„Dziewczyna z Paryża” Kristy Cambron

DZIEWCZYNA Z PARYŻA

  • Autorka: KRISTY CAMBRON
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 17.01.2022r.

Styczniową premierę wydaną nakładem @wydawnictwoznakpl pt. „Dziewczyna z Paryża” przeczytałam już jakiś czas temu. Niestety zawirowania wojenne za naszą wschodnią granicą i walka Sąsiadów o suwerenność własnego państwa pochłonęła mnie całkowicie, tak, że o drugiej wojnie światowej trudno było mi nie tylko pisać, ale i myśleć ☹. Czując się jednak w obowiązku w stosunku do @wydawnictwoznakpl, z którym współpracę bardzo sobie cenię oraz względem Autorki odłożyłam smuteczki i niepokój na bok. Wszystko po to, by podzielić się z Wami moją opinią o kolejnej wojennej historii pióra Kristy Cambron. Jej poprzednia książka „Wróbel w getcie” (recenzja na klik) bardzo mi się podobała. Była smutna, to fakt, ale jednocześnie niosła nadzieję. Tak jak „Dziewczyna z Paryża”.

Wojna wiele człowieka uczy. Nim tu przyjechałem, stacjonowałem w Warszawie. Piękne miasto, ale zapaskudzone Żydami. Któregoś dnia wezwano mnie do centrum. Grupka młodych Żydów zaatakowała lokal dla oficerów Trzeciej Rzeszy. (…) Nie docenili szansy, jaką im daliśmy. Nie rozumieli, że getto to konieczność. Musieliśmy przecież zapewnić im bezpieczeństwo i opiekę. Daliśmy im mieszkania, karmiliśmy ich, zaoferowaliśmy im pracę….” „Dziewczyna z Paryża” Kristy Cambron.

I ten świat, tak różny, opisywany oczami Trzeciej Rzeszy oraz oczami okupowanych jest fabułą „Dziewczyny z Paryża”. Perspektywę okupantów obserwujemy z perspektywy kapitana von Hillera, czy Scheela. Zanurzamy się w nią wtapiając się w losy kolaborantów, podwójnych agentów, czy cichych współpracowników. To świat, w którym hitlerowcy są przekonani o swojej racji, o misji wybawienia świata od plagi żydowskiej, o roli załatwienia sprawy raz na zawsze. Brzmi znajomo? Niestety…. Drugi świat to świat kobiet. Jakże różnych kobiet. Świat Sandrine Paquet, która chroniąc synka Henri’ego współpracuje z nazistami. Współpracuje na swoich warunkach opłakując męża – Christiana, który zaginął na froncie. To świat Lili de Laurent, krawcowej pracującej w domu mody Chanel, która ciągle nie może przeboleć straty ukochanego René Touliarda. Lili, która wikła się w niebezpieczny wywiad świadcząc usługi na rzecz  żon i kochanek niemieckich żołnierzy. To świat także Amèlie, która by godnie żyć podejmuje decyzje, których możliwe, że będzie się po latach wstydzić. I to świat także Violette, zdeterminowanej, odważnej, nie lękającej się przed niczym. Wiedzącej, kto wróg, a kto przyjaciel. One wszystkie mogłyby się inaczej nazywać. To mogłyby być Marie, Zofie, Krystyny, Eleny, Masze, czy Olesye. To mogłyby być każde z nas – kobiety, uwikłane w losy wojny. Wojny, które nie my toczymy i nie my wzniecamy.

Wiele już przeczytałam książek z wojną w tle. Najbardziej wstrząsała mną literatura wojenna rodzima oraz pisarzy rosyjskich. Bez znaczenia było, o jakiej wojnie była fabuła. Ten przejmujący świat przedstawiony w prozie pozostawał ze mną na długo.

Tym razem tak nie jest. Fabuła faktycznie jest ciekawa, tym bardziej, że do jej napisania inspiracją była historyczka sztuki, „(…) członkini ruchu oporu i kapitan Pierwszej Armii Francuskiej Rose Villand – która przez całą okupację, nie bacząc na ryzyko, prowadziła szczegółowy rejestr skradzionych przez nazistów dzieł sztuki.” ­– cyt. za; Od autorki w:   „Dziewczyna z Paryża” Kristy Cambron. I tym właśnie zajmuje się Sandrine, mimo ostracyzmu na który się naraża, mimo niechęci sprzedawców pieczywa, mimo niemożności kupienia chleba, mimo traktowania ją jako kochankę nazisty. Ten świat sztuki wplata się w rzeczywistość wojenną trochę ją ubarwiając, sprawiając, że jest subtelniejsza, delikatniejsza, bardziej ludzka. Tak jak sztuka szycia przepięknych sukien, do czego była zatrudniona w domu mody Chanel – Lili. Motyw uwikłania w ruch oporu krawcowej sprawdził się w fabule bardzo dobrze. Co do samej bohaterki mam mieszane uczucia. Gdzieniegdzie autorka nazywała ją Lili, gdzieniegdzie Lila. Totalny problem miałam z Luciolą. Losy Lili śledzimy w dwóch perspektywach czasowych. Od początku wojny, aż do jej końca. Rok 1939 przeplata się z rokiem 1944. Autorka podzieliła fabułę na krótkie rozdziały, które opatrzyła datą oraz miejscem akcji. Pozwoliło to mi nie pogubić się w opisanych wydarzeniach, choć z drugiej strony w wielu miejscach retrospekcje, czy śledzenie losów na zasadzie „wtedy” i „teraz” uważałam za zbędne.

Język i styl dla mnie za infantylny. Nie zrozumcie mnie źle. W obliczu panującej wojny i tragedii jaka ona za sobą niesie na wielu płaszczyznach, te ochy i achy, rzucane raz po raz, ten wyszukany, wysublimowany język, te zdrobnienia, pieszczotliwe sformułowania, naiwność dziecięcą i u Lili, i u Sandrine odebrałam jako niepoważny, niedojrzały. Ani Lili, ani Sandrine nie przekonały mnie od swego bohaterstwa. Nie okazały się dla mnie wiarygodne. Traktowałam je raczej jako kobiety, które przypadkowo uwikłały się w działania wojenne, co czego kompletnie się nie nadawały, do czego kompletnie nie pasowały. Dobrze skonstruowaną postacią okazał się dla mnie – o dziwo !- kapitan von Hiller. Ciągle czekający na swoją szansę mężczyzna, bardzo przenikliwy, trafny w swoich osądach i podejrzeniach, do tego całkowicie oddany sprawie. Z jednej strony wróg z krwi i kości, z drugiej trochę pogubiona postać, która stara się skraść trochę szczęścia. Szczęścia, które wydawać by się mogło jest na wyciągnięcie ręki.

