„Gra na dwa fronty” Lily Lindon

GRA NA DWA FRONTY

  • Autorka: LILY LINDON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Książka „Gra na dwa fronty” Lily Lindon od @WydawnictwoAlbatros premierę miała 15 czerwca br. Jest to debiutancka powieść autorki, która powstała – jak sama Lily Lindon przyznała – w dobie lockdownu. Dotychczasowe literackie doświadczenie debiutantki opiera się na redakcji książek i pisaniu dawno temu skeczy dla studenckiej grupy komików. Ten motyw też został wykorzystany w książce😉. Jak również fakt z życia autorki związany z prowadzeniem własnego podcastu Wit Lit z wywiadami o zabawnych książkach. Dobrze się czyta o czymś, co jest znane bliżej autorowi. Z takim nastawieniem zaczęłam pochłaniać kolejne strony powieści, w której ogromną rolę odgrywają dwa różne oblicza tej samej osoby.

W mojej głowie pojawiają się wydarzenia zapisane w naszym kalendarzu. Wciąż takie same, powtarzające się, rygorystycznie zaplanowane. Te same kolory w identycznych wzorach, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku.” ” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Georgina Green to 26 – latka żyjąca w siedmioletnim związku ze swoim chłopakiem Dougiem. Oboje są umuzykalnieni. Doug gra nadal w kapeli Epoka Brązu, a Gina zajęła się nauką gry na pianinie w londyńskiej szkole. Życie w głębokiej symbiozie, ze wspólnym rodzinnym kalendarzem elektronicznym rozsypuje się jak domek z kart, gdy Gina towarzyszy swojej przyjaciółce Sophie influencerke, homoseksualistce na koncert lesbijskiej grupy Faza w klubie The Familiar. Nagle okazuje się, że obecność innych młodych kobiet nabiera dla Giny nowego znaczenia. Powoli jak poczwarka z kokonu przeistacza się w George, dla której miłość fizyczna może być spełniona i w towarzystwie mężczyzn, jak i kobiet. Jej rozwój i dojrzewanie napawa ją z jednej strony strachem, z drugiej nadzieją, że wreszcie coś w jej życiu zacznie się dziać. Wreszcie będzie żyła z wypiekami na twarzy każdego dnia, a nie tylko uprawiać seks w niedzielę, zgodnie z tygodniowym harmonogramem.

Jakoś nie do końca przekonała mnie ta książka. Zdecydowanie lepiej czytało mi się pierwszą część, gdy Gina vel George vel Georgina odkrywała siebie na nowo w całkiem dorosłym życiu. Gdy poszukiwała własnego ja i próbowała uporać się z seksualnym podnieceniem do tej samej płci. Odkrywanie środowiska LGBTQ+  zobrazowanego przez autorkę również było jednym z ciekawszych momentów w książce. Bardzo podobała mi się w tym momencie postać Douga, wieloletniego partnera Giny oraz jej relacja z Soph zagorzałą walczącą lesbijką i wieloletnią przyjaciółką w jednym. Chwila w którym do ich relacji zawitała zazdrość, była jedną z najsmutniejszych w książce, zniszczyła wszystko, zniweczyła to, co zostało zbudowane. W drugiej części autorka postawiła na szczęśliwe zakończenie, na infantylność. Happy end w wykonaniu Kit i Isobel mnie nie przekonał. Sytuacja w pracy dla mnie totalnie naciągana. Relacja z Dougiem po tylu wspólnych latach również. Jedyna realna wydała mi się mama głównej bohaterki, która zachowała się tak poprawie, jak tylko na angielską damę pijącą herbatę w trudnych chwilach przystało.

Tak, o takiej walczącej Ginie miło mi się czytało. Nawet jeśli jej zachowanie nie było całkowicie spójne. Zachowywała się jak zwierzyła złapana w klatce, motająca się od jednego rogu do drugiego, próbująca się wydostać.

Otwartość polega na tym, że mamy wieść szczęśliwe życie, a nie na tym, żebyś upokarzał mnie, rżnąc się raz za razem z jakąś przypadkową kobietą, a potem mi się tym chwalił” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Doceniam autorkę za umiejętność zobrazowania problemów, z którymi borykają się ludzie ze środowiska LGBTQ+. Mimo, że moim zdaniem środowisko to zostało – zapewne na potrzeby książki – przerysowane. Podobał mi się również świat muzyczki przedstawiony z perspektywy Giny. I na scenie, i w roli nauczyciela przygotowanie autorki było pierwszorzędne.

Kiedy swingujesz, podziały taktowe nie są równe, ale bardziej elastyczne. Pierwsza połowa jest nieco dłuższa od drugiej.” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Dobrze czytało mi się również o współczesnych młodych dorosłych, tak różnych od tych, którymi ja byłam i którymi było moje pokolenie. Oni inaczej patrzą na życie. Dla nich bycie dwudziestoparolatkiem to jak dla nas bycie szesnastolatkiem. Zero zobowiązań, zero głębszych relacji, zero dzieci. Ten wątek został potraktowany bardzo wnikliwie i to w obrazach wielu postaci. Autorka nie zamknęła się tylko na Ginę i na Douga, lecz stworzyła cały wachlarz różnorodnych młodych dorosłych, którzy patrzą na świat zgoła inaczej niż my w ich wieku.

Obecnie ślub w naszym wieku to dziwactwo. Chyba że jesteś religijny i tak napalony, że nie potrafisz logicznie myśleć. Skąd możesz wiedzieć, czy chcesz być z tą osobą na zawsze, skoro nie bzykałeś się praktycznie z nikim innym?” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Książka ratuje się fabułą, główną tematyką oraz stylem i tempem pisania. Czytało się powieść bardzo lekko i przyjemnie. Wynaturzony obraz środowiska LGBTQ+ nie drażnił mnie, nie denerwował. Autorka zachowała wysublimowaną dysproporcję pomiędzy wątkami, na których skupiała się w poszczególnych częściach. Idealna lektura na wakacje.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka” Beata Sabała-Zielińska

TOPR. TATRZAŃSKA PRZYGODA ZOSI I FRANKA

  • Autorka: BEATA SABAŁA-ZIELIŃSKA
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron: 280
  • Data premiery: 14.06.2022r.

Nie mogłam się doczekać, kiedy ta książka do mnie trafi i kiedy będę mogła ją przeczytać. Szczególnie po moich wojażach w Bieszczadach i w Górach Stołowych w trakcie tegorocznych wakacji z mymi Dzieciakami. Mowa o „TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka” autorstwa @Beata Sabała-Zielińska od Wydawnictwo @Proszynski. Książka premierę miała 14 czerwca i jest przeznaczona dla młodszego odbiorcy.

