„Sanctuary” V.V. James

SANCTUARY

  • Autorka: V.V. JAMES
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 476
  • Data premiery: 19.04.2022r.
  • Data premiery światowej: 09.03.2020r.

Znacie V.V. James? Wiecie coś o tej autorce? Ja z mojego researchu dowiedziałam się, że V. V. James to pseudonim używany przez Vic James. Z jej profili @drvictoriajames wynika, że uwielbia podróże, kocha czytać i jest bardzo wykształcona. Studiowała historię i angielski w Merton College w Oksfordzie, gdzie Tolkien był kiedyś profesorem. Przeprowadziła się do Rzymu, ukończyła doktorat w Tajnych Archiwach Watykańskich (w niczym nie przypominają Kodu Da Vinci), a następnie spędziła pięć lat mieszkając w Tokio, gdzie uczyła się japońskiego i pracowała jako dziennikarka. Teraz pisze w pełnym wymiarze godzin ( źródło: https://www.fantasticfiction.com/j/vic-james/ ).

Sanctuary to odpowiednie miejsce dla tej historii. (…) Kiedy skręcam w kolejną cichą podmiejską uliczkę, zrzucam śmieci z siedzenia pasażera na zmienię, żeby nikt ich nie zobaczył. Sanctuary to miejsce, które wie, jak sprawić, byś czuła się bezwartościowa.” -„Sanctuary” V.V. James.

„Sanctuary”, które premierę miało 19 kwietnia br. Wydawnictwo @Zysk i S-ka reklamuje jako „(…) trzymający w napięciu thriller o czarach, tajemnicach i niszczycielskiej sile matczynej miłości, w którym „Wielkie kłamstewka” łączą się z „Totalną magią”.  A wszystko zaczyna się od śmierci młodego licealisty Daniela Whitmana w pozornie spokojnym i sennym miasteczku, którego mieszkańcy o jego śmierć zaczynają obwiniać Harper Fenn jego byłą dziewczynę. Nietypową nastolatkę, córkę lokalnej wiedźmy. I jak to w takim gnuśnym, hermetycznym środowisku bywa: „Plotki i domysły szybko przekształcają się w oskarżenia, a miasteczko ogarnia paranoja, doprowadzająca do polowania na czarownice”– z opisu Wydawcy.

Gdzieś w okolicy pięćdziesiątej strony przemknęła mi myśl typu: O ludzieeeeeeeeeeeeeeeeeee. Ale o dziwo historia mnie pochłonęła😉. Im dalej zagłębiałam się w fabułę, tym szybciej czytałam chcąc dowiedzieć się, czy Harper lub jej mama Sarah miały coś wspólnego ze śmiercią idealnego syna, idealnej pary, w idealnym wręcz miasteczku.

Autorce należą się wyrazy uznania za wiele aspektów tej publikacji. Doceniam konstrukcję książki. Sam pomysł, by głównych bohaterów opisać na początku powieści już mi się spodobał. Autorka wyraźnie zaznaczyła, kto uczestniczył w sabatach oprócz Sarah Fenn. Umiejscowiła w relacjach pomiędzy bohaterami inne poboczne postaci oznaczając ich funkcję, typu dzieci, partnerzy, gliniarze itd. Wymieniła je z imienia i nazwiska. Bohaterów jest sporo, to fakt. Dzięki jednak jasnemu podziałowi i wyraźnemu opisowi na samym początku nie sposób wśród nich się pogubić. A jeśli nawet, wystarczyło sięgnąć do pierwszych stron i wyjaśnić wszelkie wątpliwości. Fabuła została podzielona zatytułowanymi, zwykle imionami bohaterów, rozdziałami. Narracja w rozdziałach pisanych z perspektywy kolejnych bohaterek jest pierwszoosobowa. I tak czytamy jak rzeczywistość kształtowała się z punktu widzenia Harper, jak samej czarownicy – Sarah. O czym myślała detektyw prowadząca śledztwo – Maggie i jakie cierpienie znosiła matka nieżyjącego chłopca – Abigail. Nad sensem sabatu głowimy się w narracji Bridget, a o sekretach magicznych na jej mężu czytamy w rozdziale zatytułowanym Julia. Są też wyjątki, które smakowały w tej książce bardzo dobrze. To rozdziały obrazujące co się dzieje wokół, jakie żniwo zbiera panika, jaka narracja istnieje w mediach oraz jakie informacje znajdują się w raportach policyjnych. Opisany „E-mail wysłany do detektyw Maggie Knight”, czy „Raport z incydentu, 28 maja”, lub „Fragment z „Sanctuary Sentinel”, a nawet „Transkrypt wiadomości i wywiadu „Na żywo”, w Con-TV. Connecticut Tonight” to „smaczki” urozmaicające i fabułę i narrację. Pisane nawet suchym, profesjonalnym językiem stanowiły przedsmak tego co mogłoby się dziać, gdyby historia oparta była na faktach. A „Tweety @Potus – oficjalnego konta Prezydenta Stanów Zjednoczonych” wręcz zwaliły mnie z nóg😊. Do tego wątek obyczajowy, który tak naprawdę jest dominujący w książce. Cztery przyjaciółki; Sarah, Abigail, Bridget i Julia. Cztery uczestniczki sabatu, ale tylko jedna wiedźma. Wspólne dzieciństwo dzieci, wspólne problemy, tragedie i traumy przeżywane razem. I jedna tragedia za dużo zmienia wszystko. Nagle nie ma już sabatu, nie ma zaufania, nie ma miłości, nie ma wsparcia. Jest tylko rozpacz, niezrozumienie i nienawiść, która podsyca wszystkich wokół do agresji.

Czas leczy wszystkie rany. Ale kiedy nie ma czasu, muszą wystarczyć czary” -„Sanctuary” V.V. James.

Bardzo dobrze Autorka zobrazowała psychologię tłumu, która opiera zachowania na domniemaniach, podejrzeniach i nienawiści. Psychologię wzmaganą przez rozpacz matki jedynaka. Matki, która tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie. Wręcz nieprawdopodobnie V.V. James opisała jak to działa. Co się dzieje z człowiekiem, który szaleje z rozpaczy. Do jakich czynów, w tym niecnych i niezgodnych z prawem jest się w stanie posunąć. Co tak naprawdę jest w stanie zrobić, by tłum za nim poszedł, by tłum go poparł.

Nie kupiłam w ogóle tych magicznych, czarodziejskich sztuczek. Chowańce, rytuał rozpoznania, czary, magia, eliksiry i życie obok zwykłej amerykańskiej społeczności to jednak było dla mnie za dużo. Kompletnie nie moja tematyka i nie mój zakres zainteresowania. Przyznaję jednak, że Autorka wspaniale i konsekwentnie scharakteryzowała życie wiedźm wśród zwykłych obywateli, wszelkie ograniczenia, przepisy, zwierzchnictwo i organizacje nadzorujące ich funkcjonowanie.  Tylko, co tak naprawdę jest prawdziwe, a co wyczarowane? Tego trudno się dowiedzieć, gdy życiem może rządzić magia.

Lekki thriller z ciekawą, magiczną fabułą. To idealna książka dla rozluźnienia, dla relaksu. Trochę inna, ale dobrze napisana. Przeczytajcie o Sanctuary. Przeczytajcie o mieście, „(…) które wie, jak sprawić, byś czuła się bezwartościowa”.

