„Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” Michaleen Doucleff

JAK BEZ NAPIĘĆ WYCHOWAĆ PEWNE SIEBIE DZIECKO

  • Autorka: MICHALEEN DOUCLEFF
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 21.09.2022r.
  • Data premiery światowej: 8.03.2022r.

Michaeleen Doucleff ma doktorat z chemii na Uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii, magisterkę winiarstwa i enologii na Uniwersytecie Kalifornijskim, a także licencjat z biologii. Czym jest enologia? Już spieszę wytłumaczyć; to nauka zajmująca się kwestiami związanymi z produkcją wina😉. Kobieta orkiestra można by rzec. Żadna tam psycholożka, psychoterapeutka i specjalistka z dziedziny psychiatrii. Doucleff to biolożka (tylko na szczeblu licencjackim), chemiczka i specjalistka od win. Nie ukrywam więc, że do książki, która  stała się bestsellerem za Oceanem pt. „Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” od @wydawnictwo.muza.sa debiutującej w dniu 21 września br.  (oryginalny tytuł: „Hunt, Gather, Parent: What Ancient Cultures Can Teach Us About the Lost Art of Raising Happy, Helpful Little Humans”) podeszłam z lekkim rozbawieniem i niedowierzaniem. Po pierwsze z powodu tytułu😉. Jako matka z kilkunastoletnim stażem zestawienie w jednym zdaniu czasownika „wychować” i rzeczownika „dziecko” wyklucza sformułowanie „bez napięć”. Od wieków wiadomo, że dzieci walczą z rodzicami, a rodzice – często całkowicie nieświadomie – z dziećmi. Bez napięć obyć się więc nie sposób, choćbyśmy nie wiadomo jak się starali. Po drugie osoba autorki. Rozumiem jej doświadczenie w wychowaniu dzieci. Rozumiem jej spostrzeżenia, które stały się kanwą poradnika, a które zdobyła w trakcie podróży na trzy kontynenty ze swoją 3-letnią córką Rosy. Całkowicie rozumiem, że dzieci obcowaniu z rodzinami Majów, Inuitów i Hadzabe zrozumiała, że można efektywnie motywować dzieci do współuczestniczenia w życiu codziennym i rodzinnym, a także dzięki temu budować pewność siebie i ich samowystarczalność. Ale przecież to prawdy znane nie od dziś. To doświadczenia wszystkich matek przed nami niekoniecznie z tych odległych zakątków świata. Wystarczy zapytać nasze matki😊.

Poradnik jest zbiorem doświadczeń Autorki zaczerpniętych z innych społeczności, a także z własnego życia. To skomasowany zestaw konkretnych przykładów  z życia codziennego, z którymi stykają się najpewniej wszyscy rodzice na świecie. Zawiera również pewne ciekawostki związane z życiem wspólnot, w których Michaleen Doucleff gościła i wiedzy, którą dzięki temu zdobyła. Do tego egzotyczna kultura i obyczaje Majów, plemienia Hadza i Inuitów dodają książce wyjątkowości. O wychowaniu według tych przedstawicieli społeczeństwa jeszcze nie czytałam i to stanowi wartość dodaną poradnika. W pozostałym zakresie książkę cechują złote myśli związane z wychowywaniem dzieci. Dla mnie, całkowicie nie odkrywcze. Autorka zwraca uwagę na odpowiedzialność dzieci w gospodarowaniu domem, na ich samodzielność. Każe nam, rodzicom dawać przestrzeń dzieciom, w której sami się sprawdzą, a dzięki temu zdobędą cenne doświadczenie. Zwraca uwagę na nieskuteczność metod wychowawczych opartych na nadzorowaniu, wskazywaniu drogi i pilnowaniu, by dziecko pokonywało każdy jej fragment. Podaje, jak na tacy, przykłady z życia i sposoby radzenia sobie z nimi. Pokazuje jak radzić sobie z gniewem u dzieci, stresem i brakiem motywacji.

Długo szukałam, co takiego jest odkrywczego w książce, że stała się bestsellerem New York Times’a. nawet przesłuchałam treści zaprezentowane w podcastach jak niżej.
Dowiedz się więcej tutaj: https://lnkd.in/g3KrpZNT
Posłuchaj lub obejrzyj poniżej:
Apple Podcasts – https://lnkd.in/g9hmsCJb
Spotify – https://lnkd.in/gSeGQECk
YouTube – https://lnkd.in/gqNMg6Dm

I niestety. Nie odnalazłam odpowiedzi na zagraniczny fenomen. Dla mnie „Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” to zbiór oczywistych prawd, do których wcześniej, czy później dochodzi każdy myślący i uczący się na swoich oraz innych błędach rodzic. Możliwe, że motywowanie dzieci do odpowiedzialności za wspólne gospodarstwo domowe, za robienie zakupów, za gotowanie i za sprzątanie jest czymś odkrywczych dla Ameryki. Dla nas Polaków niekoniecznie. Wszak obowiązki te od lat sześćdziesiątych zapisane zostały w art. 91 § 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (Dz.U.2020.0.1359 – Ustawa z dnia 25 lutego 1964 r. – Kodeks rodzinny i opiekuńczy z późn. zm.).

„Art. 91. Obowiązki dziecka mieszkającego u rodziców
§ 2. Dziecko, które pozostaje na utrzymaniu rodziców i mieszka u nich, jest obowiązane pomagać im we wspólnym gospodarstwie.”

Stwierdzam, będąc bardziej przekorną, że nie trzeba odwiedzić Majów, Innuitów, czy inne rzadkie plemiona, by dojść do oczywistej prawdy, że tylko odpowiedzialne za wspólne życie dziecko wyrośnie na odpowiedzialnego, młodego człowieka, będącego wartością dodaną dla społeczeństwa.

Przyjemnie czytało mi się fragmenty związane z radzeniem sobie z emocjami. Chociaż będąc po lekturze „Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje” Olgi Daligi (recenzja na klik) mogłabym praktycznie te części pominąć. Walorem poradnika są urywki pokazujące życie, obyczaje i kulturę społeczności, do których Michaleen Doucleff zawitała. Tak, ta podróżnicza atmosfera i klimat uratowała lekturę. Gdyby nie osadzenie akcji i doświadczeń w tak ciekawym i atrakcyjnym dla mnie otoczeniu, czas spędzony z lekturą uważałabym za stracony😉.

Mam problem z oceną tej książki. Zdarza mi się to często, gdy czytam poradniki, którymi zachwycili się Amerykanie. Zapewne wynika to z różnic kulturowych i całkiem odmiennych doświadczeń życiowych. Pod kątem popularnonaukowym lektura nie jest dla mnie wartością dodaną. Pod kątem globtroterskim, poznawania kultury Majów, plemienia Hadza i Inuitów jest ciekawym doświadczeniem. I jeżeli lubicie takie klimaty poznawcze, to „Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” Michaleen Doucleff jest zdecydowanie dla Was.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z poradnikiem bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje” Olga Daliga

JAK ROZUMIEĆ, NAZYWAĆ I REGULOWAĆ SWOJE EMOCJE

  • Autorka: OLGA DALIGA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery: 21.09.2022r.

