„Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą” Claire Ragozzino

AJURWEDA. ŻYCIE W ZGODZIE ZE SOBĄ

  • Autorka: CLAIRE RAGOZZINO
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery: 13.07.2022r.

Moja przyjaciółka ma cechę, przez którą przy zamawianiu restauracyjnych dań musi próbować czegoś nowego. Wyobrażacie sobie w XXI wieku zjeść czarną polewkę? Ja nie. Za to moja przyjaciółka jak najbardziej. Czytając menu zawsze sprawdza czego w życiu jeszcze nie próbowała😊. Doceniam jej odwagę, chociaż nie zawsze wychodzi jej to na dobre😉. Ja mam bardzo podobnie z książkami. Dobierając kolejne tytuły na moją półkę, która definiuje najbliższe plany czytelnicze przy nieznanym słowie zapala mi się zielona lampka, że ta pozycja na pewno będzie interesująca. Im trudniejsze słowo, tym pozornie bardziej ciekawa książka mi się wydaje. Co powiecie więc na tytuł „Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą”? Prawda, że zaciekawia?  Książkę ofiarowało mi Wydawnictwo @Znak, a premierę miała 13 lipca br. Z tematem życia w zgodzie ze sobą zmierzyła się Claire Ragozzino, certyfikowana instruktorką jogi i nauczycielka ajurwedy. Ragozzino prowadzi również stronę https://vidyaliving.com/ poświęconą życiu, posiłkom, medytacjom, czy korzystnym dla organizmu technikom oddychania. Strona wygląda bardzo elegancko i profesjonalnie. Czy książka jej autorstwa też zrobiła na mnie takie samo wrażenie?

Pod pojęciem ajurwedy kryje się „(…) tradycyjna medycyna indyjska, zapoczątkowana w XII w. p.n.e. (…) Światowa Organizacja Zdrowia w pełni uznaje ajurwedę (tak samo jak tradycyjną medycynę chińską) za naukę medyczną. Jest jednym z niewielu systemów medycyny tradycyjnej, wykorzystujących chirurgię. System ajurwedy jest przez medycynę konwencjonalną (zachodnią) uznawany za medycynę komplementarną lub pseudonaukę w związku z łączeniem zjawisk empirycznych z koncepcjami metafizycznymi.” (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Ajurweda z dnia 2.08.2022r.) Ja do tych tematów podchodzę zawsze sceptycznie. Już sam podtytuł publikacji Życie w zgodzie ze sobą zbił mnie z przysłowiowego pantałyku. Jak to zrobić? Próbuję całe moje ponad czterdziestoletnie życie i jakoś nie zbliżyłam się chyba do poziomu 20%. Czy da się tego nauczyć?

Wspólne przeżywanie ciszy jest w naturze głębokim doświadczeniem.” -„Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą” Claire Ragozzino.

Tak twierdzi Claire Ragozzino. W książce serwuje masę rad jak możemy ułożyć się w swoim życiu, by czuć harmonię, nie tylko z własnym ciałem, ale przede wszystkim z umysłem. Jak to w książkach tego typu w „Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą” czytelnik znajdzie receptę na praktyki jogi, która wyciszy go w dzisiejszym świecie. Zaznajomi się z licznymi przepisami na dania wegetariańskie. Jest ich ponad osiemdziesiąt😊. Ragozzino podzieliła się także wypracowanymi przez siebie trikami kuchennymi, dzięki którym zdrowe odżywianie staje się prostsze i bardziej intuicyjne.

Praktyka czyni mistrza jest moim pierwszym skojarzeniem po zapoznaniu się z propozycją. Gdybym poświęciła doskonaleniu siebie, swego otoczenia, swojego jadłospisu tyle czasu co Claire Ragozzino to możliwe, że osiągnęłabym pełną zgodę ze sobą i moim życie. Dla mnie pewne kwestie podjęte w książce, z jednej strony wydają się zbędne, jak na przykład cykl pór roku, z drugiej niezwykle skomplikowane i czasochłonne. Łatwo mówić trudno zrobić to moje drugie skojarzenie. Przepisy zaprezentowane w książce wymagają czasu i zaangażowania. Generalnie przeznaczone są dla młodych dorosłych, możliwe, że singli lub bezdzietnych par, których celem jest zdrowe odżywianie. Kiełki z fasoli mung? Szafranowa komosa☹? Polenta jaglana? Rustykalna galette z figami? Brzmi dziwne, obco, czasochłonnie i drogo. Triki kuchenne zapowiedziane w opisie nie zastosowałam do tej pory ani razu, mimo, że z książką zapoznałam się już jakiś czas temu. Możliwe, że jestem bardzo opornym czytelnikiem ☹ i nie jest podatnym gruntem na takie nowości. Koncepcji Buddda bowl nie skumałam do tej pory, mimo wielokrotnego czytania.

Wracając jednak do waloru wydawniczego przyznaję, że książka jest wartościowa dla pewnego grona odbiorców, do którego ja nie należę. Autorka nostalgicznie opowiada o swoim świecie. Przez co ma się wrażenie, że chciałoby się do niego koniecznie dołączyć i osiągać korzyści, którymi się dzieli. Poradnik uzupełniają przepiękne, trafione w punkt rysunki oraz urocze zdjęcia. Całkowicie przekonała mnie za to filozofia zwolnienia. Autorka przemyciła w książce trochę ciekawostek, na przykład ile, jakie nacje przeznaczają na odpoczynek, na posiłek. I z tego wiem, ja zdecydowanie za mało, zdecydowanie za mało.

Książka dla chętnych zrewolucjonizować swoje życie. Pragnących żyć wolniej i zdrowiej. Dla tych, co dla dobrego samopoczucia chcą i mogą poświęcić sporo czasu. Książka dla odważnych i szukających nowych koncepcji do wdrożenia. Skłaniająca do zastanowienia, do przemyśleń. Idealna na deszczowe wieczory.

Moja ocena: 7/10

Recenzja dzięki Wydawnictwu Znak.

„Mam już dość” Joanna Warpas, Danuta Awolusi

MAM JUŻ DOŚĆ. JAK POKONAŁAM DOMOWEGO HEJTERA.

  • Autor: JOANNA WARPAS, DANUTA AWOLUSI
  • Wydawnictwo: SQN
  • Liczba stron: 268
  • Data premiery: 13.07.2022r.

Po reportaże nie sięgam zbyt często, jednak ten autorstwa Joanny Warpas i Danuty Awolusi musiałam przeczytać ze względu na poruszaną tematykę. Początkowo myślałam, że „Mam już dość. Jak pokonałam domowego hejtera” od Wydawnictwa SQN to pozycja o przemocy w związku, po przeczytaniu muszę powiedzieć, że nie tylko…

Ogólnie rzecz ujmując książka porusza temat rozwodów. Na przykładzie sześciu bohaterek pokazuje co je doprowadziło do decyzji o rozwodzie, z czego ona wynikała, często owszem jest to przemoc, ale nie zawsze. Obserwujemy jak przebiegał rozwód, ile trwał, a dalej to jak bohaterki czuły się, gdy już ten rozwód uzyskały, a także jak wygląda ich życie obecnie, kilka lat po rozwodzie.

