„Nie pozwól mi odejść” Anny Ziobro to kontynuacja losów Leny i Marcina z powieści „Moje życie przed Tobą”. Niestety nie miałam okazji zapoznać się z pierwszym tomem, ale klimatyczna okładka i ciekawy opis zachęciły mnie do sięgnięcia po najnowszą część. Mimo, że jest to kontynuacja można ją czytać bez znajomości poprzedniego tomu, gdyż autorka w kilku miejscach wspomina wcześniejsze wydarzenia. Lena przyjeżdża do Trójmiasta, żeby być z Marcinem, który właśnie przeszedł skomplikowaną operację. To młoda dziewczyna, która wiele już przyszła, jednak jest zdeterminowana, uczciwa i szlachetna. Kocham Marcina i chce z nim być, mimo przeciwności losu, mimo tego, że wszyscy łącznie z samym zainteresowanym zarzucają jej, że nie wie na co się pisze. Marcin to młody mężczyzna, który od wielu lat zmaga się z nieuleczalną chorobą, z jej różnymi etapami, z lękiem i obawą, co będzie dalej. Właśnie przeszedł skomplikowaną operację, czeka go długa rehabilitacji i nie wiadomo co będzie dalej. Czuje lęk na myśl o tym, że mógłby być dla Leny ciężarem, ukrywa więc swoje problemy ze zdrowiem, gdyż obawia się, że dziewczyna zda sobie sprawę, że życie z nim to dla niej zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy jej rodzice są temu mocno przeciwni. Lena po przyjeździe do Trójmiasta czuje się trochę osamotniona, nawiązuje znajomość z Adą, siedemnastoletnią mamą małego Krzysia. ojciec chłopca zostawił ich samych, nie interesuje się dzieckiem, a Krzyś ma problemy zdrowotne, potrzebuje specjalnej rehabilitacji. Ada nie ma na to pieniędzy, jej rodzice również. Niespodziewanie z propozycją pomocy pochodzi jej starszy brat Sebastian Tylko skąd on ma taką kwotę? Ada domyśla się, że nie z pracy sprzątacza w szpitalu. Mimo wątpliwości przyjmuje te pieniądze i nie pojęcia w co wplątał się jej brat i jak ją to połączy z Leną.
Książka czyta się szybko. Jest napisana lekkim i przyjemnym stylem. Mimo tego, że porusza wiele trudnych, życiowych kwestii nie dołuje. Za duży plus dla autorki poczytuję jej umiejętność pisania o trudnych sprawach w swobodny, przystępny sposób, bez przygnębiania, czarnowidztwa i zbędnego moralizowania. Akcja dotyka wielu istotnych, poważnych kwestii. Między innymi nieuleczalnej choroby, problemów z nią związanych, wątpliwości, lęków i obaw. Jest także kwestia relacji rodzinnych, więzi z rodzicami, a także tego jak wiele znaczy wsparcie najbliższych. Jest również poruszany temat popełnianych błędów i tego czy można je naprawić. Można by powiedzieć, że autorka dotyka kwestii relacji międzyludzkich na wielorakim poziomie, wzbudzając przy tym wiele różnych emocji i dając pretekst do życiowych refleksji. Zachęcam Wam gorąco do lektury. Moim zdaniem jest to idealna pozycja na długie jesienne wieczory.
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU DRAGON.
Jesień wyjątkowo sprzyja lekturze ciepłych, spokojnych, klimatycznych książek, które napełniają duszę spokojem, a serce ciepłem i są wprost stworzone do czytania ich pod kocem z kubkiem ciepłej, aromatycznej herbaty w dłoni. Kiedy więc na początku września otrzymałam od Wydawnictwa Pascal powieść „Tylko jedna chwila” pomyślałam sobie, patrząc na przepiękną okładkę, że będzie jak znalazł na jesienne wieczory. Mimo, że to druga książka autorki, po „Czerwonych kalendarzu”, dla mnie to pierwsze zetknięcie z jej twórczością. Jak odebrałam tą powieść? Czy jej lektura mnie rozgrzała i podniosła na duchu? Przeczytajcie sami…
Joanna mieszka w Skierniewicach, jest nauczycielką, opiekuje się matką. Całe życie pozostaje w cieniu młodszej siostry Aleksandry, która jest uznaną malarką mieszkającą w Warszawie razem z mężem i pięcioletnią córką. Życie młodszej z sióstr wydaje się być idealne, podczas gdy starszej sporo brakuje do szczęścia… Niespodziewanie wydarza się tragedia… Młodsza z sióstr ginie potrącona przez samochód. Joanna musi się zmierzyć z tym nieszczęściem, jednocześnie zajmując si matką, która coraz bardziej pogrąża się w rozpaczy. Danuta szuka ukojenia w alkoholu, depresja, niespełnione ambicje, demony przeszłości i żal nie pozwalają jej żyć normalnie. Tą trudną codzienność przerywa wizyta szwagra Gracjana, który przekazuje Joannie zaskakujące wiadomości, prosząc o opiekę nad małą Anastazją. Kobieta musi więc zmierzyć się z opieką nad dzieckiem, matką, próbuje również odkryć tajemnice, które zostawiła po sobie Aleksandra. Dodatkowo do miasta wraca były chłopak Joanny, jej pierwsza wielka miłość. Czy możliwy jest powrót do uczucia z przeszłości? Czy tego wszystkiego nie będzie dla kobiety za dużo?
Powieść porusza niesłychanie trudne i ważne tematy. Dotyka niełatwych relacji rodzinnych, więzi sióstr, która nie zawsze jest głęboka i szczera, relacji z matką, której niezamknięte sprawy z przeszłości nie pozwalają prawdziwie kochać swojego dziecka, które faworyzuje jedną z córek zupełnie tego nie widząc. Poruszany też zostaje temat miłości, błędów z przeszłości, wybaczenia, uzależnienia i wybaczenia. Sporo wątków skłania do głębokiej refleksji. Mimo poruszenia ważnych tematów książka nie przytłacza. Pozostawia z uczuciem ciepła na sercu, z przekonaniem, że na wszystko w życiu jest pora, że wszystko dzieje się po coś, a na zmiany nigdy nie jest za późno….Jest to mądra, skłaniająca do refleksji książka, jednocześnie nieprzytłaczająca zbędnym moralizowaniem i oratorstwem. Jeśli szukacie, lekkiej, ale skłaniającej do refleksji lektury na jesienne wieczory, ta powieść będzie dobrym wyborem.
Moja ocena: 6/10
Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu PASCAL.
„Marzenie panny Benson” Rachel Joyce pojawiło się na światowym rynku wydawniczym w 2020 roku. U nas nakładem @WydawnictwoZnak książka debiutowała 13 lipca br. Jest to ciekawa powieść w gatunku literatury pięknej opowiadająca niebanalną historię. Naprawdę niebanalną😉.
„(…) Miała uczucie, że zawsze patrzyła na życie przez szklaną ścianę, gdy tymczasem w tym szkle pełno było pęcherzyków i pęknięć, więc nigdy nie mogła dokładnie zobaczyć, co jest po drugiej stronie, a nawet kiedy jej się tu oddało, było za późno. (…) Margery zdała sobie sprawę, że coś w środku sprawia jej ból i że jest to świadomość, iż nigdy nie będzie taką kobietą. Zawsze będzie poza nawiasem.” -„Marzenie panny Benson” Rachel Joyce.
Tak 46-letnia Margery Benson myśli o sobie. Bezdzietna stara panna. Nauczycielka robótek ręcznych w nielubianej szkole. Córka pasjonata przyrody. Sama zafascynowana entomologią i opętana myśleniem o złotym chrząszczu, który podobno istnieje, a którego nikt jeszcze nie znalazł. Po samobójczej śmierci ojca, śmierci na wojnie braci, a także odejściu matki, wychowywana przez dwie ciotki. Sfrustrowana i samotna. Po jednym z wielu incydentów w szkole porzuca znienawidzone zajęcie i organizuje wymarzoną wyprawę do Nowej Kaledonii. W poszukiwaniu chrząszcza. W poszukiwaniu szczęścia. W poszukiwaniu siebie.
