„Zanim zniknęła” Lisa Gardner

ZANIM ZNIKNĘŁA

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: FRANKIE ELKIN. TOM 1
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 18.05.2022r.

@WydawnictwoAlbatros wydało już łącznie 7 pozycji Lisy Gardner włączając premierę z 18 maja br. pt. „Zanim zniknęła”. Nie chwaląc się opinie na temat poprzednich sześciu książek z Detektyw D.D. Warren znajdziecie na moim blogu😊; „Dziecięce koszmary”, „Sąsiad”, „W ukryciu”, „Samotna”, „Czyste zło” i „Powiem tylko raz”. Oznacza to, że w wyborach czytelniczych jestem czasem bardzo konsekwentna. Co nie raz przysparza mi zarówno wiele przyjemności, jak i rozterek, gdy kolejna powieść tej samej autorki/tego samego autora nie jest tak dobra jak poprzednia😉.

Książką „Zanim zniknęła” Gardner rozpoczyna nowy cykl z Frankie Elkin. Z nie policjantką. Z nie prywatnym detektywem. Tylko ze zwykłą kobietą, która specjalizuje się w poszukiwaniach. Cykl zainspirowany prawdziwą bohaterką, która będąc całkowitą amatorką szuka na własną rękę zaginionych osób. O tej inspiracji autorka pisze w Podziękowaniach i nocie od autorki.

Rodziny ofiar, nawet te, które pozostawały z nimi w czułych, bliskich relacjach, nie wszystko o nich wiedziały. Nie znały wszystkich kawałków układanki, wszystkich drzazg, cierni, nieujawnionych marzeń. Myślę, że nie zna ich żaden rodzic, żaden brat ani siostra. Od tego są przyjaciele.” -„Zanim zniknęła” Lisa Gardner.

Frankie Elkin do tej pory odnalazła czternaście zaginionych osób. Odnalazła… to za duże słowo. Zdiagnozowała miejsce pobytu ich ciał. Z tych traum pragnie się otrząsnąć przybywając do Bostonu, by odnaleźć zaginioną jedenaście miesięcy temu Angelique Badeau. Dobrą uczennicę, nie sprawiającej problemów. Siostrę Emmanuela. Siostrzenicę wychowywaną przez ciotkę, której matka została w rodzimym Haiti. Dobrą przyjaciółkę. Ślad policji urywa się w szkole Angelique, gdzie pod krzakiem znalezione zostały jej rzeczy. Pod krzakiem, który nie jest objęty żadną kamerą monitoringową. Jak zniknęła Angelique? I dlaczego ktoś twierdzi, że ją widział wiele miesięcy później w okolicznym sklepie ze sprzętem elektronicznym?

Oczekiwałam większego WOW. Przyznaję. Liczyłam, że pochłonie mnie całą sobą, jak to było w przypadku „Powiem tylko raz”, pierwszej książki Gardner, którą przeczytałam. Za to dostałam miałką rozrywkę z gatunku „lekkich thrillerków”, w których nie ma napięcia, w których nie ma ścisku żołądka praktycznie do początku. W których fabuła oparta jest na pytaniach nasuwających się w związku z rozwiązywaną zagadką kryminalną. Te trzydzieści siedem rozdziałów zmęczyłam, a w trakcie czytania miałam wrażenie, że książka bardziej należy do gatunku powieści obyczajowych. Gdzie liczy się opinia otoczenia, relacje bliskich lub dalszych znajomych, przyjaciół, członków rodziny o tym, co się działo przed zniknięciem. O tym jak zachowywała się zaginiona, z kim się spotykała, o kim mówiła, z kim rozmawiała przez telefon.

Spodobała mi się postać głównej bohaterki, która jest jednocześnie narratorką powieści. O jej przygodach dowiadujemy się bezpośrednio z jej relacji. Jej czyny śledzimy od chwili, gdy pojawiły się w jej głowie, gdzie kluły się jak ziarnka konkretnych pomysłów. Ta narracja jest bardzo świeża, jak świeża jest bohaterka. Z jednej strony bardzo poraniona przez los, z drugiej niezwykła fighterka. Porzucona, samotna, tęskniąca. Anonimowa alkoholiczka nie pijąca „(…) od dziewięciu lat, siedmiu miesięcy i osiemnastu dni.” Mimo to nadal uwielbiająca „(…) wchodzić do lokalu i wdychać zapach porządnego, prawdziwego pubu.” Biała, chuda, zadziorna kobieta. Bojąca się czasem własnego cienia, własnych koszmarów, jednak chodząca po niebezpiecznych zaułkach z podniesioną głową.  Podąża za swoją intuicją. Podąża śladami szczątkowych informacji, które wysupłuje z lakonicznych czasem odpowiedzi przepytywanych osób. Zdobywająca szacunek. W tym szacunek miejscowych stróżów prawa jak Detektywa Lothama, o którym chętnie przeczytałabym jeszcze w jakiejś części, gdyż czuję niedosyt tej relacji, pewne niedopowiedzenie.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Czytelnik zanurzony zostaje w świat piętnastolatek z niebezpiecznej dzielnicy Bostonu, gdzie władzę trzymają gangi wywodzące się z różnych narodowości. Gdzie Haitańczycy zaczynają się zastanawiać co zrobić, by pozostać na amerykańskiej ziemi mimo kończącej się wizy uchodźczej. Gdzie zaginiona i jej przyjaciółki pozostają pod ogromnym wpływem otoczenia, który wykorzystuje chęć wyrwania się z tego miejsca, rozpoczęcia życia na nowo. I chodzi o to, co nie zostało powiedziane. Chodzi o to, jak w cytacie na początku, o czym nie wiedzieli najbliżsi. Taki standard w nastoletnim życiu. Takie wyświechtane wątki.

Dla mnie powieść nudna. Frankie mimo wielu wyrazistych rysów wręcz nierealna, nieprawdziwa. Budzi niechęć, by zaraz wszyscy chcieli z nią współpracować. Czego się nie dotknie, zamienia się w złoto. Kogo nie zapyta, udzieli jej wcześniej czy później rzetelnych i kompletnych odpowiedzi. Całość to ciągłe pytania, ciągłe przepytywania. Do tego z książką dobrnęłam do końca praktycznie bez żadnego dreszczyku emocji, bez żadnej istotnej emocji… Taka miałka powiastka na jedno popołudnie.

Moja ocena: 6/10.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros

„Trup w wannie” Dorothy L. Sayers

TRUP W WANNIE

  • Autorka: DOROTHY L. SAYERS
  • Wydawnictwo: ZNAK JEDNYM SŁOWEM
  • Cykl: LORD PETER WIMSEY (tom 1)
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery w tym wydaniu: 01.06.2022r.
  • Data premiery: 01.01.2003r.

