„W drogę!” Beth O’Leary

W DROGĘ!

  • Autorka: BETH O’LEARY
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: MAŁA CZARNA
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 29.09.2021r.
  • Data premiery światowej: 29.04.2021r.

Autorkę Beth O’Leary, której „W drogę!” @WydawnictwoAlbatros wydało w dniu 29 września br., poznałam dzięki książce  „Współlokatorzy”. O książce tej napisałam w recenzji „(…) Opowiedziana historia jest bardzo pozytywna i zabawna, często śmiałam się na głos😉. Jak już napisałam bardzo pozytywnie nastraja do życia i na pewno jest świetnym sposobem na relaks i odpoczynek”. Zakładałam więc, że kolejne wydanie w ramach cyklu „Mała czarna” również będzie mi się podobać. Do tej pory książki tej serii traktowałam jako miłe urozmaicenie dla trudnych psychologicznych dramatów, czy mrożących krew w żyłach zagadkach kryminalnych.

To historia drogi, w której spotyka się pięcioro pasażerów. Każdy z nich ma własne doświadczenia, własną historię. Każdy z nich podążą w wiadomym sobie kierunku, choć i są tacy, którzy nie wiedzą dokąd zmierzają. Licząca 600 kilometrów podróż do Szkocji na ślub przyjaciółki zamienia się w wizytę w lunaparku, gdzie jedna za drugą karuzela obraca nas wokół naszej, własnej osi. A zaczyna się od pozornie niegroźnej stłuczki. A potem, jak to mówią, im dalej w las, tym ciemniej…

Początek naprawdę udany. Dużo o pomyśle wspólnej podróży, nadziejach. Sporo emocji wokół niezamierzonej kolizji, która przyczyniła się do frustracji, ujawnienia dawno skrywanych uraz i gniewu oraz przymusiła do skonfrontowania się z przeszłością. Zapowiadało się nieźle. Niestety gdzieś w połowie książki zaczęłam tracić zainteresowanie. Autorka podążała z góry powziętym zamiarem, by jednak było optymistycznie, miło, czasem wręcz infantylnie. Mój brak zainteresowania wynikał więc z tego, że naprawdę porywająca historia stała się trochę mdła, bez wyrazu.

Podobała mi się formuła zastosowana w książce przez Autorkę. Lubię konstrukcje, w których jest jasny podział na „tu i teraz” oraz „wcześniej”. Dzięki temu czytelnik śledzi losy uczestników podróży i równocześnie poznaje  przeszłość Addie i Deba, którzy kiedyś byli sobie bliscy. Czegoś mi jednak w tej pozycji brakowało i to dość mocno.  Niby nie była zła, a jednak mnie nudziła. Jak już wspomniałam pomysł na fabułę fantastyczny, tylko rozpisanie jej w wątki, opowieści, dialogi nie spełniły moich oczekiwań.  Taka niby przyjemna i lekka lektura, po której przeczytaniu poczułam się bardzo zmordowana. Jak po bardzo męczących przedświątecznych porządkach.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Spirit Animals. Opowieści upadłych bestii. Wydanie specjalne” Brandon Mull

SPIRIT ANIMALS. OPOWIEŚCI UPADŁYCH BESTII. WYDANIE SPECJALNE

  • Autor: BRANDON MULL
  • Cykl: SPIRIT ANIMALS (tom 7.6)
  • Wydawnictwo: WILGA
  • Liczba stron: 208
  • Data premiery: 29.09.2021r. 
  • Data premiery światowej: 23.02.2016r.

O Brandonie Mullu wspomniałam przy okazji recenzji „Wojny cukierkowej”, do przeczytania której zachęciłam i starszych, i młodszych czytelników. „Spirit Animals. Opowieści upadłych bestii. Wydanie specjalne” od @WydawnictwoWilga to kolejna książka z serii. Serii wyjątkowej, bo tworzonej przez różnych autorów. Poprzednie części zostały wymyślone kolejno przez Eliota Schrefera, Victorię Schwab, Varian Johnson, Jonathana Auxiera, Sarah Prineas, Christinę Diaz Gonzalez, czy Sarwat Chadda. To takie czytanie w ramach jednego cyklu różnych pisarzy. Nie każda część podoba się tak samo, gdyż nie każdy autor trafia do naszego serca i w nasz gust. Przed rozpoczęciem czytania tej książki, ze względu na Autora miałam przeczucie, że ten tom na pewno mi się spodoba😊.

