„Chichot” Greta Drawska

CHICHOT

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 3)
Data premiery: 2021-07-14
Liczba stron: 352

Wiem, że od premiery trzeciej części cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem minęły już dwa tygodnie. Musicie jednak wiedzieć, że ja przy okazji premiery z 14 lipca br. przeczytałam dwa poprzednie tomy, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia. I nie żałuję! Jeśli chcecie sobie przypomnieć moją opinię na temat poprzednich dwóch tomów to recenzje znajdziecie tutaj: „Rytuał” i „Stos”.

Greta Drawska jest nadal dla mnie ogromną niewiadomą, mimo przeczytanych już dwóch książek jej autorstwa. Nie wiem kim jest naprawdę, co lubi, jak postrzega swoje pisarstwo i skąd czerpie inspirację.  Autorka przedstawiła nam się bowiem pseudonimem zainspirowanym miejscem akcji poprzednich dwóch powieści, a mianowicie Drawska Pomorskiego, które okalają: jezioro Drawsko, Pojezierze Drawskie i sama rzeka Drawa.  Tym samym mamy Gretę Drawską. Autorka zagrała z czytelnikiem w unikatową grę na zasadzie znajdź mnie jeśli potrafisz. Ja nie znalazłam. A Wam się udało? W sumie to bez znaczenia, czy to prawdziwa Greta, czy prawdziwy Gret, czy może nowe wcielenie Remigiusza Mroza😉. Ważne, że do trzeciej części serii pt. „Chichot” zasiadłam z takim samym entuzjazmem jak do poprzedniej. Z entuzjazmem i ogromną ciekawością, by sprawdzić co też Wydawnictwo @wydawnictwoznakpl wraz z Autorką nam przygotowało.

(…) Pisarz nie pisarz, leniwy to on był, pani prokurator, jak wszystkie chłopy” – „Chichot” Greta Drawska.

I ten leniwy pisarz staje się pierwszą ofiarą. Używający pseudonimu (prawda, że brzmi znajomo😉) Pan Tom, który „Pisał kryminały z parą przewidywalnych bohaterów, którzy ni to się czubią, ni to lubią, a w to wszystko wplatał wątek historyczny. W ostatniej części trylogii wziął na warsztat temat pochówków antywampirycznych w Polsce. Część książki dzieje się w siedemnastym wieku”. Teraz to na pewno brzmi znajomo!!! Prokurator Wanda Just i podkomisarz Piotr Dereń odkrywają w trakcie śledztwa kolejne sekrety pewnych dwóch rodzin, w których dzieci, jak się okazuje, miały wspólnego ojca.

Dokładnie w taki sposób Greta Drawska puściła oko w stronę czytelnika. Umieszczając w powieści pisarza chowającego się pod pseudonimem i piszącego kryminały z wątkiem historycznym. Pisarz okazał się twórcą bestsellerów. Powieści Drawskiej też na takie pretendują i to całkiem słusznie. Książka przeczytała się sama! Nie mam pojęcia kiedy, ani jak. Zaczęłam czytać ciekawa dalszych losów głównych bohaterów i zanim się obejrzałam już byłam na 200 stronie. Odkładać książkę w tym momencie byłoby ogromną zbrodnią, więc dotrwałam migiem do końca. Nie dziwcie się, że piszę o potencjale na bestseller. Przecież tylko książki, które czyta się jednym tchem, które nie męczą, które wciągają mają szansę na czytelniczy sukces.

Tym razem Drawska zabrała nas w nie tak odległą podróż w czasie. To czasy całkowicie współczesne, gdy Borne Sulinowo okupowane było przez żołnierzy radzieckich. Gdy Polacy mieszali się z  Sowietami, gdy komunizm panoszył się wszędzie. Na te tereny zaglądamy i współcześnie, gdy Borne Sulinowo  straszy miastami widmo i w czasy dawne, gdy stacjonowała tam Armia Czerwona. Ten bardziej współczesny wątek historyczny nakreślił fabułę  w nieco inny sposób. Mniej w niej oniryzmu, zagadkowości, czarów i magii, więcej zdrad, trosk, przynależności i ciągłych pytań, kto obcy, a kto swój. Nie każdy Sowiet to gwałciciel i morderca. Nie każdy Polak jest dobroduszny i oddany sprawie. Szukanie mordercy Just i Dereniowi idzie jak przysłowiowa „krew z nosa”. Wydaje się, że nigdy nie zbliżą się nawet do rozwiązania zagadki. Do tego sytuację utrudnia ich osobista relacja oraz problemy w całej grupie śledczych. Szczególnie wątek Agaty i Tobiasza zasługuje na wspomnienie. W intrydze kryminalnej jest i morderstwo, i utracone dochody, i walka o majątek, i zdrada małżeńska, o której wiedział sam małżonek. Wielu więc wydaje się podejrzanych, wielu mogło zależeć na śmierci Pana Toma. Rozwiązanie nie jest więc tak oczywiste. Autorka nie rzucała mi kół ratunkowych, po których mogłabym szczęśliwie dotrzeć do brzegu, którym okazałoby się rozwiązanie zagadki. Oj nie. Gmatwała, mąciła, naprowadzała na mylny trop do samego końca. Zagadka niby rozwiązana, ale na samym końcu więcej pytań niż odpowiedzi. Pytań na które mam nadzieję jeszcze Drawska udzieli nam kiedyś odpowiedzi.

To nie kryminał gdzie trup ścieli się gęsto, a krew tryska z czterech stron świata. To kryminał, gdzie ważni są ludzie. Ważni są tak samo śledczy, jak i podejrzani. Faktycznie, jest tak jak przeczytałam w jej krótkiej notce biograficznej, Autorka lubi ludzi. Lubi też bez wątpienia czytelnika rozpieszczając go mądrą fabułą, ciekawymi wątkami pobocznymi oraz bardzo dobrym, lekkim stylem. Lubicie być rozpieszczani przez autora? Ja baaaaardzo. Dlatego zachęcam Was do przeczytania nie tylko tej trzeciej części cyklu, lecz całej serii. Zacznijcie proszę od „Rytuału”, zanurzcie się potem w historię opisaną w „Stosie”, a na końcu pochichoczcie z „Chichotem” w ręku. Na dobrą książkę zawsze jest czas!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.

„Stos” Greta Drawska

STOS

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 2)
Data premiery: 2021-01-04
Liczba stron: 368

Uwielbiam urlopy! Wy pewnie też. To czas odpoczynku, relaksu, chwil z najbliższymi, a dodatkowo możliwość realizacji swoich pasji. Jedni przemierzają kilometrowe szosy i drogi rowerami, inni przekraczają własne słabości wspinając się na wysokie szczyty, jeszcze inni wypijają hektolitry…hm… czegoś tam, a ja w każdej wolnej chwili czytam. Dzięki temu na urlopie nadrobiłam kilka czytelniczych zaległości😉. Ale najbardziej cieszę się, że również opublikowałam kilka recenzji. Wiele recenzji jeszcze przede mną. Wiecie jak jest, „co się odwlecze to nie uciecze”. Na wszystkie recenzje przyjdzie czas. Bądźcie cierpliwi😊.

Udowadniając, że nie próżnuję, prezentuję Wam recenzję drugiego tomu cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem. Cyklu, który rozpoczęłam wysoko przeze mnie ocenioną książką pt. „Rytuał”. Książką, która zachwyciła mnie niespieszną akcją, przemyślaną fabułą i wzbogacającymi wątek kryminalny motywami historycznymi. Nie mogłam się oprzeć dalszemu czytaniu. Ciągle myślałam o tym, czy drugi tom pt. „Stos” Grety Drawskiej wydany nakładem Wydawnictwa @wydawnictwoznakpl powieli sukces pierwszej części. Jak myślicie?