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka, za co niezmiernie dziękuję.

„Pętliczek” Piotr Brencz

PĘTLICZEK

  • Autor: PIOTR BRENCZ
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 160
  • Data premiery: 20.04.2022r.

Na oficjalnym profilu FB przeczytałam, że @brenczpiotr „(…) (ur. 1990) w Poznaniu, mieszka we Wrocławiu. Miłośnik jasnego, koncernowego piwa. Literacki masochista. „Pętliczek” to jego debiut książkowy.” Zastanowiło mnie na czym polega literacki masochizm Piotra Brencza😉. Mimo, że „Pętliczek” to debiut powieściowy Brencza, wspomnianego masochizmu w nim nie dostrzegłam. Książkę sprezentowało mi Wydawnictwo @Zysk i S-ka, za co niezwykle dziękuję, gdyż upominek okazał się wprost wyśmienity. Jest to krótka, a zarazem treściwa literatura, która premierę miała w ostatnią środę.

Codziennie to samo od lat.” – „Pętliczek” Piotr Brencz.

Tak zaczyna się „Pętliczek”, który dla mnie okazał się monodramem jednego literackiego aktora, Piotra Barszcza. Piotra żyjącego od siedmiu lat z Honoratą, która „(…) Z jednej strony robiła mu życie, nadawała sens. Z drugiej była ogranicznikiem, czymś, co hamowało jakiekolwiek zmiany.”. Piotra stykającego się z bliskimi z przeszłości i nie potrafiącego z nimi szczerze porozmawiać. Piotra stosującego wzmacniacze, by przeżyć kolejny dzień. Piotra niezadowolonego ze swego życia, awansu, wynajmowanego mieszkania. Piotra, dla którego wycieczka do Lizbony nie skończyła się dobrze.

Literatura piękna na najwyższym poziomie!

Taka myśl mi się zakotwiczyła w głowie po lekturze i nie chce odpuścić😊. Taki niepozorny „Pętliczek”, a tyle w nim treści, nad którymi warto się pochylić.

Taaaaaaak. Ta literatura dla mnie okazała się prawdziwie piękną. Pełną emocji, pełną smutku i głębi, której nie sposób znaleźć w kryminałach, moich ukochanych thrillerach, książkach obyczajowych, czy reportażach. Brencz zabrał mnie do świata Barszcza, który tylko powierzchownie jest prawie doskonały, jak często powierzchowne są rozmowy zapoczątkowane pytaniem „Jak leci?” na imprezach ze znajomymi sprzed lat. Na których „Obiecujesz sobie, że jeżeli znowu padnie to pytanie, to powstrzymasz się od mówienia prawdy, jakiejkolwiek prawdy, ludzie nie chcą tego słyszeć. Oni wymieniają tylko uprzejmości, które w ich opinii mogą roztopić wielką niezręczność”. Takich smaczków, które często obserwujemy i o których czasem myślimy, w „Pętliczku” znalazłam sporo. Aż dziw, że Autorowi udało się w tak niewielu słowach zawrzeć kwintesencję dzisiejszego życia w ciągłej niepewności, samotności i niezrozumieniu. Brencz zrobił to w sposób bardzo składny, ułożony, metodyczny. Do tego zastosował idealną – jak dla mnie – konstrukcję. Bardzo nieoczywistą, co dodatkowo książkę czyni ciekawą. Po pierwsze nietypowe nazwy rozdziałów jak; „Rutynoskopia”, „Czasiemiec”, „Rzekiwistość”, czy „Dziadziaizm”. Do tego narracja. Narracja jest arcyciekawa. Raz jest bardzo osobista, bardzo intymna. Autor wykorzystuje pierwszą osobę liczby pojedynczej, przez co czytelnik ma wrażenie, że czyta pamiętnik głównego bohatera. Na przykład: „Podniosłem ciężkie powieki…”, „(…) wciąż nie kontaktowałem.” Innym razem narrator zwraca się do czytelnika w drugiej osobie liczby pojedynczej: „Wieczorem dobierasz schludną koszulę do czarnych dżinsów. (…) Odrywasz dwie różowe tabletki z lista i powtarzasz w myślach, że to tylko na wszelki wypadek, doraźnie.” Lub „Znowu wykrwawiasz się przy Netflixie.(…) Czujesz pustkę w środku.”   A jeszcze w innym miejscu Autor korzysta z trzeciej osoby liczby pojedynczej pisząc o Piotrze per „ON”; „Nie umiał zdecydować, która ze stron przeważa. Może mamił siebie obietnicą zmian i patrzył właśnie na to, co już zostanie, jedyną stałą.”. Ta ciekawa kompozycja spowodowała, że odebrałam książkę bardzo dobrze, jako eksperyment literacki, który się Piotrowi Brenczowi udał.

Piotrem Barszczem mógłby być każdy z nas. Niezadowolony ze swego ciepłego gniazdka, intratnej posadki, czy codzienności skrojonej z kochających nas ludzi. Wiecznie niezadowolony z siebie. Poszukujący nowych doznać i niedoceniający tego, co ma. To trochę taka spowiedź współczesnego człowieka zawarta w krótkiej prozie o wielkiej wartości.

„Entliczek pentliczek, czerwony guziczek, na kogo wypadnie na tego bęc!”. Wypadło na Ciebie, by zanurzyć się w historię Piotra napisaną w naprawdę przepięknym stylu.

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” Cheryl Strayed

DZIKA DROGA. JAK ODNALAZŁAM SIEBIE

  • Autorka: CHERYL STRAYED
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery w tym wydaniu: 04.04.2022r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 17.06.2013r.
  • Data premiery światowej: 26.03.2012r.

Miałam wrażenie, że ludzie, którzy się tną, są w podobnym emocjonalnym stanie. Niepiękni, ale oczyszczeni. Niedobrzy, ale pozbawieni żalu. Próbowałam uśmierzyć ból. Próbowałam pozbyć się tego, co było we mnie złe, żeby znowu mogła być dobra. Wyleczyć się z siebie.” – „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” Cheryl Strayed.

Tak osobistą książkę w trzecim wydaniu opublikowało @Znak Literanova. Data premiery miała miejsce 4 kwietnia br.  Na okładce przeczytałam „Miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie”. Do tego typu sformułowań mam ambiwalentny stosunek. Nigdy im nie wierzę. Nie raz zachwyt większości nie szedł z moim zapałem i odwrotnie. Na skrzydełkach obwoluty przeczytałam kilka opinii. Nicole Kidman oceniła książkę jako „Niesamowitą i inspirującą”. Oprah Winfrey wyraziła opinię: „Prawie spadłam z krzesła…To była szalona literacka jazda… Stymulująca, zmuszająca do myślenia, wzmacniająca duszę.”. Z wielką nadzieją zabrałam się do czytania „Dzikiej drogi. Jak odnalazłam siebie” Cheryl Strayed licząc, że podzielę zauroczenie tą pozycją z wieloma.