Upadłe Wielkie Bestie kiedyś zdradziły inne Wielkie Bestie. Tak zaczyna się nowy żywot bestii,  niegdyś najbardziej potężnych stworzeń Erdasu.  Aktualnie przemierzają świat w postaciach zwierzoduchów wyjątkowych dzieci. Niestety grozi im niebezpieczeństwo. Los stawia na ich drodze zagadkowego myśliwego, który za cel swego życia postawił sobie pozbawianie ich życia. W pięciu opowieściach Brandon Mull zabiera nas w podróż, gdzie królują Wielkie Bestie, młodzi, odważni bohaterowie nie cofający się przed żadną przeszkodą, by tylko pomóc im dalej żyć.

Ciekawy ten tom, nie powiem. To jakby zbiór historii z głównym motywem Wielkich Bestii i ich przyjaciół, młodych bohaterów. Czytając każdą opowiastkę szukałam punktu stycznego. Znalazłam go oczywiście. Każda z osobnych fragmentów opowiada bowiem o losach Upadłej Wielkiej Bestii.  To ten duch fantastyki i nieograniczona wyobraźnia Autora, która pozwala tworzyć coraz to bardziej ciekawe wątki fabuły. Lubię takie nietypowe konstrukcje. Z jednej strony stanowiące odrębną całość, z drugiej splatające się w jedną spójną historię z głównym, motywem przewodnim. Jak zwykle w książce znalazłam dużo magii, tajemniczości, interesujących bohaterów oraz ciekawych stworów, by nie napisać „stworków”.

Nie musicie czytać wszystkich tomów serii Spirit Animals. Sięgając po ten najnowszy bez problemu złapiecie ten jedyny w swoim rodzaju klimat. Książeczka jest bardzo krótka, to ledwie 208 stron. Wystarczy, by pchnęła mnie w najdalsze zakamarki wyobraźni, bym zaczęła śledzić losy zwierzoduchów  i ich ludzkich, młodych przyjaciół. Bardzo dobrze czyta się te historie. Style jest lekki, idealnie nadający się również do młodego widza. Fantastyczne wątki zadowolą każdego i umożliwią zabawę w wyobrażenia. W wyobrażenia o świecie, który być może jest tuż obok. Kto wie? Kto wie?

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Wilga.

„Zatoka Żarłocznego Szczupaka” Eugeniusz Paukszta

ZATOKA ŻARŁOCZNEGO SZCZUPAKA

  • Autor: EUGENIUSZ PAUKSZTA
  • Seria: SERIA Z KOGUTEM
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 330
  • Data premiery w tym wydaniu: 28.09.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1957r.

To ci dopiero rarytas😉. Książka wydana u schyłku komuny, obarczona cenzurą i napisana przez Autora, który zmarł w 1979 roku. Nie kojarzę żadnej z książek  Eugeniusza Paukszta☹. Mimo, że był on Autorem niezwykle płodnym. Napisał kilkadziesiąt książek w tym książek historycznych, przygodowych, dla młodzieży oraz był również eseistą. Zaintrygowała mnie fabuła „Zatoki Żarłocznego Szczupaka”, dzięki @Wydawnictwo Iskry w tym wydaniu premierę miała 28 września br.  Przesyłka dotarła do mnie spóźniona, więc również recenzję publikuję po czasie.

Mazury, ukochana Kraina Tysiąca Jezior wielu Polaków. Mazury zawsze były i są stałym punktem dla wielu szukających wakacyjnego odpoczynku. W takie jedne letnie wakacje nad mazurskie jezioro Gardyńskie wybrała się grupa studentów, Kostek i Pietrek Godyccy, Zośka, a także Mirka Knipianka oraz Julek Kania. Młodzi cieszą się z każdego dnia, z każdego promyku słońca i ciepłej wody. Spływy kajakowe, łowienie ryb, zabawa i tajemniczy leśniczy, który zaraża ich interesującą opowieścią o zatopionych niemieckich ciężarówkach na dnie jeziora. Zaraża dość skutecznie. Studenci postanawiają dokonać odkrycia i wyłowić zagadkowy kufer z dna jeziora….Czy im się to uda?