„Marzenie panny Benson” to pierwsza powieść Rachel Joyce, którą przeczytałam. Nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z książką. Powieść okazała się o wiele ciekawsza, niż wynikało z opisu Wydawcy i niektórych recenzji, na które rzuciłam okiem😉. Fascynująca jest nie tylko historia złotego chrząszcza, który jest pragnieniem Margery, lecz sama bohaterka. Kobieta o wyjątkowej aparycji. Wysoka, wręcz potężna. Nieatrakcyjna w każdym wymiarze. Do tego pełna sprzeczności, kompleksów. Zamknięta na świat i możliwości, które daje. Jej przeciwwagą jest Enid. Bardziej przyjaciółka, niż asystentka w wyprawie badawczej. Enid, która „(…) wtargnęła w jej życie tylko po to, żeby je zakłócić, a teraz, gdy odeszła, wydawało się ono nie tylko mniejsze i puste, ale także nikczemne.” Sama koncepcja podróży w latach pięćdziesiątych przez ocean dwóch kobiet jest bardzo ciekawa. Autorka przedstawiła w swej powieści najciekawsze z możliwych momentów. Zachwyt nad otaczającą przyrodą. Te wszystkie tam bananowce, czerwone papugi, „(…) paprocie wielkie jak węże, i kaktusy wielkości ludzi…” Ścieranie się obu kobiet pochodzących z dwóch różnych światów, posiadających całkiem odmienne poglądy i wyznających kompletnie różne normy etyczne. Historia Enid i Margery z niejednej chwili wzruszała, w innej irytowała, a w jeszcze innej mocno mnie ciekawiła. Zastanawiałam się, co będzie dalej, czy będzie happy end, czy niekoniecznie. Do tego obraz obciążonego trudnymi wydarzeniami Mundica pragnącego ponad wszystko towarzyszyć Pannie Benson w wyprawie.
Sama Nowa Kaledonia była mi całkowicie obca. Dzięki książce doczytałam, że jest to „francuskie terytorium zamorskie o statusie wspólnoty szczególnego rodzaju (sui generis) w zachodniej części Oceanu Spokojnego, w Melanezji, około 1400 km na wschód od Australii i 1500 km na północny zachód od Nowej Zelandii.” [ cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowa_Kaledonia z dnia 12.10.2022r.]. Rzeczywistość opisana w powieści jest tak po prawdzie brytyjsko – francuska. Pani Pope, Dolly i inne mieszkanki zadziwiają snobizmem, przeświadczeniem o własnej wyjątkowości i nieomylności. Z drugiej jednak strony tworzące dość ścisłą społeczność żon, na które zwróciłam uwagę w trakcie czytania. Stanowią ważny wątek poboczny historii.
Książka ma idealną, jak dla mnie, konstrukcję. W wątek chrząszcza autorka wprowadza nas w pierwszym rozdziale, który umiejscowiony został w 1914 roku, gdy Margery ma dziesięć lat. W czterech kolejnych częściach ukazuje zdarzenia przed rozpoczęciem przygody w 1950 roku, w jej trakcie pod koniec listopada 1950 i w lutym 1951, a także już po. Nie, nie zdradzę Wam, czy chrząszcz się znalazł. To musicie doczytać sami. Zaznaczę już na koniec, że narracja jest bardzo płynna, ciekawa. Autorka nie zanudza przyrodniczymi niuansami. Nie ma w powieści żadnych nieciekawych popularnonaukowych treści. Wszystkie wiadomości zostały podane we właściwych proporcjach. Język jest całkowicie zróżnicowany, dostosowany do postaci. Czasem agresywny i obrazoburczy. Czasem delikatny i na wskroś literacki.
Książka zasługuje na uwzględnienie w Waszych planach czytelniczych. Zanurzcie się w historię dwóch kobiet, które różni wszystko, a połączyło jedno, wspólne pragnienie. Miłej lektury!
Moja ocena: 8/10
Dziękuję Wydawnictwu Znak za podarowanie mi egzemplarza recenzenckiego.
W pierwszym słowach przepraszam Autorkę @Sabina Waszut-strona autorska. Szczerze przyznaję, że nie zamierzałam przeczytać jej najnowszej powieści historycznej zatytułowanej „Ogrody na popiołach”. Pomyślałam; świętochłowiczanką nie jestem, ani z wyboru, ani z pochodzenia mimo mego śląskiego wywodzenia się😊, czytałam wiele książek historycznych z tematyką obozową, a i nastrój nie ten, by podejmować kolejną trudną lekturę. Niestety ogrom zainteresowania publikacją wydaną nakładem @Wydawnictwo Książnica, która debiutowała w dniu 7 września br., przerósł moje wyobrażenia o lekturze. Przeczytałam lub obejrzałam mnóstwo recenzji, wywiadów, relacji ze spotkań. Jeden wątek powtarzający się związany jest z niewiedzą. Związany jest z ukrywaniem prawdy. Związany jest ze strachem, by nie wspominać o komunistycznych zbrodniach, które działy się praktycznie obok nas. Na naszych ulicach, obok naszego domu. Zaciekawiło mnie to. Zainteresował mnie obóz, który był wcześniej filią hitlerowskiego Auschwitz, by później przez kilka miesięcy stać się miejscem katorżniczego wyzysku i zemsty na Ślązakach za hitlerowskie zbrodnie. Ślązakach, którzy często nie wiedzieli, za co zostali osadzeni. By osądzić „(…) ile w Ślązaku jest Polaka, a ile Niemca.” Tak mnie zaciekawiła tematyka, że w końcu książkę kupiłam i przeczytałam. I nie żałuję, ani pierwszego, ani tym bardziej drugiego.
A wszystko zaczęło się, jak sama Autorka wspomina w „Posłowiu” wiele lat wcześniej, gdy na spotkaniu autorskim w Świętochłowicach pewien starszy pan zaczął opowiadać o komendancie obozu, Salomonie Morelu (na marginesie jedna z jego córek jest czynną aktorką i piosenkarką). Z obawy, że powiedział za dużo, w pewnym momencie przerwał. Na co uspokajająco zareagowała jego żona zachęcając go do kontynuacji i stwierdzając, że „(…) teraz już może o tym mówić.” Tyle lat po 1945 roku!!! Tyle lat po obozie!!! Tyle lat po tym, gdy Morel został przeniesiony na inne, intratne stanowiska w komunistycznej ubecji! Tyle lat….
„Obóz na zgodzie w Świętochłowicach stał się symbolem Tragedii Górnośląskiej, o której, zdaniem wielu, wciąż lepiej jest milczeć, niż mówić zbyt głośno. Strach, który został wówczas zasiany, nadal panuje i być może nigdy nie uda się go wyciszyć.” – słowa Autorki we Wprowadzeniu [w:] „Ogrody na popiołach” Sabina Waszut.
Ten paraliżujący strach dał się we znaki w roku 1966 Karolowi Plochowi, niewidzącemu sprzedawcy w katowickim kiosku. Gdy usłyszał znienawidzony głos i równy, silny krok, a także poczuł zapach wody kolońskiej Salomona Morela, komendanta obozu pracy w Świętochłowicach – Zgodzie. Ten paraliżujący strach poczuł Karol Ploch również i w 1996 roku, gdy wraz ze swoim synem Piotrem odwiedził tereny byłego obozu i dane mu było przejść jeszcze raz przez jego główną bramę, pięćdziesiąt jeden lat później, pięćdziesiąt jeden lat po. A o strachu, który położył się cieniem na całe późniejsze życie Karola Plocha w trakcie kilkumiesięcznego pobytu w obozie nie sposób tu opowiedzieć, nie sposób Was do niego zbliżyć. To trzeba przeczytać słowami Sabiny Waszut. Trzeba prześledzić, by zrozumieć, co znaczy Tragedia Górnośląska i co dla osadzonych w obozie, znaczyło się tam znaleźć.
„Ogrody na popiołach” Sabiny Waszut pozostawiły mnie w silnych emocjach, które towarzyszyły mi przez dwa wieczory, w trakcie zanurzania się w lekturę. Te emocje nadal czuję, nadal je przeżywam. To dobrze. Oznacza to, że ta powieść historyczna długo, a może nigdy, nie zostanie przeze mnie zapomniana. Tak jak historia, której dotyczy, nie powinna być zapomniana przez nikogo, a tym bardziej przez żadnego ze Ślązaków.
