„Mroczne wody” Philippa Gregory

MROCZNE WODY

  • Autorka: PHILIPPA GREGORY
  • Seria: THE FAIRMILE. TOM 2
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 512
  • Data premiery: 01.09.2021r.

Dzięki wydawnictwu @Książnica miałam przyjemność zanurzyć się w lekturę drugiego tomu cyklu The Fairmile Philippy Gregory pt. „Mroczne wody”. Historii osadzonej w XVII – wiecznej Anglii i częściowo XVII- wiecznej Wenecji. Powieści obyczajowej z silną nutą historyczną. Pierwszą część „Mokradła” oceniłam 9/10 (recenzja na klik), czy i tym razem Autorce udało się mnie tak zachwycić. Sprawdźcie sami😉.

To faktycznie historia o mrocznych wodach, o życiu na nabrzeżu londyńskiej Tamizy, na handlowym nabrzeżu. Na nabrzeżu gdzie wiodą życie prości, pracowici ludzie, ludzie wielcy w swojej klasie. Takimi ludźmi jest rodzina Riekie, rodzina Alinor seniorki rodu, która będąc samotną kobietą mieszka z przedsiębiorczą córką Alys i jej dwójką dzieci Sarą oraz Johnnym. Ich spokój zostanie zakłócony niespodziewaną wizytą mężczyzny z przeszłości Alinor, sir Jamesa Avery. To nie jedyna niespodzianka. Do domu kobiet zawitała też Livia Riekie, czasem Livia da Ricci ewentualnie Peachey, wdowa po synu Alinor – Robercie wraz ze swoim małym synkiem twierdząc, że Rob utonął i szuka u teściowej schronienia na dalsze lata. Czego tak naprawdę chce szykowna wenecjanka? Do czego jej tak naprawdę jest potrzebna znajomość z sir Jamesem Avery, który u Alinor nie znalazł rozgrzeszenia? Czego Livia szuka w Anglii, tak daleko od domu, tak daleko od swego bogactwa?

Philippa Gregory jest królową powieści historycznych. Niestety ta część mnie nie zachwyciła. Opowieści snute strona po stronie wydawały mi się za bardzo rozdmuchane, wypowiedzi i sformułowania za bardzo patetyczne. Kompletnie nie przekonał mnie wątek Sary, która będąc wychowywana pod kloszem i będąc podlotkiem uczepionym spódnicy matki, nagle wyrusza samotnie na wręcz nierealną i niemożliwą nawet dla zaprawionego w boju mężczyzny misję (jak to możliwe, że w tamtym czasie kobiety z dobrego domu mogły udać się w podróż same!!!). Wątek Livii nudził mnie chwilami. Rozbudowywany był do ogromnych rozmiarów, a szkoda, książka bez tego rozwiniętego do przeogromnych rozmiarów wątku mogłaby okazać się ciekawsza. Zawiły wątek Livii i Roba również nie przypadł mi do gustu. Do tego wenecjanin nagle uzdrowiony, uratowany przez „skromną modystkę”, w jednej chwili zmieniające swoje oblicze z łotra w prawego człowieka. Tak jakby na dokładkę, na szczęśliwe zakończenie. Kompletnie nie spięły mi się te elementy fabuły.

Zachwyciła mnie natomiast kwestia związana z Nową Anglią, związana z przewoźnikiem Nedem, bratem Alinor, szczególnie jego przyjaźń z miejscowym Indianinem Wussausmonem. To taka typowa, ponad rasowa i ponad kulturowa męska relacja. Odkrywanie Nowej Anglii na terenach należących w pewnym czasie tylko do rdzennych Amerykanów podobało mi się najbardziej. Również polityczne zawieruchy, historyczne zdarzenia związane z obaleniem jednego angielskiego króla i posadzeniu na jego miejsce finalnie drugiego, w zestawieniu z Republiką Wenecji zrobiły na mnie wrażenie. Te wątki historyczne, w mojej opinii, są największą wartością książki. Do plusów też zaliczam silne postaci kobiece, Alinor, Alys i Livia. Każda inna, każda inaczej ukształtowana przez los, każda wierząca w swoją wyjątkowość na przekór innym, na przekór pozostałym.

Jeśli lubicie wątki obyczajowe wmanewrowane między historycznymi wydarzeniami oraz lubicie angielską rzeczywistość sprzed ponad trzech wieków, a do tego lubicie sagi rodzinne sięgnijcie po tę serię. Warto jednak przygodę zacząć od „Mokradeł”.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Książnica.

„Za zasłoną chmur” Maria Paszyńska

ZA ZASŁONĄ CHMUR

  • Autorka: MARIA PASZYŃSKA
  • Seria: WIATR ZE WSCHODU. TOM 4
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 360
  • Data premiery: 01.09.2021r.

Przy okazji recenzji pierwszej serii cyklu Wiatr ze wschodu „Czas białych nocy” napisałam, że @Maria Paszyńska „(…) jest prawdziwą mistrzynią plecenia świetnych opowieści na bazie historycznych wydarzeń”. Oczywiste więc, gdy dowiedziałam się o premierze z 1 września br. Wydawnictwa @Książnica czwartego tomu pt. „Za zasłoną chmur” nie wahałam się ani chwili i chętnie sięgnęłam po tę pozycję. Czy zachwyciła mnie tak samo jak poprzednie części cyklu?

Finałowa część, klamra spinająca całą serię zabiera czytelnika w lata 30 ubiegłego wieku. Tatiana boryka się z porzuceniem przez Kazimierza. Anastazja tak samo. Obie opuszczone, obie w żałobie po straconym życiu, po straconej miłości. Obie samotne w swej bezsilności, w swym cierpieniu. Życie nie daje się jednak tak łatwo zakończyć. Anastazja po nieudanej próbie samobójczej budzi się w szpitalu, sama, poraniona. Musi nauczyć się na nowo żyć, funkcjonować w nowym dla niej świecie. Do tego wzmacniający się w Związku Radzieckim skrajny socjalizm i Stalin, kat i oprawca radzieckich rodaków. Czasy historii splatają się z losami dwóch kobiet, bardzo różnych kobiet, których połączyła wspólna niedola. Jak pisze Wydawca „Za zasłoną chmur to przejmująca podróż z Petersburga i Warszawy na gnębioną wielkim głodem Ukrainę, gdzie człowieczeństwo zostaje wystawione na największą próbę”.