To książka trochę o „(…) wojnie, modzie, radości życia. O przyjęciach, jakie urządzano, zanim wybuchła wojna.”. To pamiętnik o kobiecie, która miała marzenia w 1939 roku i która wiele osiągnęła. To pamiętnik o sukni  i etoli z norek oraz o ostatnim przedwojennym przyjęciu u Elsie de Wolfe z dnia 1 lipca 1939 roku. Jak sama autorka zauważa „(…) słynną amerykańską dekoratorkę wnętrz, lwicę salonową i aktorkę jednej roli”, który był „ostatnim akordem dekadenckiej paryskiej melodii”. Jeśli lubicie takie historie to sięgnijcie po „Dziewczynę z Paryża”. Dziewczynę, która niesie nadzieję.

Moja ocena: 6/10

Moja opinia powstała przy współpracy z Wydawnictwem Znak.

„Kościół płonie” Andrea Riccardi

KOŚCIÓŁ PŁONIE

  • Autor: ANDREA RICCARDI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery: 31.01.2022r.

Nie jestem zbytnią fanką książek opiniotwórczych. Szczególnie, gdy opinia autora jest zgoła inna od mojej rodzi się we mnie wewnętrzny bunt. Dlatego tak obawiam się recenzji tego rodzaju publikacji. Staram się, by moje osobiste spostrzeżenia nie przykryły faktury, tekstu, wartości językowej książki. Nie do końca wiem, czy mi się to udaje. Udaje się? Jak nie to dajcie znać pod postem😉. Poprawię się.

Nawiązując do „Kościół płonie” Andrea Riccardiego (data premiery: 31 stycznia br.) wydanego nakładem @wydawnictwoznakpl przyznaję, że spóźniłam się z recenzją. Wydarzenia na Ukrainie, których jesteśmy świadkami oddaliły mnie od zanurzenia się w pożarze Kościoła. Bo jak tu czytać o Kościele, gdy płonie Ukraina!!! ☹ Pełna niepokoju w codzienności, obawy o jutro, o to, jak potoczą się losy świata, nie chciałam sięgać do tak poważnej literatury. Obawiałam się (okazało się, że całkiem niepotrzebnie) samych trudnych tematów, osądów, mówiąc brzydko gnojenia oligarchów Kościoła, co w tych trudnych czasach byłoby niewskazane. Wzbudzałoby takie podejście we mnie dodatkowe, niepotrzebne negatywne emocje. Czując się jednak zobowiązania w stosunku do Wydawcy sięgnęłam po zaproponowaną przez Niego pozycję autorstwa Andrea Riccardiego. Jak pisze Wydawca w opisie: „włoskiego historyka, wykładowcy akademickiego, komentatora życia Kościoła. Założyciela Wspólnoty Sant’Egidio (Świętego Idziego) – wspólnoty żyjącej z osobami bezdomnymi, pomagającej uchodźcom. Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Przewodniku Katolickim”, kilka jego książek było już tłumaczonych na język polski”.

Co z tym Kościołem? Na to pytanie stara odpowiedzieć się Andrea Riccardi przedstawiając wyzwania, z którymi aktualnie boryka się cały chrześcijański świat. Spadek powołań, malejąca liczba katolików, puste ławki w kościołach, niepraktykowanie obrzędów religijnych i liczne skandale, to tylko niektóre z nich. W Polsce, jak i na świecie sytuacja jest bardzo podobna. Czasy, gdy na mszę św. wychodziło się co najmniej pół godziny przed czasem, by znaleźć jeszcze miejsce siedzące dawno minęły. Czasy, gdy na pasterkę wychodziło się o 2230, by nie stać na mrozie na zewnątrz już dawno za nami. Czasy, gdy widząc księdza z grupą małych dzieci kłoniło się z szacunkiem, odeszły wraz z bezgranicznym zaufaniem do tej grupy społecznej. Co z tym pożarem Kościoła, w sensie materialnym gdy płonęła w 2019 roku katedra Notre-Dame de Paris i w sensie społecznym, gdy płoną kolejne nadzieje, wiary w uczciwość, przywiązanie do tradycji chrześcijańskiej. Czy kiedykolwiek będziemy jak w przeszłości w Kościele?

Po przeczytaniu tej publikacji mam taką refleksję. Z wieloma stanowiskami względem Kościoła spotykaliśmy się już w przeszłości. Oskarżenia o nepotyzm, homoseksualizm, wykorzystywanie nieletnich, kradzieże majątku kościelnego przez jego władców, zbrodnie i występki na tronie papieskim, czy chociażby bardziej lub mnie jawna apostazja. To wszystko już było. Takie ciemne plany w historii Kościoła istnieją od wieków. Nie są niczym nowym. Całkowicie jest za to nowe społeczeństwo, które współcześnie na nie patrzy. Społeczeństwo, dla którego pewne sprawy są nie zaakceptowania i pewne słowa, stanowiska nie powinny być wypowiedziane. Społeczeństwo, które z ciekawością, a nie w poczuciu odrzucenia, ogląda film Smarzowskiego „Kler” i weryfikuje swoje poglądy, które przysłowiowo „wyssaliśmy z mlekiem matki”. Kryzys był w Kościele cały czas. To sam Kościół ten kryzys wzniecał, tak jak to dzieje się teraz. 

Co do autorstwa Andrea Riccardiego przyznaję, że publicysta głęboko zanurzył się w problemy współczesnego Kościoła. Jego dywagacje nie są jednostronne. Jego światły i chłonny umysł zwraca uwagę na wiele aspektów, nie narzucając czytelnikowi, jednego właściwego zdania, w przeciwieństwie do tego, co często słyszymy z ambony. Riccardi ciągnie wątek kryzysu, który według niego nie oznacza końca. Zgadza się to z moim spostrzeżeniem, że przecież Kościół na przestrzeni wieków to powracające kryzysy, a jednak ciągle jest i ciągle ma pewne grono wiernych. Może powstać, jak Fenix z popiołów oferując jego wyznawcom o wiele więcej, niż tylko sztywne kanony, nakazy i zakazy. Jeśli tylko podąży za głosem ludu, za głosem jego serca. Spodobał mi się wątek polski w publikacji. Autor nawiązał do polskiego Strajku Kobiet, za którego stałam murem i w którym brałam udział. Mimo, że jest wierzący dostrzegł drugie dno tej inicjatywy, nie dyskryminując jej, nie oceniając negatywnie.