Trudno jest mówić o emocjach. Musimy tego uczyć się całe życie. Zwykle mówienie o emocjach zastępujemy kłótniami, atakami na drugą osobę, zbędnymi sprzeczkami i zamykaniem się. Jakby nam trudno było się przyznać do złych emocji.

@wydawnictwo.muza.sa w dniu 21 września br. ulokowało na półkach księgarskich poradnik zatytułowany „Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje”. Jego autorką jest Olga Daliga, psycholożka i mediatorka prowadząca https://psychoinspiracje.pl/blog/ . Sama Autorka o sobie mówi, że „Jakość, którą mogę się z Tobą podzielić, jest oparta na wiedzy merytorycznej wyniesionej ze studiów, różnych kursów, wykładów i warsztatów oraz wielogodzinnej pracy praktycznej z pacjentami mierzącymi się z różnymi trudnościami.” (źródło: https://psychoinspiracje.pl/o-mnie/ z dnia 25.09.2022r.) Mam więc nadzieję, że książka spełni finalnie moje oczekiwania, co do jakości. Wszak Pani Daliga dała mi pewną obietnicę. Zawarłyśmy pewien kontrakt😉.

W skrócie: poradnik uczy nas jak radzić sobie z emocjami, których nie chcemy doświadczać. Tym bardziej, że zewsząd atakują nas komunikaty pomagające nam się afirmować, pozytywnie motywować. Same obiecujące złote myśli. A my częściej doświadczamy czegoś odwrotnego. Czujemy się przytłoczeni, zniechęceni własnym życiem, które zbytnio nie rożni się od życia innego człowieka. Dzień po dniu odczuwamy niepokój, niezadowolenie. Nie dostrzegamy drobnych osiągnięć i zamykamy się na małe sukcesy, które wzmocnią satysfakcję z wykonywanej pracy i naszego życia rodzinno – domowego. O wychowaniu dzieci nie wspomnę😉. Autorka pomaga nam zrozumieć jak funkcjonuje nasz mózg i jaki ma wpływ na kształtowanie się emocji. Wskazuje nam jak drogowskaz co wpływa na emocje dzieci i nastolatków, z którymi zwykle nie potrafimy sobie poradzić.  Duży nacisk Olga Daliga kładzie na proces rozpoznawania swoich emocji, tych prawdziwych, a nie tych powierzchownych, a także jak sobie z nimi radzić, w którą stronę je kierunkować. Pozwala nam zrozumieć nie tylko nasze emocje, ale także siebie. To wszystko wzbogacone zostało prostymi ćwiczeniami pozwalającymi zrozumieć przedstawiony materiał przez doświadczenie oraz prawdziwymi historiami realnych pacjentów.

Nawet najbardziej profesjonalnie, oddanie i kompetentnie napisany poradnik psychologiczny nie zastąpi nikomu psychoterapii indywidualnej, czy grupowej. Trudno mi jest ocenić przedstawione treści w poradniku pod kątem ich przydatności i efektywności na nasze życie. Dobrze się go czytało, to fakt. Jest krótkim przewodnikiem w emocjonalnym świecie, tylko dotykającym powierzchownie problemu zarządzania emocjami z jakim stykamy się w naszym życiu i to bez względu na nasz wiek.  

„Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje” Olgi Daligi zawiera także garstkę ciekawostek i interesujących treści z gatunku „z życia wziętych”. Świadomość, że inni borykają się z podobnymi problemami zawsze wzmacnia i dodaje sił w zmaganiu się z codziennością. Ja jednak najbardziej doceniłam treści związane z rozwojem emocjonalnym dzieci, a szczególnie tą burzą, której doświadczają w okresie nastoletnim. Jako matka dwójki nastolatków trudno mi ich rozgryźć, często od rana do wieczora. A gdzie tam noc😊. Z uważnością czytałam na co więc zwrócić uwagę w procesie komunikacji, co tak naprawdę dziecko chce powiedzieć zachowując się lub mówiąc w taki, czy inny sposób oraz jak nastolatkom pomóc w wyrażaniu siebie i swoich emocji. To trudny proces. To trudne, wręcz niemożliwe zadanie z perspektywy matki. Wszelako skazana jestem z góry na niepowodzenie.

Poradnik cechują trafne spostrzeżenia, idealnie wybrane przykłady i treści, a także skomasowana wiedza, która nie zanudza. To książka wzmacniająca nas, pozwalająca nam zrozumieć, popracować nad znanymi nam informacjami, nawet jak nie potrafiliśmy ich w tak profesjonalny sposób nazwać. Przystępnie napisany poradnik. A to jest zawsze ogromny pozytyw w tym gatunku. Miłego studiowania!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

Recenzja przedpremierowa!!!  „Zła miłość” Marta Guzowska

ZŁA MIŁOŚĆ

  • Autorka: MARTA GUZOWSKA
  • Cykl: TRZY CNOTY (tom 1)
  • Wydawnictwo: WIELKA LITERA
  • Liczba stron: 369
  • Data premiery: 28.09.2022r.

@Marta Guzowska jest współautorką optymistycznej, kryminalnej serii o Lucji Słotce, którą uwielbiam. Jest też twórczynią bardzo wszechstronną. Współtworzy serię dla dzieci „Detektywi z Tajemniczej 5 kontra duchy”, krótkie formy literackie, czy nawet książki podróżnicze jak „Wiedeń. Miasto najlepsze do życia.”. Na kryminały Pani Marty zwróciłam uwagę już jakiś czas temu. Słyszałam, że na uwagę zasługuje cykl „Mario Ybl”, który mam w planach nadrobić w najbliższej przyszłości😉. Sama „Zła miłość”, o której więcej przeczytacie poniżej, będąca pierwszą częścią tryptyku kryminalnego wydanego przez Wydawnictwo @WielkaLitera również jest warta Waszej uwagi. Jak wspomniałam w zapowiedzi, książka podróżowała ze mną w Beskid Śląski. I mimo pięknej pogody, wygodnych butów idealnych do wspinaczki górskiej i zapierających dech w piersiach widoków nie potrafiłam się od tej publikacji oderwać. Zapamiętajcie tę datę!!! Premiera już 28 września!!!

Bohaterką tryptyku jest Frania Kruk prywatna detektyw. Czterdziestoletnia kobieta po przejściach. Rok temu w wypadku samochodowym zginął jej mąż. Pogrążona w smutku, samotna z dzieckiem kobieta próbuje poukładać swoje życie na nowo.  Zmuszona pogarszającą się sytuacja finansową wraca z Warszawy do rodzinnego Brwinowa, do domu swego ojca. Do rodzinnego miasta, w którym zmuszona jest z powrotem sypiać w swoim dziecięcym pokoju. Oprócz roli matki musi wypełniać całą sobą rolę troskliwej córki.  Zmuszona jest zapewnić i byt starszemu, schorowanemu ojcu, i nastoletniej córce, z którą od śmierci jej ojca nie potrafi w ogóle nawiązać kontaktu. Każda pogrążona jest w swoim bólu i skupiona na swoich uczuciach. Niespodziewanie Franka dostaje bardzo intratne zlecenie. W okolicy na skutek wypadku samochodowego ginie wschodząca gwiazda telewizji, Sonia Marchlewska. Policja podejrzewa, że ktoś przyczynił się do jej śmierci. Od razu typuje małżonka ofiary. Frania zatrudniona zostaje przez zrozpaczonego męża aktorki, który okazuje się jej pierwszą, wielką miłością.  Czy Frani uda się dojść do prawdy? Czy jest możliwe, że ktoś przyczynił się do śmierci Soni? Znacznym utrudnieniem dla Detektywki staje się fakt, że dokładnie rok wcześniej w tym samym miejscu w wypadku samochodowym zginął również jej mąż, Marcin. Czy to przypadek?