W sercu czarownicy nigdy nie wypali się gniew – z opisu Wydawcy

I gniew jest w tej części kluczowy. Gniew za dawne krzywdy, niezabliźnione rany, niewysłuchane skargi i wypowiedziane w kierunku niewinnych pogróżki. Tym razem prokurator Wanda Just i podkomisarz Piotr Dereń zmagają się z morderstwem miejscowej kosmetyczki, która zginęła w niecodziennych okolicznościach. Jej ciało znaleziono na zamarzniętym jeziorze. Jej usta spięte zostały gospodarczą kłódką, zaś stopy….no cóż, nie wyglądały na stopy trzydziestoparoletniej kobiety. Dziwne okoliczności przypominają śledztwo, z którym Just i Dereń mierzyli się ponad rok temu, śledztwo w sprawie stomatologa z Czaplinka. Czy i tym razem dla rozwikłania zagadki kryminalnej znaczenie będą miały duchy przeszłości i regionalne wydarzenia sprzed kilkuset lat? Morderca zdaje się nie odpoczywać. Gdy giną kolejne osoby, Just i Dereń zaczynają podążać śladami z przeszłości. Śladami sprzed wieków.

Zdecydowanie ta seria jest dla mnie odkryciem tego roku. Nic o Drawskiej nie słychać, nie kojarzę nawet żadnych reklam serii. A szkoda, bo serię czyta się wyśmienicie. I tym razem Autorka sięgnęła po sprawdzony scenariusz. Motywem przewodnim „Stosu” jest toczące się śledztwo. Śledztwo, w którym poboczne wątki schodzą na niepowodzenia rodzinne i Derenia, i Just. Obraz śledczych nie zostaje jednak zachwiany. Nadal Just jest poświęcającą się pracy skuteczną prokurator, a Dereń poczciwym podkomisarzem, który potrafi czasem pokazać pazurki. Oboje dają się lubić. Oboje tworzą zgrany zespół wspierany kolejnymi ciekawymi postaciami. Mnie osobiście zachwyciła postać Babuni, okolicznego morsa. Szkoda tylko, że tej Babuni tak mało. Chętnie o niej przeczytałabym znacznie więcej. Sama relacja Just i Derenia chyba zaczyna zmierzać w jakimś konkretnym kierunku. W wielu miejscach więcej sympatii i wsparcia, niż niechęci i trzymania się na dystans. No cóż, zobaczymy. Przyjdzie i czas na trzecią część serii. „Chichot” już na mojej półce.

Teraźniejszość przeplata się, jak to było w pierwszej części cyklu „Rytuale”, z wydarzeniami sprzed czterystu lat. Zaczynamy śledzić losy miejscowej ludności z XVI wieku, gdy na okolicznych dworach szlachcianki kąpały się jeden raz na dziesięć tygodni, a częstsza kąpiel powodowała dotkliwe konsekwencje. Kobiecość miała określone cnoty, których brak doprowadzał do mocnych i nie dających się oddalić oskarżeń.

Plusem tej części bez wątpienia jest wprowadzenie do fabuły siostry Wandy Just, Natalii, która finalnie nie okazała się tą, za którą brałam ją na początku. Tylko ciągle nie wiem, czy była mężatką, czy jednak nie. Najpierw przeczytałam, że „Jej siostra nigdy formalnie nie wyszła za mąż i nadal nosiła nazwisko Just”, by potem przeczytać słowami Natalii „Mam małe dziecko i sfiksowanego ojca po udarze. Mam męża, który apetytu nabiera na mieście, ale stołuje się w domu”. Później wiele razy Autorka odnosi się do męża Natalii, per szwagier Just. Jak już pewnie zdążyliście się połapać, na takie nieścisłości jestem wyczulona. Dziwnym trafem wyłapuję je z meandrów fabuły i przyznaję, przeszkadzają mi później w finalnym odbiorze powieści.

Na okładce „Stosu” znajduje się jedna z dwóch opinii, która brzmi „Kryminał dla uważnego czytelnika, dla którego ważne są konteksty i pejzaż otoczenia”. Z opinią zgadzam się w 100%. Drawska udowodniła, że kryminał można napisać trochę inaczej wzbogacając go kulturoznawczo i historycznie odniesieniami do dalekiej przeszłości bez jakiejkolwiek szkody dla wątku kryminalnego. To jest cecha charakterystyczna tej serii. Cecha, która sprawia, że powieść jest ciekawa i intrygująca w unikatowy sposób. A ja wprost uwielbiam unikaty. Uwielbiam zaskoczenia i nietuzinkowe podejście do znanego mi gatunku. Szczególnie jeśli napisane są bardzo przyjaznym i lekkim językiem. Przecież o trudnych sprawach nie trzeba od razu pisać literacko! Wrzućcie książkę na swoją półkę, koniecznie.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.

Recenzja przedpremierowa: „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward

OSTATNI DOM NA ZAPOMNIANEJ ULICY

Autorka: Catriona Ward
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 2021-07-28
Liczba stron: 400

Dopiero co publikowałam recenzję lipcowej premiery Remigiusza Mroza od Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału, a już jestem po lekturze kolejnej książki tego samego Wydawnictwa, która premierę będzie miała 28 lipca br. Wiem, wiem muszę uważać, by w recenzji za bardzo nie pospojlerować. Tym bardziej, że z dotychczasowych opinii (na LC średnia 8/5 brzmi obiecująco😊) wynika, że jest to thriller niezwykle trzymający w napięciu. Obiecuję solennie nie zepsuć Wam przyjemności z czytania i nie przemycić w recenzji istotnych wątków z „Ostatniego domu na zapomnianej ulicy” Catriony Ward

Rzadko dosłownie cytuję opis wydawcy. Ten jednak brzmi tak nieszablonowo, że nie mogłam się oprzeć pokusie i nie zostawić przynajmniej jego fragmentu tutaj😉. Sprawdźcie sami: „Oto historia seryjnego mordercy, ale nie tylko. To także opowieść o porwanym dziecku, zemście i śmierci. Oraz o pewnym zwyczajnym domu na końcu zupełnie przeciętnej ulicy. Wszystkie te historie są prawdziwe, a jednocześnie w każdej z nich kryje się kłamstwo…” – z opisu Wydawcy.  Prawda, że brzmi intrygująco? Już sam opis Wydawcy wywołuje ciarki na plecach.

„(…) Oceniam ludzi na dwa sposoby – pod kątem tego, jak traktują zwierzęta i co lubią jeść. Jeśli czyimś ulubionym daniem jest sałatka, wiadomo, że to zły człowiek. A jeśli coś z serem, raczej jest w porządku.” – „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward.

Tak naprawdę to historia nie tylko – cytując samą autorkę, „(…) o kotce imieniem Olivia, dziewczynce imieniem Lauren i mężczyźnie imieniem Ted”. Historia, która rozpoczęła się zaginięciem sześcioletniej Lulu. Dziewczynki, której siostra Dee Dee poszukiwała przez całe jej dorosłe życie. To nawet nie historia o nieudolnych policjantach, którzy nie potrafią odnaleźć dzieci ginących w okolicy miejscowego jeziora. To historia o cierpieniu tych co odeszli i tych, co zostali. I jedno i drugie cierpienie jest niewyobrażalne. I jedno i drugie cierpienie powinno być opisane w sposób, w który zrobiła to Catriona Ward.