„Kto nie przeżył wojny, ten nigdy nie pojmie, jakie prawa nią kierują, kto nie przeżył wojny tutaj, na Śląsku, ten nie zrozumie, że nic nie jest czarno – białe.” – „Ogrody na popiołach” Sabina Waszut.
Sam tytuł nie jest przypadkowy. Ówczesny obóz „Zgoda – Świętochłowice” to aktualnie miejsce pracowniczych ogródków działkowych. Z jego terenu została brama. Oryginalna. Strasząca. Przypominająca. Zaraz za nią zieleń, a w okresie jesiennym opadające złociste liście. Miejsce odpoczynku i relaksu. Miejsce zjazdów i miejsce wieczornych spotkań przy grillu. Praktycznie na miejscu śmierci wielu niewinnych ludzi. Miejscu katowania wielu niesprawiedliwie osadzonych. Choć Autorka patrzy na to całkiem inaczej.
Pani Sabina Waszut wydarzenia przedstawiła w sposób bardzo sugestywny, z niezwykłą, wrodzoną sobie subtelnością. Mimo bardzo trudnych wydarzeń, które zostały opisane w książce, jej fabułę śledziłam bardzo płynnie. Kolejne zdania napływały jedne po drugich, historie przeplatały się. Te poboczne, dodane jakby od niechcenia, doprecyzowujące rzeczywistość historyczną, w której została osadzona akcja okazały się dla mnie wyjątkową wartością. Historia Margot i jej rodziny z fryzjerskimi tradycjami, charakterystyka infrastruktury, wspominane ulice zmieniające nazwy i pomniki, które dość w krótkim czasie zaczęły odzwierciedlać całkiem co innego, to jakby delikatne koraliki rozrzucone tu i ówdzie dla ozdoby, dla dopełnienia. Dzięki temu czytelnik został żywo osadzony w ówczesnych czasach. Dzięki temu czytelnik może poznać panujące nastroje, opinie, które dominowały. I dzięki temu mogłam dowiedzieć się na przykład, że mieszkańcy Śląska twierdzili, iż czerwonoarmiści nie są w stanie zdobyć Śląska i przejść choćby metr katowickimi ulicami.
Bardzo dobrze Autorka odzwierciedliła realność polsko – niemieckiego Śląska. Tę dychotomię, której nie rozumieli sami Ślązacy. Gdzie Nowak czuł się Niemcem, a Ślązak, którego nazwisko poprzedzone było „von” uważał się za Polaka. Rozstrzygnięcia polityczne po plebiscycie nie były oczywiste dla samych zainteresowanych. Nie rozumieli dlaczego Zabrze, Bytom i Miechowicie zostały po stronie Niemieckiej, a inne tereny włączono do Polski. Ślązak żył ze Ślązakiem jak Niemiec z Polakiem i odwrotnie. Takim właśnie mieszanym małżeństwem byli Plochowie, Karol i jego żona Margot. Warto zwrócić uwagę na stronę dwudziestą trzecią powieści, w której Pani Waszut idealnie opisuje złożoność światopoglądową, patriotyczną i polityczną tego terenu. Jak sama Margot uważała, posiadająca kategorię II na volksliście, „Winni są tylko ci, którzy wciskają im karabiny w dłonie…”.
„Nic dobrego nie uczyniła żyjącym tu od pokoleń ludziom ta wielka polityka, która nagle, przypomniawszy sobie o Helmucie, Jendrysku czy Berciku, pozwoliła im zdecydować, kim czują się bardziej albo raczej: gdzie chętniej będą mieszkać. A potem, już bez pytania, i tak podzieliła śląską ziemię po swojemu, przecinając na pół miasta, wsie a nawet zagrody, stodoły oraz haźle.” – „Ogrody na popiołach” Sabina Waszut.
Czytając o Jendrysku nie mogłam się nie uśmiechnąć pod nosem. Czyżby to ukłon w stronę bohatera serii kryminałów retro autorstwa Moniki Kassner? 😉.
Wracając jednak do recenzji w wielu miejscach złapałam się na zachwycie nad historyczną wartością powieści. Wiele kwestii musiałam sama zgłębić w dostępnych, internetowych źródłach.
volkslist zasługuje na wspomnienie. Decyzje, które później kładły się na losach Ślązaków zmuszające ich do podjęcia trudnego procesu rehabilitacji. Jak wynika z zacytowanych wprost w książce historycznych dokumentów wielu z nich znalazła się tam przypadkiem, bez własnej zgody. Jak młodzi chłopcy wychowywani w polskich domach i mówiący po polsku, automatycznie wpisywani do Hitlerjugend, czy muzycy z orkiestry zakładowej, których nikt się nie pytał, czy chcą być wpisani do NSDAP. Czy chociażby nauczyciele z niemieckich szkół, jak Jan Janosch, prawdziwy zbrodniarz nazistowski = nauczyciel Karola, niezwykle tragiczna postać. Warto również wspomnieć o historycznych postaciach. O samym komendancie Salomonie Morelu. Żydzie z pochodzenia, któremu Polacy wydali rodzinę i przez których to, oprócz jednego brata, rodzinę stracił. Osobie uważanej przez swe otoczenie za miłego, kulturalnego człowieka. Będącego jednocześnie sadystą, despotą, psychopatą w warunkach obozowych. Fakt historyczny, gdzie Morel wiezie złapanego po ucieczce Erica, mrozi mi nawet teraz krew w żyłach. Morel, który „Ciągle pytał, dlaczego uciekłem, bo przecież tu jest wspaniale (…) Wspaniale! Cudownie!”. Morel, który doprowadził do wybuchu tyfusu pozwalający by „(…) tym samym wozem, którym wywożono ciała, przywożono do obozu chleb.” Czy sam wspomniany Eric van Calsteren Holender z pochodzenia, który całkowicie niesłusznie, jak wielu zresztą, znalazł się w obozie. A także Wanda Lagler obywatelka Stanów Zjednoczonych, niezwykle bogata kobieta, gdzie cały sztab prawników występował o jej zwolnienie, którego niestety nie dożyła. A także sami więźniowie pełniący w obozie ważne funkcje, o których nie będę już spojlerować.
Sabina Waszut stworzyła powieść o miejscu, o którym zapomniała na kilkadziesiąt lat historia. O losach skrzywdzonych, potraktowanych jak Nazistów Ślązakach, którzy odpowiedzieli za grzechy innych, którzy zemstę musieli przyjąć na siebie. Jedni żyli naprawdę. Innych stworzyła Autorka jako zlepek osobowości, życiorysu innych bohaterów, wzbogacając opowieść o ich bezpośrednią relację. Nie jest to książka dokumentalna, ani popularnonaukowa. Jest to powieść historyczna, która o obozie pracy w Świętochłowicach – Zgodzie nauczyła mnie – Ślązaczkę z pochodzenia znacznie więcej, niż jakakolwiek rozmowa, jakakolwiek dotychczasowa publikacja na ten temat. Nauczyła mnie ją rozumieć. Nie tylko w sferze racjonalnej, lecz przede wszystkim, co ważniejsze zresztą, w sferze emocjonalnej, w bardzo głębokiej płaszczyźnie.
Bardzo wartościowa lektura. Napisana z ogromnym zaangażowaniem i historyczną pieczołowitością. Skomponowana w płynną opowieść, której roli dydaktycznej nie jestem w stanie ocenić. KONIECZNIE PRZECZYTAJCIE !!!!
Moja ocena: 9/10
Książka ukazała się nakładem WYDAWNICTWA KSIĄŻNICA.
@Edyta Świętek to Autorka czterdziestu książek z gatunku literatury obyczajowej. O swoich i nie tylko książkach dzieli się spostrzeżeniami na stronie @Edyta Świętek – strona poświęcona książkom. Ja od czasu do czasu uwielbiam sięgnąć po powieść obyczajową jako przeciwwagę do thrillerów, kryminałów i sensacji, które wręcz ubóstwiam. Sporą ofertę książek tego typu ma @wydawnictwoPascal, które również w dniu 24 sierpnia br. wydało najnowszą powieść Edyty Świętej pt. „Przezroczyste”.
