„Skrawki nadziei” Maria Paszyńska

SKRAWKI NADZIEI

  • Autorka: MARIA PASZYŃSKA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Cykl: CUDA CODZIENNOŚCI (tom 2)
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.03.2022r.

Jak wspomniałam w recenzji pierwszego tomu cyklu „Cuda codzienności” „Autorkę @Maria Paszyńska niezwykle cenię za cykl „Wiatr ze wschodu”. Oba cykle opowiadające całkowicie o innej rzeczywistości czytałam z zaciekawieniem. Śledząc fabułę skonstruowaną bardzo przenikliwie i intrygująco, wsłuchiwałam się w losy bohaterów, za którymi podążałam od początku lektury do jej samego końca. Drugi tom cyklu pt. „Skrawki nadziei” przeczytałam jakiś czas temu. Książka premierę dzięki Wydawnictwu @Książnica miała 23 marca br. Mnie ogarnęło niestety przesilenie kwietniowo – zimowe. Jak to w przysłowiu „Kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata” i tak przeplatał, że się nabawiłam infekcji. Mam jednak nadzieję, że tą spóźnioną recenzję przeczytacie 😉.

Ciszakowie wreszcie mają swój dom w warszawskiej kamienicy na Smolnej. Mają też swoją niepodległą Polskę. Patrzą w przyszłość z nadzieją i mimo codziennych trosk szczęśliwie żyją każdego dnia. Niestety idylla nie trwa długo. Do Warszawy zbliżają się Bolszewicy. W tej wojennej zawierusze Maciej i Staszka próbują poskładać siebie i swoją rodzinę na nowo. Próbuję tworzyć nadal swój mały świat. „Czy można przywrócić do życia serce skute lodem? Czy każdy zasługuje na przebaczenie? Czy miłość zdoła uleczyć nawet najbardziej bolesne rany?” – z opisu Wydawcy.

Książka okazała się dla mnie idealna na współczesne czasy. Realność wojny nabiera na sile, gdy ze wschodniej granicy docierają do nas tak smutne i mrożące krew w żyłach wiadomości. Mimo, że dzieli mnie długa przestrzeń czasowa w pełni rozumiałam historię opisaną przez Panią Marię. Rozumiałam Ciszaków, którzy w trakcie wojennych zmagań starali się nie zapomnieć o sobie i dawać sobie wzajemnie nadzieję oraz siłę. Mimo trudnych wątków podjętych przez Autorkę w fabule ja powieść odebrałam bardzo pozytywnie. Zmieniła mój światopogląd i dała mi siłę, by myśleć optymistycznie, nawet jeśli rzeczywistość mnie trochę przytłacza 😊.

Coś w tych książkach Marii Paszyńskiej jest. Nie wiem do końca jak Autorka to robi, ale bohaterowie, często prości ludzie, są mi naprawdę bliscy. Paszyńska umiejętnie nadała postaciom bohaterski rys. w tej małej stróżówce na Smolnej w Warszawie dzieją się cudowne rzeczy. Rodzice odnoszą się do siebie z szacunkiem, w relacjach króluje miłość, ponadczasowe i silne wartości przekazywane są z pokolenia na pokolenia. To taki dom nietutejszy, niewspółczesny. Taki dom, w którym sama chciałabym zamieszkać, bo w nim tkwi siła by stawić czoła przeciwnościom losu. Ciekawił mnie bardzo wątek dorastania i dojrzewania dzieci Ciszaków, tj. Michała, Amelii, Bogny i Nawojki. Z jednych rodziców, z jednego domu, a jakże różniących się od  siebie. Każdy widzi siebie w innym miejscu, każdy pragnie czegoś innego i do czegoś innego dąży. Nie oddalają się jednak ani od siebie, ani od swoich rodziców. Nie oddalają się od domu. Oczywiście najbardziej podobała mi się osoba Nawojki. Paszyńska stworzyła wolnego ducha i wyemancypowaną kobietę, której echo wybrzmiewało już w pierwszej części.  Tak silne kobiety zawsze mnie zachwycają. A silne kobiety, których życie zostało osadzone sto lat temu, tym bardziej.

Podoba mi się konstrukcja fabuły. Autorka podzieliła powieść na części uwypuklając tym samym jej rys historyczny. Czytelnik ma więc do dyspozycji dosłownie kilka rozdziałów w takich częściach jak: „Wiosna 1920”, „Wiosna 1921”, „Wiosna 1937” i wreszcie  „Wiosna 1938”. Czytelnik nie obyty z historiografią poradzi sobie dzięki temu z aspektem historycznym bez problemu, co często stanowi kłopot w powieściach tego rodzaju.

Polecam Wam „Skrawki nadziei”. Polecam barwną i emocjonującą książkę z historią w tle. Powieść, w której nie brak nostalgii i kontemplacji nad tym, co już minęło, co już nigdy nie wróci. Jednocześnie powieść daje nadzieję, że nawet trudne losy można przezwyciężyć i zawalczyć o lepsze jutro.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„A jeszcze wczoraj było jutro” Arkadiusz Borowik

A JESZCZE WCZORAJ BYŁO JUTRO

  • Autor: ARKADIUSZ BOROWIK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 540
  • Data premiery: 25.01.2022r.

Spodobał mi się tytuł książki @Arkadiusz Borowik – profil autorski, która premierę miała 25 stycznia br. „A jeszcze wczoraj było jutro” to obietnica rozważań na temat ulotności życia, naszych marzeń i pragnień. Sami przyznajcie. Przecież dopiero planowaliśmy, co zrobimy jutrzejszego dnia, zakładaliśmy się, byliśmy wręcz pewni, że nasze jutro będzie wyglądać inaczej. Składaliśmy obietnice, zaklinaliśmy nasze jestestwo. I to jutro nadeszło. Nie jak chmura gradowa, ale jak cichy przeciwnik. Jak nieuleczalny rak, który trawi nasze życie doprowadzając go do końca. W pewien dzień, w pewnej chwili. Dzięki współpracy z Wydawnictwem @Zysk i S-ka mogłam zapoznać się z czymś więcej niż tytułem😊. Mogłam zajrzeć do środka i zanurzyć się w historię Andrzeja Stroby.

(…) byłem ciekawy, jak to jest obcować z cierpieniem. Moim zdaniem trzeba się na to uodpornić. Każdy człowiek powinien się uodpornić na cudzy ból, żeby nie zwariować.”– „A jeszcze wczoraj było jutro” Arkadiusz Borowik.

