„Mamy morderstwo w Mikołajkach” Marta Matyszczak

MAMY MORDERSTWO W MIKOŁAJKACH

Autorka: Marta Matyszczak

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Cykl: Kryminał z pazurem (tom 1)

Data premiery: 2021-06-16

Liczba stron: 304

Nie doczekałam się na mój egzemplarz, nie doczekałam. Musiałam wesprzeć się więc publikacją książki w wersji elektronicznej na Legimi. Na szczęście słowo pisane, to słowo pisane takie samo w wersji elektronicznej, jak i papierowej. Tylko, tego zapachu brak….

Zacznę z „grubej rury” jak to mówią, od razu oceną i to nie byle jaką, bo dość krytyczną. Co mi się nie podobało w pierwszej książce nowej serii rozpoczętej przez @Marta Matyszczak? To, że miała ona tylko 304 strony😉! Tym się jednak charakteryzuje styl autorki. Zwięzły, konkretny i bez zbędnych ozdobników. Czym się różni kotka Burbur z nowej serii od psa Gucia z książek serii Kryminał pod psem? Tego musicie dowiedzieć się sami. Zapraszam na recenzję książki „Mamy morderstwo w Mikołajkach”, która premierę dzięki nakładowi @Wydawnictwo Dolnośląskie miała 16 czerwca br.

Krótko o fabule

Tym razem autorka zabiera nas do Mikołajek. W pięknym domu nad samym jeziorem mieszka rodzina Ginterów. Ona, Rozalia jest lokalną weterynarz. On, Paweł vel Pawełek jest komendantem miejskiej policji. One to siostry – bliźniaczki, młode Ginterówny Hanna i Helena. Jest jeszcze Hubert, o którym bardzo długo niewiele wiadomo. Ważne byście wiedzieli, że Hubert jest synem Ginterów. Obok Ginterów jak elektrony poruszają się inni bohaterowie, bardziej lub mniej sympatyczni. Jest i teściowa, typowo stereotypowa teściowa. Jest i sąsiadka, typowo stereotypowa sąsiadka. Jest i lokalny gangster. Nie! Tu nie ma żadnego stereotypu, wszak to prawdziwy gangster z yorkiem Pusią.

Życie mieszkańców zaburza morderstwo i to nie byle jakie morderstwo. Po pierwsze to morderstwo w Mikołajkach. Pięknym, uroczym, turystycznym miasteczku, gdzie przestępstw jak na lekarstwo, wręcz jak na naparstek. Po drugie to morderstwo na niebyle kim. Niecnym morderczym czynem życie stracił lokalny przedsiębiorca, znany i szanowany hotelarz. To morderstwo interesuje wszystkich. I sąsiadów, i policję, i cały mikołajkowski zwierzyniec. Smaczku samemu śledztwu dodaje tajemnica. Tajemnica Rozalii, która wyłania się z dalszych stron powieści. Czy ma coś wspólnego ze zgonem Adama Maniukiewicza?

Burbur versus Gucio

Nie mogłam nie zacząć inaczej. Dla mnie samej to dziwne, że czytając o Burburze ciągle porównywałam ją z Guciem. Przecież tu kot, tam pies. Przecież tu cztery łapy, tam trzy. Przecież tu kobieta, tam mężczyzna. Przecież tu… i tak mogłabym różnice mnożyć do upadłego. Ta różnorodność dość mnie zaskoczyła, oczywiście in plus dla Autorki. To duża zręczność, rozpocząć kolejną serię ze zwierzęcym bohaterem w tle i stworzyć postać zgoła inną. Owszem przekonaną o swojej wyjątkowości, czym jest podobna do Gucia, ale mimo wszystko inną. Agresywną w relacjach z ludźmi, nawet domownikami. Traktującą swoich „człowieków” jak niewolników. Zakochaną na zabój w Pawle Ginterze i żywo konkurującą o jego uczucia z jego własną żoną. Ciekawi mnie ile w tej Burbur, prawdziwej kotki autorki. Hm…  Jeśli jest na wskroś prawdziwa, to Marta Matyszczak musi mieć trudne życie we własnym domu. Oj trudne.

A teraz całkiem na serio. Gdybym miała podsumować jednym zdaniem przeczytaną książkę napisałabym: Inteligentny kryminał z prawdziwym pazurem.

Wyjątkowości narracji, która skupiona jest na Rozalii są fragmenty z pamiętniczka Burbura. Celne riposty, trafne spostrzeżenia otaczającego ją świata. Świata ludzi i świata zwierząt. Niektóre anegdoty czytałam z uśmiechem na ustach, a niektóre wręcz podśmiechując się w głos.

Bardzo podobała mi się sceneria, odwzorowanie mazurskiej atmosfery i mazurskiego klimatu. Czasem kiczowatego okrapianego lokalnym alkoholem, umilanego żeglarskimi szantami. Czyż nie stuprocentowe odwzorowanie? Dodatkowo atmosferę Matyszczak podgrzała odzwierciedlając polsko – niemieckie nastroje. Całkiem na poważnie opisała wątek wysiedleń po II wojnie światowej, utraty niemieckich majątków. Mimo, że dialogi okraszone zostały specyficznym, matyszczakowym humorem, momentami z dodatkiem śląskiej groteski, problem został opisany bardzo dobrze. Czy odzyskać, czy zostawić? Czy zawalczyć, czy poddać się?

Autorka potrafiła zaciekawić mnie maksymalnie. Najpierw nie mogłam się doczekać wątku z synem Ginterów Hubertem. Z utęsknieniem czekałam, kiedy o nim przeczytam trochę więcej. Gdzieniegdzie tylko wspomnienie, nienachalnie wspomniane imię, zdawkowo wspomniana choroba.  Później osiągnęłam szczyty zniecierpliwienia, kiedy nie mogłam doczekać się na rozstrzygnięcie tajemnicy. Tajemnicy, która ściąga Rozalii sen z powiek i nie pozwala jej być szczęśliwą do końca.

To nowa jakość. Nowa seria i nowe życie. Życie literackich bohaterów z energiczną i zadufaną w sobie kotką. Nigdy bym nie uwierzyła, że Gucia może mi jakiś inny zwierz zastąpić. Zastąpić w roli zwierzęcego narratora, niekoniecznie detektywa. Wydawać by się mogło, że tylko Gucio ma ten humor, ten swoisty pogląd na otaczający go świat, te unikatowe spojrzenie na to, co go otacza. Nic bardziej mylnego. Burbur jako postać literacka nadaje się tak samo dobrze, jak sam Jaśnie Pan Gucio.  Wszak duch Gucia pobrzmiewa w książce.

