„Zniknięcie Pani Christie” Marie Benedict

ZNIKNIĘCIE PANI CHRISTIE

  • Autorka: MARIE BENEDICT
  • Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.02.2022r.

To nie wyłącznie fantazja literacka Marie Benedict. To fakt, odnotowany w biografii najsławniejszej autorki kryminałów wszechczasów Agathy Christie. Z wielu źródeł dowiadujemy się, że 1926 rok był jednym z najtrudniejszych w życiu Agathy Christie. „Zmarła jej matka, brat uzależnił się od narkotyków, wydawcy nie spodobała się powieść „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, a jej mąż Archibald Christie, zakochał się w innej kobiecie (Nancy Neele) i zażądał rozwodu. W grudniu 1926 pisarka zaginęła na 11 dni, co wywołało poruszenie w prasie (m. in.: The New York Times, Daily Herald). Do tej pory przyczyny tego zdarzenia pozostają niejednoznaczne. Przebywała wówczas w Hydropathic Hotel w uzdrowiskowym Harrogate (płn. Anglia). Zameldowała się tam pod nazwiskiem kochanki męża” (cyt. za: Wikipedia). To właśnie ta historia stała się kanwą dla literackiej opowieści wydanej pod tytułem „Zniknięcie Pani Christie” przez Wydawnictwa @znakhoryzont. I mimo, że od premiery upłynęło już sporo czasu, ze względu na rekonwalescencję, której byłam poddana przez trzy tygodnie, ja na recenzję zapraszam Was dopiero teraz. Na recenzję książki, której byłam bardzo ciekawa, jako niekwestionowana fanka kryminałów😊.

Zamarł. Choć był przyzwyczajony do mojej ekspresji, nie nawykł do tonu innego niż bierność, którą u mnie pielęgnował. Ale nic z siebie nie wydobył. Żadnych wyrazów współczucia. Przeprosin. Zapewnień o miłości. Nie zaoferował uścisku.” – „Zniknięcie Pani Christie” Marie Benedict.

Jej mąż Archibald Christie spędza weekend u swych przyjaciół Jamesów w Hurtmore Cottage, ze swoją kochanką Nancy u boku. Ona miała gościć w Beverly w Yorkshire. Jej mąż został ściągnięty przez policję z Hurtmore Cottage do domu w dniu 4 grudnia 1926 roku, w pierwszy dzień po jej zniknięciu. Ona pozostawiła mu list, w którym wszystko wyjaśniła. List zatajony, o którym nie miał dowiedzieć się zastępca szefa policji Surrey, Kenward, ani inspektor Goddard z policji Berkshire.

Jestem pisarką z misją. Najbardziej na świecie lubię odnajdywać ważne, skomplikowane, zapomniane kobiety z przeszłości i prezentować je we współczesnym świetle, gdzie w końcu możemy dostrzec ogrom ich wkładu i zrozumieć teraźniejszość” – tak o sobie pisze sama Marie Benedict w Posłowiu. I te wypełnienie misji się jej udało w „Zniknięciu pani Christie”. Benedict przyozdobiła prawdziwe wydarzenie z życia Królowej Kryminałów w fabularyzowaną historię. Historię o porzuconej kobiecie, zdradzonej przez tego, dla którego zerwała kiedyś zaręczyny. Historię o zadufanym w sobie mężczyźnie, który z łatwością poskromił tą, dla której meandry rozbudowanych i wielowymiarowych kryminalnych szarad nie są tajemnicą. Kobietę niegdyś entuzjastyczną, uważną i ciekawą świata, która w pewnym momencie zaczęła czuć tylko smutek i zniechęcenie, zaczęła mnożyć własną samotność.