Książkę czyta się bardzo szybko. Nie potrafiłam się od niej oderwać mimo bardzo aktywnego wypoczynku. Styl pisania autorki bardzo mi się podobał. Książka składa się z dokładnie 73 rozdziałów i epilogu. Narracja jest pierwszoosobowa, czego zazwyczaj nie lubią, za czym nie przepadam. Natomiast tutaj bardzo dobrze się sprawdziła. Pierwszorzędnie mi się książkę czytało😊.

W trakcie lektury poznajemy przeszłość Frani. Na jej nieszczęście z powrotem wchodzi w swoje dawne środowisko. Nie z wyboru, tylko z konieczności. Spotyka znajomych ze szkoły. Autorka bardzo dobrze przedstawiła tę sytuację od strony psychologicznej. Ogólnie mimo, że nie znajdziemy w książce głębokich analiz, to i tak czytelnik potrafi wczuć się w uczucia i przeżycia głównej bohaterki. Jest to zresztą taki typ bohaterki, który bardzo lubię. Kobieta próbująca stale być silna i niezależna. Jednocześnie jak większość z nas mająca swoje demony i myśli, które prześladują od lat, od miesięcy, przez wiele dni. Kobieta odsuwająca od siebie sprawy z przeszłości, od których ucieka, ale tak naprawdę nigdy nie jest w stanie z nimi wygrać. Kobieta, która w niektórych sytuacjach  jest silna i zdecydowana, a w innych chce, żeby ktoś za nią rozwiązał problemy. Starająca się znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania, chociaż na niektóre z nich sama odpowiedzi unika. Również bohaterowie drugoplanowi są bardzo ciekawie skonstruowani. Podobała mi się postać Łukasza.  Ciekawie przedstawiony został także policjant oraz nastoletnia córka bohaterki i jej ojciec. Każda z tych postaci jest dosyć charakterystyczna i złożona.

Książkę czyta się świetnie, a jej zakończenie sprawiło, że zapragnąłem od razu sięgać po kolejny tom.  Marta Guzowska zafundowała nam wraz z Wydawnictwem zakończenie otwarte, które zapowiada kontynuację. Więc mam na co czekać, mam na co czekać…

Gorąco polecam kryminał „Zła miłość” Marty Guzowskiej z Franką Kruk w roli głównej. Powtórzę, co napisałam we wstępie mojej opinii; Zapamiętajcie tę datę!!! Premiera już 28 września!!!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.

„Łapiąc oddech” Amy Koppelman

ŁAPIĄC ODDECH

  • Autorka: AMY KOPPELMAN
  • Wydawnictwo: REPLIKA
  • Liczba stron: 240
  • Data premiery: 20.09.2022r.
  • Data premiery światowej: 2003r.

Niezwykle się cieszę, że @Wydawnictwo Replika zdecydowało się zaprezentować polskim czytelnikom książkę, która wiele lat temu czekała aż trzy lata, by zagraniczny wydawca zdecydował się ją opublikować. Długo Amy Koppelman walczyła, by „Łapiąc oddech” ujrzało światło dzienne w 2003 roku. I mimo, że temat depresji poporodowej jest ciągle zrzucany na dalszy plan, to powieść głęboko mną wstrząsnęła ukazując realizm problemu, z którym boryka się młoda matka – piękna kobieta mającego inteligentnego, kochającego męża i mieszkanie z widokiem na Central Park. Książka po wielu latach doczekała się światowego wznowienia w 2021 roku przy okazji ekranizacji filmu pod tym samym tytułem z Amandą Seyfried, którą uwielbiam, w roli głównej i Finnem Wittrockiem. Scenariusz napisała Autorka, a co mnie zdziwiło, sama Amy Koppelman zajęła się też reżyserią. Film miał premierę w dniu 29 października 2021r. Film kręcono w Nowym Jorku i we wsi Great Neck (Nowy Jork, USA). Okres zdjęciowy trwał od września 2019 do października 2020 roku. Ekranizacja przypomniała Polsce o pierwowzorze. Dzięki czemu polska premiera książki odbyła się 20 września br.

Film jeszcze przede mną, ale nie ukrywam, że mam go w planach. Mam nadzieję, że nie wstrząśnie mną tak bardzo jak lektura.

Jeśli wyglądasz na szczęśliwą i piękną, to jesteś szczęśliwa i piękna.” -„Łapiąc oddech” Amy Koppelman.

To nieprawda. Wie o tym Julie Davis, która mieszkając na Upper West Side, mająca męża zwracającego się do niej „kwiatuszku” i pięknego małego synka Teddy’ego popełnia samobójstwo. Na szczęście próba się nie udaje. Julie zaczyna przepracowywać swoje życie na nowo. Wspierana farmakologią,  prowadzona psychoterapeutycznie przez lekarza. Stara się cieszyć z każdego dnia, wielokrotnie afirmując się z bycia matką, z bycia żoną, z bycia córką. Niespodziewana druga ciąża komplikuje proces leczenia. Dojrzewające w jej łonie dziecko uniemożliwia zażywanie antydepresantów. Niekończące się zmagania z chorobą osłabiają Julie. Czy da radę zawalczyć o wspólną przyszłość dla Ethana, dla Teddy’ego, dla nowonarodzonej Rachel?

Głęboko poruszyła mnie ta lektura!

Amy Koppelman stworzyła idealną postać, by opowiedzieć światu o niszczącej chorobie, jaką jest depresja i jej przebiegu w okresie poporodowym. Julie jako protagonistka powieści pokazuje prawdziwe oblicze kobiety zmagającej się z trudnymi, dołującymi myślami, stanami lękowymi i bezsennością. Stara się ciągle wmawiać sobie, że powinna być szczęśliwa, że nikt z jej otoczenia nie zasługuje na to, by chorowała. W ten sposób chorowała. Nawet w przeddzień nawrotu chorobu tłumaczy mężowi, że przez dziewięć miesięcy czuła się znakomicie, nic jej nie było. Tylko, że depresja to silna jednostka chorobowa, która w najmniej spodziewanym momencie wychodzi z ukrycia, by wszystko zabrać. By ostatecznie zawładnąć całym życiem, wszystkimi przyszłymi dniami. Julie o tym się też przekonała.

Julie czuje, że zaczyna się pocić i poluzowuje szalik. Ta próżna i brzydka część niej samej zwala się nocą na jej barki. Znowu tu jest, grożąc palcem. Wewnętrzny głos, pełen złych przeczuć ostrzega: Nie uda ci się, cokolwiek byś zrobiła, przegrasz.” -„Łapiąc oddech” Amy Koppelman.