We Francji żyje wielu agnostyków. We Włoszech wręcz przeciwnie, Kościoły są zapełnione w trakcie mszy świętych. W Polsce, w zależności od regionu. Raz pustki, raz ławki pełne do ostatniej. W którą stronę zdążamy? Diagnozę i rozważania w tym temacie proponuje Andrea Riccardi w książce „Kościół płonie”, nie tylko dla Katolików😉. I to jest walor tej książki, która nie zanudza, nie drażni. Stanowi wyłącznie subiektywne studium sytuacji w Kościele. Czytając ją miałam wrażenie, że rozmawiam z autorem, z jego różnymi „JA”. Wsłuchuję się, co ma do powiedzenia i prowadzę z nim dialog. Dlatego warto przeczytać tę książkę. Zmierzyć się z nią, zaciekawić.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość podzielenia się z Wami moją opinią na temat tej książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Sąsiad” Lisa Gardner

SĄSIAD

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: Detektyw D.D. Warren. TOM 3
  • Liczba stron: 464
  • Data premiery w tym wydaniu: 26.01.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 13.07.2011r.

Przygodę z Detektyw D.D. Warren rozpoczęłam od 10 tomu pt. „Powiem tylko raz”. Dzięki publikacji początków serii przez @WydawnictwoAlbatros sięgnęłam do pierwszych przygód Pani Detektyw w książkach „Samotna” i „W ukryciu”. „Sąsiad”  to trzeci tom cyklu, którego Autorką jest Lisa Gardner. D.D. Warren zmienia się z biegiem kolejnych publikacji i przed rozpoczęciem czytania byłam bardzo ciekawa jak wypadła w trzeciej części.

W pewien wieczór ginie w niewyjaśnionych okolicznościach dwudziestoparoletnia nauczycielka wiedzy o społeczeństwie Sandra Jones. Drzwi wejściowe nie noszą śladów włamania, a w pokoju obok zostaje jej ponad czteroletnia córka Ree. Mąż Sandry dziennikarz Jason Jones zgłasza zaginięcie żony, jednocześnie odmawiając odpowiedzi na wiele pytań, które rodzą się w głowie detektyw sierżant D. D. Warren oraz innych śledczych pracujących w zespole. Z pozoru dobre małżeństwo nie wydaje się takie, gdy do sprawy wtrąca się ojciec Sandry, z którym nie widziała się przez pięć lat, sędzia Maxwell Black.

I tym razem Lisa Gardner zbudowała fabułę wokół najgorszych możliwych przestępstw, które zawsze mnie wzruszają. Potencjalne morderstwo domowe – przecież zwykle odpowiedzialny za zniknięcie jest mąż ofiary – zamieniło się w strefę domysłów i wielu podejrzanych, jak to w tej serii bywa. Ciekawym wątkiem było osadzenie na tej samej ulicy przestępcy seksualnego względem dzieci Aidana Brewstera, o którym Jones dowiedział się dopiero po zaginięci żony. Świat Brewstera podglądamy z jego perspektywy w relacji pierwszoosobowej, chociaż wątek śledztwa jest relacjonowany w trzeciej osobie. To nie jedyny taki zabieg narratorski. Również w niektórych rozdziałach dochodzimy do świata zewnętrznego i wewnętrznego samej zaginionej Sandry Jones, która swoimi słowami opisuje co się z nią działo i dlaczego podjęta taką czy inną decyzję. Ta urozmaicona narracja jest zaletą tej publikacji. Intryga została również „rozmieniona na drobne” przez włączenie w sprawę trzynastoletniego ucznia Sandry, Ethana Hastingsa, a także jego wujka Wayne’a Reynoldsa. Oboje mieli Sandrze pomóc, oboje mieli ją wesprzeć, a finalnie…..

Tak śledztwo zostało przeprowadzone z należytą pieczołowitością. Nie ma w książce żadnych luk fabularnych, żadnych niedopowiedzeń. Wszystko układa się w jedną całość w zakończeniu, wszystko ma swój początek i swój koniec. Język jest tożsamy z całą serią. Detektyw sierżant jak zwykle zmotywowana uwielbiająca swoją pracę. Na końcu, niestety nie jest zadowolona, gdyż kogoś bardzo chciała przymknąć.

Lisa Gardner to mistrzyni opisywania krzywd popełnionych na niewinnych, na dzieciach i kobietach. Ta umiejętność jest widoczna w każdej książce cyklu, którą przeczytałam. Nie jest łatwo mi jako kobiecie i matce się z tym mierzyć. Gardner nie przejmuje się skutkami, raczej traktuje pisarstwo jako misję, by pokazać światu z jakimi zwyrodnialcami przychodzi nam obcować  w domu, w szkole, w pracy i w sąsiedztwie. Umiejętnie również opisuje psychologiczne aspekty tych traumatycznych doświadczeń, nawet jeśli działy się wiele lat wcześniej. Obrazuje skutki, często dalekosiężne, z którymi dorośli ludzie nawet po dwudziestu latach nie potrafią sobie poradzić.

To wielowątkowy kryminalny thriller. To wielowątkowe śledztwo. Okoliczności zewnętrzne oraz wątki poboczne tylko urozmaiciły mi lekturę. Jeśli lubicie silne kobiety stające po tej dobrej stronie i o każdej porze dnia gotowe na złapanie złoczyńcy – pokroju D. D. Warren – to sięgnijcie po tę książkę. Udana lektura gwarantowana!

Moja ocena 7/10.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Jedno życzenie” Nicholas Sparks

JEDNO ŻYCZENIE

  • Autor:NICHOLAS SPARKS
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:447
  • Data premiery: 26.01.2021r.

W zeszłym roku dwa razy przeczytałam „Powrót” Nicholasa Sparks’a, raz na początku roku, a drugi pod jego koniec z okazji wydania powieści w zimowej szacie. Tak mnie ta ostatnia lektura pozytywnie nastroiła, że bez wahania zdecydowałam się na przeczytanie najnowszej powieści mistrza „Jedno życzenie”, która premierę miała 26 stycznia nakładem Wydawnictwa Albatros.