„(…) miłość to iluzja, a małżeństwo jest pokutą dla kobiety.” -„Przezroczyste” Edyta Świętek.
Sylwia Stokłosa w klasie maturalnej zachodzi w nieplanowaną ciążę z Karolem Widłakiem, z czego jej i jego rodzice nie są tak samo zadowoleni. Kilkanaście lat później jest jego żoną pracującą w sklepie z odzieżą wychowującą dwie córki, osiemnastoletnią Patrycję i o rok młodszą Kamilę. Karol osiągnął zawodowy sukces. Sylwia niekoniecznie. Jej wykształcenie pozostało na poziomie zdanej matury. Córki przeżywają swoje wzloty i upadki, a Sylwia próbuje podsumować swoje życie.
To typowa powieść obyczajowa składająca się z dwóch części i interesującego prologu, który kładzie się później cieniem na całej fabule. Rozdziały zostały ponumerowane i zatytułowane. Tytuł odnosi się wprost do treści, które znajdujemy w danej części. Narracja jest trzecioosobowa. Zabrakło w niej silniejszego rysu psychologicznego, kontekstu psychologicznego wielu postaci. Postać męża, Karola jest od początku do końca zła, egoistyczna. Jego motywacja i osobowość nieskomplikowana, oczywista.
„Mąż zawsze stawiał na swoim, a ona po prostu musiała rezygnować z własnych marzeń. Ba! Na jakimś etapie odkryła z przygnębieniem, że właściwie zrezygnowała z samej siebie, ponieważ zawsze była stroną ustępującą i dbającą o to, by inni mogli czuć się szczęśliwi.” -„Przezroczyste” Edyta Świętek.
Trudno wiedzieć, co miała na myśli Edyta Świętek kreśląc taką, a nie inną opowieść. Nie znam motywacji do napisania „Przezroczyste”. Dla mnie ta powieść jest trochę próbą stworzenia niezobowiązującej ody do kobiecości, do macierzyństwa, niestety z jej wszystkimi mankamentami, wadami i ograniczeniami. Denerwowała mnie postać Sylwii. Z jednej strony widziałam w niej ofiarę, z drugiej sprawczynię własnego losu. Sam dialog ze strony 36, w którym mąż oskarża ją o dwie nieplanowane ciąże ogromnie mnie wzburzył. Mimo, że wielokrotnie powtarzał się motyw wspólnej odpowiedzialności za powołanie do życia za wcześnie dzieci, Sylwia nie potrafiła w ten sposób zripostować własnego męża i to po osiemnastu latach wspólnego życia. Tym bardziej, że Karol nie stosuje przemocy, bądź co bądź…. Aż tu nagle totalne zmiana Sylwii. Nierzeczywista, nieprawdziwa. Kobieta wiele lat tkwiąca w takim związku potrzebuje najpierw zapewne oświecenia, później długiej, naprawdę długiej drogi do zebrania w sobie siły, by zmienić swoją postawę, aż wreszcie odwagę, by wdrożyć zmianę w życie. U Sylwii przemiana nadchodzi automatycznie, od razu, szybko. Za szybko.
A do tego drażniące mnie literówki. Na stronie 35 zamiast „ona” użyto „on” („Karolu! On powinna zająć się nauką…” Na stronie 101 zamiast „będę” jest „będą” („Kurczę! Ale czad! Będą ciotką!”).
Zdecydowanie „Przezroczyste” nie okazały się lekturą dla mnie. Mogłabym jej w ogóle nie czytać. Zaoszczędziłabym sobie, mimo naprawdę świetnego pomysłu na fabułę, kilku godzin z irytującą mnie główną bohaterką, której postać została za mało zobrazowana w aspekcie emocjonalnym i psychologicznym w odniesieniu do ogromnej zmiany, która w niej później nastąpiła. Ale w sumie takie jest życie😊. Nie każdy spotkany człowiek nas zachwyca. Nie każdy nadaje naszemu życiu sens. Szczerze, im więcej mam lat, tym częściej ktoś mnie irytuje. Możliwe, że fikcyjne postaci powinny robić to samo w moim czytelniczym życiu.
Moja ocena: 5/10
Za możliwość zapoznania się z lekturą i podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu PASCAL .
Niezwykle się cieszę, że @Wydawnictwo Replika zdecydowało się zaprezentować polskim czytelnikom książkę, która wiele lat temu czekała aż trzy lata, by zagraniczny wydawca zdecydował się ją opublikować. Długo Amy Koppelman walczyła, by „Łapiąc oddech” ujrzało światło dzienne w 2003 roku. I mimo, że temat depresji poporodowej jest ciągle zrzucany na dalszy plan, to powieść głęboko mną wstrząsnęła ukazując realizm problemu, z którym boryka się młoda matka – piękna kobieta mającego inteligentnego, kochającego męża i mieszkanie z widokiem na Central Park. Książka po wielu latach doczekała się światowego wznowienia w 2021 roku przy okazji ekranizacji filmu pod tym samym tytułem z Amandą Seyfried, którą uwielbiam, w roli głównej i Finnem Wittrockiem. Scenariusz napisała Autorka, a co mnie zdziwiło, sama Amy Koppelman zajęła się też reżyserią. Film miał premierę w dniu 29 października 2021r. Film kręcono w Nowym Jorku i we wsi Great Neck (Nowy Jork, USA). Okres zdjęciowy trwał od września 2019 do października 2020 roku. Ekranizacja przypomniała Polsce o pierwowzorze. Dzięki czemu polska premiera książki odbyła się 20 września br.
Film jeszcze przede mną, ale nie ukrywam, że mam go w planach. Mam nadzieję, że nie wstrząśnie mną tak bardzo jak lektura.
„Jeśli wyglądasz na szczęśliwą i piękną, to jesteś szczęśliwa i piękna.” -„Łapiąc oddech” Amy Koppelman.
To nieprawda. Wie o tym Julie Davis, która mieszkając na Upper West Side, mająca męża zwracającego się do niej „kwiatuszku” i pięknego małego synka Teddy’ego popełnia samobójstwo. Na szczęście próba się nie udaje. Julie zaczyna przepracowywać swoje życie na nowo. Wspierana farmakologią, prowadzona psychoterapeutycznie przez lekarza. Stara się cieszyć z każdego dnia, wielokrotnie afirmując się z bycia matką, z bycia żoną, z bycia córką. Niespodziewana druga ciąża komplikuje proces leczenia. Dojrzewające w jej łonie dziecko uniemożliwia zażywanie antydepresantów. Niekończące się zmagania z chorobą osłabiają Julie. Czy da radę zawalczyć o wspólną przyszłość dla Ethana, dla Teddy’ego, dla nowonarodzonej Rachel?
Głęboko poruszyła mnie ta lektura!
Amy Koppelman stworzyła idealną postać, by opowiedzieć światu o niszczącej chorobie, jaką jest depresja i jej przebiegu w okresie poporodowym. Julie jako protagonistka powieści pokazuje prawdziwe oblicze kobiety zmagającej się z trudnymi, dołującymi myślami, stanami lękowymi i bezsennością. Stara się ciągle wmawiać sobie, że powinna być szczęśliwa, że nikt z jej otoczenia nie zasługuje na to, by chorowała. W ten sposób chorowała. Nawet w przeddzień nawrotu chorobu tłumaczy mężowi, że przez dziewięć miesięcy czuła się znakomicie, nic jej nie było. Tylko, że depresja to silna jednostka chorobowa, która w najmniej spodziewanym momencie wychodzi z ukrycia, by wszystko zabrać. By ostatecznie zawładnąć całym życiem, wszystkimi przyszłymi dniami. Julie o tym się też przekonała.
„Julie czuje, że zaczyna się pocić i poluzowuje szalik. Ta próżna i brzydka część niej samej zwala się nocą na jej barki. Znowu tu jest, grożąc palcem. Wewnętrzny głos, pełen złych przeczuć ostrzega: Nie uda ci się, cokolwiek byś zrobiła, przegrasz.” -„Łapiąc oddech” Amy Koppelman.