Wzruszyłam się w wielu momentach czytając o normalnie, do której aspirowała Julie. Czytając o jej małych sukcesach. O spacerze z synkiem, o odwiedzinach u koleżanki na prezentacji wyrobów z Tupperware, o zakupach brzoskwiń, z których Julie przygotowywała owocowy mus dla Teddy’ego. Te małe sukcesy, które mogły zamienić się w duże zwycięstwo napawały mnie optymizmem. Szczerze dopingowałam Julie licząc, że finalnie zwycięży, że będzie po tej jasnej, bardziej kolorowej stronie tęczy z kochającym, łagodnym mężem u boku i dwójką wspaniałych, ślicznych dzieciaków.

Książka składa się z trzydziestu krótkich rozdziałów i posłowia autorstwa Adrienne Miller. Nie wiem tylko skąd „Posłowie” zaczyna się informacją, że „(…) powieść „Łapiąc oddech” została opublikowana trzydzieści lat temu…”. Nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej wiadomości. W samym egzemplarzu znalazłam zaś następującą wzmiankę „Copyright © 2003 by Amy Koppelman. First Published by MacAdam/Cage in 2003….” Jakbym nie liczyła, to nadal dziewiętnaście, a nie trzydzieści lat. Frapują mnie takie niezgodności. A szczególnie frapuje mnie niewiedza skąd ten dysonans.

Narracja jest trzecioosobowa, jednakże bardzo intymna. Na Julie i jej walkę z chorobą patrzymy oczami wszystkowiedzącego narratora, który nie tylko relacjonuje wydarzenia z życia Julie, lecz także zagląda do jej duszy, do jej wspomnień i do jej serca. Niestety często odgrzebując najtrudniejsze momenty z jej przeszłości, najmroczniejsze pragnienia i chwile. Szczególnie rola rodziców została dogłębnie zaprezentowana. I rola matki Julie, i rola ojca, którego nie było, a który pozostawił po sobie wiele trudnych wspomnieć i pokłady niespełnionej rodzicielskiej miłości. Narracja się więc całkowicie przeplata. W kolejno ponumerowanych rozdziałach czytelnik zaczytuje się w życiu Julie przed drugą ciążą, a po „wypadku” jak o próbie samobójczej mówi jej własny mąż, a także w okresie ciąży i zaraz po na równi z życiem Julie z obojgiem rodziców i tylko matką. Z życiem Julie przez Ethanem i już razem z nim. Z życiem Julie, która kiedyś była inna, a teraz „(…) chce być żoną dla Ethana i matką dla Teddy’ego…” i która „(…) musi pozwolić sobie na oddech.”. Z życiem Julie na modłę i podobieństwo innych kobiet z grup odniesienia. Tymi, które cieszą się z macierzyństwa. Tymi, które karmią przez sześć miesięcy, nawet jeśli nie mogą brać przepisanych im leków. Tymi, które są szczęśliwe, zawsze szczęśliwe lub by być bardziej precyzyjną, na takie tylko wyglądają. To narracja tragiczna, w wielu jej wymiarach. Nie tylko w postaci samej głównej bohaterki.

Powieść mną wstrząsnęła. Nie spodziewajcie się happy endu, który mi wydawał się możliwy. „Łapiąc oddech” stanowi niespotykany obraz chorej na depresję matki, żony i córki. Życiowo pasywnej kobiety, dla której drobne sprawy nabierały rangi ogromnego wysiłku. Kobiety, której kibicowałam i którym powinniśmy kibicować w prawdziwym życiu. Rozglądajmy się, czy nie widać takiej Julie wokół. Rozglądajmy się i reagujmy, by kiedyś nie było za późno…

Sięgnijcie po to kompendium wiedzy o życiu i walce, którą czasem trzeba stoczyć. Sięgnijcie po „Łapiąc oddech”. Szczerze Was do tego zachęcam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU REPLIKA.

„Narzeczona z powstania” Magda Knedler

NARZECZONA Z POWSTANIA

  • Autorka: MAGDA KNEDLER
  • Wydawnictwo: MANDO
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery: 7.09.2022r.

Narzeczona z powstania” @Magda Knedler debiutowała nakładem @wydawnictwomando w dniu 7 września 2022 roku. Ostatnio tej Autorki czytałam opowiadania, które znalazły się w antologiach „Teraz cię rozumiem mamo” oraz   „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny”. Przygodę z prozą rozpoczęłam od kryminału w atmosferze Świąt Bożego Narodzenia pt. „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” z 2017, który skojarzył mi się z klasycznym kryminałem w stylu samej Agathy Christie. Zabierając się do czytania premiery z września br. zwróciłam uwagę na zapowiedź premiery z 12 października 2022 pt. „Pani z labiryntu”. Skąd ten wysyp publikacji w tak krótkim czasie Pani Magdo? No skąd?

Większość chłopów nie nadaje się na ojców. I w ogóle nie nadają się do mnóstwa innych rzeczy, no ale jakoś są w tym życiu potrzebni i co poradzić.” -„Narzeczona z powstania” Magda Knedler.

Historia zaczyna się w czasach, gdy o mężczyznach inaczej się mówiło i inaczej się ich traktował. Zaczyna się w 1938 roku w rodzinie Marii Gołyńskiej. To historia jej rodziny. Matki Julji i ojca Józefa, na którego własna żona często mówiła Osip. To opowieść o jej siostrze Staci. O domku na Bródnie i mieszkaniu w Centrum Warszawy na Jagiellońskiej. To dzieje jej miłości do Walentego Mickiewicza. Sieroty zakochanego w kraju, oddanego żołnierza. I opowieść o służbie Marysi w oddziałach PKW. To też historia Rudolfa, chociaż trwała znacznie krócej niż Marii. Historia jego przyjaciela Faji, jego nie-żony Lotki, jego zamiłowania do alkoholu, do papierosów, do tańców i do dziewiarstwa. To trochę więc historia Leona Pyszli, który prowadził zakład dziewiarski. Historia Żydów, Polaków, Żołnierzy przez duże „Ż” i tych co ocaleli. A najpiękniejsze w tej historii jest to, że ona zdarzyła się naprawdę. Że była Marysia, była Julja, był Osip i Walek, a także Rudolf ze swoimi przybocznymi i rodziną. Wielu z nich było i żyło. I o nich jest ta historia…..

Niezwykle barwna opowieść o prawdziwym życiu !

Ogromnie się cieszę, że sięgnęłam po powieść Magdy Knedler pt. „Narzeczona z powstania”. Gdybym tego nie zrobiła, nie byłabym w stanie dać się ponieść wyjątkowo płynnej historii, która mimo, że opowiada o trudnych czasach, to robi to w sposób tak subtelny, tak delikatny, że ostatnią stronę praktycznie żegnałam z bólem. Autorce należą się wyrazy uznania i szacunku za odwagę w opowiedzeniu tej historii. Jak zresztą sama przyznała w „Od autorki” książka poprzedzona została bardzo głębokim researchem, badaniami w wielu archiwach, analizą różnych dokumentów, które znalazły się w jej rodzinie. Knedler, mimo, że do powieści podeszła bardzo intymnie, bardzo osobiście to stworzyła historię, którą z zaciekawieniem czytałam. Okazała się fabularyzowaną historią rodzinną, w której prawdziwi bohaterowie i realne historie wiodą prym.