Wydawnictwo Jednym Słowem Znak (Imprint @WydawnictwoZnak ) „Trupem w wannie”, który premierę miał 1 czerwca br. otwiera nową serię publikowaną w całości autorstwa Dorothy L. Sayers. Zamykając ostatnią stronę już kątem oka zauważyłam na obwolucie okładki dwie kolejne części cyklu z Lordem Peterem Wimseyem pt. „Zastępy świadków” i „Podejrzana śmierć”. I nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to, że sama autorka jest mi całkowicie nieznana☹. Tym większe moje zdziwienie, gdy przeczytałam, że Sayersto „(…) (ur. 13 czerwca 1893 w Oksfordzie, zm. 17 grudnia 1957 w Witham) – angielska pisarka i tłumaczka, autorka powieści kryminalnych oraz esejów i sztuk teatralnych o tematyce chrześcijańskiej. Najbardziej znanym bohaterem powieści Dorothy L. Sayers jest lord Peter Wimsey” (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Dorothy_L._Sayers ) . „Trup w wannie” został wydany w 1923 roku, co oznacza, że Sayers publikowała opowieści z detektywem Wimseyem – angielskim dżentelmenem na równi z królową kryminałów Agathą Christie. Kolejnych trzynaście publikacji z tym bohaterem pojawiało się cykliczne w formie powieści, a także opowiadań do roku 1939. I to nie jedyne kryminalne publikacje Dorothy L. Sayers. Nie jedyne…

(…) to dlatego, że myślisz o sobie. Chcesz być spójny. Chcesz ładnie wyglądać i beztrosko się bawić, gdy życie jest komedią, a gdy zmienia się w tragedię, kroczyć z wysoko podniesioną głową. Ale to dziecinada. Jeśli uznasz swój obowiązek względem społeczeństwa w kwestii odkrycia prawdy o morderstwach, musisz przyjąć taką postawę, jaka będzie w danym momencie najbardziej użyteczna. (…) Życie to nie piłka nożna.” – „Trup w wannie”  Dorothy L. Sayers.

Tak o lordzie Peterze Wimseyu myśli jego przyjaciel ze szkolnych lat w Eton aktualnie inspektor policji Charles Parker, którego imię autorka wspomniała bodaj z raz, czy dwa razy😊. Lordzie Peterze, nie Lordzie Wimseyu, gdyż główny bohater w przeciwieństwie do jego brata nie jest priasem Denver. Wimsey będąc detektywem amatorem stara się znaleźć rozwiązanie dla dwóch zagadek kryminalnych. Jedna dotyczy odkrytych zwłok mężczyzny w wieku około pięćdziesięciu lat w wannie szanowanego architekta Pana Thippsa, a druga zniknięcia szanowanego finansisty sir Reubena Levy’ego. Mając do dyspozycji własną inteligencję, przebiegłość, oddanego przyjaciela i kamerdynera Mervyna Buntera Wimsey wykorzystuje koneksje matki Wdowy Denver, wiedzę z zakresu współczesnych metod śledczych i znajomości w świecie brytyjskiej arystokracji do drastycznego odkrycia, który rzuca nowe światło na świat nauki. 

Sama jestem zaskoczona tym, że książka o detektywie amatorze Lordzie Peterze Wimseyu podobała mi się bardziej, niż czytane ostatnio dwa dzieła Agathy Christie (recenzje znajdziecie tu: „Morderstwo na polu golfowym” i  „Zagadka Błękitnego Expresu”). To klasyczna powieść detektywistyczna retro osadzona w arystokratycznym świecie angielskich dam i dżentelmenów. Osadzona w Londynie sprzed stu lat i okolicznych włościach, których podobne zamki i pałace można zwiedzać do dziś. Klasycyzm powieści mieści się w jej ramach. Wątek kryminalny toczy się wyłącznie wokół jednej zagadki, chociaż powiązany jest z dwoma postaciami. Autorka jak na ówczesne czasy przystało nie wodzi czytelnika zbytnio na manowce, nie rozwija kolejnych wątków, mimo, że wprowadza do powieści wielu bohaterów i rekwizytów pobocznych, nad którymi istotnością każe nam się zastanawiać.

Bez wątpienia kryminały retro trzeba lubić. Ja jestem ich wielką fanką. Dla czytelnika, który nie cierpi klasycznego pióra książki tego rodzaju są męczarnią. Dla mnie ciekawą rozrywkową lekturą. Dorothy L. Sayers stworzyła bardzo wyrazistą postać, dla mnie bardziej wyrazistą od samego Poirota. Co do aparycji to cytując samą twórczynię „Jego pociągła, sympatyczna twarz sprawiała wrażenie, jakby wyrosła samoistnie z cylindra niczym biała larwa ze słynnego sera casu marzu.” Jego gesty dostojne. „To mówiąc, z niewymuszoną uprzejmością usiadł przy telefonie, jakby siadał do pogawędki ze znajomym, który akurat wpadł z wizytą.” A arystokratyczny rys zaznaczony został w fabule; „Musiał się pan bardzo zdenerwować – powiedział lord Peter ze współczuciem. – I to jeszcze przed śniadaniem. Osobiście nie znoszę, gdy takie kłopoty spadają na mnie przed śniadaniem. Odbierają człowiekowi apetyt, prawda?” By czytelnik poznał głównego bohatera jeszcze dogłębniej, najważniejsze informacje z jego życia zostały opisane na końcu powieści.

Do tego posiada tajną broń w osobie swej matki Wdowy Denver udającej wszem i wobec, że jej syn nie bawi się w amatorską detektywistyczną pracę, a jednocześnie cicho go wspierając w jego zainteresowaniach osobiście dostarczając mu ciekawych zagadek do rozwiązania. Kobiety nieszablonowej i z szerokimi horyzontami. Twierdzącej, że „(…) prowincjonalne parafie potrafią niektórym zawęzić horyzonty.” I potrafiącą  się w odpowiednim momencie konwersacji „(…) wygodnie okopać”, by móc „(…) wręcz przystąpić do celowania.”

Jako niewprawiona w angielską socjetę z lat trzydziestych ubiegłego wieku chwilami irytowały mnie używane, choć muszę przyznać, że w pełni zasadnie, sformułowania typu: milady, lady, książęca mość, milordzie, lordowska mość. A jak pojawiały się gęsto w jednym zdaniu to już  w ogóle; „Jej książęca mość dzwoni z Denver, milordzie. Mówiłem właśnie, że wasza lordowska mość  udał się na aukcję, gdy usłyszałem zgrzyt klucza waszej lordowskiej mości w zamku.”

Sayers stworzyła historię bardzo spójną od samego początku do końca. Zadbała o jakość i specyficzne cechy bohaterów, o których miło mi się czytało. Kolejne wydanie z roku 1935 wzbogaciła o rozbudowaną notkę biograficzną wuja lorda Petera Pana Paula Austina Delagardie, napisaną w tak realny sposób, że sposób się pomylić i wziąć Wimseya za prawdziwą, historyczną postać 😊. Wydanie, które miałam w ręce wzbogacone zostało bardzo ciekawym i wnikliwym wprowadzeniem autorstwa Elisabeth George amerykańskiej pisarki powieści kryminalnych osadzonych w Wielkiej Brytanii. Wprowadzeniem, które warto przeczytać.

Mimo, że zagadka kryminalna nie należy do bardzo skomplikowanych, a rozwiązanie nasuwa się same, jest to powieść detektywistyczna, która umiliła mi czas. Zbiór takich osobliwości, jak sam lord Peter ze swoim Bunterem, skromny Pan Thipps, twardogłowy inspektor Sugg, czy Julian Freke musiało być gwarancją udanej historii. Specyficzny humor autorki przeobrażony w twierdzenia stworzonych przez nią postaci jest sam w sobie bardzo uroczy. W połączeniu z uroczym bohaterem jest receptą na dobry relaks.

Nie mogę doczekać się kolejnych części. Z ciekawością do nich sięgnę. Muszę się przekonać, w jakim kierunku podążać będzie postać lorda Petera Wimseya z jego dwoma nieodzownymi kompanami; Bunterem i Parkerem, a także wyjątkową matką Wdową Denver. Czy kolejne zagadki również okażą się na jego miarę, czy na miarę tylko Sherlocka Holmesa, o którym wspomniano w „Trupie w wannie” nie raz😊.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z twórczością  Dorothy L. Sayers bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski

TAJEMNICA MINO

  • Autor: ANDRZEJ DUNAJSKI
  • Wydawnictwo: RZECZGUSTU
  • Liczba stron: 202
  • Data premiery: 10.05.2022r.