Ludzie w moim życiu byli jak plastry z opatrunkiem, które rozwiał pustynny wiatr pierwszego dnia na szlaku. Rozpraszali się we wszystkie strony i znikali. Nikt nie czekał nawet na to, że zadzwonię, kiedy dotrę do pierwszego przystanku. Ani drugiego, ani trzeciego.” – „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” Cheryl Strayed.

Narratorką powieści jest Cheryl Strayed, która nieprzypadkowo przyjęła to nazwisko. W języku angielskim, jak wyjaśnia nam tłumacz, to forma imiesłowowa czasownika błąkać się, zboczyć z drogi. Bez wątpienia Cheryl zboczyła z drogi nie raz. Robiąc bilans własnego życia, własnych błędów postanowiła w pewnej chwili wyruszyć szlakiem The Pacific Crest Trail. Bez żadnego przygotowania, bez treningów przeszła ponad tysiąc siedemset kilometrów wśród gór, zboczy, pośród niedźwiedzi, węży, a nawet napotykając śnieg. W trakcie podróży zrzuciła kilka kilogramów, spotkała wielu innych wędrowników, eksploratorów przyrody, zdarła prawie wszystkie paznokcie i nabawiła się wielu odcisków. Zyskała jednak zdecydowanie więcej. Jak sama o sobie mówi: „Przychodziłam. Odchodziłam. Kalifornia ciągnęła się za mną jak długi jedwabny szal. Nie czułam się jak straszna idiotka ani jak twardzielka, cholerna jej wysokość królowa Amazonek. Czułam się zawzięta, pokorna i wewnętrznie pozbierana, jakbym również była tu bezpieczna.” Zyskała samą siebie.

Z jednym mogę się zgodzić, jest to naprawdę inspirująca książka zmuszająca do myślenia i zastanowienia się nad własnymi wyborami oraz wartościami. Cheryl jest jednocześnie narratorką i główną bohaterką tej powieści drogi. Przeszła bardzo długi trakt. Drogę od sieroty – córki, sieroty – siostry, sieroty – rozwiedzionej żony, sieroty – własnego ja, które zatraciła w ogromie błędnych decyzji, które miały uśmierzyć jej ból. Szlak The Pacific Crest Trail był zewnętrznym odzwierciedleniem jej ścieżki życiowej. Jej wspinaczki w stronę lepszej siebie, w stronę siebie bardzie ogarniętej, nie boksującej się wewnętrznie ze swoimi demonami każdego dnia. Narracja jest bardzo osobista, bardzo intymna. O Cheryl dowiadujemy się naprawdę sporo. Poznajemy jej rozpacz po nagłej stracie matki, która zajmowała ważną rolę w jej życiu. Strayed ujęła mnie relacją córka – matka zobrazowaną w książce. Mimo, że życie Autorki nie było usłane różami potrafiła docenić starania własnej mamy, by wraz z rodzeństwem miała – jak tylko to możliwe – godziwe życie. Nawet na farmie bez toalety w domu mogła zachować swoją godność, swoje człowieczeństwo. Obraz umierania chwycił mnie za serce. Mimo, że nie trwał długo, kładł się cieniem na całą książkę, która ma niebagatelną  ilość 480 stron. Już sam początek, gdy obie dowiedziały się o nieprzychylnej diagnozie i nie zamieniły ze sobą słowa.

„Nie dlatego, że czułyśmy się osamotnione w naszej rozpaczy, tylko dlatego, że tkwiłyśmy w niej tak mocno, jakbyśmy były jedną osobę.” – „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” Cheryl Strayed.

Część związana z utraconą matką okazała się dla mnie bardzo poruszająca. Podobnie jak tęsknota za ojcem, który nigdy nie był obecny w życiu Cheryl. A przecież;

Zadaniem ojca jest nauczyć dzieci, jak być wojownikami, dać im pewność siebie, by mogły wsiąść na konia i ruszyć do boju, jeśli jest to konieczne. Jeśli ojciec cię tego nie nauczył, to musisz to zrobić sama.” – „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” Cheryl Strayed.

To naprawdę poważna literatura z poważnymi treściami. Nie tylko aspekt rodzicielstwa został dobrze rozpisany. Także relacje pomiędzy Cheryl a jej rodzeństwem, siostrą Karen i bratem Leifem oraz relacje damsko – męskie zasługują na uwzględnienie. Delikatny Paul, jej ostoja i opoka. Szansa, która została zmarnowana. Drapieżny Joe i wielu, wielu innych.

Książka składa się z pięciu części podzielonych na zatytułowane rozdziały. Łącznie powieść składa się z dziewiętnastu rozdziałów, które skupiają się na różnych etapach drogi i życia Cheryl. Do tego pomysł palenia książek zabranych na szlak, by zmniejszyć ciężar plecaka. Z jednej strony nie pochwalam i nie zalecam. Z drugiej chwalę za determinację, by obciążyć plecak tylko po to, by przez znaczną część dźwigać lekturę do przeczytania. Oprócz Cheryl w książce spotykamy wielu ciekawych bohaterów. Ci na szlaku pojawiają się w różnych miejscach. Są chwile, że towarzyszą Cheryl, by zaraz zniknąć. Taki jest zamysł wędrowania tym traktem, współtowarzyszenie pojawia się tylko na moment. Mile wspominam Douga, z którym Cheryl mogła stworzyć coś wspólnego i jego kompana Toma. Mogła…ale nie zdążyła. Z uśmiechem czytałam o Trzech Młodych Byczkach. Ciekawy przerywnik w podróży stanowił Jonathan. Z uwagą śledziłam równoległą podróż Stacy i Rexa, a także wielu innych. Z niektórymi Cheryl spotkała się tylko na moment. Pojawili się jak motyl i zniknęli. Byli jednak ważnym doświadczeniem w trakcie samotnej podróży młodej kobiety w stronę samej siebie.

Historia Cheryl zachwyciła filmowców. W 2014 roku pojawiła się ekranizacja o tym samym tytule z  Reese Witherspoon w roli Cheryl i  Laura Dern w roli jej matki. Po przeczytaniu książki sięgnęłam po ten tytuł. Szczerze polecam. Tak samo jak polecam książkę. Mimo, że jest trudna, wymaga myślenia i głębokiego zastanawiania się. Chwilami męczyły mnie opisy otaczającej przyrody, a dni w drodze nużyły mnie, tak samo jak pojawiające się po raz któryś te same wątki. Stwierdzam jednak, że powieść ma ogromną wartość dydaktyczną i terapeutyczną. Jest zwieńczeniem tego, z czym sami borykamy się w naszym życiu, a co może skończyć się całkiem pozytywnie, o ile podejmiemy wysiłek, by coś zmienić.

Bo tak naprawdę to:

 „Nie wiadomo, dlaczego niektóre rzeczy się dzieją, a inne nie. Co do czego prowadzi. Co będzie niszczyć. Co sprawia, że jedna rzecz rozkwita, a druga umiera lub zmierza w inną stronę.” – „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” Cheryl Strayed.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Cały jestem twój” Weronika Tomala

CAŁY JESTEM TWÓJ

  • Autorka: WERONIKA TOMALA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 300
  • Data premiery: 29.03.2022r.