Osobisty stosunek do opowiedzianych zdarzeń Autorka zaznaczyła wyraźnie w narracji. Dość dziwna to konstrukcja. Chyba z taką spotkałam się po raz pierwszy. Losy Marii, Rudka i innych opowiadane są z perspektywy narratora trzecioosobowego, który pełni funkcję kreatora treści. Od czasu do czasu jego w opowieść wkrada się chochlik w osobie samej Pani Magdy, który wtrąca swoje przysłowiowe trzy grosze.

Koleżanki mają na sobie spodnie, ale Marysia spódnicę. Wiem już, że to spódnica starego wzoru…”

Zostawiam cię tam, na portierni, zdyszaną, szczęśliwą, zakochaną. Mam ten list….”

„Walek wsunął jej w dłoń, delikatny złoty krzyżyk na cienkim łańcuszku. (…) Sześć lat później włożyłaś ten krzyżyk, kiedy szłaś na Wileńską, by sobie zrobić zdjęcie.”

To tak jakby narracja w narracji. Z jednej strony niezwykle osobista, relacyjna. Z drugiej oddana chronologii w stylu profesjonalnego komentatora, któremu obce są wzniosłe uczucia i silne emocje. Ta dwoistość jest czymś fantastycznym. Jest wyjątkowa i nietypowa. A do tego idealnie oddaje atmosferę powieści,

Niezwykle ukochałam sobie postać Walka Mickiewicza. Nazwisko wyjątkowe, jak wyjątkowy okazał się sam bohater. W dawnym stylu, typowy absztyfikant sprzed prawie stu lat. Sama Maria jest pełna sprzeczności. Dość pragmatyczna. Bo przecież „(…) wzruszenia są dla egzaltowanych panien, które nie mają innego pomysłu na życiu, jak tylko kochać się w kimś i wzdychać do strzelistych topoli.” Idzie przez życie, aż do 1991 roku, usuwając kłody, które spotyka na swojej drodze. Wyszarpując je rękoma, kopiąc stopami. Mimo ran, mimo siniaków i mimo skręceń. To pewiaczka, działaczka społeczna, też członkini partii komunistycznej. To matka bezdzietna i dzietna. To żona bez męża i z mężem. Losy Marii splatają się w ciekawy wątek od początku do końca. Nie nużyły mnie, nie denerwowały. Losy przed wojną, wojenne i powojenne, a także niechlubne pod komunistycznym nadzorem, Knedler odzwierciedliła bardzo wiernie. Nic, tylko chłonąć tę atmosferę.

Na uwagę zasługuje portret Julji i Józefa. Portret dwójki przypadkowo spotkanych sobie ludzi w Helsinkach. Pary, która po ogromnej stracie postanowiła stworzyć dom na nowo. Dom, najpierw dla dwóch, a później dla czterech członków rodziny. Julja, ukryta arystokratka mogłaby być postacią odrębnej powieści ze swoją pogmatwaną, trudną historią. Mimo, że jest postacią poboczną jest wartością samą w sobie. Za to kompletnie nie spodobała mi się postać Rudolfa, mimo, że sama Autorka poświęciła mu wiele uwagi i troski. W wielu miejscach tłumaczyła jego wybory, jego zachowania, umniejszając jego wady i niechlubne czyny. Ciekawy, choć nie bez defektów człowiek, który wiele w życiu przeszedł. Aż strach pomyśleć o tych wszystkich czytanych historiach, w których on i inni bohaterowie brali udział. Trudno myśleć o Faji, o Irence, o Krysi, o kobiecie, którą odwiedziło sześciu czerwonoarmistów, a która na strychu ukryła trzy kobiety całkowicie później o nich zapominając.  Historie te smucą, zastanawiają, przywołują pamięć. I dobrze. Bo o pamięć tu chodzi. O pamięć o tych wydarzeniach i o ich uczestnikach, którzy przez wiele lat żyli pośród nas.

Szkoda, że nie mam takiego talentu jak Magda Knedler. Wtedy sama mogłabym opowiedzieć trudną historię mojej rodziny. Musicie jednak wiedzieć, że mimo, iż „Narzeczona z powstania” oparta została na fragmentach biograficznych rodziny Autorki, jest to powieść uniwersalna. Jest to książka fabularyzowana, która wszechstronnie opowiada o przedwojniu, wojennej zawierusze, a także czasach następujących po niej. I o ludziach, którym przyszło żyć w ich tle. Napisana została w bardzo dobrym stylu. Wydarzenia naznaczono wyraźnie latami, w których się dzieją. Poszczególne elementy oddzielono od siebie zatytułowanymi rozdziałami. Słowa układają się w piękne zdania, bez powtórzeń, bez współczesnych, potocznych sformułowań i bez powszechnych naleciałości, które czasem mnie denerwują. Czyta się płynnie i szybko, mimo sporej objętości.

Gorąco polecam książkę Narzeczona z powstania” Magdy Knedler. To książka dla każdego. To nie tylko powieść dla fanatyków historii i czasu wojny. To nie książka dla fanów romansów, czy sag rodzinnych. To książka dla czytelnika ceniącego dobrą prozę, w której atmosfera opisywanych lat została oddana praktycznie w stu procentach. I w której bohaterowie prześcigają się w swojej wyjątkowości i barwności. Idealna lektura na jesienne dni. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.

„Kacper” Gabriela Gargaś

KACPER

  • Autorka: GABRIELA GARGAŚ
  • Wydawnictwo:SKARPA WARSZAWSKA
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 7.09.2022r.

    Dopiero co @Gabriela Gargaś wydała w lipcu br. powieść pt. „Kancelaria”, a już 7 września tego samego roku nakładem Wydawnictwa @Skarpa Warszawska na rynek wydawniczy trafił „Kacper”. Nie sugerujcie się jednak okładką. To nie książka erotyczna, ani żadne soft porno. To nawet nie romans z prawdziwego zdarzenia. Mówiąc szczerze, nic bardziej mylnego, niż okładka tej powieści😉. Kompletnie nie wiem dlaczego Wydawca i sama Gargaś zdecydowali się na nią. Wracając jednak do wspomnianej publikacji, Autorka znana jest z lekkiej i przyjemnej literatury rozrywkowej. Czy powieść „Kacper” dostarczyła mi rozrywki?

    Kobiety dużo znoszą i jeszcze więcej wybaczają, ale mają też swoją granicę wytrzymałości.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    Z opisu Wydawcy;

    On – Kacper – żołnierz jednostki specjalnej stacjonującej we Francji. (…)  Życie żołnierza to jego praca i pasja. Ona – Ksenia – kobieta po przejściach. (…) Różni ich wszystko. Połączy ich miłość.”

    😊😊😊

    Ha. Ha. Ha.