@AndrzejDunajskiPisarz „urodzony 18.08.1963 w Gdańsku. Dziennikarz, reporter śledczy, poeta, pisarz”. To jego autorstwa „Tajemnica Mino”  od Wydawnictwa RzeczGustu @portalrzeczgustu miała premierę 10 maja br. „Tajemnica Mino”, która mimo swej małej objętości warta jest poznania.

 „(…) jutro będzie się martwić jutrem jutro.” – „Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski.

To wielokrotnie Andrzejowi, głównemu bohaterowi powiedziała tajemnicza MINO. Niewidoma dziewczyna, która na bałtyckiej plaży spędziła z nim sześć dni oczekując na swojego Kochanego Tatę, który miał zabrać ją do domu. Sześć wspólnych dni, w czasie których ciekawość zamieniła się w głęboką uważność. Zaciekawienie w zainteresowane słuchanie. A sam zwykły dzień w przygodę, w czasie której Andrzej nie tylko zaczyna poznawać MINO, a zaczyna rozumieć siebie, swoje postrzeganie świata, swoje ograniczenia i te zasadnicze treści, o których rzadko do tej pory rozmyślał.

„Każde drzewo ma osobliwą historię, a każdy jego owoc jest inny. To znaczy, nie ma dwóch takich samych owoców. Jak nie ma dwóch takich samych ludzi. I drzew. A nawet ziarenek piasku.” – „Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski.

Co zrobilibyśmy my, gdybyśmy spotkali w jednej kamienicy postać o aparycji i głosie anioła potrafiącą zmuszać do myślenia i snucia wspólnych rozważań? Ja pewnie bym jej nie zauważyła, nie dostrzegła. Ot, kolejna niepełnosprawna osoba, skrzywdzona przez los, niewidząca, ślepa, oznaczona białą laską. Jak inny bohater powieści, od początku jeżdżący na wózku, nie znający innego życia. Ja pewnie bym tak zrobiła. Ale Andrzej, główny bohater prozy Dunajskiego nie jest mną. Na szczęście. Odpowiedział na zaproszenie MINO w jedyny słuszny sposób, odpowiedział zgodą. Dzięki temu przeszedł istną metamorfozę poznając ptaki, niebo, dostrzegając słońce i to przez duże S, kosztując ryby, świeże owoce, życiodajną wodę i przepyszny chleb.

I właśnie z tymi słowami zaczynającymi się od dużych liter mam największy problem. Wplecione w zdania, akapity brzmią jak najgłośniejsze dzwony, jak absoluty, jak prawdy objawione.

Kiedy chcę coś zobaczyć, staram się zrozumieć nie tylko Słowo, które o tym mówi. Staram się przekroczyć granicę tego Słowa. To znaczy, stworzyć na Niego nie tylko to, o czym chce powiedzieć Samo Słowo, lecz znacznie więcej: czym Jest w Samym Słowie i poza Nim. Takie Trzy w jednym…” – „Tajemnica Mino” Andrzej Dunajski.

Nie tylko nad słowem bohater rozmyśla przez duże „S”. To samo tyczy się Nieba, Słońca, Anioła, Mocy Milczenia, Świata, Drzewa Życia, czy Cudnej Wody. Używanie „niestandardowego” języka jest cechą charakterystyczną tej publikacji. W zależności od przygotowania i stopnia dojrzałości czytelnika dla jednych te konstrukcje wiele będą znaczyć, dla innych stanowić będą zapewne preludium do dyskusji o zbytnim, nad wyraz wręcz „uwypuklonym” przesłaniu autora. Ja odebrałam je jak przeszkodę w rozważaniu o tym, co ważne, co dobre wokół nas, co niedostrzegalne na co dzień, jak uczyła Andrzeja MINO. Odebrałam jako wyraz delikatnej pretensjonalności w przetwarzaniu języka we współczesnej prozie.

Możliwe, że to był celowy zabieg Autora. Bez wątpienia zwróciłam na ten element uwagę w trakcie czytania. Jako na ciekawą właściwość słów podczas odczytywania korpusów tekstów. Tak samo jak zwróciłam uwagę na narrację prowadzoną z perspektywy Andrzeja. To Andrzej jest narratorem. To Andrzej będący głównym bohaterem relacjonuje swoją relację z MINO, relacjonuje rozmowy, wzajemne interakcje, relacjonuje ciekawostki, o których się dowiaduje. Dzięki odkryciu Andrzeja poezję odkrywamy i my, czytelnicy podążając cierpliwie jego ścieżkami. Oprócz narracji Dunajski bardzo ciekawie umiejscowił fabułę, która toczy się w ciągu siedmiu następujących po sobie dniach, od pierwszego do siódmego sierpnia 2016 roku. Ale tu znowu Autor się z nami bawi. Tylko sześć kolejnych dni w tytule rozdziałów są zaakcentowane w czasie. Dzień siódmy jest tylko dniem siódmym… Ciekawym wprowadzeniem do podjętej tematyki recenzowanej przeze mnie prozy jest Początek; „Et lux in humilitate cordis sunt via AD 0-2021” i słowa Lucjusza Anneusza Seneki, który powiedział między innymi „Żyjecie tak, jakbyście mieli żyć wiecznie…”    

Cytując samego Andrzeja Dunajskiego „… nierozwiązane jeszcze bardziej pętli.” Przyznaję, że „Tajemnica Mino” nie została przeze mnie odkryta, rozplątana. To książka, którą trudno w gatunku literatury pięknej umiejscowić na jakiejkolwiek znanej mi półce. Znalazłam w niej wiele filozofii, indywidualnych medytacji skłaniających do myślenia, do zastanawiania się nad sobą, nad relacjami z innymi i nad tym, co nas otacza. A co do oceny, to jest to prawdziwa  RzeczGustu 😊.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość pochylenia się nad tekstem bardzo dziękuję Wydawnictwu RzeczGustu.

„Trzecia szansa” Wojciech Wójcik

TRZECIA SZANSA

  • Autor: WOJCIECH WÓJCIK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 640
  • Data premiery: 04.05.2022r.

Po powieściach „Kurs na śmierć” i „Krwawe łzy” Wojciecha Wójcika z Agnieszką Jamróz i Pawłem Łukasikiem nadszedł czas na nową postać. W „Trzeciej szansie” – premierze z 4 maja br. od Wydawnictwa @Zysk i S-ka – poznajemy nową bohaterkę, nową główną osobowość kobiecą, która nie jest Agnieszką a Karoliną Nowak. Dwudziestosześcioletnią rozwódką, matką kilkuletniej córki, owocu szaleńczej licealnej miłości i śledczą, którą nie sposób rozgryźć nawet na 640 stronach😊.

Z broni snajperskiej giną dwie osoby odwiedzające warszawskie cmentarze; Marian Kądzielski i Janina Potocka. Ona bibliotekarka, on pracownik Instytutu Badań Literackich. Oboje przez wszystkich lubiani, bez konfliktów, bez wrogów. Komu przeszkadzali? Komu zawinili? Tego stara się dowiedzieć młodsza aspirant Karolina Nowak rozpoczynająca swoją karierę w komendzie stołecznej.  Pomaga jej w tym doktorant z Uniwersytetu Warszawskiego Krzysztof Rozmus, dla którego praca z policją jest szansą na poprawę swojej pozycji w naukowym świecie. Ich wspólna praca zatacza coraz szersze okręgi. Okazuje się, że samo liceum Tetmajera, w którym uczyli matka ofiary z Bródna – Helena Kądzielska  i ojciec  zastrzelonej na Powązkach – Bernard Potocki nie jest jedynym powiązaniem łączącym te dwa morderstwa. A historia sięga bardzo daleko. Sięga aż czasów wojny i stalinowskiej Polski.