Lubię książki autorstwa @WeronikaTomalaAutor. Tomala jest specjalistką w pisaniu książek obyczajowych z silnym wątkiem romantycznym. Tak było przy okazji „Il professore. Włoska miłość” oraz „Cztery liście koniczyny”. Kolejna publikacja od Wydawnictwa @Zysk i S-ka tej Autorki to „Cały jestem twój”, która premierę miała 29 marca br.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie, a czytając można się rozmarzyć i oderwać od rzeczywistości. Bowiem i tym razem Weronika Tomala zabrała mnie w świat przeżyć i uczuć, które nie powinny nigdy mieć miejsca. Zabrała mnie w podróż w stronę miłości, która nie powinna się zdarzyć. Tym razem w wątku romantycznym postawiła na oryginalność. Główną bohaterką jest Lilianna, która ciekawi praktycznie wszystkich. Po pierwsze dlatego, że jest ablinoską. Po drugie, że wykonuje zawód z pozoru dedykowany mężczyznom. Zostaje stajenną w posiadłości Doriana Wilczyńskiego.

Trochę ten dziedzic Wilczyński przypomina mi innego literackiego Doriana, o którym czytałam w „Pięćdziesięciu twarzach Greya”😉. Nie wiem, czy to celowy zabieg Autorki, czy tylko całkowita zbieżność imion. Jest tak samo tajemniczy, mroczny, mrukliwy i pełen własnych sekretów, a przy tym bajecznie przystojny i nieziemsko bogaty. Może dlatego tak pociąga praktycznie od samego początku skromną, odrzuconą przez własnych rodziców i rówieśników Liliannę. Jest to książka o porzuceniu, odtrąceniu i ich skutkami, które mogą zawarzyć na całe życie, ale i o miłości, o jej sile, która czasem okazuje się silniejsza niż wszystko inne. Bowiem prawdziwa miłość jest wytrwała i powoli pokonuje wszystkie przeszkody. Bardzo podobał mi się też wątek związany z końmi. Autorka zobrazowała rzeczywistość pracy i opieki nad tymi zwierzętami w sposób bardzo przemyślany i realistyczny. Chemia między bohaterami chwilami mnie męczyła, nieadekwatne do narracji, temperamentu bohaterów zwroty akcji również, momentami wydawała mi się to lekko naiwne, tym bardziej, że na horyzoncie pojawił się niewielki wątek kryminalny. Jaka szkoda, że nie został rozwinięty jeszcze bardziej!

Muszę jednak przyznać, że jest to przyjemna i lekka powieść obyczajowo – romantyczna z intrygą kryminalną w tle. Historia ma w sobie potencjał, a książka o miłości sprawdza się przecież o każdej porze dnia i nocy. Wystarczy tylko wziąć ją do ręki, a wszystko wokół zacznie nam się jawić w sposób bardziej przystępny, bardziej kolorowy. Co ważne, to wszystko w zasięgu i w tempie pozwalającym na szybkie zapoznawanie się z opowieścią. A jeśli książka nie nuży i nie rozwleka się, to jest to dobra książka. Miłej lektury.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Lustro naszych smutków” Pierre Lemaitre

LUSTRO NASZYCH SMUTKÓW

  • Autor: PIERRE LEMAITRE
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: DZIECI KATASTROFY (tom 3)
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 23.03.2022r.
  • Data premiery światowej: 02.01.2020r.

Czytała powieści, a coś takiego nigdy nie wychodzi na dobre, mąci w głowie.” – „Lustro naszych smutków” Pierre Lemaitre.

Ja też powieści czytam i to nałogowo. Już mi chyba bardzo mocno pomąciły w głowie😉. By udowodnić Wam, że nie próżnuję zapraszam do przeczytania moich spostrzeżeń po lekturze książki Pierre’a Lemaitre, którego poznałam przy okazji tytułu „Kolory ognia”, drugiego tomu cyklu „Dzieci katastrofy”. W poprzedniej części bardzo podobała mi się silna postać kobieca – Madeleine. To cykl powieści naznaczonych znakiem czasu, w których Autor bardzo często zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Historie osadzone z wojną w tle, są z jednej strony przygnębiające, z drugiej często niosą nadzieję. Tak było w przypadku premiery z 23 marca br. od @WydawnictwoAlbatros, tj. w drugim tomie serii pt. „Lustro naszych smutków”. Mi bardzo spodobała się okładka książki. Jest wyjątkowo francuska, na wskroś paryska 😊. I na tej części „(…) kończy się ta trylogia czasów międzywojnia, przygoda rozpoczęta w 2012 roku….” – „Lustro naszych smutków” Pierre Lemaitre.

Każdy naród ma w swojej historii momenty, których się wstydzi. Dla Francuzów z całą pewnością zalicza się do nich kampania z 1940 roku. Po temat sięgali najwięksi pisarze, jak Jean-Paul Sartre. Nie mógł się temu oprzeć również Lemaitre. I choć jego rozliczenie z tym okresem nie ocieka jadem – jest miejscami zabawne i ciepłe – nie traci przez to swej mocy”- z opisu Wydawcy.

Nie mogłam lepiej Was wprowadzić w fabułę powieści. Tak, francuskie wydarzenia z roku 1940 są tłem dla opisywanych w powieści historii. Śledzimy szczegóły kampanii, zachowanie przywódców, losy zwykłych, szeregowych żołnierzy, a także strategie, które zastosowała Francja, w tym informacyjną propagandę, która rozpisana została przez Autora bardzo interesująco. Nie jest to jednak powieść historyczna. Dzieje wojny splatają się z historią zwykłych obywateli. Louise Belmont całkiem nieświadomie wplątuje się w skandal obyczajowy, na którym miejscowy sędzia próbuje wzmocnić swoją pozycję w palestrze. Wdowa po doktorze Thirion jest rozliczana przesz kaprala Landrade, który wojnę wykorzystał dla celów zarobkowych. Młody Gabriel próbuje dostosować się do życia  w okopach, a Désiré wciela się w różne role, w których za każdym razem wypada wyjątkowo wiarygodnie. A w tym wszystkim Niemcy, Francuzi i francuska bohema. Francuskie jedzenie, muzyka i zapachy, które przenoszą czytelnika w inny świat i inne czasy. Jak się okazuje dla współczesnych, nie tak bardzo odległe, nie tak niewiarygodne.