Co robią warszawskie mieszczuchy z Mają i Kubą, pfuuu, z Zosią i Frankiem w Zakopanem? Zwykle zwiedzają Krupówki😊. Nie, nie tym razem. Tym razem w trakcie zimowym ferii Warszawiacy poznają Tatry od innej strony. Nie tylko od strony głównego traktu ulicznego z licznymi straganami i pysznymi daniami serwowanymi w pseudo góralskich karczmach. Poznają od strony pracy ratowników TOPR-u, u których wynajmują miejscówkę. Od strony trzech pokoleń tych, którzy dbają o życie i zdrowie turystów oraz pseudoturystów, bez względu na straty, które sami ponoszą. Od strony Stanisława Gąsienicy (jakżeby inaczej😊), jego syna Jędrzeja i wnuka Jaśka, który jest nadzieją młodego pokolenia TOPR-owców. Pokolenia, który musi nadejść, by taki Kuba, Majka, Zośka i Franek, a także wszyscy inni mogli czuć się bezpieczni.

O TOPR-owcach czytałam nie raz. Zwykle pojawiali się w thrillerach i kryminałach osadzonych na górskich stokach, przełęczach i podejściach. Często jako starsi, doświadczeni. Zawsze jako silni i niezmordowani, by nieść pomoc innym. Tak ich widzę. Tak ich dostrzegam. I przez to ich niezwykle szanuję. Ja jednak mam już swoje lata😉. Inaczej jest w przypadku młodszego pokolenia. To dzieci, nastolatkowie nieznający zimy w górach. Nie lękający się niczego i nikogo. Myślący tylko o sobie i o swoich doznaniach. Dla których ratownik TOPR to kolejny zawód jakich wiele. I właśnie dlatego każdy z nich powinien przeczytać tą króciutką książkę, w której Beata Sabała-Zielińska obrazuje prawdziwe znoje i trudy życia w sposób przystępny dla młodszego pokolenia. Takich TOPR-owców i ja w literaturze wcześniej nie znałam. Odnoszących się z szacunkiem do warszawskich mieszczuchów. Umiejących przekazać wiedzę w sposób prosty i zrozumiały.

Beata Sabała-Zielińska wykorzystała swoje doświadczenie z życia w górach oraz swoje umiejętności dziennikarskie. Stworzyła postaci przemawiające do wyobraźni nie tylko dziecka, ale i dorosłego. Umiejętnie połączyła fakty, które zdarzyły się naprawdę z fikcją literacką. Przemyciła wiedzę, o której ja nawet nie miałam pojęcia, a która jest wartościowa dla tych, co uwielbiają góry. Wytłumaczyła czytelnikowi czym jest detektor, po co komu sonda i do czego służy łopatka. Wplotła prawdziwe opowieści o dzikich zwierzach, o których zapominamy buszując po tatrzańskich, czy bieszczadzkich szlakach. Dodatkowo przywołała historyczną postać Jana Krzeptowskego, co jest dodatkową wartością książki, najbardziej znanego jako „Sabała” rysowanego przez samego Stanisława Witkiewicza i przez niego nazywanego „Homerem Tatr”. Byłego zbójnika i kłusownika, tatrzańskiego zakapiora, który początkowo nazywał się Jan Gąsienica. Gawędy góralskie jego autorstwa lub tylko powtarzane przez niego zostały spopularyzowane przez Stanisława Witkiewicza, Henryka Sienkiewicza, Wojciecha Brzegę oraz opublikowane w licznych zbiorach (źródło: portaltatrzanski). Ciekawe, czy to on zainspirował postać emerytowanego ratownika Stanisława Gąsienicy w powieści. Ciekawe…

Oprócz nieszablonych treści publikację wzbogacają zdjęcia, także te z rzeczywistych akcji ratowniczych i krótkie filmy o TOPR-ze, do których odsyłają specjalne kody, jako przestroga, jako edukacja, jako lekcja dla czytelników. I obok wartości historycznych i ciekawych postaci, o czym wspomniałam powyżej, jest to wartość sama w sobie tej książki. Ta wartość edukacyjna, przez małe „e”, przez zabawę, przez treści i ważne informacje rzucane mimochodem od czasu do czasu, które przemawiają i które trafiają nie tylko do młodego czytelnika.

Dziękuję Pani Beacie za tę książkę.  Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka, że postanowiło ją wydać, w dobie wszechobecnego Internetu i niechęci do uczenia się. Dziękuję. Bo gdyby nie ta książka wiele treści nie odkryłabym do dziś i o wielu sytuacjach nie miałabym pojęcia.

To książka dla każdego pasjonata gór. I tego małego, i tego młodego, i tego w średnim wieku. Sięgnijcie po nią w ten letni czas, gdy zatęsknicie do tych zielonych wzgórz i osłonecznionych tatrzańskich połaci. Nie zawiedziecie się. Gwarantuję😊.

Moja ocena: 9/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

„Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie” Clive Gifford

MYŚLI, KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT. WIELCY FILOZOFOWIE

  • Autor: CLIVE GIFFORD
  • Wydawnictwo: ZNAK EMOTIKON
  • Seria: MYŚLI, KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT
  • Liczba stron: 64
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Zapomniałam o tej króciutkiej książeczce☹. Wstyd się przyznać, bo i w treści, i w jakości wydania od razu zwróciłam na nią uwagę i przeczytałam ją dość szybko. Wydawnictwo @Znak Emoikon stanęło na wysokości zadania i zaserwowało młodszemu czytelnikowi polskie wydanie książki, która przybliża najbardziej znane i wartościowe myśli filozoficzne. Mowa o  „Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie” autorstwa Clive’a Gifforda i z ilustracjami Sama Kalda. Ja do grona młodszych czytelników niestety już nie należę 😉, ale debiut na polskim rynku wydawniczym z 9 maja br. przyjęłam z zaciekawieniem. Cóż może być lepszego niż bardzo dobra, żeby nie powiedzieć najlepsza treść z możliwych i przepiękne nastrojowe ilustracje oddające ducha epoki.

