„Gra na dwa fronty” Lily Lindon

GRA NA DWA FRONTY

  • Autorka: LILY LINDON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Książka „Gra na dwa fronty” Lily Lindon od @WydawnictwoAlbatros premierę miała 15 czerwca br. Jest to debiutancka powieść autorki, która powstała – jak sama Lily Lindon przyznała – w dobie lockdownu. Dotychczasowe literackie doświadczenie debiutantki opiera się na redakcji książek i pisaniu dawno temu skeczy dla studenckiej grupy komików. Ten motyw też został wykorzystany w książce😉. Jak również fakt z życia autorki związany z prowadzeniem własnego podcastu Wit Lit z wywiadami o zabawnych książkach. Dobrze się czyta o czymś, co jest znane bliżej autorowi. Z takim nastawieniem zaczęłam pochłaniać kolejne strony powieści, w której ogromną rolę odgrywają dwa różne oblicza tej samej osoby.

W mojej głowie pojawiają się wydarzenia zapisane w naszym kalendarzu. Wciąż takie same, powtarzające się, rygorystycznie zaplanowane. Te same kolory w identycznych wzorach, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku.” ” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Georgina Green to 26 – latka żyjąca w siedmioletnim związku ze swoim chłopakiem Dougiem. Oboje są umuzykalnieni. Doug gra nadal w kapeli Epoka Brązu, a Gina zajęła się nauką gry na pianinie w londyńskiej szkole. Życie w głębokiej symbiozie, ze wspólnym rodzinnym kalendarzem elektronicznym rozsypuje się jak domek z kart, gdy Gina towarzyszy swojej przyjaciółce Sophie influencerke, homoseksualistce na koncert lesbijskiej grupy Faza w klubie The Familiar. Nagle okazuje się, że obecność innych młodych kobiet nabiera dla Giny nowego znaczenia. Powoli jak poczwarka z kokonu przeistacza się w George, dla której miłość fizyczna może być spełniona i w towarzystwie mężczyzn, jak i kobiet. Jej rozwój i dojrzewanie napawa ją z jednej strony strachem, z drugiej nadzieją, że wreszcie coś w jej życiu zacznie się dziać. Wreszcie będzie żyła z wypiekami na twarzy każdego dnia, a nie tylko uprawiać seks w niedzielę, zgodnie z tygodniowym harmonogramem.

Jakoś nie do końca przekonała mnie ta książka. Zdecydowanie lepiej czytało mi się pierwszą część, gdy Gina vel George vel Georgina odkrywała siebie na nowo w całkiem dorosłym życiu. Gdy poszukiwała własnego ja i próbowała uporać się z seksualnym podnieceniem do tej samej płci. Odkrywanie środowiska LGBTQ+  zobrazowanego przez autorkę również było jednym z ciekawszych momentów w książce. Bardzo podobała mi się w tym momencie postać Douga, wieloletniego partnera Giny oraz jej relacja z Soph zagorzałą walczącą lesbijką i wieloletnią przyjaciółką w jednym. Chwila w którym do ich relacji zawitała zazdrość, była jedną z najsmutniejszych w książce, zniszczyła wszystko, zniweczyła to, co zostało zbudowane. W drugiej części autorka postawiła na szczęśliwe zakończenie, na infantylność. Happy end w wykonaniu Kit i Isobel mnie nie przekonał. Sytuacja w pracy dla mnie totalnie naciągana. Relacja z Dougiem po tylu wspólnych latach również. Jedyna realna wydała mi się mama głównej bohaterki, która zachowała się tak poprawie, jak tylko na angielską damę pijącą herbatę w trudnych chwilach przystało.

Tak, o takiej walczącej Ginie miło mi się czytało. Nawet jeśli jej zachowanie nie było całkowicie spójne. Zachowywała się jak zwierzyła złapana w klatce, motająca się od jednego rogu do drugiego, próbująca się wydostać.

