Recenzja przedpremierowa – „Zimna S. Odwilż” Justyna Chrobak

Zachwycałam się w ostatniej recenzji „Zimną S” @Justyna Chrobak – profil autorski i pisałam, że tak książka mi się podobała, że szybko zabrałam się do przeczytania jej drugiej części „Zimna S. Odwilż”. Która z części okaże się lepsza, debiut czy kontynuacja? Czy poziom książki jest taki sam? Zapraszam do przeczytania recenzji drugiego tomu cyklu.

Justyna Chrobak w tej części nie oszczędza Malwiny. Sama okładka książki jest zdecydowanie różna od pierwszej. Zauważyliście? Jakby w samej okładce aktorka, bo wierzę, że miała prawo decydować o jej wyglądzie, chciała dać nam do zrozumienia, że o Malwinę w tej części chodzi. O jej tragedię, o jej przeżycia, o jej uczucia i niezrozumienie tego co się dzieje. Często tak jest, szczególnie gdy przeżywamy żałobę, nie potrafimy się wtedy pogodzić z tym, co nas spotkało. A przecież się stało i trzeba żyć dalej. Mimo, że jej trudno Malwina walczy, bo jest waleczna. W tej części jednak zdecydowanie mniej. W efekcie zdaje się sobie sprawę, że potrzebuje pomocy, potrzebuje by ktoś się o nią zatroszczył, ktoś jej pomógł, ktoś był jej bohaterem. Każda z nas czasem tak ma. Szukamy pomocy, nawet do tego się nie przyznając. Poznajcie trochę inną Malwinę. Poznajcie, parafrazując Osiecką „kobietę po przejściach, kobietę z przeszłością”.

Z tymi początkami serii różnie bywa

Zawsze zastanawiam się czy pierwsza książka serii będzie jednocześnie jej najlepszą.  Czy kontynuacja będzie udana. Muszę przyznać, że wielokrotnie kontynuacje mnie zawodziły. Nie miały tego polotu, tego rozmachu. Znika gdzieś niewiadoma i zaskoczenie. Oczywiście za wyjątkiem „Harrego Pottera”, „Władcy Pierścieni” i innych arcydzieł literackich! Nie mam doświadczenia w pisaniu, więc nie będę się wymądrzać. Zapewne trudno autorowi za każdym razem zachwycać czytelnika. Tak samo jak nam trudno jest zachwycić drugiego człowieka, którego już znamy, u którego nie zadziała już po raz drugi „efekt aureoli” przy pierwszym wrażeniu. Niektórzy czytelnicy są bardzo wymagający. Jak przeglądam różne recenzje to takich niepobłażliwych czytelników jest wielu. Zawsze ciekawi mnie, czy tą powieść, którą oceniają bardzo srogo, sami napisaliby lepiej. Czasem dobrze jest „wejść w czyjeś buty”.

Ja starałam się czytając „Zimną S. Odwilż” bardzo „wejść w buty” autorki i zrozumieć, co chciała nam przekazać kreśląc taką, a nie inną fabułę. Jedno jest pewne, Chrobak w tej części pokazała nam inną Malwinę, cierpiącą Malwinę. To rozwinięcie głównej bohaterki z poprzedniej części serii. To przedstawienie Malwiny bardziej dojrzałej, drogi, którą musiała przejść. I ten aspekt książki podobał mi się najbardziej. Każdy z nas nosi swój bagaż, bagaż doświadczeń. Ja też noszę swój. Jednego nadal uwiera. Drugi zrzucił z ramiona już dawno temu i niesie lekką siatkę. Prawie pustą siatkę. Oddzielił emocje i przeżycia od codzienności. Oj, każdy by tak chciał, prawda?  Malwina też niesie i ta jej podróż mnie momentami rozczulała. To dobrze, bo to przecież taki gatunek. Ma być w nim dużo emocji.

na, Malwina jest największą wartością tej części.

Niektóre wątki, które się pojawiły można nazwać w pewnym sensie kryminalnymi. To rozbuchało fabułę do sufitu. Groźby, szantaż, przyjaciel na niby zmarłego ojca. Sama rola ojca w fabule była dla mnie zaskoczeniem. Muszę przyznać, że deczko nie podłapałam tych emocji. I może to mi najbardziej w książce przeszkodziło.

Taki trochę miszmasz. Trochę historii obyczajowej, szczypta sensacji, gram romansu, jedna łyżka soli chciałoby się rzec. Gatunek nie całkiem kobiecy. Gdybym miała jednym słowem określić tą cześć, to napisałabym: urozmaicona. Całkowicie. Dostarczyła mi momentami różnych, skrajnych emocji. Możliwe, że mój odbiór zaburzyła część pierwsza, którą przeczytałam bezpośrednio przed częścią drugą. Nie miałam czasu odpocząć, zatęsknić. No cóż, nie dotrzymałam obietnicy danej sobie dawno temu, że będę robić przerwy między częściami cyklu. Ktoś mi zawsze mówi, że „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”. W moim przypadku to 100% racji. Czytajcie więc, jeśli mogę dać Wam radę, obie części w pewnym odstępie czasu. Na pewno książkę ocenicie jako bardzo dobrą. Tak się zwykle dzieje, gdy powracają doskonale skrojeni bohaterowie, którzy nierzadko są największą wartością każdej książki.

Zachęcam Was do zaglądnięcia na karty tej historii, celem poznania dalszych losów Malwiny. Losów, które Was zaskoczą. Jestem tego pewna. Tak samo jak mnie.  Spróbujcie zrozumieć jej decyzje, dla mnie czasem kompletnie niezrozumiałe. Ciekawi Was jakie decyzje podejmowała Malwina? Nic prostszego. Książka dostępna od najbliższej środy. Biegnijcie do księgarń lub klikajcie w księgarnie internetowe.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z książką przedpremierowo bardzo dziękuję  Autorce.

Recenzja przedpremierowa – „Zabijaj uważnie” Karsten Dusse

ZABIJAJ UWAŻNIE

  • Autor: KARSTEN DUSSE
  • Wydawnictwo: OTWARTE
  • Seria: ZABIJAJ UWAŻNIE. TOM 1
  • Liczba stron:390
  • Data premiery: 02.06.2021r.

„Zabijaj uważnie” od Wydawnictwa Otwarte to debiut autora, Karstena Dusse. I tu nie będzie zaskoczenia, prawnika od lat piszącego scenariusze do seriali i formatów telewizyjnych. Przygodę z książką zaczęłam trochę od tyłu, a dokładniej od skrzydełka tylnego, w którym przeczytałam krótką notkę biograficzną o autorze. Notka po raz kolejny potwierdziła, by pisać dobre książki muszę najpierw skończyć studia prawnicze;)  Pogłębiając się nadal w czytaniu na opak, przeczytałam Dziękuję. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Naprawdę. Tylko dlatego, że nie mogłabym zacząć czytania bez dowiedzenia się skąd autor zaczerpnął inspirację do tak sztosowej – jakby powiedział mój syn  – fabuły. By kompletnie zbić siebie samą z tropu, zerknęłam na opinie na LC. Ludziska !!!! Chyba nigdy nie widziałam 52 opinie na LC na dwa tygodnie przed premierą!!! A premiera jest dopiero 2 czerwca. Istne szaleństwo. Mnogość przedpremierowych recenzji potwierdza tylko, że tak zaciekawionych i niecierpliwych czytelników jak ja, jest wielu.  Ale przyznajcie sami, jak tu nie być ciekawym, gdy z opisu wydawcy jawi nam się przepis na udane morderstwa i to uważne morderstwa.

Zamiast skupić się na tym, co mówi twój przeciwnik, skup się na tym, co chce powiedzieć. To, co słyszysz, to tylko echo jego świata wewnętrznego. Kiedy zamiast słuchać, zaczniesz czuć, oskarżenie okaże się wołaniem o pomoc.”

„Zabijaj uważnie” Karsten Dusse

Kompletnie nie wiem, co przez fabułę książki chciał nam powiedzieć jej autor, Karsten Dusse. Wiem natomiast, że z taką fabułą i konstrukcją książki spotkałam się po raz pierwszy. A jeśli obserwujecie mój blog, to wiecie, że z poświęcaniem czasu na czytanie nie mam problemu. Stosownie zresztą do innej zasady z książki: „Wszyscy mają tyle samo czasu. Jednak każdy z nas inaczej go wykorzystuje”.