Mam totalny problem z tą pozycją. Mimo, że Wójcik napisał kryminał z historią w tle nie jest to książka, którą przeczytałabym po raz drugi. W przeciwieństwie do Agnieszki Jamróz z poprzednich dwóch książek Wójcika, Karolina Nowak całkowicie mnie nie przekonała. Jej postać odebrałam jako niekonsekwentnie opisaną. Gdzieniegdzie „(…) To karierowiczka, w stu procentach skupiona na robocie. Sprzedałaby cię w pięć minut i jeszcze upomniała się o zwrot podatku..” Innym razem czuła, wyrozumiała, pomocna, wspierająca swoich kolegów, tolerująca ich wybryki. A do tego oddana i poświęcająca się matka. Zastanawiało mnie jak samotna kobieta, młoda, ambitna może godzić w realiach niesystematyczną policyjną pracę i samotne rodzicielstwo. Przecież ojciec dziecka pojawił się tylko przez chwilę, wspomniany od niechcenia. W mojej opinii Nowak nie jest tak przebojowa jak Jamróz. Szkoda, że Wójcik w nowej serii, bo czuję, że będzie kontynuacja, skonstruował fabułę wokół kolejnej postaci kobiecej. Tym sposobem nie można uniknąć porównań,  niestety. Inaczej jest z Krzysztofem Rozmusem – doktorantem uwikłanym jako ekspert w śledztwo. Nie sposób go porównać z Pawłem Łukasikiem z  „Kursu na śmierć” i „Krwawych łez”. Pomaga w tym wykonywany zawód i osobowość. Chociaż oboje są chwilami bardzo uroczy i dają się lubić mimo swoich wad. Tu nowa postać Rozmusa wypada zdecydowanie lepiej, niż w przypadku Agnieszki i Karoliny.

Sama kryminalna intryga okazała się niezwykle zagmatwana. Trudna historia sięgająca dwóch pokoleń wstecz znalazła ujście dopiero w śledztwie łączącym dwie nagłe śmierci. Dla mnie zdecydowanie za dużo. Wątek powojennych sierot okazał się najbardziej ciekawy. Osadzenie go jednak w rodzinach, biologicznych, czy przybranych za bardzo rozbudowany. Miałam wrażenie, że nawet wielkość buta ojców, matek, przybranych sióstr i braci ma znaczenie, i obawiałam się, że i ta informacja zostanie przekazana. Przodkowie właścicieli pałacyków, mieszczańskich włości, założyciele fundacji, a tym samym sierocińców, socjalistyczni działacze, partyjni kochankowie, więzienni oprawcy i ich ofiary, które dzięki nim przeżyły. To cała plejada wątków pobocznych, którymi karmił mnie Autor. Tym samym cały motyw dla mnie okazał się bardzo mglisty, za bardzo niewyraźny. Niemożliwe, że te wszystkie wydarzenia z przeszłości stały się czynnikiem determinującym morderstwa. Niemożliwe wręcz.

Książka typowo Wójcikowa. Autor specyficznie prowadzi narrację skupiając uwagę na dwóch głównych bohaterach, co czyni „Trzecią szansę” podobną do poprzednich dwóch publikacji. Zestawienie kobiecej i męskiej postaci głównej to również typowy zabieg autorski. I ta wielowymiarowość, wielowątkowość, która tym razem przysłoniła atuty prowadzonego śledztwa. Wnikliwej, detektywistycznej, policyjnej roboty, która chwilami podobna była do układanki z tysiąca puzzli.

Ja niestety, mimo maksymalnego skupienia, przy końcu pogubiłam się w ofiarach, sprawcach, złodziejach, hosztaplerach, kobietach lekkich obyczajów, kochankach, profesorach, Majkach, Kingach, Tolkach, Krzyśkach, Kubach a także w samych nazwiskach Kądzielskich, Potockich, Andrzejewskich, Wachów i wielu innych. Wątek zmarłych na ospę dzieci dodatkowo zagmatwał fabułę. Autorowi nie zabrakło fantazji i polotu do stworzenia skomplikowanej fabuły. Widocznie mi zabrakło wystarczająco dużo zaparcia, by ją docenić.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Morderstwo na polu golfowym” Agatha Christie

MORDERSTWO NA POLU GOLFOWYM

  • Autorka: AGATHA CHRISTIE
  • Wydawnictwo: DOLNOŚLĄSKIE
  • Cykl: HERKULES POIROT (tom 2)
  • Seria: JUBILEUSZOWA KOLEKCJA AGATHY CHRISTIE
  • Liczba stron: 223
  • Data premiery w tym wydaniu: 27.04.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1.01.1999r.
  • Data premiery: 3.08.2008r.

Ależ uwielbiam tę kolekcję jubileuszową od @Wydawnictwo Dolnośląskie!!! Kolekcja powstała z okazji stulecia debiutu Agathy Christie, który obchodzony jest od 2020 roku. To właśnie w 1920 roku wydawca Christie ukazał światu dziennemu twórczość tej królowej kryminału wydając „Tajemniczą historię w Styles”, do którego zresztą nawiązuje fabuła „Morderstwa na polu golfowym” (data premiery: 27 kwietnia br.). Nie mogę doczekać się kolejnych części cyklu wydanych w tak wyszukanej formie. Wydawca obiecuje ich łącznie dziesięć😊. Gruba oprawa, papier kredowy mile szeleszczący przy przewracaniu kartek. I sam Poirot twierdzący nierzadko „Nie mogę się mylić! Fakty, rozpatrzone metodycznie i we właściwym porządku, dają tylko jedno rozwiązanie. Z pewnością mam rację. Na pewno mam rację!”.

Południowoamerykański milioner P. T. Renauld mieszkający we francuskim Merlinville-Sur-Mer zaprasza Herkulesa Poirota do wilii Geneviève. W rozpaczliwym liście prosi go o pomoc w bardzo delikatnej sprawie. Niestety nie dane było spotkać się tym dwóm mężczyznom. W chwili przyjazdu słynnego detektywa i jego współpracownika Kapitana Hastingsa pan domu już nie żyje. Poirot zastaje na miejscu pogrążoną w żalu wdowę, zdziwionych pracowników wilii, sędziego śledczego Hauteta, miejscowego detektywa Girauda w swej zuchwałości nie przypominającego w niczym inspektora Jappa i komisarza Luciena Bexa znajomego sprzed lat. Okazuje się, że grono osób mających znaczenie w śledztwie jest znacznie szersze. Nawet nieznajoma Hastingsa z pociągu do Calais każąca nazywać się Kopciuszkiem jest związana z willą Geneviève. Tak samo jak sąsiadka Pani Daubreuil i jej prześliczna córka Marthe zakochana w synu zmarłego Jacku Renauldzie. Podejrzenia szerzą się na wszystkie strony, chociaż największy motyw miał sam syn Renaulda. A szare komórki Poirota do momentu rozwiązania zagadki nie mogą zaznać spokoju.

Przyznaję jestem człowiekiem staromodnym. Według mnie kobieta powinna być kobieca. Nie mam cierpliwości do tych wszystkich nowoczesnych neurotycznych dziewcząt słuchających od rana do wieczora jazzu, palących i dymiących jak komin i mówiących językiem, który mógłby wywołać rumieniec na twarzy przekupki…”-„Morderstwo na polu golfowym” Agatha Christie.