Zdecydowanie bardziej podobała mi się ta część od poprzedniej. Jej główną zaletą jest ciekawa konstrukcja fabuły. Nie chodzi mi tylko o formalną szatę powieści, którą Autor podzielił na trzy części; 6 kwietnia 1940 roku, 6 i 13 czerwca 1940 roku. Każda z części składa się z ponumerowanych rozdziałów, których łącznie jest pięćdziesiąt cztery. Mam bardziej na myśli trzy równolegle toczące się historie, które w odpowiednim momencie stykają  się ze sobą i splatają w jedną całość. Jedna dotyczy Louise, druga Gabriela, lecz tylko pozornie, a trzecia Désiré Mignarda, lub Micharda, lub Mignona, lub Migaultsa, a zresztą jak kto woli.  Taka kompozycja powieści jest jej wielką zaletą. Przenosi czytelnika w różne historie i dzieje się to w sposób bardzo płynny. Akcja związana z różnymi bohaterami powoduje, że powieść się nie nudzi. Dzieje się to głównie dlatego, że każdy z nich i  Louise, i  Gabriel, a przede wszystkim  Désiré  są postaciami bardzo ciekawymi, nietuzinkowymi. Sama  Louise  to trzydziestoletnia kobieta po przejściach, której nie dane było doczekać się potomstwa. To pragnienie spowodowało, że „(…) na jej twarzy zaczynają pojawiać się niedostrzegalne tiki, ten zacięty, nerwowy, drażliwy i spięty wyraz twarzy kobiet, u których narasta frustracja, bo nie mogą mieć dzieci”. Jednocześnie miejscowa nauczycielka i kelnerka w restauracji u Pana Jules’a w „La petite Bohème”, która dziwnym zbiegiem okoliczności wplątała się w historię samobójstwa doktora Thirion. Pomysł na zakończenie życia doktora oceniam jako wyśmienity. Najbardziej podobała mi się postać Désiré. Wypadła wiarygodnie w każdej z przypisanych jej ról. Mecenas, rzecznik prasowy Ministerstwa Informacji, a raczej należałoby rzec Propagandy, pilot, ksiądz, lekarz – chirurg, czy nauczyciel. Désiré zawsze ekscytujący, intrygujący, przykuwający wzrok. Jedni mówili, że zuchwały i rzutki, inni, że troskliwy, poważny i skupiony, a jeszcze niektórzy, że skromny i nieśmiały. O nim mogłabym czytać naprawdę dłuuuuuugo. I Gabriel, który ze swym kompanem Raoulem przemierza francuskie ziemie w trakcie działań wojennych. Mimo, że niektórym wydawało się, iż ten konflikt zbrojny „(…) nie był niczym innym, jak tylko wielkimi pertrakcjami dyplomatycznymi na europejską skalę, pełnymi efektownych patriotycznych mów i gromkich zapowiedzi, gigantyczną partią szachów, w której powszechna mobilizacja stanowiła dodatkową zagrywkę pod publiczkę.” wojna wybuchła naprawdę. I to Gabriel razem z Raoulem Landrade doświadczyli jej naprawdę. Jak na Lemaitre’a przystało powieść kończy się epilogiem, w którym dowiadujemy się, co dzieje się potem. I na zakończenie tzw. „wisienka na torcie”. Jaka? Musicie przekonać się sami😉.

Powieść skomponowana jest bardzo dobrze. Nie tylko postaci pierwszoplanowe są warte uwagi. Z ciekawością śledziłam osobę Pana Jules’a, wczytywałam się w losy matki Louise – Jeanne i jej historii miłosnej, Alice i jej męża, czy majora, który w zawierusze wojennej pojawił się i na początku, i na końcu. Narracja poprowadzona została w trzeciej osobie. Jest bardzo dynamiczna, bez zbędnych ozdobników i męczących opisów. Nawet opisywanie przeszłości oraz emocji i świata wewnętrznego bohaterów mnie nie nudziło. Nie przeszkodziło mi w pozytywnym odbiorze książki nawet zwrócenie się do czytelnika bezpośrednio. Autor zastosował tę technikę na końcu książki i może dlatego, że nie było to częste, ten zabieg mnie nie zmęczył.

Czego w tej książce nie ma!!!!! Jest i wojna, i hochsztapler, i nadużycia w wojsku, i niespełniona miłość, i późne rodzicielstwo, i bohaterstwo, i tajemnica rodzinna. Są wyraziści i zachwycający bohaterowie. A przede wszystkim jest nietuzinkowa i arcyciekawa opowieść w bardzo przyjemnej narracji. Szczerze polecam. Czytajcie!!!

Moja ocena 8/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Skrawki nadziei” Maria Paszyńska

SKRAWKI NADZIEI

  • Autorka: MARIA PASZYŃSKA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Cykl: CUDA CODZIENNOŚCI (tom 2)
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.03.2022r.

Jak wspomniałam w recenzji pierwszego tomu cyklu „Cuda codzienności” „Autorkę @Maria Paszyńska niezwykle cenię za cykl „Wiatr ze wschodu”. Oba cykle opowiadające całkowicie o innej rzeczywistości czytałam z zaciekawieniem. Śledząc fabułę skonstruowaną bardzo przenikliwie i intrygująco, wsłuchiwałam się w losy bohaterów, za którymi podążałam od początku lektury do jej samego końca. Drugi tom cyklu pt. „Skrawki nadziei” przeczytałam jakiś czas temu. Książka premierę dzięki Wydawnictwu @Książnica miała 23 marca br. Mnie ogarnęło niestety przesilenie kwietniowo – zimowe. Jak to w przysłowiu „Kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata” i tak przeplatał, że się nabawiłam infekcji. Mam jednak nadzieję, że tą spóźnioną recenzję przeczytacie 😉.

Ciszakowie wreszcie mają swój dom w warszawskiej kamienicy na Smolnej. Mają też swoją niepodległą Polskę. Patrzą w przyszłość z nadzieją i mimo codziennych trosk szczęśliwie żyją każdego dnia. Niestety idylla nie trwa długo. Do Warszawy zbliżają się Bolszewicy. W tej wojennej zawierusze Maciej i Staszka próbują poskładać siebie i swoją rodzinę na nowo. Próbuję tworzyć nadal swój mały świat. „Czy można przywrócić do życia serce skute lodem? Czy każdy zasługuje na przebaczenie? Czy miłość zdoła uleczyć nawet najbardziej bolesne rany?” – z opisu Wydawcy.

Książka okazała się dla mnie idealna na współczesne czasy. Realność wojny nabiera na sile, gdy ze wschodniej granicy docierają do nas tak smutne i mrożące krew w żyłach wiadomości. Mimo, że dzieli mnie długa przestrzeń czasowa w pełni rozumiałam historię opisaną przez Panią Marię. Rozumiałam Ciszaków, którzy w trakcie wojennych zmagań starali się nie zapomnieć o sobie i dawać sobie wzajemnie nadzieję oraz siłę. Mimo trudnych wątków podjętych przez Autorkę w fabule ja powieść odebrałam bardzo pozytywnie. Zmieniła mój światopogląd i dała mi siłę, by myśleć optymistycznie, nawet jeśli rzeczywistość mnie trochę przytłacza 😊.

Coś w tych książkach Marii Paszyńskiej jest. Nie wiem do końca jak Autorka to robi, ale bohaterowie, często prości ludzie, są mi naprawdę bliscy. Paszyńska umiejętnie nadała postaciom bohaterski rys. w tej małej stróżówce na Smolnej w Warszawie dzieją się cudowne rzeczy. Rodzice odnoszą się do siebie z szacunkiem, w relacjach króluje miłość, ponadczasowe i silne wartości przekazywane są z pokolenia na pokolenia. To taki dom nietutejszy, niewspółczesny. Taki dom, w którym sama chciałabym zamieszkać, bo w nim tkwi siła by stawić czoła przeciwnościom losu. Ciekawił mnie bardzo wątek dorastania i dojrzewania dzieci Ciszaków, tj. Michała, Amelii, Bogny i Nawojki. Z jednych rodziców, z jednego domu, a jakże różniących się od  siebie. Każdy widzi siebie w innym miejscu, każdy pragnie czegoś innego i do czegoś innego dąży. Nie oddalają się jednak ani od siebie, ani od swoich rodziców. Nie oddalają się od domu. Oczywiście najbardziej podobała mi się osoba Nawojki. Paszyńska stworzyła wolnego ducha i wyemancypowaną kobietę, której echo wybrzmiewało już w pierwszej części.  Tak silne kobiety zawsze mnie zachwycają. A silne kobiety, których życie zostało osadzone sto lat temu, tym bardziej.