Z treningiem uważności stykamy się, gdy Björn Diemel, adwokat karny działający na zlecenie rzadko niesłusznie oskarżonych, zaczyna dusić się w swoim małżeństwie. Celem poprawy relacji z żoną zaczyna uczestniczyć w treningu uważności prowadzonym przez Joschkę Breitnera. O treningu przeczytacie tutaj Medytacja mindfulness. Spotkania Björna z terapeutą w krótkim czasie przyczyniają się do poprawy relacji z żoną mimo separacji, zwiększenia częstotliwości spotkań z córką Emily oraz pozbycia się trudnego klienta, bardzo dochodowego, lecz jednak trudnego Dragana, lokalnego gangstera.  Sam scenariusz to nic nowego. Natomiast motywacja, forma podjętych działań to coś innego. Björn bardzo szybko osiągnął pierwszy cel, jaki postawił przed nim coach, a mianowicie zaspokoił potrzebę, która dała o sobie znać dzięki uważnemu przyjrzeniu się sobie, swojemu życiu. Jak sam zauważył; „(…) moje pierwsze morderstwo wypada uznać za poprawne wykonane ćwiczenie uważności. Nie przyniosło nic dobrego drugiej osobie. Tylko mnie”.

Już wiecie, że warto przeczytać. Czyż nie? 

Groteskowy humor

Żeby nie napisać czarny humor.  Pomysł na książkę na miarę Chmielewskiej, królowej polskich kryminałów. Genialny pomysł na połączenie zasad work-life balance z mafijnym, niemieckim półświatkiem. Musicie bowiem wiedzieć, że akcja toczy się w Niemczech. Kosmopolitycznych Niemczech. Mamy więc pobocznych bohaterów o imieniu Dragan, Boris, Basia, Sascha, Stanislav, Igor itede, itepe. Prawdziwa mekka emigrancka z polskim wątkiem.

Książka składa się z krótkich, zatytułowanych rozdziałów. Tytuł nawiązuje do rady Joschky Breitnera, która również cytowana jest w podtytule. Narracja jest pierwszoosobowa. Na wydarzenia, uczucia, decyzje patrzymy oczami Björna, głównego bohatera. To Björn uzasadnia swoje zachowanie odnosząc je do konkretnego zalecenia przekazanego przez terapeutę w trakcie treningu uważności. Tak się zakręciłam czytając poszczególne kroki treningu, zamieszczone na początku każdego rozdziału, że….. zaczęłam wierzyć w istnienie Joschky Breitnera.  Tak świetnie autor skonstruował rady i potrafił odnieść je do przedstawionych w rozdziale okoliczności, że aż musiałam sama siebie sprostować. Terapeuta jest postacią literacką.

Oprócz głównego wątku, baaaaardzo ciekawego, autor umiejętnie wplótł wątki poboczne. Warto wspomnieć o gangsterach zajmujących się przestępczością zorganizowaną, którzy – zdaniem autora – z zasady uważają się „(…) za człowieka, który kocha dzieci” czy chociażby o relacji typu volkswagen golf „(…) Nie wygląda najgorzej, kupuje się go w obliczu braku innych środków transportu, a jak trzeba, to można rozwinąć dużą prędkość”. Nie obyło się oczywiście bez drobnych nieścisłości a jak wiecie, nie jestem w stanie nie zwrócić na nie uwagi. Najpierw dowiedziałam się, że córka Björna i Kathariny – Emily „Od początku piła z butelki…”, by na stronie 43 przeczytać, że jednak „Katharina całkowicie zagarnęła Emily. Karmienie piersią zgodnie z planem. Odstawianie od piersi zgodnie z planem. (…)”. Ot, takie małe niedociągnięcie.

Sam główny bohater, Björn Diemel niezwykle sympatyczny. Sympatyczny w swej nieporadności, w swoim niezadowoleniu ze swojego życia. Przypomina mi wielu obok mnie. Momentami przypomina mi siebie samą. On jednak stara się i chce coś z tym zrobić. Zapisuje się na trening. Na trening w trakcie którego szybko z racjonalnego niedowiarka staje się nieświadomym wyznawcą metod uważności. Metod, które zaczyna płynnie wprowadzać w życie, czym zmienia owo życie całkowicie, diametralnie. Staje się podobnym do Borisa, Dragana i im podobnym. Jednocześnie wpada na pomysł stworzenia nowego „narkotyku”. Narkotyku od którego uzależnia od razu współpracowników swego byłego klienta – Dragana, szefa wydziału kryminalnego – Petera, pracownika działu budowlanego w lokalnym magistracie i wszystkich tych, którzy posiadają dzieci w wielu przedszkolnym. Staje się więc dość pożądanym dostawcą na rynku.

Nie lubię czytać poradników. Ale poradnik jak stać się gangsterem będąc bogatym, efektywnym prawnikiem, specjalistą prawa karnego, to coś innego. W książce jest wszystko to, co da się lubić w dobrej prozie. Czarny humor, dystans do siebie i otaczającego nas świata, cięte riposty, inteligentne dialogi, szybka i wartka akcja, skrojeni na miarę fabuły bohaterowie i do tego pomysł. Pomysł nieszablonowy. Pomysł jakiego jeszcze nie było. A zakończenie, no cóż. Powiem tylko, że historia lubi się powtarzać.

Sięgnijcie sami po ten napisany z humorem poradnik uważności. Uważności, która zmieni Wasze życie. Uważności, która „(…) może zabijać ludzi i łamać nosy. Czasem też roztapia góry lodowe”. Sami przeczytajcie jaka jest najważniejsza rada treningu uważności.

Będzie kontynuacja, a tym samym bęęęędzie się działo. Nie mogę się doczekać drugiego tomu. Uwielbiam inteligentną rozrywkę, więc czekam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

Recenzja przedpremierowa – „Złudzenie” Nicola Rayner

ZŁUDZENIE

  • Autor:NICOLA RAYNER
  • Wydawnictwo:W.A.B.
  • Liczba stron:384
  • Data premiery: 19.05.2021r.

Zamień spanie na czytanie! lub Mniej spania więcej czytania! Zawsze chciałam tak zacząć recenzję. Wreszcie mi się udało. Oczywiście czasownik „spać” możecie zamienić na „grać”, „oglądać” czy jak tam wolicie. Ja postępuję zgodnie z przytoczonymi hasłami i kultywując zwyczaj zarywania nocy, by zdążyć zaprezentować Wam kolejną książkę, która będzie miała premierę 19 maja. Przedstawiam recenzję drugiej książki Nicoli Rayner „Złudzenie” od wydawnictwa W.A.B. Przygodę z autorką zaczęłam Dziewczyną, którą znałaś. W recenzji debiutanckiej powieści autorki napisałam „(…) miałam wrażenie, że to wszystko już było, duszny, niespokojny klimat, ten sposób pisania i narracji, podobno bohaterowie. Książka bez wątpienia nie jest wybitna ani nowatorska”. Czy druga powieść okaże się podobna do poprzedniej?

Rzeczy, które wydają się niewybaczalne, czasami przestają takie być”.

„Złudzenie” Nicola Rayner

Ona. Dorosła kobieta. Fran. Siostra Ellie. Księgarka. Od szkoły średniej zakochana w Charlesie, chorobliwie, niewłaściwie, z prawdziwą pasją. Stalkerka ? Prawie. Jej życie. Z jednej strony spokojne, wyważone. Pracuje z książkami, które kocha. Ma jedną prawdziwą przyjaciółkę obok siebie i niezmieniony od wielu lat obiekt swych westchnień. Z drugiej strony samotna. Bardzo samotna. Ciągle przeżywająca śmierć Matki, przez duże „M” i brak kontaktu z młodszą siostrą Ellie przez prawie trzy lata, która skłócona wyjechała nie pozwalając zapoznać się jej z siostrzenicą Rosy. Rosy, która miała niedługo pojawić się na świecie. Jej przeszłość. Życie w prywatnej szkole z internatem w Chesterfield, podział na lepszych i gorszych, normalnych i freakowatych, molestowanie, wykorzystywanie dla własnych celów, naśmiewanie się, ośmieszanie, wszechobecna przemoc psychiczna i fizyczna tych z piedestału, zwykle króla i królowej balu.

Tak naprawdę opis wydawcy kompletnie nie pasuje do fabuły. Z opisu wynika, że jest to mocny thriller psychologiczny z silnym i rozbudowanym wątkiem stalkerstwa. Nic takiego się nie stało. Przez pierwsze 200 stron mamy raczej nudną, rozwlekającą się obyczajową fabułę opartą na zwierzeniach i życiu Fran, która głęboko wierzy w ogromną miłość do kolegi z roku Charlesa. Fran jest narratorką w całej powieści. Jej uczucia, wierzenia, obyczaje i przeszłość oraz jej perspektywa jest więc w niej najważniejsza. Pojawił się w tej części wątek zaskoczenia. Jest nim śmierć kolegi z roku – Dickiego, który zginął tragicznie pod kołami londyńskiego metra. Tragiczna śmierć, której świadkami było wielu. Śmierć, która po pierwszym szoku przestaje wydawać się przypadkowa. Wszyscy wydają się być podejrzani, sama Fran, Charles, źle potraktowane w przeszłości kobiety, nawet siostra Fran – Ellie.