Ile głębi i wartości można zawrzeć w opisach losów ludzkich osadzonych w latach 1924-1932! Tak dużo, że aż to jest nieprawdopodobne. Chapeau bas dla Autorki za wątki, które zawarła w tej powieści, powieści nie byle jakiej, bo powieści obyczajowo – historycznej. Powieści dla tych, co chcą wiedzieć, chcą sobie przypomnieć i jednocześnie pragną, zanurzyć się w opowieść o zwykłych ludziach, o ludziach żyjących w trudnych czasach, czasach wielkiego głodu. Czasach, w których gołym okiem widziana była „(…) zapowiedź końca zmorzonego głodem świata…”. Zapowiedź, która najpierw objawiła się „(…) w wyglądzie zewnętrznym tych, którzy mieli zniknąć zeń jako pierwsi”. Ten narodowy głód, historie ludzi tak barwnie opisanych w powieści chwytały mnie niejednokrotnie za serce, motywowały do myślenia, do zastanowienia się ile człowiek jest w stanie znieść, jak niektórzy mogą dogorywać w pozoru cywilizowanym świecie, z pozoru społecznymi ideałami. Sama walka o władzę opisana z perspektywy Borysa, Koby, ze Stalinem w tle daje wiele do myślenia. Skłania do koncentracji nad tym, co na szczęście przeminęło. Bardzo podobał mi się wątek z pilotem Franciszkiem Żwirko i mechanikiem Stanisławem Wigurą, którzy dla polskiego lotnictwa zrobili bardzo wiele, o których niegdyś usłyszał cały świat gdy przemierzyli przestworza samolotem RWD-6.

Powieść oparta jest głównie na narracji trzecioosobowej. Maria Paszyńska przygotowała jednak dla odbiorców jej twórczości niespodziankę. Klamrą dla fabuły jest perspektywa Kazimierza, narratora z początku i końca książki. Męski punkt widzenia jest zawsze cenny w powieści obyczajowej. Tak było i tym razem. Nie mogę nie wspomnieć o dwóch głównych bohaterkach, Tatianie i Anastazji, które połączyła niesamowita więź zrodzona z nienawiści, ze współzawodnictwa o jednego mężczyznę. Zdradzona i zdradzająca, jak dwie przyjaciółki, same przeciwko całemu światu i tym, co zgotował im los. Oj mogłabym pisać dużo, nawiązywać do wielu świetnych fragmentów książki, ale nie mogę spojlerować. Nie chcę zabrać Wam efektu zaskoczenia, zachwytu nad tą opowieścią. Na koniec napiszę tylko, że „Za zasłoną chmur” jest wyjątkowo udanym efektem wyobraźni Autorki. Powtórzę za tekstem z mojej poprzedniej recenzji, który oddaje w punkt moje doznania; to „(…) niesamowita historia, wspaniały język i styl”, a „(…) wyraziści bohaterowie sprawiają, że nie chce się opuszczać tego literackiego świata”.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„Florentyna od kwiatów” Agnieszka Kuchmister

FLORENTYNA OD KWIATÓW

  • Autorka: AGNIESZKA KUCHMISTER
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 304
  • Data premiery: 01.09.2021r.

Premiery czy to wydawnicze, czy czytelnicze zawsze są wielką niewiadomą. Taka dla mnie była książka dostępna na naszym rynku od 1 września br. od @agnieszka.kuchmister „Florentyna od kwiatów”. Sama Autorka debiutowała w roku 2020 zbiorem opowiadań „Listopad”. Czytaliście? Dla mnie pierwszo-wrześniowa premiera wydana nakładem Wydawnictwa @Książnica to pierwsze spotkanie z Agnieszką Kuchmister. Czy udane?

Momenty, w których zmienia się świat, są zawsze zaskakujące. Czasami chwilą olśnienia może być ta, kiedy leniwie pieszczą wzrokiem jakąś dobrze nam znaną twarz, zatrzymujemy się na czymś, czego do tej pory nie zauważyliśmy. Albo czego tam wcześniej nie było” – „Florentyna od kwiatów” Agnieszka Kuchmister.

To historia Florentyny. Sama tytułowa bohaterka jest tak zachwycająca, jak może być uroczy, piękny, pachnący kwiat. Narodzona wraz z nową Polską. Nowym krajem, którego wcześniej nie było. Narodzona wśród kwiatów z Jodełki, na pięknej, polskiej wsi. Długo oczekiwana córka żyjąca w świecie, o którym dawno już zapomnieliśmy. Wśród pachnących łąk, lasów i pól. Wśród zboża i innych wiejskich plonów. Narodzona z mocą i z tą mocą podążająca własnym, znanym sobie szlakiem. To historia nietypowa, historia o nowej rzeczywistości pełnej tajemnic i magii.

Tak naprawdę nie o Florentynę tu chodzi

Mimo, że ciekawe losy śledziłam z zapartym tchem z perspektywy tej wiejskiej dziewczyny urodzonej wraz z Polską w 1918r, to nie Florentynę tylko tu chodzi. Agnieszka Kuchmister utkała opowieść o dziwach, dziadach, szeptunkach, szeptunach. Utkała powieść o wiejskich wierzeniach, obyczajach i tradycji, dawno zapomnianej tradycji pełnej tajemnicy. Jedna tajemnica goniła drugą. Z zapartym tchem zastanawiałam się jaka jest prawdziwa historia Sokołowskiej dziedziczki, co łączy tytułową bohaterkę z dziewczyną o długich rudych włosach ze zdjęcia znalezionego na strychu i kim tak naprawdę jest „głos ze studni”. Czytając „Florentynę od kwiatów” miałam wrażenie, że przeniosłam się na piękną, polską wieś, siedzę na ławeczce przed drewnianą chatą (mimo, że Florentyna mieszkała w murowanym domu) i wsłuchuję się w wiejskiego bajarza, który opowiada mi niesamowitą historię o sobótkowej nocy, o odczynianiu i rzucaniu uroków, o cmentarnych obrzędach dziadów. I ci inni uczestnicy powieści, Hanulka, bracia Florentyny, mój ulubiony Jutrowoj, Mogiłek i wielu innych. Nawet wiejski ksiądz wzbudził we mnie sympatię. Ile historii można zawrzeć na trzystu stronach!!! Mnóstwo. Ile różnych losów można opisać, tak od siebie odmiennych!!! Wiele.