Książka ta to bynajmniej nie jest żadne usprawiedliwienie, czy gloryfikacja rozwodów, wręcz przeciwnie pokazuje, że często jest to decyzja ostateczna, do której podjęcia często dojrzewa się wiele lat, gdy wszystkie inne środki i podejmowane próby zawodzą. Dla większości kobiet, zwłaszcza, gdy mają dzieci rozwód to ostateczność, to porażka, rozbijanie rodziny. Czasem jednak nie ma innego wyjścia, czasem ta rodzina, mimo, że mieszka pod jednym dachem wcale rodziną nie jest. Bowiem życie w strachu, w otoczeniu wyzwisk, krzyków i kłótni, czy obok rodzica będącego pod wpływem nałogu bynajmniej nie jest dobre dla dzieci. Kobiety jednak w imię dobra dzieci są w stanie wiele znieść, nawet jeśli jest to tylko dobro fikcyjne, wyobrażone. W pewnym momencie przychodzi jednak taki moment, że nie można dużej się oszukiwać, że przelewa się to przysłowiowa kropla goryczy i wiemy, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko odejść, by uratować siebie, zapewnić spokój dzieciom i pokazać im, że należy i można o siebie zawalczyć, a na pewne rzeczy po prostu nie można się zgadzać. Czasem zdarza się też tak, że to ta druga strona podejmuje decyzję, znajduje sobie nową, lepszą, często młodszą partnerkę, a długoletnią żonę wystawia za próg. Wtedy kobieta nie ma innego wyjścia jak tylko się z tą nową rzeczywistością zmierzyć.

W przypadku bohaterek książki przyczyny rozwodu były różne. Alicja miała męża socjopatę, który osaczał ją zazdrością, manipulował i stosował wobec niej przemoc. Marta miała męża alkoholika, choć w zasadzie długo sobie tego nie uświadamiała, w końcu mąż wyjechał za granicę, gdzie znalazł sobie nową partnerkę. Julia związała się z manipulatorem, który stosował wobec niej przemoc i niemal nie doprowadził jej do szaleństwa. W małżeństwie Adeli pozornie nie działo się nic złego, po prostu w pewnym momencie poczuła, że miłość wygasła i nie mają już sobą nic wspólnego. Paradoksalne decyzja o rozwodzie w jej przypadku również była bardzo trudna, miała bowiem przeciwko sobie cała rodzinę, która uważała, że w imię fanaberii niszczy dzieciom życie. Z kolei Diana podporządkowała rodzinie większość życia, opiekowała się dzieckiem i prowadziła dom, by mąż mógł się rozwijać i robić karierę, gdy zaczął zarabiać duże pieniądze żyli wygodnie do czasu, aż mąż nie zdecydował się na nowy związek, a kobieta nie została sama, bez mieszkania, pieniędzy, doświadczenia zawodowego… Sylwia żyła z mężem, który był alkoholikiem i oszukiwał ją i mimo, że od rozwodu minęło sporo czasu nadal spłaca jego długi…

Ta książka uzmysłowiła mi, że jakakolwiek by nie była przyczyna rozwodu, najczęściej dochodzi do niego na skutek długofalowego procesu, a podjęta decyzja prawie nigdy nie jest łatwa i szybka. Nawet po jej podjęciu kobiety często muszą się mierzyć ze społecznymi naciskami i lekkomyślnymi opiniami. Pozycja ta pokazuje, że proces rozwodu to często prawdziwe piekło, zarówno pod względem psychicznym, finansowym, jak i ze względu na jego przebiega i to, co dzieje w sądzie. Często proces ten, podobnie jak samo małżeństwo zostawia w psychice kobiety dotkliwe ślady, burzy spokój i powoduje, że jego odzyskanie czasami trwa długie lata. Jest jednak kropelką nadziei, dla kobiet, które tkwią w nieszczęśliwych, przemocowych małżeństwach, że da się z niego wyjść, że są w stanie sobie poradzić. I jeśli chociaż jedna kobieta po przeczytaniu tej książki, czy tej recenzji uwierzy, że warto o siebie zawalczyć, że każdy ma prawo do szacunku i godnego życia to zdecydowanie warto takie tematy poruszać, wciąż i wciąż, od nowa. Bowiem mimo pewnego postępu społecznego oraz faktu, że rozwody obecnie są znacznie częstsze niż dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, wciąż istnieje wiele krzywdzących opinii i przekonań na ich temat. Myślę więc, że każdy, nawet ten, którego temat rozwodów nie dotyka osobiście powinien przeczytać tą książkę, by spojrzeć na sprawę z innego punktu widzenia. I na koniec jeszcze jedna taka uwaga, bo już słyszę te męskie zarzuty😉 To, że książka opowiada o doświadczeniach kobiet, nie oznacza, że tylko kobiety dotyka krzywda i przemoc w małżeństwie, czy, że tylko kobiety muszą podejmować trudne decyzje i borykać się z jej skutkami. Po prostu autorki jako kobiety, z pewnymi doświadczeniami chciały wesprzeć inne kobiety w tej niełatwej drodze. …

Naprawdę gorąco polecam tę książkę, myślę, że może czytelnikowi otworzyć oczy na wiele nowych aspektów, a osobom, które zmagają się z decyzją o rozwodzie ukaże go w sposób realny, jako proces, który na pewno nie jest łatwy, ani szybki, ale który w pewnych okolicznościach zdecydowanie warto i można podjąć, w końcu „siła jest kobietą”.:)

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN.

„Puk puk” Anders Roslund

PUK PUK

  • Autor: ANDERS ROSLUND
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: EWERT GRENS & SVEN SUNDKVIST (tom 9)
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Puk puk” autorstwa Andersa Roslund od @WydawnictwoAlbatros premierę miała 15 czerwca br. Jest to 9 tom serii o komisarzu policji kryminalnej Ewercie Grens i Svenie Sundkvistem. O tej skandynawskiej serii nie słyszałam nigdy wcześniej😊, a swego czasu w kryminałach szwedzkich, norweskich i duńskich zaczytywałam się nałogowo. Sam autor jest ciekawą postacią. W Wikipedii przeczytałam, że „Roslund wiele lat pracował w Telewizji Szwedzkiej (SVT) jako dziennikarz, a także jako szef programu Kulturnyheterna. W 2004 r. wspólnie z Börge Hellströmem wydał powieść kryminalną Bestia (szw. Odjuret), która w Szwecji stała się bestsellerem. Roslund wraz z Hellströmem otrzymali za nią nagrodę Szklany Klucz, przyznawaną za najlepszą powieść kryminalną z krajów skandynawskich. Od 2005 r. całkowicie poświęcił się pisarstwu”  (źródło: wikipedia z dnia 1.08.2022r).„Puk puk” to druga książka napisana samodzielnie przez Roslunda. Jednakże po napisaniu powieści „Trzy godziny” Roslund oddał hołd swemu wieloletniemu współpracownikowi i Börge Hellströma, zmarłego w dniu 17 lutego 2017 roku, wskazał jako współautora.