Podoba mi się konstrukcja fabuły. Autorka podzieliła powieść na części uwypuklając tym samym jej rys historyczny. Czytelnik ma więc do dyspozycji dosłownie kilka rozdziałów w takich częściach jak: „Wiosna 1920”, „Wiosna 1921”, „Wiosna 1937” i wreszcie  „Wiosna 1938”. Czytelnik nie obyty z historiografią poradzi sobie dzięki temu z aspektem historycznym bez problemu, co często stanowi kłopot w powieściach tego rodzaju.

Polecam Wam „Skrawki nadziei”. Polecam barwną i emocjonującą książkę z historią w tle. Powieść, w której nie brak nostalgii i kontemplacji nad tym, co już minęło, co już nigdy nie wróci. Jednocześnie powieść daje nadzieję, że nawet trudne losy można przezwyciężyć i zawalczyć o lepsze jutro.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„Dziewczyna z głową w chmurach”

DZIEWCZYNA Z GŁOWĄ W CHMURACH

  • Autorka: ANNA SZCZĘSNA
  • Wydawnictwo: KOBIECE
  • Seria: MIĘDZY STRONAMI ŻYCIA. TOM 3
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 09.03.2022r.

„Dziewczyna z głową w chmurach” to trzeci tom cyklu „Między stronami życia”. Zamyka ona tym samym niestety sagę toruńską. Po „Dziewczynie, która patrzyła w słońce” i „Dziewczynie z wiatrem we włosach” z niecierpliwością wypatrywałam 3 tomu. Cykl ten ma ciekawą konstrukcję. Z jednej strony można powiedzieć, że każdy tom to historia jednej z przyjaciółek, z drugiej strony jednak losy bohaterów poznanych wcześniej toczą się dalej w kolejnych tomach. Zdecydowanie polecam więc czytanie cyklu po kolei. Lektura będzie wtedy zdecydowanie pełniejsza i bogatsza.

W ostatnim tomie główną bohaterką jest Beata, projektantka wnętrz, samotnie wychowująca córkę. Kobieta od dawna nie utrzymuje kontaktu z rodzicami, ale zawsze mogła liczyć na bezwarunkowe wsparcie cioci Weroniki. Jej nagła śmierć jest dla niej i jej córki dużym ciosem. Dodatkowo w jej życiu ponownie pojawiają się rodzice, siejąc w jej uczuciach spory zamęt. Po wielu latach milczenia pojawia się też ojciec Lilki, który chce nawiązać z córką kontakt. To wszystko jest dla Beaty bardzo trudne. W celu oderwania się od problemów kobieta wyjeżdża z córką i przyjaciółkami na Lazurowe Wybrzeże, gdzie zwiera przelotną, ale mającą dla niej znaczenie znajomość. Do Polski wraca z wręczoną jej wizytówką, czy będzie miała dość odwagi, by sięgnąć po to czego pragnie, a przede wszystkim czy będzie potrafiła być szczęśliwa w nowej rzeczywistości?

Powieść składa się z 57 rozdziałów, pisanych w narracji trzecioosobowej. Książkę czyta się bardzo przyjemnie, i płynnie. Z kart książki przebija optymizm i radość życia, i mimo, że nie brakuje w niej trudnych tematów, zdecydowania jest to pozycja, która pozostawia nas z pozytywnym nastawieniem. Charaktery bohaterów są bardzo zróżnicowane, ale są oni przedstawieni w sposób wielowymiarowy i prawdziwy, każdy z nich ma swoje zalety i wady, jak to życiu. Jest to pozycja o sile przyjaźni, ludzkiego wsparcia, sztuce przebaczania, odwadze pójścia do przodu i walce w swoje marzenia. Istotnym wątkiem jest tu też macierzyństwo, miłość matczyna, więź matki z córką. Autorka zwraca uwagę na ważny wątek, że bycie dobrą matka bynajmniej nie jest tożsame z rezygnowaniem z siebie, z poświęceniem się dla dobra dziecka. Jeżeli matka nie zadba o siebie i swoje potrzeby, nie będzie miała siły dobrze zadbać o dziecko. Prawda zdawałoby się dosyć oczywista, ale w praktyce dla wielu matek trudna do zastosowania.

Jeżeli szukacie pozytywnej lektury, która podniesie Was na duchu, da Wam materiał do refleksji i będzie przy tym sposobem na mile spędzony czas, to koniecznie sięgnijcie po sagę toruńską. Polecam.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z książką bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

„Obsesja i inne formy miłości” Sarah Crossan

OBSESJA I INNE FORMY MIŁOŚCI

  • Autorka: SARAH CROSSAN
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 23.03.2022r.

Wyczerpanie zatruwa moje wargi powieki. Nie ma iskry w oku, jest milczenie. Nie wiem, jak mam to przywrócić”.– „Obsesja i inne formy miłości” Sarah Crossan.

Premiera sprzed tygodnia od @wydawnictwoznakpl autorstwa Sarah Crossan pt. „Obsesja i inne formy miłości” jest prawdziwym fenomenem. Będąca powieściowym debiutem Autorki książka powaliła na kolana wielu czytelników, a nobliwych recenzentów wprawiła w osłupienie. Sama do tej pozycji podchodziłam z przymrużeniem oka. Entuzjastyczne recenzje na tylnym skrzydełku obwoluty kompletnie mnie nie przekonały. Wiele dotychczasowych bestsellerów okazywało się dla mnie nie do strawienia. I już po przeczytaniu paru stron zakochałam się w tym słowie. W tej poezji zawartej w niezwykłej prozie.

 „Skąd możemy wiedzieć, które dni staną się dla nas przełomowe? Póki jesteśmy przy życiu, uprawiamy hazard.” .– „Obsesja i inne formy miłości” Sarah Crossan.

Ana Kelly popełniła chyba wszystkie błędy tej trzeciej. Podporządkowała swoje życie kochankowi. Naciskała na niego, by wybrał życie z nią lub pozostanie z żoną. Dawała się wodzić za nos przez trzy lata. Nie walczyła o swoje małżeństwo i rodzinę wierząc, że jej ukochany wreszcie się otrząśnie i będzie mogła zostać pełnoprawną Panią Connorową Mooney. Kwestionowała życie żony i życzyła jej jak najgorzej unikając przyznania, że zajmuje ona w życiu jej kochanka kluczową rolę. A gdy odszedł listę grzechów poszerzyła o kolejne. Zbliżyła się do żony Connora, Rebecci Taylor, poznała wreszcie jego trzech synów i usiadła na kanapie, na której do tej pory tylko on siadał z nią. Aż do pamiętnego spotkania z wdową na cmentarzu….