Rzadko kiedy książkowa historia potrafi mnie wchłonąć swą magią i wyjątkowością. Autorce „Florentyny od kwiatów” się to udało. Udało się pochłonąć całą moją uwagę i czas wprawiając moją wyobraźnię w machinę, która nie mogła się zatrzymać do momentu gdy nie przeczytałam ostatniej strony. Tak, tak. Tą powieść pochłonęłam w jeden wieczór. W jeden magiczny wieczór. Nie bójcie się magii. Nie bójcie się rozpocząć podróż z Florentyną i poznać najskrytsze zakątki, jej duszy i jej wyjątkowego świata. Świata, w którym dzieją się różne rzeczy. Przeczytajcie książkę Agnieszki Kuchmister i dajcie znać czy tak samo Wam się spodobała jak mnie.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

Recenzja przedpremierowa: „Gra Luizy” Anna Robak-Reczek

GRA LUIZY

  • Autorka: ANNA ROBAK-RECZEK
  • Wydawnictwo: W.A.B
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery: 15.09.2021r.

„Kto czyta książki, żyje podwójnie” –  Umberto Eco.

Zdecydowanie coś w tym jest. Pewnie w życiu każdego z nas przychodzi taki moment, że nie możemy uwierzyć, że życie które toczymy jest naszym własnym. Nie możemy uwierzyć, że to co nas dotyka dzieje się naprawdę. Że czujemy, że żyjemy w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w jakimś Matrixie. Że to co się dzieje, wydarza się naprawdę. Wtedy tym chętniej sięgamy do książek. Do innych historii, czasem lepszych, czasem gorszych, czasem szczęśliwszych, a czasem jeszcze trudniejszych. Sięgamy, by odciągnąć emocje, zanurzyć się w inne życie, obce życie. W takie całkowicie inne od mojego życie zabrało mnie @wydawnictwo.wab umożliwiając mi przeczytanie premiery z 15 września. „Gra Luizy” Anny Robak-Reczek to historia inna niż wszystkie. To historia psychopatki.

Psychopatki radzącej sobie w życiu. Psychopatki, która po śmierci matki wróciła do swego ojca, Witolda do Polski. Psychopatki poddającej się terapii i będącej dla psychoterapeuty otwartą księgą, z której można czytać ciekawą opowieść. Opowieść o losie trudnym, bezkompromisowym, z wieloma błędami w przeszłości, które kładą się cieniem na aktualne życie. Opowieść o Luizie, która jest inna, niż większość z nas bardziej odważna, bez empatii, bezczelna, potrafiąca wikłać się w tarapaty. To też opowieść o trudnych decyzjach, o trudnych relacjach, które rodzą się w głowie, w umyśle kogoś niezwykle pogmatwanego.

Pierwszy raz przeczytałam książkę, którą główną bohaterką jest osoba cierpiąca na psychopatię i jest tego całkowicie, bezdennie świadoma. Pierwszy raz przeczytałam książkę, w której główna bohaterka jest sobie, mimo choroby, sterem i okrętem, i ten okręt wcale nie tonie. To nowatorskie podejście do tej choroby, nowatorskie podejście do chorych osób. Podróż w osobowość Luizy bardzo mi się podobała. To skomplikowana osoba, idealna na bohaterkę powieści. Jej decyzje momentami wprawiały mnie w osłupienie, inne śledziłam z niedowierzaniem. Czasem ofiara swej choroby, czasem sprawca. Bardzo dobrze Autorka rozbudowała wątek relacji Luizy ze swoim ojcem, trudnej relacji. Relacji, w której wzajemne animozje i zawód rodzicielski przeplatają się z odpowiedzialnością, czasem chorą, czasem podszytą strachem. Motyw Olafa, Mańka, Kamila czy „rodaka z Jackowa” dodał powieści rysu obyczajowego, rysu damsko – męskiego. Ile w psychopatce jest kobiecości, a ile ciągłej walki i potrzeby konfrontacji? Ile uczucia, a ile manipulacji? Te wszystkie elementy Autorka objęła fabułą, te wszystkie kwestie Autorka rozgryzła w bardzo dobry, powieściowy sposób.

To nie powieść paradokumentalna, nie medyczna, to powieść osadzona w pewnej rzeczywistości, która dla Luizy jest mniej trudna, niż dla jej otoczenia. To powieść o zdobywaniu, traceniu, stawianiu czoła swoim demonom. To powieść dla każdego, kto chce przeczytać o kobiecie, świadomej swojej siły mimo swej ułomności. O kobiecie, która mimo wszystko walczy o każdy kolejny dzień. I to, co ważne, napisana bardzo dobrym językiem, prostym, śmiałym.

ps. jedyny minus powieści to okładka. Kompletnie nie w moim guście.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Dziewczyna z wiatrem we włosach” Anna Szczęsna

DZIEWCZYNA Z WIATREM WE WŁOSACH

  • Autorka: ANNA SZCZĘSNA
  • Cykl: MIĘDZY STRONAMI ŻYCIA (tom 2)
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Liczba stron: 350
  • Data premiery: 25.08.2021r.

Kochani, jak już jesteście w temacie książek pisanych przez @Anna Szczęsna – książki, które same się czytają, to tym wpisem od razu przychodzę do Was z recenzją drugiego tomu cyklu Między stronami życia. Jest to książka, która premierę miała 25 sierpnia br. i bardzo się cieszę, że udało mi się ją przeczytać i zrecenzować bez zbędnej zwłoki. Pierwszy tom serii oceniłam 7/10. Zastanawia Was czy wydana nakładem @Wydawnictwo Kobiece  „Dziewczyna z wiatrem we włosach” również została oceniona tak wysoko?

W kontynuacji książki „Dziewczyna, która patrzyła w słońce” znowu stykamy się z iście wybuchową parą, Justyną i Michałem, ale nie tylko. Autorka oparła fabułę również na innej bohaterce, którą poznałam w pierwszym tomie, na Marlenie. Marlena jest związana zawodowo z Michałem pisującym horrory, jest jego agentką. Jednocześnie przyjaźni się z Justyną – autorką bestsellerowych romansów. Będąc w relacji i z jednym, i z drugą mierzy się z ich niemocą twórczą. To nie jedyny problem w jej życiu. Bezsenności przysparza jej brat, który uwikłał się w kłopoty finansowe. Chęć niesienia mu pomocy doprowadza Marlenę do deklaracji napisania autobiografii milionera Seweryna Mazura i tu zaczyna się prawdziwa czytelnicza uczta z urokliwą Francją w tle.

Nie będę ściemniać. Książka jest idealna na tak chłodne, sierpniowe wieczory. Jesienna aura zwykle nastraja nas depresyjnie. Ja wtedy łapię powieści, w których jest dużo ciepła, tak jak w „Dziewczynie z wiatrem we włosach”. Ten wiatr we włosach można poczuć, praktycznie na każdej stronie. Wiatr miłości, wiatr poszukiwania szczęścia, wiatr zmiany swego życia na jeszcze lepsze, wiatr przyjaźni i nie ukrywam, motyw przyjaźni rozbroił mnie najbardziej. Cudownie jest czytam o przyjaciółkach, które mimo wielu własnych obowiązków zawsze znajdują czas dla siebie. Czytają, piszą, negocjują z wydawcami, publikuję, ale potrafią odnaleźć w pędzie życia czas, by się ze sobą kontaktować, by się sobie zwierzyć i by się wzajemnie wesprzeć. Macie takich przyjaciół obok siebie? Jeśli nie, to wiedzcie, że na pewno gdzieś są i szczerze Wam ich życzę.