„Zatoka Żarłocznego Szczupaka” to książka dla młodzieży, po raz pierwszy wydana w 1957 roku. Według Wikipedii „(…) została napisana w Poznaniu oraz nad Krutynią pomiędzy październikiem 1954 a lutym 1956.(…) Akcja toczy się w fikcyjnej wiosce Wyraje, której pierwowzorem mogło być Bobrówko. Miejscowość zamieszkana jest w dużym stopniu przez autochtoniczną ludność mazurską, z której część nie jest przychylna Polsce, nie używa języka polskiego, a nawet prowadzi różnego rodzaju działalność antypolską…. (cyt. za Źródło). Nie dziwi więc, że fabuła osadzona została w połowie lat 50-tych XX wieku. W czasie, gdy Polską rządzili socjaliści, a polskość sama w sobie nie była zbyt popularna. Autor idealnie odzwierciedlił ówczesne dla siebie czasy. Ponad pięćdziesiąt lat od pierwszego wydania czytając wczuwałam się w ten socjalistyczny świat. Sama retoryka Autora jest na wskroś socjalistyczna. Trudno, cóż zrobić. Przecież Autor swoje powieści wydawał w środku trwania innego, polskiego świata. Mimo to zachwyciłam się kilkoma wątkami. Po pierwsze bardzo dobrze Paukszt odzwierciedlił ksenofobię miejscowych. Młodzież doznaje od nich niepokoju, braku zrozumienia i wręcz jawnej niechęci. To potomkowie Niemców zamieszkujących tereny mazurskie z czasów rządów Pruskich. To doktrynowani przez Niemców Polacy, którzy tęsknią za tym krajem utraconym i zielonymi łąkami, bo przecież u „sąsiada trawa jest zawsze bardziej zielona”. Po drugie sama grupa studentów również stanowi niezłe pole do popisu dla zwad, nieporozumień i problemów. Julek Kania to jedyny rodowity Mazur, gdy Kostek, Pietrek i Zośka to rodowici warszawiacy. Możecie sobie sami wyobrazić co może powstać z takiej mieszanki wybuchowej. Po trzecie postaci drugoplanowe, niezwykle nacechowane mazurszczyzną. Wszystko się jednak zgadza, wszak Paukszt pisał książkę nad Krutynią, rzekę przepływającą przez mazurskie jeziora. Moją sympatię zdobył Edward Fajfer (nauczyciel z Wyrajów) oraz Pan Gwizda –  przedwojenny działacz mazurski. Pozostali…ach nie będę spojlerować. Sami zgadnijcie, czy byli wśród nich szpiedzy niemieccy lub sowieccy. Po czwarte ta niepozorna książka jest bardzo dobrym kompendium wiedzy na temat współistnienia Polaków, Niemców i Mazurów zarówno przed, jak i po II wojnie światowej. Nie wiadomo kto swój, a kto obcy. Kto odpowiedzialny za masowe wysiedlenia i przymusową emigrację Mazurów do NRF i dlaczego rząd PRL nie zadbał by to jednak polskość, a nie niemieckość była główną myślą kłębiącą się w głowach rodowitych Mazurów.  I te jeziora, i ta przyroda. Ta jedyna w swoim rodzaju mazurska atmosfera, która mimo mrocznych tajemnic i zagadek zachwyca.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Nadal czterdzieści” Katarzyna Kostołowska

NADAL CZTERDZIEŚCI

  • Autorka: KATARZYNA KOSTOŁOWSKA
  • Cykl: CZTERDZIEŚCI (tom 4)
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 303
  • Data premiery: 15.09.2021r.

Poprzednie części cyklu „Czterdzieści” autorki @kkostolowska za mną. Przeczytałam wszystkie; „Czterdzieści minus”, „Czterdzieści plus” oraz „Czterdzieści i co z tego”.  Do tego na moim blogu znajdziecie recenzję książki, która mile mnie zaskoczyła „Księga urodzaju”. Dzięki niej odkryłam nowych bohaterów, których perypetie umiejscowione na rodzinnych ogródkach działkowych przyprawiły mnie i o śmiech, i o smutek. Wydawnictwo @Książnica wydało czwarty tom serii już we wrześniu br. Książkę trochę musiała na mnie poczekać i wreszcie się doczekała mojej uwagi. Zapraszam na recenzję.

Magda, Karola, Anita i Aśka nadal mają czterdzieści lat😉. Jak większość z nas marzą o szczęśliwym życiu, które jakoś je omija. Życie potrafi być pełne niespodzianek, w których jest miejsce na łzy, złość, negatywne emocje i niechęć do ludzi wokół oraz samych siebie. Dzięki sobie potrafią jednak radować się swoim towarzystwem i wspierać się wzajemnie. Ich trudne wybory, nie do końca wydają się tak skomplikowane, jeśli podzielą je na pół lub nawet na równe ćwiartki.  

