„Wyznania” Kanae Minato

WYZNANIA

  • Autorka: KANAE MINATO
  • Wydawnictwo: TAJFUNY
  • Liczba stron: 200
  • Data premiery : 26.06.2024
  • Data premiery światowej: 5.08.2008

Wyznania” Kanae Minato to japoński thriller psychologiczny, który debiutował w czerwcu br. Ja do książki sięgnęłam w ramach mojej prywatnej podróży po japońskiej literaturze. W notce biograficznej publikacji przeczytałam, że Kanae Minato to „japońska pisarka urodzona w 1973 roku. Od dzieciństwa zaczytywała się powieściami Ranpo Edogawy oraz Agathy Christie. Jest autorką licznych kryminałów, których akcja toczy się w bliskiej czytelnikom scenerii – w domach, w szkołach…(…) Za „Wyznania” otrzymała w 2009 roku nagrodę Hon’ya Taisho (Bookseller’s Award). (…) Większość utworów Minato doczekala się ekranizacji – Wyznania w 2010 roku brawurowo przeniósł na ekrany Tetsuya Nakashima.” Okazuje się, że nieznana mi autorka ma już ogromne osiągnięcia i duży potencjał. „Wyznania” na polskich księgarskich półkach znalazły się przez Wydawnictwo Tajfuny, a ja prezentuję Wam moją opinię o nich dzięki abonamentowi Legimi

Smakowało wam dzisiaj mleko? Yūko Moriguchi po raz ostatni staje przed swoimi uczniami. To jej wyznanie: wśród was jest morderca mojej czteroletniej córeczki. Wiem, kim jest. Moja zemsta właśnie się dokonuje.” – z opisu Wydawcy. 

Yūko Moriguchi uczy chemii w miejscowym gimnazjum. Podczas choroby opiekunki jej czteroletnia córka Manami towarzyszy jej w miejscu pracy podczas popołudniowych zajęć. Ulega wypadkowi na pobliskim basenie. Jej ciało znalezione zostało przez uczniów Moriguchi. (…) policja, nie znalazłszy śladów obrażeń na ciele ani nawet ubraniu, stwierdziła, że Manami musiała przypadkiem wpaść do basem i zmarła w wyniku nieszczęśliwego wypadku.” Już w pierwszym rozdziale „Święta” w wyniku spowiedzi nauczycielki w ostatnim dniu roku szkolnego czytelnik dowiaduje się, że śmierć Manami nie miała nic wspólnego z wypadkiem. Jest wynikiem chorych ambicji dwójki młodych uczniów Moriguchi, którzy postanowili zabawić się w zabijanie. O reakcji na tę rewelację i motywach samych morderców czytający dowiaduje się z kolejnych rozdziałów. W każdym z nich zawarta jest relacja innej osoby z otoczenia nauczycielki i jej córki. 

Wiem, że zabijanie jest przestępstwem, ale nie rozumiem, dlaczego jest złe. Ludzie to tylko jeden z gatunków żyjących na ziemi. Jeżeli wyeliminowanie jednej istoty może przynieść korzyści innym, to czemu się temu przeciwstawiać?” – Wyznania” Kanae Minato.

To rewelacyjnie napisane studium patologicznych przypadków, obraz chęci poczucia się przez chwilę panem życia i śmierci. Rewelacyjnie Minato pokazała postać Shüji Watanabe w rozdziale zatytułowanym „Wierzący”, który przez trudną, przemocową relację z matką postanowił zapisać się niechlubnie w świadomości wielu licząc na co najmniej ogólnokrajową sławę. To z jednej strony opowieść o skrzywdzonym chłopcu, synu odrzuconym przez matkę, którą kochał bardzo mocno, a z drugiej o przeświadczonym o swej wyjątkowości i nieograniczonym talencie potworze widzącym siebie jako nadczłowieka z powieści Dostojewskiego. 

„-Gdyby nie ty..- powiedziała któregoś razu, po czym zaczęła mnie regularnie bić.” .” – Wyznania” Kanae Minato.

Mimo, że nie można sympatyzować z Shüji jego pierwszoosobowa relacja o domu, w którym się wychowywał i przerwane życie z uwielbianą przez niego matką silnie mną wstrząsnęło. Ten fragment stanowił bardzo dobrą analizę nad powstawaniem mechanizmów kompensujących u skrzywdzonych dzieci, które w przyszłości potrafią robić krzywdę innym. Przy czym Minato nie tłumaczy młodego Watanabe. Nie uzasadnia jego zachowania. Przedstawia tylko relację z jego punktu widzenia, którą każdy z nas może odczytać na swój własny sposób. 

Postać nauczycielki również zamyka całą powieść. Rozdział „Święta” otwiera dyskusję na temat bezsensownej i nieuzasadnionej śmierci Manami. Rozdział szósty, ostatni „Kaznodzieja” obnaża słabość i motywacji, i rozwiązania, do którego dążył Shüji Watanabe. Wychowawczyni Moriguchi w wielu miejscach wspomina o stylu i sposobie nauczania. Sama autorka w obrazie nauczyciela Wertera obnaża słabość japońskiego szkolnictwa. Podobały mi się nawet dywagacje na temat szkolnictwa samego Shüji; 

Według mnie szkoła kreuje postawę moralną społeczeństwa. Trudno oczekiwać, aby awersja do morderstwa była w człowieku wrodzona. Podejrzewam, że u większości to efekt edukacji od najmłodszych lat, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Japończycy nie należą do zbyt religijnych narodów. Dlatego bez problemu akceptują karę śmierci za ciężkie zbrodnie i nie widzą w tym sprzeczności.” – Wyznania” Kanae Minato.

To nie tylko wyznania skrzywdzonej przez swych uczniów matki i samego pomysłodawcy nikczemnego czynu: Shüji. Powieść jest zdecydowanie bardziej wielowymiarowa. W rozdziale „Męczennik” czytelnik zaczytuje się w relację koleżanki z klasy Shüji, która swych kolegów widziała w inny sposób zarzucając wychowawczyni Moriguchi nieetyczne zachowanie. To ciekawa perspektywa. Postać Nao Shimomura jest najbardziej tragiczna.  Chcąc być lubianym przez wybitnego ucznia w klasie przekroczył granice, o których nigdy nie myślał. Shimomura jak w tytule rozdziału „Zbłąkana owieczka” wkroczył na drogę życia, która skończyła się dla niego tragicznie. A tragizm tej sytuacji idealnie zrelacjonowana autorka w trzecim rozdziale zatytułowanym „Umiłowany” napisanym z perspektywy starszej siostry Nao. Relacja z jego matką to obraz silnego oddania, idealizowania własnych dzieci i negatywnych skutków, które powoduje brak wymagań i brak wpływu na własne dziecko. Zresztą Kanae Minato w każdym rozdziale zobrazowała inny wątek, rozpisany bardzo skrupulatnie. Na siłę powieści składa się relacja pisana w pierwszej formie. Nawet jeśli czytelnik nie utożsamia się przekazanymi treścią, bliska relacja z wykreowaną postacią ze względu na osobiste wynurzenia powstaje wręcz sama. Książka jest zbiorem totalnie różnych perspektyw, motywów, mechanizmów, które zebrane w całość stanowią wyjątkowo trudne do zapomnienia wyznania ofiary, winnego, współwinnego, widza, rodzeństwa, a nawet matki czy syna. To cały kalejdoskop postaci niewidziany przeze mnie w innych książkach. Niezwykle wartościowa publikacja, która zostanie ze mną na dłużej.

Sam pomysł zwrócenia się nauczycielki do swym uczniów słowami; „- Manami nie zginęła w nieszczęśliwym wypadku. Została zamordowana przez któreś z was.” zbił mnie z przysłowiowego pantałyku. Kanae Minato wykazała się dużą kreatywnością kreśląc fabułę w taki sposób. Używając takich, a nie innych słów. Korzystając z mocnych sformułowań. Bez ozdobników. Bez eufemizmów. To wszystko spowodowało, że historia wydała mi się bardzo prawdziwa. 

Zdecydowanie polecam! 