Oklaski należą się autorce z wielu powodów. Po pierwsze idealnie wkomponowana w gatunek i treść narracja. Czasem pierwszo, czasem trzecioosobowa. Wszystko zależy z perspektywy, które bohatera relacjonowane są wydarzenia, myśli, czyny. Sposób narracji odznaczony został rozdziałami nazwanymi poszczególnymi bohaterami. Mamy więc rozdziały zatytułowane Dee, Olivia, Lauren, Ted. Dzięki tej narracji autorka sportretowała w bardzo profesjonalny sposób porwaną dziewczynkę, krzywdzonego w dzieciństwie chłopca, szukającą siostrę, czy kotkę Olivię widzącą i czującą wszystko nawet to, czego nie potrafi zrozumieć. Po drugie bohaterowie. Idealnie rozrysowani. Mimo, że momentami wątki poszczególnych postaci bardzo mnie męczyły i utrudniały zrozumienie, to jednak wszystkie opisy splotły się w jedną, komplementarną całość. Po trzecie zaskakujące tematy poboczne. Dość, że cała fabuła utkana jest jak pajęcza sieć, gdzie nie widać ani początku, ani końca, ani tego od czego się zaczęło, ani – bardzo długo – tego jak się skończyło, to dodatkowo Ward wprowadziła bohaterów będących dodatkową zagadką, jak Bogacz, jak Pan Nocny. Po czwarte tajemnicza, nienazwana choroba o której wspomina matka jednego z bohaterów. Choroba, która pustoszy. Po piąte małomiasteczkowa amerykańska społeczność. Społeczność, w której ktoś coś widzi, coś podejrzewa, niby się interesuje, niby jest zaciekawiona, a tak naprawdę nic nie robi, nie bierze sprawy w swoje ręce. Typowo amerykańskie podejście, które piętnuje wtargnięcie do czyjegoś domu, na czyjąś posesję, do czyjegoś życia. Bez względu na okoliczności, bez względu na pozytywne skutki, które mógłby przynieść ten czyn. I po szóste, może najważniejsze, odwaga. Odwaga Catriony Ward, że w taki sposób opisała temat przewodni książki. Jestem pełna podziwu dla niej za przemyślane do samego końca wątki, które potwierdzają jak wiele pracy autorka włożyła w napisanie tej powieści. Przecież musi być niezmiernie trudno skonstruować powieść z tak różnych bohaterów, o tak trudnej, wymagających i niepokojącej fabule. A niepokoje powodują smutne nastroje, gniew, strach, niezgoda, niezrozumienie itd. Takie uczucia głównie mi towarzyszyły. Możliwe, że z tego powodu momentami książka mnie męczyła. Miałam wrażenie, że czytam ją ciężko i mozolnie.

Reasumując, „(…) zawsze dążymy do czynienia dobra. Zawsze próbujemy chronić dziecko” – „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward. Czy zawsze? Czy wszędzie? Czy tylko?

Dajcie się zaskoczyć i wciągnąć!!! Zapewniam, że takiego rozwinięcia się nie spodziewacie.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Rytuał” Greta Drawska

RYTUAŁ

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 1)
Data premiery: 2020-09-02
Liczba stron: 368

Ponad tydzień temu, bo dokładnie 14 lipca br. miała premierę trzecia odsłona cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem pióra Grety Drawskiej od Wydawnictwa @wydawnictwoznakpl. Wielu, którzy już przeczytali uważają, jest ona tą najlepszą. Ja jeszcze zdania nie mam, bo „Chichot” ciągle przede mną. Za to z przyjemnością prezentuję Wam recenzję pierwszego tomu serii pt. „Rytuał” autorki, która jest dla mnie wielką niewiadomą. Z krótkiej notki biograficznej dowiedziałam się, że to „Pisarka, anglistka, nauczycielka jogi, kolekcjonerka historii utraconych i ciekawych rozmów. Lubi ludzi. To oni są zawsze w centrum jej zainteresowań” (cyt. za: Greta Drawska). Czytajcie szybciutko, a dowiecie się, czy debiut Grety Drawskiej mi się spodobał i czy warto przeczytać całą serię. Tym bardziej, że książki zachwycają już samą szatą graficzną. Prawda, że mają piękne okładki?

Prokurator Wanda Just wraca do rodzinnych stron, po przyjęciu oferty pracy na stanowisku prokuratora rejonowego w Drawsku Pomorskim.  Zostawiła za sobą Poznań, a wraz z nim byłego męża. W nowym miejscu pracy czeka na nią dawny kolega ze szkoły – podkomisarz Piotr Dereń oraz rytualny mord na miejscowym stomatologu, miłym i przyjaznym wszystkim Maurycym Kalickim. Kto chciał zabić sympatycznego stomatologa i co wspólnego z jego śmiercią ma tajemnica o ukrytym skarbie sprzed trzystu lat?

Pierwsze spotkanie z Autorką i serią zaliczam do bardzo udanych. Już okoliczności śmierci ofiary są nietuzinkowe. O mordach rytualnych nie czyta się przecież codziennie. Dodatkowo wysoką ocenę uzasadnia sposób prowadzenia narracji i bohaterowie. Narracja jest trzecioosoobowa pisana z punktu widzenia różnych bohaterów. W wielu miejscach przeplatana jest opowieściami z dawnych czasów, nawet sprzed trzystu lat, gdy okoliczny majątek wraz z pałacem przechodził z rąk do rąk, a włości były grabione przez kolejnych najeźdźców. Bohaterowie nakreśleni bardzo konsekwentnie i dopieszczeni do ostatniego szczegółu. Spodobała mi się postać zarówno prokurator Wandy Just, jak i Piotra Derenia. Ona skrupulatna w prokuratorskiej robocie, on doświadczony policjant znający się na swoim fachu. Ona starająca się zagłuszyć głosy z przeszłości, on borykający się z odejściem żony. Ona i on nastawieni na odnalezienie sprawcy tak bardzo, że sami zanurzają się co chwila  w opowieściach o bóstwach chtonicznych, czy uranicznych. Wzbogacenie postaci dodatkowo problemami rodzinnymi Derenia i Just, czyni bohaterów bardziej ludzkimi, bardziej swojskimi. Okazuje się, że można być efektywnym w pracy zawodowej skrywając za sobą własne, trudne przeżycia. Przeżycia, z którymi co świt trzeba się mierzyć na nowo.

Niezwykle inspirujący dla mnie był wątek historyczny. Jak sama Autorka napisała w podziękowaniach, w „Rytuale” pragnęła „(…) posłużyć się intrygą kryminalną i przybliżyć czytelnikom ciekawą historię Pojezierza Drawskiego”. Udało się jej to pierwszorzędnie. Dzięki wprowadzonym ciekawym postaciom jak chociażby historyczki Julii Ogrodnik, profesora doktora habilitowanego Stempniewskiego, doktor Ilony Kubiak dowiedziałam się wielu interesujących faktów historycznych. Nie tylko regionalnych, lecz również wykraczających poza Pojezierze Drawskie, sięgających nawet Dzwonu Zygmunta, czy włóczni Świętego Maurycego.  Element historyczny wręcz mnie zachwycił. Dowiódł, że nie jest to książka tylko dla fanów kryminałów, fanów zagadek, pościgów i samych znaków zapytania. Nie jest to książka także tylko dla historyków, kulturoznawców, religioznawców, czy mówiąc bardziej ogólnie – humanistów. Jest to książka dla tych, którzy we współczesnej prozie szukają wielowymiarowości, nietuzinkowego połączenia. Książka, w której brawurowo Greta Drawska połączyła zbrodnię z historią jest więc warta ich uwagi.

A do tego jak ta książka jest napisana! Czyta się ją ekspresowo, język nie męczy. Słowo po słowie narracja płynie jak ulubiona piosenka. Fabuła przemyślana i niekomplikowana na siłę. Nie ma tu zwrotów akcji strona po stronie i wskazywania podejrzanego za podejrzanym, aż w końcu czytelnik zaczyna podejrzewać samego siebie. Jest tu opisana w sposób bardzo przyjemny mrówcza prokuratorsko – policyjna praca z wkładką w postaci wątków historycznych, przekazanych w bardzo przejrzysty i lekki sposób. Chyba już nic więcej pisać nie muszę? Liczę, że to co napisałam zachęci Was do sięgnięcia po tę pozycję. Naprawdę nie pożałujecie!!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.

„Wybaczam ci” Remigiusz Mróz

WYBACZAM CI

Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 2021-07-14
Liczba stron: 432

Ile ja już książek @Remigiusz Mróz przeczytałam😊. Sporo, całkiem sporo. Całą serię o Chyłce i Forście, wszystkie książki serii Parabellum i serii w Kręgach Władzy. Oczywiście nie zapomniałam o „Osiedlu Rzniw” i „W Cieniu Prawa”, był jeszcze „Hasztag” i…. No dobrze, nie będę Was zanudzać moimi osiągnięciami czytelniczymi i osiągnięciami samego Autora. Wszystko znajdziecie na moim blogu. Jednego możecie być pewni, po moim zainteresowaniu planami wydawniczymi Autora i Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału widać ewidentnie, że mam słabość do publikacji tego duetu. Niewiele ponad tydzień od premiery, która miała miejsce 14 lipca br., prezentuję Wam moją opinię na temat najnowszego thrillera Remigiusza Mroza pt. „Wybaczam ci”.