Jest to kolejna bardzo optymistyczna książka serii. Uwielbiam czytać o przyjaźni, o tym jak różne kobiety potrafią się wzajemnie wspierać, mimo wielu niepowodzeń i trudności występujących w relacji. To takie pokonywanie własnych ograniczeń, o których Katarzyna Kostołowska potrafi pisać w bardzo dobry sposób. Jej styl jest bardzo czarujący, zachęca do zanurzania się w historię do samego końca. Mimo, że fabuła nie jest skomplikowana czyta się tą część bardzo przyjemnie. Książka jest pełna optymizmu, mimo, że nie brakuje w niej trudnych momentów. Wzbudza wiele emocji. Perypetie przyjaciółek chwilami nie są do pozazdroszczenia, ale to tylko wzmaga ciekawość, co zadzieje się na kolejnych stronach.

Odkryjcie dalsze koleje losu Magdy, Karoli, Anity i Aśki, które wspierają się, mimo trudności z którymi same się borykają w swoim życiu. Nietuzinkowe losy przyjaciółek, nietuzinkowe historie. To Katarzyna Kostołowska funduje Czytelnikowi w czwartej części cyklu „Czterdzieści”.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„Loteria życiowych szans” Izabella Frączyk

LOTERIA ŻYCIOWYCH SZANS

  • Autorka: IZABELLA FRĄCZYK
  • Seria: STAJNIA W PIEŃKACH (tom 4)
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron: 376
  • Data premiery: 09.11.2021r.

Autorkę @Izabella Frączyk czytałam w serii „Kobiety z odzysku” również Wydawnictwa
@prószyński i ska. Trzeci tom serii recenzowałam w lutym br. Były to „Ryzykowne decyzje”, w których śledziłam losy trzech przyjaciółek. Temat niby powszechny, powtarzający się. Napisany jednak w bardzo dobrym stylu, a sama lektura przyniosła mi wiele radości. „Loteria życiowych szans”, o której jest ten wpis to czwarty tom serii „Stajnia w Pieńkach”. Ja konie uwielbiam oglądać. Zaczynając lekturę liczyłam, że równie dobrze będzie mi się o nich czytać😊.

To narracja  o Adamie i  Magdzie. Po ślubie borykają się z problemami związanymi z utrzymaniem i rozwojem ukochanej przez siebie stadniny. Inna bohaterka, Alicja podejmuje decyzję o związaniu się z mężczyzną nie czując do końca, że jest to ten jedyny. A w całe zawirowania wplątuje się ukraiński inwestor – Wladimir Bondarenko. Pustoszy wszystko i wszystkich, nie zważając na budzącą się niechęć i zdziwienie. Tylko, czy Wlad okaże się w efekcie mężczyzną godnym zaufania? Czy pojawi się tylko na moment, by zamieszać wśród miejscowej ludności i zniknąć niespodzianie we mgle?

Książka napisana jest lekkim, swobodnym stylem. Znalazłam w niej również ironię i odnalazłam, tak jak w poprzednich książkach Autorki, podobne do mojego poczucie humoru. Wgryzłam się w losy bohaterów orbitujących wokół Stajni w Pieńkach. Miejscu, gdzie wiele się dzieje i wiele się jeszcze może wydarzyć. Chcąc nie chcąc wkręciłam się w historię Magdy, Alicji i Wandy. Trzech różnych kobiet, które łączy i jednocześnie dzieli wiele. Wiek, wykształcenie, zainteresowania, czy doświadczenie życiowe. Autorka bardzo dobrze skroiła te postaci, nadała im własną osobowość i to swoiste „Ja”, które świadczy o ich wyjątkowości. Ogólnie bohaterowie Izabelli Frączyk są sympatyczni, ciekawi świata, potrafiący „rozmawiać” ze swoimi emocjami. Da się ich lubić.

Czytając nie tylko literaturę obyczajową, nie raz zastanawiam się, czy z bohaterami się kiedyś jeszcze spotkam. Czasem spotykam się z nimi niepodzianie, czasem ciągle do nich tęsknię, bo nie zobaczyłam ich w kolejnych publikacjach. Na szczęście zakończenie daje nadzieję na szansę kolejnego zejścia się. Przecież wiele spraw musi zostać rozwiązanych, na wiele pytań musimy znaleźć odpowiedzi. I oby tak dalej, oby tak dalej. Miłej lektury.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka za możliwość zapoznania się z książką i podzielenia się moją opinią.

