„Keto detoks. 4-tygodniowy plan na zrzucenie zbędnych kilogramów i odzyskanie równowagi hormonalnej” Sara Gottfried

KETO DETOKS. 4-TYGODNIOWY PLAN NA ZRZUCENIE ZBĘDNYCH KILOGRAMÓW I ODZYSKANIE RÓWNOWAGI HORMONALNEJ

  • Autorka: SARA GOTTFRIED
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 18.05.2022r

Najpierw zastanawiałam się, co z w tej dacie 18 maja br. było tak interesującego, że jest datą premier tak wielu ciekawych pozycji. Nagle mnie olśniło!!!!!! W dniach od 26 do 29 maja przy Pałacu Kultury i Nauki odbyły się Targi Książki w Warszawie😊. I wszystko jasne. I Wydawcy, i autorzy mieli okazję zaprezentować – w wielu przypadkach osobiście – szerszemu gronu odbiorców swoje najnowsze dzieła. Stąd pewnie ta mnogość premier, mnogość nowości. Nie wspominam o tej dacie bez kozery. Recenzja „Keto detoks. 4-tygodniowy plan na zrzucenie zbędnych kilogramów i odzyskanie równowagi hormonalnej” Sary Gottfried jest dziesiątą premierą z tego dnia, która już za mną. I nie jest ostatnią😉. A dni uciekają i koniec maja staje się faktem.

Szukasz skutecznego sposobu na szczupłą sylwetkę?” – z opisu Wydawcy.

Co za pytanie!!!!!!!!! Oczywiście, że tak. Tak, tak, tak po tysiąckroć. Jak pewnie miliardy kobiet na całym świecie. Pokażcie mi takie, które są zadowolone ze swej figury😉. Zadając takie pytanie retoryczne Wydawca zachęca do sięgnięcia po „Keto detoks. 4-tygodniowy plan na zrzucenie zbędnych kilogramów i odzyskanie równowagi hormonalnej”. Poradnika, w którym znajdziemy receptę na skuteczne odchudzenie się bez żadnego efektu jojo i skutków ubocznych. Poradnika, który uwzględnia specyfikę gospodarki hormonalnej kobiet i dlatego przedstawione w nim przepisy oraz rozwiązania są tak skuteczne. Poradnika dla wytrwałych. Nie będę oszukiwać. Poradnika wymagającego samozaparcia i czasu, by sprostać jego wymaganiom i oczekiwaniom autorki.

Kompendium podzielone jest na kilka części. W części pierwszej, teoretycznej dowiadujemy się jak ważna jest prawidłowa dieta w gospodarce hormonalnej kobiet. W czterech rozdziałach Gottfried przedstawiła medyczne uwarunkowania dla stosowanych rozwiązań, które mogą wyłącznie wesprzeć prawidłowe funkcjonowanie organizmu, gdyż są jakby „szyte na miarę” kobiet. Co ważne, autorka zwraca uwagę na jakość produktów. Nie skupia się wyłącznie na znaczeniu węglowodanów, które w większości w naszych organizmach sieją spustoszenie. Część druga strategie, nawyki, postawy i przepisy żywieniowe, a także suplementacja i aplikacje wspierające proces odchudzania. O ile część pierwszą czytałam z zaciekawieniem jako nie – medyk, o tyle część drugą z przerażeniem. Nie dla mnie ta efektywna dieta keto dostosowana od mojej gospodarki hormonalnej! Oj nie dla mnie. Jak sobie poradzić z zakupem w naszych warunkach świeżej wody kokosowej? Co to pojedyncza miarka Reset360 Super Greens lub inna organiczna mieszanka zieleniny w proszku? Gdzie kupić olej z trójglicerydów średniołańcuchowych (MCT)? Co do diaska jest spirulina i chlorella???? I to tylko jeden przepis, na sam początek☹. Umęczyłam się próbując się wgryźć w przepisy złożone z suplementów, shake’ów, niedostępnych w polskiej rzeczywistości świeżych produktów, proszków ketogenicznych, prebiotyków itd. Już po samych nazwach przepisów wiedziałam, że propozycja kompletnie nie dla mnie. Shake ze złotym mlekiem …. Chlebek z tahini… Szakszuka….Zupa z tofu i garam masala…. Jedynie Zwykła zielona sałatka była do przebrnięcia.

Trudna pozycja. Zdecydowanie dla fanów i pasjonatów zdrowego żywienia. Zdecydowanie dla osób mających czas, lubiących poświęcać dzień na szukanie produktów, półproduktów. Osób z pokaźnym portfelem, które stać na wyszukane składowe prezentowanych przepisów i drogie suplementy, jak również rozmaite ketogeniczne i błonnikowe  proszki. Dla mnie całkowicie nieżyciowa i nietrafiona pozycja, mimo, że napisana z ogromnym zaangażowaniem i pasją. Możliwe, że dla innych okaże się wartościowa i inspirująca. Okaże się na tyle przystępna, że zmienią postrzeganie świata w kuchni i świata węglowodanów. Dla mnie trochę z tych typu „obiecanki cacanki”. Gwarantuję Ci wszystko, ale musisz mieć osobistego kucharza, osobistego zaopatrzeniowca i jeszcze mnóstwo forsy, by to wszystko, co przedstawiam w książce ogarnąć😉.

Moja ocena: 5/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Odzyskany los” Marzena Rogalska

ODZYSKANY LOS

  • Autorka: MARZENA ROGALSKA
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Seria: KARLA LINDE. TOM 4
  • Data wydania: 18.05.2022r
  • Liczba stron: 464

@MarzenaRogalska w tandemie z Karlą Linde powieścią „Odzyskany los” kończy pewną epokę. 18 maja br. nakładem @wydawnictwoznakpl wydana została czwarta część cyklu. Trzecia część serii do mnie nie trafiła, ale recenzje dwóch pierwszych przypomnicie sobie pod następującymi linkami: „Czas tajemnic” oraz „Kres czasów”. To wyjątkowa saga, w której polityka, historia, tradycje i ówczesne słownictwo ma przeogromne znaczenie. Rogalska i tym razem przygotowała się do wątku historycznego, który tym razem dotyka czasów po II wojnie światowej.

Karla Linde, emancypantka, patriotka. Po zawierusze wojennej wraca do stalinowskiej Polski. Porzuca bezpieczny Londyn i wyrusza w drogę powrotną do kraju swoich przodków. W PRL-owskiej rzeczywistości zaczyna układać swoje życie na nowo.

Seria jest prawdziwą sagą. Jeśli nie lubicie sagi rodzinne osadzone w historii to nie próbujcie czytać. Rogalska konsekwentnie kreśląc fikcyjne losy indywidualnych bohaterów rozlicza się z przeszłością. Rozlicza się z dawną Polską, dawnymi jej włodarzami. Osobiste losy splatają się więc z losami ogółu, losami innych Polaków, losami Polski. Ta konstrukcja i ten sposób prowadzenia narracji jest idealny dla fanów historii, długich opowieści, w których wątki poboczne tworzą odrębne opowieści.