Książka, która wzbudzone w trakcie czytania emocje zatrzymuje na dłużej w sercu czytelnika, jest prawdziwym arcydziełem. Tak mam z „Obsesją i innymi formami miłości”. Po zamknięciu okładki odczuwam dołujący smutek i żal dzielony z Aną Kelly. Żal za utraconą miłością i za tym, że jej się jednak nie udało wygrać tego nierównego wyścigu.

Książka napisana jest bardzo delikatnie. Przepiękne słowa muskają strony i wpadają w ucho jak delikatne płatki goździków, które widać na jej okładce. Sarah Crossan potrafi bawić się słowem pobudzając czytelnika do myślenia, do zastanowienia się, do zatrzymania. Jak w poniższych zdaniach:

„Nie mogłeś odejść, bo mój ból nie ma znaczenia. A teraz zobacz, co zrobiłeś. Wszystkim.”

„Nigdy nie wspominałeś, że lubisz kwiaty, lecz wkrótce okryje cię dywan jasnych płatków o barwie umierania, wyraz miłości.”

Nieprawowita wdowa Ana Kelly jest narratorką powieści, która ma bardzo charakterystyczny, intymny charakter. Na romans z Connorem patrzymy z jej perspektywy, na samą Rebeccę również spoglądamy jej oczami. I tu duże zaskoczenie, nie demonizuje jej w rzeczywistym życiu, nie umniejsza jej zaletom. Zaczyna traktować ją jako ważną jednostkę posiadającą liczne pozytywne cechy. Stara się odnaleźć w tym cierpieniu, które stało się jej udziałem. I tylko ten Mark, który się nie daje zwieść….

Powieść składa się z pięciu części. W każdej części Ana ewoluuje. W każdej części Anę poznajemy z innej strony. Autorka dawkuje nam fakty dotyczące jej życia, życia Connora, ich małżonków i ich dzieci. Nieregularny charakter narracji, brak dialogów, które występują tylko w sferze cytatów, wspomnień Any oraz wersy kończące się po jednym zdaniu i mnogość akapitów, świadczy o wyjątkowości tej prozy. Dzięki tak nieszablonowej konstrukcji stara jak świat historia tej trzeciej nabrała nowego charakteru, nowego wydźwięku, bardziej poetyckiego wydźwięku. I z tego powodu warto przeczytać tę książkę. A czyta się ją wyjątkowo szybko. Na jednej stronie raptem kilkanaście, kilkadziesiąt zdań. W większości zdania pojedyncze, za to z mnóstwem treści i emocji.

Jeśli chcecie zanurzyć się w historię o utraconej miłości, zdradzie, braku szacunku w nieoczywistej formie, to sięgnijcie po „Obsesję i inne formy miłości”  Sarah Crossan. A jeśli nie chcecie, to też sięgnijcie😉. Tak skonstruowanej prozy na pewno jeszcze nie czytaliście😊.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Sukienka z wody” Agnieszka Litorowicz-Siegert

SUKIENKA Z WODY

  • Autorka: AGNIESZKA LITOROWICZ-SIEGERT
  • Wydawnictwo: W.A.B
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 09.03.2022r.

Bardzo cenię sobie książki Agnieszki Litorowicz-Siegert. Zaczęło się od dwóch tomów „Olszan”, które mnie oczarowały, potem była niemniej dobra „Karuzela”. Kiedy więc usłyszałam o premierze „Sukienki z wody” wiedziałam, że chcę po nią sięgnąć jak najszybciej. Klimatyczna okładka tylko podsyciła entuzjazm, jaki żywiłam do tej powieści. Przeczytałam ją szybko, zaraz po otrzymaniu, praktycznie jednym tchem, a teraz nadrabiam podzielanie się z Wami wrażeniami z lektury….

Alina po latach wraca do rodzinnego Szczecinka, by odwiedzić Edytę, przyjaciółkę, która po wypadku zapadła w śpiączkę. Od jej męża otrzymuje niezwykłą propozycję – dokończenia książki, którą Edyta pisała przed wypadkiem. Jest ona bowiem znaną pisarką, a ta powieść może stanowić przełom w jej karierze. Alicja jest profilerką, ma na swoim koncie publikacje z zakresu kryminalistyki. Dzięki temu i bliskiej więzi, która łączy ją z przyjaciółką jest ona jedyną osobą, która może pomóc w tej sytuacji. Mimo licznych wątpliwości, w tym tych natury moralnej, kobieta zgadza się na otrzymaną propozycję. Zaczyna od wgłębienia się w to, co do tej pory Edyta napisała. W czytanej historii zaczyna dopatrywać się czegoś, co naprawdę zdarzyło się w życiu przyjaciółki, prawdziwych emocji. Podejrzewa ją o fascynację innym mężczyzną, romans. Jest to dla niej szokujące, gdyż pisarka od wielu lat tworzy ze swoim mężem wspaniałą parę, w której mimo upływu lat wciąż widać wielką miłość. Alicja wraz z drugą przyjaciółką Reną postanawiają pójść tropem zostawionym im w książce i odnaleźć tajemniczego mężczyznę, bo dowiedzieć się, co się tak naprawdę wydarzyło, ale też by ustrzec Edytę przed wielkim błędem. Tylko czy przyjaźń daje nam prawo do kierowania czyimś życiem? Podczas pobytu w Szczecinku Alina odnawia stare znajomości, zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem i zupełnie nieoczekiwanie odnajduje miłość.

Jest to powieść o sile kobiecej więzi, o przyjaźni i dylematach, czy mimo silnej więzi da się wejść w czyjąś skórę, odgadnąć czyjeś uczucia. Czy nawet jeśli to możliwe, daje to powód do ingerencji w czyjeś życie, nawet jeśli robi się to w imię ratowanie miłości i rodziny? Jest to też opowieść o sile miłości, tym, że miłość może mieć różne oblicza. Jest miłość wielka, silna, trwająca latami, będąca podporą i elementem codziennego życia. Jest też nagła fascynacja, zauroczenia o dużej sile, które gwałtownie wybuchnąwszy, może również szybko wygasnąć, zostawiając po sobie tylko zgliszcza. W końcu jest też miłość, która przychodzi do nas nagle, jest zaskoczeniem, ale i motorem do zmian.

Książkę przeczytałam jednym tchem. Pisana w narracji trzecioosobowej, z punktu widzenia Alicji, zachwyca stylem, klimatem i poruszanymi zagadnieniami. Za ogromny plus powieści uważam stworzenie przez autorkę postaci trzech przyjaciółek, trzech kobiet, z których każda jest inna, inną drogą w życiu poszła, ale które łączy nierozerwalna więź. Powieści o mocy kobiecej przyjaźni wprost uwielbiam, o sile kobiecości, odwadze, którą możemy znaleźć w sobie, o kobiecej więzi, która może stanowić ogromną podporę, ale też o chyba najważniejszej więzi w życiu – z samym sobą. To wszystko w tej powieści jest. To, i dużo więcej….Tłem rozgrywających się zdarzeń są wizyty przyjaciółek u Edyty, proces dochodzenia do siebie ludzi w śpiączce, ryzyko i napięcie, gdyż jedni mają to szczęście, że uda im się ze śpiączki wybudzić, inni niestety nie. Autorka dotyka też istotnej kwestii ludzkiej świadomości, duchowości, niespodzianek, które zawiera ludzki mózg, a które dotyczą świadomości bądź jej braku u osób w śpiączce.