    Ale mnie i Was wkręcił Wydawca opisem😊. Obłędnie nieprawdziwy opis obiecujący kompletnie inną treść, niż znajdziecie w książce. To nie lekka powiastka z motywem przewodnim opartym na spóźnionej miłości, wielkiej namiętności i drżących sercach, a także…no cóż, ciałach. To historia utraconej, wieloletniej miłości. To opowieść o partnerze, który odszedł do młodszej, zgrabniejszej, jędrniejszej i bardziej chętnej. Trochę bardzo stereotypowo, odszedł, ale nie na dobre. To też historia o córce, za którą oboje rodzice tęsknią i o której często myślą. To również historia o różnym typie bólu i życiowej udręki.

    Jakbyś tak zapytała ludzi na ulicy, jaki wór problemów dźwigają, to gdyby zdjęliby ten wór z pleców, otworzyli go i pokazali, co tam dźwigają, to zobaczyłabyś, że ich problem to też twój problem. Ale każdy jakoś musi żyć, bez względu na to, ile razy pękło mu z bólu serce.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    Książka składa się z prologu i dwudziestu ośmiu, kolejno ponumerowanych rozdziałów. Gdzieniegdzie Autorka pokusiła się o narrację pierwszoosobową, szczególnie intymny jest początek powieści. W większości jednak „Kacper” to historia zbudowana na narracji trzecioosobowej, która wszystko wyjaśnia i wszystko tłumaczy. Spodobała mi się początkowa historia Kseni, która wyrusza w oczyszczającą podróż w Bieszczady. Jej perypetie z początków książki odebrałam jako bardzo realne, bardzo rzeczywiste. Jej emocje, jej zachowanie, jej niezgoda na to, co zgotował jej mąż, zostały odzwierciedlone bardzo wiernie, co zdecydowanie umilało czytanie. Choć przyznaję, wątek Olgi mnie już na samym wstępie zawiódł.

    Bardzo doceniam trafne spostrzeżenia i riposty znajdujące się w książce. Takich cytatów mogłabym w recenzji zawrzeć sporo.

    (…) ale takie jest życie. Bywa kurewskie.
     – I pełne kurew.
     – Masz rację.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    – Świat jest okrutny.
       – Bardziej ludzie stworzyli sobie okrutny świat.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.

    Autorka jest umiejętną obserwatorką życia, relacji i związków pomiędzy ludźmi. To wszystko pozwala jest celnie opisywać otaczającą nas rzeczywistość i przenosić ją barwnie w fikcyjny, opisywany w swych książkach świat.

    Książkę czytało mi się dobrze gdzieś do połowy. Niestety. Później zagmatwałam się w ilości bohaterów. Okazuje się, że wątki z pozoru tylko poboczne stały się bardzo istotne w całej narracji. Nagle powieść nie dotyczyła Kseni i Kacpra, którego jak na tytułowanego bohatera było zdecydowanie za mało. Historia stała się historią Łukasza, historią Lilki, historią Żanety, historią Kuby, historią Filipa, historią Olgi, historią nawet Hani i Leny, a także ukraińskiej matki i jej synka, a tym samym trochę historią wojny w Ukrainie. Zagłębiając się coraz dalej w opowieść miałam wrażenie, że Autorka chciała w jednej powieści zawrzeć odpowiedzi na wiele nurtujących ją pytań, na wiele nierozwiązanych kwestii. To spowodowało, że główne wątki zostały rozmazane przez wielość bohaterów i ich osobistych historii. To przyczyniło się również do tego, że cała historia finalnie okazała się dla mnie mało prawdziwa. Kompletnie do mnie nie trafiła. A finał związany z Olgą wręcz mnie zirytował. Wydawał mi się jakby rzucony od niechcenia, taki na dokładkę, niedopracowany. Niestety ogólnie oceniam „Kacpra” jako powieść niedopieszczoną, nieprzemyślaną w całości. Możliwe, że Gabriela Gargaś w trakcie pisania pozwoliła myślom płynąć bez żadnej autokorekty, bez żadnego steru i bez żadnych tam, co przyczyniło się do stworzenia wielowątkowej powieści obyczajowej, w której główna myśl rozciągnęła się na mnogość wątków tracąc ostatecznie swą świeżość i celność. Trudno powiedzieć, co zostanie zapamiętane na dłużej z tej lektury. Możliwe, że tylko i niestety tytuł.

    Moja ocena: 5/10

    Za możliwość przeczytania książki i podzielenia się moją opinią o niej bardzo dziękuję WYDAWNICTWU SKARPA WARSZAWSKA.

    „Lekcje chemii” Bonnie Garmus

    LEKCJE CHEMII

    • Autor: BONNIE GARMUS
    • Wydawnictwo: MARGINESY
    • Liczba stron: 462
    • Data premiery: 07.09.2022r.


    Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić opinią o książce, która wywarła na mnie niesamowite wrażenie, której lektury długo nie zapomnę i przy której bawiłam się rewelacyjnie. „Lekcje chemii” autorstwa Bonnie Garmus od Wydawnictwa Marginesy zwróciła moją uwagę oryginalną okładką i zachęcającym opisem. Jest oto debiut, a jego autorka to amerykańska copywriterka i dyrektor kreatywna, od niedawna mieszkająca w Londynie.

    Powieść ta opowiada o Elizabeth Zott. Kobiecie błyskotliwej, oryginalnej, pięknej, szczerej, która chce od życia zdecydowanie więcej niż było ono w stanie zaoferować kobietom w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Jest chemiczką, naukowcem, w świecie zdecydowanie zdominowanym przez mężczyzn, w czasach, gdy dokonania kobiet były lekceważona i marginalizowane. Spotyka ją szereg nieprzyjemności i nikt zdaje się nie traktować ją poważnie. Nikt z wyjątkiem Calvina Evansa, słynącego z pamiętliwości samotnego geniusza, nominowanego do Nagrody Nobla, który zakochuje się w Elizabeth, dostrzegając w niej zdecydowanie więcej niż tylko piękne ciało. Wydawać by się mogło, że od tej pory chemiczka będzie żyła długo i szczęśliwie, niestety nic bardziej mylnego. Przede wszystkim coraz częściej słyszy, że wszystko co ma zawdzięcza związkowi ze słynnym naukowcem, że sama nic nie znaczy. W tamtych czasach kobiety, których główną misją życiową nie było wyjść za mąż, mieć dzieci i prowadzić mężowi dom były kompletnie niezrozumiane i można by nawet powiedzieć, szykanowane. Póki jednak Calvin jest po jej stronie kobieta ma poczucie, że poradzi sobie ze wszystkim. Życie jednak bywa nieprzewidywalne i tak oto parę lat później Elisabeth jest nie tylko samotną matką, ale i gwiazdą telewizyjnego programu kulinarnego. Jednak jej podejście do gotowania, daleko odbiega od popularnego, jest ona bowiem zdania, że gotowanie to chemia, jak również ciężka harówka. Przedstawia więc swoje przepisy w języku chemicznym i co zaskakujące szybko zdobywa grono sympatyków. Niestety równie szybko znajdują się osoby jej nieprzychylne, gdyż to co robi zdecydowanie wykracza poza gotowanie. Elizabeth zachęca bowiem kobiety do zmiany statusu qou, uzmysławiając im, że mogą pomyśleć o sobie i, że ich zadanie również ma znaczenie.