Jestem zmuszona powielić moją opinię. Widocznie pióro Rayner nie dla mnie. Dla „Złudzenia” jak nic pasuje moja opinia z poprzedniej książki autorki „(…) wszystko już było, duszny, niespokojny klimat, ten sposób pisania i narracji, podobno bohaterowie. Książka bez wątpienia nie jest wybitna ani nowatorska”. Zwróciliście uwagę na okładkę? Kolorystyka i pomysł żywcem z „Dziewczyny, którą znałaś”, co nie zmienia faktu, że obie mi się wyjątkowo podobają.

Autorka sięgnęła po sprawdzone motywy. Nieszczęśliwa miłość, tajemnica przeszłości, zebrane w młodości rany, które do tej pory nie zagoiły się, nie przestały krwawić. Rany pod przykrywką ośmieszania, żartów i mówiąc kolokwialnie „nabijania się”. Jakby autorzy mieli za zadanie ciągle nam przypominać, jak ważne jest to, na co pozwalamy naszym dzieciom, a czego nie akceptujemy, bo potem jest już za późno. Wszyscy oprawcy dorośli. Wszystkie ofiary dorosły. Każdy ma swoje rodziny, każdy ma swoich partnerów, każdy ma pasje, pracę i plany na przyszłość, każdy ma swoje problemy. Los ponownie ich ze sobą splata. Ale Fran ciągle się zastanawia, czy może im ufać, czy może ufać duchom swojej przeszłości.

Sama Fran bardzo mnie denerwowała. Szczególnie w pierwszej połowie. Po przeczytaniu całej książki miałam wrażenie, że były dwie bohaterki. Fran sprzed dwusetnej strony i Fran po dwusetnej stronie. Bohaterka przeszła chyba jakiś szybki kurs dojrzewania i terapii behawioralnej, ciągle w sferze domysłów.  W pewnym momencie Fran zaczęła myśleć. Patrzeć na wszystko co ją otacza i na rzeczywistość, którą kurczowo sobie sama kreowała w sposób bardziej realny i obiektywny. Zaczęła dostrzegać kim są ludzie, którymi się otacza. Na kogo naprawdę może liczyć i komu na niej naprawdę zależy.

Bardzo podobała mi się opisana relacja Fran z matką, przez duże „M” za którą ciągle tęskni. Ta matka przez duże „M” niepokoiła mnie od samego początku. Zastanawiałam się kiedy te duże „M” na coś się przyda. Kiedy wreszcie wybuchnie jak wulkan rozżarzoną lawą. Kiedy się dowiem dlaczego matka jest cały czas przez duże „M”. Niestety, nie doczekałam się. Duże „M” nie miało kompletnie znaczenia. Relacja Fran z siostrą w ogóle mnie nie przekonała. Fran cierpi, tęskni, jest na Ellie zła, że po kłótni nie widziały się prawie trzy lata. Nie może jej wybaczyć, że przez jej krnąbrność nie poznała swojej siostrzenicy. Oprócz tęsknoty nic nie robi. Nie szuka jej, nie pojechała do niej. Komunikuje się przez FB, w mailach, w smsach. Jakby sama godziła się na taką formę kontaktu. Jakby jej to wystarczało.

W opisie wydawcy przeczytałam: „Zapierająca dech w piersiach opowieść, pełna niespodziewanych zwrotów akcji. Myślicie, że wiecie, jak to się skończy? Chyba jednak nie…”. Hm… ani zapierająca dech, ani pełna niespodziewanych akcji. Zapewne dlatego, że przeczytałam ostatnio dużo wyśmienitych książek, otrzymałam jakiś szósty zmysł czy niebiańską iskierkę w prezencie. W okolicy dwusetnej strony zaczęłam podejrzewać, kto w tej historii gra tak naprawdę pierwsze skrzypce, kto jest najbardziej istotny. No cóż, trafiłam w sedno. Sami rozumiecie, że dla mnie książka mogłaby mieć dwieście, a nie prawie czterysta stron.

Ta książka to złudzenie. To fakt. Złudzenie, gdyż jest o czymś innym, niż wynika to z opisu wydawcy. Czymś wcale nie gorszym, złym czy nudnym. Czymś innym, a inność warto samemu weryfikować.

Moja ocena: 5/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu WAB.

 

Recenzja przedpremierowa – „Miasto szpiegów” Marek Krajewski

MIASTO SZPIEGÓW

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria:EDWARD POPIELSKI. TOM 10
  • Liczba stron:384
  • Data premiery: 19.05.2021r.

Cóż Wam mam powiedzieć? No dobrze, przyznam się. Wstyd mi wstyd, że to dopiero moja pierwsza książka @krajewskimarek. Jak sam pisarz o sobie pisze na oficjalnej stronie FB „filologa klasycznego, autora bestsellerowych powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim”. Książka nie byle jaka, bo to „Miasto szpiegów”, dziesiąty tom cyklu o „Łyssym”, która będzie miała premierę 19 maja dzięki nakładowi Wydawnictwa Znak. Czytając opinie o serii powinna mi się podobać. Powinna mi się podobać również dlatego, że to kryminał retro, osadzony w czasach międzywojennych, w Wolnym Mieście Gdańsk. A jak wiecie kryminały retro wręcz uwielbiam.

Skończył się czas udawania, przebieranek, wchodzenia w cudze buty. Teraz pozostała nam tylko szczerość… Naga i bezlitosna.”

„Miasto szpiegów” Marek Krajewski

Chyba wszyscy agenci świata chcieliby w to wierzyć. Niestety jak czytamy w opisie Wydawcy „W Wolnym Mieście Gdańsk wszystkie chwyty są dozwolone.”.

Akcja najnowszej powieści o Edwardzie „Łyssym” Popielskim toczy się w okresie od lipca 1933 do stycznia 1934. Przysłowiową wisienką na torcie jest epilog, w którym  zostały opisane fakty dziejące się parę miesięcy po ostatnich wydarzeniach, a więc we wrześniu 1934. Narracja jest trzecioosobowa. Narrator jest wszechwiedzący. Wie, co się wydarzy za moment, co i dlaczego się zdarzyło. Zna najskrytsze pragnienia, obawy i motywacje bohaterów. Wie, od czego wszystko się zaczęło.

A zaczęło się od napaści na mieszkańców pięknej willi Bergera w Sopotach. „Zamożny polski przedsiębiorca spedycyjny” zostaje porwany, a jego piękna małżonka Irena Arendarska zhańbiona przez jednego z napastników. Irena rozpoznała swego oprawcę. To Otto Adelhardt, jak pisze autor w Dramatis personae, „(…) komisarz policji kryminalnej Wolnego Miasta Gdańska (WMG), funkcjonariusz Abwehry(…)” – „niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego w latach 1921–1944” (źródło: Wikipedia).  Przełożony Edwarda Popielskiego, Jan Henryk Żychoń „kapitan, Szef Ekspozytury nr 3 Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego (Dwójki), odpowiedzialnej za działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze przeciwko państwu niemieckiemu” nakazuje Łyssemu opuścić Lwów i rozpocząć działania w Gdańsku. Od tego się zaczęło.

Zaciekawiłam Was? Mocny początek. Zapewniam, słusznie czujecie się zainteresowani i mocno zaciekawieni. A to dopiero początek!!! Od tego się tylko zaczęło. A potem…. Potem pojawiły się pytania; Czy chęć zemsty Arendarskiej jest prawdziwa, czy pozorna? Czy w ostatecznym rozrachunku Łyssy będzie mógł liczyć na Żychonia i Furgalskiego?

Gdańsk. Prawdziwe Miasto szpiegów

Sam tytuł zaciekawił mnie do granic możliwości. Jeszcze przed rozpoczęciem czytania, musiałam pogrzebać głębiej. Zrozumieć skąd pomysł, skąd takie osobistości w Dramatis personae (z łac. „osoby dramatu”). Autorka przeczytanego przeze mnie artykułu napisała, że „Przedwojenny Gdańsk był dla agentów miejscem idealnym – ustawodawstwo karne Wolnego Miasta nie przewidywało sankcji za działalność szpiegowską. Oprócz Niemców i Polaków ścierały się tam wywiady radziecki, litewski i francuski” (cyt. za Bożena Aksamit, 21 września 2015, wyborza.plGdańsk. Wolne miasto szpiegów). Niejaki Jan Żychoń istniał naprawdę, „(…) pojawił się na Pomorzu w 1927r. Został kierownikiem Referatu Lądowego Komisariatu Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku. Oficjalnie zajmował się egzekwowaniem polskich uprawnień, podlegało mu 88 wartowników z Westerplatte, nieoficjalnie – służbą wywiadowczą.” (źródło: jw.)To znaczyło, że już prawie „witałam się z gąską”. Prawie robi jednak wielką różnicę. Nie mam pewności czy Żychoń z kart książki Marka Krajewskiego jest tożsamy z żyjącym kiedyś pierwowzorem. Wiem natomiast, że rozpoczynając czytać wpadłam w wiernie odzwierciedloną, urealnioną atmosferę Wolnego Miasta Gdańsk. Rzeczywistość unikatową. Nie dziw, że autor wybrał takie miejsce i taki czas na akcję swojej powieści.

