promieni słonecznych. Fabułę momentami smutną i przygnębiającą, jednak bardzo dojrzałą.  Tego mi tylko brakowało.

Nie znalazłam w powieści luk, niedociągnięć, niedopowiedzeń. Każdy wątek został należycie opisany i rozwinięty. Każdy zapach kompleksowo opisany. Dzięki temu ta książka jest taka prawdziwa. Dzięki temu ta historia jest taka prawdziwa. Dzięki temu bohaterowie dają się lubić. Nawet ci wiejscy pijaczkowie, przystający przy sklepie wiejskim. A to jest ogromna wartość prozy!

Na marginesie, mam nieodparte wrażenie, że ostatnimi czasy poznaję tylko zdolne polskie autorki. Skąd one się biorą? Matka, żona, pracująca z niepełnosprawnymi dziećmi a przede wszystkim kobieta. Bardzo zdolna i nowo poznana przeze mnie kobieta, pisarka – Małgorzata Manelska. Proszę pozwolić się przywitać. To wielki zaszczyt. Dzień dobry Pani Małgorzato!

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WasPos.

„Zabójcza przyjaźń” Alice Feeney

ZABÓJCZA PRZYJAŹŃ

  • Autor:ALICE FEENEY
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery:10.03.2021r.
  • Moja ocena:8/10

Cisza to moja ulubiona symfonia; kiedy życie robi się za głośne, nie mogę myśleć.”

„Zabójcza przyjaźń” Alice Feeney

Dzisiaj chciałam Wam przybliżyć Alice Feeney i jej brytyjski bestseller! Na okładce jej najnowszej powieści „Zabójcza przyjaźń” przeczytałam opinię „Przy tej historii blednie nawet Zaginiona dziewczyna”. Zaintrygowało mnie to. Bądź co bądź „Zaginiona dziewczyna” to świetna książka. Wiedząc, że Alice Feeney zanim została autorką poczytnych książek była przez kilkanaście lat producentem i dziennikarzem BBC, nie zdziwił mnie wątek dziennikarski w książce.

On, Ona i…. Ono

On – Jack Harpernadkomisarz policji w Blackdown, do którego przeniósł się po rozwodzie z Nią. Idylliczna okolica zamieniła się w sceny zbrodni, jak z najlepszego serialu kryminalnego. Wśród schludnych ogródków, ładnych, zadbanych wiktoriańskich domków otoczonych porośniętym mchem kamiennymi murkami, czai się wyrafinowany morderca, który realizuje swój morderczy plan. Pierwszą jego ofiarą staje się Rachel Hopkins, z którą Jack miał trwający kilka miesięcy niezobowiązujący romans. Notabene widział się z nią w nocy, w której została zamordowana. On znał pierwszą ofiarę.

Ona – Anna Andrews, Jego była żona. Aktualnie reporterka, do niedawna lubiana prezenterka wiadomości BBC zastępująca gwiazdę na urlopie macierzyńskim. Wracająca do miasteczka rodzinnego Blackdown z powodu morderstwa. Przyjaźniła się z pierwszą ofiarą, Rachel w miejscowej szkole średniej. Cztery nastoletnie muszkieterki: Ona, Rachel Hopkins, Helen Wang, Zoe Harper i czasem jak  D’Artagnan zapraszana do grupy Cahterine Kelly. Ona znała pierwszą ofiarę.

Ono – Charlotte, taka „malutka i doskonała”. Pojawiła się w życiu Jego i Jej na chwilę. Zostawiając ogromną wyrwę w ich sercach. Ono nie znało pierwszej ofiary.

Po pierwszym morderstwie Jack rozpoczyna śledztwo, w którym jest jak dziecko we mgle. Majtki ofiary w jego schowku w samochodzie, obcięte ofierze paznokcie w jego opakowaniu miętówek, telefon i buty zabrane z miejsca zbrodni w jego samochodzie. On może być mordercą.  On jest wodzony za nos. On nie potrafi przeciwdziałać kolejnemu morderstwu. W tym czasie Ona odsunięta od prowadzenia wiadomości z powodu powrotu zastępowanej prezenterki, wraca do pracy w terenie. Pech chce, że już w pierwszym reportażu musi pracować ze swoim byłym mężem, Jackiem. Dziwnym trafem pojawia się wszędzie, gdzie dochodzi do morderstwa. Sama ma na sobie bransoletkę przyjaźni, która znajdowana jest w ustach każdej kolejnej ofiary. Odbiera anonimowe telefony z informacją o kolejnych zwłokach. Jest pierwsza na miejscu zbrodni, co wykorzystuje w swoich kolejnych reportażach. Ona może być mordercą. Ona nie czuje się zagrożona. Czy miejscowa policja poradzi sobie ze śledztwem, w którym giną kolejne kobiety? Jedna po drugiej: prezeska charytatywnej fundacji, dyrektorka miejscowego liceum, żyjąca z rękodzieła matka wychowująca samotnie córkę. Morderca zdaje się być nie o krok a o trzy kroki do przodu.

Jednym słowem rewelacyjna!