Kilka dni i kilka nocy. Właśnie tyle czasu dziewczynka przebywała w tym smrodzie.” – „Puk puk” Anders Roslund.

Solenizantka mająca pięć lat. Pozostawiona sama na kilka dni w domu z zabitymi strzałem z pistoletu rodzicami oraz rodzeństwem, Eliotem i Julią. Ofiara albańskich porachunków gangsterskich.  Komisarz policji kryminalnej Ewert Grens wraz ze współpracownikami myśleli, że już nigdy o niej nie usłyszą. Że nie dane im będzie sięgnąć do zakurzonych przez siedemnaście lat akt w archiwum policyjnym. Aż do kolejnego przestępstwa w tym samym mieszkaniu. Aż do włamania. Grens od razu znajduje motyw kradzieży. Pozostawione wyżłobione miejsce nie daje żadnych złudzeń. Złodziej znalazł to czego szukał. „Grens od razu przypomniał sobie tamtą sprawę.” Sześćdziesięciocztero i pół letni śledczy otworzył umorzoną dawno temu sprawę na nowo nie mając zbyt dużo czasu. Szczególnie, że akta świadka dawnych wydarzeń zniknęły ze strzeżonego policyjnego archiwum.

To wprost niezwykłe, jak funkcjonuje ludzka pamięć. Coś, co nie tak dawno zdawało się nie istnieć, staje się rzeczywistością, powraca z niesłychaną siłą, rozpycha się łokciami i żąda dla siebie całego miejsca.” – „Puk puk” Anders Roslund.

Po mocnym początku z dziewczynką śpiewającą przez kilka dni z rzędu głośno sobie sto lat w mieszkaniu pełnych trupów, spodziewałam się czegoś innego😉. Bardziej thrilleru z ograniczonym wątkiem kryminału policyjnego. Anders Roslund zaprezentował czytelnikom typowy skandynawski kryminał z wszystkimi prawidłami tego gatunku, gatunku literackiego „nordic noir”. W „Puk puk” czytelnik bez problemu odnajdzie mrok, depresję bohaterów (i Grensa w związku z rychłym przejściem na emeryturę, i świadka zdarzeń sprzed siedemnastu lat, który nie zaznał ukojenia w nowej rzeczywistości), detektywa bez życia rodzinnego i kontaktów z bliskimi stanowiące podstawowe cechy skandynawskiego nurtu powieści.

Akcja w niektórych momentach się wlecze. Fabuła zdaje się być bardziej przegadana, niż sensacyjna. Poboczne wątki umniejszają rolę śledztwa do którego powrócił Grens po siedemnastoletniej przerwie. Śledztwa, które kiedyś położył. Pieta Koslow Hoffman wydał mi się bardziej głównym bohaterem niż sam komisarz policji kryminalnej Ewert Grens. Rodzina Hoffmana, praca Hoffmana, wydarzenia z przeszłości Hoffmana, aparycja Hoffmana, cechy charakterystyczne Hoffmana itepe, itede. Sam Grens wydał mi się podstarzałym gliną nie mającym już praktycznie nic do zaoferowania. Nawet nie potrafiłam sobie go wyobrazić. Nawet nie wiem jak mógłby wyglądać. Jego potyczki ze współpracownikami, jego przeprosimy rozwleczone do nieskończoności trącały infantylnością. Eurekę będącą przełomem w śledztwie odebrałam wręcz jako naciąganą, jakby autor chciał jednak Grensowi przypiąć jakieś sukcesy. Przyznaję jednak, że Roslund wykonał kanał kryminalnej roboty. Zdarzenia poprzedzające, powiedzmy, zapowiedzianą zemstę rozpisał co do dnia, godziny i minut, wyraźnie zaznaczając czytelnikowi czasoprzestrzeń, typu „Godzina 10:42 (został 1 dzień, 11 godzin i 20 minut). Pracę związaną z przedstawieniem czytelnikowi siatek gangsterskich, powiązań pomiędzy gangsterami, ich informatorami, a także stróżami prawa autor wykonał na piątkę. Ogromne znaczenie autor przypiął rodzinie ofiary, która naznaczyła jej przyszłość, i tej bliższej, i tej dalszej. Chociaż niektóre wydarzenia na których się skupił, rozwłóczyły tylko fabułę nic za bardzo do niej nie wnosząc.

Książka zdecydowanie dla fanów kryminałów skandynawskich uwielbiających zbrodnię, tajemniczą przeszłość, porachunki mafijne i współpracą osób z półświatka ze stróżami prawa😉. By jeszcze Was bardziej zachęcić, wspomnę również o  krecie w policyjnych szeregach i sensacji rodem z „Mission Imposibble”. Lubicie te klimaty? Jeśli tak to „Puk puk” Andersa Roslunda jest lekturą dla Was. Sięgnijcie po nią.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Przypadkowe odkrycia medyczne” Robert W. Winters

PRZYPADKOWE ODKRYCIA MEDYCZNE

  • Autor: ROBERT W. WINTERS
  • Seria: FILIA NA FAKTACH 
  • Wydawnictwo: FILIA
  • Liczba stron: 408
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Ok, przyznam się od razu Wydawcy @Wydawnictwo FILIA, że po książkę Roberta W. Wintersa w przekładzie Zuzanny Lamża sięgnęłam z powodu … viagry😉. Nigdy jej nie użyłam, ale swego czasu zrobiła tyle zamieszania w medycynie i wśród męskich pacjentów, że musiałam dowiedzieć się, co konkretnie znaczy informacja w opisie Wydawcy, że „(…) viagrę zawdzięczamy grupie chemików pracujących nad nowym lekiem mającym przynieść ulgę cierpiącym z powodu dusznicy bolesnej”. Wiedzę w szczególe zdobyłam w książce „Przypadkowe odkrycia medyczne” , która debiutowała na polskim rynku 15 czerwca 2022 roku. Nie całkiem jednak wiedziałam jak Was zachęcić do tej lektury, bo jest to publikacja nieszablonowa. No nic, spróbuję😊.

Nie tylko o leku na impotencję przeczytamy w „Przypadkowych odkryciach medycznych”. Nie tylko tenże temat  Robert W. Winters wziął na warsztat. Mieszkający aktualnie w Danii ceniony na świecie naukowiec i emerytowany lekarz przypadkami powodującymi nowe odkrycia  medyczne zajmował się aż dziesięć lat. Wynikiem jego wnikliwej pracy jest bardzo ciekawa publikacja, która w sposób przystępny, choć chwilami bardzo naukowy, przybliża czytelnikowi niespodziewane medyczne wynalazki bez których świat nie byłby taki sam. Potraficie sobie wyobrazić, gdyby nie wynaleziono penicyliny, pierwszego na świecie antybiotyku, który ma działanie bakteriobójcze?  Przecież przed jej odkryciem choroby zakaźne były przyczyną śmierci i ciężkich powikłań setek milionów ludzi na całym świecie w wyniku anginy, zapaleniu migdałków, czy płuc, a także błonicy, rzeżączki i kiły. Wprowadzenie penicyliny zrewolucjonizowało leczenie.  A stało się to wszystko dzięki….