Inteligentna rozrywka

Potwierdzam, książka nie jest dla każdego. Książkę cechuje niezwykła autentyczność.  W powieści ściera się środowisko Lwowskie, Miasta Stołecznego Warszawy i Wolnego Miasta Gdańsk. W Gdańsku aktywnie działają, o czym wspomniałam, między innymi agentury polskie, niemieckie, sowieckie. Działają podwójni, potrójni agenci. Jeden wielki tygiel szpiegowski. Krajewski buduje napięcie od początku do końca, nie pozwalając od razu dociec, kto komu naprawdę służy, kto z kim przystaje, kto komu rzeczywiście donosi, kto kogo uznaje za swego pana. Wzajemne starcia, napaści, akty przemocy momentami całkowicie mnie mylą. W trakcie czytania nie odczuwałam zmęczenia, oj nie. Odczuwałam napięcie, zniecierpliwienie, nie mogąc połapać się we wzajemnych relacjach. Dodatkowo splątane losy polsko – ukraińskie, opisane tradycje i obrzędy, ukraińscy bohaterowie, dokładnie odzwierciedliły niepewność i złożoność tamtych czasów. Wszak Marek Krajewski nie bez kozery wspomniał o przejęciu we Lwowie Zarządu Krajowej Egzekutywy OUN przez Stepana Banderę.  

Oprócz rozbudowanego jak macki ośmiornicy wątku szpiegowskiego, odnalazłam w powieści rzeczywisty klimat dwudziestolecia międzywojennego. Klimat, który uwielbiam. Z zapartym tchem czytałam na przykład o pluszowych zasłonach, „(…) które osłaniały wejście na schody i ciągnęły się w malowniczych udrapowaniach – podobne do trenu kobiecej sukni – aż do wyjścia do ogrodu.” O automobilach, nie samochodach. Zegar również wybijał godziny inaczej, po swojemu jak w „pięć minut na pierwszą w nocy”. Jak autor sam przyznał w Posłowiu, „cierpi” na „(…) detaliczność opisu”. Ta detaliczność nie męczy, nie przeszkadza, ona tylko wzbogaca odbiór. Czy ktoś z Was słyszał o prywatnych pokojach dla towarzystwa na tyłach restauracji? Czy kojarzycie z powieści zawód karmicielek wszy? Ja nie. Niektóre opisy aktów niemieckiej przemocy skierowane przeciwko polskim mieszkańcom, również okazały się rzeczywistymi faktami historycznymi. Za to autorowi dziękuję. Za tę wiedzę, którą zdobyłam, a o której nie miałam pojęcia.

A sam Edward – dla niektórych Edzio – Popielski? Cóż, przypomina mi Kojaka. Łysy, przez dwa „s”, postawny, zaangażowany, bezlitosny i na wskroś męski, we wszystkich aspektach męskości. Posiada jednak cechy ludzkie. Cierpi, czym mnie autor całkowicie zaskoczył, na padaczkę i posiada kilkunastoletnią córkę Małgorzatę, zwaną Ritą. Mimo, że jest to dziesiąty tom cyklu, głównego bohatera poznałam w pełnej krasie z opisów w książce. To dowód, że książkę można czytać oddzielnie, nie znając wcześniejszych przygód Łyssego.

Można, a nawet należy ją czytać, bo czyta się ją wybornie. Nie jak książkę, o której zaraz zapomnimy. Czyta się ją jak arcydzieło szpiegowskie. Choć dla mnie to nowy gatunek, więc przyznaję, nie mam porównania. Do tego ten język. W każdym zdaniu stosowany z rozmysłem. Każde słowo zdaje się być przemyślanie dwa razy. Każde słowo nie jest przypadkowe. Jak na prawdziwego filologa przystało. Aż czuję wewnętrzny niepokój na myśl, jak oceni konstrukcję tej recenzji, gdy kiedyś przyjdzie mu rzucić na nią okiem.

Reasumując, uczta dla oczu i wyobraźni. Jeśli lubicie fabuły inteligentne i nieoczywiste, ta książka Wam się spodoba. Polecam.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

Recenzja przedpremierowa – „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” Izabela Skrzypiec-Dagnan

KWIETNIOWE DESZCZE, SŁOŃCE SIERPNIOWE

  • Autor:IZABELA SKRZYPIEC-DAGNAN
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 380
  • Data premiery:19.05.2021r.

Niejednokrotnie już mówiłam, że uwielbiam powieści obyczajowe o zaczynaniu od nowa, gdzieś na końcu świata. Dlatego, gdy tylko usłyszałam, że Wydawnictwo Zysk i S-ka planuje wydanie takiej powieści o urokliwym tytule „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” od razu zdecydowałam się na lekturę. Autorka Izabela Skrzypiec-Dagnan zadebiutowała w 2019 roku powieścią „Świetnie się bawię w Twoich snach”, która została pozytywnie oceniona przez czytelników. Ja niestety nie miałam dotąd sposobności, żeby się z nią zapoznać, tak więc po lekturę najnowszej powieści pisarki sięgałam nie wiedząc, czego mogę się spodziewać.

Tina Wagner kończy właśnie trzydzieści lat i można powiedzieć, że znalazła się na rozdrożu. Nie bardzo widzi możliwości do usamodzielnienia się, wciąż mieszka z bardzo troskliwymi rodzicami, a podjęte w ostatnim czasie decyzje sprawiają, że zastanawia się dokąd zmierza jej życie. Dlatego, gdy w jej ręce trafiają klucze do domu w Beskidach kobieta spontanicznie postanawia skorzystać z okazji do zmiany otoczenia i nabrania dystansu do swojego życia. W miejscu tym przez ostatnie kilka lat mieszkała jej przyszywana ciotka Janina. Była ona aktorką, osobą mocno ekscentryczną, niezależną i niezwykłą, o której w gruncie rzeczy Tina nie za wiele wiedziała. Dopiero na miejscu okazuje się jak mało. Już od samego początku wyjazd dostarcza kobiecie samych niespodzianek, począwszy od tego, że miejsce do którego jedzie okazuje się zupełnie inne niż to czego się spodziewała. Wszystko komplikuje jeszcze niespodziewane spotkanie z motocyklista, który oddaje Tinie swoją kurtkę, a niedługo potem popełnia samobójstwo. Sprawa ta nie daje kobiecie spokoju, tym bardziej, gdy niedługo potem na jej drodze staje tajemniczy Marcin, który wydaje jej się w jakiś sposób związany z tym mężczyzną. Niespodziewanie dla niej samej spontaniczny wyjazd znacznie się przedłuża i okazuje się podróżą, która na zawsze odmieni jej życie.

Książka bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się typowej, lekkiej powieści obyczajowej, a dostałam zupełnie co innego, całkowite zaskoczenie. Bo chociaż schemat powieści wydaje się znajomy, ma ona wiele elementów, które potrafią zaskoczyć. Jak chociażby wątek motocyklisty, osoba ciotki i tajemnica z przeszłości. Nie będę zdradzać zbyt wiele, ale powiem, że co najmniej kilka razy książka idzie w kierunku, którego zupełnie się nie spodziewałam, że nie wspomnę już o samym zakończeniu, które było dla mnie ogromnym zaskoczeniem i w dużej mierze zmieniło sposób postrzegania powieści. Niemniej ujęła mnie ona już od pierwszych stron swoim stylem. Niespiesznym, starannym, można by powiedzieć poetyckim. Dbałość o język jest tutaj bardzo widoczna, a klimat budowany jest powoli, nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że leniwie, ale jednocześnie z każdej strony jesteśmy czarowani urokiem tej powieści. Bo, ze jest w niej pewnego rodzaju magia, czar nie mogę zaprzeczyć, a Was zachęcam, byście sami się przekonali. Na pewno będziecie zaskoczeni i… oczarowani.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Recenzja przedpremierowa – „Kres czasów” Marzena Rogalska

KRES CZASÓW

  • Autor: MARZENA ROGALSKA
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: KARLA LINDE. TOM 2
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 19.05.2021r.

Pamiętacie moją recenzję „Czas tajemnic”  od @ MarzenaRogalska?  Jeśli nie, przypomnicie ją sobie klikając na ten link: klik. Jak to mówią człowiek – orkiestra. Dziennikarka radiowa (uwielbiam) i telewizyjna. Kobieta o wielu twarzach, z niesamowitym dystansem do siebie oraz umiejętnościami aktorskimi. Obserwujecie oficjalny profil na FB? Jeśli nie, to musicie zacząć. Takiej Rogalskiej wcześniej nie znałam. Skończę już te peany na cześć autorki i pochwalę się moim recenzenckim egzemplarzem najnowszej części cyklu o Karli Linde pt. „Kres czasów”. Książka będzie miała premierę 19 maja nakładem Wydawnictwa Znak. Spieszę więc, podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami, odczuciami po jej przeczytaniu. Praktycznie na gorąco.  