Akcja dzieje się bardzo powoli, jak to w sadze. Karla jest już całkiem inna. Doświadczenia życiowe wzmocniły jej charakter, pozwoliły jej jeszcze bardziej dojrzeć. Trochę nietutejsza, trochę nie na czasie.  Jej osobowość dostojnej damy chwilami mnie nużyła, denerwowała. Wolałam Karlę w obrazie młodej trzpiotki, przeciwstawiającej się konwenansom w bardzo inteligentny i sprytny sposób. Ta ostatnia część zamyka pewną całość. Jest oczywistą kontynuacją wcześniej podjętych tematów. Rogalską cenię za język, sformułowania, które wykorzystała w powieści, a które osadzały mnie w ówczesnej rzeczywistości. Książka dobrze podsumowuje wcześniejsze wątki. Ukazuje zachwycający przeszły świat, który minął, który był trudny. Który jednak pachniał intensywnymi zapachami, smakował bardziej wykwitnie i nawet deszcz padał bardziej siarczyście. O tych czasach warto czytać. Czasach dających nadzieję, gdy wszyscy walczą o lepszą Polskę, o lepsze jutro. Z sagą jednak jest taki problem, że każda kolejna część jest mniejszym zaskoczeniem. Bohaterowie się powtarzają, historie się powtarzają, osobowości się powtarzają. Nie ma tej świeżości, tego zaskoczenia. Nie dla każdego saga jest idealnym rozwiązaniem na plany czytelnicze. Ja czułam lekkie zmęczenie.

Książka napisana z wielką czułością i zaangażowaniem. Tak też powinna być czytana😊. Miłej lektury!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

Recenzja premierowa: „Kuchnia bezwzględna” Joshua Weissman

KUCHNIA BEZWZGLĘDNA

  • Autor: JOSHUA WEISSMAN
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 264
  • Data premiery: 27.04.2022r.

To jedna z ciekawszych premier dzisiejszego dnia😊. @wydawnictwoznakpl przygotowało nie lada gratkę dla fanów kulinariów, bezkompromisowego gotowania oraz kulinarnego szaleństwa. „Kuchnia bezwzględna” Joshuy Weissmana  stał się bestsellerem Amazona. Sam autor jest obserwowany przez wiele milionów fanów na Youtubie, gdzie w autorskim cyklu „But Better” udowadnia swoim fanom, że nawet w trudniejszych daniach można odnaleźć dziką satysfakcję z gotowania i smakowania własnych wyrobów.

Przyzwyczailiśmy się do szybkiego życia. Do szybkiego transportu, gotowania, czytania, a nawet odpoczywania. Zachowujemy się tak, jakbyśmy ciągle się gdzieś spieszyli. Jakby każda minuta z naszego dnia wymagała od nas ciągłego pośpiechu i niewyobrażalnego wysiłku. Przeciwko takiej tendencji występuje Joshua Weissman udowadniając w swej Kuchni bezwzględnej”, że stosowanie półśrodków jest uproszczeniem, którego powinniśmy unikać nawet w kuchni. Z pięknej wydanej książki kucharskiej czytelnik dowiaduje się, że „Jeśli możesz myć zęby, to z pewnością możesz prowadzić i utrzymać przy życiu zakwas”😊. Ja nigdy własnoręcznego zakwasu ani na żur z mąki żytniej, ani na barszcz biały z mąki pszennej nie zrobiłam. O chlebie nie wspominając😉. Za to własny bulion gotuję nagminnie. Więc zgodnie z kulinarną religią Weissmana nie jest ze mną, aż tak źle. Wydawca obiecuje, że po zapoznaniu się z lekturą czytelnik będzie potrafił przyrządzać dania, „(…) które na zawsze zmienią twoje kulinarne doświadczenia:
• steka smażonego sekretną metodą ze steakhousów,
• sałatkę Cezar twojego życia,
• pełne smaku wołowe pho, po którym zapłaczesz ze wzruszenia,
• idealnie złożonego, najpyszniejszego burgera na świecie.”

Nie do końca mnie przekonała retoryka przedstawiona w tym poradniku kulinarnym. Owszem autor jest niezwykle charyzmatyczny i zdeterminowany, by udowodnić, że jednogarnkowe dania, czy szybkie instanty nie powinny być naszym pierwszym wyborem. Podziwiam więc jego pasję, jego determinację, która uwidoczniona została w każdym słowie, czy to pisanym, czy wypowiedzianym na kanale YouTube, Instagram lub FB. Będąc jednak 26-letnią gwiazdą social mediów bez zobowiązań rodzinnych łatwo jest argumentować, że tylko bardzo dogłębne i od samego początku samodzielnie przygotowane danie ma pewną wartość. Czyż nie?

Nie mogę jednak oddać Weissmanowi sprawiedliwości. Z jego własnoręcznie napisanej notki na oficjalnym profilu (zobacz: https://www.joshuaweissman.com/about ) dowiedziałam się, że pochodzi z rodziny, w której od początku istniały tradycje tak silne, że wzbudziły u tego młodego człowieka już w wieku nastoletnim ogromny szacunek i kult kulinarny. Mimo młodego wieku Joshua zdobył już wiele doświadczenia w swej dziedzinie. Ma również za sobą trudne doświadczenia związane z ostracyzmem otoczenia ze względu na jego nadwagę, którą – dzięki wsparciu rodziny – zwalczył będąc w szkole średniej. To zapewne stało się przyczyną tego, by w jedzeniu odkrywać tylko to, co wartościowe i odżywcze, by nie marnować siebie i własnego życie na „śmieciowe” jedzenie. Joshua hołduje zasadzie „slow food” i do niej próbował mnie przekonać.

Przyznaję, że spróbowałam zrobić kilka potraw. Niestety, nie wyszły tak idealnie, jak na przedstawionych w książce przepięknych zdjęciach. Wierzę, że „praktyka czyni mistrza” i już niedługo będę mogła się poszczycić wręcz doskonałym i w smaku, i w wyglądzie, i w produkcji daniem mojego autorstwa od początku do końca. I to jest inspiracja, która została ze mną po zapoznaniu się z lekturą. Więc miłego gotowania!!!

 Moja ocena: 7/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Wiara, nadzieja, miłość. Przewodnik po życiu chrześcijańskim” Benedykt XVI

WIARA, NADZIEJA, MIŁOŚĆ. PRZEWODNIK PO ŻYCIU CHRZEŚCIJAŃSKIM

  • Autor: BENEDYKT XVI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery: 13.04.2022r.

Już myślałam, że w ten świąteczny czas nie zdążę opublikować recenzji książki idealnej na tę porę. Treści zawarte w tej publikacji są najbardziej właściwe w okresie, gdy katolicy przeżywają najważniejsze święta w roku liturgicznym. @wydawnictwoznakpl pewnie nie bez kozery w dniu 13 kwietnia br. w przeddzień rozpoczynającego się Triduum Paschalnego wydało rozważania autorstwa Benedykta XVI. Książka ujrzała światło dzienne z okazji 95-tych urodzin Papieża – emeryta. Do książki sięgnęłam z ciekawości przy jednoczesnym ogromnym szacunku do człowieka, który potrafił przeciwstawić się woli kardynalskiej i ustąpić z „tronu Piotrowego” w momencie, gdy zaczął odczuwać niemożność sprawowania swojej funkcji. Wymagało to od niego nie lada odwagi i ogromnej pokory. Niełatwo jest zapewne przed całym światem przyznać się do ludzkiej ułomności będąc jednocześnie Głową Kościoła katolickiego.