Wzruszyłam się w wielu momentach czytając o normalnie, do której aspirowała Julie. Czytając o jej małych sukcesach. O spacerze z synkiem, o odwiedzinach u koleżanki na prezentacji wyrobów z Tupperware, o zakupach brzoskwiń, z których Julie przygotowywała owocowy mus dla Teddy’ego. Te małe sukcesy, które mogły zamienić się w duże zwycięstwo napawały mnie optymizmem. Szczerze dopingowałam Julie licząc, że finalnie zwycięży, że będzie po tej jasnej, bardziej kolorowej stronie tęczy z kochającym, łagodnym mężem u boku i dwójką wspaniałych, ślicznych dzieciaków.
Narracja jest trzecioosobowa, jednakże bardzo intymna. Na Julie i jej walkę z chorobą patrzymy oczami wszystkowiedzącego narratora, który nie tylko relacjonuje wydarzenia z życia Julie, lecz także zagląda do jej duszy, do jej wspomnień i do jej serca. Niestety często odgrzebując najtrudniejsze momenty z jej przeszłości, najmroczniejsze pragnienia i chwile. Szczególnie rola rodziców została dogłębnie zaprezentowana. I rola matki Julie, i rola ojca, którego nie było, a który pozostawił po sobie wiele trudnych wspomnieć i pokłady niespełnionej rodzicielskiej miłości. Narracja się więc całkowicie przeplata. W kolejno ponumerowanych rozdziałach czytelnik zaczytuje się w życiu Julie przed drugą ciążą, a po „wypadku” jak o próbie samobójczej mówi jej własny mąż, a także w okresie ciąży i zaraz po na równi z życiem Julie z obojgiem rodziców i tylko matką. Z życiem Julie przez Ethanem i już razem z nim. Z życiem Julie, która kiedyś była inna, a teraz „(…) chce być żoną dla Ethana i matką dla Teddy’ego…” i która „(…) musi pozwolić sobie na oddech.”. Z życiem Julie na modłę i podobieństwo innych kobiet z grup odniesienia. Tymi, które cieszą się z macierzyństwa. Tymi, które karmią przez sześć miesięcy, nawet jeśli nie mogą brać przepisanych im leków. Tymi, które są szczęśliwe, zawsze szczęśliwe lub by być bardziej precyzyjną, na takie tylko wyglądają. To narracja tragiczna, w wielu jej wymiarach. Nie tylko w postaci samej głównej bohaterki.
Powieść mną wstrząsnęła. Nie spodziewajcie się happy endu, który mi wydawał się możliwy. „Łapiąc oddech” stanowi niespotykany obraz chorej na depresję matki, żony i córki. Życiowo pasywnej kobiety, dla której drobne sprawy nabierały rangi ogromnego wysiłku. Kobiety, której kibicowałam i którym powinniśmy kibicować w prawdziwym życiu. Rozglądajmy się, czy nie widać takiej Julie wokół. Rozglądajmy się i reagujmy, by kiedyś nie było za późno…
Sięgnijcie po to kompendium wiedzy o życiu i walce, którą czasem trzeba stoczyć. Sięgnijcie po „Łapiąc oddech”. Szczerze Was do tego zachęcam.
Moja ocena: 8/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU REPLIKA.
„Narzeczona z powstania” @Magda Knedler debiutowała nakładem @wydawnictwomando w dniu 7 września 2022 roku. Ostatnio tej Autorki czytałam opowiadania, które znalazły się w antologiach „Teraz cię rozumiem mamo” oraz „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny”. Przygodę z prozą rozpoczęłam od kryminału w atmosferze Świąt Bożego Narodzenia pt. „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” z 2017, który skojarzył mi się z klasycznym kryminałem w stylu samej Agathy Christie. Zabierając się do czytania premiery z września br. zwróciłam uwagę na zapowiedź premiery z 12 października 2022 pt. „Pani z labiryntu”. Skąd ten wysyp publikacji w tak krótkim czasie Pani Magdo? No skąd?
„Większość chłopów nie nadaje się na ojców. I w ogóle nie nadają się do mnóstwa innych rzeczy, no ale jakoś są w tym życiu potrzebni i co poradzić.” -„Narzeczona z powstania” Magda Knedler.
Historia zaczyna się w czasach, gdy o mężczyznach inaczej się mówiło i inaczej się ich traktował. Zaczyna się w 1938 roku w rodzinie Marii Gołyńskiej. To historia jej rodziny. Matki Julji i ojca Józefa, na którego własna żona często mówiła Osip. To opowieść o jej siostrze Staci. O domku na Bródnie i mieszkaniu w Centrum Warszawy na Jagiellońskiej. To dzieje jej miłości do Walentego Mickiewicza. Sieroty zakochanego w kraju, oddanego żołnierza. I opowieść o służbie Marysi w oddziałach PKW. To też historia Rudolfa, chociaż trwała znacznie krócej niż Marii. Historia jego przyjaciela Faji, jego nie-żony Lotki, jego zamiłowania do alkoholu, do papierosów, do tańców i do dziewiarstwa. To trochę więc historia Leona Pyszli, który prowadził zakład dziewiarski. Historia Żydów, Polaków, Żołnierzy przez duże „Ż” i tych co ocaleli. A najpiękniejsze w tej historii jest to, że ona zdarzyła się naprawdę. Że była Marysia, była Julja, był Osip i Walek, a także Rudolf ze swoimi przybocznymi i rodziną. Wielu z nich było i żyło. I o nich jest ta historia…..
Niezwykle barwna opowieść o prawdziwym życiu !
Ogromnie się cieszę, że sięgnęłam po powieść Magdy Knedler pt. „Narzeczona z powstania”. Gdybym tego nie zrobiła, nie byłabym w stanie dać się ponieść wyjątkowo płynnej historii, która mimo, że opowiada o trudnych czasach, to robi to w sposób tak subtelny, tak delikatny, że ostatnią stronę praktycznie żegnałam z bólem. Autorce należą się wyrazy uznania i szacunku za odwagę w opowiedzeniu tej historii. Jak zresztą sama przyznała w „Od autorki” książka poprzedzona została bardzo głębokim researchem, badaniami w wielu archiwach, analizą różnych dokumentów, które znalazły się w jej rodzinie. Knedler, mimo, że do powieści podeszła bardzo intymnie, bardzo osobiście to stworzyła historię, którą z zaciekawieniem czytałam. Okazała się fabularyzowaną historią rodzinną, w której prawdziwi bohaterowie i realne historie wiodą prym.
Osobisty stosunek do opowiedzianych zdarzeń Autorka zaznaczyła wyraźnie w narracji. Dość dziwna to konstrukcja. Chyba z taką spotkałam się po raz pierwszy. Losy Marii, Rudka i innych opowiadane są z perspektywy narratora trzecioosobowego, który pełni funkcję kreatora treści. Od czasu do czasu jego w opowieść wkrada się chochlik w osobie samej Pani Magdy, który wtrąca swoje przysłowiowe trzy grosze.
„Koleżanki mają na sobie spodnie, ale Marysia spódnicę. Wiem już, że to spódnica starego wzoru…”
„Zostawiam cię tam, na portierni, zdyszaną, szczęśliwą, zakochaną. Mam ten list….”
„Walek wsunął jej w dłoń, delikatny złoty krzyżyk na cienkim łańcuszku. (…) Sześć lat później włożyłaś ten krzyżyk, kiedy szłaś na Wileńską, by sobie zrobić zdjęcie.”