Moja ocena: 8/10

Wydawcą książki jest Wydawnictwo Tajfuny, a opinię o niej przeczytaliście dzięki abonamentowi Legimi

„Księga herbaty” Kakuzo Okakura

KSIĘGA HERBATY

  • Autor: KAKUZO OKAKURA
  • Wydawnictwo: KARAKTER
  • Seria: SERIA JAPOŃSKA
  • Liczba stron: 96
  • Data premiery w tym wydaniu: 17.04.2017
  • Data 1. wyd. pol.: 1.12.2005
  • Rok 1. wyd. pol.: 1987
  • Rok premiery światowej: 1906

Na oficjalnej stronie Wydawnictwa Karakter  przeczytałam następujący tekst autopromocyjny w zakładce „O nas”: „Istniejemy od 2008 roku. Dzielimy się z czytelnikami tym, co nas interesuje i co uważamy za ważne. Chcemy zrywać z kulturowymi stereotypami i uprzedzeniami, wprowadzać w obieg polskiej kultury nowe tematy, inne wrażliwości i świeżą estetykę. Publikujemy literaturę piękną i literaturę faktu z całego świata. Wydajemy ambitną eseistykę oraz książki poświęcone projektowaniu, architekturze i sztuce. Czerpiemy z tradycji i doświadczeń europejskiej sztuki książki; nazwa zobowiązuje — słowo „karakter” w szesnastowiecznej polszczyźnie oznaczało krój pisma.” Faktycznie wchodząc na publikowane serie widać, że Wydawnictwu nie wystarczają popularne książki czy gatunki. Wchodzą głębiej publikując dawne książki, o których już wielu zapomniało. Jedną z takich książek jest bez wątpienia wydana w ramach Serii japońskiej Księga herbaty” autorstwa Kakuzo Okakura, która po raz pierwszy wydana została w 1906 roku. O Autorze przeczytałam, że „Kakuzo Okakura to absolwent Uniwersytetu Tokijskiego, założył Tokijską Szkołę Sztuk Pięknych oraz Japoński Instytut Sztuk Pięknych, był kuratorem w Bostońskim Muzeum Sztuk Pięknych. Pisał książki, wygłaszał wykłady, publikował w czasopismach amerykańskich i azjatyckich. Całe życie walczył o zachowanie i odrodzenie japońskiej tradycji artystycznej. “Księga herbaty” została napisana w 1906 r. z myślą o amerykańskich czytelnikach, obecnie należy do klasyki eseju. Herbata stała się pretekstem do snucia rozważań na temat wschodniego sposobu myślenia, filozofii, estetyki i sztuki oraz religii. Autor przedstawia swoje poglądy o światach Wschodu i Zachodu, które mogą na chwilę spotkać się przy filiżance herbaty.” Dowiedziałam się również, że był kuratorem wystawy w Muzeum Bostońskim, gdzie mieszkał, podczas gdy żona i dzieci zostały w rodzimej Japonii. Ciekawy człowiek, esteta, eseista, znawca sztuki. Mimo, że od światowej premiery minęło prawie sto dwadzieścia lat musiałam sięgnąć do jego najbardziej znanego utworu. 

(…) Herbateizm jest kultem piękna, które daje się odnaleźć w codziennej, szarej egzystencji. Wdraża nam poczucie czystości i harmonii, tajemnicę wzajemnej życzliwości i romantyzmu ładu społecznego…” – Księga herbaty” Kakuzo Okakura.

Na początku publikacji znajduje się wspaniałe wprowadzenie napisane przez Ur­szu­lę Mach-Bry­son, która wprowadza czytelnika w życiorys, twórczość i historię poznawania Zachodu przez Kakuzo Okakurę. Dzięki temu miałam możliwość poznać genezę powstania eseju o herbacie, z którego dowiedziałam się wielu ciekawostek. Sama książka składa się z siedmiu rozdziałów i licznych przepisów. W rozdziałach tych Okakura przedstawia historię herbaty oraz istniejące szkoły parzenia i podawania herbaty. 

(…) Europa poznała ten napój dopiero pod sam koniec epoki Ming…” – Księga herbaty” Kakuzo Okakura.

„Japonia, która kroczyła śladami chińskiej cywilizacji, poznała herbatę w jej wszystkich trzech wydaniach. Już w roku 729…. (…) W roku 801 mnich Saichõ przywiózł nasiona i zasadził je w Yeisan…” – Księga herbaty” Kakuzo Okakura.

Nawiązuje również do taoizmu i zenizmu twierdząc, że herbateizm jest z nim ściśle związany. Ponadto przedstawia, jak budowano tzw. pawilony herbaciane oraz dowodzi, że mistrzowie herbaty wpłynęli bezsprzecznie na rozwój sztuki japońskiej. W przedostatnim rozdziale zatytułowanym „Kwiaty” nawiązuje do wpływu sztuki układania kwiatów, która współgra ze sztuką parzenia herbaty i wywodzi się zresztą z tego samego piękna. Opisuje również najważniejszych mistrzów ceremonii parzenia i podawania herbaty. 

Zakres, który składa się kolejno na następujące rozdziały: „Filiżanka człowieczeństwa”, „Szkoły herbaty”, „Taoizm i zenizm”, „Pawilon herbaciany”, „Zrozumienie sztuki”, wspomniane „Kwiaty” i „Mistrzowie ceremonii herbacianej” jest bardzo akademicki. Kakuzo Okakura chciał światu zachodniemu przedstawić bardzo rzetelną historię o herbacie. Ze zdziwieniem odkryłam, że w jej rozpowszechnieniu ogromne znaczenie odegrały Chiny, a Zachód poznał ją dzięki podróżom Marco Polo. Okakura odnosi kult herbaty również do społecznych wydarzeń i występujących socjologicznych różnic. Wspomniał o najeźdźcach na Chiny czy Japonię, a także o tym, jakie wyobrażenie Japończycy mieli o Chińczykach oraz o ludach zachodnich. 

„Dzisiejszy Chińczyk jest eklektykiem i uprzejmie przyjmuje tradycje całego świata, igra z naturą, lecz nie zniża się do tego, by ją podbić czy też czcić. Jego herbata bywa cudowna, ale w jego czarce próżno by szukać romantyki ceremoniałów z epoki Tang i Sung”. – Księga herbaty” Kakuzo Okakura.

Duże znaczenie dla Okakury miało przedstawienie procesu parzenia i picia herbaty w aspekcie piękna. Autor „Księgi herbaty” wielokrotnie dowodził, że jest to kult piękny sam w sobie i każda czynność, która się wiąże z tym procesem, jest sama w sobie piękna. Dla czytelnika Zachodu może to być za wiele. Kompletnie nie zrozumiałam rozdziału „Taoizm i zenizm”, w którym Okakura przedstawił wierzenia buddyjskie z perspektywy piękna, mistycyzmu herbateizmu. Dla mnie było to za dużo. 

„(…) Picie herbaty stało się źródłem kultu czystości i wyrafinowania, czynnością uświęconą, w czasie której gospodarz i gość wspólnie tworzą z tego, co doczesne, najwyższe piękno.” – Księga herbaty” Kakuzo Okakura.

Podobnie w rozdziale „Zrozumienie sztuki”, w którym całkowicie nie zrozumiałam jaki bezpośredni związek Okakura widział w sztuce i w mistrzach parzenia oraz picia herbaty. Możliwe, że mistrzowie byli myślicielami, filozofami, więc mieli bardzo rozwinięty zmysł estetyczny i możliwe, że w ten sposób wpłynęli na rozwój sztuki. Z rozdziału tego jednak to nie wybrzmiało. Kakuzo Okakura skupił się na doktrynie, zresztą jak w wielu innych rozdziałach, którą próbował wtłoczyć czytelnikowi. Przekonać go do swoich racji bez konkretnego dowodu. 

„Wkład mistrzów ceremonii herbacianej do sztuki był wieloraki. (…) Doprawdy nie sposób znaleźć takiej dziedziny sztuki, w której mistrzowie herbaty nie pozostawiliby śladu swego geniuszu…”. – Księga herbaty” Kakuzo Okakura.

Księgę herbaty” Kakuzo Okakury odebrałam bardziej jako ciekawostkę niż publikację, do której chciałabym wrócić. To zbiór historii i teorii, która jest związana z rozpowszechnieniem praktyki picia herbaty, a także samego jej kultu, który dawno temu zakorzenił się w kulturze japońskiej. Trudno stwierdzić czy twierdzenia i prawdy dowodzone przez autora w tej publikacji mają jakikolwiek związek ze współczesnym piciem herbaty. Kultura japońska, którą wyjątkowo cenię jest specyficzna. Dużo w niej zamaszystych gestów, głębokich ukłonów i delikatności w obyciu. Herbata podawana w czarkach i parzona w małych imbryczkach nadal tkwi w kinie jako coś, co jest cechą charakterystyką Japończyków. Jest więc duże prawdopodobieństwo, że jakiś fragment z „Księgi herbaty” nadal istnieje w wyobraźni współczesnego społeczeństwa. 