„Potrzebujemy małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze”. To szczera prawda. Bez nadziei, bez świadomości, że jutro również zaświeci słońce możliwe, że powiemy rodzącemu się dniu – STOP!!! Nie wstaniemy z łóżka. Nie napijemy się porannej kawy. Tylko poczucie, że jeszcze będzie dobrze, że jeszcze będzie lepiej pozwala nam podtrzymywać się każdego, nawet gdy już bardzo się kolebiemy.

„Wierzyć to nic innego, jak w nocy świata dotknąć ręki Boga”. W kwestii wiary nie jestem specjalistką. Ta „wyssana z mlekiem matki” już dawno przestała na mnie działać. Zbyt dużo zawodu, zbyt dużo niewiadomych. Ludziom głęboko wierzącym wielu rzeczy można zazdrościć. Na pewno tej pewności, że istnieje świat, w którym bóstwo ma swoją formę, swój kształt i realny, bezpośrednio świat na nasz los.

„Cierpliwość jest codzienną formą miłości”. Te słowa Benedykta XVI to skumulowanie prawdy o cierpliwości, która by miała rzeczywisty wydźwięk wymaga prawdziwego, wzniosłego uczucia. Wówczas nabieramy siły by ją odczuwać, by ją przedłużać.

Takie i inne złote myśli wynikające z nauczania Benedykta XVI zawarte zostały w tej publikacji. Są to treści uniwersalne, ponadczasowe. Niektóre odpowiednie również dla ateistów, agnostyków, czy ludzi innej wiary. Wszak nauka Kościoła katolickiego nie jest tylko zagwarantowana dla wierzących😉.

Książka podzielona została, analogicznie jak w tytule na części, w których rozważania dotyczą wiary, nadziei i miłości w sensie transcedentalnym. Słowa pochodzą z hymnu o miłości św. Pawła z Tarsu i stanowią dla każdego chrześcijanina swoiste credo życiowe. Dodatkowo Was jednak zaskoczę. W historii chrześcijańskiej Wiara, Nadzieja i Miłość były trzema męczennicami, które zmarły ok. 137 roku. Były jednocześnie córkami świętej  Zofii Rzymskiej. Są czczone w kościele prawosławnym i katolickim. Wiąże się z nimi bardzo smutna historia. Wszystkie trzy dziewczynki (najstarsza miała 12 lat, a najmłodsza 9 lat) zostały zamęczone na śmierć, gdy ich matka odmówiła złożenia ofiary pogańskiej bogini Dianie. Według Wikipedii „Dziewczynki podpalano, oblewano wrzącą smołą, kaleczono ostrymi przedmiotami oraz bito pałkami. Kiedy odkryto, że jeszcze żyją, zostały ścięte mieczem. Trzy dni później zmarła ich matka z żalu po utracie córek.” (cyt. za: Wikipedia). Nie bez powodu przytaczam ich historię. Ich życie, jak również poświęcenie ich matki jest dla religii chrześcijańskiej wyraźnym, niezmierzonym odzwierciedleniem powierzenia swego życia Bogu. Zaufania mu do granic ludzkich możliwości z jednoczesną ogromną wiarą, silną nadzieją i żywą miłością.

W przeszłości czytałam wiele treści autorstwa Benedykta XVI uważanego za jednego z najlepszych współczesnych doktorów kościoła katowickiego. Jego pisarstwo jest trudne, użyte argumenty ciężkie i rozbudowane. Tym razem jednak Wydawca postarał się, by skondensowana nauka pochodząca od tego człowieka była przedstawiona w bardziej przystępnej, powszechnej formie, by trafiła do większego grona odbiorców. Udał się ten zabieg, nie powiem. Rozważania na temat wiary, miłości i nadziei w dzisiejszym życiu nie nudzą, nie mierzną, choć chwilami mogłyby być jeszcze bardziej skrócone, bardziej zagęszczone.

To lektura dla człowieka poszukującego swego miejsca. Pragnącego pogłębić własną wiarę lub odnaleźć ją na nowo. To lektura dla człowieka chcącego się zastanowić nad tym, na co warto w życiu zwracać uwagę i w jaki sposób podejmować decyzje, by u schyłku życia żałować jak najmniej. To lektura dla człowieka uwielbiającego myśleć, rozważać przeczytane słowo, zastanawiać się nad przeczytanymi fragmentami. To lektura dla człowieka kontemplującego siebie, swoją wiarę i wszystkich wokół, którzy tworzą jego mały świat.

Trudno mi Was zachęcić do zgłębienia tej lektury😊. Ona wymaga skupienia, zastanawiania się i koncentrowania na wydrukowanych słowach. Jeśli lubicie pozostać w melancholii, w zadumie po przeczytaniu dobrej książki to „Wiara, nadzieja, miłość. Przewodnik po życiu chrześcijańskim”  napisany przez Benedykta XVI spełni Wasze oczekiwania. Jeśli lubicie….

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Obsesja i inne formy miłości” Sarah Crossan

OBSESJA I INNE FORMY MIŁOŚCI

  • Autorka: SARAH CROSSAN
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 23.03.2022r.

Wyczerpanie zatruwa moje wargi powieki. Nie ma iskry w oku, jest milczenie. Nie wiem, jak mam to przywrócić”.– „Obsesja i inne formy miłości” Sarah Crossan.

Premiera sprzed tygodnia od @wydawnictwoznakpl autorstwa Sarah Crossan pt. „Obsesja i inne formy miłości” jest prawdziwym fenomenem. Będąca powieściowym debiutem Autorki książka powaliła na kolana wielu czytelników, a nobliwych recenzentów wprawiła w osłupienie. Sama do tej pozycji podchodziłam z przymrużeniem oka. Entuzjastyczne recenzje na tylnym skrzydełku obwoluty kompletnie mnie nie przekonały. Wiele dotychczasowych bestsellerów okazywało się dla mnie nie do strawienia. I już po przeczytaniu paru stron zakochałam się w tym słowie. W tej poezji zawartej w niezwykłej prozie.

 „Skąd możemy wiedzieć, które dni staną się dla nas przełomowe? Póki jesteśmy przy życiu, uprawiamy hazard.” .– „Obsesja i inne formy miłości” Sarah Crossan.

Ana Kelly popełniła chyba wszystkie błędy tej trzeciej. Podporządkowała swoje życie kochankowi. Naciskała na niego, by wybrał życie z nią lub pozostanie z żoną. Dawała się wodzić za nos przez trzy lata. Nie walczyła o swoje małżeństwo i rodzinę wierząc, że jej ukochany wreszcie się otrząśnie i będzie mogła zostać pełnoprawną Panią Connorową Mooney. Kwestionowała życie żony i życzyła jej jak najgorzej unikając przyznania, że zajmuje ona w życiu jej kochanka kluczową rolę. A gdy odszedł listę grzechów poszerzyła o kolejne. Zbliżyła się do żony Connora, Rebecci Taylor, poznała wreszcie jego trzech synów i usiadła na kanapie, na której do tej pory tylko on siadał z nią. Aż do pamiętnego spotkania z wdową na cmentarzu….