Hm…a cóż by powiedział prawdziwy Kapitan Hastings gdyby spotkał współczesne panie i panny? Tego nigdy się nie dowiemy, bo ten którego znamy, powstał na kartach książki z 1923 roku, gdy nie tylko mężczyźni, ale również kobiety miały pewne oczekiwania w stosunku do płci pięknej. Sama Christie jest tego najlepszym przykładem. Utrzymująca dom, odnosząca sukcesy pisarka kryminałów, w całej serii o słynnym, belgijskim detektywie nie zająknęła się ani słowem na temat szarych komórek żyjących w mózgach kobiet. Wszystkie jej bohaterki są albo mściwe, albo trzpiotowate, albo nieszczęśliwie zakochane, albo dziecinne. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Na zbrodnie reagują odrętwieniem, utratą przytomności, poczuciem strachu. I co ważne, prawie nigdy nie mają swojej wizji tępo wpatrując się w Poirota i innych mężczyzn uczestniczących w śledztwo. Nawet ich pytania dotyczące teorii śledczych są nadzwyczaj naiwne i nieżyciowe. Gdyby nie seria z Panną Marple pewnie Christie nie należałaby do jednych z moich ulubionych pisarek kryminałów. A tak, postacią Marple autorka zmyła hańbę stereotypowego i szowinistycznego podejścia do kobiet stwarzając postać inteligentnej, niepozornej kobiety o której czytam z przyjemnością.

Trochę odbiegłam od tematu😉. A to wszystko przez oklepaną wypowiedź  Hastingsa z pierwszych stron książki, która składa się z zatytułowanych krótkich rozdziałów, których jest dwadzieścia osiem. Każdy tytuł rozdziału wprowadza czytelnika w jego fabułę. O tajemniczym Kopciuszku, którego poznał Hastings dowiadujemy się z rozdziału zatytułowanego „Towarzyszka podróży”, a o podobieństwie sąsiadki Pana Renauld do Madame Beroldy z rozdziału o tytule „Fotografia”. Kryminał pisany jest z perspektywy Kapitana Hastingsa, który jest jego narratorem. Relacjonuje przygody swoje i słynnego Poirota, tak jak dr Watson czynił to w przypadku Sherlocka Holmesa. Przy czym Hastings jest przerażająco ciapowaty, utrudniający śledztwo, zachowujący się jak słoń w składzie porcelany, dla którego podstawy prowadzenia spraw kryminalnych wydają się bardzo odległe. Wystarczy tylko go poprosić, by na przykład zwiedzić miejsce w którym przechowywane jest narzędzie zbrodni i sam zamordowany. Ta bezmyślność nadal mnie irytuje. W sposób bardziej dosadny w literaturze, niż w serialu o którym wspomniałam przy okazji recenzji „Zagadki Błękitnego Expresu” (recenzja na klik).

Książka napisana jest w stylu właściwym dla Poirota. Mamy mądrego detektywa, dla którego ślady i technika jest mniej ważna w śledztwie niż oczy, myśli, gesty, słowa i własne szare komórki, które Poirot zmusza ciągle dla ciężkiej pracy. Mamy człowieka żyjącego w kosmopolitycznym świecie, przemierzającego Francję i Anglię praktycznie dzień po dniu, byle tylko zdobyć odpowiedzi na nowe pojawiające się w śledztwie pytania. I mamy jego fajtłapowatego kolegę jako przeciwwagę, jako tło dla jego geniuszu. Sam Poirot w stosunku do Hastingsa przyjął rolę „papcia”, rolę opiekuna niesfornego dziecka, któremu wiele się wybacza. Do tego cała gama podejrzanych i pewne ciekawe spostrzeżenia z początku śledztwa na które zwraca uwagę słynny detektyw, a które mają znaczenie na końcu, jak na przykład długość płaszcza. Intryga jest zagmatwana. Sięga wielu lat wstecz i błędów, które zostały popełnione, za które często płaci się w teraźniejszości. Postaci kobiece, jak wspomniałam uprzednio, bardzo słabe. Nie ma żadnej silnej postaci, co zmniejsza atrakcyjność tej części. Mimo, że Poirot mówi o inteligencji i sile niektórych bohaterek z samej fabuły nie sposób tego wyczytać. Jakby autorka zapomniała nakreślić pewne interesujące cechy odpowiadające opinii sławetnego detektywa.

„Morderstwo na polu golfowym” to tak naprawdę drugi tom cyklu o słynnym detektywie zaraz po „Tajemniczej historii w Styles” wydanej w 1920 roku. Christie Poirota osadziła jeszcze w 33 publikacjach (w okresie od 1920 do 1975 roku). Postać i bohaterowie poboczni dojrzewali wraz ze swoją autorką. Trudno porównywać początki postaci z jej kontynuacjami, które tak naprawdę następowały po upłynięciu półwiecza, kiedy świat wyglądał inaczej i jego postrzeganie zmieniło się również drastycznie. Mi dodatkowo zabrakło odzwierciedlenia charakteru i scenografii miejsc, w których Christie osadziła akcję. Piękna, bogata willa, milionerzy, przepiękne panie. To wszystko wspomniane zostało mimochodem, bez pięknego i szczegółowego opisu. Przez co chwilami nie potrafiłam wczuć się w świat opisywany praktycznie sprzed stu lat, nie czułam tej przeszłej aury, tego minionego klimatu. Napisana trochę w żołnierskim stylu. Składająca się praktycznie z samych dialogów.

Książka dla fanów Christie i dla fanów Poirota w przepięknym, stylowym wydaniu. Musicie ją mieć na swojej półce. Udanej lektury!

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu!

„Moje piękno, moja sprawa” Florence Given

MOJE PIĘKNO, MOJA SPRAWA

  • Autorka: FLORENCE GIVEN
  • Wydawnictwo: ZNAK KONCEPT
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery: 18.05.2022r
  • Data premiery światowej: 11.06.2020r.

Nie wiem czego spodziewałam się po książce „Moje piękno, moja sprawa” Florence Given wydanej przez Znak Koncept (@WydawnictwoZnak) w dniu 18 maja br. Wiem na pewno, że zachwyciła mnie okładka, która jest niezmiernie optymistyczna. Zachwyciło mnie wydanie. Gruby, kredowy papier. Mnóstwo ilustracji i kolorami przyozdobione kartki. Taka idealna pozycja na chmurne dni. Idealna na blue day.

Przestań skradać się po okruszki, zasługujesz na całe cholerne ciastko.” -„Moje piękno, moja sprawa” Florence Given.

Czego może nasz nauczyć dwudziestojednoletnia influencerka? Właśnie tego. Całkowicie nowatorskiego i odświeżającego spojrzenia na siebie samych. Czego jeszcze? Wiary w siebie samą/samego, poczucia własnej wartości.

Przestań marnować czas na ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy, jakim przywilejem jest samo poznanie cię. – „Moje piękno, moja sprawa” Florence Given.

Tego, że świat jest piękny i tylko od nas zależy jak będziemy nasze życie postrzegać. Tego, że „Niektóre rzeczy nie są normalne. Zostały tylko znormalizowane. A to różnica”. Tego, że jako kobiety nie żyjemy po to „(…) by sycić męskie spojrzenia”.  I wielu innych rzeczy, o których warto przeczytać szczególnie gdy jest się młodą osobą.

Żadna pochwała nie jest warta naruszania własnych granic ani poświęcania przekonań.” – „Moje piękno, moja sprawa” Florence Given.

Tak. To pozycja dla nastolatek, dla młodych kobiet. Idealna dla tych dziewczyn, które całymi dniami ślęczą głowami w dół nad smartfonami i śledzą Instagram, Snap Chat, Facebook i wiele innych aplikacji, w których istnieje namiastka życia, często fałszywego życia. To książka dla wchodzących w dorosłość, w której jest pełno kłamliwego ideału i perfekcjonizmu. Gdzie każda kolejna celebrytka wygląda tak samo. Idealne ogromne usta, duże oczy, zgrabny biust itepe itede. Zróbcie sobie prezent. Zróbcie swoim bliskim prezent i sprezentujcie tę książkę.