    Powieść ta po prostu mnie oszołomiła, wywarła na mnie ogromne wrażenie, czytałam ją z zapartym tchem, uśmiechem w twarzy, a czasem i łezką w oku. Jest błyskotliwa, niesłychanie inteligentna, zabawna i mądra. Książek dotyczących równouprawnienia kobiet, było już mnóstwo. Tutaj temat został przedstawiony w bardzo odświeżający i subtelny sposób. Styl jest fantastyczny, nienachalny, zgrabny, dowcipny i niesłychanie inteligentny. Na uznanie zasługuje główna bohaterka. Elizabeth jest niesamowita, mądra, odważna, niebanalna, szczera i mająca odwagę być sobą. Jednocześnie nie jest żadną superbohaterką, której nie dotykają problemy czy przykrości. Musi zmierzyć się w życiu z wieloma trudnymi sytuacjami, ma gorsze i lepsze okresy, ale zawsze stara się iść do przodu i jakoś sobie radzić. Również postacie drugoplanowe zasługują na uwagę. Niestety sporo jest negatywnych postaci męskich, ale dla równowagi są też i te pozytywne. Autorka bowiem jest daleka od wskazywania, że mężczyźni są źle, a kobiety biedne i ciemiężone. Bardziej niż na poszczególnych osobach, skupia się na pokazaniu negatywnych zjawisk społecznych, zbiorowego myślenia. Daje nadzieje, że chociaż jedna osoba świata nie zmieni, może zmienić swoje życie i życie osób, z którymi się styka. A to przecież właśnie takie pojedyncze życia składają się na zbiorowy obraz społeczeństwa. Największa porażka, którą możemy ponieść, to uwierzyć, że coś jest niemożliwe i zaprzestać prób dokonania zmian, gdy coś nam nie odpowiada. Tutaj Elizabeth jest prawdziwą inspiracją i wzorem do naśladowania.

    Fantastycznie bawiłam się przy tej książce i uważam, że jest niezmiernie wartościowa. Dlatego też gorąco polecam Wam jej lekturę!

    Moja ocena: 9/10

    Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU MARGINESY.

    „W drogę!” Beth O’Leary

    W DROGĘ!

    • Autorka: BETH O’LEARY
    • Wydawnictwo: ALBATROS
    • Seria: MAŁA CZARNA
    • Liczba stron: 416
    • Data premiery: 29.09.2021r.
    • Data premiery światowej: 29.04.2021r.

    Autorkę Beth O’Leary, której „W drogę!” @WydawnictwoAlbatros wydało w dniu 29 września br., poznałam dzięki książce  „Współlokatorzy”. O książce tej napisałam w recenzji „(…) Opowiedziana historia jest bardzo pozytywna i zabawna, często śmiałam się na głos😉. Jak już napisałam bardzo pozytywnie nastraja do życia i na pewno jest świetnym sposobem na relaks i odpoczynek”. Zakładałam więc, że kolejne wydanie w ramach cyklu „Mała czarna” również będzie mi się podobać. Do tej pory książki tej serii traktowałam jako miłe urozmaicenie dla trudnych psychologicznych dramatów, czy mrożących krew w żyłach zagadkach kryminalnych.

    To historia drogi, w której spotyka się pięcioro pasażerów. Każdy z nich ma własne doświadczenia, własną historię. Każdy z nich podążą w wiadomym sobie kierunku, choć i są tacy, którzy nie wiedzą dokąd zmierzają. Licząca 600 kilometrów podróż do Szkocji na ślub przyjaciółki zamienia się w wizytę w lunaparku, gdzie jedna za drugą karuzela obraca nas wokół naszej, własnej osi. A zaczyna się od pozornie niegroźnej stłuczki. A potem, jak to mówią, im dalej w las, tym ciemniej…

    Początek naprawdę udany. Dużo o pomyśle wspólnej podróży, nadziejach. Sporo emocji wokół niezamierzonej kolizji, która przyczyniła się do frustracji, ujawnienia dawno skrywanych uraz i gniewu oraz przymusiła do skonfrontowania się z przeszłością. Zapowiadało się nieźle. Niestety gdzieś w połowie książki zaczęłam tracić zainteresowanie. Autorka podążała z góry powziętym zamiarem, by jednak było optymistycznie, miło, czasem wręcz infantylnie. Mój brak zainteresowania wynikał więc z tego, że naprawdę porywająca historia stała się trochę mdła, bez wyrazu.

    Podobała mi się formuła zastosowana w książce przez Autorkę. Lubię konstrukcje, w których jest jasny podział na „tu i teraz” oraz „wcześniej”. Dzięki temu czytelnik śledzi losy uczestników podróży i równocześnie poznaje  przeszłość Addie i Deba, którzy kiedyś byli sobie bliscy. Czegoś mi jednak w tej pozycji brakowało i to dość mocno.  Niby nie była zła, a jednak mnie nudziła. Jak już wspomniałam pomysł na fabułę fantastyczny, tylko rozpisanie jej w wątki, opowieści, dialogi nie spełniły moich oczekiwań.  Taka niby przyjemna i lekka lektura, po której przeczytaniu poczułam się bardzo zmordowana. Jak po bardzo męczących przedświątecznych porządkach.

    Moja ocena 6/10.

    Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

    „Spirit Animals. Opowieści upadłych bestii. Wydanie specjalne” Brandon Mull

    SPIRIT ANIMALS. OPOWIEŚCI UPADŁYCH BESTII. WYDANIE SPECJALNE

    • Autor: BRANDON MULL
    • Cykl: SPIRIT ANIMALS (tom 7.6)
    • Wydawnictwo: WILGA
    • Liczba stron: 208
    • Data premiery: 29.09.2021r. 
    • Data premiery światowej: 23.02.2016r.

    O Brandonie Mullu wspomniałam przy okazji recenzji „Wojny cukierkowej”, do przeczytania której zachęciłam i starszych, i młodszych czytelników. „Spirit Animals. Opowieści upadłych bestii. Wydanie specjalne” od @WydawnictwoWilga to kolejna książka z serii. Serii wyjątkowej, bo tworzonej przez różnych autorów. Poprzednie części zostały wymyślone kolejno przez Eliota Schrefera, Victorię Schwab, Varian Johnson, Jonathana Auxiera, Sarah Prineas, Christinę Diaz Gonzalez, czy Sarwat Chadda. To takie czytanie w ramach jednego cyklu różnych pisarzy. Nie każda część podoba się tak samo, gdyż nie każdy autor trafia do naszego serca i w nasz gust. Przed rozpoczęciem czytania tej książki, ze względu na Autora miałam przeczucie, że ten tom na pewno mi się spodoba😊.

    Upadłe Wielkie Bestie kiedyś zdradziły inne Wielkie Bestie. Tak zaczyna się nowy żywot bestii,  niegdyś najbardziej potężnych stworzeń Erdasu.  Aktualnie przemierzają świat w postaciach zwierzoduchów wyjątkowych dzieci. Niestety grozi im niebezpieczeństwo. Los stawia na ich drodze zagadkowego myśliwego, który za cel swego życia postawił sobie pozbawianie ich życia. W pięciu opowieściach Brandon Mull zabiera nas w podróż, gdzie królują Wielkie Bestie, młodzi, odważni bohaterowie nie cofający się przed żadną przeszkodą, by tylko pomóc im dalej żyć.