„Lunchbox na każdy dzień. Fit Bento” Malwina Bareła

LUNCHBOX NA KAŻDY DZIEŃ. FIT BENTO

  • Autorka: MALWINA BAREŁA
  • Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 29.09.2021r.

Malwina Bareła @Filozofia Smaku to autorka kilku książek, w których przedstawia prosty i łatwy sposób na zdrowe lunchboxy. Na „Lunchbox na każdy dzień. Fit Bento” od @znakhoryzont czekałam dość długo, mimo, że jej premiera była pod koniec września. Zanim zapoznałam się z propozycjami Malwiny Bareły prześledziłam jej blog kulinarny😊. Gorąco zachęcam do odwiedzenia strony Autorki Filozofia smaku, gdzie Autorka wyjaśnia czym jest filozofia bento, którą kieruje się w życiu. Według Wikipedii to nic innego jak (…) rodzaj posiłku kuchni japońskiej, mający postać pojedynczej porcji na wynos, kupowanej w punktach gastronomicznych lub przygotowywanej w domu” (cyt. za: Wikipedia). Według Malwiny najważniejsze znaczenie w bento ma jego zbilansowanie. Ech, chciałabym móc powiedzieć tak jak Autorka: „Bentowanie weszło mi w krew już na dobre i nie wyobrażam sobie bez niego życia” (link). A wracając do blogu to dodatkowo zachwyciła mnie w nim zakładka Zero waste prezentująca najprostsze rozwiązania do nie marnowania jedzenia, czy zdrowego przechowywania.

Książka zawiera 130 przepisów na zbilansowane posiłki do lunchboxa, który możemy zabrać ze sobą do pracy, do szkoły, w podróż, czy nawet na przedświąteczne buszowanie po sklepach. Autorka pokusiła się zawrzeć w publikacji zamienniki dla wegetarian, czym mnie ujęła. Ponadto w książce znajdujemy pragmatyczne podejście do pieniądza oraz ekologiczny, szeroki wydźwięk. Autorka stawia na filozofię zero waste i zachęca nas do oszczędzania naszych własnych pieniędzy. Całość nie jest skomplikowana i mimo obco brzmiącej nazwy tej filozofii smaku, jest ona naprawdę kuchnią przyjemną, nie zajmującą zbyt dużo czasu, a przede wszystkim zdrową.

Z tym byciem u mnie fit jest różnie. Ogólnie, raz lepiej raz gorzej. Poszukując motywacji postanowiłam zapoznać się z propozycją Malwiny Bareły. Zapoznawałam się z przepisami cyklicznie, w zależności od możliwości i nastroju. Stąd recenzja napisana ponad dwa miesiące po premierze. Filozofia bento nie od razu przypadła mi do gustu, więc metodą małych kroczków, co rusz próbowałam kolejnych propozycji. I wreszcie się udało!!! Zapewniam, że w książce jest i smak, i czas na przygotowanie posiłków. Do tego bardzo dobre rady, które możemy wdrożyć od razu w życie, a które, nie wymagają od nas dużego wysiłku.

Książka jest spójna i kompleksowa w każdym calu. Od przepisów, po składniki, przez rady, aż do samej formy literackiej i sposobu wydania. Z przyjemnością przemierzałam tajniki filozofii bento szukając swojej drogi. Odkrywając to, co do tej pory nieznane. Potrzebujecie urozmaicenia i prostych rad? Jeśli tak, to książka jest zdecydowanie dla Was.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont  za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie mi recenzenckiego egzemplarza.

„Ty albo żadna” Magdalena Kordel

TY ALBO ŻADNA

  • Autorka: MAGDALENA KORDEL
  • Cykl: Tajemnice (tom 2)
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 15.09.2021r.

Przy okazji publikacji recenzji listopadowej premiery od @wydawnictwoznakpl pt. „A ja na ciebie zaczekam” @magdalena kordel, uświadomiłam sobie, że zalegam z recenzją premiery z września ☹. Nie wiem jak to się stało. Wszak urzekła mnie sama okładka książki „Ty albo żadna”, a już o wnętrzu nie wspominając. To kontynuacja „Zanim wyznasz mi miłość”, którą zrecenzowałam w sierpniu. W ten przedświąteczny czas spieszę więc z nadrobieniem tego faux pas, bo jak to mówią Jaka Wigilia taki cały rok, a ja rok 2022 nie chcę zaczynać i kończyć z zaległościami recenzenckimi.