Uwielbiam książki, które jednocześnie bawią, z drugiej zaś strony podejmują liczne społeczne kwestie, roztrząsają liczne problemy. Marta Matyszczak potrafi o sprawach ważnych, trudnych pisać z przymrużeniem oka. Robi to wyśmienicie. Czytanie jej książek, to dla mnie jak jedzenie najpyszniejszego deseru. Deseru po którym pozostaje cudowne uczucie. Uczucie właściwie spędzonego czasu. Uczucie zaspokojenia. Czy Gucio, czy Burbur? Po „Mamy morderstwo w Mikołajkach” wiem, że to nie ma znaczenia. Zrozumiałam też, że to nie Gucio jest największą wartością serii Kryminału pod psem (wiem, wiem, przepraszam Guciuniu, Guciaczku, Guciusiu). To Autorka. Po prostu Martę Matyszczak czyta się tak samo świetnie z psem, czy kotem u boku !!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja dzięki wydaniu  Wydawnictwa Dolnośląskiego

„Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji” Sean Hepburn Ferrer

AUDREY HEPBURN. UOSOBIENIE ELEGANCJI

Autor: Sean Hepburn Ferrer

Wydawnictwo: Albatros

Data premiery: 2020-08-28

Data 1. wyd. pol.: 2005-01-01

Liczba stron: 253

Pamiętacie moją niedawną recenzję „Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu” od @WydawnictwoAlbatros, recenzję fantazji Robert Matzena na temat wojennych losów Audrey Hepburn? Fakt, nie była zbyt przychylna, ale mam nadzieję, że nie zraziłam Was do czytania o ciekawych osobistościach😉. Ja Audrey Hepburn po prostu uwielbiam. To klasa sama w sobie. Z chęcią sięgnęłam więc do publikacji tego samego Wydawnictwa sprzed prawie roku, by osobiście sprawdzić, czy „Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji” Seana Hepburn Ferrera zaspokoi mój głód ciekawości i ukoi moją fascynację nietuzinkową kobietą. Kobietą na miarę wszechczasów.

„Słynna aktorka, ikona kina, jako matka, żona i córka” – z opisu Wydawcy.

Czy matka chciałaby, by jej osobisty portret stworzył jej własny syn? O tym myślałam zaczynając czytać. Przecież w relacjach rodzinnych wiele jest nieporozumień, wiele wypowiedzianych słów, nie przeżytych właściwie wspólnych chwil i dużo zmarnowanego czasu. Czasem dochodzi do tego zwykła, ludzka niechęć i niedopasowanie charakterów. Nie wiem, czy Audrey Hepburn chciałaby by jej syn opisał ją w subiektywnej biografii. Nie wiem. Wiem tylko, że to ćwiczenie się udało😊.

Sean Hepburn Ferrer stworzył w swej książce obraz kobiety niezwykłej. Kobiety tak nietuzinkowej, jak nietuzinkowy był jej wizerunek sceniczny stworzony kilkadziesiąt lat temu. To nie historia o kinie, o jego cieniach i blaskach. W książce nie znajdziecie interesujących smaczków, o których swego czasu huczało w prasie lub wręcz przeciwnie, o których nikt wtenczas nie wiedział, nikt nie mówił. Znajdziecie za to emocje, znajdziecie miłość i mocno nacechowany emocjonalnie prywatny pamiętny, który jakiś mądry wydawca zdecydował się opublikować. Jako czytelnik uwielbiam książki pisane bardziej sercem niż piórem. Książki, które nie powstają na potrzeby wydawnictw, a na potrzeby własnego człowieczeństwa. Tak jakby autor miał zaraz umrzeć, jeśli nie przeleje na wydawniczy papier to, o czym śni, o czym pamięta, co nie daje mu spokoju. Wspomnienia syna aktorki zostały wzbogacone zdjęciami, urywkami wywiadów i cytatami. To wszystko spaja się w całość, a tak wydana książka jest kompletna. Nie napiszę, o czym możecie przeczytać. Treść w książkach jest przecież najbardziej interesująca. Napiszę tylko, że warto po nią sięgnąć, jeśli uwielbiacie tego Anioła kina XX wieku (ależ brzmi poważnie!) i  kochacie czytać osobiste relacje. Jeśli dodatkowo lubicie odczuwać emocje, emocje autora, to ta książka jest na pewno dla Was. 

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Kwartet aleksandryjski. Mountolive” Lawrence Durrell

KWARTET ALEKSANDRYJSKI. MOUNTOLIVE

Autor: Lawrence Durrell

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Cykl: Kwartet aleksandryjski (tom 3)

Data premiery w tym wydaniu: 2020-02-04

Data 1. wyd. pol.: 1974-06-01

Liczba stron: 390

Pewnie się zastanawiacie, czy już mnie nie znudził ten eksperyment literacki. Otóż nie. Niby jedna historia, niby ci sami bohaterowie, ten sam autor, ale jednak inne książki. Inne historie, inne punkty widzenia, inne tło fabularne i inne zakończenia. Po recenzjach Justyny i Balthazara przyszedł czas na recenzję trzeciej części cyklu „Kwartet aleksandryjski. Mountolive” autorstwa Lawrence Durrell wydanej przez @zyskiska. Czy odnalazłam i w tej części ten sam duszny klimat, gorącą atmosferę i egipskie zapachy?

Człowiek towarzyski zdążył aż nadto dojrzeć, nim człowiek wewnętrzny zaczął dorastać”. „Kwartet aleksandryjski. Mountolive” Lawrence Durrell

Tym razem Lawrence Durrell skupił się na relacjach pomiędzy przyjaciółmi, braćmi, rodzicami, małżonkami. Nie jest to historia miłosna oparta na pragnieniach i oczekiwaniach kochanków, czasem jakże różnych. To historia o dojrzewaniu i dorastaniu. Historia Nessima z okresu przed Justyną oraz jego brata Naruza. Historia ich matki z romansu z młodym, aspirującym do stanowiska ambasadora angielskim dyplomatą Mountolive.  Historia sprzed sześćdziesięciu lat, ciągle aktualna, ciągle inspirująca, ciągle zaciekawiająca. Historia inna, niż poprzednie.

Mimo, że temat przewodni to „(…) plątanina sprzecznych intryg i mylących manewrów” i w tej części odnalazłam egipski klimat z barwnymi opisami gościnności u egipskiego szejka, opisami codzienności z jej zapachami, napojami, potrawami, ceremoniami życia i śmierci, która jest klamrą „Kwartetu aleksandryjskiego. Mountolive”. Zaciekawiły mnie poruszone wątki poboczne takie jak: tradycja i sposób opieki nad małymi dziećmi przez piastunki, prawa mniejszości, tarcia między muzułmanami i chrześcijanami  – Koptami, stosunek Egipcjan do Żydów, czy niechęć do brytyjskiej władzy i zawiedziona braterska miłość. Jedyny miłosny wątek został tym razem sprowadzony do kwestii mniej istotnej. Chociaż autor opisał go z niezwykłą delikatnością i tylko sobie właściwym wyczuciem. W opisywaniu miłości skomplikowanej, nieoczywistej, Durell jest wszak mistrzem. Nawet jeśli jest ona nieszczęśliwa, czyta się o niej w skupieniu, z nostalgią.

To wyjątkowa odsłona cyklu. W tej części cyklu Lawrence Durrell nie powielił narracji pierwszoosobowej. Narrator jest trzecioosobowy i to całkowicie zmienia odbiór powieści. Mimo, że podtytuł wskazuje na Davida Mountolive’a tak naprawdę inne zagadnienia są od niego ważniejsze, nawet inni bohaterowie.  Mountolive jest tylko osią czasu wokół której toczą się historie, ważne polityczne wydarzenia z radykalizującymi się ruchami koptyjskimi i arabskim w tle. To w tej części autor najbardziej rozbudował wątki społeczno – polityczne i opisał trawiące ówczesny świat niepokoje, troski i stereotypy.