Moja ocena: 6/10

Książkę wydało Wydawnictwo Karakter, a z recenzją zapoznaliście się dzięki abonamentowi w księgarni Legimi

UKOCHANE RÓWNANIE PROFESORA

UKOCHANE RÓWNANIE PROFESORA

  • Autorka: YŌKO  OGAWA
  • Wydawnictwo: TAJFUNY
  • Liczba stron: 192
  • Data premiery w tym wydaniu: 7.07.2019
  • Data 1. wyd. pol.: 1.12.2005
  • Data premiery światowej: 29.08.2003

To chyba zbieżność nazwisk😉. Całkiem możliwe jednak, że niekoniecznie. Czytając informacje o Yōko Ogawa autorce przeczytanej ostatnio przeze mnie książki pt. „Ukochane równanie profesora” dowiedziałam się, że ta japońska prozaistka urodzona została w 1962. Za to Ito Ogawa, której „Kameliowy sklep papierniczy” mnie zachwycił (recenzja na klik) to według informacji na stronie Wydawnictwa Tajfuny w zakładce „Autorzy i autorki” „Japońska powieściopisarka urodzona w 1973 roku w Yamagacie. ..” Niestety nigdzie nie doczytałam się czy obie autorki coś łączy. Wracając do lektury, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to Wydawca informuje, że „Za „Ukochane równanie profesora” otrzymała literacką nagrodę Yomiuri i pierwszą w historii nagrodę Hon’ya Taishō, przyznawaną przez kolektyw księgarzy. „Profesor” do dzisiaj pozostaje bestsellerem i jedną z ulubionych powieści japońskich czytelników. Książka, w polskim tłumaczeniu Anny Horikoshi, ukazała się w Tajfunach.”  (źródło: tajfuny.pl). To naprawdę wyjątkowa proza japońska👏. 

Nazywaliśmy go Profesorem, on zaś ochrzcił mojego synka Pierwiastek. To z powodu kształtu głowy chłopca – jej płaski czubek kojarzył się Profesorowi z poziomą kreską po prawej stronie tego znaku.” – Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawa. 

Opisana w powieści historia rozpoczyna się w 1992 roku, gdy do domu Profesora w małym miasteczku na wybrzeżu Morza Wewnętrznego trafia pracownica Agencji Pomocy Domowych „Akebono”. Okazuje się, że jest już dziesiątą pomocą domową, którą zatrudniła bratowa klienta z tej samej agencji. Klient jest bowiem bardzo specyficzny. „(…) siedemnaście lat temu mała część tego mózgu została uszkodzona i stracił zdolność zapamiętywania nowych rzeczy. (…) Potrafi powtórzyć twierdzenie, które sam wymyślił trzydzieści lat temu, ale nie wie, co jadł wczoraj na kolację. Mówiąc obrazowo, to tak jakby w jego głowie znajdowała się tylko jedna osiemdziesięciominutowa kaseta video. Kiedy wyczerpie się wolne miejsce, kaseta nagrywa się ponownie, niszcząc poprzednie wspomnienia.” Profesor każdego dnia zaczyna żyć na nowo od przeczytania karteczki, w której jest napisany sposób, w jaki funkcjonuje jego mózg. A potem w ciągu dnia czyta wiele takich karteczek przypiętych do jego garnituru. „Przy każdym jego ruchu karteczki furkotały i szeleściły.” 

Niewiarygodny pomysł na fabułę i mistrzowskie wykonanie. Tak muszę podsumować książkę autorstwa Yōko Ogawy. Postać Profesora chwyta za serce. Autorka zadbała, by Profesor wzbudzał liczne emocje; od sympatii, po niezrozumienie i ogromne współczucie. Historia Profesora wzruszyła mnie niemiłosiernie. Ot, czterdziestosiedmioletni człowiek, który stracił pewną część mózgu pozwalającą na zrozumienie otaczającej go rzeczywistości. Człowiek na nowo poznający każdego dnia swoją gospodynię domową, człowiek na nowo odkrywający jej syna. Każdego dnia. Godzina po godzinie. 

Autorka przepięknie opisała skomplikowaną przyjaźń między bohaterami. Zaufanie Pierwiastka do Profesora i jego czułość w stosunku do chłopca. Do historia dwunastoletniej relacji, która rozpoczęła się, gdy syn gosposi miał dziesięć lat, a skończyła, gdy miał dwadzieścia dwa. Sama zresztą gospodyni domowa jest postacią niezwykle ciekawą. Nawet ona w wyobrażeniu Yōko Ogawy musi nieść przesłanie. Wychowywana przez matkę samotnie ją wychowującą. Pozostawiana od zawsze sama sobie. Potrafiąca w wieku kilku lat prowadzić dom. W wieku osiemnastu lat rodząca jedyne dziecko. Porzucona przez jego ojca po informacji o ciąży. Samotna. Powielająca trochę schemat swej matki, którą wcześnie traci. Do tego pełna empatii, nadziei, radości z tego co ma. To taka proza, która uczy zachodniego czytelnika zrozumienia dla pokory dominującej w azjatyckiej kulturze. Dla szacunku dla tego, co się ma i co się osiągnęło, nawet jeśli jest to dalekie od ideału. To coś niepodrabialnego. 

Yōko Ogawa zdumiała mnie zręcznością przekazania w powieści perspektywy Profesora, który przed wypadkiem był znanym wykładowcą uniwersyteckim królowej nauk, czyli matematyki. Profesora, który operuje liczbami. Autorka przedstawiała w treści zagmatwane dylematy matematyczne, opisywała z zaangażowaniem zadania i alternatywy rozwiązań matematycznych zadań tak skrupulatnie, że wielokrotnie ich prawdziwość weryfikowałam w zasobach internetowych🙄. Jako agnostyk nauk ścisłych posiłkowałam się innymi wyjaśnieniami teorii, twierdzeń, rozwiązań, które wyjątkowo wydawały mi się trudne. Autorka zrobiła to w tak umiejętny sposób, że przytaczane treści związane z pracą zawodową głównego bohatera i jego zainteresowaniami nie nudziły, nie nużyły nawet mnie, której z matematyką nie po drodze. Wręcz przeciwnie stanowiły wspaniałe uwiarygodnienie opisywanej historii. 

To powieść pełna uczuć do drugiego człowieka. To opis wspaniałej matki i cudownej relacji, która rozpoczęła się w pracy, a wykroczyła poza nią. To historia dwójki dorosłych i dziecka, którzy stworzyli pewną wspólnotę. Grupę z pozoru obcych sobie ludzi, których połączyła przyjaźń i to w bardzo trudna przyjaźń. Braterstwo wymagające ciągłej gotowości do tłumaczenia, do przypominania, do traktowania Profesora w sposób, który wymagała jego dysfunkcja. Do życia w granicach osiemdziesięciu minut i czerpania z tego przyjemności. 

Zdecydowanie Wam polecam tę książkę. Proszę przeczytajcie! 

Moja ocena: 9/10

Wydawcą książki jest Wydawnictwo Tajfuny, a opinię o niej przeczytaliście dzięki abonamentowi Legimi

„Wiatrom powierzone” Laura Imai Messina

WIATROM POWIERZONE

  • Autorka: LAURA IMAI MESSINA
  • Wydawnictwo: SONIA DRAGA
  • Liczba stron: 272
  • Data premiery : 26.05.2021
  • Data premiery światowej: 14.01. 2020

Po rewelacyjnej książce autorstwa Laury Imai Messina pt.  „Wyspa bijących serc” (recenzja na klik) nie sposób nie skusić się na jej poprzednią publikację. Książka „Wiatrom powierzone” debiutowała na polskim rynku wydawniczym w 2021, przy czym światową premierę miała rok wcześniej. To kolejna historia napisana przez tę włoską pisarkę zachwycającą się japońskimi realizmem i prostotą. Ciekawiło mnie, czy będzie tak samo udana jak wspomniana już „Wyspa bijących serc”.

„Pewnego dnia pewien mężczyzna, którego dom leżał u podnóża Kujira-yamy, Góry Wieloryba, pod miastem Õtsuchi – jednym z miejsc najbardziej dotkniętych przez tsunami z 11 marca 2011 roku – postawił w swoim ogrodzie budkę telefoniczną…” –Wiatrom powierzone” Laura Imai Messina. 

I przy okazji odwiedzania tego wyjątkowego miejsca poznała się trzydziestoletnia Yui, redaktorka radiowa z Takeshim, wdowcem, który odwiedzał budkę, by porozmawiać ze swoją zmarłą na raka żoną Akiko. Dwójka stęsknionych towarzystwa innych osób zbliża się do siebie. Ona niepogodzona ze śmiercią swej córeczki, „która zatrzymała się na trzech latkach, i z matką, która do ostatniej chwili obejmowała wnuczkę ramionami”. On spragniony za wcześnie utraconej kobiety wychowujący córkę, Hanę, która przestała mówić, gdy jej matka odeszła. Choć to nie tylko opowieść o dwójce skrzywdzonych przez los ludzi. To opowieść o wielu takich… 

(…) życie wyniszcza, z biegiem czasu prowadzi do powstania niezliczonych pęknięć. Ale to właśnie one decydują o losach każdego człowieka i sprawiają, że chce iść przed siebie i zobaczyć, co jeszcze go spotka.” –Wiatrom powierzone” Laura Imai Messina. 