Dla ciekawskich o tych, którzy byli wyjątkowo zaciekawieni😊. Tak mogłabym jednym zdaniem określić treść publikacji, by w nią Was wprowadzić. Po zapoznaniu się z lekturą wiem, że jest to książka dla chłonnych wiedzy. Dla dzieciaków, których interesuje kim był Platon oraz z czego zasłynął tak naprawdę wszystkim znany Sokrates. Treść została przedstawiona w bardzo ciekawej formie. Autor skupia uwagę czytelnika na najważniejszych faktach biograficznych wielkich filozofów, na głównych tezach przez nich głoszonych oraz na licznych ciekawostkach, o których sama nie miałam pojęcia. A Wy wiedzieliście, że bracia św. Tomasza z Akwinu porwali go i więzili przez rok? Jeśli nie, to sięgnijcie po książkę, z której się tego w mig dowiecie😉.

Z filozofią kojarzy mi się pierwszy rok studiów, gdzie interdyscyplinarny ten przedmiot był chyba swego czasu na wszystkich kierunkach. Ze zdziwieniem dowiedziałam się przy okazji, że filozofia aktualnie jest w programie nauczania szkoły średniej. Myślałam o tym analizując treści zamieszczone w książce „Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie”. I doszłam do wniosku, że takie publikacje mogą tylko pomóc młodszemu pokoleniu zrozumieć, z czym musieli się mierzyć wielcy filozofowie, na tezach których zbudowano wiele dziedzin nauki, nie tylko etykę.

Bardzo dobrze wydana książka popularnonaukowa!

W swoim gatunku jest majstersztykiem. Czyta się ją jednym tchem. Piękne ilustracje pomagają przebrnąć przez kolejne. Kolory w niej wykorzystane nastrajają optymistycznie. Treści zostały przedstawione w bardzo przystępny sposób. Młody czytelnik od razu rozumie, nad czym głównie zastanawiał się leżąc do południa w łożu Kartezjusz i co tak naprawdę było solą w oku Sokratesa. Pozna reguły rządzące głęboką i wielką myślą, w których nie ma ograniczeń i nie ma żadnych pewników. A także zapewne przyzna na końcu, jak ja, że by odkryć i stworzyć coś nowego, należy zacząć od kwestionowania oczywistości. To jest wartość tej książki. Ten ukazany szeroki aspekt filozofii i jej znaczenia dla rozwoju ludzkości.

Serdecznie polecam tę lekturę każdemu, kto chce w sposób ciekawy zagłębić się w losy i tezy najważniejszych w historii filozofów. Miłej lektury!!!

Moja ocena: 9/10

Recenzja dzięki Wydawnictwu Znak Emotikon.

„Kto zabił mamusię?” Małgorzata Starosta

KTO ZABIŁ MAMUSIĘ?

  • Autor: MAŁGORZATA STAROSTA
  • Wydawnictwo: VECTRA
  • Liczba stron: 350
  • Data premiery: 26.05.2022r.

Książki Małgorzaty Starosty uwielbiam, niezmiennie wprawiają mnie w dobry nastrój, samą autorkę, z którą miałam okazję zetknąć się dwa razy również postrzegam bardzo pozytywnie, dlatego mimo tego, że wcześniej miałam okazję przeczytać tylko dwie jej książki z serii z Agatą Śródką – „Wina wina” i „Tajemnica Carycy” wiedziałam, że każdą kolejną biorę w ciemno. Tak było w przypadku najnowszej powieści autorki „Kto zabił mamusię?” Muszę zaznaczyć, że ta książką o jakże znamiennym tytule miała premierę w tegoroczny Dzień Matki. Przypadek? Nie sądzę😉 Jest to książka szczególna, ponieważ początkowo pisana była wraz z czytelnikami na Facebooku jako powieść w odcinkach, a część przychodów z jej publikacji zostanie przekazana na rzecz fundacji humanitarnych wspomagających Ukrainę.

Jest to klasyczna komedia kryminalna, nawiązująca w swojej formie do książek Joanny Chmielewskiej. Autorka ta jest dla mnie niedościgłą mistrzynią komedii kryminalnych i czekam z niecierpliwością na wznowienie jej powieści, ale muszę powiedzieć, że w powieść Małgorzaty Starosty zauważyłam sporo podobieństw, przy zachowaniu jednocześnie własnego stylu. Przede wszystkim punktem wspólnym jest fakt, że tu również, główną bohaterką jest pisarka Małgorzata Starosta (w Chmielewskiej jest to oczywiście pisarka Joanna Chmielewska). Bohaterka najnowszej powieści Starosty zostaje wplątana w sprawę zabójstwa byłej teściowej, z którą nie miała kontaktu od dwudziestu lat. Zmarła zostawiła jednak dla autorki list, a w nim liczne, choć wcale nie tak łatwo czytelne wskazówki, które mają doprowadzić do znalezienia zabójcy, a także wyjaśnienia tajemniczej sprawy sprzed lat. Wraz z listem w życiu bohaterki pojawiają się były teść i były mąż, którzy zdecydowanie coś kombinują. Pojawiają się też inne postaci sprzed lat, a bohaterce stopniowo, przy aktywnej pomocy przyjaciółki, udaje się przypomnieć sobie pewne wydarzenia z przeszłości. Gdy dodać do tego postać obecnej teściowej, nastoletniej córki i niezbyt zadowolonego z tego wszystkiego aktualnego, choć może i wkrótce byłego😉 męża, powstaje istny galimatias.

Ogromnym plusem autorki jest lekki, błyskotliwy styl, pełen humoru i dystansu, świetni bohaterowie i komiczne sytuacje. Choć raczej rzadko śmiałam się na głos, lektura nastawiła mnie niezwykle optymistycznie i pozytywnie. Połączenie różnych postaci, z których chyba każda jest na swój sposób charakterystyczna, daje istną mieszankę wybuchową. Powieść czyta się błyskawicznie, z zapartym tchem, w oczekiwaniu na to,  jak dalej potoczy się ta istna komedia pomyłek i absurdów. Gorąco Wam polecam. Jest to idealna lektura na lato, która z pewnością wprawi Was w iście wakacyjny nastrój.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vectra.

„Bez strachu. Jaka jest siła marzeń i ile człowiek jest w stanie zaryzykować, aby dopiąć swego” Inez Janiak-Molęcka

BEZ STRACHU. JAKA JEST SIŁA MARZEŃ I ILE CZŁOWIEK JEST W STANIE ZARYZYKOWAĆ, ABY DOPIĄĆ SWEGO

  • Autorka: INEZ JANIAK-MOLĘCKA
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 240
  • Data premiery: 01.06.2022r.