Pomimo smutnego zakończenia, wielu niepowodzeń i zakrętów w życiu bohaterów książki uważam tą część za najbardziej ciekawą. Łączy ona wszystkie poprzednie części cyklu zapewniając czytelnikowi świeżość i nowy kierunek w obserwowaniu miłości autora do Egiptu i Aleksandrii. Przyznaję, że ta część podoba mi się najbardziej. To na nowo odkryty Kwartet aleksandryjski, aż sama nie wiem, co będę czuła w trakcie czytania ostatniej części „Kwartet aleksandryjski. Clea”.

Lubicie podróżować? Ja bardzooooooo, chociaż w Egipcie jeszcze nie byłam, a w takim sprzed kilkudziesięciu lat tym bardziej. Mówią, że „podróże kształcą”. To pewne. Kształcą też książki, wymagające książki, które karmią czytelnika smakami, zapachami, emocjami, nietuzinkowymi  okolicznościami i głębokimi wydarzeniami. Taką książką jest właśnie „Kwartet aleksandryjski. Mountolive”. Takim cyklem jest cykl aleksandryjski. Czytajcie i zanurzajcie się w podroż za horyzont, ten czasowy i ten geograficzny.

Miłej lektury!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu” Robert Matzen

AUDREY HEPBURN. TANCERKA RUCHU OPORU

Autor: Robert Matzen

Wydawnictwo: Albatros

Data premiery : 2020-10-28

Liczba stron: 408

„Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu” autorstwa Roberta Matzena to – jak napisał Wydawca – solidna publikacja o „(…) młodości w ogarniętej wojną Holandii” z perspektywy losów Audrey Hepburn. Książka zawiera „nieznane fakty na temat jej rodziny”, gdzie część była „(…) zatajana nawet przez FBI”. Z opisu Wydawcy wynika, że „Hepburn pomagała działaczom ruchu oporu, pracowała jako wolontariuszka w szpitalu, przeżyła bitwę o Arnhem i prawie umarła z głodu w czasie ostatniej wojennej zimy”. Żyła „(…) ze świadomością, że jej ojciec był nazistowskim szpiegiem, a matka wspierała Hitlera przez pierwsze dwa lata okupacji”.

Obiecałam sobie kiedyś, że jak tylko znajdę chwilkę czasu wracam do książek, których recenzje jeszcze nie znalazły się tutaj, gdzie ich miejsce. Niektóre z nich przeczytałam, lecz notatki, cytaty nie przekułam na czas w treść mojej opinii. Niektóre z nich czytam dopiero teraz. Tak jest z premierą z 28 października 2020 od @WydawnictwoAlbatros, która już samą okładką zachęciła mnie do przeczytania. Czy można przejść obojętnie obok tej kobiety? Tej nieziemskiej istoty o wyjątkowej, ponadczasowej urodzie? Nie sądzę.

„Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”

Tak mówi przysłowie, ale dzięki tej ciekawości sięgam do książek, które zwykle omijam szerokim łukiem. Do takich zaliczają się sfabularyzowane biografie, nawet jeśli dotyczą bardzo ciekawych postaci. Opis Wydawcy był tak interesujący, że nie mogłam się oprzeć i skusiłam się na tą książkę. Muszę przyznać, że trochę się zawiodłam. Audrey Hepburn w tej publikacji było jak najmniej. Okładkę nie powinna zdobić jej postać lecz raczej zdjęcie wojennej Holandii i bitwy o Arnhem. Przeszkadzał mi chaotyczny styl autora, który nie uniemożliwiał mi stworzenie sobie w głowie obrazu głównej postaci, nie pozwalał ulokować Hepburn w fabule i opisywanych wydarzeniach. To raczej historia o wojennej zawierusze z jej ciemnymi stronami, niż o trudnych początkach dorosłego życia jednej z najciekawszych aktorek w historii. Nie w takim celu sięgałam po tą książkę. Nie po to kartkowałam ją strona po stronie czekając na szukając interesujących kąsków z życia Audrey Hepburn. Mimo, że poruszone wojenne zagadnienia bardzo mnie poruszyły, jak zwykle bywa w przypadku książek o tej tematyce, nie zaliczam lektury do udanej. Nie mogę jej z czystym sercem polecić fanom historii wojennej, ani do końca sympatykom Audrey Hepburn. Chyba to książka dla czytelnika, który nie jest ukierunkowany w danym momencie na żadną kategorią, który lubi improwizować i zdobywać nowe czytelnicze szczyty. Jeśli szukacie książki trochę z wojną i aktorstwem w tle, to sięgajcie po „Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu”. 

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Błędnik” Mrs Henry Wood (właściwie Ellen Wood)

BŁĘDNIK

Autorka: Mrs Henry Wood (właściwie Ellen Wood)

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data premiery w tym wydaniu: 2021-07-06

Data premiery światowej: 1872

Liczba stron: 640

Zaczytuję się ostatnio w klasykę w wydaniu @zyskiska. Wydawnictwo zachwyca mnie kolejnymi publikacjami, które pozwalają zanurzyć się nam w ubiegłe wieki. Możemy podejrzeć, co się działo, jak się mieszkało i pracowało, jakie emocje przeżywano, z czym ówcześni nie potrafili sobie poradzić i jak sami autorzy traktowali pierwowzory stereotypowo. Powieści z dawnych lat mają w sobie to coś. To coś, czego nie znajdziemy we współczesnych kryminałach, thrillerach czy romansach. Ten język, te postacie, ta scenografia, czyli wszystko to, co odeszło. Kompletnie nie wiedziałam czego spodziewać się po „Błędniku” Mrs Henry’ego Wooda, a właściwie Ellen Wood. Kobiety, pisarki piszącej w ukryciu, która usnuła historię z końca XIX wieku. Czy romansu, czy thriller psychologicznego, czy manifestu społecznego? O autorce niewiele wiadomo. Z notki biograficznej dowiedziałam się, że żyła w latach 1814 – 1887 i była jedną z najlepiej sprzedających się brytyjskich powieściopisarek XIX wieku. Najbardziej znana z sensacyjnej powieści „East Lynne” wydanej w 1861 roku, opublikowała ponad czterdzieści książek, a także mnóstwo esejów, recenzji i opowiadań. W 1836 roku poślubiła Henry’ego Wooda i spędziła następne dwadzieścia lat mieszkając we Francji. Kiedy jej mąż z niejasnych powodów zrezygnował z pracy w latach 50-tych XIX wieku, pani Wood stała się głównym żywicielem rodziny, pisząc opowiadania do różnych rodzinnych periodyków. (źródło: Oxfordbibliographies). Intrygująca kobieta.

Zachęcam Was serdecznie do przeczytania recenzji książki, która dla mnie była jedną wielką niewiadomą. Do przeczytania historii o braciach Andinnian, Adamie i Karlu. Jeden przyszły baronet, natarczywy, chwilami nieustępliwy, mający problemy ze zdrowiem, a w przeszłości niekontrolowane napady szału, przeświadczony o własnej wyjątkowości, nieskory do pracy, jednocześnie zakochany w ogrodzie, uwielbiający przyrodę i opiekę nad roślinami. Drugi, młodszy pragmatyczny, porucznik w jednym z pułków Jej Królewskiej Mości, zakochany z wzajemnością w Lucy, nie mogący liczyć na spadek i tytuł szlachecki. Jeden błąd Adama powoduje istotne implikacje w życiu Karla i samej Pani Andinnian – Pani Matki. Od tej chwili Adam zostaje potępiony i skazany na dożywotnie więzienie, zaś Karlowi pisane jest życie w jego cieniu, w jego cieniu do samego końca.