Zapomniałabym. Jeszcze ukryte przesłanie. Okazuje się, że u sąsiada trawa nie zawsze jest bardziej zielona, że to do czego dążymy w życiu, już w nim zaistniało, tylko czasem brakuje nam umiejętności spojrzenia z szerszego punktu widzenia i zrozumienia tego. A to wszystko zostało opisane i sportretowane w bardzo płynnym stylu. Czytanie nie męczyło mnie, nie nużyło. Nawet o najbardziej oczywistych prawdach miło jest poczytać. Może to ten czas, by one dotarły do mnie samej? Może to ten czas, by one dotarły do innych czytelników? Mam taką szczerą nadzieję, bo tą powieść obyczajową   Anny Szczęsnej, wprost Wam polecam!.

Moja ocena 7/10.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece .

„Dzwony o zmierzchu. Wbrew wszystkiemu” Małgorzata Garkowska

DZWONY O ZMIERZCHU. WBREW WSZYSTKIEMU

  • Autorka: MAŁGORZATA GARKOWSKA
  • Cykl: DZWONY O ZMIERZCHU (tom 1)
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 11.08.2021r.

@Małgorzata Garkowska to autorka wielu książek. Polskim czytelnikom dała się poznać jako powieściopisarka mająca na swoim koncie takie tytuły jak: „Zapomnij o nim”, „Życie w spadku”, „Czego nie powiedziałam”, „Spotkamy się przypadkiem” czy „Układanka z uczuć”. Czytaliście którąś z nich?  Garkowska dobrze czuje się w gatunku literatury obyczajowej i pięknej. Tym razem zabrała mnie w podróż historyczną dzięki pozycji od @WydawnictwoPascal, która miała swoją premierę 11 sierpnia pt. „Dzwony o zmierzchu. Wbrew wszystkiemu”. Książka jest pierwszym tomem z nowej serii. Nie ukrywam, że powieści osadzone w przeszłości nie zawsze mnie zachwycają. Oczekuję zwykle rzetelnego odzwierciedlenia nastrojów, języka, form grzecznościowych, scenerii, czy charakteryzacji. Nie każdy autor jest w stanie podołać takim wymaganiom przeciętnego czytelnika. Czy tym razem Małgorzacie Garkowskiej się udało?   

Fabuła osadzona została w Płocku w latach 1920-1930. To cała dekada z wydarzeniami w jednym domu w tle. Domu Janeczki i Antosia, gospodyni domowej, byłej nauczycielki rysunku i policjanta. Autorka opisała utkane, zawiłe losy małżonków tworząc dodatkowo podwaliny pod ówczesne wydarzenia społeczne i polityczne. Opisała losy dwójki kochających się dojrzałą miłością małżonków, którzy ciągle czegoś pragną. Najpierw dziecka, potem pracy, nowych wrażeń, wreszcie wspólnego, dalszego życia w spokoju, ramię w ramię. Losy Janeczki przeplatają się z losami podobnych jej kobiet, jedne żyją bardziej szczęśliwie, inne przeżywają katusze. Antoś to z kolei mężczyzna podobny lub raczej niepodobny do innych mężczyzn, wierny, oddany, pracowity, potrafiący się zachować i kochający nade wszystko swoje dwie kobiety, żonę i córkę. Czy los okaże się dla nich szczęśliwy? Czy nastroje polityczne zburzą ich spokój?

Bardzo dobry początek sagi rodzinnej!!!

Nie ukrywam, że ten gatunek powieści obyczajowej często napawa mnie lękiem. Trudno jest bowiem opisać koleje losu bohaterów, które spojone byłyby od początku do końca wspólnym mianownikiem, spięte wspólną klamrą. Małgorzacie Garkowskiej się to udało pierwszorzędnie. Po pierwsze Autorka podjęła wiele trudnych problemów, w tym społecznych. Z kart jej powieści wyziera potwierdzenie, że pierwsza miłość jest zwykle słabością nawet najbardziej wiernych mężów. Z pierwszą miłością żona nie może konkurować na żadnej płaszczyźnie. Nie wygra z rozrzewnieniem, nostalgią we wspomnieniach o niej. Nie wygra z tymi nigdy niemożliwymi do powtórzenia gestami i wyrazami uczucia. Nie wygra nigdy z niewypowiedzianymi więcej słowami otuchy czy miłości. Okazało się, że pierwsza miłość ma zawsze pozycję uprzywilejowaną, bo przecież to żona jest tą, z którą małżonek się ściera, dzieli chwile smutku, radości i goryczy, dzieli chwile zwątpienia i zniechęcenia. I o tej pierwszej miłości mającej destrukcyjny wpływ na udane małżeństwo przeczytacie. Ponadto przeczytacie o chęci doświadczenia czegoś nowego, nawet kosztem dotychczasowego życia. Przeczytacie o przemocy w rodzinie, pijaństwie czy o negatywnym wpływie ciągłych starań o własne dziecko na życie małżeństwa. Te wszystkie kwestie i wątki Garkowska osadziła w rzeczywistości historycznej kraju, w trakcie szalejącej wojny bolszewickiej i późniejszych nastrojów politycznych. Po drugie Autorka zastosowała środki stylistyczne, tempo, styl adekwatny do czasów, w których osadziła fabułę. Całkowicie oddała prawdziwość akcji oraz powieści osadzonej w czasie sprzed stu lat. Do tego jest w tym kompletnie prawdziwa, całkowicie autentyczna. Uwielbiam sagi rodzinne umiejscowione w przeszłości o tak realnym brzmieniu. Sięga się do nich z utęsknieniem. Po trzecie książkę, mimo wielu trudnych poruszonych w niej problemów czyta się bardzo lekko i przyjemnie. Pozwala na to tempo narracji i styl Autorki. A zakończenie? Cóż, po takim zakończeniu nie mogę doczekać się kolejnego tomu. Nie mogę doczekać się, by dowiedzieć się, co się zadzieje u Janeczki, Antosia, Michasi i Jakuba, a także co się zadzieje u ich sąsiadów, współpracowników, generalnie co się zadzieje w ich świecie.