I to jest myśl przewodnia powieści. Laura Imai Messina zadbała, by historia nie skończyła się na Yui i Takeshim. Przywołała wzruszające przykłady innych bohaterów. Shio odwiedzający budkę, by rozmawiać ze swym nieobecnym ojcem, który w tsunami stracił chęć do życia. Kilkunastoletniego młodzieńca, który przychodzi, by kłócić się mamą, którą zabrał nowotwór. Wspaniale autorka opowiedziała postać człowieka, który założył tę magiczną budkę i wraz z żoną wita każdego odwiedzającego, i życzliwie gości go w swym domostwie. Postać wzorowaną na prawdziwej osobowości człowieka, które miejsce po tsunami zamienił w Bell Gardia. Zresztą sama Messina we fragmencie „Istotna uwaga” pisze;

Wietrzny telefon jest dla mnie głównie metaforą pokazującą, że należy troszczyć się nie tylko o radość, ale też o ból. Żebyśmy w obliczu strat, jakie niesie ze sobą życie, potrafili otworzyć się na liczne okazje, jakie jednocześnie nam oferuje.” –Wiatrom powierzone” Laura Imai Messina.

Bardzo mi się podoba konstrukcja książki. Powieść składa się z dwóch części. W pierwszej znajduje się pięćdziesiąt dwa ponumerowane rozdziały, w drugiej tylko dwadzieścia dwa. Na samym końcu autorka zawarła epilog, słowniczek, wspomnianą „Istotną uwagę”, w której rozmawia o genezie powieści, a także przypisy. Pomiędzy opisywanymi wydarzeniami Messina wtrąca krótkie fragmenty opisujące pewne okoliczności z życia bohaterów, tego aktualnego jak i przeszłego przykładowo; o ofiarach kataklizmu w Tõhoku według stanu na dzień 10 stycznia 2019 roku, sposobach „Akiko na zemstę za późno powrót Takeshiego”, czy sposobach „Akiko na pogodzenie się z Takeshim”. Niektóre bardzo osobiste w stosunku do postaci wykreowanych w powieści i związanych z tragedią stanowiącą kanwę fabuły jak; „Co córka i matka Yui miały na sobie rankiem 11 marca 2011 roku”. Te króciutkie fragmenty stanowią pewne uzupełnienie, napisane trochę w formie różnych ciekawostek, które czyta się rewelacyjnie i które urozmaicają fabułę. 

Bell Gardia jest miejscem rzeczywistym odwiedzanym przez tysiące ludzi co roku. Historie opisane w powieści niekoniecznie. Nie zmienia to faktu, że stanowią swoistego rodzaju pomnik na cześć tych, których zabrała ogromna woda tsunami, a także na cześć innych niepozostających pośród nas. To powieść o odzyskiwaniu własnego życia po ogromnej tragedii utraty bliskich napisana z perspektywy różnych bohaterów; dorosłej kobiety, dojrzałego mężczyzny, dziecka czy nastolatka. I choć nie zachwyciła mnie stylistycznie tak jak poprzednia powieść autorki „Wyspa bijących serc” to czas spędzony z lekturą uważam za bardzo udany. Uwielbiam takie nostalgiczne historie, osadzone w azjatyckich domach, kulturze i społeczeństwie. Jak już kiedyś wspomniałam w innej recenzji relacje, które są w nich opisywane nie są do podrobienia. 

Zachęcam Was do przeczytania!!! 

Moja ocena: 7/10

Książkę wydało Wydawnictwo Sonia Draga, a ja zapoznałam się z nią dzięki abonamentowi Legimi

„Na południe od granicy, na zachód od słońca” Haruki Murakami

NA POŁUDNIE OD GRANICY, NA ZACHÓD OD SŁOŃCA

  • Autor: HARUKI MURAKAMI
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 232
  • Data premiery w tym wydaniu: 22.05.2024
  • Data 1. wyd. pol.: 3.02.2006
  • Data premiery światowej: 5.10.1992

Książka „Na południe od granicy, na zachód od słońca” autorstwa Haruki Murakamiego w tym wydaniu debiutowała 22 maja br. Według dostępnych informacji Murakami wydał ją na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. To kolejna publikacja tego wybitnego japońskiego prozaika, którego odkryłam całkiem niedawno, a którego już sporo książek zrecenzowałam na mym blogu😏: „Pierwsza osoba liczby pojedynczej”, „Po zmierzchu”, „Mężczyźni bez kobiet” i „Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu”. A wszystko zaczęło się od przeczytania w innej publikacji o bohaterce, która czytała pozycję „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”, a której tytuł niezwykle mnie zafrapował. 

Urodziłem się 4 stycznia 1951 roku. W pierwszym tygodniu pierwszego miesiąca pierwszego roku drugiej połowy dwudziestego wieku. Warto było to uczcić, więc rodzice nadali mi imię Hajime – po japońsku „Początek”.” – Na południe od granicy, na zachód od słońca” Haruki Murakami.

Tym razem autor opisuje historię niespełna czterdziestoletniego Hajime, właściciela dwóch dobrze prosperujących barów, który przez całe swe życie wspomina młodzieńczą fascynację Shimamoto. Piękną dwunastoletnią dziewczynkę, z którą dane mu się było spotkać i zaprzyjaźnić, gdy zaczęła uczyć się w jego szkole. Wspomnienie Shimamoto za nim podąża w dorosłe życie i kładzie się cieniem na jego dalsze życie, w tym relacje z kolejnymi kobietami, a także z żoną. 

(…) Miałem żonę, dzieci i pracę. I musiałem okłamać żonę, żeby tu przyjechać. Potem będę musiał wrócić na lotnisko, wsiąść na pokład samolotu, który wylatywał do Tokio o wpół do siódmej, i szybko wracać do żony, która na mnie czeka.” – Na południe od granicy, na zachód od słońca” Haruki Murakami.

Autor opowiada o Hajime z perspektywy jego życia. Po melancholijnym wstępie, w którym poznajemy głównego bohatera, a także jego fascynację Shimamoto, następuje rozwinięcie, w którym Murakami prezentuje Hajime w kolejnych fazach jego życia. W czasach licealnych, gdy źle potraktował swoją dziewczynę romansując z jej kuzynką. W okresie studiów, gdy unikał przedmiotów, których nie mógł znieść i gdy kolejne jego związki kończyły się po kilku miesiącach. I w czasach, gdy rozpoczął już dorosłe życie. Wszedł w związek małżeński i począł dwie córki. To nie tylko historia jednego bohatera. Murakami zadbał, by z powieści wybrzmiewał kontekst społeczny i polityczny. Przedstawił czytelnikowi obowiązujące wówczas standardy, jak przykładowo pożądana ilość dzieci czy cechy pokolenia powojennego i przeżycia, które często miały miejsce w różnych domach. Bardzo umiejętnie zobrazował otoczenie, życie na przedmieściach i w samym centrum. Dzięki temu opowieść stała się kompletna. Podobała mi się postać teścia Hajime. Mimo, że niejednorodna stanowiła stereotypowe odzwierciedlenie Japończyka, który osiągnął w życiu zawodowy sukces. Bardzo sprawnie Murakami w opisie jego postaci wplótł wątek zdrad małżeńskich, które w Japonii są dość powszechne i jak czytałam, świadczą o atrakcyjności mężczyzny, z czego potrafią się cieszyć ich własne żony. Kompletnie tylko nie wiem o co chodziło z akcjami, które żona Hajime kupiła za namową ojca i musiała na życzenie swego męża sprzedać w tym samym dniu. Tym bardziej, że główny bohater wszedł z teściem w całkiem inne, biznesowo wątpliwe relacje. Nie wyłapałam intencji autora w tym zakresie. Całkowicie. 

Co do Shimamoto to jej postać snuła się za głównym bohaterem przez lata. Ciągle do niej tęsknił, do idei o niej, do wspomnienia o jej pięknej twarzy. W jej postaci było coś nieuchwytnego, co wzmacniało przekaz o idyllicznej młodzieńczej miłości. Kreując Shimamoto autor zrobił wiele dobrego dla osób niepełnosprawnych. Bardzo delikatnie wplótł ten wątek w powieść, kompletnie go nie rozdmuchując, nie gloryfikując. Taka zwyczajność w tego typu tematach sprzyja przyjmowaniu ich jako coś normalnego. Tym bardziej, że to nie jedyna postać kobieca z deficytem fizycznym. Jakby Murakami chciał nam wszystkim zagrać na nosie mówiąc; patrzcie, można i być zabójczo na lata zakochanym w kalece!!! 

Zawiodło mnie trochę zakończenie. Z punktu widzenia Shimamoto zabrakło mi dopowiedzenia, jaka była jej dalsza droga. Co spowodowało, że przeszła od przeszłego życia do aktualnego w takiej kondycji psychicznej. To najpewniej celowy zabieg autora, który miał tę kobiecą postać pozostawić do końca nieodgadniętą. I jeśli tak jest. To mu się to bardzo dobrze udało. Z punktu widzenia Hajime miło było spojrzeć na niego oczami jego żony, która jak pokorna Azjatka, przyjęła go znowu pod swe skrzydła. 