Książka, która wzbudzone w trakcie czytania emocje zatrzymuje na dłużej w sercu czytelnika, jest prawdziwym arcydziełem. Tak mam z „Obsesją i innymi formami miłości”. Po zamknięciu okładki odczuwam dołujący smutek i żal dzielony z Aną Kelly. Żal za utraconą miłością i za tym, że jej się jednak nie udało wygrać tego nierównego wyścigu.

Książka napisana jest bardzo delikatnie. Przepiękne słowa muskają strony i wpadają w ucho jak delikatne płatki goździków, które widać na jej okładce. Sarah Crossan potrafi bawić się słowem pobudzając czytelnika do myślenia, do zastanowienia się, do zatrzymania. Jak w poniższych zdaniach:

„Nie mogłeś odejść, bo mój ból nie ma znaczenia. A teraz zobacz, co zrobiłeś. Wszystkim.”

„Nigdy nie wspominałeś, że lubisz kwiaty, lecz wkrótce okryje cię dywan jasnych płatków o barwie umierania, wyraz miłości.”

Nieprawowita wdowa Ana Kelly jest narratorką powieści, która ma bardzo charakterystyczny, intymny charakter. Na romans z Connorem patrzymy z jej perspektywy, na samą Rebeccę również spoglądamy jej oczami. I tu duże zaskoczenie, nie demonizuje jej w rzeczywistym życiu, nie umniejsza jej zaletom. Zaczyna traktować ją jako ważną jednostkę posiadającą liczne pozytywne cechy. Stara się odnaleźć w tym cierpieniu, które stało się jej udziałem. I tylko ten Mark, który się nie daje zwieść….

Powieść składa się z pięciu części. W każdej części Ana ewoluuje. W każdej części Anę poznajemy z innej strony. Autorka dawkuje nam fakty dotyczące jej życia, życia Connora, ich małżonków i ich dzieci. Nieregularny charakter narracji, brak dialogów, które występują tylko w sferze cytatów, wspomnień Any oraz wersy kończące się po jednym zdaniu i mnogość akapitów, świadczy o wyjątkowości tej prozy. Dzięki tak nieszablonowej konstrukcji stara jak świat historia tej trzeciej nabrała nowego charakteru, nowego wydźwięku, bardziej poetyckiego wydźwięku. I z tego powodu warto przeczytać tę książkę. A czyta się ją wyjątkowo szybko. Na jednej stronie raptem kilkanaście, kilkadziesiąt zdań. W większości zdania pojedyncze, za to z mnóstwem treści i emocji.

Jeśli chcecie zanurzyć się w historię o utraconej miłości, zdradzie, braku szacunku w nieoczywistej formie, to sięgnijcie po „Obsesję i inne formy miłości”  Sarah Crossan. A jeśli nie chcecie, to też sięgnijcie😉. Tak skonstruowanej prozy na pewno jeszcze nie czytaliście😊.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Pies ogrodnika” Katarzyna Gacek

PIES OGRODNIKA

  • Autorka: KATARZYNA GACEK
  • Seria: AGENCJA DETEKTYWISTYCZNA CZAJKA (TOM 1)
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron:448
  • Data premiery: 09.03.2022r.

Katarzyna Gacek to pisarka i scenarzystka, z wykształcenia psycholożka. Ukończyła kurs detektywistyczny i pracowała w agencji. Mieszka w małym miasteczku pod Warszawą. Jej powieść „W jak morderstwo” została zekranizowana i można ją obejrzeć na Netflixie. Jest też autorkę znanej serii dla dzieci i młodzieży pt. „Supercepcja” Nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z twórczością pisarki, pomyślałam więc, że mająca miejsce 9 marca premiera jej najnowszej powieści „Pies ogrodnika” będzie do tego doskonała okazją. Tym bardziej, że w aktualnych okolicznościach każda lektura, która pozwala oderwać się od rzeczywistości i poprawia humor jest na wagę złota.

Gaja jest zmuszona zmienić swoje pozornie poukładane życie. Przyłapuje bowiem męża na zdradzie i nie wyobraża sobie dalszej pracy w galerii, której on jest szefem. Zakłada więc agencję detektywistyczną nie mając w tym żadnego doświadczenia, ale do odważnych w końcu świat należy. Wspiera ją w tym przyjaciółka Matylda, urzędniczka z zawodu, a dziennikarka z zamiłowania oraz modelka Klara, która co prawda ma licencję detektywa, ale nie przepracowała w tym zawodzie ani sekundy. Powstaje więc niezwykłe, można by rzecz, wybuchowe trio. Kiedy przyjaciółki znajdują w zdewastowanym sąsiednim budynku zwłoki zaginionej dziewczyny, nie zdają sobie sprawy, że z tym będzie związane ich pierwsze śledztwo. Pierwszym zleceniem Agencji Czajka jest bowiem udowodnienie, że podejrzany o popełnienie tego przestępstwa nauczyciel matematyki jest niewinny. Nie jest to łatwe zadanie, bowiem wszystkie dowody zdają się wskazywać na niego. Czy Gai się to uda? Czy poukłada nie tylko swoje życie zawodowe, ale i osobiste?

Przede wszystkim muszę powiedzieć, że świetnie się przy tej książce bawiłam. Zerknęłam do niej tylko na chwilę i przepadłam, nie mogłam się oderwać. Rewelacyjne są bohaterki książki. Szalone, zaskakujące trio, trzy kobiety, każda inna, to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Relacje między nimi są skomplikowane, przez co jest ciekawie. Gaja bardzo mi się spodobała, polubiłam ją i podziwiałam za jej odwagę i determinację. Matylda trochę mnie drażniła, ale generalnie jestem w stanie ją zrozumieć. Natomiast Klara to zupełnie inna para kaloszy. Jak ona mnie denerwowała. Jest egoistyczna, zapatrzona w siebie. Mam natomiast przeczucie, że pod powierzchnią drzemie w niej zdecydowanie coś więcej, więc można powiedzieć, że postać ma potencjał. Również bohaterowie drugoplanowi są ciekawie skonstruowani. Moje rozbawienie wzbudzały relacje Gai z komisarzem. Wiele zresztą w powieści jest zabawnych sytuacji i błyskotliwych dialogów. Jest wesoło, ironicznie, niebanalnie.

Jeżeli szukacie powieści z którą świetnie spędzicie czas, która Was zaciekawi i rozbawi, zdecydowanie polecam Wam „Psa ogrodnika”, a sama z niecierpliwością czekam na kolejne tomy o Agencji Czajka, gdyż taki potencjał po prostu nie może zostać zmarnowany:)

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU Znak.

„Kot w Tokio” Nick Bradley

KOT W TOKIO

  • Autor: NICK BRADLEY
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 09.02.2022r.