Co czuje pięćdziesięciolatek który dowiaduje się, że za najdalej za kilka miesięcy umrze? Czy walczy? Czy się poddaje? Czy robi bilans życia i stara się naprawić wszystkie wyrządzone komuś innemu krzywdy? Czy stara się spędzić ten czas najlepiej jak tylko potrafi? Czy stara się być wreszcie dla siebie najważniejszy? Przed takim dylematem stoi Andrzej Stroba. Dotychczas lubiany i ceniony przez kolegów nauczyciel geografii, uwielbiający swoją córkę Karolinę oraz kochający swą żonę Anitę . Jak obiecuje Wydawca w swym opisie: „A jeszcze wczoraj było jutro” to opowieść o człowieku, który stojąc w obliczu nieuchronnego, zadaje sobie pytanie o wartość swojego życia. Sytuacje trudne przenikają się z momentami lekkimi, a humor przeplata się ze wzruszeniem”.

Nęcił mnie ten tytuł autorstwa Arkadiusza Borowika, oj nęcił. To dobrze. Gdyby nie on, pewnie ominęłaby mnie bardzo dobra proza wkomponowująca się w gatunek literatury pięknej. Borowik jest autorem kilku publikacji. Nie znałam do tej pory żadnego z jego dzieł – słowo użyte nieprzypadkowo😊. Muszę nadrobić jego bibliografię. Ciekawi mnie „Błazen w stroju klauna”. Czytał ktoś? Coś od Borowika?

Głównego bohatera Stroby nie da się nie lubić. Ciekawy, miły, potrafiący zachować się w każdej wymagającej sytuacji. Nie jakiś tam nudny pięćdziesięciolatek. Do tego niezwykle przenikliwy umysł umiejący poradzić sobie w każdej sytuacji, co też czasem go zaskakuje. Andrzej przechodzi metamorfozę, staje się kimś innym. Postanawia pobyć sam ze sobą i uporządkować swoje sprawy. To powoduje, że rozlicza się ze swoim synem Patrykiem i pierwszą żoną Justyną. To zbliża go na powrót do przyjaciela z dzieciństwa Suchego. To staje się przyczyną do wyprowadzki z domu i zamieszkania w hotelu robotniczym. I to pcha go w ramiona Izydora. Tak Izydor jest dla mnie ogromną zagadką, nawet po przeczytaniu książki. To postać, o której będzie mi bardzo trudno zapomnieć.

Borowik opublikował prozę najwyższej klasy. Jest po prostu w wielu dziedzinach wyśmienita. Wyjątkowa jest postać głównego bohatera, począwszy od jego fizycznych cech osobowości, jak i charakteru. Bardzo dobrze zostały wykreowane postaci drugoplanowe. Nawet Dżery Miszczyk nie jest przypadkowy, nawet kolega  – nauczyciel Ryś. Relacje zostały skomponowane tak dobrze, że nie poczułam w nich żadnego zgrzytu. Jakby każde słowo Autora było przemyślane, każdy dialog, każdy ruch i każda decyzja. Widać, że Borowik przystąpił do książki z należytą pieczołowitością, by stworzyć prozę od początku do samego końca na najwyższym poziomie. Nawet relacja z ojcem głównego bohatera jest nieprzypadkowa. Stanowi bardzo dobry przykład relacji ojcowsko – synowskiej z lekkim przekąsem. Ojciec mimo swej ułomności, niezwykły obserwator ludzkiego życia. Ojciec mówiący, że „(…) im bardziej będziesz szczęśliwy, tym później będziesz bardziej nieszczęśliwy.”. Ojciec niepotrafiący pogodzić się ze śmiercią swej żony.

Książka składa się z trzech części. Każda część zawiera w sobie rozdziały. Ostatnia część zatytułowana „Bilans” jest jakby podsumowaniem, pożegnaniem w mistrzowskim stylu. Mimo, że narracja jest trzecioosobowa jest bardzo osobista, indywidualna, jakby to Stroba był narratorem. Nowoczesny język zachował dużo klasycznego uroku. Zdania układają się w przepiękne wersy, a słowa w idealnie brzmiące i w głowie, i na głos zdania.

Arkadiusz Borowik tą publikacją udowodnił swój kunszt literacki i umiejętność pięknego pisania. Dzięki temu miałam przyjemność przeczytać niezwykłą prozę od pierwszej do ostatniej strony na najwyższym poziomie. I do tego samego Was zachęcam!!!

Moja ocena: 10/10

Za możliwość przeczytania książki, a tym samym podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” Maurice Leblanc

ARSÈNE LUPIN KONTRA HERLOCK SHOLMÈS

  • Autor: MAURICE LEBLANC
  • Wydawnictwo: ZYSKI I S-KA
  • Seria: ARSENE LUPIN. TOM 2
  • Liczba stron: 296
  • Data premiery: 11.01.2022r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 01.01.1927r.

Uwielbiam Sherlocka Holmesa w wykonaniu Benedicta Cumberbatcha, a Watsona w roli Martina Freemana. Serial oglądałam już kilkakrotnie. Słysząc o pojedynku z Arsènem Lupinem nie potrafiłam odmówić sobie lektury, mimo, że autor opowiadań o najsłynniejszym detektywie sir Arthur Conan Doyle zgody na użyczenie bohatera do powieści Maurice’a Leblanca nie wyraził. Mamy więc oryginalnego złodzieja gentelmana Arsène’a Lupin i nieco zmienionego Herlocka Sholmèsa posiadającego niewiarygodne umiejętności dedukcyjno-poznawcze jak postać grana przez Cumberbatcha. Książka „Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” Wydawnictwa @Zysk i S-ka premierę miała 11.01.2022r. Wydana została przepięknie. A środek….cóż piękna literacka klasyka😊.

(…) A jaki rozgłos wywołało wkroczenie słynnego angielskiego detektywa, Herlocka Sholmèsa! Cóż za poruszenie po każdym zwrocie akcji punktujących pojedynek tych dwu wielkich artystów!…” – „Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” Maurice Leblanc.

„Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” to drugi zbiór opowiadań Maurice’a Leblanca z Lupinem w roli głównej” – z opisu Wydawcy. W pierwszym tomie zatytułowanym „Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz” (recenzja na klik) Herlock Sholmes pojawia się na chwilę, jak wisienka na torcie. W epizodach opisanych w drugim diariuszu słynny, angielski detektyw odgrywa kluczową rolę. W zetknięciu z fantazyjnymi metodami Lupina tropi go, śledzi, dedukuje motywy i sposoby złodziejskich intryg. Do tego próbuje złamać siatkę pomocników Lupina przy wsparciu miejscowej, francuskiej policji z inspektorem Ganimardem na czele. A wszystko zaczyna się od kradzieży z pozoru niewiele wartego sekretarzyka zakupionego przez Pana Gerbois’a w prezencie dla swej córki, który zniknął wraz z cenną zawartością, z losem o numerze 514 serii 23.

Nie zdradzę, który z wybitnych umysłów klasycznej literatury wygrał w tym starciu gigantów. Napiszę tylko, że jeden drugiego starał się w każdym calu przechytrzyć. I chwilami i jeden, i drugi wygrywał tę walkę. By nie zniechęcić Was do recenzowanej książki skupię się na jej licznych walorach. Po pierwsze narracja. Narratorem jest kronikarz, przyjaciel i powiernik Lupina. Zwraca się do czytelnika bezpośrednio wkręcając go w swoistą grę.  