Otwartość polega na tym, że mamy wieść szczęśliwe życie, a nie na tym, żebyś upokarzał mnie, rżnąc się raz za razem z jakąś przypadkową kobietą, a potem mi się tym chwalił” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Doceniam autorkę za umiejętność zobrazowania problemów, z którymi borykają się ludzie ze środowiska LGBTQ+. Mimo, że moim zdaniem środowisko to zostało – zapewne na potrzeby książki – przerysowane. Podobał mi się również świat muzyczki przedstawiony z perspektywy Giny. I na scenie, i w roli nauczyciela przygotowanie autorki było pierwszorzędne.

Kiedy swingujesz, podziały taktowe nie są równe, ale bardziej elastyczne. Pierwsza połowa jest nieco dłuższa od drugiej.” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Dobrze czytało mi się również o współczesnych młodych dorosłych, tak różnych od tych, którymi ja byłam i którymi było moje pokolenie. Oni inaczej patrzą na życie. Dla nich bycie dwudziestoparolatkiem to jak dla nas bycie szesnastolatkiem. Zero zobowiązań, zero głębszych relacji, zero dzieci. Ten wątek został potraktowany bardzo wnikliwie i to w obrazach wielu postaci. Autorka nie zamknęła się tylko na Ginę i na Douga, lecz stworzyła cały wachlarz różnorodnych młodych dorosłych, którzy patrzą na świat zgoła inaczej niż my w ich wieku.

Obecnie ślub w naszym wieku to dziwactwo. Chyba że jesteś religijny i tak napalony, że nie potrafisz logicznie myśleć. Skąd możesz wiedzieć, czy chcesz być z tą osobą na zawsze, skoro nie bzykałeś się praktycznie z nikim innym?” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Książka ratuje się fabułą, główną tematyką oraz stylem i tempem pisania. Czytało się powieść bardzo lekko i przyjemnie. Wynaturzony obraz środowiska LGBTQ+ nie drażnił mnie, nie denerwował. Autorka zachowała wysublimowaną dysproporcję pomiędzy wątkami, na których skupiała się w poszczególnych częściach. Idealna lektura na wakacje.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka” Beata Sabała-Zielińska

TOPR. TATRZAŃSKA PRZYGODA ZOSI I FRANKA

  • Autorka: BEATA SABAŁA-ZIELIŃSKA
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron: 280
  • Data premiery: 14.06.2022r.

Nie mogłam się doczekać, kiedy ta książka do mnie trafi i kiedy będę mogła ją przeczytać. Szczególnie po moich wojażach w Bieszczadach i w Górach Stołowych w trakcie tegorocznych wakacji z mymi Dzieciakami. Mowa o „TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka” autorstwa @Beata Sabała-Zielińska od Wydawnictwo @Proszynski. Książka premierę miała 14 czerwca i jest przeznaczona dla młodszego odbiorcy.

Co robią warszawskie mieszczuchy z Mają i Kubą, pfuuu, z Zosią i Frankiem w Zakopanem? Zwykle zwiedzają Krupówki😊. Nie, nie tym razem. Tym razem w trakcie zimowym ferii Warszawiacy poznają Tatry od innej strony. Nie tylko od strony głównego traktu ulicznego z licznymi straganami i pysznymi daniami serwowanymi w pseudo góralskich karczmach. Poznają od strony pracy ratowników TOPR-u, u których wynajmują miejscówkę. Od strony trzech pokoleń tych, którzy dbają o życie i zdrowie turystów oraz pseudoturystów, bez względu na straty, które sami ponoszą. Od strony Stanisława Gąsienicy (jakżeby inaczej😊), jego syna Jędrzeja i wnuka Jaśka, który jest nadzieją młodego pokolenia TOPR-owców. Pokolenia, który musi nadejść, by taki Kuba, Majka, Zośka i Franek, a także wszyscy inni mogli czuć się bezpieczni.