W tej części cyklu „Tajemnice” poznajemy kolejnych bohaterów. To cała kawalkada ciekawych postaci. Ruta – wychowanka domu dziecka i jej przyjaciel – Mateusz. Do tego sama babcia Adela i jej siostra. Rutę która się wychowała w domu dziecka, jej przyjaciela (czy aby tylko?) Mateusza. Wkracza też na scenę Halina, która do dotychczas uznana była  za zmarłą. Jak się zachowa babka Adela, po pojawieniu się u jej boku osoby, której się nie spodziewała? Czy przyjmie ją radośnie? Czy zamknie serce szukając sposobu na odsunięcie tajemnicy rodzinnej, której do tej pory starała się ukryć przed światłem dziennym.

Nie wiem czym sobie zasłużyła Magdalena Kordel i my Czytelnicy, że Wydawnictwo Znak zaskakująco szybko publikuje kolejne książki Autorki, wręcz z prędkością światła. Dzięki niemu właśnie mamy możliwość zaznajomienia się z kolejnymi pozycjami tej poczytnej, rodzimej Autorki. Czytaliście którąś z jej bestsellerów? Jeśli nie to polecam „Anioł do wynajęcia”, „W blasku słońca” i całą serię ,,Malownicze”. Część ,,Tajemnice”, której recenzja drugiego cyklu przed Wami, także jest warta Waszej uwagi. To kolejne rozliczenie Kordel z tajemnicami rodzinnymi, które nie powinny wieczność leżeć schowane w najgłębszym zakątku domostwa. To próba odpowiedzenia nam na pytanie, ile może znieść człowiek, który ucieka przed prawdą, który z prawdą się nie potrafi zmierzyć. Do tej wspaniałe postaci. Szczególnie te kobiece. Bardzo spodobała mi się Ewelina oraz sama babka Adela. To kobiety z krwi i kości, naznaczone przeszłością, które muszą wreszcie odnaleźć spokój, nawet jeśli wymagana będzie konfrontacja z tym, co minione.

To trzecia książka Autorki, którą przeczytałam i zrecenzowałam w tym roku. Dobra, jak dwie poprzednie. To pozycja obowiązkowa na zimowe wieczory, gdy potrzebujemy otulenia, oddechu. Takich książek mi trzeba w tym mijającym roku. Takich, które dostarczają refleksji, relaksu i pozytywnego nastawienia do życia. Gorąco polecam!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Miłość, miłość” Karolina Filuś

MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ

  • Autorka: KAROLINA FILUŚ
  • Wydawnictwo: FENIKS
  • Liczba stron: 197
  • Data premiery: 06.09.2021r.

Książkę pt. „Miłość Miłość” dostałam w prezencie długo po premierze od samej Autorki  @karolinafilus.autor. Za co niezmiernie dziękuję😊. Książkę wydało @Wydawnictwo.Feniks, a jej premiera przypadła na 6 września br. „Miłość, miłość” do debiutancka powieść Karoliny Filuś. Mam nadzieję, że po tylu pozytywnych recenzjach Autorka dostała „wiatru w żagle”, który będzie ją pchał w kierunku kolejnych publikacji.

Eliza i Paweł to osoby z bagażem trudnych doświadczeń. Nie zaznające spokoju, borykające się ze złożonymi problemami i niełatwymi wspomnieniami. Dosłownie na Końcu Świata😉 starają się znaleźć swoje miejsce, swoją oazę, w której nareszcie będą czuć się szczęśliwi. W której zapomną o tym, co ich spotkało.  W której zatracą się w codzienności i zanurzą się na dobre w tym, co jest tu i teraz. Z początku nie do końca do siebie pasują. Borykają się z własnymi ograniczeniami. Mają problem z wzajemnym zaufaniem. Tym bardziej, że zdarzenie, które im się przydarza burzy dotychczas zbudowany domek z kart, który runął z ogromną siłą. Czy dadzą radę go odbudować?