W książce wydanej nakładem Wydawnictwa PASCAL poznajemy Inez. Zanurzamy się w jej wybory, jej decyzje. Poznajemy jej motywacje i obraz, w którym chce nam się zaprezentować sama jako Autorka – @Inez Janiak-Molęcka. „Bez strachu. Jaka jest siła marzeń i ile człowiek jest w stanie zaryzykować, aby dopiąć swego” to propozycja z 1 czerwca br. Propozycja nietuzinkowa, bo opowiadająca o wyjątkowej kobiecie. Kobiecie, która jest na Insta; https://www.instagram.com/ineepine/?hl=pl . Kobiecie, która na oficjalnym profilu FB pokazuje swoje różne oblicza; https://www.facebook.com/inez.janiak . Kobiecie, którą też można posłuchać razem z Feno w produkcji Worka; e-muzyka . Mimo bardzo soczysto – ognistej okładki to nie „porno dla ubogich” jak mawia moja przyjaciółka😊, to opowieść o sile ducha, zrozumieniu, czego chcemy w życiu i dążeniu do tego.

Gdzie Inez Janiak-Molęcka nie była i czego nie robiła, a mogła być przecież tylko, lub aż…lekarzem. Rzuciła medycynę, by zająć się tatuowaniem. Jej dzieła można zobaczyć na stronie FB, Instagramie, czy na portalu tattoo-witryna. Jej kreska jest wolna niezamykająca się w żadnym szablonie, odważna. Jej prace dziełem sztuki, niespokojne, jak jej duch. O tym opowiada jej książka. Bardzo osobista publikacja, pisana w formie swawolnego pamiętnika. I o jej sile ducha, dzięki któremu rzuciła prestiżowe studia i zaczęła tatuować. Dzięki, któremu wyjechała w podróż do Chile, do USA, by na najbardziej niebezpiecznej plaży Miami Beach pić wino ze słuchawkami w uszach, na Antarktydę i w wiele innych miejsc, by coś przeżyć, by przebiec maraton, by wreszcie żyć.  I dzięki któremu nagrała muzę, która w jej duszy gra. Nie obawiając się krytyki, nie martwiąc się o recenzje. O tym przeczytacie w „Bez strachu. Jaka jest siła marzeń i ile człowiek jest w stanie zaryzykować, aby dopiąć swego”.

Kompletnie nie podoba mi się podtytuł😊. Wiem, że może zaczynam ni z gruszki, ni z pietruszki, jak to mówią, ale kompletnie nie wiem, po co ten przydługi podtytuł. Po przeczytaniu relacji o sobie samej napisanej przez Inez Janiak-Molęcką, zdecydowanie wystarczyłby tytuł książki „Bez strachu”, bo o jego braku dużo w niej jest i o tym, by go pokonywać skupiając się na realizacji własnych marzeń.

Nie do końca lubię ten gatunek książek. Nie lubię biografii, ani autobiografii. I nie do końca lubię poradniki, chociaż czytam je od czasu do czasu poszukując sensu lub odpowiedzi na wiele pytań kołaczących mi się w głowie. Ale książka Inez Janiak-Molęckiej mi się podobała. Po pierwsze urzekł mnie jej styl. Zwięzły, krótki, dosadny. Gdzieniegdzie wrzucone przekleństwa nie wydawały mi się zbytnią ekspresją, a opowiadane historie ani razu nie wydały mi się egzaltowane, mimo, że czasem były trudne. Po drugie osobowość. Tak bardzo wsiąknęłam w jej sukcesy, że momentami zapragnęłam nią być. Przeżywać to co ona, doświadczać tego, co ona. No cóż nie ukrywam, spodobała mi się też postać jej męża Daniela. Takiego towarzysza z boku, który nie odciągał mnie od głównego nurtu książki, a stanowił ciekawe urozmaicenie. Po czwarte zaciekawiła mnie okładka. I to bardzo!!! To chyba Inez i jej mąż, co sądzicie? Do tego przepiękne zdjęcia drogi stanowiące idealne uzupełnienie przedstawionej w publikacji treści😊.

Podziwiam odwagę Autorki. Podziwiam jej umiejętność ubrania w słowa tego, co przeżyła, to co czuje i to, o czym myśli. Doceniam ten gest, by mimo tego, że można być posądzonym o przechwalanie się sukcesami i przeżyciami, pokazać drogę, którą się przeszło i to na zasadzie „ty też tak możesz!!!”.  Książka pełna jest motywacyjnych wtrąceń, dobitnie dobranych słów kierowanych wprost do czytelników. Jest też próbą własnej samooceny. Tego, co zadziało się w przeszłości, tego, czego Janiak-Molęcka mogła uniknąć. Taka publiczna autodiagnoza.

Trudno czytać o kimś, kogo się nie poznało wcześniej, zanim się sięgnęło do książki. Łatwiej jest prześledzić losy kogoś lubianego, z kim się utożsamiam, lub do kogo pretenduję. Czas spędzony z książką nie był jednak czasem straconym. Skłonił mnie do zastanowienia się nad swoim życiem. Udowodnił mi, po raz kolejny, że warto gonić za marzeniami, warto stawiać wszystko na jedną kartę.

ps. tylko jak to zrobić, jak się nie jest atrakcyjną i utalentowaną młodą blondynką z przystojnym i charakternym mężem u boku? 😉

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą i podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu Pascal.

„Żenujące życie Lottie Brooks” Katie Kirby

ŻENUJĄCE ŻYCIE LOTTIE BROOKS

  • Autorka: KATIE KIRBY
  • Wydawnictwo: ZNAK EMOTIKON
  • Cykl: LOTTIE BROOKS (tom 1)
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 18.03.2021r.

O przeogromnej ilości debiutów książkowych, które miały premierę 18 maja br., już wspominałam😊. Nie mogę się jednak powstrzymać, by nie napisać, że „Żenujące życie Lottie Brooks” autorstwa Katie Kirby od Wydawnictwa @Znak Emotikon to 25 książka, którą przeczytałam i zrecenzowałam na moim blogu. Obłędna ilość😉. Chyba taki wynik z jednego dnia mam po raz pierwszy w historii.

Żenujące życie Lottie Brooks” to pierwszy tom nowej serii dla młodzieży. Jej główną bohaterką, a także winowajczynią dziwnych i śmiesznych wydarzeń jest Lottie ponad 11-letnia dziewczynka. Wchodząca w dojrzałość nastolatka przeżywa istną gehennę. Biust za mały☹, za mało obserwatorów na Insta☹, więc praktycznie czuje się nic nie warta, za mała dla rodziców☹. Tego już za wiele!!! Wszystko wywraca się do góry nogami, gdy w życiu tytułowej Lottie pojawia się sekretny pamiętnik. Dzięki niemu zaczyna przeżywać swoje życie na nowo, inaczej. Dzięki niemu zaczyna….