(…) Więcej godności, kochanie. Idziesz do walki o siebie, o swoje prawo do życia, nie jesteś przecież jakąś byle jaką panienką, która pozwoli pierwszemu z brzegu  mężczyźnie powodować sobą tak, jak się powoduje koniem. (…) Zrozumiano!”.

„Kres czasów” Marzena Rogalska

Z taką Karlą mamy do czynienia w tym tomie, oj z taką. Nie ukrywam jej przeobrażenie bardzo mi się podoba. Karla dojrzewa. Po zdanej maturze, o czym mogłam przeczytać w pierwszej części sagi, wyjeżdża studiować na uniwersytecie w Oksfordzie. Najpierw zwiedza Paryż, by w efekcie dotrzeć do Anglii, do Sheldon Manor i być gościem swej przyjaciółki Kathy. Do życia Karli wracają więc dwie ważne kobiety. Jej przyjaciółka Kathy Barling i jej była guwernantka Mrs Dorothy. Dorothy, która w efekcie okazała się całkowicie kimś innym.

Oprócz dobrze znanych nam bohaterów z „Czasu tajemnic” autorka wprowadziła wiele ciekawych, pobocznych wątków i nowych postaci, jak chociażby Albert Mildhouse. Bawidamek, hazardzista i oszust. W relacjach z takimi osobami dziewczęta, Karla i Kathy przechodzą szybki kurs dojrzewania. Kurs w którym nie ma miejsca na bezgraniczne zaufanie, a pojawia się podejrzliwość.

Jest to saga rodzinna, powieść całkowicie obyczajowa, choć nie do końca. Momentami przeradza się w political fiction, trochę retro. Czytamy o Mościckim, Dołęga-Mostowiczu, Zdziechowskim, Śmigłym-Rydziu, Kasprzyckim i innych ważnych osobistościach z ówczesnej sceny politycznej. Niepokój polityczny wyziera z pierwszych stron książki. Zaangażowanie II Oddziału Sztabu Generalnego w śledzenie zwykłych obywateli, czyli kontrwywiadu mrozi krew w żyłach.

Rogalska bardzo dobrze wplotła w wątki obyczajowe rodzący się antysemityzm w Polsce, socjalizm i faszyzm na świecie. Stosunek do otaczającego świata i na nowo tkanej historii obserwujemy z perspektywy Emila Linde, ojca Karli. To Emil potrafi przewidzieć kres czasów, a początek II wojny światowej. To Emil stara się odseparować Karlę od Polski, by przetrwała czas, który czego był pewien wkrótce miał nadejść. To Emil jest głosem ludu, głosem inteligentnego ludu, przewidującego ludu. Jego mądre wypowiedzi naprawdę były na miarę czasów i niestety po kres czasów, który nastąpił 1 września 1939 roku. Emil, który wypowiedział do tej chwili wybrzmiewające mi w pamięci słowa: „Zbliża się koniec czasów (…) Świat, jaki mamy runie w gruzy i nic już nie będzie takie, jak było, a po nas nie zostanie nawet proch.”

Autorka w tej części przedstawiła nie tyle perspektywę rodziny, ile perspektywę Polski w świetle tego, co miało się zdarzyć. Oczywiście nie zapomniała o wątku miłosnym. Karla nadal interesuje się Jankiem Donimirskim, a Janek Karlą. Wierzcie mi, uczucia Karli i jej relacje z Jankiem nie są tu jednak najbardziej istotne. Karla nadal myśli, nadal czuje. Zdecydowanie jednak mniej ociera łzę z kąta oka i ucieka z pokoju, by ukrywać wzruszenie, wrrrr. Karla też nie jest tu najważniejsza. Najważniejsza jest tu opisana rzeczywistość. Diagnoza czasów, kresu czasów, które miały nastąpić.

Rogalska potrafi wzbudzać zainteresowanie. Zaciekawiła mnie znowu w zakończeniu. Tak mnie zaciekawiła, że czekam na kolejny tom. Czekam na „Odzyskany los”.A za umiejętność wiernego oddania realiów ówczesnych czasów i sytuacji politycznej świata, przy zachowaniu słownictwa i języka w sposób jak najbardziej przystępny, Marzenie Rogalskiej głębokie chapeau bas. Słuchać Marzeny Rogalskiej to wielka przyjemność, czytać tak samo.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak. 

Recenzja przedpremierowa – „Niebiańskie osiedle” Ryszard Ćwirlej

NIEBIAŃSKIE OSIEDLE

  • Autor:RYSZARD ĆWIRLEJ
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Seria:MARCIN ENGEL. TOM 1
  • Liczba stron:345
  • Data premiery:19.05.2020r.

Zachwycił mnie ten Ryszard Ćwirlej, oj zachwycił. Zaczął świetnie już samym tytułem; „Niebiańskie osiedle”. Dlaczego? Kto z Was przeczytał antologię opowiadań kryminalnych „Awers”, wydaną również przez Czwarta Strona? Jeśli nie czytaliście, zerknijcie na moją recenzję klik. Wspominam w niej o jednym z opowiadań, które mnie oczarowywało. Był to „Niebiański dom” Ryszarda Ćwirleja. W recenzji napisałam: „ (…) historia z dreszczykiem oparta na sprawie związanej z ekskluzywnym domem seniora położonym w okolicy Kazimierza Dolnego.  Domem, w którym – jak się okazuje – seniorzy nie mogą czuć się bezpieczni…”. W trakcie czytania tego opowiadania pomyślałam; jaki świetny pomysł na rozbudowaną fabułę. Nowatorski, nieoczywisty. Dom spokojnej starości, sąsiedzi, duszpasterze, organizacja, wykorzystywanie, wątpliwe darowizny itepe itede. Praktycznie to gotowy pomysł na nową książkę. Czy się myliłam?

Tam, dokąd idziemy, czeka na nas niebiański dom. Odchodzimy spokojni i szczęśliwi, mając nadzieję, że kiedyś wszyscy się tam spotkamy”.

„Niebiańskie osiedle” Ryszard Ćwirlej

Dwa podwójne samobójstwa, jedno w Pile, drugie w Warszawie. Warszawie, gdzie „(…) wszystko w większej skali”. Samobójcami są emeryci, spokojni, nie wadzący nikomu. Niewinne samobójstwa mają jednak drugie dna. Odkrywa to Franek Kaczmarek młody śledczy przebywający od niedawna w stolicy. Równolegle policyjne działania rozpoczyna dziewczyna Franka, Jowita, która jeszcze tkwi w Pile. I to właśnie do Piły prowadzą wszystkie ścieżki prowadzonego śledztwa. Śledztwa policyjnego i dziennikarskiego. Do akcji wkracza bowiem Marcin Engel – dziennikarz śledczy ze swoją koleżanką Kamilą oraz Babcią Matyldą – emerytowaną milicjantką.  Losy całej czwórki splatają się w jednej historii. Czy dla tej historii mają znaczenie comiesięczne dobrowolne datki przekazywane na pewne radio oraz znalezione w mieszkaniach samobójców foldery reklamowe?  Tego muszą się dowiedzieć i śledczy, i sami czytelnicy.

Tylko 345 stron !

Musiałam, po prostu musiałam w taki sposób podtytułować tę moją recenzję. Naprawdę, to tylko 345 stron. Autor serii o Anecie Nowak oraz Antonim Fischerze z klasą wypełnił pustkę powstałą po lubianych przeze mnie bohaterach. Chociaż przyznaję, Anety wyjątkowo mi żal. Tych jej hot dogów na stacji benzynowej, motocykla, szybkiej i ostrej jazdy. W tej pozycji Ćwirlej zaprezentował ciekawych bohaterów cały wachlarz. Jak to w pewnej piosence „(…) dla każdego coś miłego i każdemu jego raj”. Mi najbardziej przypadła do gustu Babcia Matylda. Akceptująca w domu palenie, picie, ale tylko dobreJ whisky, „(…) które popija od czasu do czasu dla lepszego krążenia”. Była milicyjna śledcza, wdowa po generale policji, uprawiająca sporty tylko biernie i uważająca, że „Bieganie jest bardzo niebezpieczne”. Siedemdziesięciolatka mająca nowoczesne poglądy i bardzo światły umysł.  Twierdząca, że duszpasterstwo działa jak akwizytorzy ubezpieczeń „(…) każą ci płacić przez całe życie, a wypłatę odszkodowania obiecują po śmierci”.  Sam Marcin Engel – jak wynika z opisu wydawcy – „mistrz świata w kłopotach, dziennikarz śledczy” też jest niczego sobie. Odegrał w życiu Babci Matyldy i w trakcie całego śledztwa znaczną rolę. Nie jest on jednak kluczowy dla całej fabuły. Spowinowacony z Matyldą Franek oraz jego dziewczyna Jowita również okazali się istotni w przedstawionym przez autora wątku kryminalnym.