Zachęcam Was gorąco do lektury, do zanurzenia się w klimacie położonego nad jeziorem, poniemieckiego miasteczka, klimacie momentami sennym, momentami dusznym, czasem orzeźwiającym, niespokojnym i nie dającym się zapomnieć. Autorka stworzyła fascynującą historię, która wzbudza emocje, która nawet po zamknięciu kart powieści zostaje w głowie i skłania do refleksji. A przecież m.in. właśnie o to w literaturze chodzi…

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU W.A.B.

„Na gorącym uczynku” Joanna Jurgała-Jureczka

NA GORĄCYM UCZYNKU

  • Autorka: JOANNA JURGAŁA-JURECZKA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 319
  • Data premiery: 15.03.2022r.

15 marca br. miała premierę wyjątkowa książka @joannajurgalajureczkapisarka pt. „Na gorącym uczynku” od Wydawnictwa @Zysk i S-ka. Pod opiekę Autorkę wziął sam Tadeusz Zysk, o czym Pani Joanna raczyła wspomnieć w podziękowaniach. Od razu zastrzegam, nie jestem tu obiektywnym bytem, który jest w stanie ocenić bez własnych obciążeń tę publikację. Ktoś kiedyś mi powiedział 😉, że im bardziej wymagająca książka, tym lepiej dla mnie i tym wyższa czytelnicza ocena. Coś w tym jest, coś w tym jest😊.

(…) matka – Polka z seksapilem nie ma nic wspólnego, bo powinna być dostojna, czcigodna i z mężną rezygnacją znosić uciążliwości życia…” –„Na gorącym uczynku” Joanna Jurgała-Jureczka.

O kim Joanna Jurgała-Jureczka napisała to zdanie? Nie zgadniecie. Nawet nie próbujcie. A ja Wam nie pomogę. Sami musicie się dowiedzieć sięgając po „Na gorącym uczynku”, w której znajdziecie mrowie anegdot, opowiastek, faktów z życia znanych nam ze szkolnych zeszytów i książek polskich malarzy, pisarzy, poetów, ludzi nauki. To książka z gatunku tych „niesklasyfikowanych” 😊. Fakty z życia Przybosia, Kossaków, Konopnickiej, Mickiewicza, Iłłakowiczówny, Ochorowicza, Asnyka, Przerwy – Tetmajera i wielu innych mieszają się z ich dziełami, opiniami, przemyśleniami, hobby, a także działalnością poboczną. Do tego cała gama bohaterów drugoplanowych. W pełnej krasie Sienkiewicz, Matejko, Orzeszkowa i wielu innych możnych ówczesnego świata. Jak obiecuje Wydawca: „Jurgała „przyłapuje” swoich bohaterów w sytuacjach kłopotliwych, ale dzięki temu zostają oni odkurzeni, krew w nich zaczyna krążyć, nabierają barw, budzą sympatię i wzruszenie. Galeria postaci, zestawiona zaskakująco.”. Oj zaskakująco. Tak zaskakująco, że musiałam wygooglować sobie jak wyglądała Dulębianka. I napiszę, że zadziwiająco z silnym męskim rysem się objawiała światu 😉.

Taaaaaak. To książka na miarę moich możliwości. Ciekawa, zaskakująca i co uwielbiam w takich publikacjach, nie zamiatająca pod dywan żadnych faktów. Urzekła mnie historia Ludwika i Maksymiliana Gumplowiczów. Ojca i syna. Ojca, który podobno był pierwowzorem Mendla Gdańskiego i Syna – parafrazując Autorkę – „przystojnego, bystrego, znakomicie się zapowiadającego naukowca, oszalałego z miłości”. Gdy poznał miłość swego życia miał 26 lat, ona 48. Mniejsze znaczenie ma tu miłość młodzieńca do dojrzałej kobiety, bardziej urzekła mnie historia bezgranicznej miłości rodzica do syna, który odrzucając swoją profesorską karierę po jego śmierci zajął się spuścizną synowską. A w tym wszystkim ona. Czy mogła ociekać seksapilem? „(…) Po ośmiu ciążach i nieudanym małżeństwie…”. Tak naprawdę to wiele historii mnie urzekło i zafrapowało. Pani Joanna opowiedziała czytelnikom fascynujący, zapomniany świat, o którym nie sposób dowiedzieć się z książek historycznych, czy polonistycznych. Ta książka to taka skondensowana wiedza ciekawostek, opowiastek, anegdot. Do tego wątek żydowski przeplatający się w wielu opowieściach i styl ubarwiony metodyką ówczesnego pisarstwa jak w cytacie poniżej:

(…) przecież Żydzi są ghetowcami z natury rzeczy, bo taka ich już antropologiczna formacja”.

Ten styl to wyjątkowa wartość tej publikacji. Jest konsekwentny od samego początku do końca. Odzwierciedlenie językoznawstwa Jurgały-Jureczki świadczy o jej wielkim kunszcie badawczym. Z wielu źródeł i bibliografii w trakcie eksploracji dzieł potrafiła nabyć umiejętność pisania w stylu, który zachwyca swoją unikatowością i przenosi w czasy, o których opowiada. To jakby czytanie odrębnego dzieła, a nie wyniku pracy naukowej. Kolejny przykład? Proszę:

„(…) warszawscy wszetecznicy nie mają dziś zdolnych ludzi. Żyją jak głodzony tłuścioch z dawniej nagromadzonego sadła”.

Pozycja wzbogacona została zdjęciami, na których odnajdziemy niektórych bohaterów zaprezentowanych w niej opowieści. Między innymi spojrzymy na Marię Konopnicką w wieku 33 lat i późniejszym, już  mniej atrakcyjnym. Zachwycimy się Matejko z Siemiradzkim, którzy wyglądają jak ojciec z synem. Będziemy szukać ukrytych sztuczek na zdjęciach z seansów mediumicznych Juliana Ochorowicza oraz ze zdziwieniem zerkniemy na żonę kompozytora i dyrygenta Ludomira Różyckiego. Może to wina zdjęcia, oświetlenia, że wygląda na nim mało kobieco? Do tego samo przepiękne wydanie. W twardej oprawie oraz na grubym papierze. Wydrukowane z czytelną czcionką, z zachowanymi odstępami oraz pogrubieniami w podtytułach. To służy uporządkowaniu słowa i wspiera czytanie. Jedyny minus to mnogość wykorzystanych historii. Czytając ciągiem zaczęłam się gubić. Przerzuciłam się więc na czytanie z odstępami traktując każdy osobny rozdział jak odrębne dzieło, tak jak to robię z opowiadaniami. I taki sposób czytania Wam polecam, co pomoże Wam pochylić się nad każdą historią z należytą uwagę i należytym skupieniem. Nie umknie Wam wtedy żaden szczegół, a tego nikt by nie chciał😉.

Jeśli lubicie książki inteligentne, bystre historie i intrygujące oraz atrakcyjne postaci to musicie koniecznie przeczytać „Na gorącym uczynku” i samodzielnie wywołać „duchy artystów”, którzy prawdziwie zostali złapani na gorącym uczynku. Przekonacie się na własnej skórze, że zabawy przy tym będzie co nie miara.

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.