No tak, to historia typowo dla nastolatek. Dlatego w pierwszej kolejności książkę przeczytała moja córka, która jest praktycznie w wieku Lottie, no bez dwóch miesięcy😊. Po mojej lekturze dyskutowałyśmy obie na temat zalet i wad lektury. Recenzja jest więc wynikiem naszych wspólnych wniosków (wiecie jak to jest😉, czego się nie robi, by zachęcić dzieci do czytania…). Podobał nam się humor typowo dla nastolatków. Problemy Lottie są praktycznie tożsame z problemami każdej Ani, Kasi, Anieli czy nawet Isaury, gdziekolwiek nie mieszkają, z jakiegokolwiek domu nie pochodzącą. Sama przypominam sobie jaka w tym wieku byłam w stosunku do siebie surowa. Ech, gdybym tylko mogła spojrzeć sobie wtedy w twarz i inaczej siebie ocenić. Autorka bardzo dobrze odzwierciedliła życie nastoletniej dziewczynki, która siebie nie akceptuje i którą denerwuje bezgraniczna akceptacja własnych rodziców. Doceniłyśmy wspólnie lekki styl powieści, który wręcz nadaje się dla młodszego czytelnika. Styl nie nuży, nie męczy. Jest dynamiczny i dostosowany do finalnego odbiorcy.

Podsumowując,  „Żenujące życie Lottie Brooks” jest lekką i przyjemną lekturą. Różnorodności książce nadają dodatkowo śmieszne rysunki dopełniające doskonale opowieść. Sposób uzupełniania pamiętnika przez Lottie został przedstawiony w sposób prześmiewczy. To dobrze, wszak nie od dziś wiadomo, że takie humorystyczne książki mają bawić. Idealna lektura dla kilkunastoletnich dziewczynek, które szukają odskoczni od interaktywnego życia. Mimo, że niektóre części w książce dotyczą wymiany wiadomości pomiędzy nastolatkami, właśnie w tej formie😉. Co innego jednak o tym czytać, niż to czynić.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy Wydawnictwa Znak Emotikon.

„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain

GDY GWIAZDY CIEMNIEJĄ

  • Autorka: PAULA MCLAIN
  • Wydawnictwo: MANDO
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 29.06.2022r.

Gdy gwiazdy ciemnieją” autorstwa Pauli McLain to czternasta premiera czerwca, która już za mną. Ta książka debiutowała nakładem @wydawnictwomando w dniu 29 czerwca 2022 roku i jest pierwszą książką autorki do której sięgnęłam. Na marginesie zaznaczę, że mam z Wydawcą bardzo dobre doświadczenia😊. W ubiegłym roku Wydawnictwo Mando wydało książkę Mirosławy Karety „Najkrótsza noc” (recenzja na klik), która mnie niezwykle zaciekawiła i w wielu momentach rozbawiła, mimo poważnych tematów podjętych na jej stronicach.  Sięgając do „Gdy gwiazdy ciemnieją” podskórnie wspomniałam moje wcześniejsze odczucia i zaczęłam oczekiwać co najmniej takiego samego efektu WOW jak w przypadku książki Karety😉. 

Myślałam dziś o przebaczeniu (…) tylu ludziom trudno zrozumieć, czym ono jest, łączą je z winą. Wstydzą się rzeczy, na które nigdy nie mieli żadnego wpływu. Moim zdaniem wcale nie musimy harować jak wół, żeby zasłużyć na przebaczenie. Ono już jest wokół nas, jak deszcz. Musimy je tylko do siebie dopuścić.” -„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain.

Anna Louise Hart detektyw specjalizująca się w odnajdywaniu dzieci. Pasjonująca się swoją pracą. Wraca do rodzinnego Mendocino, w którym spędziła kilka lat w rodzinie zastępczej. Wraca z przymusu, wraca odrzucona przez męża potrzebującego czasu. Oboje go potrzebują po traumatycznych przeżyciach. Anna nie zaznaje jednak spokoju. Trafia w gorący okres poszukiwania kilkunastoletniej Cameron Curtis, córki znanej gwiazdy filmowej, która dodatkowo boryka się ze zdradą męża. Anna postanawia pomóc miejscowemu stróżowi prawa, Willy’emu – jej koledze z dzieciństwa. Śledztwo przywołuje smutne wspomnienia, traumy z dzieciństwa, śmierć matki, odebranie rodzeństwa, śmierć koleżanki Jenny, relacje z rodzicami zastępczymi. Jej głowa jest pełna trudnych wspomnień, a jednocześnie ciężko pracuje. Tym ciężej im młodych zaginionych dziewcząt jest więcej. Jest i Polly, jest i Shannan….

Obłędna lektura !

Tym bardziej, im dociera do mnie świadomość, że wiele treści znajdujących się w powieści ma osobiste podłoże w przeżyciach autorki. Ogromny szacunek dla Pauli McLain za siłę do podzielenia się z doświadczeniami życia w domu dziecka, za odwagę do przyznania się bycia ofiarą molestowania seksualnego, za przedstawienie wielu rzeczywistych wątków, które naprawdę się wydarzyły. Fikcja pomieszana została z gatunkiem true crime, kiedy McLain opisała rzeczywiste wydarzenia związane z uprowadzeniem Polly Kallas z jej pokoju, z nożem przy szyi, w obecności dwóch koleżanek. To forma uprowadzenia, z którą po raz pierwszy się spotkałam. Tak intymna, we własnym domu. Wręcz druzgocąca.

Sposób na bohaterkę bardzo interesujący, nietuzinkowy. Anna o pięknych imionach i nazwisku. Żona Brandona, matka dwójki dzieci. Policjantka. Jest dla mnie bardzo dobrze rozpisaną postacią. Rozumiem jej ból po stracie. Rozumiem jej rozpacz po odrzuceniu przez męża. Rozumiem jej końcową nadzieję i chęć, by wszystko uporządkować, by przestać się ukrywać w Mendocino, by wrócić do swego prawdziwego życia.

Nigdy nie byłam w stanie zdystansować się od tych ofiar. Dzieci, którym próbuję pomóc. Sprawy, które prowadzę, przesłaniają mi wszystko inne.” -„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain.