Ogromnym plusem książki jest narracja. Prowadzona w pierwszej osobie liczby pojedynczej, z perspektywy Jej i Jego.  Tak też nazwane są rozdziały. Te same wydarzenia, okoliczności, widoki widziane oczami Anny i Jacka. Te same wspomnienia, emocje i uczucia tłumaczone z perspektywy kobiety i mężczyzny. Ciekawy zabieg powodujący, że książkę czyta się szybko i z pasją. Rozdziały poprzeplatane są wyznaniami mordercy, który jakby się tłumaczył ze swoich motywacji pisząc list do czytelnika. Ani wyznania, ani kolejne odkrycia w śledztwie nie przybliżyły mnie do wykrycia sprawcy. Momentami wybór wydawał mi się oczywisty, tylko po to, by po chwili dowiedzieć się, że się myliłam.  Autorka dotknęła w swojej powieści ważnych zagadnień. Mimo, że jest to thriller z rozbudowanym wątkiem kryminalnym, to Alice Feeney podjęła ważne wątki społeczne. Po pierwsze alkoholizm z pozoru kontrolowany. Anna i nie tylko, to taka „inteligentna alkoholiczka”. Mająca zawsze przy sobie małpkę alkoholu, rzadko lub prawie nigdy zasypiająca trzeźwa. Anna dziennie efektywnie wykonuje swoje zawodowe obowiązki. Alkoholizm, który nie niszczy życia zawodowego, to jednak przede wszystkim alkoholizm. Feeney pokazuje, że mimo, iż pijący nie są jeszcze na dnie, mają duży problem. Problem, który powinien być rozwiązany. Po drugie żałoba po straconym dziecku. Żałoba, która nigdy się nie kończy. Autorka udowadnia, że jest to strata, z którą nie potrafią sobie poradzić rodzice. Rodzice popadający w nałogi, nic nieznaczące romanse, obwiniający się wzajemnie, rozwodzący się nie potrafiąc pogodzić się ze stratą, układający sobie życie z kolejnymi kobietami i kolejnymi dziećmi, niekoniecznie swoimi. Chapeau bas, że autorka nie pokusiła się o zaserwowanie nam recepty, jak poradzić sobie z takim bólem. To naprawdę dobrze, że nie uległa tej pokusie. W ten sposób zostawiła temat niezamknięty, nieprzegadany. To jest zdecydowanie lepsze podejście. Po trzecie przemoc wśród nastolatków. Przemoc, która naznacza życie do końca. Alice Feeney opisała mechanizm przemocowy stosowany przez wielu chłopców, i wiele dziewcząt. Mechanizm doprowadzający do uzależnienia ofiary od sprawcy przemocy. Ofiara ciągle próbuje, ciągle wierzy, że jej oprawca nie jest to końca zły, że wszystko co się wydarza jest pomyłką i tak naprawdę miało inny wydźwięk. Ofiara ciągle tłumaczy oprawcę. Ofiara ciągle wierzy, że oprawca chce dla niej dobrze, chce się z nią przyjaźnić, żywi do niej prawdziwe uczucia. Ofiara ciągle ufa oprawcy, który ten to zaufanie wykorzystuje zadając kolejne ciosy. To ważny temat. Najważniejsze, by był on zawsze dla nas przestrogą. Ostrzeżeniem, że na takie zachowanie nie powinno być nigdy zgody. Bo potem może być tylko za późno, o wiele za późno…

 Zapałałam prawie miłością do postaci drugoplanowej jaką jest wydawca BBC, szef Anny, nazywany przez pracowników Chudym Zawiadowcą jak z bajki „Tomek i przyjaciele”, którą uwielbiałam oglądać z dziećmi. Jak sama autorka pisze to „(…) mały człowiek uwięziony w wysokim ciele. Ponadto ma wadę wymowy – nie jest w stanie wymówić „r” i przez to nikt w redakcji nie traktuje go serio”. . Serio, serio. Sama go nie traktowałam poważnie. Jak traktować kogoś poważnie, kto mówi „Czy choć łaz ktoś inny mógłby odebłać ten cholełny telefon” To napławdę nie jest takie tłudne, i nikt tu nie łobi tego na tyle często, żeby nabawić się ułazu”. Czytając tę i podobne kwestie podśmiewałam się pod nosem, bo jak tu nie zrobić, czy raczej złobić: hihihi.

Do samego końca nie byłam pewna kto jest sprawcą. Momentami, dla mnie wszyscy wydawali się podejrzani. „Zabójcza przyjaźń” przyniosła mi wiele wrażeń, mimo, że nie przekonała mnie do siebie współpracowniczka Jacka. To według mnie była jedyna słaba postać opisana przez Feeney. Książka miała w sobie wszystkie cechy thrillera, które cenię w tym gatunku; fabuła jest logiczna i przemyślana, akcja zajmująca, postaci świeże. Dlatego z czystym sumieniem polecam Wam po nią sięgnąć. Jeśli tego nie zrobicie, ominie Was naprawdę dobra proza.

 Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU W.A.B.