A zaciekawienie po zakończeniu czytania jest zawsze dobrą rekomendacją, by książkę samemu otworzyć do czego Was gorąco zachęcam.

Moja ocena 8/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Pascal.

„Po dwóch stronach” David Churchill, Wilbur Smith

PO DWÓCH STRONACH

  • Autorzy: DAVID CHURCHILL, WILBUR SMITH
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 29.07.2020r.
  • Data premiery światowej: 16.05.2019r.

Czytaliście jakąkolwiek książkę z Sagi rodu Courteneyów nakładem @WydawnictwoAlbatros? Od piętnastego tomu Wilbur Smith do współpracy zaprosił Davida Churchilla. Z opinii wiernych czytelników wynika, że raz to wyszło na dobre, a innym razem niekoniecznie. Ciągle uzmysławiam sobie, że ile czytelników tyle opinii i żadna opinia nie jest zła😊. Ja z serią nie miałam do czynienia. Do sięgnięcia po tę pozycję zachęcił mnie bardzo ciekawy opis Wydawcy. Dzięki temu mogę dziś zaprezentować Wam recenzję książki, która premierę miała już ponad rok temu, ale która stanowiła dla mnie odskocznię od najczęściej czytanych gatunków😉. „Po dwóch stronach” autorstwa Davida Churchilla i Wilbura Smith jest wszak książką historyczną osadzoną w czasach wojny. Książkę przeczytałam dzięki @WydawnictwoAlbatros, za co serdecznie dziękuję. Zapraszam do zapoznania się z moją opinią.

Epicka opowieść o odwadze, zdradzie i sile miłości – z opisu Wydawcy.

Przyznaję, że czasem nie wierzę opisom wydawców. Na ich podstawie wybieram książki, które zamierzam przeczytać i nie zawsze trafiam w dziesiątkę. Tym razem opis Wydawcy jest jak najbardziej szczery i właściwy. „Po dwóch stronach” to powieść obyczajowa osadzona w historycznych realiach II Wojny Światowej, gdzie miłość i cierpienie splatają się w historii dwójki młodych ludzi, Niemca Gerharda von Meerback oraz zakochanej w nim Południowoafrykanki Saffron Courtney, która całkiem niedawno przybyła do Anglii. Oboje z dwóch rożnych stron, z dwóch światów, świata niemieckich hrabiów i świata angielskich kolonistów penetrujących od XVIII wieku Afrykę. Tacy różni, a jednak stanowiący swoje całkowite uzupełnienie. Ich gorący, szczery romans został przerwany wybuchem II Wojny Światowej. Gerhard podążył, by służyć nazistowskim Niemcom, a Saffron oddała się pracy na rzecz brytyjskiej agentury przy Baker Street. Czy władza Hitlera przerwie rozdzierającą piersi miłość kochanków? Czy w zawierusze wojny są jakiekolwiek szanse na ponowne spotkanie twarzą w twarz?

Kompletnie nie miałam pojęcia czego się spodziewać po tej powieści. Okazała się dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Autorzy bardzo skrupulatnie wręcz z historyczną dociekliwością osadzili losy dwójki przeciwstawnych bohaterów w realiach wojny. O Niemcu zakochanym w mieszkance okupowanego kraju i o Niemkach rozkochujących w sobie Brytyjskich, Radzieckich żołnierzy w literaturze można przeczytać nie raz. Żadna z książek nie niesie ze sobą aż takiej wartości historycznej, nie razi tak sprytnie wplecionymi w fikcyjną fabułę faktami historyczny jak dzieło Davida Churchilla i Wilbura Smitha. W dwudziestu sześciu rozdziałach oprócz wątku miłosnego czytelnik styka się z metodami pracy śledczej, technikami działalności agentury wywiadowczej, umiejętnościami morderczymi, czy rzeczywistością wojskową oraz realizmem funkcjonowania Gestapo. Całkowity tygiel gatunkowy, kompletny szok. Do tego w wielu miejscach autorzy pokusili się o przedstawienie społecznych nastrojów, opinii ludności na zmieniające się losy wojny, cała akcja osadzona jest w latach 1939 – 1945, od początku do zakończenia konfliktu zbrojnego. Losy Saffron śledzimy na kolejnych terenach jej działalności, czytamy więc o Belgii, Holandii Francji, czy Anglii. Towarzyszymy w jej spotkaniach z okupantami, miejscową ludnością, czy chociażby przystojnym amerykańskim porucznikiem. Gerhardowi towarzyszymy od momentu kompletnej wierności nazistowskiej ojczyźnie, aż po moment pojawienia się pierwszych wątpliwości, od chwały rodu von Meerback do momentu, gdy jego własny brat Konrad przystawił mu oficerski but do twarzy. Nie zdradzę, czy historia ma happy end, czy jest kolejną próbą udowodnienia, że sama miłość nie wystarczy, by „żyć długo i szczęśliwie”. Napiszę tylko, że ciekawe losy dwójki bohaterów prowadzone są w historycznym tle chorego umysłu Hitlera i jego pobratymców, okrucieństw wojny opisanych dość dosadnie, kolejnych, trudnych do zrozumienia decyzji politycznych Niemców, rzeczywistości obozowej, procedur likwidacji ludności żydowskiej, aktów przemocy skierowanych przeciwko najbliższym.

Mi przeszkadzała postać głównej bohaterki. Z jednej strony została przedstawiona jako bezwzględna morderczyni, nad wyraz skuteczna agentka wywiadu brytyjskiego potrafiąca 72 godziny opierać się technikom przesłuchiwawczym Gestapo, z drugiej jako kobieta z krwi i kości, podejmująca błędne decyzje, łaknąca męskiej atencji i oparcia w silnym męskim ramieniu. Jakby Saffron cierpiała na chorobę dwubiegunową objawiającą się wyjątkową słodkością i morderczą osobowością. Momentami męczył mnie pompatyczny styl narracji, jakby autorzy chcieli słowom, tempu i treści nadać samoistne znaczenie, doniosłe znaczenie. To odbierało mi chwilami przyjemność z czytania. Mimo tych niedogodności zaliczam lekturę do udanych. Lubię złożone fabuły i złożonych bohaterów. Ciekawi mnie złożony, literacki świat.

Lubicie książki w których wiele się dzieje? Ta, do takich bez wątpienia należy. Jest i wojna, i całe ludzkie życie, w którym uczucia i moralne dylematy nie pozwalają zamknąć powiek po zachodzie słońca. Jeśli dodatkowo lubicie w książkach obyczajowych wątki miłosne to historia Saffron i Gerharda jest dla Was. Udanej lektury.

Moja ocena 7/10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Kolory ognia” Pierre Lemaitre

KOLORY OGNIA

  • Autor: PIERRE LEMAITRE
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 14.10.2020r.