To fakt, jak przeczytałam w innej opinii, że autorka dotknęła bardzo czułych strun w sercach czytelników i czytelniczek. Dotknęła tematu niezawinionych śmierci, okaleczeń, molestowań seksualnych względem dzieci. To pomysł na fabułę powodujący liczne negatywne i silne emocje, przyczyniający się do czytania książki w napięciu. I mimo, że z tą tematyką spotykam się po raz któryś, lektura „Gdy gwiazdy ciemnieją” zapadła mi w pamięć ze względu na rzetelny sposób zobrazowania i śledczych, i ofiar, i rodzin ofiar. Autorka nie pokusiła się o wytłumaczenie sprawcy, o pokazanie jego ludzkiego oblicza, jakby oddawała hołd tym fikcyjnym i prawdziwym – w przypadku Polly – ofiarom. Zwracając uwagę czytelnika, że nie sprawca i jego traumy są tu ważne, że ważne są te niewinne dzieci, oddarte z życia, oddarte z niewinności. I to bardzo cenię w tej powieści. Ten rys psychologiczny ofiary. Ten rys psychologiczny Anny.

Dobrze czytało się mi się powieść również ze względu na postaci poboczne. Postać Tally, postać Willa, czy rodziny ofiar począwszy od Emily i Troya, po Lidię, Drew i pozostałych. To cała kawalkada postaci, która z jednej strony trochę zagmatwała w fabule i uczyniła ją bardzo przewlekłą, z drugiej jednak miała służyć zapewne ukazaniu ogromu czynności, którzy wykonują śledczy, by dochodzenie zakończyło się sukcesem. Nie przekonała mnie najbardziej postać Emily. Wydała mi się w tej swej minimalnej uważności na dziecko wręcz nieludzka. Pewne sprawy doszły do niej o dużo za późno, zbyt późno. Wydaje mi się, że rola w odkryciu tych kart z przeszłości Cameron powierzona Anny była lekko przesadzona. Coś na zasadzie wszyscy coś zauważali, ale nikt niczym się nie zainteresował. Widocznie ten mechanizm miał tu był przedstawiony. Nawet jeśli nie do końca mnie przekonał.

Powieść należy przeczytać ze względu na bohaterkę Annę i jej trudne doświadczenia, ze względu na ofiary, o których autorka opowiada wręcz z namaszczeniem i ze względu na osobiste przeżycia  Pauli McLain, o których czytałam z szacunkiem. To wszystko zostało ujęte w zwięzłych opisach, ciekawych dialogach, mimo pewnej rozciągłości fabuły i interesującym otoczeniu. Dzięki temu „Gdy gwiazdy ciemnieją” jest dla mnie lekturą bardzo wartościową. A wartościowe książki powinny być czytane. Efekt WOW w trakcie czytania był. Polecam więc !!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.

„Ratunku! Wymyśliłam męża” Katarzyna Kowalewska

RATUNKU! WYMYŚLIŁAM MĘŻA

  • Autorka: KATARZYNA KOWALEWSKA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 296
  • Data premiery: 7.06.2022r.

Ratunku! Wymyśliłam męża” to kolejna książka @Katarzyna Kowalewska autorka z gatunku literatury obyczajowej. Jej poprzednia powieść „Podmiejski na koniec świata” (recenzja na klik) opowiadała o Alicji mającej problem z asertywnością, która w pewnym momencie postanowiła zawalczyć o siebie. Z opisu Wydawcy dowiedziałam się, że na kolejną obyczajową powieść drogi nie mam co liczyć, Florka do Alicji nie jest ni w ząb podobna😊. Książka premierę miała 7 czerwca br., a miałam okazję ją przeczytać dzięki @Zysk i S-ka Wydawnictwo, za co bardzo dziękuję.

To historia o Florencji i Bartku. To też historia o Felicji i Barnabie. Jedni są na wskroś praktyczni. Taka para z wieloletnim stażem, gdzie mąż śpi w starych rozwleczonych T-shirtach, a żona ma ogromne poczucie humoru i dystans do swego związku. Oboje usatysfakcjonowani z pracy, oboje lubiący swoje towarzystwo. Mimo pewnych pragnień, które pozostają niewypowiedziane. Drudzy to rozumiejący się bez słów nadziani młodzi dorośli z ukochanym dzieckiem u boku. Posiadający przepiękny dom, miłą i utalentowaną panią do wszystkiego, tylko zgrabnych i bogatych znajomych, a także umiejętności, które pozwalają utrzymać między nimi żarzący się ogień przez cały czas i symbiozę w swoim otoczeniu, czasem tylko gestem, czasem tylko słowem. Obie pary mogłyby istnieć naprawdę. Tylko, którzy byliby bardziej ciekawi?

Bardzo dobra pierwsza część powieści!

Zadziorna, z humorem, z dystansem. Postać Florki zawładnęła moim sercem od początku, gdy Autorka opowiedziała historię jej imienia i postępowanie rodziców, gdy tylko Flora osiągnęła względną dorosłość. Bartek nie jawił mi się jako gbur, despota, czy nieczuły tyran. Jawił mi się jako idealny partner dla Flo, która zna swoją wartość, która oddaje się pasji i która ma ciekawych znajomych wokół siebie. I właśnie ci znajomi są osobnym, interesującym wątkiem. Grupa składająca się z Dżastiny, Toma i Justynki idealnie wpasowuje się w grupę wsparcia dla pasjonatki pisania jaką jest Flora. Każdy z przyjaciół poznanych na kursie kreatywnego pisania ma czytelnikowi coś innego do zaoferowania. A różnorodność w prozie jest zawsze w cenie. Mi najbardziej spasowała Dżastina. Uwielbiam takie ostre, zdecydowane i nieegzaltowane laski. Lekko zawiodłam się na Justynie. Z tego mogłaby być naprawdę odjechana historia, gdyby Autorka podążyła moim tokiem myślenia. Moment, w którym przyjaciele ją śledzą stanowił obietnicę na naprawdę dobrą zabawę😉. Jestem zaciekawiona wątkiem głównej bohaterki. Ciekawe czy Autorka wykorzystała swoje doświadczenie w pisaniu, w dążeniu do niego w kreowaniu tej postaci…

Miejsce akcji również jest nieprzypadkowe. To ukochany Grodzisk Mazowiecki samej Katarzyny Kowalewskiej. Kiedyś usłyszałam, że dobrze pisze i czyta się o tym, co się zna. Ja w Grodzisku nie byłam nigdy. To jakby inny świat, niby bliski od Stolicy, a jakby całkowicie na końcu świata. Tą różnorodność Kowalewska również zobrazowała bardzo dobrze. Trochę przekornie zawierając to w dialogach pomiędzy głównymi bohaterami. Chętnie zaczytywałabym się dłużej w opisach miejsca akcji. Opisywanie sercem przez Autorkę przestrzeni, w której osadziła fabułę, po prostu musiałoby być ciekawe.