A wszystko zaczęło się od słów „Wybaczam ci”. Te słowa przeczytała Ina Kobryn w wiadomości na Facebooku skierowane do swego męża Rafała. Męża, który spowodował, że jej życie nabrało sensu, a każdy dzień wydawał się jak wycięty z romantycznego serialu. Młody, przystojny, wysportowany, finansista. Do tego zakochany w niej na zabój. Chwilę później Ina dowiaduje się, że tajemnicza nadawczyni wiadomości ginie na środku placu Konstytucji w Warszawie, a jej mąż znika. Ina się nie poddaje i wraz z partnerem jej siostry, Gracjanem zaczyna na własną rękę odkrywać to, co spowodowało takie, a nie inne zachowanie Rafała. I te odkrycia w ogóle się jej nie podobają.

Uwielbiam te wstawki z innych książek autora

Zawsze się zachwycam, gdy w czytanej powieści odnajduję cienie bohaterów z innych książek Autora. Tym razem – a jakże !- Mróz wspomina pracowników kancelarii Żelażny&McVay z serii o Chyłce. No i oczywiście, samą Asieńkę.  Takie wstawki są jak wisienka na smacznym torcie. Chyłka i jej współpracownicy ze względu na swoją profesję wszak mogą być wszędzie. Szkoda z tej możliwości nie skorzystać.

Sama fabuła nie jest niczym wyjątkowym. Mróz wykorzystał motyw niewiedzy, życia w kłamstwie, odkrywania kolejnych informacji, które wszystko burzą. Burzą dotychczasowe życie. Z takim zabiegiem mamy do czynienia w przypadku życia Iny. Okazuje się, że jej mąż ukrył przed nią wiele sekretów. Okazuje się, że i ona wiele przed wszystkimi skrywała. Zaczyna się więc pościg, szaleństwo, poszukiwania i przeszukiwania. Do tego dochodzą spotkania z mężczyznami o krótkich karkach i brak szczerości z mężem. Sama Ina jako bohaterka da się lubić. Szczególnie jej relacja z Gracjanem jest wyjątkowo udana. Natomiast kompletnie nie przekonała mnie w relacji ze swoim mężem. Taka przebojowa, taka inteligentna, a nie zastanowiły jej oczywiste fakty z przeszłości, które powinny być znakiem ostrzegawczym. Ślub kościelny – tak, konkordatowy – nie. Wakacje – tak, ale tylko samochodem. Dopiero pierwsze odkryte kłamstwo, które prowadzi do kolejnego odkrycia, otwiera jej oczy. Oczy na to, co udawała że nie istnieje.

Bardzo dobrze została poprowadzona narracja. Książka składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Niektóre z nich noszą tytuły imion głównych bohaterów. Narracja jest pierwszoosobowa, raz z perspektywy Iny, raz z perspektywy Gracjana. Mróz, jako sprawny pisarz,  umiejętnie przechodzi z narracji kobiecej w męską nie tracąc na jakości. Dodatkowo narrację wzbogacają fragmenty z pamiętnika młodej dziewczyny.

Wartości książce dodają dwa wątki społeczne, z którymi – dzięki Autorowi – czytelnik musi się zmierzyć. Jeden związany jest z molestowaniem seksualnym dzieci. Drugi dotyczy amnezji psychogennej, która jest nagłym zanikiem pamięci spowodowanym silnym urazem psychicznym. Obie te kwestie dotkliwie mną wstrząsnęły i spowodowały chwilowe zatrzymanie się. Chwilową kontemplację. Zastanowienie się nad mechanizmami, które zadziałały u sprawcy, a nie zadziałały u ofiary. Próbę odpowiedzi na pytanie, gdzie w tym wszystkim są i byli rodzice, rodzeństwo. Gdzie opieka psychologiczna? Mimo, że te fragmenty niepokoją, są bez wątpienia ważnym elementem tej pozycji. Powodują emocje. Duuuużo negatywnych emocji, ale nie tylko. Chwilami nawet czułam ulgę.

Okazuje się, że nawet Wielkim zdarzają się drobne niedociągnięcia. Wielokrotnie przeczytałam zdanie: „(…) Mimo to nie potrafiłam sobie odmówić sprawdzenia w internecie dziewczyny, z którą Rafał zdradził moją siostrę.”. Kombinowałam na wszystkie sposoby. Przecież siostra to Julia, a Julii chłopak to Gracjan. Rafał to mąż Iny, która właśnie wypowiada w myślach to zdanie. Miszmasz. W końcu zrozumiałam, że na stronie dwieście osiemdziesiątej zdarzyło się małe niedopatrzenie. Ot, nic wielkiego. Wszak  „Errare humanum est, sed in errare perseverare diabolicum”, czyli „Mylić się jest rzeczą ludzką” a dalej chyba szło jakoś tak:„jednak obstawanie przy błędzie jest diabelską pomyłką”.

Z pomyłką czy bez, jest to historia niezwykle wciągająca. Jak to u Mroza bywa, tajemnica goni tajemnicę, zagadka goni zagadkę. Do tego Autor zaserwował nam trochę gangsterki, świata ogromnych finansów i wietnamskiej kuchni. Koniec, no cóż. Zostawił z jednej strony niedopowiedzenie, z drugiej nadzieję, że jeszcze spotkam się z Iną i Gracjanem. Ta para – dla mnie – okazała się najbardziej udana.

Zaliczam tę książkę do „nieodkładalnych”. Pochłonęłam ją w jeden wieczór, a to jest chyba najlepsza zachęta do jej przeczytania. Polecam!!!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Podszept” Jacek Łukawski

PODSZEPT

Autor: Jacek Łukawski

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Cykl: Krąg Painera (tom 2)

Data premiery: 2021-06-16

Liczba stron: 427

Puk, puk! Są tu jacyś książkoholicy? Mam nadzieję, że w ten wakacyjny czas paru jeszcze zostało. Ciągle złaknionych informacji na temat świeżo przeczytanych książek. Publikowanie własnej opinii dla siebie samej jest, delikatnie mówiąc, słabe😉. Przed Wami recenzja premiery od Wydawnictwo @czwartastrona z 16 czerwca. Już w samej zapowiedzi napisałam, że „Podszept” @Jacek Łukawski – profil autorski od @Czwarta Strona Kryminału jest drugim tomem cyklu „Krąg Painera”. Natomiast pierwszy tom „Odmęt”  bardzo mi się podobał.  Jeśli nie czytaliście jeszcze niczego tego autora przypomnę, że jest to twórca lubujący się w gatunku fantastyki, z wykształcenia grafik komputerowy. Ma już sporo książek na swoim koncie, więc mamy w czym wybierać. Z dużym zainteresowaniem przeczytałam jego pierwszy kryminał i liczyłam, że „Podszept” również mi się spodoba.