Co sobie myślałam czytając, że „Kota w Tokio” napisał „kulturoznawca, który poświęcił swój doktorat postaci kota w kulturze japońskiej”? (cyt. za notka biograficzna na obwolucie „Kot w Tokio” Nick Bradley). Nic kompletnie, nic. Co sobie myślałam przeglądając tytuły rozdziałów i próbując odszyfrować „Street Fighter II (Turbo)”, Sakura”, Kotoskopia” 😉, „Bekaneko”, „Omatsuri”, czy „Trofalaksja”, kiedy znam tylko  nigiri, hosomaki, futomaki lub ewentualnie uramaki? Niby brzmi znajomo, a jednak😊. Tak naprawdę to zaintrygował mnie opis Wydawcy. @wydawnictwoznakpl zaczęło w następujący sposób: „Kim jest tajemniczy kot błądzący ulicami tętniącej życiem metropolii? Demiurgiem, szaleńcem, przewodnikiem, a może duchem miasta, który w niepowtarzalny sposób łączy ze sobą ludzi i zdarzenia?”. Od razu wyobraziłam sobie tego kota!!! Giętkiego, ciekawskiego, sprytnego, nieuchwytnego. Wyśmienitego łowcę i obserwatora, dobrze widzącego w ciemnościach. I od razu, co ważniejsze wyobraziłam sobie, co on może zobaczyć…. A tak pracująca wyobraźnia nie mogła pozostać bez odpowiedzi. „Kot w Tokio” Nicka Bradleya za mną. A co sobie myślicie po wstępie do recenzji? Mam nadzieję, że myślicie; warto ją przeczytać.

„Praca tworzy to miasto. Jeśli jesteś w Tokio i na chwilę przestaniesz pracować, miasto cię połknie i nikt nie będzie o tobie pamiętał. (…) To miasto nigdy nie odpoczywa. Szczególnie nocą. Sen w Tokio wpisany jest w pracę. (…) To miasto jest jednym z największych więzień świata – ma trzydzieści milionów mieszkańców.” „Kot w Tokio” Nick Bradley.

To powieściowy reportaż człowieka zakochanego w Kraju Kwitnących Wiśni. Historie z pozoru niezwiązane ze sobą, które przeplatają się wspólnymi bohaterami oraz szylkretowym kotem w tle. Tokio poznajemy oczami tatuatora, który wykonuje swój fach w sposób tradycyjny i kreśli na plecach młodej dziewczyny mapę Tokio opowiadając przy tym historie. Tokio konsumujemy z perspektywy bezdomnego Ōhashi, niezwykle kulturalnego człowieka, którego dobroć zostaje wystawiona na próbę. Mężczyznę postrzegającego siebie jako; „niechcianego, niepotrzebnego, nieestetycznego, nieciekawego, nieprzygotowanego, nieznanego, nieistotnego…”. Na Tokio patrzymy oczami Makoto  zafascynowanego grą Street Fighter II, która jest w stanie przyćmić nawet obraz atrakcyjnej dziewczyny Kyōko. Tokio chłoniemy i czujemy osobą samotnego taksówkarza, który nie pogodził się od tej pory z przedwczesną śmiercią żony. Tokio nie da się nasycić. Nawet jeśli obcujemy z nim w osobach różnych bohaterów. Bohaterów nietypowych, nieszablonowych, arcyciekawych, których przenikliwość świata pomaga nam zrozumieć to dziwne miasto, ten dziwny, całkowicie różny od naszego świat.

Wspaniale się czytało tą powieść. Aż dziw, że jej kanwą była praca doktorska jej Autora. Mimo, że poszczególne rozdziały dotyczą innego głównego wątku, Nick Bradley splótł historię w całość nie tylko osobą kota, lecz przede wszystkim postaciami, które łączy wspólne doświadczenie. I tak z pierwszego rozdziału na Kentarō wpadł przypadkowy przechodzień, bezdomny, który z wrodzonym taktem i niezwykłą kulturą przeprosił za nieporozumienie. Tym bezdomnym okazał się Ōhashi, którego historia została opisana w rozdziale „Upadłe słowa”. Ōhashi’emu pomagał Makoto  przekazując mu pod sklepem reklamówkę z zebranym jedzeniem, o którym dowiadujemy się wiele w trzecim rozdziale powieści. I tak dalej, i tak dalej…. Splatają się losy wielu bohaterów dzięki tej konstrukcji. To uczy uważności i łączenia. Niezwykle spodobała mi się ta koncepcja powieści. Narracja, w której ogromne znaczenie mają związki pomiędzy poszczególnymi bohaterami.

Niezwykłą zaletą książki jest obrazowanie miasta w sposób subiektywny, z perspektywy konkretnych jednostkowych osób, ich doświadczeń, wad i zalet, trudnych losów, cech charakteru. Z perspektywy decyzji, które podjęli w przeszłości i które zaważyły na ich dalszym losie. To nie smutny obraz miasta, o nie. To historie o ludziach z krwi i kości, które pokazują współczesne bolączki, z którymi boryka się każde społeczeństwo, a szczególnie japońskie, które zakotwiczone jest w innej kulturze i w innym świecie. Gdzie nie ma czasu na związki rodzinne, długoletnie relacje i odpoczynek. Gdzie hołduje się wielogodzinnej pracy i krótkiemu snu. Gdzie śpi się z lalkami częściej, niż z prawdziwym, drugim człowiekiem. Gdzie gry stają się sensem życie, a dialog wydaje się trudnym doświadczeniem. Autor zachwycił mnie nie tylko historiami, ale także językiem i stylem. Książkę czyta się bardzo przyjemnie, a obcobrzmiące nazwiska, nazwy i słowa nie są utrudnieniem, lecz raczej wzbogacają powieść dodając jej wyjątkowości.

Zachwycający obraz społeczeństwa. Autor w sposób badawczy i pociągający opisał ekscytujące miasto, w którym można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Intrygująco przedstawił bohaterów, którzy przykuwają wzrok czytelnika swoją wyjątkowością. To nie typowy Kowalski, ani typowa Kowalska jest postacią pierwszoplanową opisaną w każdym rozdziale. I to dla tego nietypowego Kowalskiego i nietypowej Kowalskiej warto sięgnąć po tę pozycję.

Tylko nie wiem co z tym szylkretowym kotem. Dowiedziałam się kiedyś od weterynarza, że kolor szylkretowy mogą mieć tylko kotki😊, tak jak tricolor jest maścią należącą do płci kociej piękniejszej. Więc może nie o kota w Tokio chodziło, a o kotkę? 

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Dziewczyna z Paryża” Kristy Cambron

DZIEWCZYNA Z PARYŻA

  • Autorka: KRISTY CAMBRON
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 17.01.2022r.

Styczniową premierę wydaną nakładem @wydawnictwoznakpl pt. „Dziewczyna z Paryża” przeczytałam już jakiś czas temu. Niestety zawirowania wojenne za naszą wschodnią granicą i walka Sąsiadów o suwerenność własnego państwa pochłonęła mnie całkowicie, tak, że o drugiej wojnie światowej trudno było mi nie tylko pisać, ale i myśleć ☹. Czując się jednak w obowiązku w stosunku do @wydawnictwoznakpl, z którym współpracę bardzo sobie cenię oraz względem Autorki odłożyłam smuteczki i niepokój na bok. Wszystko po to, by podzielić się z Wami moją opinią o kolejnej wojennej historii pióra Kristy Cambron. Jej poprzednia książka „Wróbel w getcie” (recenzja na klik) bardzo mi się podobała. Była smutna, to fakt, ale jednocześnie niosła nadzieję. Tak jak „Dziewczyna z Paryża”.

Wojna wiele człowieka uczy. Nim tu przyjechałem, stacjonowałem w Warszawie. Piękne miasto, ale zapaskudzone Żydami. Któregoś dnia wezwano mnie do centrum. Grupka młodych Żydów zaatakowała lokal dla oficerów Trzeciej Rzeszy. (…) Nie docenili szansy, jaką im daliśmy. Nie rozumieli, że getto to konieczność. Musieliśmy przecież zapewnić im bezpieczeństwo i opiekę. Daliśmy im mieszkania, karmiliśmy ich, zaoferowaliśmy im pracę….” „Dziewczyna z Paryża” Kristy Cambron.