Długo mogłabym pisać

O tylu sprawach chciałabym Wam napisać, o których myślę po przeczytaniu książki. Po pierwsze język. O tak, język zasługuje na szczególną uwagę. Jest na wskroś staroangielski. Autorka romansuje z czytelnikiem w wielu miejscach zwracając się wprost do niego. Czułam się adresatką takich słów jak: „Czytelnik z całą pewnością już odgadł….”, czy tych wszystkich „opisaliśmy”, „powiedzieliśmy”,, „wspomnieliśmy”.  Po drugie rodzinne wpływy, animozje i decyzje, które mają wpływ na innych. To klasyczne podejście w opisywaniu tragedii rodzinnej w szlacheckim, angielskim domu jest wręcz nie do odtworzenia we współczesnej prozie. Dlatego tak miło czytałam o splątanych losach nawet, gdy los powinien zostać rozdzielony. Po trzecie postaci. Oczywiście najbardziej wyrazistą postacią jest demoniczna matka, roztaczająca nad starszym z braci parasol ochronny od początku, zaś młodszego traktująca na wyraz chłodno. Przy czym ta niesprawiedliwość w relacjach nie przeszkadza Karlowi realizować jej planu, poddawać się decyzjom, które negatywnie wpłynęły na jego życie. Pozostali bohaterowie zostali przedstawieni stereotypowo, jak na typową wiktoriańską literaturę przystało. Mamy w powieści i niezbyt rozgarniętego komisarza Scotland Yardu, głupiutką Rose, której słabości są sensem każdego jej dnia codziennego, zazdrosną i zawistną Panną Blake, czy chociażby naiwną i nie potrafiącą skomunikować się z własnym mężem Lucy, poddaną całkowicie jego woli.

Zaskoczeniem dla mnie było opisanie w powieści wielu wątków społecznych. Autorka odważnie podjęła temat zsyłki skazańców do Australii, czy konflikty żołnierski honor ponad wszystko. Odzwierciedliła panujące u schyłku XIX wieku maniery, obyczaje, tradycje czy prawa, te pisane i te niepisane, które miały tak samo ogromne znaczenie dla istniejącego porządku.

Mimo, że fabuła nie wciąga i momentami jest bardzo płaska czułam przyjemność z czytania, chwilami wręcz rozbawienie, co zrozumiałe. Wiele momentów było dla mnie emocjonalnie, refleksyjnie czy rozumowo nie do zaakceptowania. No, ale czego się spodziewać, jeśli nie noszę krynolin, kopię się w łazience, zaś mężczyzn nie traktuję jak „święte krowy” czy nieomylnych półbogów. No czego się spodziewać?

„Błędnik” okazał się dla mnie miłym wytchnieniem w ten letni czas. Okazał się podróżą w czasie i kolejnym odkryciem nowej powieściopisarki. A w literaturze, oprócz samej przyjemności z czytania, to właśnie cenię, ten niedosyt nowościami, nowymi książkami, nowymi autorami. To novum, które nadchodzi, nawet jeśli jest starym – nowym, sprzed stu lat.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka

„Dziewczyna w drugim rzędzie” Aurelia Blancard

DZIEWCZYNA W DRUGIM RZĘDZIE

Autorka: Aurelia Blancard

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data premiery: 2021-06-29

Liczba stron: 376

Niech nie zmyli Was obcobrzmiące imię i nazwisko autorki😉. @BlancardAurelia jest polską emigrantką, notabene urodzoną na Śląsku  piszącą kryminały we francuskich klimatach. Czytaliście „Uściski”, jej pierwszą powieść, której bohaterką jest Lidia? Ja nie miałam przyjemności, ale po przeczytaniu premiery z 29 czerwca chętnie nadrobię. „Dziewczyna w drugim rzędzie” jest propozycją wydawniczą od @zyskiska, w której tajemnica z przeszłości kładzie się cieniem na sielankowe życie Lidii i Vincenta.

Nikt nie lubi być drugim, a już naprawdę nikt nie lubi zawsze być tym drugim. Stanie w drugim rzędzie też nie jest przyjemne, niby z przodu, a jakby z tyłu. Zawsze za kimś, zawsze w ogonie, zawsze z zasłoniętym widokiem.

Taką „drugorzędówką” zawsze była Cathy, paryska dziennikarka „Nowej Kroniki”. Niezauważalna, zabezpieczająca tyły. Od czasu do czasu ta z pierwszego rzędu odwracała się w jej stronę i… no w czasie gimnazjum nie było przyjemnie, zrozumie ten kto był kiedyś nastolatką. Tylko, że dziewczynom z pierwszego rzędu też czasem się nie udaje być całe życie na piedestale. Przekonuje się o tym Samantha, mężatka, która traci życie wskutek morderstwa. Kto chciał zabić pogodną, empatyczną, sympatyczną i inteligentną młodą kobietę? Komu zależało, by Samantha zamilkła na zawsze? Musi się tego dowiedzieć Cathy, która wraca do swego rodzinnego miasta by odkryć w dziennikarskim śledztwie tajemnice swojej szkolnej koleżanki.

Dziennikarskie śledztwo

Uwielbiam w kryminałach wątek dziennikarskiego śledztwa. Dziennikarze wszystko mogą. Ktoś wyrzuci ich drzwiami wejdą oknem. Nie obowiązują ich śledcze techniki, sposoby, przepisy. Zwykle dochodzą do prawdy szybciej wykorzystując półlegalne lub nawet nielegalne metody. Tego dziennikarskiego śledztwa w powieści mi zabrakło. Jak napisałam na wstępie Autorka kreśli fabuły w delikatnym, francuskim stylu. Wszystko musi mieć swój czas, swoją porę. Nawet sceneria musi się zgadzać i pogoda być odpowiednia, by obraz został dopełniony w całości. Cathy kompletnie nie nadaje się na śledczą. Momentami denerwowała mnie jej niezdarność, niezdecydowanie, obiekcje. Mieć wątpliwości w pracy dziennikarskiej to ogromna zaleta, ale żeby aż takie by nie napisać słowa!!! Kompletnie mnie do siebie Cathy w roli dziennikarki nie przekonała. Krążyła wokół osób znających ofiarę z przeszłości jak samotny elektron odbijając się od jednej informacji do drugiej, ale nie próbując złapać i zatrzymać na dłużej żadnej. Taka bardziej znajoma z przeszłości, pytająca o wszystko, po prostu nad wyraz ciekawska.

Lubię polskość w akcji toczącej się za granicami naszego kraju, nawet jeśli został wpleciony w fabułę jakby od niechcenia. Wątek Polki – Lidii oraz Antoniego, syna Polki oceniam za bardzo udany. Cudownie czytało się o polskich specjałach, polskich kolędach i kołysankach. O tym poszukiwaniu polskości na obcej ziemi. Autorka lubi jednak skomplikować nawet z pozoru prostą relację. Chwilami czułam dreszczyk emocji zastanawiając się co robi ciężarna tłumaczka ze starszym Pół-Polakiem na spacerach w lesie. Kołatały mi się pytania: po co tam idzie, czego tam szukają i co tam zostanie znalezione? Antoni ze strony na stronę robił się coraz bardziej zaborczy, jakby Blancard chciała udowodnić, że nie każdy starszy pan jest godny zaufania, bo „nie wszystko złoto co się świeci”.