Influencerzy powinni umierać online, w porze wysokiej oglądalności, lajkowani do samego końca” – „Podszept”  Jacek Łukawski

Wiem, wiem wybrałam najprostsze rozwiązanie cytując z książki pierwsze zdanie. Cóż poradzę jeśli trafiło w mój gust tak, że zlekceważyłam wszystkie inne, które również sobie zaznaczyłam jako trafne. Zdanie to oddaje współczesność naszych czasów. Tą zdolność do podglądania innych i fascynację wszystkimi streamami na żywo. Fascynację przeze mnie całkowicie niezrozumiałą. Po przeczytaniu książki mam pewność, że i prokurator Arkadiusz Painer  nie do końca rozumie tego oczarowania. To jednak nie przeszkadzało mu wgryźć się w morderstwo na wizji młodej kieleckiej influencerki. Painer wspierany przez aspiranta Dariusza Kryńskiego i Dorotę Kowalską oprócz mierzenia się z mordercą, mierzy się z zainteresowaniem mediów społecznościowych, technologicznym światem i algorytmami, o których nie ma pojęcia. Mimo ogromnego zaangażowania całego zespołu śledczego giną kolejne młode osoby. Chorą grę mordercy dodatkowo komplikują naciski „z góry”. Jednym z podejrzanych okazuje się bowiem syn wpływowego mężczyzny, którego znają prawie wszyscy, a pozostałą część zna on sam. Czy Painer  uchodzący „(…) za specjalistę od najgorszych spraw”, prokurator, którego „(…) skuteczność była ważniejsza od ekscentryzmu” poradzi sobie w tym wirtualnym świecie? Wirtualnym świecie, w którym zdarzają się prawdziwe zbrodnie.

Uwielbiam współczesne polskie kryminały

Tak, zdecydowanie. Zasadniczo lubimy to, co jest nam znane. Opisy miast, miasteczek, humor, nawiązania do przeszłości, do peerelowskiej rzeczywistości, nawet korpo-polityczny świat jest nam bliższy. Do tego te swojsko brzmiące nazwy, imiona, nazwiska. Nawet zachowania prokuratora i policyjnej grupy śledczej brzmią tak swojsko. Ta swojskość i kolejne spotkanie z bohaterami poznanymi w poprzedniej książce serii „Odmęt” przyczyniła się do tak wysokiej oceny książki. Na ocenę złożył się również ciekawy wątek kryminalny, morderstwa na streamie przedstawionego w sposób „Teatralnie brutalny i pobudzający wyobraźnię, niepozostawiający nikogo obojętnym”, dobrze skrojeni bohaterowie, nawet poboczni, te wszystkie front i back-endy, developerzy, DevOpsy, testerzy i fullstacki oraz sprawnie rozrysowana fabuła i ciekawe dialogi.

Na moją ocenę nie wpłynęła negatywnie nawet drobna nieścisłość z dwustudziestiątej strony.  W trakcie przesłuchania Bugajskiego, sam przesłuchiwany sugeruje, że jeden z podejrzanych może „(…) znów dogadał się z Bugajskim”. Ach Bugajski, Kwiatkowski, wszystkie nazwiska speców komputerowych brzmią podobnie. Chyba, że ja nie wyłapałam ukrytego przesłania i wcale Autor nie chciał w tym miejscu wspomnieć Kwiatkowskiego. Jak to mówią, „na dwoje babka wróżyła”.

Całość składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów, w skład których wchodzą krótkie podrozdziały prowadzone w narracji trzecioosobowej, naprzemiennie z punktu widzenia różnych bohaterów. Odnajdziemy w książce perspektywę prokuratora Arkadiusza Painera, policjantów Dariusza Kryńskiego i Doroty Kowalskiej oraz jednego z podejrzanych i samego mordercy. Ta wielość narracji wpływa bardzo pozytywnie na styl książki i jej odbiór. Nie zdążyłam się nią po prostu znudzić!

Dla mnie „Podszept”  to znakomity kryminał. Bardzo podoba mi się postać prokuratora Painera, przypomina mi trochę Kojaka. Jego metody śledcze, traktowanie współpracowników, zaduma, uzasadniona powolność w działaniu i wyciąganiu wniosków, a także sposób przesłuchiwania. Zachwyciłam się w sposobie formułowania hipotez śledczych, dla mnie wypadły wręcz mistrzowsko. Udany jest również wątek prywatny Kowalskiej i Kryńskiego. Mimo wspólnej przeszłości potrafią ze sobą współpracować. Sama Dorota Kowalska jako główna kobieca bohaterka nadal mi się podoba. Taka Dośka. Podoba mi się jej wyczucie chwili, poczucie humoru, cięty język i naturalna, unikatowa, ale jakże delikatna gburowatość. To taka Dośka, która boi się odsłonić swój chroniący ją przed światem pancerz. Przecież, złożone, nietypowe postaci są zawsze gwarantem dobrej prozy.

Jednym słowem jestem zdecydowanie NA TAK.  Po kolejną kontynuację sięgnę na pewno w pierwszej kolejności. W moim odczuciu druga część jest bowiem jeszcze lepsza od poprzedniej. Przy trzeciej możliwe, że zachwytom nie będzie końca.  

A tym, którzy jeszcze nie czytali najnowszej książki Jacka Łukawskiego „Podszept”  gorąco polecam lekturę.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona.

„Znaleziona” Gytha Lodge

ZNALEZIONA

Autorka: Gytha Lodge

Wydawnictwo: W.A.B.

Cykl: DCI Jonah Sheens (tom 1)

Data premiery: 2021-07-14

Data premiery światowej: 2019-01-10

Liczba stron: 432

Na początek parę faktów😊. „Znaleziona”, która premierę miała 14 lipca br. to pierwsza książka @GythaLodge – dramatopisarki mieszkającej w Cambridge – opublikowana w Polsce. Jest również jej debiutem literackim i pierwszą książką z cyklu o nadkomisarzu Jonahu Sheens. Światowe premiery miały już dwie kolejne części. Już przebieram nogami czekając gdy @Wydawnictwo W.A.B., szczęśliwie dla nas czytelników, je wyda😉.

Przed rozpoczęciem czytania powieści nieznanego autora, zawsze czuję lekki dreszczyk emocji. Czy tym razem doświadczyłam „efektu rogów”, czy „efektu aureoli”? Czy znajomość z nowym śledczym w nowej literackiej serii zaczęła się obiecująco? Pięć dni po polskiej premierze przeczytałam już wiele pozytywnych opinii. Mam nadzieję, że ciekawi Was czy je podzielam. Zapraszam więc do przeczytania przygotowanej specjalnie dla Was recenzji „Znalezionej” Gythy Lodge. 

(….) Jak można się cieszyć rozkoszą bez cierpienia? (…) Gdyby rozkosz nie była ulotna, stałaby się normą, prawda? Czymś zwyczajnym. A wtedy od razu zrobiłaby się nudna. Rozczarowująca. Nieistotna.” Znaleziona” Gytha Lodge

Dawno, dawno temu na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku grupka nastolatków wybrała się na biwak. Otaczała ich piękna przyroda, chłodziła rzeka, przeszkadzała wysoka temperatura. Z niedogodnościami, jak i frustracjami radzili sobie używając wspomagaczy. Całkowicie nieodpowiednich dla kilkunastolatków. Dla Topaz, Coralie, Jojo, Connora, Aurory, Bretta, czy Daniela. To wtedy zaginęła czternastoletnia Aurora, której ciało przypadkowa rodzina odnalazła trzydzieści lat później. Sprawą zajmuje się Nadkomisarz Jonah Sheens z konstabl Hanson. Na nowo wszczęte śledztwo od początku napotyka wiele trudności. Pamięć zatarła pewne okoliczności i sytuacje. Nikt z ówczesnych uczestników biwaku nie jest już niczego pewien. Sam Sheens jest osobiście związany ze sprawą. Wiele lat temu znał uczestników biwaku. Biwaku, wokół którego ktoś jeszcze się kręcił. Do tego wychodzi na jaw podejrzenie korupcji sprzed trzydziestu lat i celowe zmylenie psów tropiących użytych w przeszłości do odnalezienia Aurory. Czy tajemnice lata osiemdziesiątego trzeciego ujrzą światło dzienne?