Podoba mi się pomysł na serię Wydawnictwa Filia na faktach, która w przystępny sposób dostarcza czytelnikom wiedzy na tematy naukowe. Ewidentnie widać, że Filia szerzy naukę poprzez popularnonaukowe publikacje dotykające takich tematów jak funkcjonowanie mózgu (np. „Mózg w żałobie”, „Neurochirurg”, „Umysł w ogniu”, „Zrozumieć pamięć. Jak pamiętamy i dlaczego zapominamy”), czy choroby psychiczne (np. „Psychopaci”, obłędna wręcz pozycja „Zrozumieć szaleństwo. Najgłośniejszy eksperyment w historii psychiatrii i mroczna prawda, która się za nim kryła”) a także wiele innych. Czytaliście którąkolwiek z książek serii? Jeśli nie, to szczerze zachęcam.

Wracając jednak do książki Wintersa doceniam wiele jej aspektów. Między innymi język, w którym autor starał się do maksimum uniknąć naukowych, biologiczno-chemicznych i medycznych sformułowań, które utrudniłyby odbiór przeciętnemu czytelnikowi. Odkrycia medyczne zostały przedstawione w formie ciekawostek, co przyczynia się do większej uważności w trakcie przyswajania sobie naukowych treści. Dobór wynalazków medycznych również zasługuje na uwzględnienie. Winters skupił się na tych naprawdę ważnych, choćby jak wspomniana penicylina oraz tych, które zostały odkryte w wyniku naprawdę ciekawych, niespodziewanych zdarzeń, trochę na zasadzie co ma piernik do wiatraka. Kompletnie nie rozumiałam komentarzy na końcu każdego rozdziału, które czytałam jak streszczenie. Nie ukrywam, po dwóch takich zaczęłam tą część omijać. Dobór bibliografii również mnie chwilami zadziwił. Nie mam zwyczaju analizować źródła podawane przez autora, tym razem zrobiłam wyjątek. Może dlatego, że po każdej części bibliografia zajmuje kilka stron. Zerknęłam tylko na nią i o dziwo, znalazłam tam odwołania do Wikipedii. Faktem tym jestem zaskoczona do dzisiaj, tym bardziej, że Wiki jest internetową encyklopedią działającą zgodnie z zasadą otwartej treści, która dzięki koncepcji WikiWikiWeb, umożliwia edycję każdemu użytkownikowi odwiedzającemu stronę i aktualizację jej treści. Zakładam jednak, że autorytet medyczny i naukowy zweryfikował każdą treść z Wikipedii zanim oparł na niej finalną treść, która znalazła się w książce😉. I od razu zastrzegam, bynajmniej to odkrycie nie zmniejszyło mojego zainteresowania tematem.

Książkę uważam za ciekawą pod względem treści, dobrze wydaną i interesująco zaprezentowaną. A dodatki, jak na przykład zdjęcia,  dodają jej tylko autentyczności. Miłej lektury!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU FILIA.

„Anne z Zielonych Szczytów” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z ZIELONYCH SZCZYTÓW

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 1)
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery w tym wydaniu: 26.01.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1912r.
  • Data premiery światowej: 1908r.

@wydawnictwomarginesy podejmuje się iście heroickiego zadania😊. Znane na skalę światową dzieła literatury powszechnej tłumaczy na nowo z oryginału i przedstawia w zmienionej, uaktualnionej wersji współczesnemu pokoleniu. Nowe tłumaczenie Zaś słońce wschodzi Ernesta Hemingwaya przypadło mi do gustu. W recenzji na moim blogu napisałam nawet „(…) samo wnętrze zachwyca nowym tłumaczeniem Macieja Potulnego, który wykonał kawał dobrej roboty tłumacząc w sposób bezpośredni, prosty, naturalny zachowując jednocześnie dynamiczność i męskość prozy autora. Tak!!! Zdecydowanie ta wersja bardziej przypadła mi do gustu.”, a ja nie jestem skora do zmian😉. Z takim samym nastawieniem przystąpiłam do zapoznawania się z nową wersją Ani, już nie z Zielonego Wzgórza, lecz z Zielonych Szczytów. Pierwszy tom serii mający premierę w styczniu br. w zmienionej formie i po ponownym tłumaczeniu, trafił do mnie wraz z książką „Anne z Avonlea” jako uzupełnienie egzemplarza recenzenckiego. Nie ukrywam, że zacieram też ręce na trzecią cześć tomu pt. „Anne z Redmondu”, która premierę będzie miała w sierpniu. Czy Ania z Zielonych Szczytów, z Avonlea i z Redmondu (słyszał ktoś o tej miejscowości?😊) jest wciąż tą samą Anią?

Jedenastoletnia Ania Shirley, rudowłosa dziewczynka chcąca nazywać się Kordelią, przypadkowo trafia z sierocińca do rodzeństwa Maryli (ooops Marilli) i Mateusza Cuthbertów zamieszkałych na Wyspie Księcia Edwarda. Mimo początkowej niechęci do dziewczynki, która miała być adoptowanym chłopcem, Ania pozostaje u  Cuthbertów i staje się nieodłączną towarzyszką bezdzietnego rodzeństwa w starszym wieku. Brak wystarczającej siły, by pracować jako młody chłopak Ania nadrabia zaangażowaniem w prace domowe i naukę niosąc rodzeństwu wytchnienie oraz radość, którego do chwili obecnej brakowało w domostwie.

Jestem niekwestionowaną fanką Ani od najmłodszych lat. Dla mnie była bohaterką literacką pierwszego wyboru. Książkę czytałam wielokrotnie, nawet jako młoda dorosła. Rudzielec entuzjastycznie nastawiony do świata, mimo swego sieroctwa i kolejnych odrzuceń nie mógł nie sprawdzić się ponad sto lat temu, gdy świat ogarniała co rusz wojenna zawierucha, a temat sieroctwa dzieci był zrzucany na margines. Wtedy to Lucy Maud Montgomery wymyśliła bohaterkę, która miała dać czytelnikom, szczególnie młodym nadzieję, że możliwa jest zmiana swego losu, nawet jeśli dzieje się to niespodzianie i trzeba na nią czekać trochę czasu.

Dużo czytałam i słuchałam o nowym tłumaczeniu Anny Bańkowskiej. Sama zastanawiałam się, czy zmiana tytułu klasyki literatury pięknej dedykowanej młodzieży, wyjdzie publikacji na dobre. Czy to nie przesada, nie zbytnie naruszenie pewnego sacrum. Przecież Ania od zawsze, czyli od 1912 roku była dla polskiego czytelnika z Zielonego Wzgórza😊. Do książki podeszłam trochę jak do wariacji platformy Netflix „Ania nie Anna”. Serial pokazał „Anię z Zielonego Wzgórza”  wzbogaconą o wątki homoseksualizmu, integracji społecznej z czarnymi obywatelami, czy wykorzystania nieletnich wersji. „Anię z Zielonego Wzgórza” , której do oryginału było jednak bardzo, ale to bardzo daleko. Okazał się jednak ciekawym doświadczeniem, który bynajmniej nie zmniejszył mojej sympatii do tej rudej, zadziornej dziewczynki, której ktoś nagle odmienił, całkiem przypadkowo, cały świat. Przyznaję więc od razu, że jako królik doświadczalny „Anne z Zielonych Szczytów” w tłumaczeniu z oryginału przez Annę Bańkowską sprawdziła się znakomicie.