Mam nadzieję, że za bardzo Was nie spojlerowałam i chętnie sięgnięcie również i po tę pozycję Haruki Murakamiego. Książka jest krótka. To fakt. Opowiada jednak o pewnym momencie z przeszłości, które zaważyło na kolejnych latach życia dorosłego mężczyzny. Opowiada o Hajime, który możliwe, że wiele ma z postaci samego autora. Jako ciekawostkę wskażę, że sam Haruki Murakami w roku 1982 sprzedał jazzowy bar, możliwe, że doświadczenia głównego bohatera w prowadzeniu takiej samej placówki, autor oparł na własnym doświadczeniu. Co jest więc faktem, a co wymysłem?

Moja ocena: 7/10

Książki Murakamiego wydaje Wydawnictwo Muza, a ja z tą publikacją zaznajomiłam się dzięki Legimi.

„Dolina Tęczy” Lucy Maud Montgomery

DOLINA TĘCZY

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 7)
  • Liczba stron: 320 
  • Data premiery w tym wydaniu: 4.09.2024 

  • Rok 1 wydania polskiego: 1959 
  • Rok premiery światowej: 1919 

Już sześć opinii  poprzednich tomów serii „Ani z Zielonego Wzgórza” autorstwa  Lucy Maud Montgomery w nowym wydaniu, a co ważniejsze w nowym tłumaczeniu nakładem Wydawnictwo Marginesy  znajduje się na moim blogu czytelniczym; „Wymarzony dom Anne” „Anne z zielonych szczytów”, „ Anne z Avonlea” „Anne z Redmondu”, „Anne z szumiących wierzb”, „Anne ze Złotych Iskier” . Po wydaniu najnowszej części, która debiutowała w dniu 4 września br. „Dolina Tęczy” nie mogłam się powstrzymać przed sprawdzeniem, jak i tym razem poradziła sobie tłumaczka Pani Anna Bańkowska z unowocześnionym tłumaczeniem, które ma przybliżyć tę serię współczesnej młodzieży. 

Fabuła opiera się na przyjaźni czwórki najstarszych dzieci Blythe’ów (Jem, Walter, Nan i Di) z dziećmi owdowiałego przedwcześnie nowego pastora, tj.  Jerry’ego, Carla, Uny i Faith. Dzieci uważanych przez pozostałych mieszkańców wioski za dzikie i psotne. Dzieci wychowywanych przez ojca, który dał im dużo swobody, celem wypełniania swoich pasterskich obowiązków.  Do zgrai pomysłowych dzieciaków dołącza osierocona Mary Vance, która uciekła spod jarzma wykorzystującej ją bez granic chlebodawczyni. Dzieci spędzają ze sobą czas głównie w miejscu zwanym Doliną Tęczy, która staje się ich oazą. 

Książka jest poświęcona „Pamięci Goldwina Lappa, Roberta Brookesa i Morleya Shiera, którzy złożyli najwyższą ofiarę, aby szczęśliwe doliny ich ojczyzny mogły być święte przed spustoszeniem najeźdźcy” i odnosi się to do I wojny światowej, która jest głównym tematem następnej książki z serii. 

W siódmym tomie fabuła krąży wokół rodziny Anne i Gilberta Blythe’ów, którzy są już razem od 15 lat. Łącznie mają sześcioro dzieci: Jem, Waltera, Nan, Di, Shirley i Rillę. Choć tylko czwórki z nich, najstarszych czytelnik śledzi przygody w powieści „Dolina Tęczy”. Powieść obfituje w dziecięce przygody, w których jest też miejsce na refleksję odnośnie powszechnego wówczas sieroctwa. Lucy Maud Montgomery podnosi również kwestię wdowieństwa pastora Mereditha, który mając świadomość potrzeby ręki kobiecej nad wychowaniem jego dzieci stara się o rękę Rosemary mieszkającej ze swą siostrą Ellen, do której również były znajomy Norman „smoli cholewki”.

To idylliczna powieść, jak praktycznie wszystkie części po pierwszej z całego cyklu. Jak pewnie się domyślacie zakończenie może być tylko pozytywne😁. Lucy Maud Montgomery zadbała, by jej cykl były pisane „ku pokrzepieniu serc”. Nawet jeśli obejmowały trudne tematy to zakończenie historii dobrze, gdyby było szczęśliwe. To też cecha charakterystyczna powieści pisanych ponad sto lat temu z rozbudowanym wątkiem społecznym. 

I tym razem tłumaczenie odbiega znacznie od tego, które znałam wcześniej. Język jest bardziej nowoczesny, powszechny. Możliwe, że młodsi czytelnicy odbiorą go w sposób bardziej, niż jak optymistyczny. Niestety dotychczasowe doświadczenie kładzie się cieniem na odbiór tego tomu. Czytając byłam zdziwiona prostotą języka w wielu miejscach. Nie zmienia to faktu, że przeczytanie tego siódmego tomu uważam za wartościowe. Dobrze przypomnieć sobie fabułę, której szczegóły już zapomniałam. Idealnie jest przeczytać powieść po nowemu. Przetłumaczoną prościej, bardziej powszechnym językiem. To zdecydowanie zmienia perspektywę. 

Moja ocena: 7/10

We współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Marginesy.

„Dusze niczyje” Paweł J. Sochacki

DUSZE NICZYJE

  • Autor: PAWEŁ J. SOCHACKI
  • Wydawnictwo: ZWIERCIADŁO
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 28.08.2024

Wydawnictwo Zwierciadło wydało przepiękną książkę pt. „Dusze niczyje” autorstwa Paweł J. Sochacki Okładka się mieni zaś brzegi książki są barwione. Mieć takie małe dzieło sztuki w ręku to prawdziwy rarytas😉. Ta premiera z końca sierpnia br. jest powieścią historyczną, której kanwą stał się hitlerowski zamysł o eugenice polegającej na wyeliminowaniu jednostek słabych, niepełnosprawnych, nieprzystosowanych do życia w idealnie funkcjonującej Rzeszy Niemieckiej bez dziwolągów, bez przedstawicieli innej rasy, wśród pięknych, wysokich, niebieskookich przedstawicieli rasy aryjskiej. Wtedy rozpoczęła się akcja E lub Eu jak podawane jest w innych źródłach, jedno z najbardziej bandyckich i pozbawionych ludzkich odczuć niemieckich działań eksterminacyjnych skierowanych przeciwko swojej rasie i przeciwko obywatelom. niemieckim. Dziś mówi się o tych działaniach jako o akcji T4 od siedziby jej pierwszych kierowników w willi przy berlińskiej Tiergartenstrasse 4 w dzielnicy Mitte.. 

Czytelnik wprowadzony zostaje w historyczny wątek funkcjonowania ostatniego roku szpitala dla obłąkanych w Obrawalde w lecie 1944 roku, gdy do placówki zaczynają trafiać kolejne, liczne transporty z innych szpitali psychiatrycznych umiejscowionych w Rzeszy niemieckiej. W jednym z takich transportów przybywa Erna i Astrid. Młode kobiety przyzwyczajone do bardzo dobrych warunków opieki medycznej. Cierpiąca „(…) na bezsenność, nerwicę, stany lękowe, bóle głowy, a nawet depresję” Erna dość szybko odkrywa, że miejsce, w którym się znalazła nie ma nic wspólnego z placówką medyczną. Personel nie jest medyczny. Zaczyna odczuwać brak leków psychotropowych. Na szczęście do nowych warunków pomaga jej przystosować się Ruth, doświadczona pensjonariuszka, która mordując męża pozbawiła życia również swe dwie córki. „Erna doskonale zdawała sobie sprawę, że głodzenie, znęcanie się i trucie chorych nie jest żadną terapią.” Erna rozpoczyna walkę o swe życie. Walkę nierówną.  