Debiuty zawsze są wielką niewiadomą. Jedne są bardziej udane, drugie mniej. Ja szczerze chwalę @karolina_filus_autor za pomysł na fabułę. Umiejscowienie historii na krańcu świata, w zapadłej miejscowości do której trafia Eliza po odziedziczeniu starego, zrujnowanego domu po ciotce był strzałem w dziesiątkę. W powieściach obyczajowych lubię bardzo, gdy autor wprowadza mnie do hermetycznej, małej, zaściankowej społeczności. Ile w niej stereotypów! Ile zabobonów! Ile dawno zapomnianych w innych miejscach obyczajów!!! Ze stereotypami Karolina Filuś uporała się brawurowo kreśląc postać Pawła. Niezwykle złożoną, w której to co dobre, musi zostać odkryte. Którego twarda skóra nie wystarcza, by ciągle uciekać i udawać, że nikogo nie ma wokół nas. Fabuła nie znudziła mnie ani na moment. Czasem mnie śmieszyła. Momentami rozczulała i zastanawiała. Do tego bardzo dobry styl Autorki. Czytając płynęłam słowo po słowie, zdanie po zdaniu, strona po stronie. Książkę czyta się bardzo szybko. Nie chciałam się odrywać, nie mogłam się nawet oderwać. Dla książkoholika styl pisania jest niezwykle istotny. Nawet najlepiej skonstruowana opowieść jest nie do przebrnięcia, jeśli męczy nas samo czytanie.

„Miłość, miłość” to idealna pozycja na zimowe wieczory. Ubierzcie ciepłe skarpety. Okryjcie się kocem. Weźcie kubek gorącej herbaty lub pysznej kawy i łapcie za książkę.  Miłego czytania Wam życzę!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Autorce.

„Obca kobieta” Magdalena Majcher

OBCA KOBIETA

  • Autor: MAGDALENA MAJCHER
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 15.09.2021r.

Autorkę @magdalenamajcherautorka czytam bez opamiętania. „Obca kobieta” to jedenasta książka, z którą się zapoznałam. Recenzje wszystkich poprzednich dziesięciu znajdziecie na moim blogu. Lubię jej styl pisania, umiejętność konstruowania zawiłych relacji i bohaterów, którzy zwykle nie są czarno – biali. @wydawnictwo.wab  obdarowało mnie kolejnym prezentem z okazji premiery „Obcej kobiety”, za co bardzo dziękuję. Czyż tytuł nie brzmi intrygująco?

Weronika i Hubert do pewnego czasu tworzyli udany związek. Do pewnego czasu wychowując wspólnie córkę Oliwię, której Weronika nie jest biologiczną matką. Zawsze czuła się obco, niewystarczająco swoja i w roli matki, i w roli żony. Hubert wiedziony innym, lepszym życiem nagle ją porzucił. Weronika zaczyna walczyć. Walczyć o życie, które niespodzianie utraciła. Walczyć o swoje macierzyństwo. Walczyć o swoje, nie-swoje dziecko.

Książka zaskoczyła mnie finalnie fabułą, która okazała się inna, niż z początku się spodziewałam. Czasem tak jest, że własną historię układamy w głowie już po przeczytaniu pierwszych pięćdziesięciu stron. Zamysł Autorki był jednak zgoła inny. To zawiłe studium relacji matki z córką. To diagnoza, jak można z totalnie obcej kobiety stać się jedną z najważniejszych osób w życiu innego człowieka. Bardzo podobał mi się ten motyw. Motyw walki Weroniki o szczęście jej dziecka, które z początku nie darzyło jej sympatią. Relacja, która się rozwijała na przestrzeni opisanych dziesięciu lat, dzięki zastosowanej przez Majcher retrospekcji, zademonstrowała mechanizmy z którymi musiała borykać się i Oliwia, i Weronika. Każda na swój sposób się zmagała z własnymi ograniczeniami, własnymi wyobrażeniami o tym, jak powinno wyglądać ich wspólne życie. A Hubert, no cóż. Nie zapałałam do niego sympatią. Nie dziwne. Wszak dziesięć lat to szmat czasu, który nagle Hubert postanowił zmazać jednym ruchem. Zapomniał dość szybko, co ich łączyło. Trochę zabrakło mi wielkiego buuum. Jak obiecywał Wydawca w swoim opisie „Weronika ma pewien mroczny sekret …”. Celowo o nim nie wspominałam w moim wprowadzeniu do fabuły. Mroczny sekret nie okazał się dla mnie spektakularny. Nie okazał się szokujący. Mimo to warto przeczytać tę pozycję. Wszak literatura obyczajowa rządzi się swoimi prawami.