Za każdym razem, gdy zamierzam opowiedzieć którąś z niezliczonych przygód jakie składają się na życie Arsène’a Lupina, odczuwam prawdziwą rozterkę, bo wciąż mi się zdaje, że nawet najbanalniejsza z nich jest już doskonale znana wszystkim…” – „Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” Maurice Leblanc.

A o Herlocku narrator wspomina: „(…) można się zastanawiać czy on sam nie jest jakąś mityczną postacią, bohaterem żywcem wyjętym z mózgu jakiegoś wielkiego powieściopisarza, takiego jak na przykład Conan Doyle” – „Arsène Lupin kontra Herlock Sholmès” Maurice Leblanc.

Herlock oczywiście też ma swojego „przyjaciela i konfidenta”, który nazywa się Wilson. Wilson jest zawsze przy jego boku wspierając go i asystując w trakcie śledztw. Po drugie znikanie. Jest to cecha Lupina przy każdym występku. Znika bez śladu sprawca kradzieży mahoniowego biurka, znika morderca starego barona i znika również cenny diament, którego odnalezienia podejmuje się Sholmès. Te znikanie jest esencją pojedynku pomiędzy dwoma bohaterami. Po trzecie wegetarianizm. I tu niespodzianka. Lupin jest wegetarianinem „z powodów higienicznych”. To było dla mnie odkrycie, że już ponad sto lat temu doceniano cenny wpływ na organizm człowieka w dawkowaniu tłuszczów zwierzęcych. Przy czym ten wegetarianizm jest czasem łamany, gdy jak sam mówi Lupin „nie chce się wyróżniać w towarzystwie”. Po czwarte osobowość sprawcy. Mówiąc jego słowami „(…) wszystko polega na niebezpieczeństwie! Na nieustannym poczuciu zagrożenia! Trzeba nim oddychać jak powietrzem, zauważać go wokół siebie, jak węszy, ryczy, śledzi bezustannie, zbliża się… A pośród tej burzy pozostać spokojnym, nie drgnąć! Bo inaczej jesteś zgubiony”. To poczucie niebezpieczeństwa dla Lupina jest jak narkotyk, on go potrzebuje, by żyć, by przeżyć.

Metody zbrodni nie są tak fantazyjne jak w serialu z Benedictem Cumberbatchem. Fantazja autora nie sięgała na wiek po czasach, w których żył. Bez wątpienia jednak pozycja jest warta uwagi. Jest to klasyka  w pełnym tego słowa znaczeniu. Użyte zwroty, metody postępowania, opisana logika to wszystko zwarło się w jedną komplementarną całość. Każdy wątek został pociągnięty z właściwą sobie uwagą. Który z gentelmanów okazał się przegrany? Nie napiszę. Przeczytajcie proszę sami.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Moja kuzynka Rachela” Daphne du Maurier

MOJA KUZYNKA RACHELA

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 398
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.10.2021r.
  • Data premiery światowej: 01.01.1966r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.1992r.

Serię butikową od @WydawnictwoAlbatros wprost ubóstwiam. Przeczytałam wszystkie jej wydania. Woluminy zdobią aktualnie moją skromną biblioteczkę. Z otrzymanej „Mojej kuzynki Racheli” cieszyłam się jak dziecko. Za co bardzo Wydawnictwu dziękuję. Z wielką więc przyjemnością zabrałam się do czytania kolejnej powieści Daphne du Maurier. Nie ukrywam, że po wcześniejszym przeczytaniu książki autorki pt. „Rebeka” oczekiwałam literatury pięknej „wysokich lotów”. Już po paru stronach wiedziałam, że ta książka jest całkowicie różna od ukochanej przeze mnie „Rebeki”. Z pytaniem, jak bardzo ta pozycja różni się od poprzednio przeze mnie czytanej, zostałam do samego końca, do ostatniej strony.

Życie się nie cofa. W życiu nie ma powrotów. Nie ma drugiej szansy. Tak samo nie mogę odwołać wypowiedzianego słowa czy dokonanego czynu…” –„Moja kuzynka Rachela” Daphne du Maurier. 

Bardzo spodobał mi się cytat zaczerpnięty z powieści. Oddaje jej ducha, gdy dzień po dniu bohaterowie stają przed różnymi dylematami, decyzjami, wnioskami, które nie zawsze okazują się właściwe. Ale po kolei…..Akcja powieści dzieje się w Kornwalii, w XIX wieku. Wychowywany przez starszego kuzyna Ambrożego Ashley’a, Filip staje u progu swojej dorosłości. Niedługo osiągnie dwudziesty piąty rok swego życia, po którym samodzielnie będzie mógł rozporządzać swoim majątkiem. Jako spadkobierca bezdzietnego Ambrożego wiedzie spokojne, sielskie życie właściciela ziemskiego. Do momentu, gdy ukochany kuzyn w trakcie zdrowotnego pobytu we Włoszech żeni się z tytułową Rachelą, a następnie w wyniku nagłej choroby umiera. Filipowi ziemia umyka się spod stóp, a wizyta jego kuzynki Racheli dodatkowo przyprawia go, co rusz o nowe zmartwienia i troski. Czy znajdzie się miejsce dla Pana i nowej Pani Ashley w jednym domu?

Nie jest to „Rebeka”. Jest to powieść całkowicie różna, mimo podobieństw związanych z zamiłowaniami do opisów, do psychologicznych aspektów postaci, do próby wytłumaczenia każdego gestu i usprawiedliwienia każdej myśli oraz każdego nastroju. Narratorem jest mężczyzna. Historię Racheli i jej losy po przyjeździe do Kornwalii odkrywamy z jego perspektywy. Jako narrator, Filip sprawdził się znakomicie. W wielu miejscach zobrazował czytelnikowi rzeczywistość w każdym wymiarze, w najdrobniejszym szczególe, dodatkowo wyjątkowo głęboko zanurzając się w próby wytłumaczenia zachowania i słów poszczególnych bohaterów. Jako mężczyzna natomiast mnie zawiódł. Niby rosły, wysoki, umięśniony, przystojny. Z drugiej strony nad wyraz zniewieściały, w wiecznych rozterkach, zachowujący się chwilami jak rozkapryszone dziecko. Daphne du Maurier przedstawiła postać niespójną, niejednorodną. Postać męską o wielu cechach kobiecych. Widocznie jej zamiłowanie do intymnych relacji z innymi kobietami, mimo własnego małżeństwa bezwolnie sprawiło, że Filip okazał się dla mnie zbyt zniewieściały. Sam Ambroży zresztą podobnie.