Autor prowadzi narrację w dwójnasób. Wydarzenia zaprezentowane z perspektywy Marcina są w narracji pierwszoosobowej. To Marcin jest narratorem. Patrzymy na wszystko, co go otacza jego oczami. Na jego dziewczynę Dżesikę, współpracowniczkę Kamę, babcię Matyldę. Relacjonując wydarzenia z perspektywy Engela, Ćwirlej daje radę. Narracja przechodzi przeobrażenie. Jest w niej mniej faktów więcej wrażeń, uczuć, spostrzeżeń i to wszystko oczami trzydziestolatka. Równoległa narracja dotyka wątku policyjnego śledztwa. Autor stosuje wówczas narrację trzecioosobową. Relacjonuje fakty i tłumaczy decyzje.  

W książce znajdziecie cały przekrój polskiego społeczeństwa. Emeryci zafascynowani obietnicą życia na Niebiańskim Osiedlu, wierni słuchacze pewnego radia, wędkarze łowiący ryby na równi z łykami mocnych trunków, emerytki przekazujące wolne comiesięczne datki jednocześnie narzekające na biedę i brak środków na lekarstwa. Bardzo podoba mi się nawiązanie do PRL-owskich metod pracy.  Współczesne czasy, w których i tak niektórym policja państwowa miesza się z milicją obywatelską. Nawiązanie do minionych czasów sprawdza się w wątkach kryminalnych z policyjnym śledztwem w tle.

Autor wiernie odzwierciedlił psychologiczne triki wykorzystywane przez akwizytorów w sprzedaży bezpośredniej. Potencjalni klienci traktowani są jak wybrańcy, wyjątkowi nadludzie. To specjalne traktowanie otwiera ich portfele, skłania do pochopnych decyzji. Jest to problem społeczny zobrazowany bardzo dokładnie. Problem wykorzystywania starszych, często samotnych ludzi, którzy niekoniecznie od razu potrafią połapać się w stosowanych na nich sztuczkach. Przecież nie każdy jest Babcią Matyldą, czyż nie?

Ryszard Ćwirlej wielokrotnie puścił do mnie oko. Wspominając o wciśnięciu trójki w samochodowym radiu, czy chociażby w dialogu Babci Matyldy ze swoim kolegą, Borewiczem na temat nadawania nowonarodzonym dzieciom imienia Jarosław. Takie oczka lubię niezmiernie. Świadczą o tym, że autor nadąża nad bieżącymi wydarzeniami i potrafi się do nich ustosunkować, nawet kreśląc literacką fikcję.

To lekki kryminał. Nie będę ukrywać, mam słabość do osadzonych w nim bohaterów. Dlatego lekkość tej prozy kompletnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, uważam ją za atut. Taki był jej cel. Absurdalne sytuacje i przerysowane postaci mają nas skłonić, do zastanowienia się nad naszymi zniewoleniami. Zniewoleniami, które czasem mogą prowadzić do tragedii. Zniewoleniami pod przykrywką nieziemskich obietnic. Obietnic, które nigdy nie mają szansy się spełnić.

Nawet napisana z największym zaangażowaniem i ogromnym sercem recenzja nie odda kunsztu pisarza, a także specyficznej atmosfery tej książki. Nie macie wyjścia. Musicie przeczytać ją sami.  Szczerze  polecam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja przedpremierowa – „Miasto głupców” Hanna Greń

MIASTO GŁUPCÓW

  • Autor: HANNA GREŃ
  • Seria: DIONIZA REMAŃSKA (TOM 4)
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:424
  • Data premiery: 05.05.2021r.

Miło mi zaprezentować Wam kolejną książkę, która premierę będzie miała 5 maja. To „Miasto głupców” @Hanna Greń – strona autorska (https://hannagren.pl/). Przed Wami kolejna recenzja przedpremierowa, którą udało mi się napisać, z czego się bardzo cieszę.

„Miasto głupców” to czwarta część cyklu z Dionizą Remańską. Książkę można oczywiście czytać bez znajomości poprzednich tomu, ale jeśli ktoś nie czytał to zdecydowanie polecam wcześniejsze części, cyklu, który bardzo sobie cenię. Przyznaję, że na tą część czekałam z utęsknieniem. Książki Hanny Greń recenzowałam nie raz. Przypominam poprzednie recenzje książek z serii: Wioska kłamców oraz Więzy krwi. Jak sama autorka o sobie pisze na jej oficjalnym profilu FB „Ekonomistka z wykształcenia, kryminalistka z wyboru”. Przypomnę, że doświadczenie ekonomiczne przydało się Hannie Greń przy okazji pisania Północnej zmiany. Jakie doświadczenie tym razem wykorzysta Greń w swej powieści, by Dioniza mogła nas zaskoczyć? Czy ekonomiczne, czy kryminalne? 

Trudno dotrzeć do prawdy, gdy wszyscy wokół milczą jak zaklęci”. – z opisu wydawcy.

Lubię w recenzjach wykorzystywać cytaty z opisu wydawcy, które wyjątkowo wpadły mi w oko. Ten cytat spodobał mi się bardzo, daje przedsmak ogromnej tajemnicy. Tajemnicy, o której nikt nie chce mówić. Tajemnicy, z którą muszą się borykać Magdalena i Krzysztof Witeccy. Tajemnicy ogrodu przy uroczym domku w Jasieniu, w którym Witeccy mieli rozpocząć dalsze, szczęśliwe życie. Tajemnicy, której początek sięga morderstwa Białej Matyldy. Matyldy, która  do dzisiaj nawiedza miejsce swej śmierci.  Niestety, samodzielne próby wyjaśnienia zjawiska okazują się nieudane. Sąsiedzi nie są skorzy do pomocy. Witeccy nie dają jednak za wygraną, wszak wprowadzili się do wymarzonego domku i proszą o pomoc Dionizę Remańską. Dioniza, z typowym dla siebie urokiem, rozpoczyna śledztwo. Śledztwo, które ujawnia, że śmierć miejscowej Zosi Rusek nie była przypadkowa, a nierozwiązane sprawy sprzed lat kładą cień na aktualne wydarzenia.

Wyjątkowe imię

Nie mogłam odmówić sobie nawiązania do wyjątkowego imienia głównej bohaterki. Dowiedziałam się, że Dioniza pochodzi od imienia Dionizosa, greckiego boga wina, płodności i plonów. W Bazie imion przeczytałam natomiast, że „Dioniza bywa najczęściej dość specyficzną osobą, którą jedni uwielbiają, inni – wręcz przeciwnie” (źródło: baza imion). Taka właśnie jest Dioniza. Jedni, jak Marcin Lipski czy Ratio ją uwielbiają. Inni nie potrafią jej znieść, jest dla nich antypatyczna. Jeszcze inni uczą się jej, jak nieznanego dotąd przedmiotu. Poznają, penetrują zakamarki jej duszy. Starają się jak mogą, by odkryć to co jest do odkrycia. Jak Szymon Ogiński.

Powieść skonstruowana jest bardzo dobrze. To kolejny kryminał autorki z bardzo dobrze rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Zatytułowane rozdziały zostały wzbogacone datą i miejscem akcji. Narracja jest trzecioosobowa. Greń oprócz bieżących wydarzeń zabiera czytelnik w podróż w przeszłość. Pozwala dowiedzieć się nam co się wydarzyło „Kiedyś, gdzieś”. Przez długi czas zastanawiałam się o kim jest ta historia z przeszłości. Na szczęście wszystkie wątki obyczajowe ułożyły się w jedną spójną całość. To te zdarzenia z „Kiedyś, gdzieś” okazały się dla mnie najbardziej traumatyczne. Greń bardzo dobrze zakotwiczyła we mnie tragedię samotnego dziecka. Samotnego dziecka wychowanego jedynie przez matkę. Matkę, która nie potrafiła opiekować się jak należy swoim potomstwem. Potrafiła tylko krzywdzić i z tej krzywdy się cieszyć. Momentami jej oblicze wyglądało „(…) jak maska złośliwego clowna”. Dziecko wielokrotnie nie wiedziało, „(…) czy bardziej boi się bicia, czy tego właśnie śmiechu, strasznego, wręcz nieludzkiego”. Sama jestem matką. Dlatego bohaterki matek, które bardziej lub mniej świadomie krzywdzą swoje dzieci, tak zapadają mi w pamięć, tak mnie męczą. Na Hannę Greń można liczyć. Z fabuły czytelnik dowiaduje się, co spowodowało zmianę w zachowaniu matki. Gdzie był początek zła, które potem rozrosło się do niebotycznych rozmiarów.