Dopiero co publikowałam recenzję książki wydanej przez @WydawnictwoAlbatros „Rebeka” Daphne du Maurier, w której kluczową rolę odegrały dwie postaci kobiece, tj. dwie Panie de Winter, a dzisiaj znowu przychodzę do Was z kolejną recenzją książki, gdzie autor postawił na postać kobiecą. Nie będę wyjątkiem, będąc kobietą lubię czytać o kobietach😊. Lubię odkrywać jak widzi je sam autor, jaki mają rys psychologiczny, co je wyróżnia i co je łamie, w którym kierunku podążają i czy ta droga jest tą właściwą. Szczególnie niecierpliwię się, gdy bohaterka przychodzi do mnie sprzed kilkudziesięciu lub stu lat. Ooooo, to jest wyzwanie! Dostrzec ponadczasowe podobieństwa w dwóch postaciach, które dzieli tyle lat, w historycznej postaci fikcyjnej i bieżącej czytelniczce to faktycznie nie lada gratka. Tak było w przypadku powieści Pierre’a Lemaitre pt. „Kolory ognia”, która została wydana przez wspomniane już dzisiaj @WydawnictwoAlbatros w październiku ubiegłego roku. Książka odczekała swoje na mojej półce, by wreszcie doczekać się uwagi. Uwagi, która nie słabła w trakcie całego czytania😉, a to zawsze dobrze świadczy o powieści. Czyż nie?

Nie ma takiego piekła, które pokonałoby tę kobietę – z opisu Wydawcy.

Gdy znany i poważany francuski finansista Marcel Péricourt umiera, wokół jego bliskich zaczynają się gromadzić chmury gradowe. Najpierw, w dniu pogrzebu jego jedyny wnuk ulega wypadkowi, który unieruchamia go na całe życie w wózku inwalidzkim.  Jego córka – dziedziczka Madeleine traci chęć do życia, odrzuca zaloty kolejnych konkurentów pogłębiając się dzień po dniu w opiece nad swym jedynym synem, Paulem, ale tylko do czasu. Do czasu, gdy wiedziona instynktem zranionego zwierzęcia zaczyna rozliczać wszystkich wokół ze złożonych obietnic, podjętych działań, skradzionych pieniędzy czy złych decyzji. Staje się mścicielką, której celem jest odbudowanie własnego życia i straconego majątku.

„Kolory ognia” okazały się powieścią obyczajową z lekkim rysem historycznym, w którym poznajemy ówczesną sytuację społeczno-polityczną Francji, jak również obserwujemy światowe polityczne nastroje i budzące się do życia faszystowskie, czy socjalistyczne ruchy. Nie jest to więc lektura prosta, łatwa i przyjemna. Momentami wątki historyczne dominowały nad fikcyjną fabułą, zaś wplecione rzeczywiste wydarzenia stwarzały pozory dokumentu. Losy Madeleine i jej otoczenia śledzimy w trzech perspektywach czasowych, tj. w latach 1927-1929, roku 1933 oraz dzięki epilogowi, w latach znacznie późniejszych, aż do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Lemaitre zawarł w fabułę w kolejno ponumerowanych rozdziałach, których jest czterdzieści cztery. Autor wystylizował język stosownie do czasu osadzenia akcji. Narracja również bardziej przypomina Dumasa lub Dickensa niż współczesny literacki język. Momentami wybijały mnie z rytmu sformułowania, skierowane wprost do czytelnika, typu „musicie wiedzieć”. Kompletnie nie mogłam się w tą narrację, dialogi wgryźć. Cóż, nie każdy autor pisze stylem od którego miękną mi nogi.

Sama główna bohaterka Madeleine została przedstawiona przez Pierre’a Lemaitre bardzo wyraziście. Wiele w niej żalu, więcej chęci zemsty i odwetu, które kierują ją w czeluści najbardziej prymitywnych ludzkich zachowań. Chwilami gubiłam się za co gubi i dręczy konkretną osobę. Momentami podważałam jej motywacje, kara wydawała się wprost nieadekwatna do zbrodni. Historii w którym „pierwsze skrzypce” grają szantaże, porachunki, paszkwile, fiskalne malwersacje, wmanewrowanie w morderstwo czy w zdradę stanu traciły na prawdziwości. Jakby autor w jednej książce chciał zawrzeć wszystkie możliwe i prawdopodobne do ówczesnych czasów formy odwetu zranionej kobiety.  Muszę jednak pochwalić autora za sprytne obrazowanie bohaterów. Z jednej strony są pełni mojej sympatii, z drugiej natomiast na ich myśl oblewała się fala złości i goryczy. To bez wątpienia zaleta tej książki, ta umiejętność wplecenia w fabułę nieoczywistych postaci, ani dobrych, ani złych, ani szczerych, ani kłamliwych, takich po prostu ludzkich, złożonych. Przykładami takich bohaterów jest Léonce, André, Joubert, czy wujek Charles. By Was zachęcić do przeczytania, muszę wspomnieć o akcencie polskim. Mowa tu o Vladi (nie mam pojęcia co to za polskie imię!!!) polskiej pielęgniarce Paula. Kobiety, która nigdy, mimo wieloletniego pobytu w rodzinie Péricourt nie nauczyła się francuskiego, ot taka głupiutka Polka. Lemaitre wykorzystał jej postać do przedstawienia ksenofobicznej strony Francji, pełnej uprzedzeń i niechęci do tych, którzy mają inne pochodzenie. Oczywiście i przy tej okazji nie pominął kwestii żydowskich. Niezwykle polubiłam postać Solange, światowej słaby śpiewaczki operowej. Jej związek z Paulem jest mocną stroną tej publikacji, czyta się o nim, mimo chwilowej infantylności, z zaciekawieniem zastanawiając się w którym kierunku zmierza.

To powieść, w której przedstawiono obraz Francji targany wichrami ówczesnej historii z francuską polityką i światem finansjery w tle oraz niezwykle skutecznym Panem Dupré. Obraz Francji pełen  chorych, nigdy nie zaspokojonych ambicji, podłości, chciwości, czy zazdrości. To historia niełatwa, rzadko czytana. Historia nieoczywista.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Zaginiona siostra” Lucinda Riley

ZAGINIONA SIOSTRA

  • Autor: LUCINDA RILEY
  • Seria: SIEDEM SIÓSTR (TOM 7)
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:672
  • Data premiery: 02.06.2021r.