Język jest prostszy bardziej zrozumiały, niż wydanie, które posiadam od wieków na mojej półce😊. Ania, czy Anna, czy Anne to ciągle ta sama dziewczynka. Pełna marzeń, ambitna, niezwykle szczera i dająca wytchnienie swym opiekunom mimo licznych, niespodziewanych przygód. Tłumaczenie nie jest złe. Nie mogę tak go ocenić. Jest inne. Jest bliższe oryginałowi. Tłumaczka wyzbyła się górnolotnego stylu na rzecz dostosowania treści dla odbiorców z rocznika po 2000 roku. Wiernie odzwierciedliła wzruszające i śmieszne momenty. Mimo, że mój rocznik to lata długo, długo przed rokiem milenijnym książka i mnie wzruszyła, i rozbawiła. Wzbogacona została też o piękne ilustracje, które urozmaicają czytanie i zaciekawiają dodatkowo czytelnika, szczególnie młodego.

Wyobrażacie sobie, że ta książka ma już 114 lat!!! To wręcz niesamowite, że mogłam ją przeczytać w nowym przekładzie. Za to serdecznie dziękuję i Wydawnictwu, i Tłumaczce. Dla mnie to nadal number one wśród książek dla dziewczynek. Odnajduję w niej ciepło, miłość i wartości, o których dawno zapomnieliśmy we współczesnym świecie. Wyjątkowa powieść, która nigdy nie powinna odejść w zapomnienie. SZCZERZE POLECAM TO WYDANIE !!!

Moja ocena: 9/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Katharsis” Maciej Siembieda

KATHARSIS

  • Autor: MACIEJ SIEMBIEDA
  • Wydawnictwo: AGORA
  • Liczba stron:576
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Książki Macieja Siembiedy niezwykle sobie cenię. Niestety nie wszystkie jeszcze udało mi się przeczytać, ale każda kolejna napisana przez autora powieść zdaje się być jeszcze lepsza. Autor ma wieloletnie doświadczenie dziennikarskie, zajmował się dziennikarskimi śledztwami historycznymi, pisał reportaże. Wielokrotnie nagradzany, jest dla mnie uosobieniem solidnego dziennikarskiego warsztatu, ogromnej wiedzy i mądrości. Gdy przystępowałam do lektury „Katharsis”, najnowszej powieści autora, wydanej 18 maja nakładem Wydawnictwa Agora byłam pewna, że niczym mnie już nie zaskoczy, tymczasem zobaczcie sami…

Powieść ta to tocząca się w latach 1927-1990 wielka saga z historią w tle. Podzielona jest na cztery główne części, z których każda opowiada losy innego bohatera. Kostas Tosidos, bohater greckiej partyzantki, uzdolniony saper w 1949 roku wraz z rodziną trafia do tajnego polskiego szpitala dla uchodźców umiejscowionego na wyspie Wolin. Wydaje się, że przed nim wspaniała przyszłość, gdy nieoczekiwanie dopada go przeszłość i kładzie się cieniem na historii całej rodziny… „Sacharyna” przemytnik  Gdyni z lat trzydziestych staje się królem czarnego rynku, jednak wojna, a potem zdrada i więzienie zmieniają mocno bieg jego życia… Janis, syn Kostasa jest na najlepszej drodze do zostania zawodowym bokserem, niestety względy zdrowotne mu to umożliwiają, wstępuje do milicji, a jedno ze śledztw dotyka historii jego ojca, którą mężczyzna bardzo mocno pragnie rozwikłać… „Zulus” to podopieczny „Sacharyny” próbuje odnaleźć własne miejsce na przestępczej mapie powojennej Warszawy, jednak również w jego przypadku przeszłość rodziny radykalnie wpłynie na jego życie…

Cztery z pozoru odrębne historie przenikają się w pewnych miejscach, by ostatecznie osiągnąć punkt wspólny w kopalni rudy uranu w sudeckim Kletnie, gdzie w latach 1949-1952 Sowieci wydobywali surowiec do budowy własnej bomby atomowej…

„Katharsis” to prawdziwie monumentalna polsko-grecka historia, z wojnami, domowymi i światową w tle, ukazująca komunizm i przemiany gospodarcze. Akcja toczy się przez wiele lat, na rozległych terenach, od Salonik po Gdynię, z Wyspy Wolin po Belgrad i od Wrocławia do Kairu. Pokazuje kulturę i obyczaje Grecji, Egiptu, Niemiec, Polski i Rosji. Ogólnonarodowa historia jest tłem dla ukazania historii poszczególnych rodzin. To opowieść o wpływie historii na życie jednostki, o tym jak często zbieg okoliczności i przypadek może mocno zmienić ludzkie życie, a z drugiej strony jak bardzo na końcu nic nie okazuje się przypadkowe… To opowieść o wojnie, o nienawiści, walce o władzę, ale również o miłości i więzach rodzinnych. Nie czuje się zdolna do tego, by w pełni oddać fenomen tej powieści, muszę jednak powiedzieć, że wzbudziła ona mój ogromny zachwyt. Ze strony na stronę chłonęłam z zapartym tchem tą cudownie utkaną historię, z rosnącym zachwytem myśląc o warsztacie autora. Jego twórczości bowiem nie można nazwać zwykłym pisaniem, każde zdanie, ba każde słowo, zdaje się być głęboko przemyślane, nieprzypadkowe, utkane z barwnych nici, by na końcu stworzyć zachwycającą całość. Na każdym kroku widać ogromną wiedzę, mądrość i doświadczenie autora. A samo zakończenie było dla mnie tak niespodziewane, zapierające dech w piersiach, ale jednocześnie tak właściwe i genialne, że aż słów mi zabrakło z wrażenia😉.

O ile już od jakiegoś czasu wymieniałam Macieja Siembiedę wśród najlepszych moim zdaniem współczesnych polskich pisarzy, o tyle tą powieścią wysunął się na same podium. Musicie przeczytać tą książkę, jest po prostu genialna! Tym bardziej czuję się zawstydzona próbując ubrać w słowa jej fenomen, obawiam się jednak, że brak mi ku temu środków i umiejętności. Mogę Was tylko zapewnić, że lektura te powieści będzie niezapomnianą podróżą i wspaniałą przygodą, która pozostanie z Wami na długo. Czytajcie!:)

Moja ocena: 10/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu AGORA.

„Labirynt” Piotr Borlik

LABIRYNT

  • Autor: PIOTR BORLIK
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron: 360
  • Data premiery: 14.07.2022r.

@Piotr Borlik napisał bardzo dobrą swoją dziesiątą książkę😊. „Labirynt” bo o niej mowa wydana została przez Wydawnictwo @Proszynski i debiutowała na polskim rynku w dniu 14 lipca br. I choć jest to moja pierwsza lektura autorstwa Borlika bardzo się cieszę, że do niej sięgnęłam tak szybko. Rozwiązywanie obłędnych labiryntów tylko wzmocniło mój  apetyt na prozę Borlika, że nie omieszkam przeczytać jego poprzednie książki.