Tak naprawdę bohaterki są dwie; to Cathy i Lidia. Każda z nich miała do odegrania ważną rolę. Cathy miała za zadanie zdemaskować idealną Samanthę, którą rodzice chronili „(…) przed wszystkim, a zwłaszcza przed nią samą”. Samanthę, która „(…) miała w sobie siłę. Siłę destrukcyjną, która niszczyła ludzi wokół niej”. Lidia spokojnie dotrwać do rozwiązania, błogo żyjąc u boku męża w wynajętym od przyjaciela z przeszłości domku na francuskim przedmieściu, w wolnej chwili pracując jako polska tłumaczka. I jedna, i druga dowiaduje się, że pamięć bywa zawodna, a losy przyjaciół nie zawsze są takie, jakie nam się wydawały. Tłuste gołębie również nie trzepoczą nad głowami bez przyczyny, a staruszek spacerujący po lesie jest jednak czymś niezwykłym.

Zakończenie mnie zawiodło. Nie będę ukrywać. Tyle wątków pobocznych, tyle tajemnic i pytań wokół których kluczyła Cathy i Lidia, nie zostało dopowiedzianych. Ciekawa postaci Vincenta, Manuela nie zostały wykorzystane w pełni. Nie zrozumiałam w ogóle roli matki mordercy. Nie wyłapałam bezpośredniej przyczyny zabójstwa Samanthy. Chyba, że to celowy zabieg literacki. Pozostawić tyle pytań czytelnikowi w głowie, wzbudzić niedosyt, by z utęsknieniem czekał na następną część, na kontynuację. Wszak o Lidii piórem Aurelii Blancard czytamy po raz drugi.

To książka o tym, że chyba nikt nie chciałby mieć znowu czternastu lat. Być wyśmiewanym, szykanowanym ze względu na wygląd, na trudniejszą sytuację materialną, za słabości i na błędy własnych rodziców, na które dzieci nigdy nie mają żadnego wpływu. To książka o tym, że często chroniąc najbliższych tworzymy złudne, nieprawdziwe obrazy, które nie mają żadnego związku z rzeczywistością. Tym samym oszukujemy i siebie, i innych. Tak często, że chwilami zaczynamy być przeświadczeni o ich prawdziwości. To książka o kłamstwach i niedopowiedzeniach między najbliższymi, nawet pomiędzy małżonkami. To książka wreszcie o przyjaźni, o zwieraniu szyków,  nawet po latach, przeciwko jednemu wspólnemu wrogowi. Przeciwko temu, kto tak naprawdę częściej krzywdził, niż pomagał.

Powieść oceniam pozytywnie mimo, że w kilku miejscach nie spełniła moich oczekiwań. Napisana jest bardzo dobrym stylem. Czyta się ją szybko, mimo niespiesznej, typowo francuskiej fabuły.  Duży plus za ładnie odwzorowaną scenerię miejsca, chrupkość i smak prawdziwej francuskiej bagietki. Z utęsknieniem wyglądam już kolejnej książki autorki. Muszę sprawdzić, czy faktycznie miało znaczenie ułożenie fotela kierowcy w samochodzie oraz rozmiar śladów buta na miejscu zbrodni. Możliwe, że te pytania nie pojawiły się w powieści bez przyczyny.

Lubicie nieoczywiste rozwiązania zagadek kryminalnych? Sprawdźcie, czy to Wam się spodoba i pamiętajcie proszę, że „Dziewczyna w drugim rzędzie” to powieść inspirowana prawdziwymi zdarzeniami”.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Z dala od świateł” Tana French

Z DALA OD ŚWIATEŁ

Autorka: Tana French

Wydawnictwo: Albatros

Data premiery: 2021-06-30

Liczba stron: 480

Zacznę nietypowo, zacznę od zachwytów 😊. Jak ja uwielbiam te premiery, do których sięgam z pewną dozą niepewności i już po paru pierwszych stronach wiem, że nie będę się nudzić! Naprawdę uwielbiam. Tym bardziej, że nadążyć za kolejnymi premierami książkowymi, to nie lada wyzwanie. A propos, wie ktoś, czy wydawnictwa mają sezon ogórkowy? Może w okresie letnim uda mi się nadgonić wszystkie książki, które jeszcze czekają na mojej półce😉. Uwielbiam również @WydawnictwoAlbatros, które nie pozwala mi odetchnąć wydając co rusz to nowe książki, których nie przeczytać to po prostu byłby grzech. I to ciężki. Z wielkim zapałem zaczęłam więc czytać najnowszą powieść Tany French, amerykańskiej pisarki irlandzkiego pochodzenia, której „Z dala od świateł” premierę miało 30 czerwca br. Pisarki niezwykłej, bo jak pisze Wydawca, jej książki chwali sam Stephen King. Czytaliście którąś z jej dotychczas wydanych tytułów? Na polskim rynku ukazało się już osiem jej książek. Jest z czego wybierać.

Zdecydowanie mamy tu do czynienia z niespieszną historią. Napiszę więcej, z nietypowym wątkiem kryminalnym, który został rozpisany na dwie główne role. Jedną z nich odgrywa emerytowany, amerykański detektyw Cal Hooper, który spełniając swoje marzenie przeniósł się by błogo żyć na  sielskiej, rolniczej irlandzkiej wsi. Drugą rolę przypisano miejscowemu dzieciakowi, który wymógł na Calu obietnicę odnalezienia jego dziewiętnastoletniego brata, który zaginął bez wieści. Wyszedł z domu i już nie wrócił. Czy odnalazł szczęście poza dotychczasowym miejscem zamieszkania? Czy chciał się wyrwać z biednego domu, w którym samotna matka nie radzi sobie z utrzymaniem i wychowaniem dzieci? Tego musi dowiedzieć się Cal.

Nie wiem skąd tyle entuzjastycznych recenzji, które skwapliwie zacytował Wydawca. Możliwe, że poprzednie powieści Tany French bardziej trzymają w napięciu, jak na gatunki – kryminał, sensacja, thriller – przystało. Przyznaję, książkę czyta się bardzo przyjemnie. Niezwykle spodobał mi się opis irlandzkiej przyrody i irlandzkiego życia. Owce, zieleń traw, wysokie pastwiska, samotne wzgórza, ptaki czy inne okazy przyrody wzbogaciły główną fabułę książki. Chłonęłam wszystkimi zmysłami irlandzką atmosferę praktycznie z każdej strony, a irlandzkie bary widziałam jakby na własne oczy. Ciekawość Irlandią, którą rozbudziła na kartach tej książki autorka nie jest jednak wystarczająca, by ocenić ją bardzo wysoko. Sam Cal według mnie został rozrysowany w sposób niekonsekwentny. Przecież jest on amerykańskim policjantem z dwudziestopięcioletnim stażem. Policjantem, który miał do czynienia i z poważnymi gangami narkotykowymi i zaginięciami, jak również innymi kryminalnymi zagadkami, z którymi – jak sam siebie postrzega – radził sobie znakomicie. Do śledztwa w sprawie nastolatka zabiera się powoli, bez entuzjazmu. Rozumiem, nie miał motywacji, wręcz chciał, by zostawiono go w spokoju. Jednak, jeśli zdecydował się nieść pomoc powinien to zrobić raczej bez zbędnej zwłoki, z zaangażowaniem. Zastanowiło mnie również, jak były policjant mógłby nie zareagować na niewłaściwe zachowanie matki względem dziecka. Przecież tak doświadczony glina nie przeszedłby obojętnie wobec krzywdy dziecka, nawet jeśli wyrządzona została z wyższych pobudek.