To tak jakby narracja w narracji. Z jednej strony niezwykle osobista, relacyjna. Z drugiej oddana chronologii w stylu profesjonalnego komentatora, któremu obce są wzniosłe uczucia i silne emocje. Ta dwoistość jest czymś fantastycznym. Jest wyjątkowa i nietypowa. A do tego idealnie oddaje atmosferę powieści,
Niezwykle ukochałam sobie postać Walka Mickiewicza. Nazwisko wyjątkowe, jak wyjątkowy okazał się sam bohater. W dawnym stylu, typowy absztyfikant sprzed prawie stu lat. Sama Maria jest pełna sprzeczności. Dość pragmatyczna. Bo przecież „(…) wzruszenia są dla egzaltowanych panien, które nie mają innego pomysłu na życiu, jak tylko kochać się w kimś i wzdychać do strzelistych topoli.” Idzie przez życie, aż do 1991 roku, usuwając kłody, które spotyka na swojej drodze. Wyszarpując je rękoma, kopiąc stopami. Mimo ran, mimo siniaków i mimo skręceń. To pewiaczka, działaczka społeczna, też członkini partii komunistycznej. To matka bezdzietna i dzietna. To żona bez męża i z mężem. Losy Marii splatają się w ciekawy wątek od początku do końca. Nie nużyły mnie, nie denerwowały. Losy przed wojną, wojenne i powojenne, a także niechlubne pod komunistycznym nadzorem, Knedler odzwierciedliła bardzo wiernie. Nic, tylko chłonąć tę atmosferę.
Na uwagę zasługuje portret Julji i Józefa. Portret dwójki przypadkowo spotkanych sobie ludzi w Helsinkach. Pary, która po ogromnej stracie postanowiła stworzyć dom na nowo. Dom, najpierw dla dwóch, a później dla czterech członków rodziny. Julja, ukryta arystokratka mogłaby być postacią odrębnej powieści ze swoją pogmatwaną, trudną historią. Mimo, że jest postacią poboczną jest wartością samą w sobie. Za to kompletnie nie spodobała mi się postać Rudolfa, mimo, że sama Autorka poświęciła mu wiele uwagi i troski. W wielu miejscach tłumaczyła jego wybory, jego zachowania, umniejszając jego wady i niechlubne czyny. Ciekawy, choć nie bez defektów człowiek, który wiele w życiu przeszedł. Aż strach pomyśleć o tych wszystkich czytanych historiach, w których on i inni bohaterowie brali udział. Trudno myśleć o Faji, o Irence, o Krysi, o kobiecie, którą odwiedziło sześciu czerwonoarmistów, a która na strychu ukryła trzy kobiety całkowicie później o nich zapominając. Historie te smucą, zastanawiają, przywołują pamięć. I dobrze. Bo o pamięć tu chodzi. O pamięć o tych wydarzeniach i o ich uczestnikach, którzy przez wiele lat żyli pośród nas.
Szkoda, że nie mam takiego talentu jak Magda Knedler. Wtedy sama mogłabym opowiedzieć trudną historię mojej rodziny. Musicie jednak wiedzieć, że mimo, iż „Narzeczona z powstania” oparta została na fragmentach biograficznych rodziny Autorki, jest to powieść uniwersalna. Jest to książka fabularyzowana, która wszechstronnie opowiada o przedwojniu, wojennej zawierusze, a także czasach następujących po niej. I o ludziach, którym przyszło żyć w ich tle. Napisana została w bardzo dobrym stylu. Wydarzenia naznaczono wyraźnie latami, w których się dzieją. Poszczególne elementy oddzielono od siebie zatytułowanymi rozdziałami. Słowa układają się w piękne zdania, bez powtórzeń, bez współczesnych, potocznych sformułowań i bez powszechnych naleciałości, które czasem mnie denerwują. Czyta się płynnie i szybko, mimo sporej objętości.
Gorąco polecam książkę Narzeczona z powstania” Magdy Knedler. To książka dla każdego. To nie tylko powieść dla fanatyków historii i czasu wojny. To nie książka dla fanów romansów, czy sag rodzinnych. To książka dla czytelnika ceniącego dobrą prozę, w której atmosfera opisywanych lat została oddana praktycznie w stu procentach. I w której bohaterowie prześcigają się w swojej wyjątkowości i barwności. Idealna lektura na jesienne dni. Udanej lektury!!!
Moja ocena: 8/10
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.
„Kancelaria” od @Gabriela Gargaś to poprzednia, przed „Kacprem”, powieść Autorki, której recenzji nie opublikowałam w zawierusze urlopowo – wakacyjnej😊. Na półkach księgarskich pojawiła się 27 lipca br. nakładem Wydawnictwa Lekkie. Idealna lektura na lato, które niestety już minęło😉.
Co do samego Wydawcy, to jak przeczytałam; w sierpniu 2021 roku „(…) w ramach należącej do Grupy ZPR Media spółki Time SA powstała nowa marka – Wydawnictwo Lekkie, które ma specjalizować się w literaturze o charakterze rozrywkowym, kierowanej przede wszystkim do czytelniczek szukających lekkiej, beztroskiej, relaksującej lektury.” (cyt. za: https://wydawca.com.pl/2021/09/07/wydawnictwo-lekkie-nowa-marka-w-grupie-zpr-media/ z dnia 21.09.2022r.)Po przeczytaniu „Kacpra” tej samej Autorki (recenzja na klik), założyłam, że powieść zatytułowana „Kancelaria” taka właśnie będzie. Czy się pomyliłam? Co dziwne na samej stronie marki w zakładce Nasze Marki nie ma informacji o Wydawnictwie Lekkie, jest tylko kafelek w „Książki i fonografia” z @hardewydawnictwo publikującym całkowicie inną literaturę (zobacz: https://www.grupazpr.pl/ ). Jakby Wydawca odseparowywał się od książek z happy endem, które mają na nas, czytelników działać terapeutycznie. Jakby… Bo jaka jest prawda, trudno powiedzieć… Tym bardziej, ze sama Autorka w „Podziękowaniach” na końcu książki złożyła wyrazy wdzięczności Wydawnictwu Harde😉. A i sam post promujący książkę znalazł się na oficjalnym profilu FB @hardewydawnictwo (link dla ciekawskich tutaj). Które więc wydawnictwo wydało tę publikację, Lekkie czy Harde?
„Niekiedy jedna miłość wypiera drugą. Złamane serce da się uleczyć…” – „Kancelaria” Gabriela Gargaś.
Emilia „(…) Jest prawniczką. Jej ojciec jest właścicielem kancelarii, wujek prokuratorem, ciotka policjantem w kryminalnych, a brat cioteczny w dochodzeniówce.” Ada, jedyna mężatka w towarzystwie i matka dwójki dziewczynek twierdzi; „Dopadł mnie jakiś marazm. Monotonia. I zadaję sobie pytanie: to wszystko? To wszystko, co chcę w życiu osiągnąć? To wszystko, na co mnie stać?” Bogna tymczasem to wolny ptak, raz tu, raz tam. Podróżująca, poszukująca towarzysza na zawsze, ale niestety z marnym skutkiem. Te trzy kobiety łączy długoletnia przyjaźń. Łączą niepowodzenia w relacjach z mężczyznami. A cała opowieść zaczyna się od spotkania z Robertem, po którym Emilia wyrzuca sobie; „Jak mogłam się tak cholernie pomylić.(…) Ogoliła nogi, okolice bikini, odstrzeliła się jak stróż w Boże Ciało. Włożyła beżowe szpilki od Louboutina, w których – zamiast chodzić – powinno się siedzieć albo robić wygibasy w łóżku.” 😊.
Złego dobrego początek, albo dobrego złego początek😉. Jak zwał tak zwał. Ważne jest jednak, że „Kancelaria” autorstwa Gabrieli Gargaś trochę mnie zaskoczyła. Nie w treści, nie w formie, a raczej w odczuciach, które pozostawiła po sobie. Już tłumaczę. W warstwie przyjaciółek i ich wspólnych, osobistych perypetii książka jest totalnie spójna. Od razu wczułam się w lekką atmosferę powieści, która w wątku obyczajowym bardzo dobrze wpasowała się w moje oczekiwania. Podobały mi się dialogi, sposób zwracania się do siebie Bogny, Emilki i Ady, a także wątek wzajemnego wspierania się i podejmowania różnych działań naprawczych, w zależności od potrzeb i okoliczności. Zrelaksowałam się czytając ich spostrzeżenia o mężczyznach, o dotychczasowych miłosnych zawodach i doświadczeniach, które raz napawały mnie uśmiechem z przekąsem, a raz jawnym rozbawieniem. I trochę żal, że Autorka podążyła mocno w stronę warstwy romansowej. Wprowadziła Filipa, a także Francesca Calierno, którzy zawładnęli fabułą zbyt mocno, w moim mniemaniu. O ile Filip stanowił ciekawy, atrakcyjny i egzotyczny dodatek, o tyle Francesco wydał mi się nieprawdziwy, kukiełkowy i nielogiczny w swych totalnie różnych odsłonach. Nie ukrywam, że najbardziej z męskich postaci przypadł mi do gustu Igor. I to nie w jego ostatecznym, końcowym wydaniu, lecz bardziej z pierwszej połowy książki. Szczytem wyobrażenia o nim było jego zachowanie na spotkaniu roczników, które w jego wykonaniu rozbawiło mnie do łez😉.