Dużo czasu autorka poświęciła relacji Filipa z Rachelą. Najpierw widziana jako „(…) arogancka, chimeryczna, rozpieszczona lalka z anglezami; wreszcie żmija, fałszywa i milcząca.”. Następnie przeistaczająca się w kobietę ciekawą, impulsywną, wielką zagadkę. By wreszcie całkowicie nim zawładnąć jako Madonna, jedyna kobieta stąpająca po ziemi godna, by całować rąbek u jej spódnicy. Mimo tego, że postać Racheli nie została rozrysowana w sposób potwierdzający jej wyjątkowość. Ot, kolejna urocza kobietka potrafiąca spuszczać oczy kiedy należy, rumienić się na zawołanie i prowadzić bardzo sprawnie konwersacje. Już Panie de Winter z „Rebeki” miały więcej w sobie wyrazistości, zdecydowania, skomplikowanej natury. Możliwe, że to typowy zabieg du Maurier, która nie tyle chciała pokazać wyjątkowość kobiety, lecz bardziej uzmysłowić nam, czytelnikom słabość mężczyzny. Książkę ratuje zakończenie. Całkowicie zaskakujące!!! Pozostawia dużo pytań, na które już nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Chociaż, w pewien sposób pozwala nam kreślić nasze własne zakończenie. Czy szczęśliwe? To już zależy od wyobraźni czytelnika.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros.

Recenzja przedpremierowa: „Sceny z życia małżeńskiego” Ingmar Bergman

SCENY Z ŻYCIA MAŁŻEŃSKIEGO

  • Autor: INGMAR BERGMAN
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 180
  • Data premiery: 03.11.2021r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 01.01.1973r.

Oglądaliście film Ingmara Bergmana pod tym samym tytułem? Film powstał na podstawie mini serialu. Ja oglądałam😊. Mimo, że to było jakiś czas temu, do tej pory pamiętam jakie na mnie zrobił wrażenie. Rozłożył mnie na łopatki. Jak to Bergman zresztą. Mistrz psychologicznych portretów. Socjologicznych opinii, nic nie robiący sobie z obowiązujących na tamten czas w kinie konwenansów. Nie bojący się podejmować ryzyka i nie dbający, czy film będzie miał ogromną publikę. Tworzący wymagające kino, dociekliwe, niekomercyjne.  Słysząc o premierze z 3 listopada br. od Wydawnictwa @Zysk i S-ka nie mogłam przejść obok tej książki obojętnie. „Sceny z życia małżeńskiego” to głęboki obraz rozpadu małżeństwa, gdzie znaczenie ma każdy gest, każde słowo, każda emocje. To próba odpowiedzi na pytanie, co się stało z tą miłością i co zwykle się dzieje, w tych wszystkich przypadkach, gdzie trzeba wreszcie powiedzieć sobie KONIEC.

Oboje, i ty, i ja uciekaliśmy w hermetycznie zamknięte życie. Wszystko było wygładzone, pęknięcia uszczelnione, nie było rzeczy, która nie chodziłaby jak w zegarku. Dusiliśmy się z braku tlenu” –„Sceny z życia małżeńskiego”  Ingmar Bergman.

Wyobraźcie sobie najpierw Marianne i Johana. Małżeństwo, całkiem szczęśliwe z dziesięcioletnim stażem.  Z pozoru żyją w pełnej symbiozie. Spokojnie witają i żegnają każdy wspólny dzień wychowując dwójkę dzieci. A teraz wyobraźcie sobie Marianne i Johana niby takich samych, a jednak całkowicie innych. Ich spokój pękł jak bańka mydlana. Relacja stała się napięta. Marianne nie rozumie Johana. Johan nie stara się zbliżyć do Marianne. Mówią do siebie, ale się nie słyszą. Czują, ale już nie miłość. Cała kawalkada nowych uczuć zastąpiła te dotychczasowe. Pojawiły się stosy pytań o początek, o genezę, o ten moment, w którym wszystko zaczęło się psuć. Pytań, na które nie zawsze otrzymujemy jednoznaczne i proste odpowiedzi.

To literatura intrygująca, obrazująca głęboką przemianę dwojga kochających się ludzi, którzy w pewnym momencie zaczęli być dla siebie obcy. To mocna pozycja, tak samo jak mocne jest kino Bergmana. Literacki obraz niewiele różni się od kinowego. Głębokość problemów w relacji pomiędzy dwojgiem ludzi została zobrazowana w doskonały sposób i w wersji literackiej, i kinowej. To studium konkretnego przypadku, który może brzmieć bardzo znajomo dla wielu z nas. W książce wybrzmiewa typowo skandynawska mentalność. Małomówność, punktualność, posłuszeństwo, wyrachowanie, unikanie rozmów o uczuciach, o problemach, taki typowo uczuciowy analfabetyzm, zgodnie z zasadą wpajaną od pokoleń, że „Każdy sam zajmuje się swoimi zmartwieniami”.

Książka złożona jest z sześciu scen, które odzwierciedlają najważniejsze momenty w życiu Marianne i Johana. Jest to scenariusz wydany w formie książki. O historii tych dwojga ludzi dowiadujemy się z ich dialogów, dialogów rozszerzonych, w których uczestniczą najbliżsi, przyjaciele. Z tych szczątkowych obrazów rozpoznajemy diagnozę rozpadu małżeństwa. Jak sama Marianne stwierdza, „(…) byliśmy tak beznadziejnie tolerancyjni, że woleliśmy z siebie zrezygnować, niż choćby spróbować coś z tym zrobić”.

Ta pozycja pozostawiła mnie w pytaniu jak to się dzieje, że dwojga ludzi uważający się za bardzo szczęśliwych, skomunikowanych, żyjących w symbiozie stwierdza, że tak naprawdę nic ich nie łączyło, że byli bardziej obok siebie.  Czy to pozory? Czy przyzwyczajenie? Przemiana Johana była bardziej spektakularna. Nagle nic nie miało dla niego znaczenia, ani dom, ani dzieci, ani to szczęście, którego doświadczał na co dzień. Marianne zajęło dużo więcej czasu, by zrozumieć nową rzeczywistość i odkryć na nowo siebie z Johanem, lub bez.

Przeczytajcie tą krótką książeczkę. Zanurzcie się w te sceny, gdzie mimo dużych różnic pomiędzy skandynawskim a polskim podejściem odnajdziecie w wielu miejscach siebie i przyznacie, że pewne mechanizmy są Wam bardzo dobrze znane. Zapewniam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Gdyby Nina wiedziała” Dawid Grosman

GDYBY NINA WIEDZIAŁA

  • Autor: DAWID GROSMAN
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery : 13.10.2021r.