To książka, którą trudno zakwalifikować do jakiegoś jednego określonego gatunku. Z jednej strony czyta się ją jak pamiętnik, w którym autorka dzieli się z czytelnikiem własną drogą, którą przeszła, by być w miejscu, w którym się znalazła. Z drugiej jako poradnik. Napisany ze swadą, z polotem, bardzo slangowym językiem. Dynamiczna narracja pozwala pochłaniać książkę w sposób ekspresowy. Słowa układają się w zdania, a zdania w całe akapity i strony w zatrważającym tempie. Gdzieniegdzie wrzucone lekkie przekleństwa dodają narracji jeszcze większej prawdziwości. Z trzeciej strony trochę czytałam ją jako fantastykę. Aż trudno mi uwierzyć, że taka osoba istnieje, bezkrytyczna wobec siebie, całkowicie krytyczna wobec innych i świata. Zapewne autorka podkolorowała swoje przesłanie, by okazać się jeszcze bardziej atrakcyjną. I to jej się udało świetnie. Muszę przyznać. Mimo, że nie jestem z grupy targetowej czytelników spędzony z książką czas nie uważam za zmarnowany. W trakcie czytania bawiłam się, uczyłam, relaksowałam, nie raz śmiałam i przecierałam oczy ze zdumienia. A dodany na końcu słowniczek świadczy o poważnym traktowaniu odbiorcy. Znajdziecie w nim tak ciekawe słowa jak: fatfobia, ageizm, hetryfying, mizoginia zinternalizowana, czy queer.

Życzę miłych chwil z lekturą😊.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki niezmiernie dziękuję Wydawnictwu Znak Koncept.

„Keto detoks. 4-tygodniowy plan na zrzucenie zbędnych kilogramów i odzyskanie równowagi hormonalnej” Sara Gottfried

KETO DETOKS. 4-TYGODNIOWY PLAN NA ZRZUCENIE ZBĘDNYCH KILOGRAMÓW I ODZYSKANIE RÓWNOWAGI HORMONALNEJ

  • Autorka: SARA GOTTFRIED
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 18.05.2022r

Najpierw zastanawiałam się, co z w tej dacie 18 maja br. było tak interesującego, że jest datą premier tak wielu ciekawych pozycji. Nagle mnie olśniło!!!!!! W dniach od 26 do 29 maja przy Pałacu Kultury i Nauki odbyły się Targi Książki w Warszawie😊. I wszystko jasne. I Wydawcy, i autorzy mieli okazję zaprezentować – w wielu przypadkach osobiście – szerszemu gronu odbiorców swoje najnowsze dzieła. Stąd pewnie ta mnogość premier, mnogość nowości. Nie wspominam o tej dacie bez kozery. Recenzja „Keto detoks. 4-tygodniowy plan na zrzucenie zbędnych kilogramów i odzyskanie równowagi hormonalnej” Sary Gottfried jest dziesiątą premierą z tego dnia, która już za mną. I nie jest ostatnią😉. A dni uciekają i koniec maja staje się faktem.

Szukasz skutecznego sposobu na szczupłą sylwetkę?” – z opisu Wydawcy.

Co za pytanie!!!!!!!!! Oczywiście, że tak. Tak, tak, tak po tysiąckroć. Jak pewnie miliardy kobiet na całym świecie. Pokażcie mi takie, które są zadowolone ze swej figury😉. Zadając takie pytanie retoryczne Wydawca zachęca do sięgnięcia po „Keto detoks. 4-tygodniowy plan na zrzucenie zbędnych kilogramów i odzyskanie równowagi hormonalnej”. Poradnika, w którym znajdziemy receptę na skuteczne odchudzenie się bez żadnego efektu jojo i skutków ubocznych. Poradnika, który uwzględnia specyfikę gospodarki hormonalnej kobiet i dlatego przedstawione w nim przepisy oraz rozwiązania są tak skuteczne. Poradnika dla wytrwałych. Nie będę oszukiwać. Poradnika wymagającego samozaparcia i czasu, by sprostać jego wymaganiom i oczekiwaniom autorki.

Kompendium podzielone jest na kilka części. W części pierwszej, teoretycznej dowiadujemy się jak ważna jest prawidłowa dieta w gospodarce hormonalnej kobiet. W czterech rozdziałach Gottfried przedstawiła medyczne uwarunkowania dla stosowanych rozwiązań, które mogą wyłącznie wesprzeć prawidłowe funkcjonowanie organizmu, gdyż są jakby „szyte na miarę” kobiet. Co ważne, autorka zwraca uwagę na jakość produktów. Nie skupia się wyłącznie na znaczeniu węglowodanów, które w większości w naszych organizmach sieją spustoszenie. Część druga strategie, nawyki, postawy i przepisy żywieniowe, a także suplementacja i aplikacje wspierające proces odchudzania. O ile część pierwszą czytałam z zaciekawieniem jako nie – medyk, o tyle część drugą z przerażeniem. Nie dla mnie ta efektywna dieta keto dostosowana od mojej gospodarki hormonalnej! Oj nie dla mnie. Jak sobie poradzić z zakupem w naszych warunkach świeżej wody kokosowej? Co to pojedyncza miarka Reset360 Super Greens lub inna organiczna mieszanka zieleniny w proszku? Gdzie kupić olej z trójglicerydów średniołańcuchowych (MCT)? Co do diaska jest spirulina i chlorella???? I to tylko jeden przepis, na sam początek☹. Umęczyłam się próbując się wgryźć w przepisy złożone z suplementów, shake’ów, niedostępnych w polskiej rzeczywistości świeżych produktów, proszków ketogenicznych, prebiotyków itd. Już po samych nazwach przepisów wiedziałam, że propozycja kompletnie nie dla mnie. Shake ze złotym mlekiem …. Chlebek z tahini… Szakszuka….Zupa z tofu i garam masala…. Jedynie Zwykła zielona sałatka była do przebrnięcia.

Trudna pozycja. Zdecydowanie dla fanów i pasjonatów zdrowego żywienia. Zdecydowanie dla osób mających czas, lubiących poświęcać dzień na szukanie produktów, półproduktów. Osób z pokaźnym portfelem, które stać na wyszukane składowe prezentowanych przepisów i drogie suplementy, jak również rozmaite ketogeniczne i błonnikowe  proszki. Dla mnie całkowicie nieżyciowa i nietrafiona pozycja, mimo, że napisana z ogromnym zaangażowaniem i pasją. Możliwe, że dla innych okaże się wartościowa i inspirująca. Okaże się na tyle przystępna, że zmienią postrzeganie świata w kuchni i świata węglowodanów. Dla mnie trochę z tych typu „obiecanki cacanki”. Gwarantuję Ci wszystko, ale musisz mieć osobistego kucharza, osobistego zaopatrzeniowca i jeszcze mnóstwo forsy, by to wszystko, co przedstawiam w książce ogarnąć😉.

Moja ocena: 5/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Marcelinka, Cecylka i pan Genomek” Janusz Leon Wiśniewski

MARCELINKA, CECYLKA I PAN GENOMEK

  • Autor: JANUSZ LEON WIŚNIEWSKI
  • Wydawnictwo: TADAM
  • Liczba stron: 128
  • Data premiery: 26.05.2022r

W Dzień Matki @Wydawnictwo TADAM przygotowało nie lada niespodziankę i dla matek, i dla dzieci. Bo cóż może być bardziej przyjemniejszego niż wspólne czytanie? To opowiastka pt. „Marcelinka, Cecylka i pan Genomek” autorstwa samego @Janusz Leon Wiśniewski. Autora czytam z zamiłowaniem. Począwszy od jego debiutu tj. „Samotności w sieci”, przez „Moje historie prawdziwe” wydane w 2015 roku, aż po „Gate”, drugą część cyklu „Grand”.