„Kancelaria” to książka w trakcie czytania której odczuwałam raz braki i to nawet silne, a raz nadmiar rozwijanych kwestii. Zabrakło mi na przykład większej ilości akcji dziejącej się w środowisku palestry radcowskiej, sędziowskiej, prokuratorskiej i adwokackiej. Autorka wykorzystała praktycznie wszystkie te zawody nawiązując do tytułu książki, ale nie skorzystała z możliwości rozwinięcia wielu wątków, które dla mnie okazałyby się ciekawsze. To samo dotyczy Ady. Jej relacja z Adamem, wyzwania związane z rodzicielstwem i jej nowa w tym rola, zostały potraktowane trochę po macoszemu. A mogły stanowić niezłe tło obyczajowe powieści, jako kontra dla życia singli, którzy zdominowali fabułę. Wątki związane z Francesco, jego świat i sama jego postać wydawały mi się natomiast tak mało realne, że wręcz mnie mierziły. Czekałam z utęsknieniem na innych męskich bohaterów, którzy wydawali mi się bardziej spójni i bardziej prawdziwi. Taaaak, Francesca zdecydowanie było za dużo.
I znowu mam problem z niejednorodnością oceny prozy Gabrieli Gargaś😉. Z jednej strony bardzo dobra książka, lekka, przyjemna i napisana w typowo rozrywkowym stylu, z interesującymi wątkami pobocznymi. Z drugiej przynudzająca w odniesieniu do Francesca i perypetii z nim związanych, ograniczająca rolę ciekawszych postaci. Muszę wspomnieć też o okładce, którą trochę skrytykowałam przy okazji recenzji powieści „Kacper” (recenzja na klik). Okładka z „Kancelarii” podoba mi się bardzo. Tak właśnie wyobrażałam sobie Emilię Wrońską. Tak właśnie….
Jedno muszę przyznać. Czy podobała mi się bardziej, czy mniej ta powieść, nie ma to zbytnio znaczenia. Ważne jest, że „Kancelaria” to książka o kobietach i w moim odczuciu, bardziej dla kobiet. To książka, która może sprawić, że mile spędzicie chwile czytając, a poruszone w niej wątki z jednej strony Was rozbawią, a z drugiej zastanowią.
W ciemne i dżdżyste jesienne wieczory Emilio, Bogno i Ado przybywajcie!!! Miłego czytania😊.
Moja ocena: 6/10
Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Lekkie.
Dopiero co @Gabriela Gargaś wydała w lipcu br. powieść pt. „Kancelaria”, a już 7 września tego samego roku nakładem Wydawnictwa @Skarpa Warszawska na rynek wydawniczy trafił „Kacper”. Nie sugerujcie się jednak okładką. To nie książka erotyczna, ani żadne soft porno. To nawet nie romans z prawdziwego zdarzenia. Mówiąc szczerze, nic bardziej mylnego, niż okładka tej powieści😉. Kompletnie nie wiem dlaczego Wydawca i sama Gargaś zdecydowali się na nią. Wracając jednak do wspomnianej publikacji, Autorka znana jest z lekkiej i przyjemnej literatury rozrywkowej. Czy powieść „Kacper” dostarczyła mi rozrywki?
„Kobiety dużo znoszą i jeszcze więcej wybaczają, ale mają też swoją granicę wytrzymałości.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.
Z opisu Wydawcy;
„On – Kacper – żołnierz jednostki specjalnej stacjonującej we Francji. (…) Życie żołnierza to jego praca i pasja. Ona – Ksenia – kobieta po przejściach. (…) Różni ich wszystko. Połączy ich miłość.”
😊😊😊
Ha. Ha. Ha.
Ale mnie i Was wkręcił Wydawca opisem😊. Obłędnie nieprawdziwy opis obiecujący kompletnie inną treść, niż znajdziecie w książce. To nie lekka powiastka z motywem przewodnim opartym na spóźnionej miłości, wielkiej namiętności i drżących sercach, a także…no cóż, ciałach. To historia utraconej, wieloletniej miłości. To opowieść o partnerze, który odszedł do młodszej, zgrabniejszej, jędrniejszej i bardziej chętnej. Trochę bardzo stereotypowo, odszedł, ale nie na dobre. To też historia o córce, za którą oboje rodzice tęsknią i o której często myślą. To również historia o różnym typie bólu i życiowej udręki.
„Jakbyś tak zapytała ludzi na ulicy, jaki wór problemów dźwigają, to gdyby zdjęliby ten wór z pleców, otworzyli go i pokazali, co tam dźwigają, to zobaczyłabyś, że ich problem to też twój problem. Ale każdy jakoś musi żyć, bez względu na to, ile razy pękło mu z bólu serce.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.
Książka składa się z prologu i dwudziestu ośmiu, kolejno ponumerowanych rozdziałów. Gdzieniegdzie Autorka pokusiła się o narrację pierwszoosobową, szczególnie intymny jest początek powieści. W większości jednak „Kacper” to historia zbudowana na narracji trzecioosobowej, która wszystko wyjaśnia i wszystko tłumaczy. Spodobała mi się początkowa historia Kseni, która wyrusza w oczyszczającą podróż w Bieszczady. Jej perypetie z początków książki odebrałam jako bardzo realne, bardzo rzeczywiste. Jej emocje, jej zachowanie, jej niezgoda na to, co zgotował jej mąż, zostały odzwierciedlone bardzo wiernie, co zdecydowanie umilało czytanie. Choć przyznaję, wątek Olgi mnie już na samym wstępie zawiódł.
Bardzo doceniam trafne spostrzeżenia i riposty znajdujące się w książce. Takich cytatów mogłabym w recenzji zawrzeć sporo.
„(…) ale takie jest życie. Bywa kurewskie. – I pełne kurew. – Masz rację.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.
„ – Świat jest okrutny. – Bardziej ludzie stworzyli sobie okrutny świat.” -„Kacper” Gabriela Gargaś.
Autorka jest umiejętną obserwatorką życia, relacji i związków pomiędzy ludźmi. To wszystko pozwala jest celnie opisywać otaczającą nas rzeczywistość i przenosić ją barwnie w fikcyjny, opisywany w swych książkach świat.
Książkę czytało mi się dobrze gdzieś do połowy. Niestety. Później zagmatwałam się w ilości bohaterów. Okazuje się, że wątki z pozoru tylko poboczne stały się bardzo istotne w całej narracji. Nagle powieść nie dotyczyła Kseni i Kacpra, którego jak na tytułowanego bohatera było zdecydowanie za mało. Historia stała się historią Łukasza, historią Lilki, historią Żanety, historią Kuby, historią Filipa, historią Olgi, historią nawet Hani i Leny, a także ukraińskiej matki i jej synka, a tym samym trochę historią wojny w Ukrainie. Zagłębiając się coraz dalej w opowieść miałam wrażenie, że Autorka chciała w jednej powieści zawrzeć odpowiedzi na wiele nurtujących ją pytań, na wiele nierozwiązanych kwestii. To spowodowało, że główne wątki zostały rozmazane przez wielość bohaterów i ich osobistych historii. To przyczyniło się również do tego, że cała historia finalnie okazała się dla mnie mało prawdziwa. Kompletnie do mnie nie trafiła. A finał związany z Olgą wręcz mnie zirytował. Wydawał mi się jakby rzucony od niechcenia, taki na dokładkę, niedopracowany. Niestety ogólnie oceniam „Kacpra” jako powieść niedopieszczoną, nieprzemyślaną w całości. Możliwe, że Gabriela Gargaś w trakcie pisania pozwoliła myślom płynąć bez żadnej autokorekty, bez żadnego steru i bez żadnych tam, co przyczyniło się do stworzenia wielowątkowej powieści obyczajowej, w której główna myśl rozciągnęła się na mnogość wątków tracąc ostatecznie swą świeżość i celność. Trudno powiedzieć, co zostanie zapamiętane na dłużej z tej lektury. Możliwe, że tylko i niestety tytuł.