(…)labirynt jest ścieżką życia (…) Podróżą, w której każdy kolejny zakręt może przynieść zmianę. Podobno według niektórych wierzeń labirynty mają moc uzdrawiania duszy.” -„Labirynt” Piotr Borlik.

Tomasz Jasiński mąż Ani i szczęśliwy ojciec Poli spędza kolejne wakacje w roku 2013 nad polskim morzem. Wiedziony chęcią doświadczania przygody odwiedza z kobietami swego życia labirynt, w którym wybucha pożar. Jasiński nie dał rady uratować nikogo innego za wyjątkiem Poli. Ale czy naprawdę Pola zalicza się do uratowanych?

Wyrzuty sumienia związane z narażeniem życia Poli piętnują małżeństwo. Pięć lat po trudnych wydarzeniach Ania Jasińska pracuje jako opiekunka do dzieci starająca się uchronić podopiecznych od niebezpieczeństw czyhających na każdym kroku.  A Jasiński wiedzie kawalerskie życie do czasu, gdy znajduje za wycieraczką samochodu skreślony własnoręcznie labirynt i instrukcje dla Jasińskiego. Ich nie wypełnienie przyczynia się do powstania pożaru w jego mieszkaniu. Po czterech latach Jasiński nadal otrzymuje zawoalowane wiadomości w formie rysunków kolejnych labiryntów, coraz to bardziej skomplikowanych, coraz to bardziej perfekcyjnych. Stara się gonitwę za wypełnieniem poleceń chorego umysłu pogodzić z pracą. Pomaga mu współpracowniczka Ala i młody Karol. Czy długo uda mu się udawać, że nic się nie dzieje?

Mam nadzieję, że niezbyt Was pospojlerowałam we wprowadzeniu do fabuły. Nie ukrywam, że ta opublikowana była trzecią z kolei wersją😉. W dwóch poprzednich za bardzo wczułam się w rolę wprowadzającej, że praktycznie streszczałam książkę😊.

Przybijając do brzegu, jak to się mówi, niniejszym tłumaczę moje zadowolenie z lektury, które ujawniłam w pierwszym zdaniu mojej opinii. Perspektywa czasowa: wydarzenia Autor osadził w latach 2013, 2018 i 2022. Czasoprzestrzeń oznaczył wyraźnie w podtytule każdego z rozdziałów wskazując dodatkowo na porę roku. To pozwoliło mi, jako czytelnikowi, umiejscowić w jakim miejscu znajdują się główni bohaterowie oraz  co jest najważniejsze w tym momencie w ich życiu. Retrospekcje nie męczą, jak to często się u mnie zdarza. Wręcz przeciwnie wzmacniają narrację i dopełniają całość. Postać Ani: byłej żony Tomka, która wbrew moim odczuciom na początku okazała się ciekawą postacią. Jej skłonność do czynienia dobra, realność osądów, dojrzałość w relacji z byłym mężem zachwyciła mnie. Ania nie jest ofiarą. Borlik uniknął tego spojrzenia na matkę dziewczynki, która doświadczyła w dzieciństwie tak traumatycznego przeżycia. Przedstawił ją bardziej jako zadośćuczyniającą innym rodzicom, innym matkom, innym dzieciom. Mimo marnych efektów i negatywnych skutków. Jej relacja z Kamilą okazała się ciekawym wątkiem pobocznym, mimo, że sama Kamila nie wzbudziła mej sympatii. Pomysł: połączenie przeszłości, zaprzeszłości i teraźniejszości. Borlik łączy trzy światy, przed, po i bieżący, w których rodzina Jasińskich jest już w innym miejscu i boryka się z innymi problemami. Koncepcja labiryntów, mimo, że do niej podeszłam z lekkim przymrużeniem oka, sprawdziła się w fabule w stu procentach. Nic tu nie jest naciągane. Historia wydaje się być prawdziwa i możliwa. Chory umysł: sprawca, co oczywiste. Obok niego uratowana przez Jasińskiego brunetka, trochę Kamila, nie wspominając o ofiarach traumatycznych przeżyć, które odciskają piętno na całe życie. Borlik umiejętnie rozpisał postaci z różnymi traumami. Nieumiejętne, społecznie niepełnosprawne, emocjonalnie zranione. Każda z nich nosi inne znamię, inną bliznę po całkowicie odrębnej ranie. Każda z nich wykreowana została przez innego sprawcę, inne zdarzenie,  lub inne niebezpieczeństwo. A mimo to, wszystkie wydały mi się realne, wkomponowane w całą fabułę i w klimat książki. Sensacja: z dozą thrillera. Raczej nie kryminał. W „Labiryncie” nie liczy się pościg za sprawcą, nie liczy się złapanie go, zanim stanie się krzywda. W książce Borlika chodzi o życie mimo wszystko, mimo tych dziwacznych wydarzeń, z którymi styka się Jasiński i czego nagle w pokoju córki doświadczyła jego była żona Ania. Jasiński mimo, że stosuje mechanizm unikania, zaprzeczania w końcu przegrywa. W końcu musi się przyznać wszystkim wokół, że temat labiryntów istnieje. Pytanie tylko, czy nie za późno…

Dobrze czytało mi się najnowszą powieść Borlika. Nie nudziłam się. Weszłam w historię od początku do końca. Z uwagą śledziłam losy Tomka, Ali, Ani, kompletnie nie spodziewając się tak ważnej roli Poli😊. I o to chodzi w dobrych książkach, by opowieść wciągała od początku. A jeśli pióro, język i tempo nie nuży i nie mierzi, to już jest gwarancja dobrze spędzonego czasu. Ja od „Labiryntu” nie umiałam się oderwać do ostatniej strony. Dlatego polecam Wam tę pozycję i życzę, miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

„Gra na dwa fronty” Lily Lindon

GRA NA DWA FRONTY

  • Autorka: LILY LINDON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Książka „Gra na dwa fronty” Lily Lindon od @WydawnictwoAlbatros premierę miała 15 czerwca br. Jest to debiutancka powieść autorki, która powstała – jak sama Lily Lindon przyznała – w dobie lockdownu. Dotychczasowe literackie doświadczenie debiutantki opiera się na redakcji książek i pisaniu dawno temu skeczy dla studenckiej grupy komików. Ten motyw też został wykorzystany w książce😉. Jak również fakt z życia autorki związany z prowadzeniem własnego podcastu Wit Lit z wywiadami o zabawnych książkach. Dobrze się czyta o czymś, co jest znane bliżej autorowi. Z takim nastawieniem zaczęłam pochłaniać kolejne strony powieści, w której ogromną rolę odgrywają dwa różne oblicza tej samej osoby.