Jakoś tak się złożyło, że wśród nieopublikowanych jeszcze opinii o czerwcowych premierach, oprócz zrecenzowanej już wczoraj „Kwestii winy” Małgorzaty Rogali, znalazła się też kolejna z mojej ulubionej serii, a mianowicie 7 tom „Siedmiu sióstr” Lucindy Riley. Książkę przeczytałam niedługo po premierze, ale emocje mi towarzyszące i związane z tym okoliczności sprawiły, że potrzebowałam trochę czasu, żeby móc napisać recenzję. I jak to często bywa upłynęło go sporo więcej niż zakładałam.

Lucinda Riley to brytyjska pisarka pochodzenia irlandzkiego. W dzieciństwie dużo podróżowała, głównie na Bliski Wschód. Po przeprowadzce do Londynu została aktorką, grała w filmach, telewizji i teatrze. Jako pisarka zadebiutowała w 2011 roku „Domem orchidei”. Jej książki podbijały listy bestsellerów i serca czytelników, ale najwspanialsza chyba jest seria „Siedem sióstr”. Opowiada o adoptowanych przez tajemniczego Pa Salta siostrach. Choć urodziły się na różnych kontynentach wychowały się w bajecznej posiadłości na prywatnym półwyspie Jeziora Genewskiego. Adopcyjny ojciec nadał im imiona 7 Plejad. Po swojej śmierci każdej z nich zostawił list i dane geograficzne mogące pomóc im odkryć własne korzenia. I tak każda z sióstr udaje się w podróż w poszukiwaniu swojej drogi.

7 tom z założenia miał być zamknięciem całej historii, opowieścią o siódmej, zaginionej siostrze, której jako jedynej nie udało się Pa Saltowi odnaleźć. Jednak w okolicy premiery, ku radości czytelników, okazało się, że będzie ósmy, dodatkowy tom, gdyż w liczącej aż 672 tomy historii nie udało się autorce wyjaśnić i zamknąć wszystkim wątków. Osmy tom miał zawierać historię Pa Salta i wyjawić tajemnice z jego przeszłości. Z tym większym niedowierzaniem i smutkiem przyjęłam informację, że 11 czerwca po długiej chorobie zmarła Lucinda Riley. To bez wątpienia niepowetowana strata dla literatury. Ogromny smutek. Małym okładem na serce czytelników okazała się informacja, że ósmy tom jednak się ukaże, gdyż ukończy go na podstawie zapisków autorki jej syn. Także tajemnice adopcyjnego ojca i jego siedmiu córek zostaną wyjaśnione.

„Zaginiona siostra” jak sama nazwa wskazuje ma wyjaśnić zagadkę 7 siostry. Po śmierci ojca każda z sióstr poszła w swoją stronę i odnalazła swoje korzenie i własną drogę w życiu. Jednak nadal nie wiadomo kto jest siódmą siostrą, gdzie jest i co się z nią dzieje. Po roku od śmierci Pa Salta siostry D’Apliese przygotowują się do rejsu po Morzu Egejskim, by złożyć wieniec w miejscu, gdzie spoczął ich ojciec. Niespodziewanie prawnik rodziny podaje im imię i adres dziewczyny, która najprawdopodobniej jest ich Zaginioną Siostrą. Kobiety spotykają się z nią, lecz okazuje się, że tylko jej matka Mary McDougal może potwierdzić czy dziewczyna naprawdę jest ich siostrą. Kobieta jednak po śmierci męża wyruszyła w podróż dookoła świata. Maja, Ally, Star, CeCe, Tiggy i Elektra kolejno przemierzają pół świata – od Nowej Zelandii, przez Toronto, Londyn, Prowansję, aż po Dublin by spotkać się z kobietą i zyskać pewność co do siódmej siostry. Kobieta jednak ciągle wymyka im się z rąk, wszystko wskazuje na to, że wcale nie chce być odnaleziona… Czy siostrom uda się rozwiązać zagadkę Merope?

Powieść jak zwykle przeczytałam z zapartym tchem, jej klimat, styl, język tak jak w całej serii jest niepowtarzalny. Tym razem jednak historia nie skupia się tylko na jednej bohaterce, a pokazuje kolejno dalsze losy sióstr, bowiem kolejno biorą one udział w poszukiwaniach. Z wielką radością przywitałam się więc ze znanymi i lubianymi bohaterkami. Powieść składa się z kilku części, jedna z nich pokazuje losy Merry, która po śmierci męża, wyruszeniu w podróż i pojawieniu się tajemniczych kobiet czuje, że nadszedł czas, by wreszcie zmierzyć się przeszłością. Zagłębia się więc w lekturę dziennika, który ma od dawna, a my mamy okazję poznać historię Nualii, która przenosi nas do Irlandii 1920 roku. Przedstawione przed autorkę historia i na poziomie współczesnym i tym z przeszłości jest jak zwykle niezwykle fascynująca. Całość czytała z zapartym tchem. Każdy tom utwierdza mnie w tym, że „Siedem sióstr” to jedna z moich ulubionych serii, wyjątkowa, klimatyczna i pełna uroku. Ogromnie się cieszę, że będzie jeszcze 8 tom, który mam nadzieje odpowie na pytania, które tu się pojawiły. A co potem? Cóż, chyba nie pozostanie mi nic innego jak zacząć przygodę z Siedmioma siostrami od nowa:) Co i Wam gorąco polecam, zwłaszcza tym, którzy nie mieli okazji zaznajomić się jeszcze z tą serią.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Rebeka” Daphne du Maurier

REBEKA

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 14.10.2020r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.1960r.

 „(…) Coś z początku, coś z końca”- jak to śpiewał Michał Bajor w piosence pt. „Taka miłość w sam raz”. Ostatnio udaje mi się zastosować tę zasadę w pisaniu i publikowaniu recenzji. Premiery z bieżącego roku przeplatam co rusz książkami, które udało mi się nadrobić z poprzedniego roku lub nawet wcześniej😉.  Każdą wolną chwilę przeznaczam na czytanie, nadrabianie i publikowanie. Te zaległości, o czym pisałam przy okazji niedawnej recenzji do „Czy już zasnęłaś” (recenzja na klik), okazują się miłym zaskoczeniem, co potwierdza, że do zaplanowanych do przeczytania książek warto wracać. Czy „Rebeka” Daphne du Maurier wznowiona przez @WydawnictwoAlbatros w roku 2020r. również okazała się strzałem w dziesiątkę? Przy okazji muszę zapytać, oglądaliście film z Lily James, Armiem Hammerem i Kristin Scott Thomas dostępny na platformie Netflix od  21 października 2020r.? Ja do tej pory go omijałam. Po prostu nie lubię zaczynać ekranizacją nie znając literackiego pierwowzoru. Jestem już po lekturze książki, więc….Netflix nadchodzę😊!!!