Bardzo podoba mi się konstrukcja tej publikacji. Jest i początek i koniec. Są też dwie części. Pierwsza część podzielona jest na „przedtem” i „teraz”. Autorka w retrospekcji zawartej w rozdziałach o tytule „Rękopis” zabiera nam w historię związku Archiego i Agathy Christie, począwszy od 12 października 1912 roku, aż do 3 grudnia 1926 roku. Ta część powieści pisana jest w narracji pierwszoosobowej, z perspektywy samej Christie. Nie wiem, czy sama Christie chciałaby być pokazana w taki sposób światu. Jako kobieta porzucona poniżająca się w trakcie walki o miłość i uwagę męża, znosząca jego niewybredne sugestie i ociekające jadem uwagi. Na pewno chciałaby być pokazana jako kobieta z krwi i kości. Mająca swoje słabe strony i kompleksy, które raczej powinniśmy dla porządku nazwać lękami. Poznajemy ją także nie tylko w roli żony, matki, lecz także w roli córki, siostry i młodego podlotka, który zakochał się w przystojnym pułkowniku o niebieskich oczach na balu w Chudleigh. Całe poszukiwania i śledztwo objęte zostało rozdziałami zatytułowanymi kolejnymi dniami po zniknięciu oraz datami. Narrator trzecioosobowy opowiada o działaniach policji, bliskich Christie, a przede wszystkim jej męża od rozdziału „Pierwszy dzień po zniknięciu. Sobota 4 grudnia 1926 roku…”, aż do „Dziesiątego dnia po zniknięciu. Poniedziałek 13 grudnia 1926 roku..”. Druga część stanowi podsumowanie wszystkich wcześniej opisanych wydarzeń, ich wytłumaczenie i daje nadzieję, na lepszy początek po końcu, który stał się nieuchronny.

Język powieści jest bardzo przyjemny. Książkę czyta się lekko, jak rasową zagadkę kryminalną. Trochę psuła mi zabawę świadomość, że Christie nic się nie stało, że jej zniknięcie było świadome. Że to tak naprawdę był jej przytyk w nos samego Archiego, który postanowił kontynuować szczęśliwe życie poza ich małżeństwem. Jako wielka fanka Poirota i Panny Marple ten fakt z życia Christie był mi znany. Jednak przygodę z powieścią Marie Benedict traktuję jako podglądanie przez dziurkę od klucza. Przy czym fakt zniknięcia jest samą dziurką, a to co za nią, to książka zatytułowana „Zniknięcie pani Christie”. Wszystkie tajemnice, zawoalowane informacje i ukrywane wydarzenia z życia znanych i lubianych.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont  za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie mi recenzenckiego egzemplarza.

„Lunchbox na każdy dzień. Fit Bento” Malwina Bareła

LUNCHBOX NA KAŻDY DZIEŃ. FIT BENTO

  • Autorka: MALWINA BAREŁA
  • Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 29.09.2021r.

Malwina Bareła @Filozofia Smaku to autorka kilku książek, w których przedstawia prosty i łatwy sposób na zdrowe lunchboxy. Na „Lunchbox na każdy dzień. Fit Bento” od @znakhoryzont czekałam dość długo, mimo, że jej premiera była pod koniec września. Zanim zapoznałam się z propozycjami Malwiny Bareły prześledziłam jej blog kulinarny😊. Gorąco zachęcam do odwiedzenia strony Autorki Filozofia smaku, gdzie Autorka wyjaśnia czym jest filozofia bento, którą kieruje się w życiu. Według Wikipedii to nic innego jak (…) rodzaj posiłku kuchni japońskiej, mający postać pojedynczej porcji na wynos, kupowanej w punktach gastronomicznych lub przygotowywanej w domu” (cyt. za: Wikipedia). Według Malwiny najważniejsze znaczenie w bento ma jego zbilansowanie. Ech, chciałabym móc powiedzieć tak jak Autorka: „Bentowanie weszło mi w krew już na dobre i nie wyobrażam sobie bez niego życia” (link). A wracając do blogu to dodatkowo zachwyciła mnie w nim zakładka Zero waste prezentująca najprostsze rozwiązania do nie marnowania jedzenia, czy zdrowego przechowywania.

Książka zawiera 130 przepisów na zbilansowane posiłki do lunchboxa, który możemy zabrać ze sobą do pracy, do szkoły, w podróż, czy nawet na przedświąteczne buszowanie po sklepach. Autorka pokusiła się zawrzeć w publikacji zamienniki dla wegetarian, czym mnie ujęła. Ponadto w książce znajdujemy pragmatyczne podejście do pieniądza oraz ekologiczny, szeroki wydźwięk. Autorka stawia na filozofię zero waste i zachęca nas do oszczędzania naszych własnych pieniędzy. Całość nie jest skomplikowana i mimo obco brzmiącej nazwy tej filozofii smaku, jest ona naprawdę kuchnią przyjemną, nie zajmującą zbyt dużo czasu, a przede wszystkim zdrową.