Z części „Od autora” dowiedziałam się, że w publikacji przedstawiono postaci historyczne. Wsławiony złą sławą ósmy dyrektor w latach 1941-1944 szpitala dla obłąkanych w Obrawalde noszący nazwę 4. Posensche Provinzial-Irrenanstalt Obrawalde bei Meseritz (4 Poznański Prowincjonalny Zakład dla Obłąkanych w Obrzycach koło Międzyrzecza). Idyllicznej placówki medycznej wśród drzew na co również zwrócił uwagę Autor w swej powieści. Walter Grabowski jest jedną z głównych postaci. Podobnie jak doktor Hildegarde Wernicke i lekarz naczelny szpitala Theophil Mootz, którzy byli pomocnikami dyrektora i świadomie realizowali jego chorą politykę zakładową. Nawet grabarz Schwarzer, został wspomniany z nazwiska przez Autora. Wyjaśnienia powojenne wskazały, że w Obrawalde zabito ponad 10 tysięcy ofiar. Nie tylko Niemców. Niektórzy ponieśli karę, jak sądzona lekarka Hilde Wernicke, czy jeszcze w maju 1945 roku skazani na karę śmierci przez przez doraźny sąd  Hermann Gulke naczelny pielęgniarz i naczelna pielęgniarka Amanda Ratajczak.. „Sowieci, znaleźli mnóstwo dowodów na to, że prowadzono tam systematyczne mordowanie ludzi. Fiolki po środkach farmaceutycznych, rzeczy po zamordowanych, a przede wszystkim około tysiąca wychudzonych dzieci. W kostnicy odkryto też kilkaset niepochowanych zwłok” (cyt. za gazetalubuska).  Niestety jak podają cytowane powyżej źródła „Pochodzący ze Szczecina nazistowski zbrodniarz Walter Grabowski zniknął i uniknął kary. Sąd wydał nakaz aresztowania go w 1961 roku, anulowano go w 1991 r., opierając się na przypuszczeniach, że Grabowski nie żyje”.

Dusze niczyje” Pawła J. Sochackiego to kolejna powieść historyczna, która udowadnia, że rzeczywistość kreśli najbardziej nieprawdopodobne i krwawe historie. To publikacja, która usuwa odruchy człowieczeństwa w obliczu faszystowskiej ideologii trawiącej mózgi jak nowotwór. To okrucieństwo zostało bardzo dobrze odzwierciedlone w tej książce. Jej konstrukcja jest bardzo przejrzysta. Składa się z sześciu części zawierających łącznie sześćdziesiąt zatytułowanych rozdziałów. Opowieści pacjentów przeplatają się z ich historią z czasów przed zamknięciem w Obrawalde/ Obrzycach, w którym notabene do chwili obecnej funkcjonuje szpital psychiatryczny. Dzięki temu czytelnik jest w stanie sobie wyobrazić ich wcześniejsze życie, całkiem normalne mimo choroby psychiatrycznej. 

Przeczytałam wiele smutnych historii z ostatnich chwil życia pacjentów na kartach powieści. Choć żadna historia pacjenta mną nie wstrząsnęła w taki sposób, by została ze mną na długo, na zawsze, jak to często bywa. W historii matki szukającej synka zabrakło mi konsekwencji. Jej próby odnalezienia dziecka traktowałam jak chwilowe zrywy. Wykonując efektywnie pracę z Erną postać wydawała mi się jakby niedokończona, nieprzemyślana do końca. Nie przekonała mnie jej historia. Tak samo ze zdziwieniem obserwowałam Ernę, która dość szybko przystosowała się do warunków stworzonych przez siostrę Annę Marię. Nieleczona lekami psychotropowymi radziła sobie nad wyraz dobrze. Obawiam się, że cel Autora polegający na odzwierciedleniu wiernie prawdziwej historii w wersji fabularyzowanej tak bardzo przysłonił kreowanie postaci, że ich opowieść wydaje mi się niewykończona, niekompletna. Możliwe, że umknęły mi istotne treści stąd taka opinia. Możliwe, że do tego stanu rzeczy przyczynił się monotonny i mozolny styl narracji. Mimo, że Autor podjął bardzo ważny temat i niechlubny w historii Rzeszy to nie wzbudził we mnie zbytnich emocji.  Moim zdaniem w książce dominuje przedstawiana w podobny sposób groza ludzkiego cierpienia i bestialstwa, z którą zetknęli się niewinni cierpiący. Brakowało mi rozwinięcia perspektywy pacjentów, ich życia przed, próby walki w trakcie czy rozwoju choroby w sytuacji braku wymaganych leków. Nie będąc psychiatrą zakładam, że nieleczone choroby psychiczne narastają, gdy pacjent nie może kontynuować leczenia. Tego mi właśnie zabrakło w postaciach pacjentów wykreowanych w historii. Moim subiektywnym zdaniem konstrukcja książki i sposób przedstawienia treści pozwalał na skrócenie objętości stron minimum o jedną czwartą. Nie rozumiałam celu powielania opisów podobnych do siebie aktów okrucieństwa i przykładów fascynacji osobą dyrektora (w odniesieniu do Anny Marii) w nieskończoność. Motyw przełożonej Erny znudził mnie już w połowie. Rozwinięty rys psychiczny i socjologiczny konkretnych postaci byłby bardziej przeze mnie pożądany i dla mnie interesujący. 

Zachęcam Was jednak z pełną świadomością do przeczytania książki ze względu na jej wartość historyczną, w której obnażone zostały dawno zapomniane i niepowielane niestety fakty o ludzkiej zagładzie, która dała początek idei holokaustu. Przeczytajcie! I dajcie znać jaka jest Wasza opinia. 

Moja ocena: 5/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZWIERCIADŁO.

PODHALE. WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ

PODHALE. WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ

  • Autor: ALEKSANDER GURGUL

  • Wydawnictwo: CZARNE
  • Liczba stron: 224
  • Data premiery: 20.07.2022

O książce „Podhale. Wszystko na sprzedaż” Aleksandra Gurgula wydanej przez Wydawnictwo Czarne w roku 2022 przeczytałam w ostatnim tomie serii „Kryminału pod psem” pt. „Zakończeniem jest Zakopane” autorstwa  Marta Matyszczak. Reportaż odsłaniający patologię dystrybucji dobrodziejstwa Podhala jego klientom, a w szczególności Zakopanego Autorka przywołuje w Posłowiu i na spotkaniach autorskich promujących książkę. Z chęcią więc pożyczyłam tom od mej sąsiadki i zabrałam się do szukania u źródła przykładów tego, co i w jaki sposób można sprzedać, o ile znajdzie się kupiec. 

Książka składa się z sześciu części, które dotykają różnych tematów. Każda część zawiera kilka zatytułowanych rozdziałów. Najbardziej dramatyczny jest ostatni rozdział o tytule „Wartość rzeźna”, która stanowi o morderczej pracy koni w ciągnieniu tramwajów konnych na Morskie Oko. Choć nie ukrywam, że mocny początek również mną wstrząsnął. W rozdziale „Brama dla kardynała” Gurgul opowiada historię bezsensownej śmierci niespełna sześćdziesięcioletniej Jadwigi, która straciła życie wraz z siedmioletnim wnukiem Frankiem, gdy w 2018 roku zawaliła się wskutek silnego wiatru brama wjazdowa na teren kompleksu Bania w Bukowinie TatrzańskiejBrama postawiona w wyniku samowolki budowlanej. Brama, za którą nikt nie wziął odpowiedzialności i nikt nie pamiętał, kto zlecił i kiedy jej wykonanie. Brama, której wywrotkę nie zarejestrowała żadna z licznych kamer okalających ośrodek. Brama śmierci…. 

Autor zbierając materiały do niniejszej publikacji zajął się pewnymi interesującymi go tematami. W pierwszej części pt. „Pobłogosławiona samowola” przenalizował przypadki samowoli budowlanej, która niejednokrotnie kogoś kosztowała życie, jak brama wjazdowa do kurortu Bania czy dach z samowolnie powstałego budynku mieszczącego szkółkę, serwis narciarski, który kosztował życie matki i dwóch nastoletnich córek. Zadziwiła mnie mocno historia kapliczki na Gubałówkę, którą zainteresował się sam Profesor Kochanowski gromadzący przykłady ówczesnych samowoli budowlanych. Kapliczki, o której każdy wie, a żadna władza podhalańska się nią skutecznie nie zajęła. Możliwe, że kiedyś i ta kapliczka przypieczętuje życie niewinnych osób i podobnie jak w pierwszym rozdziale „Brama dla kardynała” nikt za nią nie weźmie odpowiedzialności. Autor zbierał dowody i katalogował fakty bardzo pieczołowicie, nawet pozwolił sobie w wielu miejscach na przytoczenie sytuacji, z którymi musiał się mierzyć, co dodatkowo wzmocniło – przynajmniej w moim przypadku, jego osobisty przekaz. 

– Chyba się facet wnerwił, za wolno jadę.
– Nikt normalny nie jedzie tak powoli, żeby czytać wszystkie reklamy. 
Na liczniku pięćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę. Nikt nie wie dokładnie, ile billboardów stoi przy zakopiance, bo ich inwentaryzacji się nie wymaga…” – Podhale. Wszystko na sprzedaż” Aleksander Gurgul.