Fabuła kręci się wokół tytułowej Rebeki de Winter, pierwszej żony Maxima de Winter właściciela przepięknej posiadłości Manderley. Zmarłej tragicznie w wyniku wypadku podczas żeglowania przed rokiem. O Rebece zaczynamy dowiadywać się, gdy Maxim de Winter podczas pobytu w Monte Carlo poznaje uroczą, młodziutką towarzyszkę Pani van Hopper. Na tyle uroczą, że po rocznym wdowieństwie postanawia się jej bezzwłocznie oświadczyć. Po ślubie nowa Pani de Winter wraz z mężem wraca do rodzinnego Manderley, gdzie duch zmarłej niedawno żony Maxima zaczyna krążyć wokół życia nowożeńców, w każdym ich dniu Rebeka, mimo, że pozostająca już w strefie wspomnień, staje się coraz istotniejsza, coraz ważniejsza. Czy miłość młodej Pani de Winter zwalczy obecność jej poprzedniczki? Czy to tylko kwestia czasu, gdy Rebeka zawładnie Maximem na nowo, po raz drugi?

Klasyka w najlepszym wydaniu!!!

No czegóż innego można się było spodziewać po powieści wydanej po raz pierwszy w roku 1938 przez angielską pisarkę pochodzącą z rodziny artystycznej Daphne du Maurier!!! Autorkę wielu udanych publikacji, które zainspirowały m.in. Alfreda Hitchcoca do nakręcenia oskarowych „Ptaków”, które Maurier wydała pod tym samym tytułem (źródło: Daphne du Maurier). Styl iście staroangielski, przepiękne zapierające dech w piersiach opisy. Strona po stronie zanurzałam się w opowieść, w której odkrywałam „zdziczałe leśne rośliny”, które „wpełzały w całej swej brzydocie na soczystą trawę”. W której „rosły pokrzywy, przednia straż armii dżungli”. W której czytałam o „jaskrawym słońcu i czystym niebie”. Ach, cóż za piękny literacki język! Cóż za piękne opisy godne książki sprzed osiemdziesięciu lat! Do tego wspaniały styl godny ówczesnych czasów, wywarzone dialogi, typowo angielska wstrzemięźliwość i formy komunikacji właściwe dla klasy, w której osadzona została akcja.

Konstrukcja książki składa się z dwudziestu siedmiu rozdziałów. Pisana jest z perspektywy młodej Pani de Winter, praktycznie bezimiennej narratorki. Jakby autorka chciała zaznaczyć, że jej imię jest mniej ważne od imienia jej poprzedniczki, Rebeki, że to Rebeka była słońcem wokół którego orbitował Maxim, że to ona była sensem jego życia. Mimo tego z rozterkami i dojrzewaniem narratorki bardzo się utożsamiałam. Trudne początki zawiodły młodą żonę w miejsce, w którym nagle stała się bardziej odważna, bardziej świadoma swoje roli w domu, w którym przestała już rządzić wszechwładna, demoniczna gospodyni Pani Danvers (à propos szkoda, że ta bohaterka w trakcie książki trochę straciła na wyrazistości). Z postaci kobiecych najbardziej spodobała mi się postać byłej pracodawczyni Pani van Hopper. Kojarzy mi się z postacią Hiacynty Bucket (w oryginale Hyacinth) z brytyjskiego serialu telewizyjnego „Co ludzie powiedzą”, dla której przede wszystkim ma znaczenie z kim jest, będzie i była widziana, w jaki sposób nakryła do stołu i przyjęła gości, ilu brytyjskich książąt, lordów i milordów spotkała na swojej drodze, nawet w trakcie zwiedzania angielskich zamków i pałaców. Van Hopper jest do niej bardzo podobna. Mimo, że jest postacią poboczną i nieistotną przywołała na mej twarzy niejednokrotnie uśmiech swymi absurdalnym zachowaniem, niestosownymi uwagami, czy ciągłym udawaniem kogoś, kim nie jest i do kogo nawet nie może się zbliżyć. To najbardziej wyrazista postać tej książki. Zawiódł mnie całkowicie Maxim. Jako główna postać męska za mało miał w sobie werwy i charakteru. Momentami wzburzony potrafiący zachować się nieadekwatnie do sytuacji w większości takie „ciepłe kluchy”. Snujący się po swoim życiu, w którym jego żona o połowę młodsza zaczyna mieć większe znaczenie.  Jej uwagi stają się bardziej celniejsze, decyzje trafniejsze a zachowanie bardziej odpowiednie. Powieść miała jednak na celu uwypuklenie postaci kobiecych. Zdaje się, że to był celowy zabieg du Maurier, by pokazał mężczyzn w sposób trochę bardziej karykaturalnie, trochę bardziej osłabionych. Wszak tytułowa bohaterka i młoda narratorka są kobietami, dlatego czytając poznajemy kobiecy punkt widzenia sprzed kilkudziesięciu lat.

Nie ukrywam, że lektura wymaga od czytelnika „otwartej głowy”. Możliwe, że niektórych dręczyć będą zachowania nowej Pani de Winter, takiej trzpiotki przez ponad połowę książki, irytować będzie Maxim, czy doprowadzać do szału sposób prowadzenia śledztwa. Drogi przyszły Czytelniku, warto byś pamiętał, że powieść pisana była w epoce, gdzie kobietom trudno było dopchać się do świata mężczyzn, gdzie sama ich rola w różnych śledztwach czy kryminalnych wydarzeniach była spychana na margines, a zdobycie jakichkolwiek rzetelnych informacji jak wygląda praktyka graniczyła z cudem. Pamiętaj, że to czasy, gdy kobiety nawet nie miały w niektórych krajach prawa głosu!!! Wymagania, co do rzetelności, prawdziwości, czy skrupulatności pewnych opisanych zdarzeń powinny być adekwatne do sytuacji. Ja w taki sposób do tej powieści podeszłam. Dlatego oceniam ją bardzo wysoko, stosownie do czasów, w których powstała, bo jak na te czasy jej styl, forma, język i ogromna jakość opisów przyrody czy architektury zasługuje na moje wysokie  uznanie. Do tego odważna fabuła i ciekawy punkt widzenia, w którym tajemnice, niedopowiedzenia i widmo Rebeki okazują się pierwszoplanowe. Jeśli potrzebujecie odpoczynku od thrillerów, kryminałów i książek sensacyjnych to koniecznie sięgnijcie po tę pozycję. Przeżyjcie życie de Winterów, życie nie całkiem kolorowe, nie całkiem jak z bajki.  

Moja ocena 9/10.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwo Albatros.