Styl Autorki jest bardzo podobny do poprzedniej jej książki, tj. „Podmiejski na koniec świata”. Powieść czyta się bardzo szybko, wręcz ekspresowo. Styl i tempo jest lekkie i przyjemne, zgodnie z prawidłami gatunku literatury obyczajowej. Wiele trafnych sformułowań, ripost i śmiesznych sytuacji nadaje książce jeszcze większego polotu. Jest przez to jeszcze bardziej odświeżająca, jeszcze bardziej lekka. Nie ukrywam, że drugą częścią trochę się zawiodłam😊. Gdy już wszystko zaczynało się układać i wyjaśniać, Autorka zaczęła przybliżać nam motywacje głównych bohaterów, a tajemnica Justyny się już rozwiązała, powieść przestała być dla mnie ciekawa. To tak jakby Kowalewska zabrała mnie na wspinaczkę górską. Najpierw wchodziłam ociężale, mozolnie, by dowiedzieć się co znajdę na samym wierchu, a potem, gdy już trafiłam to zaczęłam schodzić znudzona, bo wszystko co było najciekawszego pozostawiłam na samej górze.

Idealna książka na letni czas. Idealna lektura na słońce. Nadająca czytaniu innego znaczenia. Powodująca relaks i miłe chwile, w którym liczy się drugi człowiek, nawet jeśli jest daleki od ideału. Miłego czytania.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Konfetti” Monika Kłos

KONFETTI

  • Autorka: MONIKA KŁOS
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Cykl: GALAKTYKA MONY (tom 1)
  • Liczba stron: 240
  • Data premiery: 12.07.2022r.

Nie czytałam żadnej z poprzednich powieści od @Monika Kłos – strona autorska. Zaciekawiła mnie jednak fabuła przedstawiona przez Wydawnictwo @Proszynski. Zrozumiałam, że ta  pierwsza część nowego cyklu „Galatyki Mony” może być wyjątkowa, gdyż daje obietnicę pewnej całości, pewnej wymyślonej z góry historii. A dość dobrze znoszę powieści, które z czegoś wynikają i do czegoś zmierzają. Przed wami recenzja „Konfetti”, książki która miała premierę dopiero co, tj. 12 lipca br. Mnie wyjątkowo zaciekawił opis Wydawcy i zafrapowała ciekawa okładka. Musiałam jak najszybciej dowiedzieć się, co się kryje pod tym pięknym motylem. I już wiem nie poczwarka, tylko piękna kobieta Mona,

Twoje  życie składało się z ogromnego bólu, cierpienia i nieszczęścia. Jesteś na granicy śmierci, co to co przeżyłaś przeważyło energię życiową. Widzę koniec.” – „Konfetti” Monika Kłos.

Tak Autorka zapoznała Monę z czytelnikami. I to do naszego zadania należy, by dowiedzieć się jak i czy tę energię życiową Mona potrafi odzyskać. A wszystko zaczęło się od zdrady mężczyzny w którym Mona była w kilkuletnim związku. Wszystko zaczęło się od Eryka i niespełnionej berlińskiej obietnicy. Na chwilę Autorka zauroczyła nas Adamem, by zaraz w ferworze korporacyjnego życia rzucić nas w wir komplikacji z udziałem Martina. W tym wszystkim musi odnaleźć się Mona. Czasem krucha, czasem silna, szczególnie dla swego dziecka. Szukająca własnej drogi i popełniająca jak my wiele błędnych decyzji.

Nie wiem kompletnie od jakiego gatunku zaliczyć tę powieść składającą się z dwunastu rozdziałów. Z jednej strony czyta się ją bardzo lekko, jak prozę typowo rozrywkową, bez głębszego dnia, napisaną w stylu kronikarskim, gdzie Autorka opisuje kolejno następujące po sobie wydarzenia, trochę bez głębszego zastanowienia, bez chwili odpoczynku na dogłębną analizę tego co się dzieje. Z drugiej książka podejmuje bardzo trudne tematy. Przemoc domową. Ucieczkę chociaż w bardzo nieprzekonującym stylu. Temat ciężkiej choroby. Niektóre sformułowania okazały się dla mnie zbyt pobieżnie napisane, tak jakby z grubsza, tak jakby z maską, całkowicie nietrafione. Przykładowo tak główna bohaterka mówi do swej bratanicy; „Widzisz, kochanie, nie wytrzymuję… To już drugi raz, kiedy ocieram się o śmierć, a mój mąż nie ma dla mnie litości, współczucia…” Dalej nie dzieje się nic. Wyświechtane, w mocno harleqinowskim stylu, jak w słabym dramacie. Drażniło mnie używanie imion Marianny i Wiki naprzemiennie. Dużo w historii egzaltacji, same znaki zapytania, zero odpowiedzi. Nawet przemiana Martina nie została rozpisana, przedstawiono ją tylko z jednego punktu widzenia, z ogromną ilością niedopowiedzeń.

Słaba pozycja. Nie przekonuje mnie postać głównej bohaterki. Niezmiernie słabej superbohaterki. Jakby Autorka skonstruowała Monę z iluś tam kobiecych postaci mających bardzo mało punktów stycznych. Tylko miłość matki urzeka. A to za mało, by ocenić powieść wysoko.

Moja ocena: 4/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

„Jesień zapomnianych” Anna Kańtoch

JESIEŃ ZAPOMNIANYCH

  • Autorka: ANNA KAŃTOCH
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: KRYSTYNA LESIŃSKA (tom 3)
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 27.04.2022r.