Nie mogłam się doczekać, kiedy sięgnę do kolejnej premiery z 13 października br.😉. To oparta na faktach nowa książka Dawida Grosmana, pt. „Gdyby Nina wiedziała” wydana nakładem Wydawnictwa @Znak Literanova (imprint @wydawnictwoznakpl). Całkiem niedawno skończyłam czytać „Wchodzi koń do baru” (recenzja na klik). Ciekawą, intrygującą i pełną wzruszeń pozycję, do której na pewno kiedyś jeszcze wrócę. Z zaciekawieniem zaczęłam więc czytać „Gdyby  Nina wiedziała” czekając z niecierpliwością, czy i tym razem ten wybitny izraelski autor zahipnotyzuje mnie swoją twórczością jednocześnie umacniając swoją pozycję wybitnego pisarza w moim gwiazdozbiorze ulubieńców.

To nie tylko historia tytułowej Niny. To historia trzech kobiet, każdej z innego pokolenia. To historia Wery, która za swą miłość do męża została skazana na pobyt w obozie reedukacyjnym dyktatora Tito. To historia jej córki Niny, która opuszczona  w jednej chwili przez ojca i matkę, rozpoczęła swój żywot sześcioletniej dziewczynki na ulicy. I jest to historia Gili, wnuczki pierwszej, a córki drugiej, która porzucona jako trzy i półletnie dziecko stara się odnaleźć swoją tożsamość, swoją przynależność. Jest to też wzruszająca historia Rafiego, pasierba Wery, zachowanego przez całe życie w Ninie i ojca Gili. To ojcostwo i ta miłość go ukształtowały.

…………..

Tak. Kompletnie nie wiem od czego zacząć. Od czego zacząć moje przemyślenia na temat tej książki. Chciałabym wykrzyczeć: PRAWDZIWE ARCYDZIEŁO!!! I chciałabym, by w tym słowie zawarte zostało wszystko.

Nie wiem, czy da się otrząsnąć z tej historii, notabene opartej na prawdziwych wydarzeniach. Od tego dylematu, czy wybrać prawdę, czy walkę o własne dziecko. Od tych krzywd wyrządzonych przez system i od tych konsekwencji własnych decyzji. Los jest przewrotny. Wielu nie oszczędza. Każde cierpienie jest skutkiem czegoś, jednocześnie będąc sprawstwem czegoś. Historia opisana przez Grosmana jest unikatowa. To jakby balansowanie między trzema żywotami, żaden z nich nie jest ważniejszy, ciekawszy. Każdy wnosi coś do życia drugiego. To opowieść nostalgiczna, owiana tęsknotą za czymś co minęło, bo „przeszłości nie da się naprawić” – jak mawiała Wera. Z tą przeszłością trzeba umieć żyć i stawiać kolejne kroki naprzód. Dużo w treści jest o przebaczeniu, o pogodzeniu się z losem, o odkrywaniu siebie na nowo szczątkowo w osobie matki, w osobie babci. Z niecierpliwością zaczytywałam się w tych losach, nieubarwionych przez Autora, nie bo po co. Grosman przechodzi z jednej prawdy do drugiej, weryfikuje jedną półprawdę i każde kłamstwo, nic nie jest przez niego zapomniane, o niczym nie milczy, nic nie pomija. „Gdyby Nina wiedziała” potwierdza, że Grosman do wybitnych powieściopisarzy współczesnych należy. Możliwe, że to przyszły Noblista, o którym usłyszymy jeszcze nie raz.

To studium kobiet i ich losów w trudnych zawieruchach dziejów, gdy jeden człowiek potrafił zniewolić prawie cały kraj. To studium Wery, Niny i Gili, których łączy wiele, a dzieli prawie wszystko. Sięgnijcie po ten egzemplarz, który otwiera oczy na świat, całkiem inny świat.

Moja ocena: 10/10

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Ćwiartka Szymborskiej, czyli lektury nadobowiązkowe. Wybór Jacek Dehnel” Jacek Dehnel, Wisława Szymborska

ĆWIARTKA SZYMBORSKIEJ, CZYLI LEKTURY NADOBOWIĄZKOWE. WYBÓR JACEK DEHNEL

  • Autorzy: JACEK DEHNEL, WISŁAWA SZYMBORSKA
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 501
  • Data premiery: 13.10.2021r.

Felietony wręcz ubóstwiam 😊. Stuhr, a właściwie obaj, Nosowska, Czubaszek, Mann mają w moim sercu swoje miejsce. Wiele z felietonów mnie bawiło, wiele smuciło, o wielu mogłabym napisać, że mogłyby wyjść spod mego pióra, gdybym tylko miała trochę talentu w tej dziedzinie😉. Ale felietonistki w osobie Wisławy Szymborskiej nie znałam. Dzięki Wydawnictwu @wydawnictwoznakpl i wyborze felietonów o książkach Jacka Dehnela mogłam zanurzyć się w nową odsłonę naszej słynnej Noblistki. Mimo, że pierwsze wydania „Lektur nadobowiązkowych” sięgają lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, wstyd się przyznać, ja z nimi zetknęłam się dopiero przy okazji premiery z 13 października br. pt. „Ćwiartka Szymborskiej, czyli lektury nadobowiązkowe. Wybór Jacek Dehnel”. Zetknęłam….i przepadłam. Przeczytałam od „deski do deski” wszystkie sto pięćdziesiąt artykułów i nie żałuję, ani jednej chwili spędzonej z tą książką.

Faktycznie, Szymborska czytała wszystko. Czytała ze wrodzonej sobie ciekawości świata, jak i z potrzeby serca i czystego zainteresowania tytułem. Żadna z pozycji, o której pisała Szymborska i którą Jacek Dehnel zawarł w  publikacji, nie przeszła przez moje ręce. Do tej pory nie ciekawiły mnie tematy podjęte w takich tomach jak: „Warszawski balet romantyczny (1802-1866)”, „Polak statystyczny”, „Słownik języka łowieckiego”, „Zioła lecznicze. Historia, zbiór i stosowanie”, „Terrarium” 😉, „Historyczny rozwój odzieży”, czy chociażby „Głosy zwierząt. Wprowadzenie do bioakustyki”. Na szczęście ciekawiły Wisławę Szymborską. Dzięki pierwotnej wnikliwości potrafiła każdą czytaną książkę zamienić w ciekawy felieton, inteligentną opowieść liczną w anegdoty, odniesienia do otaczającego ją świata, czy w interesujące spostrzeżenia i refleksje. To że poetką wielką była, to już wiemy. Była też wybitną felietonistką, która nawet z „Gimnastyki dla kobiet w ciąży i połogu”, czy „Warzyw mało znanych” potrafiła napisać krótką historię, w której tyle kokieterii, co trafnych obserwacji. A takie felietony czyta się najlepiej.

Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Felietony Szymborskiej całkowicie mnie zaskoczyły i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Sam Jacek Dehnel wprowadził mnie już w dobry nastrój analizując znaczenie felietonów, styl pisania poetki, czy podjęte tematy. Zawarte w antologii rozważania zaprezentowane zostały chronologicznie, począwszy od daty najstarszych wydawnictw z roku 1967, aż do książki wydanej w 2001 roku. Treści w nich zawarte dotyczą innych czasów, innej historii. Niektóre przeszły przez cenzora, inne wydano w burzliwych latach dziewięćdziesiątych, a jeszcze inne, gdy Krakowski Rynek pełen koloru, śmiechu, ludzi zachwycał wszystkich odwiedzających, w czasach nowego tysiąclecia. Szymborska pełna polotu potrafiła zaciekawić mnie refleksją nawet o tapetowaniu, czy o urządzaniu terrarium, lub co gorsza aquaterrarium. Dzięki niej poznałam wiele ciekawych faktów. Ot chociażby, że w holenderskim miasteczku Oudewater była miejska waga, na której ważono kobiety oskarżone o czary, które podobno miały być lżejsze niż wskazywały na to ich postury. Na szczęście rządzący gminą zawsze wydawali certyfikat, że kobiety ważą wystarczająco. Uff. Przynajmniej gdzieś w Holandii polowanie na czarownice nie było priorytetem.  Z zaskoczeniem przeczytałam, że tak naprawdę było siedem Kleopatr, a ta którą my znamy, jest właśnie tą siódmą, ostatnią. O decyzjach matrymonialnych nie wspomnę, za to głębokie ukłony w stronę Autorki felietonów za prześmiewczy sposób omówienia tego tematu.  Naprawdę warto było przeczytać. Takich wartych do przeczytania opinii jest w książce mnóstwo. Niech nie zrazi Was ilość stron. Felietony są krótkie, maksymalnie na dwie strony. Dodatkowo każdy zaczyna się od nowej strony, więc wolnego miejsca jest sporo. Ja z rozkoszą poświęciłam na tę pozycję dwa wieczory.

Oprócz licznych ciekawostek dowiedziałam się też sporo o samej Szymborskiej. Tak jak i ona, dobrze, że nie okazałam się jedyną, kompletnie nie rozumiem, o co w operach chodzi i kto do kogo śpiewa, a tym bardziej dlaczego śpiewak sześćdziesięcioletni nazywany jest „pięknym młodzieńcem”. Wrrr. Poznałam Szymborską trochę od kuchni. O dziwo nie spodobał jej się gabinet figur woskowych, w przeciwieństwie do egipskich mumii. Refleksyjnie odebrałam jej opowieść o wielu nieodbytych spotkaniach z Wielkim Poetą, Czesławem Miłoszem. Czasem był tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki, a jednak na to spotkanie musiała czekać latami. Zaskoczył mnie felieton o „sobie samej”. Mistrzowsko Szymborska odegrała autorkę publikacji, o której pisała oraz siebie samą, jako tą, która dzieliła się swoimi spostrzeżeniami co do treści zawartych w „Lekturach nadobowiązkowych”.

Długo mogłabym się zachwycać nad jakością i wartością tego zbioru. Osobiste rozważania Szymborska ujęła nad wyraz inteligentnie, z licznymi spostrzeżeniami, dygresjami, uwagami. O jej kunszcie świadczy to, że nawet nieprzychylna opinia napisana jest ze swadą, dalekosiężnością i niezwykłym polotem. Pewne spostrzeżenia okazały się ponadczasowe, mimo upływającego czasu. Do tego piękny literacki język, niezwykłe zwroty i dawno zapomniany styl. Styl, który otwiera nam oczy i poszerza nasze horyzonty. Ciekawi jesteście, co Szymborska miała na półkach? Mam nadzieję, że tak. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 9/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak.

„Wchodzi koń do baru” Dawid Grosman

WCHODZI KOŃ DO BARU

  • Autor: DAWID GROSMAN
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 220
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.10.2021r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 18.05.2016r.

Polska oszalała na punkcie kryminałów. To fakt. Ja również nie jestem daleka od fascynacji tym gatunkiem, wyjątkowo hołubiąc naszych rodzimych pisarzy. By zachować jednak pewien balans w gatunkach literackich i od nowa zachwycać się aktualnie mniej popularnymi gatunkami, sięgam od czasu do czasu do literatury pięknej. Jak na razie moja recenzencka przygoda z literaturą piękną kończy się wysoką oceną.

Tym razem na warsztat czytelniczy wzięłam książkę Dawida Grosmana, , która uhonorowana została Nagrodą Bookera, o przewrotnym tytule „Wchodzi koń do baru”. 13 października br. miała premierę nowa publikacja tego wybitnego izraelskiego autora pt. „Gdyby Nina wiedziała”. Przy tej okazji Wydawnictwo @Znak Literanova (imprint @wydawnictwoznakpl) wznowiło poprzednią książkę Grosmana. Nie ukrywam, że sam tytuł już mnie zaintrygował. Oczami wyobraźni widziałam tego konia wchodzącego do baru😊. Niewiele się pomyliłam, gdyż książka to współczesny stand – up, a czytelnik odgrywa rolę widza. Czy książka zaciekawia tak samo jak jej tytuł? Przeczytajcie recenzję, by się dowiedzieć😉.

Wszystko dzieje się w czasie rzeczywistego występu stand – upowego. Na scenie pięćdziesięciosiedmioletni Dowale G. Widownia bardzo urozmaicona, małżeństwa z dłuższym stażem, motocykliści, grupa młodych mężczyzn, pewnie wojskowych na przepustce i ona, karlica z przeszłości. Gościem honorowym jest kolega z przeszłości, sędzia w stanie spoczynku, zaproszony przez artystę, zaproszony po kilkudziesięciu latach, w trakcie których mężczyźni nie mieli ze sobą kontaktu. Jak to w stand-upie, występujący wywołuje salwy śmiechu, odgrzebuje stare kawały, nabija się z widzów zwracając się bezpośrednio do nich i prowadzi swoistego rodzaju grę. Grę, w trakcie której jedni czują współczucie, inni gniew, a jeszcze inni niesmak. Czy występ był udany? Jaki będzie jego finał?

Z ogromnym wyczuciem, konsekwencją i mistrzowskim piórem Grosman stworzył bohatera zranionego. W wybitny sposób skonstruował fabułę. Aktualny występ stand-upowy poprzerywał wydarzeniami z przeszłości, opowiadanymi w formie anegdoty przez Dowale G., jak i występującymi we wspomnieniach zaproszonego sędziego, kolegi z przeszłości artysty, z okresu gdy obaj mieli po czternaście lat. To sędzia jest narratorem. Jego narracja pierwszoosobowa jest bardzo intymna, dzięki niej dostrzegamy inne istotne aspekty, które ukształtowały Dowale G. To historia wielowymiarowa. Zranione uczucia, niezabliźnione rany, zmory z dzieciństwa, wstyd i gorycz, matka, która przeżyła Holokaust i ojciec, z jednej strony wspierający, z drugiej tylko wymagający. To historia Izraela z jego najbardziej traumatyczną historią w tle. Komik na scenie momentami zmienia się w tragikomika. Stand-up zamienia się w spowiedź. Spowiedź, która sieje ziarno wśród publiczności i czytelnika, a potem zbiera żniwo w postaci współczucia, nostalgii, niezgody na to, co się zdarzyło w przeszłości, na to, co nie zostało uniknięte, na ten ból i cierpienie człowieka.