I ten świat, tak różny, opisywany oczami Trzeciej Rzeszy oraz oczami okupowanych jest fabułą „Dziewczyny z Paryża”. Perspektywę okupantów obserwujemy z perspektywy kapitana von Hillera, czy Scheela. Zanurzamy się w nią wtapiając się w losy kolaborantów, podwójnych agentów, czy cichych współpracowników. To świat, w którym hitlerowcy są przekonani o swojej racji, o misji wybawienia świata od plagi żydowskiej, o roli załatwienia sprawy raz na zawsze. Brzmi znajomo? Niestety…. Drugi świat to świat kobiet. Jakże różnych kobiet. Świat Sandrine Paquet, która chroniąc synka Henri’ego współpracuje z nazistami. Współpracuje na swoich warunkach opłakując męża – Christiana, który zaginął na froncie. To świat Lili de Laurent, krawcowej pracującej w domu mody Chanel, która ciągle nie może przeboleć straty ukochanego René Touliarda. Lili, która wikła się w niebezpieczny wywiad świadcząc usługi na rzecz  żon i kochanek niemieckich żołnierzy. To świat także Amèlie, która by godnie żyć podejmuje decyzje, których możliwe, że będzie się po latach wstydzić. I to świat także Violette, zdeterminowanej, odważnej, nie lękającej się przed niczym. Wiedzącej, kto wróg, a kto przyjaciel. One wszystkie mogłyby się inaczej nazywać. To mogłyby być Marie, Zofie, Krystyny, Eleny, Masze, czy Olesye. To mogłyby być każde z nas – kobiety, uwikłane w losy wojny. Wojny, które nie my toczymy i nie my wzniecamy.

Wiele już przeczytałam książek z wojną w tle. Najbardziej wstrząsała mną literatura wojenna rodzima oraz pisarzy rosyjskich. Bez znaczenia było, o jakiej wojnie była fabuła. Ten przejmujący świat przedstawiony w prozie pozostawał ze mną na długo.

Tym razem tak nie jest. Fabuła faktycznie jest ciekawa, tym bardziej, że do jej napisania inspiracją była historyczka sztuki, „(…) członkini ruchu oporu i kapitan Pierwszej Armii Francuskiej Rose Villand – która przez całą okupację, nie bacząc na ryzyko, prowadziła szczegółowy rejestr skradzionych przez nazistów dzieł sztuki.” ­– cyt. za; Od autorki w:   „Dziewczyna z Paryża” Kristy Cambron. I tym właśnie zajmuje się Sandrine, mimo ostracyzmu na który się naraża, mimo niechęci sprzedawców pieczywa, mimo niemożności kupienia chleba, mimo traktowania ją jako kochankę nazisty. Ten świat sztuki wplata się w rzeczywistość wojenną trochę ją ubarwiając, sprawiając, że jest subtelniejsza, delikatniejsza, bardziej ludzka. Tak jak sztuka szycia przepięknych sukien, do czego była zatrudniona w domu mody Chanel – Lili. Motyw uwikłania w ruch oporu krawcowej sprawdził się w fabule bardzo dobrze. Co do samej bohaterki mam mieszane uczucia. Gdzieniegdzie autorka nazywała ją Lili, gdzieniegdzie Lila. Totalny problem miałam z Luciolą. Losy Lili śledzimy w dwóch perspektywach czasowych. Od początku wojny, aż do jej końca. Rok 1939 przeplata się z rokiem 1944. Autorka podzieliła fabułę na krótkie rozdziały, które opatrzyła datą oraz miejscem akcji. Pozwoliło to mi nie pogubić się w opisanych wydarzeniach, choć z drugiej strony w wielu miejscach retrospekcje, czy śledzenie losów na zasadzie „wtedy” i „teraz” uważałam za zbędne.

Język i styl dla mnie za infantylny. Nie zrozumcie mnie źle. W obliczu panującej wojny i tragedii jaka ona za sobą niesie na wielu płaszczyznach, te ochy i achy, rzucane raz po raz, ten wyszukany, wysublimowany język, te zdrobnienia, pieszczotliwe sformułowania, naiwność dziecięcą i u Lili, i u Sandrine odebrałam jako niepoważny, niedojrzały. Ani Lili, ani Sandrine nie przekonały mnie od swego bohaterstwa. Nie okazały się dla mnie wiarygodne. Traktowałam je raczej jako kobiety, które przypadkowo uwikłały się w działania wojenne, co czego kompletnie się nie nadawały, do czego kompletnie nie pasowały. Dobrze skonstruowaną postacią okazał się dla mnie – o dziwo !- kapitan von Hiller. Ciągle czekający na swoją szansę mężczyzna, bardzo przenikliwy, trafny w swoich osądach i podejrzeniach, do tego całkowicie oddany sprawie. Z jednej strony wróg z krwi i kości, z drugiej trochę pogubiona postać, która stara się skraść trochę szczęścia. Szczęścia, które wydawać by się mogło jest na wyciągnięcie ręki.

To książka trochę o „(…) wojnie, modzie, radości życia. O przyjęciach, jakie urządzano, zanim wybuchła wojna.”. To pamiętnik o kobiecie, która miała marzenia w 1939 roku i która wiele osiągnęła. To pamiętnik o sukni  i etoli z norek oraz o ostatnim przedwojennym przyjęciu u Elsie de Wolfe z dnia 1 lipca 1939 roku. Jak sama autorka zauważa „(…) słynną amerykańską dekoratorkę wnętrz, lwicę salonową i aktorkę jednej roli”, który był „ostatnim akordem dekadenckiej paryskiej melodii”. Jeśli lubicie takie historie to sięgnijcie po „Dziewczynę z Paryża”. Dziewczynę, która niesie nadzieję.

Moja ocena: 6/10

Moja opinia powstała przy współpracy z Wydawnictwem Znak.

„Demonomachia” Marek Krajewski

DEMONOMACHIA

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.02.2022r.

@krajewskimarek to Autor wielowymiarowy. Twórca serii o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim (recenzje jego powieści znajdziecie tu: „Miasto szpiegów” i „Diabeł stróż”). Kryminały autorstwa Krajewskiego oceniłam 9/10. Wpadłam w zachwyt po ich przeczytaniu. Głównie  za styl, za piękny literacki język, za wierne odwzorowanie przeszłości i ciekawą fabułę. Okazuje się, że Marek Krajewski potrafi ciągle zaskakiwać😉. W „Demonomachii”, która premierę w @wydawnictwoznakpl miała 23 lutego br. wciąga nas w świat demonów na przestrzeni XIX i XX wieku, w ciekawe śledztwo kryminalne, w którym zwykłe umiejętności okazują się niewystarczające😊.

(…) ludzie opętani przez dybuka mają „dwa serca”, „dwie dusze” i „odtwarzają” zaplanowane przez Boga losy „drugiej duszy”, czyli dybuka…” -„Demonomachia” Marek Krajewski.