O TOPR-owcach czytałam nie raz. Zwykle pojawiali się w thrillerach i kryminałach osadzonych na górskich stokach, przełęczach i podejściach. Często jako starsi, doświadczeni. Zawsze jako silni i niezmordowani, by nieść pomoc innym. Tak ich widzę. Tak ich dostrzegam. I przez to ich niezwykle szanuję. Ja jednak mam już swoje lata😉. Inaczej jest w przypadku młodszego pokolenia. To dzieci, nastolatkowie nieznający zimy w górach. Nie lękający się niczego i nikogo. Myślący tylko o sobie i o swoich doznaniach. Dla których ratownik TOPR to kolejny zawód jakich wiele. I właśnie dlatego każdy z nich powinien przeczytać tą króciutką książkę, w której Beata Sabała-Zielińska obrazuje prawdziwe znoje i trudy życia w sposób przystępny dla młodszego pokolenia. Takich TOPR-owców i ja w literaturze wcześniej nie znałam. Odnoszących się z szacunkiem do warszawskich mieszczuchów. Umiejących przekazać wiedzę w sposób prosty i zrozumiały.

Beata Sabała-Zielińska wykorzystała swoje doświadczenie z życia w górach oraz swoje umiejętności dziennikarskie. Stworzyła postaci przemawiające do wyobraźni nie tylko dziecka, ale i dorosłego. Umiejętnie połączyła fakty, które zdarzyły się naprawdę z fikcją literacką. Przemyciła wiedzę, o której ja nawet nie miałam pojęcia, a która jest wartościowa dla tych, co uwielbiają góry. Wytłumaczyła czytelnikowi czym jest detektor, po co komu sonda i do czego służy łopatka. Wplotła prawdziwe opowieści o dzikich zwierzach, o których zapominamy buszując po tatrzańskich, czy bieszczadzkich szlakach. Dodatkowo przywołała historyczną postać Jana Krzeptowskego, co jest dodatkową wartością książki, najbardziej znanego jako „Sabała” rysowanego przez samego Stanisława Witkiewicza i przez niego nazywanego „Homerem Tatr”. Byłego zbójnika i kłusownika, tatrzańskiego zakapiora, który początkowo nazywał się Jan Gąsienica. Gawędy góralskie jego autorstwa lub tylko powtarzane przez niego zostały spopularyzowane przez Stanisława Witkiewicza, Henryka Sienkiewicza, Wojciecha Brzegę oraz opublikowane w licznych zbiorach (źródło: portaltatrzanski). Ciekawe, czy to on zainspirował postać emerytowanego ratownika Stanisława Gąsienicy w powieści. Ciekawe…

Oprócz nieszablonych treści publikację wzbogacają zdjęcia, także te z rzeczywistych akcji ratowniczych i krótkie filmy o TOPR-ze, do których odsyłają specjalne kody, jako przestroga, jako edukacja, jako lekcja dla czytelników. I obok wartości historycznych i ciekawych postaci, o czym wspomniałam powyżej, jest to wartość sama w sobie tej książki. Ta wartość edukacyjna, przez małe „e”, przez zabawę, przez treści i ważne informacje rzucane mimochodem od czasu do czasu, które przemawiają i które trafiają nie tylko do młodego czytelnika.

Dziękuję Pani Beacie za tę książkę.  Dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka, że postanowiło ją wydać, w dobie wszechobecnego Internetu i niechęci do uczenia się. Dziękuję. Bo gdyby nie ta książka wiele treści nie odkryłabym do dziś i o wielu sytuacjach nie miałabym pojęcia.

To książka dla każdego pasjonata gór. I tego małego, i tego młodego, i tego w średnim wieku. Sięgnijcie po nią w ten letni czas, gdy zatęsknicie do tych zielonych wzgórz i osłonecznionych tatrzańskich połaci. Nie zawiedziecie się. Gwarantuję😊.