Konstrukcja książki pomaga czytelnikom zanurzyć się w wydarzenia sprzed trzydziestu lat. Bieżąca fabuła przeplatana jest rozdziałami z lata 1983, rozdziałami zatytułowanymi imionami uczestników, z których perspektywy czytamy o tym, co działo się na biwaku. Ten sposób zobrazowania historii potwierdza jak wiele zależy od punktu widzenia, jak wiele szczegółów było nieznanych innym biwakowiczom i jakie wydarzenia spowodowały powstanie wspólnego sekretu. Mówiąc słowami autorki, „(…) jeden człowiek tak naprawdę jest wieloma osobami” i każdy z nas chce coś przed kimś ukryć.  Gytha Lodge oprócz wątków typowo policyjnego śledztwa wzbogaciła fabułę historiami z życia tych, którzy z biwaku wrócili. Jedni żyją w świetle jupiterów, są osiągającymi sukcesy politykami, inni zdobywają sukcesy sportowe. Jeszcze inni pozostali „głową w chmurach” i nadal przeciwstawiają się uciskom, niesprawiedliwości, walczą z podziałami malując graffiti na ścianach. Bez względu jednak na to jaką drogę wybrali, tajemnica z przeszłości i odnalezienie ciała Aurory splata ich losy na nowo, spaja jak agrafka.

Trochę praca Sheensa i Hanson kojarzy mi się z kryminałami skandynawskimi. Sam sposób prowadzenia akcji i działań śledczych przywodzi na myśl skandynawskie pióro. Bez wątpienia „Znaleziona” to nie typowy brytyjski kryminał. Nie ma w nim zbyt długich opisów, ciągłych zwrotów do przeszłości, rozmieniania każdego słowa, gestu, ruchu, wyrazu twarzy na drobne. Tym Autorka mnie bardzo zaskoczyła. Tą wartkością akcji. Mimo, że fabułę przeplatają retrospekcje nie znużyły mnie odnośniki do przeszłości, do tego co się wydarzyło. W wielu miejscach brak jakichkolwiek tropów. Śledztwo na różnym etapie przywodzi na myśl innego podejrzanego. Autorka myli czytelnika, kluczy. To powoduje, że czyta się jednym tchem i trudno od książki się oderwać. To wielka umiejętność uknuć intrygę kryminalną wokół jednego zdarzenia, bez innych, kryminalnych, trudnych i pasjonujących wątków. To dowodzi, że cała fabuła została dobrze przemyślana od początku do końca. Ciekawa jestem, czy kolejne dwie części serii będę czytała tak samo z zapartym tchem.

Mówią, że „młodość ma swoje prawa”. To prawda. Młodym wybaczamy wiele. Tolerujemy przygody z alkoholem, niezobowiązującym seksem, czy próby z narkotykami. Wybaczamy słabości, błędy, zagubienie. Jak w tym wszystkim odnaleźć winnego? Kogo obarczyć odpowiedzialnością za tragedię? Miałam z tym problem. Do samego końca. Spróbujcie i Wy rozwikłać tą zagadkę, co stało się z Aurorą. 

Moja ocena: 7/10

Książkę otrzymałam od Wydawnictwo: W.A.B., za co bardzo dziękuję.

„Mamy morderstwo w Mikołajkach” Marta Matyszczak

MAMY MORDERSTWO W MIKOŁAJKACH

Autorka: Marta Matyszczak

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Cykl: Kryminał z pazurem (tom 1)

Data premiery: 2021-06-16

Liczba stron: 304

Nie doczekałam się na mój egzemplarz, nie doczekałam. Musiałam wesprzeć się więc publikacją książki w wersji elektronicznej na Legimi. Na szczęście słowo pisane, to słowo pisane takie samo w wersji elektronicznej, jak i papierowej. Tylko, tego zapachu brak….

Zacznę z „grubej rury” jak to mówią, od razu oceną i to nie byle jaką, bo dość krytyczną. Co mi się nie podobało w pierwszej książce nowej serii rozpoczętej przez @Marta Matyszczak? To, że miała ona tylko 304 strony😉! Tym się jednak charakteryzuje styl autorki. Zwięzły, konkretny i bez zbędnych ozdobników. Czym się różni kotka Burbur z nowej serii od psa Gucia z książek serii Kryminał pod psem? Tego musicie dowiedzieć się sami. Zapraszam na recenzję książki „Mamy morderstwo w Mikołajkach”, która premierę dzięki nakładowi @Wydawnictwo Dolnośląskie miała 16 czerwca br.

Krótko o fabule

Tym razem autorka zabiera nas do Mikołajek. W pięknym domu nad samym jeziorem mieszka rodzina Ginterów. Ona, Rozalia jest lokalną weterynarz. On, Paweł vel Pawełek jest komendantem miejskiej policji. One to siostry – bliźniaczki, młode Ginterówny Hanna i Helena. Jest jeszcze Hubert, o którym bardzo długo niewiele wiadomo. Ważne byście wiedzieli, że Hubert jest synem Ginterów. Obok Ginterów jak elektrony poruszają się inni bohaterowie, bardziej lub mniej sympatyczni. Jest i teściowa, typowo stereotypowa teściowa. Jest i sąsiadka, typowo stereotypowa sąsiadka. Jest i lokalny gangster. Nie! Tu nie ma żadnego stereotypu, wszak to prawdziwy gangster z yorkiem Pusią.

Życie mieszkańców zaburza morderstwo i to nie byle jakie morderstwo. Po pierwsze to morderstwo w Mikołajkach. Pięknym, uroczym, turystycznym miasteczku, gdzie przestępstw jak na lekarstwo, wręcz jak na naparstek. Po drugie to morderstwo na niebyle kim. Niecnym morderczym czynem życie stracił lokalny przedsiębiorca, znany i szanowany hotelarz. To morderstwo interesuje wszystkich. I sąsiadów, i policję, i cały mikołajkowski zwierzyniec. Smaczku samemu śledztwu dodaje tajemnica. Tajemnica Rozalii, która wyłania się z dalszych stron powieści. Czy ma coś wspólnego ze zgonem Adama Maniukiewicza?

Burbur versus Gucio

Nie mogłam nie zacząć inaczej. Dla mnie samej to dziwne, że czytając o Burburze ciągle porównywałam ją z Guciem. Przecież tu kot, tam pies. Przecież tu cztery łapy, tam trzy. Przecież tu kobieta, tam mężczyzna. Przecież tu… i tak mogłabym różnice mnożyć do upadłego. Ta różnorodność dość mnie zaskoczyła, oczywiście in plus dla Autorki. To duża zręczność, rozpocząć kolejną serię ze zwierzęcym bohaterem w tle i stworzyć postać zgoła inną. Owszem przekonaną o swojej wyjątkowości, czym jest podobna do Gucia, ale mimo wszystko inną. Agresywną w relacjach z ludźmi, nawet domownikami. Traktującą swoich „człowieków” jak niewolników. Zakochaną na zabój w Pawle Ginterze i żywo konkurującą o jego uczucia z jego własną żoną. Ciekawi mnie ile w tej Burbur, prawdziwej kotki autorki. Hm…  Jeśli jest na wskroś prawdziwa, to Marta Matyszczak musi mieć trudne życie we własnym domu. Oj trudne.

A teraz całkiem na serio. Gdybym miała podsumować jednym zdaniem przeczytaną książkę napisałabym: Inteligentny kryminał z prawdziwym pazurem.

Wyjątkowości narracji, która skupiona jest na Rozalii są fragmenty z pamiętniczka Burbura. Celne riposty, trafne spostrzeżenia otaczającego ją świata. Świata ludzi i świata zwierząt. Niektóre anegdoty czytałam z uśmiechem na ustach, a niektóre wręcz podśmiechując się w głos.

Bardzo podobała mi się sceneria, odwzorowanie mazurskiej atmosfery i mazurskiego klimatu. Czasem kiczowatego okrapianego lokalnym alkoholem, umilanego żeglarskimi szantami. Czyż nie stuprocentowe odwzorowanie? Dodatkowo atmosferę Matyszczak podgrzała odzwierciedlając polsko – niemieckie nastroje. Całkiem na poważnie opisała wątek wysiedleń po II wojnie światowej, utraty niemieckich majątków. Mimo, że dialogi okraszone zostały specyficznym, matyszczakowym humorem, momentami z dodatkiem śląskiej groteski, problem został opisany bardzo dobrze. Czy odzyskać, czy zostawić? Czy zawalczyć, czy poddać się?