Ogromnym plusem książki jest zobrazowanie zamkniętej, irlandzkiej społeczności.  Społeczności małej, w której prym wiedzie starszyzna. Młodzi pouciekali, a ci co zostali nie mają dużych perspektyw. W opisanej wspólnocie odzwierciedlono miejscowego gangstera, starych tetryków „trzymających władzę”, samotne kobiety – porzucone, rozwiedzione, wdowy, miejscowego księdza, fajtłapowatego policjanta, stereotypowego właściciela sklepu i wielu innych miejscowych, którzy nie chcą lub nie mogą mówić. Z wielu, nawet dowcipnych dialogów wyziera ksenofobia, strach przed obcymi, przed tym co odkryją. Po przeczytaniu pierwszej powieści autorki wydaje mi się, że relacje są jej „konikiem”. Niektóre z opisanych w książce są prawdziwym majstersztykiem. Na uwagę zasługuje relacja Cala z najbliższym sąsiadem Martem, który okazuje się miejscową encyklopedią oraz relacja Cala z Leną, wdową, z którą wszyscy chcą go zeswatać. Obie relacje okazały się skomplikowane, zgodnie z zasadą „krok naprzód, dwa kroki w tył” lub odwrotnie. Dużo w nich podejrzliwości, ukrytego sarkazmu, niedopowiedzeń. Chwilami wydają się nieoficjalną walką klas, walką Ameryki z Irlandią, walką tego co nowego, z tym co tradycyjne.

Trudno outsiderowi zrozumieć i zaakceptować normy obowiązujące w małej społeczności. Trudno być emerytem, gdy pewne pytania pozostają bez odpowiedzi, a wszyscy wydają się jakby trwali w zmowie milczenia, nawet matka zaginionego nastolatka zdaje się nie przejmować jego zniknięciem. Przekonuje się o tym Amerykanin na irlandzkiej wsi. Przekonałam się o tym i ja. Jeśli chcecie się sami o tym przekonać, koniecznie przeczytajcie tą pozycję i podzielcie się swoimi spostrzeżeniami. Im więcej opinii, tym lepiej.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Księga urodzaju” Katarzyna Kostołowska

KSIĘGA URODZAJU

  • Autor:KATARZYNA KOSTOŁOWSKA
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Liczba stron:304
  • Data premiery: 16.06.2021r.

Autorkę @kkostolowska już czytelniczo poznałam. Czytałam jej serię dla hm… czterdziestek i nie tylko. Za mną wszystkie trzy części; „Czterdzieści minus”, „Czterdzieści plus” oraz „Czterdzieści i co z tego”.  Wszystkie wydane nakładem @WydawnictwoKsiaznica. Jako zdecydowana nie-fanka ogródków działkowych kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Przyznam nawet, że do najnowszej książki Katarzyny Kostołowskiej podeszłam trochę jak do „jeża” z lekkim dystansem i obawą. Obawiałam się, że nie przemówi do mnie fascynacja ziemią, plewieniem, sianiem, sprzątaniem, relaksowaniem się i grillowaniem. A tu całkowita niespodzianka. I co Wy na to? Co ??? Że niby ja się starzeję i czytelniczy gust mi się zmienia!!! Może właściwsze byłoby tłumaczenie, że niektóre autorki piszą tak dobrze, że trafiają nawet do kompletnych agnostyków z pozornie nietrafionym tłem fabuły. Oooo, to wytłumaczenie bardziej mi się podoba.

Rodzinne Ogródki Działkowe „Morele”

Czy „Morele”, czy „Jutrzenka”, czy „Wąwóz” wszystkie wyglądają tak samo. Małe Rodos w centrach miast, z licznymi maleńkimi domostwami, urokliwymi tarasami, zadbanymi trawnikami, zielnikami, kwietnikami, rabatami warzywnymi oraz drzewkami owocowymi, z zaangażowanymi działkowiczami i królami – zarządcami. Takie wyobrażenie o działkowcach i ogródkach działkowych do pewnego momentu miała Luiza, uwielbiająca wielkomiejskie życie.

A jednak nadszedł czas, że zapragnęła mieć swój kawałek ziemi. Miejsce, w którym będzie mogła schować się przed światem, a jednocześnie znowu poczuć jego puls. Miejsce inne niż jej smutne mieszkanie”.

„Księga urodzaju” Katarzyna Kostołowska

Wtedy tak naprawdę życie się dla Luizy zaczęło. Wtedy tak naprawdę zrozumiała, że mając maleńki skrawek ziemi w miejskiej dżungli może poskładać życie na nowo. Luiza i im podobne. Matki, żony, pracownice, rozwódki, przyjaciółki, samotne kobiety i trwające w szczęśliwych związkach. Wszystkie Luizy,  Janinki, Heleny, Basie i Marie.

To nie tylko historia Luizy

Mimo, że od potrzeby posiadania ogrodu przez Luizę zaczęła się ta historia. To historia o samotności, niezrozumieniu, bólu, troski i poczuciu przegrania własnego życia pisana z perspektywy wielu osób, z punktu widzenia wielu bohaterów. Fabuła toczy się niespiesznie od kwietnia do sierpnia, zgodnie z kalendarzem prawdziwego działkowca. Gdzieniegdzie teraźniejsza narracja przeplatana jest fragmentami pamiętnika kobiety, która była ofiarą przemocy własnego męża, z pozoru cichego, ułożonego i sympatycznego mężczyzny, zawsze pomocnego. I ten wątek chwycił mnie najbardziej za serce. Ta nieświadomość otoczenia tego co się dzieje, gdy nie widać siniaków i innych odznak przemocy domowej. Gdy wszystko się chowa skutecznie pod sukienką, a w kościele zwykle zajmuje się miejsca w pierwszych ławkach.

Autorka umiejętnie wplotła w losy Luizy i jej ogromnej straty, losy i historie innych bohaterów. Dzięki niej polubiłam Basię, tkwiącej w toksycznej relacji z matką, niegdysiejszą femme fatale Wrocławia. To Maria Barańska okazała się najbardziej wyrazistą postacią kobiecą książki. Ma i charakter, i inteligencję, by innym ściągać sen z powiek, a momentami nawet przywodzić na usta lekki uśmiech. Jej przed i powojenne przygody stanowiły ciekawe urozmaicenie głównego wątku. Damsko – męskie przygody. Mam nadzieję, że wystarczająco Was zaciekawiłam.

Zamykając obwolutę książki naszła mnie myśl, że Katarzyna Kostołowska potrafi pisać o relacjach. Jest to coś, co odnalazłam również w jej poprzednich książkach. W tej również relacje są na pierwszym planie. Te trudne, te stracone, jak i te dopiero co się rodzące. I te rodzące relacje, wśród z początku praktycznie obcych ludzi, są optymistycznym rysem. Tłem historii, w której nagle okazuje się, że wokół siebie mamy więcej przychylnych nam osób, niż wydaje się nam na początku. Czuję jednak całkowity niedosyt relacją Luizy i Jana. Szkoda, że nie dowiedziałam się, w którą stronę podąża, co z niej będzie. Ciągle są na etapie takie obwąchowywania. Może będzie to przyczółek do kolejnej historii o fanatykach ogródków działkowych  w „Morelach”? Oby.