Moja ocena: 9/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

„Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie” Clive Gifford

MYŚLI, KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT. WIELCY FILOZOFOWIE

  • Autor: CLIVE GIFFORD
  • Wydawnictwo: ZNAK EMOTIKON
  • Seria: MYŚLI, KTÓRE ZMIENIŁY ŚWIAT
  • Liczba stron: 64
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Zapomniałam o tej króciutkiej książeczce☹. Wstyd się przyznać, bo i w treści, i w jakości wydania od razu zwróciłam na nią uwagę i przeczytałam ją dość szybko. Wydawnictwo @Znak Emoikon stanęło na wysokości zadania i zaserwowało młodszemu czytelnikowi polskie wydanie książki, która przybliża najbardziej znane i wartościowe myśli filozoficzne. Mowa o  „Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie” autorstwa Clive’a Gifforda i z ilustracjami Sama Kalda. Ja do grona młodszych czytelników niestety już nie należę 😉, ale debiut na polskim rynku wydawniczym z 9 maja br. przyjęłam z zaciekawieniem. Cóż może być lepszego niż bardzo dobra, żeby nie powiedzieć najlepsza treść z możliwych i przepiękne nastrojowe ilustracje oddające ducha epoki.

Dla ciekawskich o tych, którzy byli wyjątkowo zaciekawieni😊. Tak mogłabym jednym zdaniem określić treść publikacji, by w nią Was wprowadzić. Po zapoznaniu się z lekturą wiem, że jest to książka dla chłonnych wiedzy. Dla dzieciaków, których interesuje kim był Platon oraz z czego zasłynął tak naprawdę wszystkim znany Sokrates. Treść została przedstawiona w bardzo ciekawej formie. Autor skupia uwagę czytelnika na najważniejszych faktach biograficznych wielkich filozofów, na głównych tezach przez nich głoszonych oraz na licznych ciekawostkach, o których sama nie miałam pojęcia. A Wy wiedzieliście, że bracia św. Tomasza z Akwinu porwali go i więzili przez rok? Jeśli nie, to sięgnijcie po książkę, z której się tego w mig dowiecie😉.

Z filozofią kojarzy mi się pierwszy rok studiów, gdzie interdyscyplinarny ten przedmiot był chyba swego czasu na wszystkich kierunkach. Ze zdziwieniem dowiedziałam się przy okazji, że filozofia aktualnie jest w programie nauczania szkoły średniej. Myślałam o tym analizując treści zamieszczone w książce „Myśli, które zmieniły świat. Wielcy filozofowie”. I doszłam do wniosku, że takie publikacje mogą tylko pomóc młodszemu pokoleniu zrozumieć, z czym musieli się mierzyć wielcy filozofowie, na tezach których zbudowano wiele dziedzin nauki, nie tylko etykę.

Bardzo dobrze wydana książka popularnonaukowa!

W swoim gatunku jest majstersztykiem. Czyta się ją jednym tchem. Piękne ilustracje pomagają przebrnąć przez kolejne. Kolory w niej wykorzystane nastrajają optymistycznie. Treści zostały przedstawione w bardzo przystępny sposób. Młody czytelnik od razu rozumie, nad czym głównie zastanawiał się leżąc do południa w łożu Kartezjusz i co tak naprawdę było solą w oku Sokratesa. Pozna reguły rządzące głęboką i wielką myślą, w których nie ma ograniczeń i nie ma żadnych pewników. A także zapewne przyzna na końcu, jak ja, że by odkryć i stworzyć coś nowego, należy zacząć od kwestionowania oczywistości. To jest wartość tej książki. Ten ukazany szeroki aspekt filozofii i jej znaczenia dla rozwoju ludzkości.

Serdecznie polecam tę lekturę każdemu, kto chce w sposób ciekawy zagłębić się w losy i tezy najważniejszych w historii filozofów. Miłej lektury!!!

Moja ocena: 9/10

Recenzja dzięki Wydawnictwu Znak Emotikon.

„Bez strachu. Jaka jest siła marzeń i ile człowiek jest w stanie zaryzykować, aby dopiąć swego” Inez Janiak-Molęcka

BEZ STRACHU. JAKA JEST SIŁA MARZEŃ I ILE CZŁOWIEK JEST W STANIE ZARYZYKOWAĆ, ABY DOPIĄĆ SWEGO

  • Autorka: INEZ JANIAK-MOLĘCKA
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 240
  • Data premiery: 01.06.2022r.