Moja ocena: 5/10
Za możliwość przeczytania książki i podzielenia się moją opinią o niej bardzo dziękuję WYDAWNICTWU SKARPA WARSZAWSKA.
Data premiery światowej: 1817r. (wydanie pośmiertne)
„Perswazje” po raz pierwszy ujrzały światło dzienne w 1817 roku. Jane Austen nie doczekała wydania swego ostatniego, ukończonego dzieła. Zmarła w dniu 18 lipca 1817r. w Winchesterze przeżywszy 42 lata (ur. 16 grudnia 1775r.) Pośmiertnie w tym samym roku wydano również „Opactwo Northanger” . Sama Autorka mimo, że specjalizowała się w opisywaniu życia angielskiej klasy wyższej z początku XIX wieku, urodziła się w rodzinie duchownego kościoła anglikańskiego. Sławę zdobyła za życia publikując kolejno powieści „Rozważna i romantyczna” (1811r.), „Duma i uprzedzenie” (1813r.), „Mansfield Park” (1814r.) i „Emma” (1815r.). Wszystkie jej książki swego czasu przeczytałam. Wiele z nich zobaczyłam również na ekranie. Twórcy i kinowi, i telewizyjni uwielbiają prozę Jane Austen. Najczęściej na ekran przenoszono „Dumę i uprzedzenie” , 1938, 1940, 1952, 1958, 1967 (TV), 1980, 2003, 2005; w 2004 r. zrealizowano także specyficzną, indyjską wersję oraz w 1995 (serial TV), 2012- współczesna adaptacja zatytułowana „Pamiętniki Lizzie Bennet „, w której tytułowa Lizzie opowiada o codziennych perypetiach rodzinnych, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jane_Austen z dnia 18.09.2022r.) Ekranizację najnowszych „Perswazji” aktualnie można zobaczyć na platformie Netflix. W rolach głównych Dakota Johnson i Cosmo Jarvis.
Wydawnictwo @Zysk i S-ka przepiękne klasyczne wydanie „Perswazji” wprowadziło do sprzedaży 30 sierpnia 2022 roku w tłumaczeniu Katarzyny Krawczyk. Po raz pierwszy w Polsce publikacja pojawiła się w 1962 roku, dzięki Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu, w przekładzie autorstwa Anny Przedpełskiej – Trzeciakowskiej. Z zaciekawieniem przystąpiłam do lektury tej klasycznej literatury, w której prym wiodą losy Anny Elliott.
Baronet Sir Walter Elliot, próżny i skupiony na sobie właściciel Kellynch Hall doprowadza do jego upadku. Jest zmuszony przeprowadzić się do Bath i wynająć posiadłość admirałowi floty morskiej o nazwisku Croft. Jego córki, najstarsza Elżbieta Elliot, średnia Anne Elliot oraz najmłodsza Mary Musgrove –żona Karola Musgrove, którą poślubił, jak Anne odrzuciła jego oświadczyny, starają sobie na nowo ułożyć życie, po stracie ojcowizny. Okazuje się, że sama przeprowadzka nie jest jedynym zaskoczeniem. Państwa Croft odwiedza Kapitan Fryderyk Wentworth – brat pani Croft, z którym Anne swego czasu była zaręczona. Do małżeństwa jednak nie doszło ze względu na brak akceptacji kandydata przez jej otoczenie. Wentworth staje się jednak aktualnie smakowitym kąskiem w okolicy dla dobrze urodzonych pań. Szczególnie darzą go sympatią Luiza i Henrietta Musgrove, siostry szwagra Anne. Czy dawne uczucia między Anne a Fryderykiem odżyją? Czy przypadkowe spotkanie zamieni się w miłosną pogawędkę? Czy jednak Anne pisane będzie zamążpójście z bogatym i utytułowanym kuzynem?
„(…) chociaż każdy zawód jest potrzebny i na swój sposób zasługuje na szacunek, jedynie ci, którzy nie muszą się zajmować pracą, lecz prowadzą regularny tryb życia, na wsi, we własnym rytnie, żyjąc tym, co ich zajmuje i na własnej ziemi, bez męki związanej z usiłowaniem zdobycia czegoś więcej, tylko ci jak mówię, doświadczają w pełni błogosławieństwa zdrowia i dobrego wyglądu.” -„Perswazje” Jane Austen.
Ależ Autorka lubowała się w napuszonych, rozbudowanych wypowiedziach!!! Praktycznie już zapomniałam jak może brzmieć angielska klasyka sprzed ponad dwustu lat😉. Nie zmienia to faktu, że książka zasługuje na znalezienie się w Waszych planach czytelniczych. Warto znać klasyczne powieści, które swego czasu namieszały w angielskiej society. Kompletnie nie wiem, co sobie myślały czytelniczki i czytelnicy zanurzając się w tak wyraziste charakterystyki postaci. Czy odnajdywali/ły w opisach siebie, kogoś bliskiego? Czy od samego początku kwestionowano realność opisywanych figur?
Arystokrata Sir Walter Elliot przedstawiony został jako nieudolny i rozrzutny gospodarz, lubujący się w pięknych strojach i frywolnym ubiorze. Całkowicie skupiony na sobie. Uwielbiający przeglądać się w kilkunastu lustrach, które zdobiły jego garderobę. Najstarsza jego córka, Elżbieta została przedstawiona jako próżna, zarozumiała i egoistyczna kobieta, której nie sposób polubić. Podobnie najmłodsza i najmniej urodziwa Mary. Czytając o jej hipochondryzmie i nieumiejętności radzenia sobie z własnym dzieckiem, a także przewrażliwieniu na punkcie swego pochodzenia społecznego, wręcz współczułam i jej siostrze Anne, która starała się ją wspierać i jej mężowi. Jedynie Anna Elliott z całej rodziny da się lubić. Jako przeciwwaga do swych sióstr, jest obdarzona łagodnym charakterem, pozbawiona egoizmu i niezwykle pomocna. Do tego przepięknej urody, która tylko nieco zbladła przez ostatnie sześć lat. Nie dziw, że ona została główną bohaterką powieści. Nie dziw, że jej Jane Austen oddała fabułę i na jej szczęściu, najbardziej autorce zależało.
Motyw przewodni książki nie zaskakuje. Jane Austen lubowała się w tematach związanych z kobiecością we współczesnych sobie czasach. Skupiała uwagę na troskach związanych z dobrym zamążpójściem, ograniczeniami płci, a także niesprawiedliwością wynikającymi z praw dziedziczenia. Język jest bardzo rozbudowany. Charakteryzuje się, jak wspomniałam powyżej, kwiecistymi opisami. Choć z drugiej strony, autorka skupia się głównie na bohaterach, relacjach ich łączących, pochodzeniu i myśleniu o sobie, i innych. Jakby chciała zwrócić szczególną uwagę na socjologiczny aspekt fabuły. W książce brakuje wręcz barwnych opisów przyrody, scenografii, czy nawet strojów, którymi zawsze zachwycają kostiumowe ekranizacje. Czytając musiałam posiłkować się wspomnieniami z obejrzanych przez siebie filmów i seriali, by momentami wczuć się w opisywaną historię.
Bez wątpienia „Perswazje” to książka dla fanów klasycznej literatury. Nie znajdziecie w niej wartkiej akcji, sensacyjnych zachowań, czy inspirujących sformułowań. Chwilami powieść wieje nudą opisując koleje losu pewnej arystokratycznej, zubożałej rodziny, w której nie ma męskiego dziedzica, a córki muszą liczyć na dobre zamążpójście. Lubicie takie klimaty? Jeśli tak, to zerknijcie na najnowsze wydanie „Perswazji” Jane Austen, która swego dzieła nie zdążyła wziąć do ręki.
Moja ocena: 7/10
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.