W mojej głowie pojawiają się wydarzenia zapisane w naszym kalendarzu. Wciąż takie same, powtarzające się, rygorystycznie zaplanowane. Te same kolory w identycznych wzorach, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku.” ” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Georgina Green to 26 – latka żyjąca w siedmioletnim związku ze swoim chłopakiem Dougiem. Oboje są umuzykalnieni. Doug gra nadal w kapeli Epoka Brązu, a Gina zajęła się nauką gry na pianinie w londyńskiej szkole. Życie w głębokiej symbiozie, ze wspólnym rodzinnym kalendarzem elektronicznym rozsypuje się jak domek z kart, gdy Gina towarzyszy swojej przyjaciółce Sophie influencerke, homoseksualistce na koncert lesbijskiej grupy Faza w klubie The Familiar. Nagle okazuje się, że obecność innych młodych kobiet nabiera dla Giny nowego znaczenia. Powoli jak poczwarka z kokonu przeistacza się w George, dla której miłość fizyczna może być spełniona i w towarzystwie mężczyzn, jak i kobiet. Jej rozwój i dojrzewanie napawa ją z jednej strony strachem, z drugiej nadzieją, że wreszcie coś w jej życiu zacznie się dziać. Wreszcie będzie żyła z wypiekami na twarzy każdego dnia, a nie tylko uprawiać seks w niedzielę, zgodnie z tygodniowym harmonogramem.

Jakoś nie do końca przekonała mnie ta książka. Zdecydowanie lepiej czytało mi się pierwszą część, gdy Gina vel George vel Georgina odkrywała siebie na nowo w całkiem dorosłym życiu. Gdy poszukiwała własnego ja i próbowała uporać się z seksualnym podnieceniem do tej samej płci. Odkrywanie środowiska LGBTQ+  zobrazowanego przez autorkę również było jednym z ciekawszych momentów w książce. Bardzo podobała mi się w tym momencie postać Douga, wieloletniego partnera Giny oraz jej relacja z Soph zagorzałą walczącą lesbijką i wieloletnią przyjaciółką w jednym. Chwila w którym do ich relacji zawitała zazdrość, była jedną z najsmutniejszych w książce, zniszczyła wszystko, zniweczyła to, co zostało zbudowane. W drugiej części autorka postawiła na szczęśliwe zakończenie, na infantylność. Happy end w wykonaniu Kit i Isobel mnie nie przekonał. Sytuacja w pracy dla mnie totalnie naciągana. Relacja z Dougiem po tylu wspólnych latach również. Jedyna realna wydała mi się mama głównej bohaterki, która zachowała się tak poprawie, jak tylko na angielską damę pijącą herbatę w trudnych chwilach przystało.

Tak, o takiej walczącej Ginie miło mi się czytało. Nawet jeśli jej zachowanie nie było całkowicie spójne. Zachowywała się jak zwierzyła złapana w klatce, motająca się od jednego rogu do drugiego, próbująca się wydostać.

Otwartość polega na tym, że mamy wieść szczęśliwe życie, a nie na tym, żebyś upokarzał mnie, rżnąc się raz za razem z jakąś przypadkową kobietą, a potem mi się tym chwalił” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Doceniam autorkę za umiejętność zobrazowania problemów, z którymi borykają się ludzie ze środowiska LGBTQ+. Mimo, że moim zdaniem środowisko to zostało – zapewne na potrzeby książki – przerysowane. Podobał mi się również świat muzyczki przedstawiony z perspektywy Giny. I na scenie, i w roli nauczyciela przygotowanie autorki było pierwszorzędne.

Kiedy swingujesz, podziały taktowe nie są równe, ale bardziej elastyczne. Pierwsza połowa jest nieco dłuższa od drugiej.” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Dobrze czytało mi się również o współczesnych młodych dorosłych, tak różnych od tych, którymi ja byłam i którymi było moje pokolenie. Oni inaczej patrzą na życie. Dla nich bycie dwudziestoparolatkiem to jak dla nas bycie szesnastolatkiem. Zero zobowiązań, zero głębszych relacji, zero dzieci. Ten wątek został potraktowany bardzo wnikliwie i to w obrazach wielu postaci. Autorka nie zamknęła się tylko na Ginę i na Douga, lecz stworzyła cały wachlarz różnorodnych młodych dorosłych, którzy patrzą na świat zgoła inaczej niż my w ich wieku.

Obecnie ślub w naszym wieku to dziwactwo. Chyba że jesteś religijny i tak napalony, że nie potrafisz logicznie myśleć. Skąd możesz wiedzieć, czy chcesz być z tą osobą na zawsze, skoro nie bzykałeś się praktycznie z nikim innym?” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Książka ratuje się fabułą, główną tematyką oraz stylem i tempem pisania. Czytało się powieść bardzo lekko i przyjemnie. Wynaturzony obraz środowiska LGBTQ+ nie drażnił mnie, nie denerwował. Autorka zachowała wysublimowaną dysproporcję pomiędzy wątkami, na których skupiała się w poszczególnych częściach. Idealna lektura na wakacje.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka” Beata Sabała-Zielińska

TOPR. TATRZAŃSKA PRZYGODA ZOSI I FRANKA

  • Autorka: BEATA SABAŁA-ZIELIŃSKA
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron: 280
  • Data premiery: 14.06.2022r.

Nie mogłam się doczekać, kiedy ta książka do mnie trafi i kiedy będę mogła ją przeczytać. Szczególnie po moich wojażach w Bieszczadach i w Górach Stołowych w trakcie tegorocznych wakacji z mymi Dzieciakami. Mowa o „TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka” autorstwa @Beata Sabała-Zielińska od Wydawnictwo @Proszynski. Książka premierę miała 14 czerwca i jest przeznaczona dla młodszego odbiorcy.

Co robią warszawskie mieszczuchy z Mają i Kubą, pfuuu, z Zosią i Frankiem w Zakopanem? Zwykle zwiedzają Krupówki😊. Nie, nie tym razem. Tym razem w trakcie zimowym ferii Warszawiacy poznają Tatry od innej strony. Nie tylko od strony głównego traktu ulicznego z licznymi straganami i pysznymi daniami serwowanymi w pseudo góralskich karczmach. Poznają od strony pracy ratowników TOPR-u, u których wynajmują miejscówkę. Od strony trzech pokoleń tych, którzy dbają o życie i zdrowie turystów oraz pseudoturystów, bez względu na straty, które sami ponoszą. Od strony Stanisława Gąsienicy (jakżeby inaczej😊), jego syna Jędrzeja i wnuka Jaśka, który jest nadzieją młodego pokolenia TOPR-owców. Pokolenia, który musi nadejść, by taki Kuba, Majka, Zośka i Franek, a także wszyscy inni mogli czuć się bezpieczni.