Dawid Grosman na dwustuczterdziestu stronach, w fabule opartej na jednym wieczornym występie komika dokonał rozrachunku. Rozrachunku życia, które nie potoczyło się tak jak powinno. Życia, w którym niezrozumienie otoczenia, niechęć i brak zrozumienia pozostawiły liczne, niezabliźnione rany, skazy jątrzące się każdego dnia i krwawiące w najmniej oczekiwanym momencie. Ten monodram zachwyca swoją szczerością, brutalnością i niepokojem, co z tego, co już w przeszłości, wróci w teraźniejszości. Wielki szacunek dla Autora za tak skonstruowaną powieść. Powieść o życiu, w każdym jej wymiarze. Książka zawiera bardzo głęboką treść, która pozostawiła mnie w smutku i zadumie. Zadumie nad człowieczeństwem i nad tym, gdzie się tak naprawdę ono zaczyna i dlaczego czasem kończy.

Moja ocena: 9/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki.

„Duch” Arnold Bennett

DUCH

  • Autor: ARNOLD BENNETT
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 261
  • Data premiery w tym wydaniu: 28.09.2021r.
  • Data 1 polskiego wydania: 01.01.1923r.
  • Data premiery światowej: 01.01.1907r.

Uwielbiam te wydania butikowe Wydawnictwa @Zysk i S-ka. Twarda oprawa, gruby papier, zszyte strony i niebanalna okładka. Ostatnio zachwycałam się wznowioną książką pt. „Portret Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Mimo, że nie czytałam żadnej książki Arnolda Bennetta, angielskiego pisarza, musiałam sięgnąć po najnowsze wydanie „Ducha”. Zrobiłam to głównie z powodu…..tłumacza. Dotychczasowe tłumaczenia Pana Jerzego Łozińskiego uważam za arcydzieła. Tak bardzo, że zastanawiam się, ile w tym zasługi autora, a ile tłumacza😉. Mimo, że „Duch” w tym wydaniu miał premierę dosłownie trzy dni temu, tj. 28 września br., ja już jestem po lekturze. Musiałam jak najszybciej, dowiedzieć się, czy tłumaczenie Pana Jerzego Łozińskiego również uznam za wybitne. Tym bardziej, że to przekład nie byle jakiej pozycji, bo powieści wydanej po raz pierwszy ponad sto lat temu, w 1907 roku😊.

Arnold Bennett stworzył historię wielowymiarową. Wątek główny oparł na dwóch bohaterach, to przepiękna sopranistka Rosetta Rosa, która złamała do tej pory wiele serc oraz świeżo upieczony lekarz Carl Foster. Losy tych dwojga stykają się dzięki znajomości z kuzynem Fostera, Sullivanem Smithem. Dzięki niemu Carl dosięga zaszczytu poznania rozkosznej Rosy. Dzięki niemu Carl wkroczył w świat operowy, świat międzynarodowych sław. Dzięki niemu poznał wybitnego śpiewaka – Arlescę. A także dzięki niemu poznał świat pełen pogardy dla innych, poczucia wiecznej wyjątkowości, przepychu, bogactwa i wyższości. Poznał życie w świecie, gdzie nie ma miejsca na zdrową konkurencję, wyrozumiałość, wspieranie się. Jest ciągła walka i walka o wszystko, o widza, o pozycję, o pieniądze, o atencję, o miłość i o uwielbienie. Jak w tym świecie całkowicie dla niego nowym poradzi sobie dobroduszny i sympatyczny Carl. Czy wytrzyma niespodziewane spotkania z tajemniczym jegomościem i zdoła zdobyć serce Rosy?

Nie było zaskoczenia. Jerzy Łoziński jak zawsze w formie. Jego przekład wręcz doskonały. Oddał cały styl, język, grację i specyfikę angielskiego oryginału wprowadzając czytelnika w świat dawno zapomniany, świat krynolin, kosztowności, naiwności w relacji z innymi. To wielka umiejętność wprowadzić współczesnego czytelnika w rzeczywistość sprzed stu lat, w sposób, który go nie męczy, a wręcz zachwyca.

Nie będę ściemniać. Bardzo podobała mi się ta książka, mimo, że wątek tytułowego ducha kompletnie nie przypadł mi do gustu. Spodobała mi się jednak rzeczywistość opisana w bardzo skrupulatny sposób. Jakby Bennett chciał, by książka dawała pełne światło czytelnikowi, który kiedyś, właśnie może za sto lat lub dłużej będzie ją czytał. Idealne odzwierciedlił relacje, zawiść, stosunek kobiet do mężczyzn i odwrotnie. Te wszystkie victorie, fiakry, czy broughamy uniosły moje myśli daleko wstecz, w Londyn z początków XX wieku i ten Londyn idealnie wpasował się w moje oczekiwania. Z jednej strony mroczny, tajemniczy, osnuty mgłą, z drugiej pełen wigoru, atrakcji, okoliczności, rautów, wieczerzy wystawnych i spirytualistycznych seansów oraz występów artystów o światowej sławie. Sam Carl jako bohater został „skrojony” z jednej strony bardzo wnikliwie i adekwatnie do czasów, w których przyszło mu żyć na kartach tej książki, z drugiej jakby z cynicznie, drwiąco. Z jednej strony szarmancki, dobrze wychowany, wykształcony, potrafiący trzymać prawdziwe emocje na wodzy, z drugiej ciągle afirmujący się własną osobą, według niego niewystarczająco obeznaną w świecie, niezbyt męską, niezbyt odważną. Jakby ciągle myślał o sobie, że nie jest wystarczająco dobry. Autor kilka razy „pstryknął mu w nos” wkładając w jego myśli wręcz przezabawne, szczególnie w odniesieniu do opisanej sceny, dywagacje, spostrzeżenia i samooceny. Ta perspektywa Carla dodała książce uroku i czyni ją momentami zabawną. Sama narracja też mi się podobała. Jest to narracja pierwszoosobowa z perspektywy Carla. A jak już wspomniałam powyżej, jest to bohater o zróżnicowanej osobowości, dlatego jako narrator spisał się moim zdaniem przewybornie.