Uzdolniony przyszły maturzysta Stefan Zborski mieszka na Podgórskiej stancji ze swym współlokatorem Kazikiem Solawą. Półsierota tęskniący za ojcem jest jednocześnie panicznie rozkochany w sąsiadce Reginie Feintuch. Zborski szuka pocieszenia i odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zadał swemu przedwcześnie zmarłemu ojcu. Wraz z dwoma kolegami organizuje seans spirytystyczny. Mimo, że kieruje się w życiu logiką pragnie stanąć oko w oko z duchem ojca w wielkopiątkową noc. Seans jego zdaniem i współtowarzyszy nie udaje się. Pchany jednak jakąś niespotykaną dotychczas potrzebą, zaczyna rzucać klątwy na prawo i lewo powołując demoniczne imię. Jedną z takich klątw kieruje w stosunku do dziwne zachowującego się dwunastoletniego sąsiada – Szlomka Kranza, który w efekcie porzucony przez matkę rozpoczyna życie u boku ubogiego dziadka, introligatora obwoźnego Dawida Bochnera. Po odejściu z seminarium duchownego, do którego Zborski trafił, by egzorcyzmować demony, dzięki znajomości z profesorem Auerbachem, zostaje Stefan poproszony o udział w śledztwie w sprawie domniemanego opętania Racheli Ostersetzer. Tak zaczyna się niezwykła podróż, która wiedzie Zbroskiego w świat żydowskich i gojskich zabobonów. Wierzeń i nauki, która ma się im przeciwstawić. W świat obłudy, tajemniczości i niecodziennych zdarzeń, w których Zborskiemu przyjdzie brać udział.

W zabobony, demony i diabły nie trzeba wierzyć, by zachwycić się kunsztem literackim Autora i ogromną pracą, którą włożył w utkanie tej arcyciekawej historii. Bo historia jest naprawdę warta przeczytania. Mimo, że jak sam Marek Krajewski napisał w Posłowiu, książka nie jest związana ani z Eberhardem Mockiem, ani z Edwardem Popielskim, to jest to bez wątpienia dzieło tegoż samego Autora. Autora, którego niezwykle cenię za pieczołowitość i oddanie odwzorowywaniu rzeczywistości, w której osadzona jest akcja, jak i za wyjątkową wiedzę klasyczną przeplataną w tekście oraz przepiękny, literacki język. Książki Krajewskiego warto czytać ze względu na ich wysoką jakość literacką, której jest niezwykle mało wśród współczesnych pisarzy. Ten styl, forma, zwroty, brak powtórzeń są na tę chwilę nie do podrobienia. A jeśli śledzicie mój blog to wiecie, że czytam nagminnie i bez opamiętania😊.

Zanim skupię się na wielu aspektach, z którymi chcę się z Wami podzielić, wspomnę o okładce. Jej autorem jest Michał Pawłowski. I Panu Michałowi właśnie należą się ogromne brawa. Koncepcja okładki powaliła mnie na kolana. Stylizowana na archaiczną zachwyciła mnie i użytą czcionką, zastosowaną kolorystyką, jak i tekstem, który kierowany jest do czytelnika. Zwróćcie proszę na nią uwagę, bo sama w sobie jest małym dziełem sztuki i wyjątkowo dobrym pomysłem uwzględniając treści, które sobą okala. Nie mogłam od niej oderwać wzroku i wielokrotnie do niej wracałam w trakcie czytania😊.

Dlaczego jeszcze, oprócz powyższego, warto przeczytać „Demonomachię”? Czytając podziwiałam użyty w książce język, archaiczne zwroty. Z uśmiechem czytałam „(…) dwudziesty miesiąca nissan, roku pięć tysięcy sześćset pięćdziesiątego dziewiątego od stworzenia świata…” – ciekawe, czy ktoś wie, który to? 😉 O „fizjognomij”, „wakacyj” „komplikacyj” i wielu innych. Oddanie kultury żydowskiej, nawiązanie do łaciny, ówcześnie obowiązujących obrzędów żydowskich i chrześcijańskich, folklorze i tradycji, a także wtrąceń z języka hebrajskiego, niemieckiego i francuskiego. Dzięki wytężonej i profesjonalnej pracy eksploratorskiej świat przedstawiony w powieści stanowi silną podwalinę pod rozwijanie zainteresowania kulturą żydowską oraz zabobonami szerzącymi się w galicyjskiej Polsce. Czytając miałam wrażenie, że Krajewski zabrał mnie w nieznaną do tej pory podróż, podróż unikatową. Trochę nawet fantazyjną, jednak niemniej ciekawą. Podróż, w której dowiedziałam się wielu nowych rzeczy i zdobyłam mnóstwo informacji. I o dziwo, podróż, w której będąc agnostykiem odnalazłam się brawurowo. Takie nieoczywiste książki cenię najbardziej. Książki, w których zaskoczenie miesza się z podnieceniem, gdy przekładam kolejne strony.

Z zapartym tchem czytałam o niezwykłym uczuciu jakim darzył Szlomka jego dziadek. Stary Żyd, zarabiający na życie uczciwie, który podjął się trudnego wyzwania ratowania swego wnuka. Podejmując najcięższy trud podróżowania w zimnie, w głodzie. Podejmując trud życia w skrajnej biedzie i własnego rozwoju, by tylko podjąć jakąkolwiek walkę o życie wnuka. Odrzucony przez rodziców, pokochany przez dziadka Szlomek okazał się w tej historii nie mniej kluczowy od samego Stefka Zborskiego. O tak ten jest postacią niezwykle złożoną. Z pokornego gimnazjalisty, zafascynowanego przedwojenną profesurą podejmuje studia duchowne, by wreszcie odnaleźć się w laickim świecie nie jako pogromca demonów-egzorcysta, lecz jako ich adwersarz. Z zapartym tchem śledziłam jego poczynania. Krajewski oddał sumiennie złożoność jego postaci, jego dychotomiczność. Finalnie te zboczenie z raz obranego kursu przynosi Zborskiemu benefity. Skrajne uniesienia, rozwój osobisty i duchowy, doświadczenia, o których nie sposób zapomnieć do końca życia. Przy czym nadal, mimo wielu doświadczeń jest on skrajnie uroczy, ciągle niewinny, nie wierzący w własne doznania i przeżycia, ciągle młody duchem. Miło czytało się o jego rozterkach, o jego myślach i oczekiwaniach. Przyjemnie śledziło się jego poczynania.

Krajewski generalnie zaciekawia wykreowanymi przez siebie bohaterami. Odnosi się do nich z należytym szacunkiem. Kreśli postaci bardzo starannie, wielokrotnie nie okazują się takimi, jakimi chcemy je widzieć lub jakimi poznaliśmy je na początku. Zaskakująco dobrze Autor czuje się w roli „mąciciela”, „kapitana zmieniającego kurs”. A to wszystko po to, by czytelnik nie czuł się znudzony, by  ciągle czytelnika zaskakiwać. I Regina, i Rachela, i Piotruś, i sam malarz Stróżyk, czy profesorstwo Auerbach to postaci wielowarstwowe, w stosunku do których postawiona teza sama się obala. To samo dotyczy postaci rabinów, czy Fränkel-Teomima, czy Perlergera. Ach, zresztą cały proces rabiniczny to prawdziwe arcydzieło. Długo tak mogłabym długo. Zauważyłam u siebie pewną zależność, im bardziej książką jestem zachwycona, tym dłużej piszę o niej opinię😉. Dość już. Muszę zostawić Wam pewne pole do popisu, byście nie byli znudzeni moją opowiastką i koniecznie sięgnęli po tę pozycję.