Maggie Dawes jest sławną fotograficzką i współwłaścicielką odnoszącej sukcesy nowojorskiej. Nadchodzące Święta Bożego Narodzenia będą dla kobiety bardzo trudne i nie bardzo wie jak je przetrwać. Nieoczekiwanie pomoże jej w tym Mark Price, młody asystent, który od niedawna pracuje w galerii. Czując z nim pewne pokrewieństwo dusz Maggie opowiada mu historię swojego kilkumiesięcznego pobytu w młodości na wysepce Ocracoke u wybrzeży Karoliny Północnej. Jest to jednocześnie historia jej prawdziwej miłości. Nieoczekiwanie opowiedzenie tej historii doprowadzi kobietę do spełnienia swojego jedynego życzenia…

Nicholas Spark to niekwestionowany mistrz opowieści romantycznych. Jak nikt potrafi stworzyć pełen emocji, nostalgii i pozytywnych uczuć klimat. Czytając jego powieści czuję się niemal tak, jakbym przeniosła się do miejsc, o których opowiada. Tak było i w przypadku jego najnowszej książki. Autor wspaniale oddał klimat malej wysepki, nastrój spędzonych tam Świąt, równie doskonale ukazał jakże różny klimat świątecznego Nowego Jorku. Czułam, że jestem przy Maggie podczas jednych, jak i drugich, jakże różnych, ale nie mniej ważnych Świąt. Plastyczne opisy, przepiękny język i niesamowita atmosfera spokoju i pozytywnych uczuć to elementy, które najbardziej kojarzą mi się z tą powieścią. Poznajemy Maggie jako dorosłą osobę, która znajduje się w specyficznym i bardzo trudnym momencie swojego życia. Mamy szansę również poznać Maggie jako szesnastoletnią, zagubioną dziewczynę. Dzięki temu z pełną wyrazistością widzimy jak pewne przeżycie z młodości, pierwsza miłość, spotkani wtedy ludzie mogą mieć mocny wpływ na całe dalsze życie. Bardzo polubiłam Maggie, jak również innych bohaterów, przede wszystkim Bryce’a, Marka i ciotkę Lindę. Wszystkie postacie są bardzo ciekawie zarysowane, z wiernością psychologiczną i wielowymiarowością. Całą powieść towarzyszyły mi pozytywne odczucia, ale zakończenia zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Mimo, że w sumie można było się go spodziewać, doprowadziło mnie do łez, wzbudziło ogromne emocje i sprawiło, że nie prędko zapomnę o tej pozycji.

Moja ocena:8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Poziom śmierci” Lee Child

POZIOM ŚMIERCI

  • Autor: LEE CHILD
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: JACK REACHER. TOM 1
  • Liczba stron: 464
  • Data premiery: 26.01.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.2003r.
  • Data premiery światowej: 1.03.1997r.

Nie lubię się powtarzać, ale nawiążę do treści, które zamieściłam w zapowiedzi tej książki. Przeczytałam kilkanaście części o Jacku Reacherze. I tylko te ostatnie pisane razem z bratem Autora, Andrew Childem nie do końca mi odpowiadają. Trochę za mało Childa w Childzie i za mało Reachera w Reacherze, do którego jestem przyzwyczajona. Recenzję tomu 25 pt. „Strażnik” znajdziecie tutaj: klik.

@WydawnictwoAlbatros przy okazji premiery filmowej pierwszego tomu wypuściło na polski rynek czytelniczy „Poziom śmierci”, pierwszy tom serii. Premierę światową ta seria miała w 1997 kiedy jeszcze moja biblioteczka nie uginała się pod ogromem książek. Ja tę część czytałam po jej pierwszym polskim wydaniu, które odbyło się w 2003 roku. W Reacherze, szczególnie z początków cyklu, najlepsze jest to, że to Reacher, Jack Reacher.

Najciekawsze w Lee Childzie nie jest to, że sprzedał mnóstwo książek, ale to, że pisze tak dobrze”. – Philip Pullman we Wstępie do „Poziom śmierci” Lee Child.

Coś w tym jest. Dobre pisarstwo i idealnie skrojony bohater to recepta na udaną pozycję książkową. Tak jest i tym razem. Sam Jack Reacher to emerytowany major amerykańskiej Żandarmerii Wojskowej. Nie posiadający stałego miejsca pobytu, ani żadnych osób na utrzymaniu 195 cm kolos. Silny, wysportowany, z ciemno blond czupryną oraz niebieskimi oczami. Ciąg wydarzeń jest ten sam, jaki Autor kontynuuje w całej serii. Reacher podróżując samotnie po amerykańskich miasteczkach wikła się w miejscowy konflikt, czy z niewiadomych przyczyn staje się podejrzanym o morderstwo lub inne przestępstwo. Tak jest i tym razem. W leniwym miasteczku Margrave w stanie Georgii, zostaje popełniona zbrodnia. Wysoki, obcy, wysportowany były żandarm wojskowy staje się głównym podejrzanym. Musi udowodnić swoją niewinność. Choć tym razem macki afery kryminalnej sięgają bardzo wysoko. Aż do samej góry, aż do Waszyngtonu….

Cóż mam napisać…. Mam słabość do Reachera, szczególnie z początków serii. I niezmiernie się cieszę, że w nowym serialu Toma Cruise’a zastąpi aktor fizycznie przypominający głównego bohatera. Z jednej strony Reacher jest brutalny, zawsze przygotowany i przewidujący cios oraz ruch przeciwnika. Z drugiej, jest bardzo wrażliwy na krzywdę, niemoc i przemoc względem słabszych. W trakcie swojej podroży staje się samozwańczym obrońcą uciśnionych. Fabuła jest taką bajeczną fantazją Autora na temat dobra i zła w świecie, w którym przyszło mu żyć. Jest jednak rozpisana w  bardzo dobrym stylu. Wielokrotnie Autor zachwycił mnie szczegółowymi opisami ciosów, urazów i złamań. Bardzo dobrze przygotowany tekst pod względem biologiczno-fizycznym. Z perspektywy Reachera dowiedziałam się, jak należy ścisnąć „(…) kostki i palce, a nie mięsistą część dłoni”, by parafrazując Autora „(…) Uchwyt przeciwnika został zneutralizowany”. Child niczym nauczyciel wprowadza nas w niuanse, o których musi pamiętać główny bohater. Tłumaczy czytelnikowi cierpliwie jak Reacher unika poważnych kontuzji. Reacher wie, a tym samym wiemy, że Child wiedział pierwszy, że „(…) Na czaszce właściwie nie ma ciała, jedynie skóra, a pod nią twarda kość. Czoło trudno zranić, praktycznie nie da się go złamać. (…) To dlatego staram się unikać uderzeń dłońmi. Dłonie są kruche, pełne maleńkich kości i ścięgien…”.