To nie pierwsza przygoda Autora z literaturą dziecięcą. Tego samego Wydawnictwa znajdziecie pozycję o przewrotnym tytule „O siedmiu krasnoludkach, które nigdy nie spotkały królewny Śnieżki. I inne prawdziwe opowieści” wydaną w 2020 roku i z tą samą bohaterką „ Marcelinka rusza w kosmos. Bajka trochę naukowa” z 2017 roku. Pan Janusz jest również autorem wielu bajek wydanych w antologiach lub odrębnie nakładem innego Wydawnictwa pt. „ Bajkoterapia, czyli bajki pomagajki dla małych i dużych”, „Bajkoterapia, czyli dla małych i dużych o tym, jak bajki mogą pomagać” i „W poszukiwaniu Najważniejszego. Bajka trochę naukowa”. Pisarz wszechstronny. Człowiek wszechstronny, wykształcony w różnych kierunkach.

Dwie ciekawskie siostry, Marcelinka i Cecylka tym razem w krzyżowy ogień pytań biorą profesora genetyki Pana Genomka, który z zaangażowaniem tłumaczy dziewczynkom meandry genów, genotypów i genetyki. Taki mały gen…, a tyle można o nim pisać i tyle można o niego pytać😊.   Janusz Leon Wiśniewski tworzył wścibski duet, który z zaciekawieniem korzysta z wiedzy roztargnionego profesora, by zaznajomić się z tak ważnym odkryciem w ciele człowieka, jakim są jego geny.

„ – Komórki składają się z atomów różnych pierwiastków, prawda?
  – Prawda!
  – W komórkach są białka, które też są z atomów prawda? 
– Prawda!…” – „Marcelinka, Cecylka i pan Genomek” Janusz Leon Wiśniewski

Wiedzieliście? Ja pojęcia nie miałam☹. Tym bardziej zachwyciło mnie, że Janusz Leon Wiśniewski dość, że wiedział, to jeszcze potrafił sprzedać tą swoją wiedzę najmłodszym czytelnikom. Niezwykle podobały mi się postacie wykreowane przez Autora. Sam profesor Genomet to typowy naukowiec, zakręcony jak słoik od ogórków. Roztrzepany. Wyobrażałam go sobie w sposób, jaki przedstawiła go autorka rysunków Pani Ania Jamróz; z rozwianym włosem, niedożywionego, ze szpiczastym nosem i okularami. Typowy naukowiec. Taki trochę nieżyciowy, taki trochę zafiksowany w swojej dziedzinie.

Historia układa się w miłą przygodę sióstr w świat genetyki. Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Język Autor dostosował do dzieci, a naukowe prawdy zostały przedstawione w sposób niezwykle przystępny. Idealny dla agnostyków, idealny dla nienaukowców. Samą mnie zaciekawiły informacje, które Wiśniewski przemycił w fabule. Informacje, które dawno umknęły mi z pamięci, wyleciały z głowy. Zapewniam, że ciekawskie dzieci znajdą dla siebie ujście swoim zainteresowaniom w trakcie czytania tej książki, a rysunki umilą lekturę.

Nauka przez zabawę, nauka przez czytanie. Książki uczą to fakt. Książki pozwalają odkrywać świat i rozwijać wyobraźnię. To też fakt. Ale książki, które trudne tematy przedstawiają w sposób sprytny i kreatywny są wyjątkowo wartościowe. Ta do takich należy. Zachęcam do lektury. Idealny prezent na Dzień Dziecka.

Moja ocena: 8/10

Za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie mi egzemplarza recenzenckiego bardzo dziękuję Wydawnictwu TADAM.

„Wychowanie bez wychowywania. Jak podarować dziecku wolność i wsparcie” Stefanie Stahl, Julia Tomuschat

WYCHOWANIE BEZ WYCHOWYWANIA. JAK PODAROWAĆ DZIECKU WOLNOŚĆ I WSPARCIE

  • Autorka: STEFANIE STAHL, JULIA TOMUSCHAT
  • Wydawnictwo: OTWARTE
  • Liczba stron: 335
  • Data premiery: 18.05.2022r

Wychowanie bez wychowywania. Jak podarować dziecku wolność i wsparcie” Stefanie Stahl i Julii Tomuschat to kolejna pozycja od @WydawnictwoOtwarte, która pomaga zrozumieć mechanizmy istniejące w tej podstawowej komórce społecznej jaką jest rodzina oraz pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Po „Jak nie ranić własnego dziecka?” oraz „ Rodzeństwo jako team. Jak pomóc dzieciom tworzyć zgrany zespół” Nicoli Schmidt, a także „Jaszczurka, pawian i mądra sowa. Dlaczego niegrzeczne dzieci nie istnieją” Silverton Kate to kolejny must have Wydawnictwa dla nas, rodziców, którzy z wielką krytyką odnoszą się do swoich sukcesów i porażek wychowawczych.

Emocje są częścią naszej energii życiowej, dlatego można je porównać z płynącą wodą, która – tak jak uczucia – zawsze szuka drogi ujścia. Kiedy na przykład złość jest zakazaną emocją, idąca z nią w parze agresywność często wchodzi tylnymi drzwiami.” -„Wychowanie bez wychowywania. Jak podarować dziecku wolność i wsparcie” Stefanie Stahl, Julia Tomuschat.

Z opisu Wydawcy:

„To nie jest kolejny poradnik wychowawczy perfekcyjnego rodzica. Perfekcyjni rodzice zdarzają się tak samo rzadko jak perfekcyjne dzieci. WYCHOWANIE BEZ WYCHOWANIA oznacza skupienie się na relacji. Spróbuj MNIEJ DZIAŁAĆ, ale za to BYĆ BARDZIEJ ŚWIADOMYM rodzicem. Nie wiesz jak? Autorki spokojnie i bez grożenia palcem poprowadzą cię na spotkanie z twoim wewnętrznym dzieckiem – dzięki temu być może uzmysłowisz sobie, jak wiele własnych ograniczeń przekazujesz dziecku i ile schematów wychowawczych nieświadomie powielasz….”

Tak naprawdę to perfekcyjni rodzice nie istnieją wcale. Nie ma się co oszukiwać. Gdyby istnieli, istnieliby perfekcyjni ludzie. A wystarczająco już długo żyję na tym świecie, by wiedzieć, że to nie jest prawdą. Tak czy siak, opis Wydawcy, który częściowo zacytowałam powyżej, zainspirował mnie do sięgnięcia po ten niby poradnik. I nie żałuję. Chociaż nie jest to pozycja odkrywcza, wyjątkowo nowatorska. Po chwytliwym tytule i ciekawym opisie Wydawcy nastąpiła motywująca narracja, która w sposób bardziej ludzki odnosi się do macie i tacierzyństwa. Rodzice to nie herosi, silni, nieomylni. Rodzice to zwykli ludzi, którym czasem balon z emocjami pęka szybciej niż by chcieli.

Autorki dużo skupiły się na determinantach warunkujących określony sposób zachowania w rodzinie. Zwróciły moją uwagę na cechy charakteru rodzica, które wpływają na sposób wychowania finalnie jego dziecka. Sama zadałam sobie kilkakrotnie pytanie, czy bliska jest mi postawa biernej agresji, czy jestem rodzicem dostosowanym, czy raczej autonomicznym, jak daleko mi do Dziecka Cienia i do Dziecka Słońca, co dla mnie znaczą słowa; jestem, umiem, czuję, mogę itd. Te refleksje są znaczną wartością tej książki, która skłania do zastanowienia, do zatrzymania się i zrewidowania własnych ocen.