Autorka potrafiła zaciekawić mnie maksymalnie. Najpierw nie mogłam się doczekać wątku z synem Ginterów Hubertem. Z utęsknieniem czekałam, kiedy o nim przeczytam trochę więcej. Gdzieniegdzie tylko wspomnienie, nienachalnie wspomniane imię, zdawkowo wspomniana choroba.  Później osiągnęłam szczyty zniecierpliwienia, kiedy nie mogłam doczekać się na rozstrzygnięcie tajemnicy. Tajemnicy, która ściąga Rozalii sen z powiek i nie pozwala jej być szczęśliwą do końca.

To nowa jakość. Nowa seria i nowe życie. Życie literackich bohaterów z energiczną i zadufaną w sobie kotką. Nigdy bym nie uwierzyła, że Gucia może mi jakiś inny zwierz zastąpić. Zastąpić w roli zwierzęcego narratora, niekoniecznie detektywa. Wydawać by się mogło, że tylko Gucio ma ten humor, ten swoisty pogląd na otaczający go świat, te unikatowe spojrzenie na to, co go otacza. Nic bardziej mylnego. Burbur jako postać literacka nadaje się tak samo dobrze, jak sam Jaśnie Pan Gucio.  Wszak duch Gucia pobrzmiewa w książce.

Uwielbiam książki, które jednocześnie bawią, z drugiej zaś strony podejmują liczne społeczne kwestie, roztrząsają liczne problemy. Marta Matyszczak potrafi o sprawach ważnych, trudnych pisać z przymrużeniem oka. Robi to wyśmienicie. Czytanie jej książek, to dla mnie jak jedzenie najpyszniejszego deseru. Deseru po którym pozostaje cudowne uczucie. Uczucie właściwie spędzonego czasu. Uczucie zaspokojenia. Czy Gucio, czy Burbur? Po „Mamy morderstwo w Mikołajkach” wiem, że to nie ma znaczenia. Zrozumiałam też, że to nie Gucio jest największą wartością serii Kryminału pod psem (wiem, wiem, przepraszam Guciuniu, Guciaczku, Guciusiu). To Autorka. Po prostu Martę Matyszczak czyta się tak samo świetnie z psem, czy kotem u boku !!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja dzięki wydaniu  Wydawnictwa Dolnośląskiego

„Dziewczyna w drugim rzędzie” Aurelia Blancard

DZIEWCZYNA W DRUGIM RZĘDZIE

Autorka: Aurelia Blancard

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data premiery: 2021-06-29

Liczba stron: 376

Niech nie zmyli Was obcobrzmiące imię i nazwisko autorki😉. @BlancardAurelia jest polską emigrantką, notabene urodzoną na Śląsku  piszącą kryminały we francuskich klimatach. Czytaliście „Uściski”, jej pierwszą powieść, której bohaterką jest Lidia? Ja nie miałam przyjemności, ale po przeczytaniu premiery z 29 czerwca chętnie nadrobię. „Dziewczyna w drugim rzędzie” jest propozycją wydawniczą od @zyskiska, w której tajemnica z przeszłości kładzie się cieniem na sielankowe życie Lidii i Vincenta.

Nikt nie lubi być drugim, a już naprawdę nikt nie lubi zawsze być tym drugim. Stanie w drugim rzędzie też nie jest przyjemne, niby z przodu, a jakby z tyłu. Zawsze za kimś, zawsze w ogonie, zawsze z zasłoniętym widokiem.

Taką „drugorzędówką” zawsze była Cathy, paryska dziennikarka „Nowej Kroniki”. Niezauważalna, zabezpieczająca tyły. Od czasu do czasu ta z pierwszego rzędu odwracała się w jej stronę i… no w czasie gimnazjum nie było przyjemnie, zrozumie ten kto był kiedyś nastolatką. Tylko, że dziewczynom z pierwszego rzędu też czasem się nie udaje być całe życie na piedestale. Przekonuje się o tym Samantha, mężatka, która traci życie wskutek morderstwa. Kto chciał zabić pogodną, empatyczną, sympatyczną i inteligentną młodą kobietę? Komu zależało, by Samantha zamilkła na zawsze? Musi się tego dowiedzieć Cathy, która wraca do swego rodzinnego miasta by odkryć w dziennikarskim śledztwie tajemnice swojej szkolnej koleżanki.

Dziennikarskie śledztwo

Uwielbiam w kryminałach wątek dziennikarskiego śledztwa. Dziennikarze wszystko mogą. Ktoś wyrzuci ich drzwiami wejdą oknem. Nie obowiązują ich śledcze techniki, sposoby, przepisy. Zwykle dochodzą do prawdy szybciej wykorzystując półlegalne lub nawet nielegalne metody. Tego dziennikarskiego śledztwa w powieści mi zabrakło. Jak napisałam na wstępie Autorka kreśli fabuły w delikatnym, francuskim stylu. Wszystko musi mieć swój czas, swoją porę. Nawet sceneria musi się zgadzać i pogoda być odpowiednia, by obraz został dopełniony w całości. Cathy kompletnie nie nadaje się na śledczą. Momentami denerwowała mnie jej niezdarność, niezdecydowanie, obiekcje. Mieć wątpliwości w pracy dziennikarskiej to ogromna zaleta, ale żeby aż takie by nie napisać słowa!!! Kompletnie mnie do siebie Cathy w roli dziennikarki nie przekonała. Krążyła wokół osób znających ofiarę z przeszłości jak samotny elektron odbijając się od jednej informacji do drugiej, ale nie próbując złapać i zatrzymać na dłużej żadnej. Taka bardziej znajoma z przeszłości, pytająca o wszystko, po prostu nad wyraz ciekawska.

Lubię polskość w akcji toczącej się za granicami naszego kraju, nawet jeśli został wpleciony w fabułę jakby od niechcenia. Wątek Polki – Lidii oraz Antoniego, syna Polki oceniam za bardzo udany. Cudownie czytało się o polskich specjałach, polskich kolędach i kołysankach. O tym poszukiwaniu polskości na obcej ziemi. Autorka lubi jednak skomplikować nawet z pozoru prostą relację. Chwilami czułam dreszczyk emocji zastanawiając się co robi ciężarna tłumaczka ze starszym Pół-Polakiem na spacerach w lesie. Kołatały mi się pytania: po co tam idzie, czego tam szukają i co tam zostanie znalezione? Antoni ze strony na stronę robił się coraz bardziej zaborczy, jakby Blancard chciała udowodnić, że nie każdy starszy pan jest godny zaufania, bo „nie wszystko złoto co się świeci”.

Tak naprawdę bohaterki są dwie; to Cathy i Lidia. Każda z nich miała do odegrania ważną rolę. Cathy miała za zadanie zdemaskować idealną Samanthę, którą rodzice chronili „(…) przed wszystkim, a zwłaszcza przed nią samą”. Samanthę, która „(…) miała w sobie siłę. Siłę destrukcyjną, która niszczyła ludzi wokół niej”. Lidia spokojnie dotrwać do rozwiązania, błogo żyjąc u boku męża w wynajętym od przyjaciela z przeszłości domku na francuskim przedmieściu, w wolnej chwili pracując jako polska tłumaczka. I jedna, i druga dowiaduje się, że pamięć bywa zawodna, a losy przyjaciół nie zawsze są takie, jakie nam się wydawały. Tłuste gołębie również nie trzepoczą nad głowami bez przyczyny, a staruszek spacerujący po lesie jest jednak czymś niezwykłym.

Zakończenie mnie zawiodło. Nie będę ukrywać. Tyle wątków pobocznych, tyle tajemnic i pytań wokół których kluczyła Cathy i Lidia, nie zostało dopowiedzianych. Ciekawa postaci Vincenta, Manuela nie zostały wykorzystane w pełni. Nie zrozumiałam w ogóle roli matki mordercy. Nie wyłapałam bezpośredniej przyczyny zabójstwa Samanthy. Chyba, że to celowy zabieg literacki. Pozostawić tyle pytań czytelnikowi w głowie, wzbudzić niedosyt, by z utęsknieniem czekał na następną część, na kontynuację. Wszak o Lidii piórem Aurelii Blancard czytamy po raz drugi.