Child pisał tę część w latach świetności. Bardzo płynnie przechodzi z jednego wątku do drugiego wplatając co jakiś czas obserwację lub opis otoczenia oczami Reachera, które stanowi pewną odskocznię i jest tłem do ciekawej anegdotki. Pozwala to czytelnikowi lepiej zrozumieć główną postać i razem z nim przemierzać przestworza amerykańskiej ziemi. Zakończenie też nie było niespodzianką😊. Jak zwykle u Childa. Jak już w okolicy 300 stron rozeznaję się, jaki będzie finał, Autor wywraca moją koncepcję do góry nogami. Zaskakując mnie raz po raz. Nie wiem jak On to robi. Jak robi to Child, że te książki z serii są tak spójne od początku do końca. I mają swój urok. Są wprost idealne dla fanów zagadek kryminalnych napisanych językiem bardzo dobrego thrillera.

Po przeczytaniu pierwszej części serii o Jacku Reacherze nie czujcie niedosytu. Po prostu łapcie po kolejną część. Jeszcze tylko dwadzieścia cztery tomy przed Wami i mnóstwo bardzo dobrej zabawy oczami, słowami i czynami Jacka Reachera!!!

Moja ocena 9/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Koszmarny Karolek i cuchnąca bomba” Francesca Simon

KOSZMARNY KAROLEK I CUCHNĄCA BOMBA

  • Autorka: FRANCESCA SIMON
  • Cykl: KOSZMARNY KAROLEK (tom 9)
  • Wydawnictwo: ZNAK EMOTIKON
  • Liczba stron: 160
  • Data premiery: 26.01.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.2004r.

Koszmarny Karolek jest naprawdę niegrzecznym dzieckiem! Oczywiście po przymiotniku koszmarny moglibyśmy pewnie wrzucił imiona innych, znanych nam dzieci. Oby nie własnych😉. To nie czarujący łobuz Mikołajek i jego ekipa. To dziecko na wskroś złośliwe, niesubordynowane, obcesowe i nieuprzejme. Mimo wielu przykrych konsekwencji zawsze rozpoczyna tak samo. Po swojemu. Jak w najnowszej publikacji tej serii. Wydawnictwo @Znak Emotikon wznowiło dziewiąty tom serii. 26 stycznia br. premierę miała książka pt. „Koszmarny Karolek i cuchnąca bomba” autorstwa Francesci Simon.

Tym razem Karolek postanawia skonstruować cuchnącą bombę i urozmaicić nią – a jakże!- relacje z dziewczynkami. Oczywiście szybko ponosi konsekwencje własnych czynów i błędnych decyzji. Autorefleksja przychodzi jednak za późno. Karolek jest przecież bardzo niewrażliwy i nie sposób o lubić.

Książka ma niewiele stron. Jej przesłaniem jest przedstawienie obrazu bardzo niegrzecznego chłopca, który ma być przestrogą dla innych dzieci. Autorka bardzo dobrze zobrazowała problemy występujące w relacjach pomiędzy rówieśnikami jak: brak empatii, nieumiejętność współpracy i egoizm. Pozycja przesiąknięta jest negatywnymi cechami dzieci. W wielu z nich odnalazłam samą siebie. Finał, jak to w tej serii, jest zawsze taki sam. Efekt decyzji Karolka ma zawsze komiczny rezultat, niezgodny z jego pobudkami. Zaletą książki są ciekawe ilustracje. I mimo, że morał udowadnia, że złe zachowanie w rezultacie przynosi tylko same nieprzyjemne konsekwencje, nie jest to jedna z moich ulubionych pozycji książkowych dla dzieci. Jest raczej przestrogą, studium Koszmarnego Karolka, bez względu jak faktycznie miały ów Karolek na imię.

A w kwietniu nowa seria tej Autorki „Mali wredni Wikingowie”. Tej serii nie mogę się doczekać.  

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy Wydawnictwa Znak Emotikon.

„Zaklęty Las” Enid Blyton

ZAKLĘTY LAS

  • Autorka: ENID BLYTON
  • Wydawnictwo: ZNAK EMOTIKON
  • Cykl: ZAKLĘTY LAS (tom 1)
  • Liczba stron: 224
  • Data premiery: 24.01.2022r.

24 stycznia br. odbyła się premiera z Wydawnictwa @Znak Emotikon książki Enid Blyton pt. „Zaklęty Las”. Ta niedługa książeczka dedykowana jest dla dzieci i młodzieży. W Polsce Autorka nie jest dobrze znana. Warto jednak wiedzieć, że jest jedną z 50 najpopularniejszych pisarek i pisarzy na świecie. Od Wydawcy dowiedziałam się również, że według UNESCO jest też najczęściej tłumaczoną autorką literatury dla dzieci. Dotychczas sprzedano ponad 500 milionów egzemplarzy jej książek, a w Wielkiej Brytanii co minutę kupowany jest przynajmniej jeden tom😊.

Z opisu Wydawcy wynika, że to „klasyka literatury, za którą Charlie mógłby oddać nawet fabrykę czekolady! Dzieci z Bullerbyn od razu zaczęłyby sprawdzać wszystkie drzewa w okolicy (i nie tylko). A Narnia przeniosłaby swoją siedzibę. Tak, do drzewa. Frannie, Beth i Joe, trójka rodzeństwa, mieszkają niedaleko najniezwyklejszego lasu na świecie – Zaklętego Lasu. Drzewa szumią tam magiczne zaklęcia, na muchomorach ucztują elfy, ale najbardziej niesamowite jest w nim… Niebosiężne Drzewo”. Frannie, Beth i Joe dotrzymują obietnicy. Pragną ponownie wspiąć się na Niebosiężne Drzewo, by dowiedzieć się jaką tym razem krainę odwiedzą z jej osobliwymi mieszkańcami.

Choć lata młodzieńcze mam za sobą, lubię przeczytać od czasu do czasu literaturę dedykowaną tej grupie odbiorców. Moja strategia się sprawdza, tym bardziej, że mam w domu dwie nastoletnie, czytelnicze dusze. Co rusz podrzucam więc moim Dzieciom ciekawą według mnie pozycję, a oni – o dziwo ! – czytają. Okazuje się więc, że w dzisiejszym świecie dzieci też czytają książki. Co jest po prostu wspaniałe.