Mimo, że premiera książki „Jesień zapomnianych” Anny Kańtoch odbyła się 27 kwietnia br. to publikacja dzięki podarunkowi od @wydawnictwomarginesy trafiła do mnie dwa miesiące później. To trzecia części cyklu z Krystyną Lesińską. Nie czytałam dwóch poprzednich ☹,więc może dlatego nie wiedziałam skąd nazwisko Lesińska w nazwie serii. Przecież w niedawno przeczytanej książce mowa jest o Krystynie Wojciechowskiej po mężu Szewczyk. I jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałam się, że Autorka @a.kantoch kolejno wydawane części traktuje z przymrużeniem oka. Opowiada w nich historie nie do końca chronologicznie dla głównej bohaterki. W części zatytułowanej „Jesień zapomnianych” Kańtoch pozwala bawić się czytelnikom w detektywów amatorów wraz z Krysią i jej kolegą Łukaszem, dziennikarzem zainteresowanym ciekawymi wydarzeniami w Drugich Szopienicach. I jednocześnie pozwala dowiedzieć się, co stało się z zaginionym bratem Krystyny, Romkiem, który w 1963 roku zaginął w Tatrach, w których trzech jego kolegów straciło życie. Wszystkie tytuły części odnoszą się do pór roku. I pozwolę od razu sobie na zachwyt, książki zostały zgrabnie nazwane. Sami sprawdźcie jak to ładnie brzmi;  „Wiosna zaginionych”, „Lato utraconych” i ostatnia „Jesień zapomnianych”😊.

1966 rok. Wczesny PRL. Kilkanaście lat po wojnie ludzie nadal nie mają lekko. Drugimi Szopienicami od niedawna dzielnicą miasta Katowice wstrząsają informacje o wampirze zabijającym kobiety i o samobójczej śmierci kilku młodych mężczyzn. Po śmierci z rąk wampira bratanicy Gierka mordercą kobiet zajmuje się cała wojewódzka policja. Dziwnymi śmierciami mężczyzn praktycznie nikt za wyjątkiem młodej Krystyny Wojciechowskiej, która znając ostatniego samobójcę Karola Fiszel została wkręcona przez Łukasza Szewczyka, dziennikarza w amatorskie śledztwo. Bo to przecież nie mógł być zbieg okoliczności; „Wszyscy w chwili śmierci mieli od dwudziestu do dwudziestu czterech lat i mieszkali na Drugich Szopienicach. Dwóch powiesiło się na strychu, jeden na podwórku, jeden nad stawem, a jeden we własnym domu. Wszyscy zginęli ze związanymi z tyłu rękami.”

No i oczywiście od razu stwierdziłam, że związanych z tyłu rąk samobójca mieć nie może😊. I jakieś było moje zaskoczenie, gdy autorka słowami jednego z bohaterów udowodniła mi, że jak najbardziej można samemu przewiązać sobie sznurem ręce, a następnie zginąć przez zadzierzgnięcie. To nie jedyna ciekawostka przez którą warto sięgnąć do powieści. Czytając doceniłam umiejętność odwzorowania Śląska i Zagłębia z tamtych lat. Jak na tak młodą Autorkę to niezwykła sztuka zadbać o klimat, w którym nie przyszło żyć twórcy. Bo cóż można pamiętać z późnego komunizmu będąc kilkuletnią dziewczynką…Czytając o blokach, dzielnicach, familokach, tramwajach, telefonach stacjonarnych, odwiedzaniu mieszkań, przepytywaniu dzieci na trzepakach miałam wrażenie, jakbym sama uczestniczyła w tym śledztwie. Jakby razem z Kryśką w te dżdżyste jesienne dni przemierzała trasy od Bożków, do Fiszeli, od Fiszeli do Paluchów, od Paluchów do Nalepów, od Nalepów do Pytlików i tak w kółko.

Ogromnie podoba mi się, że Kańtoch nie ocenia tych minionych czasów, nie stygmatyzuje. Nawet milicjanci dają się lubić, a szczególnie jeden będący już na pynzyji. Rozpisała akcję na jesienne dni. Na początku każdego rozdziału umieściła informację o dacie, w której dzieją się opisywane wydarzenia. Narracja jest pisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Narratorką jest Krystyna. I muszę przyznać, że relacjonuje bardzo zgrabnie. Od czasu do czasu serwuje czytelnikowi mocny komentarz, ciekawą ripostę, czy istotne spostrzeżenie. Do tego humor, czasem czarny, idealnie wkomponowujący się w moje oczekiwania. Nie jest taką kobietą błądzącą we mgle, jakby się mogło zdawać u progu śledztwa. Wie na co ją stać i jakie są jej zalety, mimo trudnych początków. Zaczyna dostrzegać swoje umiejętności z perspektywy przyszłej śledczej. Gdzieniegdzie wtrącona gwara śląska, czy stereotyp zagłębiowsko – śląski dodaje tylko tej części swojskości. Każdy z nas lubi czytać, o tym, co znamy. I ten mechanizm wyśmienicie się sprawdził przy czytaniu „Jesieni zapomnianych”. Wstyd się przyznać, że ja nawet nie wiedziałam, że Drugie Szopienice to „(…) teren za wiaduktem kolejowym, przy granicy z Mysłowicami.” I proszę kolejny dowód, że książki uczą😊.

Książkę pochłonęłam jednym tchem. Praktycznie z jedną przerwą na kolację. Nie czytałam poprzednich części, więc nie mam porównania, czy poziom został zachowany, czy jest spójność w cyklu i tak dalej. Wiem tylko, że to kryminał, w którym ogromne znaczenie odgrywa przeszłość. Trochę taki jakby retro, a ja ten gatunek uwielbiam. Autorka wybornie odzwierciedliła małą społeczność, w której działy się zastanawiające śmierci młodych mężczyzn, a w której nikt nie chciał dostrzec powiązania między nimi lub nie chciał o nich głośno mówić. Pokazała jak dążenie do prawdy może być męczące oraz jak to robiono dawno temu, gdy nie miało się całego internetowego świata obok siebie, praktycznie na wyciągnięcie ręki. Zobrazowała polski prymat rodziny, w którym ważne jest, bez względu na wiek, by dziecko było dobre, pokorne i stawiało się w domu na czas. Nawet Śląskość tej pochodzącej z Katowic Autorce wyszła bardzo dobrze. Nie była wymuszona, nie była przejaskrawiona. Ot, taki zwykły obraz otoczenia, w którym dzieje się akcja. Podobny bardzo nastrojowo do śląskiego cyklu Roberta Ostaszewskiego.

I tylko żal, bo podobno zimy nie będzie☹. A chętnie przeczytałabym czwartą część z tą ciekawą bohaterką i jej kryminalnymi przygodami. Aż dziw bierze, że było lato, wiosna i jesień w tytule, a zimy zabraknie. Szkoda. Liczę jednak na inne powieści Autorki, niekoniecznie z gatunku fantastyki, które chętnie przygarnę, by sprawdzić, czy zaciekawią mnie tak samo mocno jak „Jesień zapomnianych”.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.