Niezwykle spodobała mi się relacja Diony z Ratiem –  młodym chłopakiem, którego Dioniza wzięła pod swoje skrzydła w przeszłości. Okazuje się, że Ratio nie pojawił się w domu Dionizy nadaremno. Dla prowadzonego dochodzenia okazał się osobą kluczową.  Mimo specyficznych cech, Ratio okazał się mężczyzną z wieloma talentami. Sama Dioniza, jak zwykle inteligenta, zdeterminowana, z poczuciem humoru oraz dystansem do siebie i otaczającego ją świata. W śledztwie pomaga jej zdobyte doświadczenie w policji. Zasadniczo w stosowanych metodach, praca Pani Prywatnej Detektyw Dionizy Remańskiej niewiele się różni od sposobów postępowania i dedukcji policjantów prowadzących śledztwo. Współpraca z miejską policją faktycznie Dionie układa się wyśmienicie. Coś jakby Poirot i inspektor Japp ze Scotland Yardu. Tylko trochę w ulepszonej wersji. Policjanci nie są sceptycznie nastawieni do pracy „małych szarych komórek” Diony, wręcz przeciwnie, z każdego rozwikłanego wątku czerpią pełnymi garściami zbliżając się do rozwiązania zagadki. Uwielbiam Dionę, ale wolę ją w wersji bardziej „z pazurem”. Moim zdaniem, za mało w tej części samej Diony. Jest wielu bardzo dobrze wykreowanych bohaterów, czuję jednak niedosyt samą Dioną. To oczywiste, gdy uważa się ją za najbardziej atrakcyjny element serii. Zabrakło mi również pociągniętego wątku Witeckich, od których wszak ta cała historia się zaczęła. Czytelnik nie wie co się z nimi stało, nie wie czy powrócą kiedykolwiek do swego uroczego, malowniczego, wyremontowanego własnym sumptem domku w Jasieniu, by wieść szczęśliwe życie. Szkoda, bo w wątkach obyczajowych Hanna Greń jest po prostu mistrzynią!!!

Bardzo dobrze autorka oddała cechy hermetycznej społeczności. Społeczności małej, w której „ręka rękę myje” a wspólne sekrety spajają bardziej niż jakakolwiek przysięga małżeństwa. Tak dobrze oddana małomiasteczkowa rzeczywistość powodowała, że miejscami zaczynałam się sama dusić czując na sobie spojrzenia ludzkich oczu wychylających się dyskretnie zza firanek. Żadna recenzja nie odda tego majstersztyku autorki w obrazowaniu ludzkich, małomiasteczkowych przywar. Musicie sami przeczytać o tym mieście głupców. Prawdziwym mieście głupców.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

Recenzja przedpremierowa – „Mala M” Paulina Świst, Lilka Płonka

MALA M

  • Autor: Paulina Świst, Lilka Płonka
  • Wydawnictwo:AKURAT
  • Liczba stron:319
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena:6/10

Szczególnie po emocjonującym thrillerze psychologicznym lub niepowierzchownym kryminale lubię wracać do sprawdzonych książek, które są dla mnie gwarancją udanej rozrywki. Do takich zaliczam książki Pauliny Świst, której premiera również w najbliższą środę, a więc 14 kwietnia.

 Paulinę Świst, a raczej autorkę, która ukrywa się pod tym pseudonimem znam z jej wszystkich książek (przypomnę chociażby recenzję: Komisarz). Lilkę Płonkę kojarzę tylko z jej adwokackich zdolności, które były składową fabuły w książkach Świst. Skąd nagle się wzięła na okładce tej książki? A to już sekret wydawcy. Czy udał się ten zabieg? Ile Pauliny Świst będzie w najnowszej Paulinie Świst? Czy styl trochę złagodnieje, a fabuła nabierze głębi? Ja już odpowiedzi na te pytania znam, a Wy?

100% Pauliny Świst

Nie było zaskoczenia. Fabuła typowo paulinoświstowa. Atrakcyjna kobieta – Malwina – inteligentna, rządna wrażeń, samodzielna poznaje w pewnym momencie samca alfę, a nawet dwóch. Przystojnych, inteligentnych, silnych, dowcipnych, kiedy trzeba i co najważniejsze, bogów seksu, chociaż autorka potwierdziła ten fakt tylko w przypadku jednego z niech. Doznania z nowopoznanym nie mogą równać się z jej wszystkimi dotychczasowymi doznaniami razem wziętymi. Piotr i Paweł, którego wybierze? W wyborach Malę wspiera jej najlepsza przyjaciółka, adwokatka karna, Zuza. Zuza trwająca z pozoru w idealnym związku z Zenkiem, również znanym warszawskim adwokatem. Zuza, sama się zastanawia, którego Mala wybierze. Piotra czy Pawła?

Sprawdzone schematy

Książka jest kolejnym dowodem, że w tematyce prawniczej i spawach karnych autorka, lub raczej powinnam napisać autorki, czują się jak „ryby w wodzie”. Mamy więc w powieści trochę gangsterki, nieczystych prawniczych zagrywek, przystojnych cebeesiów i szybkich pościgów drogimi autami. Wątków, o których czytaliśmy już w „Prokuratorze”, „Komisarzu”, czy „Podejrzanym”. Bardzo podoba mi się relacja opisana między przyjaciółkami w książce. Mimo tego, że Zuzka jest aktywną Panią Mecenas znajduje czas dla Mali pracującej jako wolny strzelec. Sama Mala jako bohaterka jest bardzo ciekawa. Ma problem z alkoholem, potrafi jednak stosować autokrytykę i to w bardzo dowcipny sposób. Jest to ogromna wartość dodana tej książki. Pojawił się oczywiście w książce wątek śląski. To dobrze, bo za tym zapewne bym tęskniła.Akcja również jest osadzona w znanym mi miejscach. To na pewno zwiększyło pozytywny odbiór książki. Jest i wątek bardzo dużego skansenu w podkieleckiej Tokarni (chociaż chyba nazwa miejscowości nie padła), wypad do Zakopanego (oj, uwielbiam takie wypady z przyjaciółką), czy najwyższa śląska hałda. Ogromnym plusem powieści „Mala M” są błyskotliwe dialogi, cięte riposty i inteligentne kwestie. Szkoda tylko, że jak zwykle te piękne i seksowne usteczka głównych bohaterek okalają przekleństwa. Nie jestem nim przeciwna. Po prostu, po tej pozycji spodziewałam się trochę czegoś innego. Bądź co bądź została napisana przez nowy duet autorski. Autorki puściły w stronę czytelnika oczko wplatając w fabułę wątek projektowania przez Malę okładki do książki erotycznej. Okazuje się, że z perspektywy Mali również na okładkach powielane są nudne schematy. Bardzo dowcipnie to obie Panie opisały w powieści. A propos okładki. Podoba Wam się ta? Mnie kompletnie nie. Jest taka przewidywalna. A dodatkowo modelka przypomina mi jedną z najbardziej wybitnych polskich piosenkarek, Justynę Steczkowską. A Steczkowską zdecydowanie bardziej wolę oglądać na scenie. Przyznaję, zmyliła mnie ta Lilka Płonka jako współautorka, oj zmyliła. Rozbudziła we mnie ogromne wymagania i rozbuchała moje oczekiwania. Liczyłam, że wprowadzenie współautorki wniesie do książki nową jakość. Liczyłam, że ta książka nie będzie taka oczywista, nie będzie taka…jak poprzednie. Liczyłam, że ta książka nie powieli dotychczasowego schematu. Schematu owszem, który się sprawdzał dla kogoś, kto liczy na lekturę, przyjemną, z kategorii tych „grzesznych”. Lubię, jak autor potrafi mnie zaskoczyć, tym bardziej, że do współpracy zaprosił kogoś nowego. Takie duety zwykle obfitują w nowe konstrukcje, nowe fabuły, nowe spojrzenie na otaczający nas świat. Ja niestety się przeliczyłam. Nie odnalazłam w książce świeżości. Za mało jednak w niej Lilki Płonki. Chyba że…obie autorki są tak do siebie podobne. Trudno się tego dowiedzieć z krótkiej notki biograficznej. Czyż nie? A to jest całkiem możliwe. Podobno, podobieństwa się przyciągają. Nie mogę winić autorek. Nie powinnam. Winię tylko siebie. Winię to, że spodziewałam się kompletnie czegoś innego, czegoś nowatorskiego. A dostałam kawał dobrej rozrywki. Czasem jest to aż tylko, czasem po prostu tylko tyle. Wszystko zależy od tego, jakie są nasze oczekiwania i czego się spodziewamy.