    Ciekawy ten tom, nie powiem. To jakby zbiór historii z głównym motywem Wielkich Bestii i ich przyjaciół, młodych bohaterów. Czytając każdą opowiastkę szukałam punktu stycznego. Znalazłam go oczywiście. Każda z osobnych fragmentów opowiada bowiem o losach Upadłej Wielkiej Bestii.  To ten duch fantastyki i nieograniczona wyobraźnia Autora, która pozwala tworzyć coraz to bardziej ciekawe wątki fabuły. Lubię takie nietypowe konstrukcje. Z jednej strony stanowiące odrębną całość, z drugiej splatające się w jedną spójną historię z głównym, motywem przewodnim. Jak zwykle w książce znalazłam dużo magii, tajemniczości, interesujących bohaterów oraz ciekawych stworów, by nie napisać „stworków”.

    Nie musicie czytać wszystkich tomów serii Spirit Animals. Sięgając po ten najnowszy bez problemu złapiecie ten jedyny w swoim rodzaju klimat. Książeczka jest bardzo krótka, to ledwie 208 stron. Wystarczy, by pchnęła mnie w najdalsze zakamarki wyobraźni, bym zaczęła śledzić losy zwierzoduchów  i ich ludzkich, młodych przyjaciół. Bardzo dobrze czyta się te historie. Style jest lekki, idealnie nadający się również do młodego widza. Fantastyczne wątki zadowolą każdego i umożliwią zabawę w wyobrażenia. W wyobrażenia o świecie, który być może jest tuż obok. Kto wie? Kto wie?

    Moja ocena: 7/10

    Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Wilga.

    „Zatoka Żarłocznego Szczupaka” Eugeniusz Paukszta

    ZATOKA ŻARŁOCZNEGO SZCZUPAKA

    • Autor: EUGENIUSZ PAUKSZTA
    • Seria: SERIA Z KOGUTEM
    • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
    • Liczba stron: 330
    • Data premiery w tym wydaniu: 28.09.2021r.
    • Data 1 wydania polskiego: 1957r.

    To ci dopiero rarytas😉. Książka wydana u schyłku komuny, obarczona cenzurą i napisana przez Autora, który zmarł w 1979 roku. Nie kojarzę żadnej z książek  Eugeniusza Paukszta☹. Mimo, że był on Autorem niezwykle płodnym. Napisał kilkadziesiąt książek w tym książek historycznych, przygodowych, dla młodzieży oraz był również eseistą. Zaintrygowała mnie fabuła „Zatoki Żarłocznego Szczupaka”, dzięki @Wydawnictwo Iskry w tym wydaniu premierę miała 28 września br.  Przesyłka dotarła do mnie spóźniona, więc również recenzję publikuję po czasie.

    Mazury, ukochana Kraina Tysiąca Jezior wielu Polaków. Mazury zawsze były i są stałym punktem dla wielu szukających wakacyjnego odpoczynku. W takie jedne letnie wakacje nad mazurskie jezioro Gardyńskie wybrała się grupa studentów, Kostek i Pietrek Godyccy, Zośka, a także Mirka Knipianka oraz Julek Kania. Młodzi cieszą się z każdego dnia, z każdego promyku słońca i ciepłej wody. Spływy kajakowe, łowienie ryb, zabawa i tajemniczy leśniczy, który zaraża ich interesującą opowieścią o zatopionych niemieckich ciężarówkach na dnie jeziora. Zaraża dość skutecznie. Studenci postanawiają dokonać odkrycia i wyłowić zagadkowy kufer z dna jeziora….Czy im się to uda?

    „Zatoka Żarłocznego Szczupaka” to książka dla młodzieży, po raz pierwszy wydana w 1957 roku. Według Wikipedii „(…) została napisana w Poznaniu oraz nad Krutynią pomiędzy październikiem 1954 a lutym 1956.(…) Akcja toczy się w fikcyjnej wiosce Wyraje, której pierwowzorem mogło być Bobrówko. Miejscowość zamieszkana jest w dużym stopniu przez autochtoniczną ludność mazurską, z której część nie jest przychylna Polsce, nie używa języka polskiego, a nawet prowadzi różnego rodzaju działalność antypolską…. (cyt. za Źródło). Nie dziwi więc, że fabuła osadzona została w połowie lat 50-tych XX wieku. W czasie, gdy Polską rządzili socjaliści, a polskość sama w sobie nie była zbyt popularna. Autor idealnie odzwierciedlił ówczesne dla siebie czasy. Ponad pięćdziesiąt lat od pierwszego wydania czytając wczuwałam się w ten socjalistyczny świat. Sama retoryka Autora jest na wskroś socjalistyczna. Trudno, cóż zrobić. Przecież Autor swoje powieści wydawał w środku trwania innego, polskiego świata. Mimo to zachwyciłam się kilkoma wątkami. Po pierwsze bardzo dobrze Paukszt odzwierciedlił ksenofobię miejscowych. Młodzież doznaje od nich niepokoju, braku zrozumienia i wręcz jawnej niechęci. To potomkowie Niemców zamieszkujących tereny mazurskie z czasów rządów Pruskich. To doktrynowani przez Niemców Polacy, którzy tęsknią za tym krajem utraconym i zielonymi łąkami, bo przecież u „sąsiada trawa jest zawsze bardziej zielona”. Po drugie sama grupa studentów również stanowi niezłe pole do popisu dla zwad, nieporozumień i problemów. Julek Kania to jedyny rodowity Mazur, gdy Kostek, Pietrek i Zośka to rodowici warszawiacy. Możecie sobie sami wyobrazić co może powstać z takiej mieszanki wybuchowej. Po trzecie postaci drugoplanowe, niezwykle nacechowane mazurszczyzną. Wszystko się jednak zgadza, wszak Paukszt pisał książkę nad Krutynią, rzekę przepływającą przez mazurskie jeziora. Moją sympatię zdobył Edward Fajfer (nauczyciel z Wyrajów) oraz Pan Gwizda –  przedwojenny działacz mazurski. Pozostali…ach nie będę spojlerować. Sami zgadnijcie, czy byli wśród nich szpiedzy niemieccy lub sowieccy. Po czwarte ta niepozorna książka jest bardzo dobrym kompendium wiedzy na temat współistnienia Polaków, Niemców i Mazurów zarówno przed, jak i po II wojnie światowej. Nie wiadomo kto swój, a kto obcy. Kto odpowiedzialny za masowe wysiedlenia i przymusową emigrację Mazurów do NRF i dlaczego rząd PRL nie zadbał by to jednak polskość, a nie niemieckość była główną myślą kłębiącą się w głowach rodowitych Mazurów.  I te jeziora, i ta przyroda. Ta jedyna w swoim rodzaju mazurska atmosfera, która mimo mrocznych tajemnic i zagadek zachwyca.

    Moja ocena: 7/10

    Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.