To książka o tym, że chyba nikt nie chciałby mieć znowu czternastu lat. Być wyśmiewanym, szykanowanym ze względu na wygląd, na trudniejszą sytuację materialną, za słabości i na błędy własnych rodziców, na które dzieci nigdy nie mają żadnego wpływu. To książka o tym, że często chroniąc najbliższych tworzymy złudne, nieprawdziwe obrazy, które nie mają żadnego związku z rzeczywistością. Tym samym oszukujemy i siebie, i innych. Tak często, że chwilami zaczynamy być przeświadczeni o ich prawdziwości. To książka o kłamstwach i niedopowiedzeniach między najbliższymi, nawet pomiędzy małżonkami. To książka wreszcie o przyjaźni, o zwieraniu szyków,  nawet po latach, przeciwko jednemu wspólnemu wrogowi. Przeciwko temu, kto tak naprawdę częściej krzywdził, niż pomagał.

Powieść oceniam pozytywnie mimo, że w kilku miejscach nie spełniła moich oczekiwań. Napisana jest bardzo dobrym stylem. Czyta się ją szybko, mimo niespiesznej, typowo francuskiej fabuły.  Duży plus za ładnie odwzorowaną scenerię miejsca, chrupkość i smak prawdziwej francuskiej bagietki. Z utęsknieniem wyglądam już kolejnej książki autorki. Muszę sprawdzić, czy faktycznie miało znaczenie ułożenie fotela kierowcy w samochodzie oraz rozmiar śladów buta na miejscu zbrodni. Możliwe, że te pytania nie pojawiły się w powieści bez przyczyny.

Lubicie nieoczywiste rozwiązania zagadek kryminalnych? Sprawdźcie, czy to Wam się spodoba i pamiętajcie proszę, że „Dziewczyna w drugim rzędzie” to powieść inspirowana prawdziwymi zdarzeniami”.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Z dala od świateł” Tana French

Z DALA OD ŚWIATEŁ

Autorka: Tana French

Wydawnictwo: Albatros

Data premiery: 2021-06-30

Liczba stron: 480

Zacznę nietypowo, zacznę od zachwytów 😊. Jak ja uwielbiam te premiery, do których sięgam z pewną dozą niepewności i już po paru pierwszych stronach wiem, że nie będę się nudzić! Naprawdę uwielbiam. Tym bardziej, że nadążyć za kolejnymi premierami książkowymi, to nie lada wyzwanie. A propos, wie ktoś, czy wydawnictwa mają sezon ogórkowy? Może w okresie letnim uda mi się nadgonić wszystkie książki, które jeszcze czekają na mojej półce😉. Uwielbiam również @WydawnictwoAlbatros, które nie pozwala mi odetchnąć wydając co rusz to nowe książki, których nie przeczytać to po prostu byłby grzech. I to ciężki. Z wielkim zapałem zaczęłam więc czytać najnowszą powieść Tany French, amerykańskiej pisarki irlandzkiego pochodzenia, której „Z dala od świateł” premierę miało 30 czerwca br. Pisarki niezwykłej, bo jak pisze Wydawca, jej książki chwali sam Stephen King. Czytaliście którąś z jej dotychczas wydanych tytułów? Na polskim rynku ukazało się już osiem jej książek. Jest z czego wybierać.

Zdecydowanie mamy tu do czynienia z niespieszną historią. Napiszę więcej, z nietypowym wątkiem kryminalnym, który został rozpisany na dwie główne role. Jedną z nich odgrywa emerytowany, amerykański detektyw Cal Hooper, który spełniając swoje marzenie przeniósł się by błogo żyć na  sielskiej, rolniczej irlandzkiej wsi. Drugą rolę przypisano miejscowemu dzieciakowi, który wymógł na Calu obietnicę odnalezienia jego dziewiętnastoletniego brata, który zaginął bez wieści. Wyszedł z domu i już nie wrócił. Czy odnalazł szczęście poza dotychczasowym miejscem zamieszkania? Czy chciał się wyrwać z biednego domu, w którym samotna matka nie radzi sobie z utrzymaniem i wychowaniem dzieci? Tego musi dowiedzieć się Cal.

Nie wiem skąd tyle entuzjastycznych recenzji, które skwapliwie zacytował Wydawca. Możliwe, że poprzednie powieści Tany French bardziej trzymają w napięciu, jak na gatunki – kryminał, sensacja, thriller – przystało. Przyznaję, książkę czyta się bardzo przyjemnie. Niezwykle spodobał mi się opis irlandzkiej przyrody i irlandzkiego życia. Owce, zieleń traw, wysokie pastwiska, samotne wzgórza, ptaki czy inne okazy przyrody wzbogaciły główną fabułę książki. Chłonęłam wszystkimi zmysłami irlandzką atmosferę praktycznie z każdej strony, a irlandzkie bary widziałam jakby na własne oczy. Ciekawość Irlandią, którą rozbudziła na kartach tej książki autorka nie jest jednak wystarczająca, by ocenić ją bardzo wysoko. Sam Cal według mnie został rozrysowany w sposób niekonsekwentny. Przecież jest on amerykańskim policjantem z dwudziestopięcioletnim stażem. Policjantem, który miał do czynienia i z poważnymi gangami narkotykowymi i zaginięciami, jak również innymi kryminalnymi zagadkami, z którymi – jak sam siebie postrzega – radził sobie znakomicie. Do śledztwa w sprawie nastolatka zabiera się powoli, bez entuzjazmu. Rozumiem, nie miał motywacji, wręcz chciał, by zostawiono go w spokoju. Jednak, jeśli zdecydował się nieść pomoc powinien to zrobić raczej bez zbędnej zwłoki, z zaangażowaniem. Zastanowiło mnie również, jak były policjant mógłby nie zareagować na niewłaściwe zachowanie matki względem dziecka. Przecież tak doświadczony glina nie przeszedłby obojętnie wobec krzywdy dziecka, nawet jeśli wyrządzona została z wyższych pobudek.

Ogromnym plusem książki jest zobrazowanie zamkniętej, irlandzkiej społeczności.  Społeczności małej, w której prym wiedzie starszyzna. Młodzi pouciekali, a ci co zostali nie mają dużych perspektyw. W opisanej wspólnocie odzwierciedlono miejscowego gangstera, starych tetryków „trzymających władzę”, samotne kobiety – porzucone, rozwiedzione, wdowy, miejscowego księdza, fajtłapowatego policjanta, stereotypowego właściciela sklepu i wielu innych miejscowych, którzy nie chcą lub nie mogą mówić. Z wielu, nawet dowcipnych dialogów wyziera ksenofobia, strach przed obcymi, przed tym co odkryją. Po przeczytaniu pierwszej powieści autorki wydaje mi się, że relacje są jej „konikiem”. Niektóre z opisanych w książce są prawdziwym majstersztykiem. Na uwagę zasługuje relacja Cala z najbliższym sąsiadem Martem, który okazuje się miejscową encyklopedią oraz relacja Cala z Leną, wdową, z którą wszyscy chcą go zeswatać. Obie relacje okazały się skomplikowane, zgodnie z zasadą „krok naprzód, dwa kroki w tył” lub odwrotnie. Dużo w nich podejrzliwości, ukrytego sarkazmu, niedopowiedzeń. Chwilami wydają się nieoficjalną walką klas, walką Ameryki z Irlandią, walką tego co nowego, z tym co tradycyjne.

Trudno outsiderowi zrozumieć i zaakceptować normy obowiązujące w małej społeczności. Trudno być emerytem, gdy pewne pytania pozostają bez odpowiedzi, a wszyscy wydają się jakby trwali w zmowie milczenia, nawet matka zaginionego nastolatka zdaje się nie przejmować jego zniknięciem. Przekonuje się o tym Amerykanin na irlandzkiej wsi. Przekonałam się o tym i ja. Jeśli chcecie się sami o tym przekonać, koniecznie przeczytajcie tą pozycję i podzielcie się swoimi spostrzeżeniami. Im więcej opinii, tym lepiej.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.