Temat nieegzekwowania prawa budowlanego czy kumoterstwo w tym zakresie, również silny nepotyzm Gurdul odkrywa w części „Zakopiańska patodeweloperka” gdzie przytacza przykłady pożarów zabytkowych pustostanów, które prawie nigdy nie zostały uznane za podpalenia, a prawie zawsze były na rękę aktualnym właścicielom, tj. deweloperom zamierzającym postawić kolejne aparthotele, czy pensjonaty. Przywołuje kolejnych włodarzy miast podhalańskich oraz nazwiska biznesmenów siedzących w tej branży. Warto sobie poczytać o ich poczynaniach. To osoby bez kręgosłupa moralnego potrafiące przykładowo pozwać właścicieli parceli na których swego czasu Gazownia pociągnęła instalację i żądać usunięcia rur we własnym zakresie. Choć przyznaję, że Aleksander Gurgul nie ocenia, nie stygmatyzuje swoich bohaterów. Stara się obiektywnie przedstawić racje po obu stronach. Chociaż po sposobie i treści formułowanych pytań w wielu miejscach można się domyślić jaki stosunek ma reportażysta do niektórych sytuacji. Długo już nie byłam w Zakopanem. Praktycznie zapomniałam jak trudno się tam dostać jedyną drogą, która w szczytach jest nieprzejezdna. O niej i o billboardach po obu jej stronach poczytałam w „Billboardzianka”. 

Aleksander Gurgul zajmuje się również góralską, podhalańską mentalnością. Kwestionuje wszechobecną przemoc, podaje egzemplifikacje jej stosowania, przytacza przykłady radzenia sobie z nią. Naznaczona katolicką wiarą rośnie w siłę, by wybuchać od czasu do czasu. „Zaklepać na górce” jest o przemocy. Na uwagę czytelnika zasługuje rewelacyjny rozdział „Ziobroland” i „Radny boi się Gendera” ukazujący z jednej strony brak kompetencji u lokalnych polityków, choć nie tylko, z drugiej silne zakłamanie czy niekompetencję. Aż dziw, że ludzie sami wybierają takich działaczy sceny politycznej na rządzących. 

Przyzwolenie na przemoc góralskie rody dziedziczą z pokolenia na pokolenie. W ruch idą pięści i niebezpieczne przedmioty, domowego użytku: nóż, kij, młotek, tuczek do mięsa, chochelka, nawet siekiera czy łańcuchy (do krępowania).” – Podhale. Wszystko na sprzedaż” Aleksander Gurgul.

Ostatnie dwa rozdziały dotyczą kwestii silnie społecznie naglących. W części „Czarny śnieg” Gurgul zajmuje się niskimi wskaźnikami w pomiarach powietrza i brakiem zasadności pobierania taksy klimatycznej, w „Wartość rzeźna” zwraca uwagę czytelnika na jego negatywny wpływ na zwierzęta. Rozlicza miejscowych działaczy z braku efektywnych działań. Kwestionuje wydawane opinie przez miejscowych weterynarzy na przykład w sprawach koni, które padły przy wykonywaniu pracy w transporcie na Morskie Oko czy sposób traktowania psów. 

Książka „Podhale. Wszystko na sprzedaż” Aleksandra Gurgula jest bardzo dobrze napisanym reportażem obrazowo ukazującym ważne kwestie, które są związane z funkcjonowaniem zimowej stolicy Polski. W wielu miejscach Autor zachwycił mnie historią, do której się odnosił. Opowieść o tym jak miejscowi górale stali się właścicielami części Tatr Zachodnich (strony 155-156) zaciekawiła mnie niezmiernie. Czytałam z zapartym tchem. Podobnie jak historia o miejscowym, który zrobił pośmiertne zdjęcia dwóm młodym kobietom rażonym prądem ze strony 194 i sprzedał me jednej z matek, „(…) gdy ta przyjechała po zwłoki córki. Żeby nie było – historię opowiedzieli mi (autorowi) bliski jednej z ofiar.” Górale z Podhala zaczynają mi się jawić jako istoty, dla których najważniejszy jest dochodów, zysk i te dudki, o których głośno się mówi w telewizji, gdy zima nie dopisuje. Coraz mniej pasjonatów. Coraz mniej bohemy. Za to wszędzie chińszczyzna i menu dla przyjezdnych z cenami znacznie wyższymi niż menu dla miejscowych w góralskich knajpach. Co jest więc prawdziwe, a co fałszywe? Trudno stwierdzić, jeśli wszystko jest na sprzedaż, a lokalni politycy nie dbają o egzekwowanie prawa. 

„Konie z Morskiego Oka same nie staną w swej obronie!” – apelują obrońcy praw zwierząt. Najlepszy sposób, aby im pomóc? „Nie jedź wozami! Spacer do Morskiego Oka zajmuje 2 godz. i 20 minut. Trasa jest szeroka i gładka, więc można się na nią wybrać w góry nawet z dzieckiem w wózku” – pisze w raporcie Anna Plaszczyk z Fundacji Viva!” – Podhale. Wszystko na sprzedaż” Aleksander Gurgul.

I niech to przesłanie pozostanie z Wami, jak ze mną, na długo. Udanej lektury! Sięgnijcie do tego wyśmienitego reportażu o zimowej krainie jakiej nie znacie. 

Moja ocena: 8/10

Książkę wydało Wydawnictwo Czarne.

„Morderstwo po królewsku” S.J. Bennett

MORDERSTWO PO KRÓLEWSKU

  • Autorka: S.J. BENNETT
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Cykl: JEJ KRÓLEWSKA MOŚĆ PROWADZI ŚLEDZTWO (tom 3)
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 28.08.2024

  • Data premiery światowej: 10.11.2022

Morderstwo po królewsku” to ostatni tom serii „Jej Królewska Mość prowadzi śledztwo” wydany pod koniec sierpnia br. przez Wydawnictwo Kobiece. Pomysł zagadek kryminalnych osadzonych w rodzinie królewskiej tak mnie zaintrygował, że nie wiem, kiedy, a przeczytałam z rzędu praktycznie trzy następujące po sobie tomy. Poprzednie opinie dotyczą książek: „Tajemnica morderstwa w Windsorze” oraz „Zbrodnia w Pałacu Buckingham”. Książka premierę światową miała prawie dwa lata temu, ale ja o całej serii dowiedziałam się dopiero niedawno. Nic się jednak nie stało, gdyż znalazłam czas, by w ramach prywatnych planów czytelniczych nadrobić cykl autorstwa Sophie Bennett. 

Tym razem monarchini zajmuje się z ukrycia zagadką kryminalną podczas bożonarodzeniowego pobytu w posiadłości w Sandringham. I tym razem też śmierć nie spotyka personel rodziny królewskiej a Sir Edwarda St. Cyra, którego odcięta dłoń o poranku została znaleziona na plaży w Snettisham. Zmarły był znany rodzinie królewskiej, gdyż będąc dwa lata starszy od księcia Karola często bywał gościem Windsorów. Elżbieta II wsparta niezawodną asystentką głównego sekretarza Królowej Rozie Oshodi byłej kapitan Królewskiej Artylerii Konnej, studiuje dogłębnie relacje łączące zmarłego z jego bliższą i dalszą rodziną. Sytuację komplikuje fakt, że Ned St. Cyr był znanym kobieciarzem i zamierzał stać się po raz czwarty mężem, tym razem trzydziestoletniej Astrid, młodszą od najstarszej córki Neda. 

Zdecydowanie bardziej podobała mi się ta część od drugiego tomu😏. Zastanawiając się nad tym, co zaważyło na wyższej ocenie stwierdzam, że przede wszystkim większy udział głównej bohaterki w całym śledztwie. Tym razem to Królowa – podobnie jak w pierwszym tomie – starała się znaleźć motywy, rozpytywała okolicznych mieszkańców, delikatnie nakierowywała policję na kolejne kroki, które powinni podjąć. Sam zaś komendant policji Norfolk – Nigel Bloomfield podążał jej tokiem myślenia, choć przyznaję raz szybciej raz wolniej. Od początku cyklu drażniły mnie sformułowania do rodziców używane przez Sophię Bennett tj. mamusia tatuś. Tak zwracają się do swoich rodzicieli wszyscy arystokraci, również rodzina królewska. Zastanawiało mnie to, jak w tak infantylny sposób można mówić np. o Królowej Matce. Ostatnio przeczytałam jednak, że to jest wymóg w brytyjskiej arystokracji. I to kolejna ciekawostka, która mnie zaskoczyła i z którą się z Wami dzielę. 

Przez ten czas królowa przyjmowała wizyty prezydentów i polityków. Witała ambasadorów przypinała ordery do wypiętych piersi, organizowała imprezy fundacji dobroczynnych…” – Morderstwo po królewsku” S.J. Bennett. 