Powieść napisana jest bardzo subtelnie, delikatnie. Autorka stawia na wrażliwość, jednocześnie nie narzuca czytelnikowi wniosków, swojego punktu widzenia. Daje nam „pod nos” ciekawą, niespieszną historię. Książka obrazuje w bardzo umiejętny sposób cały proces zmiany, dojrzewania do podejmowania nowych, nawet małych kroków w innym, niż dotychczas kierunku, mimo obaw, mimo strachu. To książka o pozwalaniu sobie na szczęście. Do którego każdy z nas ma prawo. Zachęcam Was do lektury.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„Jedno słowo za dużo” Abbie Greaves

JEDNO SŁOWO ZA DUŻO

  • Autor:ABBIE GREAVES
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Liczba stron:381
  • Data premiery:30.06.2021r.

Ale ten czas pędzi jak oszalały. Wydawało mi się, że dopiero co publikowałam recenzję Ciche dni autorki, a okazało się, że to było praktycznie w zeszłym roku. Fabułę książki do tej pory pamiętam, ze względu na nowatorskie spojrzenie na życie małżeństwa z czterdziestoletnim stażem.   Czy premiera od @wydawnictwo.muza.sa z 30 czerwca tak samo głęboko zapadła mi w pamięć? Sama byłam ciekawa jakie emocje, spostrzeżenia, uwagi spowoduje czytane przeze mnie „Jedno słowo za dużo”.

Mary, codziennie od siedmiu lat – tuż po skończeniu pracy i aż do późnego wieczora – stoi przed jedną z londyńskich stacji kolejowych, trzymając w ręku napis: Wróć do mnie, Jim” – z opisu Wydawcy.

Czy historia mogłaby się zacząć w sposób bardziej intrygujący? Raczej nie. Czytając fragmenty o stojącej dzień w dzień przy londyńskim metrze Mary, wyobraźnia pracowała mi na najwyższych obrotach. Co czuje kobieta, która mimo mrozu, wiatru, wilgoci, czasem skwaru słońca konsekwentnie czeka na swojego Jima licząc, że w pewnym momencie się pojawi, że wreszcie się pojawi. Nie wiem. Kompletnie nie wiem. Nie wiedzą tego też wszyscy wokół. Jej znajomi z linii zaufania „Nocna Linia” Kit, Olive czy Ted. Nie wie też Alice, która widząc filmik w Internecie, na którym widać Mary postanawia opisać jej historię w gazecie, w której pracuje. Tak bardzo zajmuje ją historia Jima, że postanawia z Kitem go odszukać uruchamiając lawinę zdarzeń, na które Mary nie była przygotowana.

Książka stylem podobna jest do „Cichych dni”.  Fabuła toczy się powoli i spokojnie. Nie jest to jednak wada tej publikacji, bynajmniej. Jest to jej zaleta. Autorka pozwala nam bowiem rozkoszować się każdym słowem, zdarzeniem, każdą odzwierciedloną atmosferą i nastrojem chwili.

Narracja jest trzecioosobowa przedstawiona w dwóch perspektywach czasowych, które zostały określone w tytułach kolejnych rozdziałów. Pierwsza perspektywa przedstawia związek Mary i Jima w latach 2005-2011. Związek Irlandki i Anglika. Związek przeciętnej kobiety, jak o sobie myśli Mary i mężczyzny, który był „(…) od niej dobre osiem centymetrów wyższy: idealny wzrost, by zapinać mu guzik pod szyją (…) oczy – głębokie, ciepłe, piwne…”. Przeciętnej kobiety i mężczyzny prawie doskonałego. Związek mieszkanki Belfastu i mieszkańca Londynu. Związek pracownicy hotelu i lekarza medycyny. W tej perspektywie dowiadujemy się w jakim kierunku ewaluował związek Mary i Jima, jak się poznali, jak spędzali czas, o co i czy w ogóle się kłócili, jakie mieli relacje z rodziną. Druga perspektywa czasowa to rok 2018, siedem lat od zaginięcia Jima. Siedem lat po rozpoczęciu procesu czekania, czekania na niego. Teraźniejszość pokazuje nam Mary w jej aktualnym życiu. Życiu pełnego smutku, niewykorzystanych szans, odseparowania. Życiu, które może się zmienić i co ważne, powinno się wreszcie zmienić. Bardzo podoba mi się wątek odkryć Alice i Kita. Odkryć związanych z Jimem. By wzbudzić Waszą ciekawość wspomnę, że nie są takie jakie pamięta je Mary. Jim okazuje się jednak człowiekiem z krwi i kości, ze swoimi pokrętnymi problemami, kłopotami w pracy, słabością do alkoholu i własnym, osobistym spojrzeniem na związek z Mary.

Książka intryguje i fascynuje jednocześnie, gdyż poruszane przez nią wątki są bardzo interesujące. Samo pytanie na początku, co się zadziało z Jimem powoduje, że nie mogłam odłożyć powieści na bok. Nie mogłam przestać czytać. Bardzo podoba mi się dojrzewanie Mary, szkoda że dopiero na samym końcu, ale jednak. Budzi we mnie nadzieję, że każdy z nas może wyzwolić się ze stuporu, w którym niepotrzebnie tkwimy. Dotknęło mnie dogłębnie przedstawienie relacji międzyludzkiej przez autorkę. Relacji nie takiej samej dla każdej ze strony, relacji z wieloma znakami zapytania i wieloma dziurami w pamięci. Momentami wręcz relacji wyimaginowanej, nieczystej. Ten motyw jest motywem siostrzanym do przedstawionego w „Cichych dniach”.  To nie „Jedno słowo za dużo” spowodowało zapaść, a raczej jedno słowo za mało. W swej najnowszej powieści autorka znowu udowadnia jak wiele złego mogą spowodować niedomówienia, obawa przed reakcją drugiej strony i brak szczerej komunikacji oraz poczucie, że nie powinniśmy obarczać drugiej strony swoimi problemami, fałszywe poczucie.

Powieść skłania do refleksji, jest na wskroś poważna, jak poważne są omówione w niej kwestie i podjęte problemy społeczne, problemy międzyludzkie.  Jest to wartościowa pozycja, która skłania do wielu ważnych rozważań i nasuwa interesujące wnioski. Szczerze zachęcam do jej przeczytania.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Muza.

„Porachunki bezimiennej pisarki” Alice Basso

PORACHUNKI BEZIMIENNEJ PISARKI

  • Autor:ALICE BASSO
  • Wydawnictwo:KOBIECE
  • Seria: VANI SARCA. TOM 1
  • Liczba stron:336
  • Data premiery: 19.05.2021r.

Gdzieś mi się zawieruszyła ta majowa premiera od @kobiece · Wydawca wśród czerwcowych premier. Wydawało mi się, że na publikację recenzji mam jeszcze czas, przecież dopiero co rozpoczął się lipiec, a tu się okazuje, że ja jestem sporo po czasie, jak z wieloma innymi książkami. Czyli ciągle łatwiej idzie mi czytanie, niż pisanie recenzji;) . No nic, pokornie naprawiam swój błąd i prezentuję Wam, moim wiernym czytelnikom, recenzję książki Alice Basso o krnąbrnym tytule „Porachunki bezimiennej pisarki”.  