Z tym byciem u mnie fit jest różnie. Ogólnie, raz lepiej raz gorzej. Poszukując motywacji postanowiłam zapoznać się z propozycją Malwiny Bareły. Zapoznawałam się z przepisami cyklicznie, w zależności od możliwości i nastroju. Stąd recenzja napisana ponad dwa miesiące po premierze. Filozofia bento nie od razu przypadła mi do gustu, więc metodą małych kroczków, co rusz próbowałam kolejnych propozycji. I wreszcie się udało!!! Zapewniam, że w książce jest i smak, i czas na przygotowanie posiłków. Do tego bardzo dobre rady, które możemy wdrożyć od razu w życie, a które, nie wymagają od nas dużego wysiłku.

Książka jest spójna i kompleksowa w każdym calu. Od przepisów, po składniki, przez rady, aż do samej formy literackiej i sposobu wydania. Z przyjemnością przemierzałam tajniki filozofii bento szukając swojej drogi. Odkrywając to, co do tej pory nieznane. Potrzebujecie urozmaicenia i prostych rad? Jeśli tak, to książka jest zdecydowanie dla Was.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont  za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie mi recenzenckiego egzemplarza.

„Pierogi z kimchi. Koreańskie smaki dla każdego” Wioleta Błazucka

PIEROGI Z KIMCHI. KOREAŃSKIE SMAKI DLA KAŻDEGO

  • Autorka: WIOLETA BŁAZUCKA
  • Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery: 27.10.2021r.

Książki kucharskie bardzo lubię. Od czasu do czasu sięgam do nich, by urozmaicić moją kuchnię. Jedynie mam problem z recenzjami😉. Bo jak tu zrecenzować książkę kucharską? Przecież wygodniej mi pisać, który przepis mi zasmakował najbardziej lub który mnie wprost zachwycił i zadziwił. Jedną z tych, które chcę Wam dziś zaprezentować to „Pierogi z kimchi. Koreańskie smaki dla każdego”  Wiolety Błazuckiej wydana nakładem Wydawnictwa @znakhoryzont. Kuchnię koreańską wprost ubóstwiam, szczególnie, gdy nie muszę przygotować z niej potraw sama😊.

Wiola i jej synek Sonu zabierają Czytelnika w podróż do odległej Korei, w której Autorka gotuje wyśmienite tradycyjne dania koreańskie. Książka to zbiór przepisów z kanału na YouTubie „Pierogi z Kimchi”. Kanał ma rzeszę swoich zwolenników, więc tym bardziej, książka powinna znaleźć się w każdym domu, gdzie nie tylko króluje schabowy, ziemniaki i kapusta, lecz jest przestrzeń do odkrywania nowych, orientalnych smaków. Książka obejmuje wiele wcieleń koreańskiego gotowania. Dla mniej zaawansowanych Polaków są dania przygotowywane ze składników dostępnych w każdym polskim sklepie. Dla ludzi lubiących poszukiwania Autorka proponuje potrawy, które wymagają co najmniej dwóch „nietypowych” składników. O poziomie mistrza kuchni koreańskiej nie wspomnę. To naprawdę dla najbardziej zatwardziałych fanów i odkrywców w jednej osobie.

Podoba mi się szata graficzna książki, jest bardzo optymistyczna. Równie spodobała mi się sama Autorka, Polka mieszkająca w Korei. Bardzo cenię sobie ludzi pozytywnie zakręconych, którzy potrafią zmienić swój świat w okamgnieniu, by próbować szczęścia, które gdzieś na nich czeka na horyzoncie. Do szefa kuchni mi daleko. Nie ukrywam, że próbowałam więc dań, których przygotowanie jest jak najprostsze. Poza poziom potraw zrobionych ze składników dostępnych w każdym polskim sklepie, nie wyszłam. I tak podróż w koreańską kuchnię uważam za udaną. Nawet trudno brzmiące potrawy można przygotować w dość prosty sposób. Wystarczy tylko trochę samozaparcia, chęci i czasu, a nasze talerze owinie wyjątkowy zapach, a kubki smakowe zakosztują nowych, orientalnych dobroci.

Książka jest kompleksowa, a zarazem bardzo prosta w odbiorze. Ja kuchni koreańskiej mówię TAK, a Wy?  

Moja ocena: 8/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont  za możliwość zapoznania się i podzielenia się z Wami tą książką.