Książkę nietuzinkową, ciekawą i wręcz wybitną w swym urozmaiceniu, w której bynajmniej nie chodzi o to, czy wierzymy w zabobony, dybuki, duchy i diabły. A tym bardziej nie chodzi, czy świat w niej przedstawiony wydaje nam się bardziej lub mnie prawdziwy. Czego w tej książce nie ma!!! Czegóż tam nie ma!!! Gorąco polecam Wam prozę Marka Krajewskiego. Gorąco polecam Wam książkę wyjątkowo sprawnie napisaną.

Moja ocena: 10/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Kościół płonie” Andrea Riccardi

KOŚCIÓŁ PŁONIE

  • Autor: ANDREA RICCARDI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery: 31.01.2022r.

Nie jestem zbytnią fanką książek opiniotwórczych. Szczególnie, gdy opinia autora jest zgoła inna od mojej rodzi się we mnie wewnętrzny bunt. Dlatego tak obawiam się recenzji tego rodzaju publikacji. Staram się, by moje osobiste spostrzeżenia nie przykryły faktury, tekstu, wartości językowej książki. Nie do końca wiem, czy mi się to udaje. Udaje się? Jak nie to dajcie znać pod postem😉. Poprawię się.

Nawiązując do „Kościół płonie” Andrea Riccardiego (data premiery: 31 stycznia br.) wydanego nakładem @wydawnictwoznakpl przyznaję, że spóźniłam się z recenzją. Wydarzenia na Ukrainie, których jesteśmy świadkami oddaliły mnie od zanurzenia się w pożarze Kościoła. Bo jak tu czytać o Kościele, gdy płonie Ukraina!!! ☹ Pełna niepokoju w codzienności, obawy o jutro, o to, jak potoczą się losy świata, nie chciałam sięgać do tak poważnej literatury. Obawiałam się (okazało się, że całkiem niepotrzebnie) samych trudnych tematów, osądów, mówiąc brzydko gnojenia oligarchów Kościoła, co w tych trudnych czasach byłoby niewskazane. Wzbudzałoby takie podejście we mnie dodatkowe, niepotrzebne negatywne emocje. Czując się jednak zobowiązania w stosunku do Wydawcy sięgnęłam po zaproponowaną przez Niego pozycję autorstwa Andrea Riccardiego. Jak pisze Wydawca w opisie: „włoskiego historyka, wykładowcy akademickiego, komentatora życia Kościoła. Założyciela Wspólnoty Sant’Egidio (Świętego Idziego) – wspólnoty żyjącej z osobami bezdomnymi, pomagającej uchodźcom. Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Przewodniku Katolickim”, kilka jego książek było już tłumaczonych na język polski”.

Co z tym Kościołem? Na to pytanie stara odpowiedzieć się Andrea Riccardi przedstawiając wyzwania, z którymi aktualnie boryka się cały chrześcijański świat. Spadek powołań, malejąca liczba katolików, puste ławki w kościołach, niepraktykowanie obrzędów religijnych i liczne skandale, to tylko niektóre z nich. W Polsce, jak i na świecie sytuacja jest bardzo podobna. Czasy, gdy na mszę św. wychodziło się co najmniej pół godziny przed czasem, by znaleźć jeszcze miejsce siedzące dawno minęły. Czasy, gdy na pasterkę wychodziło się o 2230, by nie stać na mrozie na zewnątrz już dawno za nami. Czasy, gdy widząc księdza z grupą małych dzieci kłoniło się z szacunkiem, odeszły wraz z bezgranicznym zaufaniem do tej grupy społecznej. Co z tym pożarem Kościoła, w sensie materialnym gdy płonęła w 2019 roku katedra Notre-Dame de Paris i w sensie społecznym, gdy płoną kolejne nadzieje, wiary w uczciwość, przywiązanie do tradycji chrześcijańskiej. Czy kiedykolwiek będziemy jak w przeszłości w Kościele?

Po przeczytaniu tej publikacji mam taką refleksję. Z wieloma stanowiskami względem Kościoła spotykaliśmy się już w przeszłości. Oskarżenia o nepotyzm, homoseksualizm, wykorzystywanie nieletnich, kradzieże majątku kościelnego przez jego władców, zbrodnie i występki na tronie papieskim, czy chociażby bardziej lub mnie jawna apostazja. To wszystko już było. Takie ciemne plany w historii Kościoła istnieją od wieków. Nie są niczym nowym. Całkowicie jest za to nowe społeczeństwo, które współcześnie na nie patrzy. Społeczeństwo, dla którego pewne sprawy są nie zaakceptowania i pewne słowa, stanowiska nie powinny być wypowiedziane. Społeczeństwo, które z ciekawością, a nie w poczuciu odrzucenia, ogląda film Smarzowskiego „Kler” i weryfikuje swoje poglądy, które przysłowiowo „wyssaliśmy z mlekiem matki”. Kryzys był w Kościele cały czas. To sam Kościół ten kryzys wzniecał, tak jak to dzieje się teraz. 

Co do autorstwa Andrea Riccardiego przyznaję, że publicysta głęboko zanurzył się w problemy współczesnego Kościoła. Jego dywagacje nie są jednostronne. Jego światły i chłonny umysł zwraca uwagę na wiele aspektów, nie narzucając czytelnikowi, jednego właściwego zdania, w przeciwieństwie do tego, co często słyszymy z ambony. Riccardi ciągnie wątek kryzysu, który według niego nie oznacza końca. Zgadza się to z moim spostrzeżeniem, że przecież Kościół na przestrzeni wieków to powracające kryzysy, a jednak ciągle jest i ciągle ma pewne grono wiernych. Może powstać, jak Fenix z popiołów oferując jego wyznawcom o wiele więcej, niż tylko sztywne kanony, nakazy i zakazy. Jeśli tylko podąży za głosem ludu, za głosem jego serca. Spodobał mi się wątek polski w publikacji. Autor nawiązał do polskiego Strajku Kobiet, za którego stałam murem i w którym brałam udział. Mimo, że jest wierzący dostrzegł drugie dno tej inicjatywy, nie dyskryminując jej, nie oceniając negatywnie.

We Francji żyje wielu agnostyków. We Włoszech wręcz przeciwnie, Kościoły są zapełnione w trakcie mszy świętych. W Polsce, w zależności od regionu. Raz pustki, raz ławki pełne do ostatniej. W którą stronę zdążamy? Diagnozę i rozważania w tym temacie proponuje Andrea Riccardi w książce „Kościół płonie”, nie tylko dla Katolików😉. I to jest walor tej książki, która nie zanudza, nie drażni. Stanowi wyłącznie subiektywne studium sytuacji w Kościele. Czytając ją miałam wrażenie, że rozmawiam z autorem, z jego różnymi „JA”. Wsłuchuję się, co ma do powiedzenia i prowadzę z nim dialog. Dlatego warto przeczytać tę książkę. Zmierzyć się z nią, zaciekawić.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość podzielenia się z Wami moją opinią na temat tej książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.