Jest to klasyka gatunku w wykonaniu Magdaleny Majcher. Dużo wzruszeń, trudnych przeżyć i skomplikowanych relacji. Wszystkiego po trochu. Zachęcam do zapoznania się z lekturą.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Il professore. Włoska miłość” Weronika Tomala

IL PROFESSORE. WŁOSKA MIŁOŚĆ

  • Autorka: WERONIKA TOMALA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 312
  • Data premiery: 14.09.2021r.

Nie wiem jak to się stało, że opublikowałam już większość recenzji listopadowych premier od Wydawnictwa @Zysk i S-ka, jestem w trakcie czytania kolejnej pozycji z końca listopada br., a tu zalegam z recenzją premiery z września☹. Zaćmienie, całkowite zaćmienie. Notatki z książki już pokrył kurz, a ja tu dopiero je ubieram w opinię godną opublikowania na moim blogu. Ech…

Z Autorką @WeronikaTomalaAutor spotkałam się już trzykrotnie😊. Ostatnio przy okazji książki pt. „Cztery liście koniczyny”, o której w recenzji napisałam między innymi „(…) porusza wiele emocji, jest pełna bólu, ale i miłości do życia i nadziei. Zakończenie spowodowało, że miałam ciarki. Ciekawa koncepcja”. Tym chętniej sięgnęłam po „Il professore. Włoska miłość”, którą przeczytałam jednym tchem. Bo czyż można nie kochać Florencji?

Zakazana włoska miłość po polsku

On – profesor sztuki włoskiej Matteo Bartollini. Ona – Magda studentka piątego roku. On – inteligentny, szanowany, żonaty, przystojny. Ona – lecząca ciągle otwarte rany, szukająca spokoju, odosobnienia. A do tego przepiękna włoska sceneria, artystyczny świat, w którym wszystko jest możliwe, a przyszłość czeka na nas z otwartymi ramionami.

Zaciekawieni? To dobrze. Starałam się jak mogłam, by wstęp zaciekawił Was na tyle, byście od razu pobiegli do księgarń. Mimo, że historia nie jest nowa i nie zbliża się do szekspirowskiego „Romea i Julii” to czyta się o niej bardzo przyjemnie. Zmienne umiejscowienie fabuły w czasie dodaje powieści interesującego polotu. Momentami chwytałam się na tym, że zmieniająca się czasoprzestrzeń zagmatwała mi odbiór, poplątała mi myśli. W tych momentach musiałam się zatrzymywać, co wcale nie czyni książkę trudną w odbiorze. Główne wątki są bardzo rozległe. Z jednej strony trudna miłość, która nie powinna się zdarzyć. Z drugiej błędne wybory, brak szczęścia  w małżeństwie, skutki zdrady. O tych kwestiach czyta mi się trudno. Zdrada nawet jeśli występuje w chwili totalnego, kompletnego zauroczenia, czy wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia, jest jednak zdradą. Jest totalnym zaprzeczeniem złożonym obietnic i zamyka pewien rozdział w dotychczasowym życiu małżonków. Tomala odważnie podeszła do tematu. Przedstawiła różną perspektywę. Każdy czytelnik odniesie wydarzenia opisane w książce do siebie w sposób całkowicie unikatowy. Coś co mnie zachwyca, komuś innemu wyda się błahe, infantylne. Coś co mnie zasmuci, dla kogoś innego okaże się tylko kolejną konsekwencją ludzkich losów. Wszystko zależy od tego czego szukamy w literaturze i od tego, jakie są nasze doświadczenia.

Ogromnym plusem tej powieści jest włoski krajobraz. Włochy ukochałam podczas mojego letniego urlopu. Ten włoski temperament, język, specyfika wyzierają praktycznie z każdej strony. Do tego sztuka, która jest wdzięcznym tłem dla przedstawionej historii. Nie będę ukrywać, że druga połowa jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. Autorka wprowadzała mnie w historię pełną wewnętrznych przeżyć powoli, sennie. Jakby chciała, bym nasyciła się tym, co oferuje ukochana przeze mnie Florencja. Tą senność zgubiłam jednak szybko, gdy akcja nabrała tempa, a wydarzenia następowały jedno po drugim.

To powieść, która dostarcza wielu emocji. Momentami smutna, chwilami opisująca prawdziwie silną miłość. Finalnie napawająca optymizmem i motywująca do poszukiwania własnego „Ja”.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.