O motywie z tytułowym duchem już wspomniałam. Dodam, że nie urzekł mnie również sposób rozegrania relacji Rosetty z Panią Deschamps. Sama Rosetta też mnie nie przekonała. Chwilami zachowywała się jak trzpiotka, momentami jak prawdziwa światowa i wyniosła diva, a innym razem jak bardzo dojrzała, mimo swoich dwudziestu dwóch lat, kobieta potrafiąca postawić na swoim, używająca bardzo trafnych i inteligentnych argumentów. Trudno jednak pastwić się nad autorem, kiedy to on miał pomysł na głównych bohaterów i to on ten pomysł spożytkował. Nie ja. Nie czytelnik. Moja rola sprowadza się tylko, by skromnie odczytać i spróbować odpowiedzieć na pytanie; co tak naprawdę autor miał na myśli?

Ile się może zdarzyć w trakcie podróży do Paryża, czy to w pociągu, czy na statku? Ile nieszczęść może spowodować chora rywalizacja pomiędzy primadonnami? Ile smutku może przysporzyć wszystkim wokół śmierć ukochanego Rosy, Lorda Clarenceuxa? Ile pozostanie z racjonalnego, oświeconego młodego lekarza, gdy do gry wchodzi nieproszony tajemniczy mężczyzna, który nieproszony zasada w fotelu gospodarza? Ile pytań można zadać do powieści która ma niewiele ponad 260 stron? Oj wiele, gdyż wiele na tych niespełna trzystu stronach się dzieje. Dlatego warto sięgnąć po tę książkę i przeżyć przygodę w iście angielskim stylu, w iście na wskroś londyńskiej rzeczywistości. Miłej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Recenzja premierowa: „Sielanki” George Saunders

SIELANKI

  • Autor: GEORGE SAUNDERS
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 236
  • Data premiery: 29.09.2021r.
  • Data premiery światowej: 08.09.2001r.

Czego spodziewać się po George’u Saundersie, amerykańskim, utytułowanym pisarzu? Wie ktoś, coś? Ja nie miałam zielonego pojęcia, ani różowego, ani niebieskiego. Na przykład, uwielbiam Johna Irvinga. Saunders porównywany jest natomiast do Marka Twaina. Czytając jednak opis Wydawcy „Sielanek” od razu załapałam bakcyla. Zapewnienie @wydawnictwoznakpl, że Autor „brawurowo łączy drobiazgowy realizm z groteską i niepodrabialnym poczuciem humoru Saunders buduje w mistrzowski sposób obraz człowieka zagubionego w meandrach XXI wieku” okazało się dla mnie wystarczającą zachętą, by sięgnąć do dzisiejszej premiery. Do książki, która po raz pierwszy opublikowana została dwadzieścia lat temu. Sięgnąć i dowiedzieć się, czy absurdy, wspomniana groteska i obraz zagubionego społeczeństwa XXI wieku się zdezaktualizował, czy jest ponadczasowy. Chcecie wiedzieć, czy w publikacji znalazłam odpowiedzi na te pytania? Jeśli jesteście ciekawi, zerknijcie, choćby jednym okiem😉, na dzisiejszą recenzję.

Ojejej, życie doprawdy bywa męczarnią. Potrafi zapędzać człowieka w dziwne i mroczne zakamarki, skłaniając go do takich haniebnych, niewybaczalnych postępków (…)” – „Sielanki” George Saunders.

Cytując opis Wydawcy „W „Sielankach” George Saunders pokazuje nam, że świat, w którym żyjemy, jest karykaturą – mogącą śmieszyć, ale budzącą podskórny lęk”. Całkowicie się z tym opisem zgadzam😊. W sześciu opowieściach autor opisuje życie w sposób niejednoznaczny, opisuje współczesnych ludzi wytykając im w przezabawny sposób wszelkie przywary, które uniemożliwiają być im szczęśliwym, uniemożliwiają uszczęśliwić innych. Moi faworyci to tytułowe „Sielanki” i „Nieszczęście fryzjera”. Ciekawe, które Wam by się spodobały?

Trzeba mieć duży dystans i zgodę na inne niż własne poczucie humoru. Oj trzeba! Okazało się, że ja dystansu i „zbzikowanego” poczucia humoru mam wystarczająco. Przyznaję, że Saunders nie trafił z wszystkimi opowiastkami w mój gust. W niektórych, groteski i absurdu, nawet dla mnie było za wiele. Ale nawet i w tych, znalazłam wiele cennych wskazów, wiele znaków w kierunku których warto podążać każdego dnia. Nawet dywagacje podstarzałego, samotnego fryzjera Saunders potrafił przedstawić w sposób z jednej strony prześmiewczy, z drugiej w sposób bardzo dogłębny, z silną analizą psychologiczną postaci oraz umiejętnością pokazania jak funkcjonują mechanizmy rządzące myślami, decyzjami, spostrzeżeniami i decyzjami człowieka. Nie uwierzyłabym, że można zaśmiewać się strona po stronie z powodu jednej kozy, kozy i jej człowieka. Człowieka uważającego: „(…) niby co mam robić przez ten czas, kiedy powinienem obdzierać kozę ze skóry krzemieniem? Postanawiam udać ciężko chorego. Kiwam się w kącie i jęczę. Zaczyna mnie to nudzić. Obdzieranie kozy ze skóry krzemieniem trwa prawie godzinę. Nie ma mowy, żebym tak długo się kiwał i jęczał”. I to nie jest to, o czym myślicie. O nie. Dochodzenie do prawdy, co, z czym i dlaczego było właśnie najciekawsze w tej książce. Do ostatniej kropki w opowieści nie wiedziałam na co autora stać, czym mnie jeszcze zaskoczyć. A ja zaskoczona czytając wręcz uwielbiam być. A totalny majstersztyk to pomysł z formularzem „Codziennej Oceny Zachowań Partnera/ki”. Chcielibyście taki mieć? Chcielibyście taki wypełniać?

Saunders jest mistrzem groteski i absurdu. Potrafi umiejętnie korzystać z tej zdolności w sposób bardzo wysublimowany nie raniąc przy tym uczuć czytelnika. Mimo chwilowej świadomości silnego nieprawdopodobieństwa ani razu nie poczułam się urażona, ani razu nie wychwyciłam, że autor posunął się za daleko. Do tego ten cudowny, klasyczny język. Użyte zwroty, narracje, dialogi nie są nigdzie przypadkowe, myśl przewodnią widać w każdym użytym zwrocie i wykorzystanych słowach. Pozostaję z myślą, że można pisać o poważnych sprawach w ten sposób. Pod płaszczykiem abstrakcyjnego humoru można poruszyć temat biedy, problemów z dziećmi, niesprawiedliwego traktowania rówieśników, przemocy wśród uczniów szkoły, czy chociażby bezwarunkowe uwielbienie własnego dziecka, które jest całkowicie inne, niż chcemy je widzieć. I ci wtykacze głów!!! Ciekawi Was, kim tak naprawdę są?  Jeśli tak, to wyruszcie w nietuzinkową, wyjątkową podróż, gdzie współczesne problemy, lęki, niemoce można podglądać przez „różowe okulary”. Nie bez powodu taka literatura nazywana jest piękną!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Znak.