Wracając do recenzowanego tomu jest to książka z bardzo pozytywnym przesłaniem. Stanowi o sile miłości pomiędzy rodzeństwem, przywiązaniu. Napisana jest idealnym dla młodzieży stylem i językiem. Ja się nie nudziłam, liczę więc, że dzieciaki też nie wynudzą. To zapowiedź bardzo dobrej, przygodowej kolejnej serii z magią w tle. Do tego akcja, która jest bardzo szybka. Autorka wrzuciła w fabułę parę ciekawostek, co umila czytanie. Oczywiście w książce tego gatunku nie może zabraknąć morału. Został opisany w przystępny sposób. Od razu nasuwały mi się spostrzeżenia w tym zakresie i to jak trafnie Autorka przedstawiła zagadnienia, które powinny trafić do naszego serca.

Jako niekwestionowana fanka serii o Harrym Potterze zapraszam do lektury starszych i młodszych czytelników. Znajdziecie w tej książce dużo zabawnych, celnych przemyśleń i ciekawych zdarzeń. Miłego czytania!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak emotikon.

„Makowa spódnica. Kamień w wodę” Zofia Mąkosa

MAKOWA SPÓDNICA. KAMIEŃ W WODĘ

  • Autorka: ZOFIA MĄKOSA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 26.01.2022r.

@Zofia Mąkosa to Autorka cyklu „Wendyjska Winnica” również Wydawnictwa @Książnica. Cała seria bardzo mi się podobała. Recenzję tomu „Wendyjska Winnica. Winne miasto” znajdziecie tu: klik. Trochę zatęskniłam za stylem Autorki będącej emerytowaną nauczycielką historii i wiedzy o społeczeństwie. Zatęskniłam.

Śledząc zapowiedzi książkowe Wydawnictwa @Książnica dowiedziałam się o nowej książce tej Pisarki, którą postanowiłam niezwłocznie przeczytać. To „Makowa spódnica. Kamień w wodę” mająca premierę 26 stycznia br. I by zachęcić Was do przeczytania tej recenzji napiszę na wstępie, że powieść osadzona w czasach historycznych jest bardzo udaną zapowiedzią kolejnej dobrej serii autorstwa Zofii Mąkosy.

(….) gorszy od wszystkich upiorów jest żywy człowiek.” „Makowa spódnica. Kamień w wodę” Zofia Mąkosa.

Akcja toczy się od 1647 do 1658 roku. W Karge, wsi na pograniczu z Brandenburgią i Śląskiem rządzi Baltazar von Lest będący kuzynek właściciela ziemskiego Unruga marzącego o wybudowaniu w tym miejscu nowoczesnego miasta Unruhstadt. To na obrzeżach tej wsi mieszka Wiga. Miejscowa garbata znachorka i zielarka doświadczona przez los. Wigę poznajemy w chwili, gdy szuka swojej jedynaczki Dorotki, która zaginęła parę dni temu. Nikt nie wie, gdzie jest. Nikt inny jej nie szuka, a miejscowi plotkują, że odeszła z własnej woli, by pojawić się z kolejnym dzieckiem. Tak jak kiedyś pojawiła się z Rozalką, która mając trzy latka pozostała nagle sama z babką. Dziewczynką, która „(…) stała się dla niej nieoczekiwanym ciężarem, a przeczucie, że ma jakiś związek ze zniknięciem swej matki, sprawia, że stała się niewrażliwa na jej łzy”.

Wspaniałe historyczne publikacje nie muszą liczyć 700 stron!!! I taki był mój pierwszy wniosek po przeczytaniu książki. W powieści takiej jak ta, mającej 416 stron jest wystarczająco miejsca, by przedstawić czytelnikom przenikliwy, ciekawy, fascynujący świat minionych wieków. I do tego zrobić to w sposób pociągający dla czytelnika😊. O zaletach „Makowej spódnicy. Kamień w wodę” mogłabym pisać sporo. Po pierwsze walory historyczne. Autorka z szacunkiem podeszła do podjętego tematu. Potraktowała pisanie na serio. Przedstawiła w sposób bardzo realny ówczesny czas. Czas kurnych chat i czas radości z komina. Czas bosych stóp i głodu. Czas zarazy oraz pańszczyźnianych chłopów. Czas udręk, zatarć oraz bojaźni przed tym, co nieznane, nawet jeśli nie jest niebezpieczne. Ta realność wyziera z każdej strony. To bardzo dobry miszmasz współczesnego języka oraz dawnych pojęć, nazw miejscowości, nazwisk. Same zachowania, myślenie bohaterów, troski i problemy zostały odwzorowane z nauczycielską starannością. Nie ma w tym fałszu, ani obłudy. Nie ma kłamstwa. Po drugie główne bohaterki. Mimo, że czasy w których przyszło im żyć nie są dla nich łaskawe radzą sobie jak umieją. Sama Wiga, wiejska myślicielka z trudnymi doświadczeniami – och ile bym dała, by się dowiedzieć o co chodzi z jej ojcem – pomaga wszystkim, nawet tym, którzy jej pomocy nie potrafią docenić. Sama idzie przez świat dźwigając na swym garbie małą wnuczkę, którą nagle musi się zaopiekować. Do tego Marta, kucharka dworska, nieczytelna, niepiśmienna mądra kobieta, która wiele przeszła. I wreszcie Dorotka, której jakby nie ma, bo zaginęła. Jednak książka jest przesiąknięta jej nieobecnością, jej młodością, jej uśmiechem, radością i nadzieją na lepsze życie, gdy nagle pojawił się szlachcic, który do niej przyszedł. Sama Rozalka jest przesiąknięta mądrością babciną. Najpierw młode dziecię radzące sobie w każdej sytuacji, potem młoda ułożona dziewczyna starająca się ze wszystkich sił nie zmarnować szansy i marząca o makowej spódnicy. Po trzecie relacje pomiędzy kobietami i mężczyznami. Mąkosa umiejętnie zobrazowała więzi panujące w tym małym, hermetycznym społeczeństwie. Kobiety bez prawa nie tylko do głosu, kobiety bez prawa do życia, do szczęścia, do tego, by nie być wykorzystywane, by nie być bite. Mężczyźni bez honoru, lękający się tego, co nowe, co nieznane, niepotrafiący poradzić sobie ze swoimi słabościami oraz katujący dzieci i żony. Sąsiedzi bliscy lub dalsi nie mieszający się, uznający, że prawda jest zawsze po stronie jego, czy to pisanego z małej, czy dużej litery. Do tego mieszczański pastor luterański, którego na szczęście😉 zabrała zaraza. Ile tacy ludzie potrafią w małej wsi namieszać, ile szkody uczynić i krzywd, to najlepiej wie Autorka. Po czwarte polityka. Tak, chociaż jej osobiście nie lubię w bieżącym wydaniu, jest ona tutaj czwartym atutem tej publikacji. Wojna, król i królowa, ród Wazów, czy chociażby królowa Ludwika Maria Gonzagi i cesarz niemiecki. Polityka nie jest tu głównym wątkiem, jest jakby tłem toczących się losów i następujących po sobie wydarzeń. Autorka sprytnie wplotła bieżące nastroje polityczne, sytuację polityczną kraju, relacje z sąsiadami w wypowiedzi, we wspomnienia, czy rozmowy pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Tym samym polityczny aspekt książki nie nuży, jest jej tylko bardzo dobrym uzupełnieniem. Po piątek Baltazar von Lest. Tak jemu poświęcam osobny punkt. Umiłowałam tego bohatera od chwili, gdy postanowił się zaopiekować sierotą znalezioną na środku drogi grzęznącego w błocie. Sierotą, która nie potrafiła się poruszać i iść dalej. Sierotą klękającą na piętach, z pochyloną głową. Sierotą, która się poddała. To dzięki niemu Jakub znalazł swoje miejsce. Dzięki niemu nauczył się pisać i czytać. Von Lest aktualnie zarządzający wsią miał iście nowatorskie podejście. W wielu miejscach utyskuje na bezmyślność mężczyzn sugerując, że kobiety powinny mieć prawo decydowania o ważnych sprawach. Na każdej płaszczyźnie okazuje szacunek innym, kobietom, chłopom, dzieciom, bez wyjątku. Do tego jego smutna historia, która złapała mnie za serce. Historia nie zakończona happy endem. Mam nadzieję, że spotkam się z nimi wszystkimi w kolejnym tomie. Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać. Tak jak przebieram już nogami czekając na rozstrzygnięcie, czy ten „(…) ponury człowiek, który nie wiadomo po co pojawił się jesienią w Karge…” ma coś wspólnego ze zniknięciem Wigowej Dorotki.