Wielu ludzi uwielbia zapach papieru. (…) Kiedy kupują książkę, przyciskają ją do nosa i mocno się zaciągają, zamykając przy tym oczy. Czasami aż pomrukują z zadowolenia. Gdy wchodzą do biblioteki, nabierają powietrza głęboko w płuca, jakby byli w wysokich górach, następnie wyciągają jakiś stary tom z najbliższej półki i zanurzają w nim twarz z ewidentnym zamiarem złożenia na nim pocałunku.”

„Porachunki bezimiennej pisarki” Alice Basso

Tym cytatem zaczyna się pierwszy rozdział książki nazwany „Pisz o tym, na czym się znasz”. A to dopiero trzecia strona!!! Co będzie dalej? Pomyślałam, skąd autorka tak dobrze mnie zna. Czy to o mnie? Nie no, gdzieżby. Przecież takich fanatyków zapachu książek, jak ja, jest całkiem sporo. Jako książkoholik całkowicie oddany nałogowi, takich odniesień do mnie i mojej słabości w tych dwudziestu sześciu zatytułowanych rozdziałach jest sporo. To jakby w pewnym fragmencie książki czytać o sobie. A to zawsze się sprawdza.

Sprawdza się również bohaterka skrojona na miarę danego czytelnika. Alice Basso skroiła postać Silvany Sarci całkowicie na moją modłę i podobieństwo jednej, z moich ulubionych literackich bohaterek; Lisbeth Salander z trylogii Millennium stworzonej przez Stiega Larssona. Ciekawe czy Vani skradnie moje serce na dłużej, tak jak Lisbeth i czy dotrwam do ostatniej serii cyklu. Bo to, że mamy do czynienia z nową literacką serią to już wiadomo.

Musiało więc mi się podobać

Nie mogło być inaczej. Historia o pisaniu, czytaniu, publikowaniu, korygowaniu, drukowaniu książek z wątkiem kryminalnym w tle musiała mi się spodobać. Po prostu musiała.

Silvana, inaczej Vani, Sarca pracuje w Wydawnictwie Erica jako ghostwriterka. Jest odważna, pewna siebie. Zna swoją wartość i wie, jak ważna jest jej rola „autora widmo”. Jej wygląd odzwierciedla skomplikowany charakter. Czarny prochowiec, buty nabijane ćwiekami, fioletowa szminka, a do tego obrazoburcze poczucie humoru. Mimo specyficznej aparycji, odnosi spore sukcesy w swoim fachu. Potrafi z byle czego, byle jakiego małego pomysłu stworzyć prawie literackie arcydzieło. Gdy ratuje z literackiego stuporu Riccardo, dostaje kolejne zlecenie od swego pracodawcy. Ma „poudawać Biancę”, autorkę natchnionych przez anioły książek. Vani jak kameleon potrafi wejść w każdą skórę. Przeobraża się więc i w Biancę. Polotu jej pracy dodaje rodzące się uczucie pomiędzy nią a Riccardo, oficjalnym autorem napisanego przez Vani bestseleru. Wszystko układa się dobrze do momentu, gdy Bianca zostaje porwana. Vani wikła się w poszukiwania autorki wcielając się w kolejną postać, policyjnego detektywa. Czy ta rola okaże się dla niej tak samo łatwa, jak wcielanie się w postać innych pisarzy?

Raz, dwa, trzy czytasz Ty

Książka ma wiele do zaoferowania. To coś jak komedia kryminalna z przesłaniem wprost z rynku wydawniczego. Zacznę od przesłania. Wydawca Eric, typowy właściciel pisarzy, autorów widmo, drukarzy, kopiarzy, korektorów, redaktorów i wszystkich tych, którzy tworzą wydawnicze piekiełko. Postać na wskroś antypatyczna. Jest jednak idealnym przeciwnikiem Vani. Sama główna bohaterka ma mu wiele do zaoferowania. Wśród tych najczęstszych ofert jest sarkazm, inteligentny humor, sprytne „odbijanie pałeczki” i stwarzanie „sytuacji bez wyjścia”, oczywiście dla Erica i poddanych mu pisarzy. Bardzo przyjemnie czytało się o meandrach rynku wydawniczego, o problemach, z których boryka się każdy szanowany wydawca i ułomnościach, z którymi mierzą się autorzy książek. To czy wspomagacze w postaci ghostwriterów istnieją, nie jest tajemnicą. Pytanie zawsze brzmi, za którą książką, którą czytam czy też recenzuję kryje się ktoś taki, jak Vani. Może za „Porachunkami bezimiennej pisarki”?

Wracając do wątku kryminalnego, no cóż nie jest on głównym tłem książki. Nie można więc oczekiwać skomplikowanych i wysublimowanych zagadek, nieoczywistych tropów. Ogromną wartością przedstawionego w książce śledztwa jest postać sympatycznego komisarza włoskiej policji Berganzy. Niespiesznie prowadzi śledztwo, trochę jak Poirot. Jak sama zresztą autorka – fanka kryminałów – przyznała „(…) śledztwo jest przede wszystkim pretekstem, wątkiem, wokół którego zagęszczają się prywatne losy bohaterów, pomagające poznać ich osobowość”. Berganza prowadzi inteligentne dyskusje, z których wyciąga nieoczywiste wnioski. Do tego potrafi sobie dobrać idealnych kandydatów na współpracowników. Dlatego go lubię. Ciekawi mnie bardzo, jak będzie układała się współpraca Vani z Berganzą w kolejnych częściach cyklu. Bardzo udanie została przedstawiona relacja Vani z jej piętnastoletnią sąsiadką. Niby wątek poboczny, jednak bardzo, bardzo ciekawy.

Sama narracja również jest miłym zaskoczeniem. Zasadniczo narratorką jest Vani. Patrzymy na wydarzenia, jej myśli, z jej perspektywy. Narracja pierwszoosobowa przybliża nas do głównej bohaterki, bardzo dobrze ją tłumaczy. Tym samym Vani daje się bardziej lubić. Momentami autorka przenosi nas w wyniku retrospekcji do przeszłości Sarci, dzięki czemu zaczynamy bardziej ją poznawać. Podpatrujemy, co ją ukształtowało, ale… tylko troszkę.  Wówczas narracja jest trzecioosobowa.

Czytaliście kiedyś powieść, w której opisany został świat wydawniczy z jego jasnymi i ciemnymi stronami, kryminalne śledztwo, niebanalny romans, a to wszystko spaja silna, z mocnym rysem psychologicznym bohaterka? Ja do tej pory jeszcze nie, a książek zdarzyło mi się przeczytać sporo. Dlatego cenię tą pozycję za jej nietuzinkowość, a jej autorkę za odświerzające pióro i momentami przezabawny styl. Czuć entuzjazm w pisaniu to nie lada gratka, ale czytać z takim entuzjazmem to też niezwykła rzadkość.

Czekam z niecierpliwością na drugi tom cyklu. Nie mogę się doczekać tego, gdy podejrzę, co stanie się z polubionymi przeze mnie bohaterami.

ps. koncepcja książki jak „Forrest Gump” to prawdziwy majstersztyk. Tylko kiedy i kto ją wyda, hm..

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Kobiece.