O TOPR-owcach czytałam nie raz. Zwykle pojawiali się w thrillerach i kryminałach osadzonych na górskich stokach, przełęczach i podejściach. Często jako starsi, doświadczeni. Zawsze jako silni i niezmordowani, by nieść pomoc innym. Tak ich widzę. Tak ich dostrzegam. I przez to ich niezwykle szanuję. Ja jednak mam już swoje lata😉. Inaczej jest w przypadku młodszego pokolenia. To dzieci, nastolatkowie nieznający zimy w górach. Nie lękający się niczego i nikogo. Myślący tylko o sobie i o swoich doznaniach. Dla których ratownik TOPR to kolejny zawód jakich wiele. I właśnie dlatego każdy z nich powinien przeczytać tą króciutką książkę, w której Beata Sabała-Zielińska obrazuje prawdziwe znoje i trudy życia w sposób przystępny dla młodszego pokolenia. Takich TOPR-owców i ja w literaturze wcześniej nie znałam. Odnoszących się z szacunkiem do warszawskich mieszczuchów. Umiejących przekazać wiedzę w sposób prosty i zrozumiały.

Beata Sabała-Zielińska wykorzystała swoje doświadczenie z życia w górach oraz swoje umiejętności dziennikarskie. Stworzyła postaci przemawiające do wyobraźni nie tylko dziecka, ale i dorosłego. Umiejętnie połączyła fakty, które zdarzyły się naprawdę z fikcją literacką. Przemyciła wiedzę, o której ja nawet nie miałam pojęcia, a która jest wartościowa dla tych, co uwielbiają góry. Wytłumaczyła czytelnikowi czym jest detektor, po co komu sonda i do czego służy łopatka. Wplotła prawdziwe opowieści o dzikich zwierzach, o których zapominamy buszując po tatrzańskich, czy bieszczadzkich szlakach. Dodatkowo przywołała historyczną postać Jana Krzeptowskego, co jest dodatkową wartością książki, najbardziej znanego jako „Sabała” rysowanego przez samego Stanisława Witkiewicza i przez niego nazywanego „Homerem Tatr”. Byłego zbójnika i kłusownika, tatrzańskiego zakapiora, który początkowo nazywał się Jan Gąsienica. Gawędy góralskie jego autorstwa lub tylko powtarzane przez niego zostały spopularyzowane przez Stanisława Witkiewicza, Henryka Sienkiewicza, Wojciecha Brzegę oraz opublikowane w licznych zbiorach (źródło: portaltatrzanski). Ciekawe, czy to on zainspirował postać emerytowanego ratownika Stanisława Gąsienicy w powieści. Ciekawe…

Oprócz nieszablonych treści publikację wzbogacają zdjęcia, także te z rzeczywistych akcji ratowniczych i krótkie filmy o TOPR-ze, do których odsyłają specjalne kody, jako przestroga, jako edukacja, jako lekcja dla czytelników. I obok wartości historycznych i ciekawych postaci, o czym wspomniałam powyżej, jest to wartość sama w sobie tej książki. Ta wartość edukacyjna, przez małe „e”, przez zabawę, przez treści i ważne informacje rzucane mimochodem od czasu do czasu, które przemawiają i które trafiają nie tylko do młodego czytelnika.

Dziękuję Pani Beacie za tę książkę.  Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka, że postanowiło ją wydać, w dobie wszechobecnego Internetu i niechęci do uczenia się. Dziękuję. Bo gdyby nie ta książka wiele treści nie odkryłabym do dziś i o wielu sytuacjach nie miałabym pojęcia.

To książka dla każdego pasjonata gór. I tego małego, i tego młodego, i tego w średnim wieku. Sięgnijcie po nią w ten letni czas, gdy zatęsknicie do tych zielonych wzgórz i osłonecznionych tatrzańskich połaci. Nie zawiedziecie się. Gwarantuję😊.

Moja ocena: 9/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

„Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie” Clive Gifford

MYŚLI, KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT. WIELCY FILOZOFOWIE

  • Autor: CLIVE GIFFORD
  • Wydawnictwo: ZNAK EMOTIKON
  • Seria: MYŚLI, KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT
  • Liczba stron: 64
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Zapomniałam o tej króciutkiej książeczce☹. Wstyd się przyznać, bo i w treści, i w jakości wydania od razu zwróciłam na nią uwagę i przeczytałam ją dość szybko. Wydawnictwo @Znak Emoikon stanęło na wysokości zadania i zaserwowało młodszemu czytelnikowi polskie wydanie książki, która przybliża najbardziej znane i wartościowe myśli filozoficzne. Mowa o  „Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie” autorstwa Clive’a Gifforda i z ilustracjami Sama Kalda. Ja do grona młodszych czytelników niestety już nie należę 😉, ale debiut na polskim rynku wydawniczym z 9 maja br. przyjęłam z zaciekawieniem. Cóż może być lepszego niż bardzo dobra, żeby nie powiedzieć najlepsza treść z możliwych i przepiękne nastrojowe ilustracje oddające ducha epoki.

Dla ciekawskich o tych, którzy byli wyjątkowo zaciekawieni😊. Tak mogłabym jednym zdaniem określić treść publikacji, by w nią Was wprowadzić. Po zapoznaniu się z lekturą wiem, że jest to książka dla chłonnych wiedzy. Dla dzieciaków, których interesuje kim był Platon oraz z czego zasłynął tak naprawdę wszystkim znany Sokrates. Treść została przedstawiona w bardzo ciekawej formie. Autor skupia uwagę czytelnika na najważniejszych faktach biograficznych wielkich filozofów, na głównych tezach przez nich głoszonych oraz na licznych ciekawostkach, o których sama nie miałam pojęcia. A Wy wiedzieliście, że bracia św. Tomasza z Akwinu porwali go i więzili przez rok? Jeśli nie, to sięgnijcie po książkę, z której się tego w mig dowiecie😉.

Z filozofią kojarzy mi się pierwszy rok studiów, gdzie interdyscyplinarny ten przedmiot był chyba swego czasu na wszystkich kierunkach. Ze zdziwieniem dowiedziałam się przy okazji, że filozofia aktualnie jest w programie nauczania szkoły średniej. Myślałam o tym analizując treści zamieszczone w książce „Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie”. I doszłam do wniosku, że takie publikacje mogą tylko pomóc młodszemu pokoleniu zrozumieć, z czym musieli się mierzyć wielcy filozofowie, na tezach których zbudowano wiele dziedzin nauki, nie tylko etykę.

Bardzo dobrze wydana książka popularnonaukowa!

W swoim gatunku jest majstersztykiem. Czyta się ją jednym tchem. Piękne ilustracje pomagają przebrnąć przez kolejne. Kolory w niej wykorzystane nastrajają optymistycznie. Treści zostały przedstawione w bardzo przystępny sposób. Młody czytelnik od razu rozumie, nad czym głównie zastanawiał się leżąc do południa w łożu Kartezjusz i co tak naprawdę było solą w oku Sokratesa. Pozna reguły rządzące głęboką i wielką myślą, w których nie ma ograniczeń i nie ma żadnych pewników. A także zapewne przyzna na końcu, jak ja, że by odkryć i stworzyć coś nowego, należy zacząć od kwestionowania oczywistości. To jest wartość tej książki. Ten ukazany szeroki aspekt filozofii i jej znaczenia dla rozwoju ludzkości.

Serdecznie polecam tę lekturę każdemu, kto chce w sposób ciekawy zagłębić się w losy i tezy najważniejszych w historii filozofów. Miłej lektury!!!

Moja ocena: 9/10

Recenzja dzięki Wydawnictwu Znak Emotikon.