Nie mogę nie wspomnieć o stylu. W historycznych powieściach często napotykam pompatyczny, trudny, rozwlekły styl. Styl, który mnie męczy. Nawet jeśli fabuła jest ciekawa nie potrafię przebrnąć przez język. W przypadku tej Autorki styl jest bardzo lekkostrawny, użyte, nowe, trudne zwroty nie nużą, nie maltretują. Wręcz przeciwnie stanowią miłe urozmaicenie, wzbogacenie słownikowe. Nie wiem jak to się Zofii Mąkosie udało, że połączyła w tak przyjemny sposób trudne losy, wartość historyczną oraz ówczesną mowę.  To prawdziwy majstersztyk.

Uwielbiam świat stworzony z niezwykłą pieczołowitością, świat urealniony. Taki świat znalazłam w najnowszej powieści Zofii Mąkosy „Makowa spódnica. Kamień w wodę”. Dziękuję Wydawnictwu Książnica i samej Autorce za możliwość odbycia tej podróży. Podróży do wsi Karge i jej okolic, gdzie – parafrazując – największymi upiorami są żywi ludzie. Szczerze polecam Wam tą niezwykłą historyczną powieść. Miłej lektury!!!

Ps. a jednym zdaniem; długo nie czytałam tak dobrze napisanej historycznej powieści!!!!!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„A jeszcze wczoraj było jutro” Arkadiusz Borowik

A JESZCZE WCZORAJ BYŁO JUTRO

  • Autor: ARKADIUSZ BOROWIK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 540
  • Data premiery: 25.01.2022r.

Spodobał mi się tytuł książki @Arkadiusz Borowik – profil autorski, która premierę miała 25 stycznia br. „A jeszcze wczoraj było jutro” to obietnica rozważań na temat ulotności życia, naszych marzeń i pragnień. Sami przyznajcie. Przecież dopiero planowaliśmy, co zrobimy jutrzejszego dnia, zakładaliśmy się, byliśmy wręcz pewni, że nasze jutro będzie wyglądać inaczej. Składaliśmy obietnice, zaklinaliśmy nasze jestestwo. I to jutro nadeszło. Nie jak chmura gradowa, ale jak cichy przeciwnik. Jak nieuleczalny rak, który trawi nasze życie doprowadzając go do końca. W pewien dzień, w pewnej chwili. Dzięki współpracy z Wydawnictwem @Zysk i S-ka mogłam zapoznać się z czymś więcej niż tytułem😊. Mogłam zajrzeć do środka i zanurzyć się w historię Andrzeja Stroby.

(…) byłem ciekawy, jak to jest obcować z cierpieniem. Moim zdaniem trzeba się na to uodpornić. Każdy człowiek powinien się uodpornić na cudzy ból, żeby nie zwariować.”– „A jeszcze wczoraj było jutro” Arkadiusz Borowik.

Co czuje pięćdziesięciolatek który dowiaduje się, że za najdalej za kilka miesięcy umrze? Czy walczy? Czy się poddaje? Czy robi bilans życia i stara się naprawić wszystkie wyrządzone komuś innemu krzywdy? Czy stara się spędzić ten czas najlepiej jak tylko potrafi? Czy stara się być wreszcie dla siebie najważniejszy? Przed takim dylematem stoi Andrzej Stroba. Dotychczas lubiany i ceniony przez kolegów nauczyciel geografii, uwielbiający swoją córkę Karolinę oraz kochający swą żonę Anitę . Jak obiecuje Wydawca w swym opisie: „A jeszcze wczoraj było jutro” to opowieść o człowieku, który stojąc w obliczu nieuchronnego, zadaje sobie pytanie o wartość swojego życia. Sytuacje trudne przenikają się z momentami lekkimi, a humor przeplata się ze wzruszeniem”.

Nęcił mnie ten tytuł autorstwa Arkadiusza Borowika, oj nęcił. To dobrze. Gdyby nie on, pewnie ominęłaby mnie bardzo dobra proza wkomponowująca się w gatunek literatury pięknej. Borowik jest autorem kilku publikacji. Nie znałam do tej pory żadnego z jego dzieł – słowo użyte nieprzypadkowo😊. Muszę nadrobić jego bibliografię. Ciekawi mnie „Błazen w stroju klauna”. Czytał ktoś? Coś od Borowika?

Głównego bohatera Stroby nie da się nie lubić. Ciekawy, miły, potrafiący zachować się w każdej wymagającej sytuacji. Nie jakiś tam nudny pięćdziesięciolatek. Do tego niezwykle przenikliwy umysł umiejący poradzić sobie w każdej sytuacji, co też czasem go zaskakuje. Andrzej przechodzi metamorfozę, staje się kimś innym. Postanawia pobyć sam ze sobą i uporządkować swoje sprawy. To powoduje, że rozlicza się ze swoim synem Patrykiem i pierwszą żoną Justyną. To zbliża go na powrót do przyjaciela z dzieciństwa Suchego. To staje się przyczyną do wyprowadzki z domu i zamieszkania w hotelu robotniczym. I to pcha go w ramiona Izydora. Tak Izydor jest dla mnie ogromną zagadką, nawet po przeczytaniu książki. To postać, o której będzie mi bardzo trudno zapomnieć.