Książka składa się z zatytułowanych rozdziałów. Jest ich łącznie dziewięć. Każdy rozdział podzielony jest na podrozdziały. W wielu czytelnik znajdzie „Wyspę refleksji”, czyli zbiór zdań, sformułowań, do analizowania których zapraszają autorki. Jest to moment na medytacje, na głębokie zastanowienie się. Jest to czas na zatrzymanie się, który – muszę przyznać – nie wykorzystałam w pełni. Goniąc własny ogon w ciągu dnia i w pracy, i w domu spieszyłam się. Już wiem, że  w niektórych momentach nawet za bardzo. Ci, co nie lubią refleksologii znajdą w poradniku miejsca, w których dowiedzą się o różnicach w wychowaniu, które wpływają na dalsze decyzje dorosłego jako rodzica. Będą eksplorować wraz z autorkami szeroką gamę uczuć, która kryje się za takim czy innym podejściem do dziecka. Będą zastanawiać się, czy rodzic bardzo lub mniej angażujący jest efektywniejszy – oczywiście w cudzysłowie 😉 – w procesie wychowawczym. I mimo, że autorki w tytule sugerują; „Wychowanie bez wychowywania. Jak podarować dziecku wolność i wsparcie” to tak naprawdę zwracają uwagę na emocje, w tym te skrywane, których uczyliśmy się unikać możliwie, że przez znaczną część naszego życia, nie tylko dorosłego i ich wpływ na naszą pozycję w rodzinie, a także relacje z własnymi dziećmi.

To raczej zbiór złotych myśli, haseł motywacyjnych z dużą dawką teorii, która ma czytelnika – rodzica skłonić do zastanowienia się, ile jeszcze może dziecku dać, by w wolności było pełno miłości, a w miłości odpowiednia dawka wolności i jak ważne w wychowaniu są emocje. Emocje rodzica i emocje dziecka. Bo jak brzmi jeden z podrozdziałów „Dbanie o siebie to też dbanie o dzieci”.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

„Patriarchat rzeczy. Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn” Rebekka Endler

PATRIARCHAT RZECZY. ŚWIAT STWORZONY PRZEZ MĘŻCZYZN DLA MĘŻCZYZN

  • Autorka: REBEKKA ENDLER
  • Wydawnictwo: ZNAK KONCEPT
  • Liczba stron: 379
  • Data premiery: 18.05.2022r

Czy przeszkadza kobietom, że w kieszeniach damskich spodni nie mieszczą się telefony komórkowe? Czy macie coś przeciwko różowym, seledynowym, turkusowym golarkom? A czy kobiety czują się dyskryminowane tym, że w crash testach manekiny nie mają piersi? Ja na te pytania odpowiedziałam przecząco. Zapytałam o to samo moją siostrę i ona odpowiedziała w sposób podobny. Czy książka, która premierę miała 18 maja br. „Patriarchat rzeczy. Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn” Rebekki Endler jest więc potrzebna? Tak, zdecydowanie. To wydanie od Znak Koncept (@WydawnictwoZnak) nie zawiera tylko odpowiedzi na pytania związane z kolorami, pastelami, czy rozmiarami kieszeni.

W książce czytelnik odnajdzie dywagacje między innymi na temat:
 damsko – męskich konstrukcji językowych, które tak naprawdę są zawarte nie tylko w słowach, zwrotach. Komunikacja cispłciowa znajduje się już na wzorach dziecięcych śpioszków, czapeczkach, czy wózkach dziecięcych.
 właścicielstwa przestrzeni publicznej, w której w zależności od tego kim jesteśmy i jak głęboko wierzymy w nierówność płci, widzimy samych mężczyzn lub same kobiety, przy czym jedno wynika z drugiego. W szkole większość kobiet, wśród lekarzy większość mężczyzn, wśród bibliotekarzy większość kobiet itepe itede.
 targetowania produktów dla kobiet, które z natury są w mniejszym rozmiarze i w łagodniejszych barwach. Pastelowe i różowe z gruntu skierowane są do dam. O zgrozo!!!
 trudności w obcowaniu z technologią, Internetem i z czerpania przyjemności😊.

Książka składa się z dziewięciu rozdziałów, który ma swój przewodni, główny wątek. Rozdziały te są zatytułowane. Autorka podeszła do tematu w bardzo ciekawy sposób. Podczas pisania prowadziła ze sobą swoistego rodzaju dialog. Przedstawiała własne obserwacje jako fakty, spostrzeżenia jako niekwestionowaną rzeczywistość. Następnie rozbudzała dyskusję, w której kwieciście używała różnych argumentów. Chwilami sama chciała się przekonać. Momentami w bardzo prosty sposób przekonywała czytelnika. Endler pisze z własnej perspektywy. Formułuje wypowiedzi jednoosobowo. To czyni książkę bardzo osobistą.

Bardzo podobało mi się nawiązanie do przeszłości, do historii. Endler jako przeciwwagę dla stereotypów o braku umiejętności technicznych kobiet przedstawiła w rozdziale czwartym całą kolumnę kobiet wykorzystywanych w rozwoju techniki lub same ten rozwój kreujące. W aspekcie społecznym poruszyła ważne on-linowe akcje zorganizowane przez kobiety, które miały zwrócić uwagę współczesnego świata na ich problemy w akcjach na Facebooku, Twitterze, Instagramie i innych portalach. Nawiązała do patriarchalnych ulubionych seriali z lat dziewięćdziesiątych. I muszę przyznać, że ja też uwielbiałam „Mad Men”,  „Kochane kłopoty” i „Przyjaciół”, z których negatywnego wpływu zapewne nie dam rady do końca życia się wyzwolić😉. O seksistowskim, patriarchalnym dress codzie, czy imperiach modowo – kosmetycznych wspominać nie muszę. To dobrze, że współczesny świat zaczyna zmierzać w lepszym kierunku i widać różnorodność. Uwielbiam starsze modelki i starszych modelów. Tak samo jak reklamujących o różnej orientacji, kolorze skóry czy figurze😊. Możliwe, że doczekaliśmy lepszych czasów, a Rebekka Endler ciągle żyje w przeszłości…

Świat się zmienia. Ponad sto lat temu Polki, jako jedne z pierwszych uzyskały prawa wyborcze, znacznie wcześniej od Francuzek. Lot na Marsa, czy prezydentura w jednym z najbogatszych krajów była w dalekiej sferze marzeń, teraz jest na wyciągnięcie ręki. Męskie stereotypy zaczynają upadać dzięki działaniom wielu inteligentnych kobiet i mężczyzn, w cenie jest różnorodność. I dobrze poczytać o początkach, o tym co było, z czym nasze przodkinie musiały się mierzyć. Dobrze też czasem wiedzieć, że jesteśmy całkowicie w innym miejscu. I tego podejścia autorki mi zabrakło. Tych spostrzeżeń o otaczającym nas świecie, który uległa ciągłej zmianie mimo trudnych dla kobiet początków. Tych szczerych odpowiedzi, że nie o kolor powinno chodzić, a o to, czym karmimy od małego nasze dzieci i jak reagujemy na seksistowskie ich traktowanie przez innych.

Ciekawa popularnonaukowa pozycja. Dla badaczy, dla fascynatorów pozycji opiniotwórczych. Niekoniecznie dla szukających odpowiedzi. Nie do końca nie przekonała. Chociaż rysunki to udany pomysł😉.

Moja ocena: 5/10

Za możliwość zapoznania się z tą pozycją bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Koncept.