I te wszystkie obowiązki na tyle nudziły monarchinię, że szukała dodatkowych intelektualnych rozrywek, choćby w postaci prywatnie prowadzonego śledztwa osadzonego w światku brytyjskiej arystokracji. Gdzie majątek dziedziczony jest przez najstarszego potomka męskiego, co powoduje, że córki pozostają bez rodzimych tytułów i rodzimych posiadłości, które przechodzą przykładowo na najstarszego kuzyna. Gdzie Królową fascynują polowania, hodowanie gołębi królewskich czy jazda konna, której Elżbieta II oddawała się bez reszty, o ile jej zdrowie na to pozwalało. Gdzie „(…) Arystokrata mógł mieć tyle dzieci, ile sobie zamarzył, zarówno w ramach małżeństw, jak i poza nim, adoptowanych lub pozostających z nim w innym stosunku, jednak wyłącznie dziecko biologiczne poczęte przez poślubioną sobie parę miało prawo dziedziczenia po nim tytułu. Takie było prawo.”  Gdzie chcąc nie chcąc Royalsi muszą ufać swym bliskim współpracownikom, jak „mierzącej ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu czarnoskórej kobiety w tweedowym stroju”. 

(…) U podstaw pierwszej zbrodni legła obsesja na punkcie genetyki. Ale już do kolejnej popchnęła miłość. Trzecia była owocem lekkomyślności.” – Morderstwo po królewsku” S.J. Bennett. 

Mam nadzieję, że ciekawi Was jak z jednej odciętej dłoni Sir Edwarda St. Cyra w trzydziestu pięciu rozdziałach powieści zamkniętych w trzech częściach Bennett stworzyła powieść z gatunku cosy crime, w której finalnie życie straciły trzy osoby. I mam nadzieję, że intryguje Was jaką rolę w rozwiązaniu zagadki miała Elżbieta II. 

Mnie ciekawi bardzo o czym jest czwarta powieść z serii, której przedsmak Wydawca zamieścił na końcu; „Śmierć w diamentach”, która rozpoczyna się w Paryżu w roku 1957, a która światową premierę miała 1 lutego 2024, a debiutować będzie na polskim rynku w listopadzie br. Czas szybko leci więc cierpliwie czekam😁. 

Moja ocena: 7/10

Książkę wydało Wydawnictwo Kobiece, a ja z nią zapoznałam się dzięki Legimi.

„Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu” Haruki Murakami

PORZUCENIE KOTA. WSPOMNIENIE O OJCU

  • Autor: HARUKI MURAKAMI
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 80
  • Data premiery: 13.04.2022

  • Data premiery światowej: 1.06. 2019

Wiele przeczytałam i zrecenzowałam publikacji wydanych nakładem  Wydawnictwo MUZA SA. Aż dziw, że z czeluści biblioteki Legimi, do której zasobów mam dostęp dzięki miesięcznemu abonamentowi, wyciągnęłam książki Haruki Murakamiego, którymi się zafascynowałam. „Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu” to piąta książka tego wybitnego Japończyka, o której przeczytacie na moim blogu. Poprzednie to: „Pierwsza osoba liczby pojedynczej”, „Po zmierzchu”, „Mężczyźni bez kobiet” i „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”. Wszystkie są godne uwagi! 

(…) jestem zwyczajnym synem zwyczajnego człowieka. To bardzo oczywisty fakt.” – Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu” Haruki Murakami.

Okazuje się jednak, że zwyczajny syn swego zwyczajnego ojca potrafi podzielić się ze swymi czytelnikami jego historią. Według mnie jednak opowieścią trochę o niezwyczajnym człowieku. Ojcu, będącym synem opata świątyni buddyzmu Czystej Ziemi w Kioto mającego sześciu synów i ani jednej córki. Ojcu uczącym się na buddyjskiego mnicha, który ze względu na niedopełnienie formalności został powołany do służby wojskowej najpierw w wojnie japońsko – chińskiej, później w II Wojnie Światowej. I to wydarzenia wojenne zasadniczo zaważyły na jego późniejszym życiu. Ojcu, który po wojnie studiował literaturę na Cesarskim Uniwersytecie w Kioto i który „(…) pasjonował się pisaniem haiku i nie porzucił pisania, nawet kiedy został nauczycielem”. Ojcu, z którym autor nie utrzymywał relacji aż do schyłku jego życia w wieku dziewięćdziesięciu lat. 

(…) Nadeszły ostatnie dni jego życia, zostało już niewiele czasu, przeprowadziliśmy więc nieporadną rozmowę i jakby się pogodziliśmy. Mimo różnic w myśleniu i widzeniu świata niewątpliwie czułem, że coś mnie z nim łączy…” – Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu” Haruki Murakami.

Jak w „Posłowiu. Ułamku historii” Haruki Murakami przyznał przypomniana sobie historia o próbie porzucenia nad morzem pręgowanej kotki stała się początkiem snucia historii o własnym ojcu. O którym zresztą chciał już napisać wiele lat wcześniej. Przy czym autor zaznacza: „Moim celem nie było jednak napisanie tak zwanego „przesłania”. Chciałem przedstawić tę opowieść starając się nic w niej nie zmieniać jako jedna z bezimiennych opowieści z pewnego zakątka historii.” 

To bardzo osobista proza Murakamiego, w którym autor powstrzymał się od oceny zarówno swego, jak i ojca zachowania. Do końca Murakami nie napisał wprost, co w głównej mierze zawarzyło na tym, że tak dwa wykształcone literacko umysły rozminęły się w swym życiu będąc dla siebie przez wiele lat obcymi. Różnice nie wybrzmiewają z tej publikacji. Za to w bardzo refleksyjny sposób zabrał mnie Haruki Murakami w wydarzenia, które łączyły go z jego ojcem. Wspominana historia z porzuconym kotem, która znajduje się na początku, czy chociażby wspólne chodzenie do kina na amerykańskie filmy lub przytoczona historia na końcu o białym kotu, który nie potrafił zejść z sosny. 

Zawsze mieliśmy koty i zawsze żyliśmy z nimi w zgodzie. Były dla mnie wspaniałymi przyjaciółmi. Ponieważ nie miałem rodzeństwa, książki i koty stały się moimi wiernymi towarzyszami…”  – Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu” Haruki Murakami.

Dywagacje na temat życia jego ojca stały się niejako autobiografią samego Murakamiego. Wspominki o ojcu często bowiem łączą się z wydarzeniami z życia samego autora. I choć nie jest to powieść z gatunku literatury pięknej wniosła w moje życie refleksję o tym jak dziwne są koleje losu. Jak często coś co się nam przydarza w dzieciństwie zostaje na długo zapamiętane. Jak wspomnienia nam się zacierają a fakty mylą. Jak losy wojny negatywnie wpływają na życie żołnierzy, gdyż sztuka przetrwania narusza ustalony porządek świata, gdzie nie ma miejsca na egzekucję jeńców bagnetami, czy kanibalizm, a także bezsensowną śmierć tylko dlatego, że rządzący opowiedzieli się po złej stronie. 

Publikację cenię za liczne ciekawostki, w które obfituje. To kolejny dowód, że książki uczą😊. Ze zdziwieniem odkryłam, że świątynie buddyjskie z natury przekazywane są z ojca na syna. Parafianie umierającego opata liczą, że schedę po nim zajmie jego najstarszy syn. Tak też się stało w przypadku wujka Murakamiego, mimo tego, że miał już swoje unormowane zawodowe życie jako pracownik urzędu skarbowego. Podobała mi się też historia o dwóch japońskich skoczkach o tyczce z Olimpiady z Berlina w 1936 roku; Shuhei Nishidy i Sueo Oe, którzy zremisowali, „(…) ale nie chcieli konkurować ze sobą, więc japońska reprezentacja zdecydowała, że srebrny medal dostanie Nishida, gdyż oddał w konkursie mniej skoków. Po powrocie do kraju zawodnicy poprosili jubilera o przecięcie medali i stworzenie dwóch srebrno – brązowych”. Tak chyba potrafią zachować się tylko Azjaci. 

Książka pisana jest z perspektywy narratora pierwszoosobowego. To Murakami snuje opowieść o własnym ojcu i swoim dziedzictwie. Bardzo podobały mi się rysunki, które zdobią strony, szczególnie kota w pudełku, czy kota na stercie książek. Jak Murakami wspomniał w części „Posłowie. Ułamek historii” bardzo przypadł mu „(…) do gustu styl tajwańskiej ilustratorki Yan Gao, więc postanowiłem zdać się na nią w tej kwestii. Wyczuwam w jej rysunkach coś, co wzbudza we mnie przedziwną tęsknotę.” Zresztą same „Posłowie. Ułamek historii” jest bardzo kształcące podobnie jak przypisy, które pochodzą od tłumaczki i które wiele wyjaśniają. 

Bardzo ciekawa miniaturka literacka o innym życiu na końcu świata zaczynająca się ponad sto lat temu. Niezwykle inspirująca i bardzo osobista. Idealna do popołudniowej herbaty. 

Moja ocena: 7/10

Książki Murakamiego wydaje Wydawnictwo Muza, a ja z tą publikacją zaznajomiłam się dzięki Legimi.