Niemniej książkę czyta się bardzo, ale to bardzo przyjemnie, mimo płytkiej i sprawdzonej fabuły. To idealna książka na odstresowanie. Idealna książka na spędzenie paru godzin w doborowym towarzystwie. W towarzystwie adwokatki Zuzanny, specjalistki z prawa karnego oraz jej przyjaciółki Malwiny. No i oczywiście, w towarzystwie przystojnych, dobrze zbudowanych i hojnie obdarzonych przez naturę, jak to u Świst zwykle bywa, mężczyzn.

Ps. a może tak powieść z nie tak idealną parą, która również jest ciekawa, inteligentna, dowcipna i czerpie przyjemność z seksu w tak nieidealnych ciałach? To dopiero byłoby zaskoczenie.

Za możliwość przeczytania przedpremierowo książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Akurat.

Recenzja przedpremierowa – „Idealna rodzina” Lisa Jewell

IDEALNA RODZINA

  • Autor: LISA JEWELL
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:368
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena:10/10

Już pisałam o złotym dniu premier kwietniowych. Nie pamiętacie? To 14 kwietnia. Co jest w tym dniu wyjątkowego? Serio, nie nabijam się. 14 kwiecień to przecież kolejna środa. Nie ogarnęłam tego. Ktoś pomoże? Zrecenzowałam już 3 książki, które będą miały premierę w tym dniu. Przed Wami następna. Jest to kolejny, bardzo dobry, wręcz w mej opinii wybitny thriller psychologiczny od wydawnictwa Czwarta Strona.

Nie ogarnęłam również co jest z tymi Brytyjczykami, że piszą tak mroczne thrillery. Czy to wychowanie? Czy to wstrzemięźliwość w relacjach międzyludzkich? Czy to mglista i deszczowa pogoda? Coś musi być w powietrzu, że Wyspy Brytyjskie są mekką tak płodnych i zdolnych autorów thrillerów. Lisa Jewell jest kolejną brytyjską autorką, która ma sporą bibliografię (źródło: http://www.lisa-jewell.co.uk/about-lisa/ ). Niestety dotychczas nie miałam styczności z jej twórczością. Czy słusznie? Czy mam czego żałować? Czy będę musiała nadrabiać zaległości?

Idealna rodzina, czy takie istnieją?

Opis wydawcy jest intrygujący. Zacytuję: „Jeden dom. Dwie rodziny. Trzy ciała”. Nieźle się zaczyna, co? To historia jakiej nie zna świat. Jeśli kiedykolwiek coś podobnego się wydarzyło, to zapewne nie ujrzało światła dziennego. Sprawdźcie. W bogatym domu, w londyńskim Chelsea mieszka Henry Lamb z niezwykle piękną żoną Martiną oraz dwójką uroczych rozpieszczonych dzieci, synem i córką. Niczego rodzinie Lambów nie brakuje. Mają mnóstwo odziedziczonych pieniędzy, równie bogatych znajomych, prywatne szkoły, co tydzień dostarczane świeże kwiaty, dzieła sztuki wiszące na ścianach a przede wszystkim mają siebie, tylko siebie. Do czasu…. Znudzona Martina zaprasza pod swój dach muzyków Justina i Birdie. Birdie zaś zaprasza rodzinę Thomsenów, Davida i Sally z dwójką dzieci Clemency oraz Phineasem. Wszyscy goście zostają w domu Lambów na dłużej. Rzec by można za długo. Zdecydowanie za długo. Najpierw w dotychczas bogatym domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować pieniędzy, nie odwiedzają Lambów już bogaci znajomi, dzieci przestają chodzić do prywatnych szkół, nikt już nie dostarcza świeżych kwiatów, ściany świecą pustkami. W domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować wszystkiego a przede wszystkim zaczyna brakować wolności.

Trzej narratorzy jak trzej muszkieterowie

Powieść jest fenomenem głównie z dwóch powodów. Po pierwsze historia jest genialna. Naprawdę genialna. Zaskakująca, niepokojąca, mroczna. Może nie należę do tych recenzentów, którzy wszystko czytali, wszystko ocenili i mają bardzo wysublimowane wymagania. Generalnie popieram zdanie autorki, że nie ma złych książek.

(…) To zupełnie co innego. Jedyne złe książki to takie, które napisano tak fatalnie, że nikt nie chce ich wydać. Każda książka, która została wydana, jest dla kogoś „dobrą książką”.

„Idealna rodzina” Autorka: Lisa Jewell

Dla mnie „Idealna rodzina” jest bardzo dobrą książką, wręcz rewelacyjną, zastanawiającą, nieodkładalną. Po drugie mamy trzech narratorów. Narracja dość, że pisana jest z poziomu Libby, Lucy i Henrego, to jeszcze pisana jest w różnych osobach. Każdy z narratorów jest głównym bohaterem swej opowieści, swej historii. Każdy z nich ma na nią inny pogląd. Każdy z nich inaczej przeżywał wydarzenia. Każdemu z nich wydawało się coś innego. Dla każdego z nich ważne było coś innego, coś innego się liczyło, by przeżyć. Dwójka narratorów opisuje aktualne wydarzenia. Wydarzenia, które w efekcie doprowadzą do finału, do konfrontacji w zakończeniu książki. Ta narracja prowadzona jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Trzeci narrator mówi do nas w pierwszej osobie liczby pojedynczej jednocześnie częściowo relacjonując wydarzenia z przeszłości, które miały miejsce od 1988 do 1993. Autorka oddzieliła retrospekcje trzeciego narratora od jego teraźniejszych relacji dodając do kolejnego numeru rozdziału miejsce akcji i rok przykładowo: Chelsea, 1988. Jest to wręcz fenomenalny zabieg. Ci narratorzy to: Libby Jones, która po swoich 25 urodzinach zostaje spadkobierczynią tego, do pewnego bogatego domu w londyńskim Chelsea.  Sama nie wie dlaczego. Sama musi to odkryć poznając historię sprzed dwudziestu pięciu lat, która rozpoczęła się dużo wcześniej, wiele lat wcześniej zanim policja znalazła w nim „zdrową dziesięciomiesięczną dziewczynkę, gaworzącą radośnie w kołysce”. Podczas gdy, „w kuchni na dole leżały zaś trzy martwe ciała, wszystkie ubrane w czerń”. Lucy Lou – „(…) prawie czterdzieści lat na karku. Bezdomna. Samotna. Bez grosza przy duszy. Nawet nie jest tą, za która się podaje. Imię też ma fałszywe. Jest duchem. Żywym, oddychającym duchem”. Henry – który w pewnym momencie zrozumiał, że „(…) jedynym sposobem, by jakkolwiek zorientować się w sytuacji, było słuchanie rozmów kobiet. Każdy, kto ignoruje takie gadanie, jest znacząco uboższy w wiedzę”. Henry, który starał się rozeznać w sytuacji. Nie akceptując tak naprawdę, co się działo w jego własnym domu.

Ogromne emocje

W thrillerze psychologicznym emocji obawiam się najbardziej. Czasem na wyrost. Czasem całkowicie słusznie. Tak było tym razem. Obawy okazały się całkowicie uzasadnione.  Niepokojący opis wydawcy to nic z rzeczywistością książki. To nic w porównaniu z jej wnętrzem. Mrocznym, szokującym i dającym do myślenia wnętrzem. Treść jest spójna. Wydarzenia, mimo że się przeplatają wzajemnie nie wprowadzają żadnego chaosu. Momentami miałam wrażenie, że mieszkam w tym dużym, do pewnego momentu bogatym domu, dusznym i złowrogim. Dla mnie wrażeń było aż nadto. Hermetyczne środowisko. Dzieci, odarte z dzieciństwa i niewinności, niczemu nie winne. Pasywni sąsiedzi, dotychczasowi znajomi. Nie interesująca się dziećmi opieka społeczna. Dominujący „Pan i Władca”. Jedyny w swym mniemaniu, wyjątkowy. Okalający się kobietami, roszczący sobie do nich prawo. Ci, którzy odeszli i nie podjęli walki o tych, którzy zostali.  Wreszcie te pokoje, z zamkami zamykającymi się od zewnątrz. Tylko od zewnątrz. I te pytania, na które w różny sposób udzielałam sobie odpowiedzi: Co powoduje, że dorośli ludzie, ludzie sukcesu, godzą się na takie zmiany w swoim życiu, na takie niszczycielskie zmiany? Co powoduje, że dorośli ludzie nie widzą męczeństwa własnych dzieci? Cierpienie, nuda, ślepe zakochanie, poddanie się charyzmie, masochizm? Czytajcie, a sami sobie odpowiecie. Choć, jak to w bardzo dobrym thrillerze psychologicznym bywa, nie wszystko jest takie oczywiste i jednoznaczne. Nie każde pytanie ma tylko jedną odpowiedź. Oj nie.

Za możliwość recenzji przedpremierowo książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.