Borowik opublikował prozę najwyższej klasy. Jest po prostu w wielu dziedzinach wyśmienita. Wyjątkowa jest postać głównego bohatera, począwszy od jego fizycznych cech osobowości, jak i charakteru. Bardzo dobrze zostały wykreowane postaci drugoplanowe. Nawet Dżery Miszczyk nie jest przypadkowy, nawet kolega  – nauczyciel Ryś. Relacje zostały skomponowane tak dobrze, że nie poczułam w nich żadnego zgrzytu. Jakby każde słowo Autora było przemyślane, każdy dialog, każdy ruch i każda decyzja. Widać, że Borowik przystąpił do książki z należytą pieczołowitością, by stworzyć prozę od początku do samego końca na najwyższym poziomie. Nawet relacja z ojcem głównego bohatera jest nieprzypadkowa. Stanowi bardzo dobry przykład relacji ojcowsko – synowskiej z lekkim przekąsem. Ojciec mimo swej ułomności, niezwykły obserwator ludzkiego życia. Ojciec mówiący, że „(…) im bardziej będziesz szczęśliwy, tym później będziesz bardziej nieszczęśliwy.”. Ojciec niepotrafiący pogodzić się ze śmiercią swej żony.

Książka składa się z trzech części. Każda część zawiera w sobie rozdziały. Ostatnia część zatytułowana „Bilans” jest jakby podsumowaniem, pożegnaniem w mistrzowskim stylu. Mimo, że narracja jest trzecioosobowa jest bardzo osobista, indywidualna, jakby to Stroba był narratorem. Nowoczesny język zachował dużo klasycznego uroku. Zdania układają się w przepiękne wersy, a słowa w idealnie brzmiące i w głowie, i na głos zdania.

Arkadiusz Borowik tą publikacją udowodnił swój kunszt literacki i umiejętność pięknego pisania. Dzięki temu miałam przyjemność przeczytać niezwykłą prozę od pierwszej do ostatniej strony na najwyższym poziomie. I do tego samego Was zachęcam!!!

Moja ocena: 10/10

Za możliwość przeczytania książki, a tym samym podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„The World of Lore: Straszne miejsca” Aaron Mahnke

THE WORLD OF LORE: STRASZNE MIEJSCA

  • Autor: AARON MAHNKE
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 373
  • Data premiery: 18.01.2022r.

Miejsca, w których mieszkamy z czasem w przedziwny sposób upodabniają się do nas. Jakby ludzie przekazywali swoją prawdziwą naturę – namiętności, idee i skrywane w sercu tajemnice – przestrzeni, którą nazywają domem”. – The World of Lore: Straszne miejsca” Aaron Mahnke.

Czyż może być lepszy wstęp do recenzji niż cytat zanotowany z pierwszej strony książki? Nie wydaje mi się 😉. Wydawnictwo @Zysk i S-ka przygotowało nie lada gratkę na fanów domów strachów. To premiera z 18 stycznia br. Aarona Mahnke pt. „The World of Lore: Straszne miejsca”. Spodziewałam się listy miejsc grozy, domostw owianych złą tajemnicą, w których działy się nieziemskie zbrodnie. Spodziewałam się rysów psychologicznych sprawców i mrożących krew w żyłach motywów. A odnalazłam…. By się dowiedzieć, co odnalazłam zapraszam do lektury niniejszej recenzji.

(…) Ludzie to nie patyki niesione przez prąd rzeki życia; najczęściej przyczyną cierpienia jednego człowieka jest drugi człowiek.” -„The World of Lore: Straszne miejsca” Aaron Mahnke.

Gospodarz popularnego podcastu „Lore” zabiera czytelnika w podróż po Stanach Zjednoczonych. Podróż bynajmniej nie krajoznawczą. Raczej historyczno – makabryczną. W swych opowiadaniach przedstawia Nowy Jork, Savannah, Boston i inne miejsca z innej strony, tej bardziej cierpiącej, mrocznej, dziwnej i grobowej. Dzięki niemu odkrywamy Amerykę. Dosłownie. Z jej wszystkimi cieniami i bardzo trudną historią. Z jej kolonialnymi decyzjami, wojnami i szkodliwym niewolnictwie. To podróż jakiej jeszcze nie znaliśmy.

To faktycznie odcinki podcastu zamknięte w jednej książce. Na początku każdego rozdziału Autor wprowadza nas w tematykę kreśląc krótki wstęp. Możliwe, że odbiór byłby lepszy, ciekawszy w oryginalnym wydaniu. Możliwe, że widok, tembr głosu, scenografia, wykorzystane motywy dźwiękowe i historyczne zdjęcia w tle wykorzystane przez Aarona Mahnke zwiększyłyby efekt końcowy, zbudowałyby napięcie, którego podczas czytania zabrakło. Książkę odebrałam jako ciekawą podróż w nieznany amerykański świat. Świat, gdzie straszą duchy, psy nagrobne szczekają na cmentarzach, a małe pochowane dziewczynki śpiewają. Świat voodoo, którego swego czasu miało wielkie powodzenie na tamtych terenach. Świat niespełnionych kochanków uciekających przed nieakceptującym związek ojcem oraz rodzimym Amerykanów, którzy orszakiem pokazują się na pasie pędzącej autostrady z zapalonymi pochodniami. Nie po wszystkich opowieściach przedstawionych w książce pozostał historyczny ślad. Niektóre, jak Autor wielokrotnie tłumaczy są tylko folklorystycznym przekazem. Możliwe, że jedynym i nieprawdziwym.

Większą wartość niż blade kobiety, wiszące na drzewie ofiary skazania przez powieszenie, przechadzające się po starych hotelach, rezydencjach duchy, czy dziwne dźwięki ma aspekt historyczny książki. Dzięki zgrabnemu wprowadzeniu w bardzo przystępny sposób dowiedziałam się licznych ciekawostek o zawiłej historii kraju złożonej z potomków kolonistów różnych nacji i nieprawnie zagrabionych z Afryki niewolników. I dlatego głównie warto przeczytać tę książkę.

Moja ocena: 6/10

Za mój egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.