W książce wydanej nakładem Wydawnictwa PASCAL poznajemy Inez. Zanurzamy się w jej wybory, jej decyzje. Poznajemy jej motywacje i obraz, w którym chce nam się zaprezentować sama jako Autorka – @Inez Janiak-Molęcka. „Bez strachu. Jaka jest siła marzeń i ile człowiek jest w stanie zaryzykować, aby dopiąć swego” to propozycja z 1 czerwca br. Propozycja nietuzinkowa, bo opowiadająca o wyjątkowej kobiecie. Kobiecie, która jest na Insta; https://www.instagram.com/ineepine/?hl=pl . Kobiecie, która na oficjalnym profilu FB pokazuje swoje różne oblicza; https://www.facebook.com/inez.janiak . Kobiecie, którą też można posłuchać razem z Feno w produkcji Worka; e-muzyka . Mimo bardzo soczysto – ognistej okładki to nie „porno dla ubogich” jak mawia moja przyjaciółka😊, to opowieść o sile ducha, zrozumieniu, czego chcemy w życiu i dążeniu do tego.

Gdzie Inez Janiak-Molęcka nie była i czego nie robiła, a mogła być przecież tylko, lub aż…lekarzem. Rzuciła medycynę, by zająć się tatuowaniem. Jej dzieła można zobaczyć na stronie FB, Instagramie, czy na portalu tattoo-witryna. Jej kreska jest wolna niezamykająca się w żadnym szablonie, odważna. Jej prace dziełem sztuki, niespokojne, jak jej duch. O tym opowiada jej książka. Bardzo osobista publikacja, pisana w formie swawolnego pamiętnika. I o jej sile ducha, dzięki któremu rzuciła prestiżowe studia i zaczęła tatuować. Dzięki, któremu wyjechała w podróż do Chile, do USA, by na najbardziej niebezpiecznej plaży Miami Beach pić wino ze słuchawkami w uszach, na Antarktydę i w wiele innych miejsc, by coś przeżyć, by przebiec maraton, by wreszcie żyć.  I dzięki któremu nagrała muzę, która w jej duszy gra. Nie obawiając się krytyki, nie martwiąc się o recenzje. O tym przeczytacie w „Bez strachu. Jaka jest siła marzeń i ile człowiek jest w stanie zaryzykować, aby dopiąć swego”.

Kompletnie nie podoba mi się podtytuł😊. Wiem, że może zaczynam ni z gruszki, ni z pietruszki, jak to mówią, ale kompletnie nie wiem, po co ten przydługi podtytuł. Po przeczytaniu relacji o sobie samej napisanej przez Inez Janiak-Molęcką, zdecydowanie wystarczyłby tytuł książki „Bez strachu”, bo o jego braku dużo w niej jest i o tym, by go pokonywać skupiając się na realizacji własnych marzeń.

Nie do końca lubię ten gatunek książek. Nie lubię biografii, ani autobiografii. I nie do końca lubię poradniki, chociaż czytam je od czasu do czasu poszukując sensu lub odpowiedzi na wiele pytań kołaczących mi się w głowie. Ale książka Inez Janiak-Molęckiej mi się podobała. Po pierwsze urzekł mnie jej styl. Zwięzły, krótki, dosadny. Gdzieniegdzie wrzucone przekleństwa nie wydawały mi się zbytnią ekspresją, a opowiadane historie ani razu nie wydały mi się egzaltowane, mimo, że czasem były trudne. Po drugie osobowość. Tak bardzo wsiąknęłam w jej sukcesy, że momentami zapragnęłam nią być. Przeżywać to co ona, doświadczać tego, co ona. No cóż nie ukrywam, spodobała mi się też postać jej męża Daniela. Takiego towarzysza z boku, który nie odciągał mnie od głównego nurtu książki, a stanowił ciekawe urozmaicenie. Po czwarte zaciekawiła mnie okładka. I to bardzo!!! To chyba Inez i jej mąż, co sądzicie? Do tego przepiękne zdjęcia drogi stanowiące idealne uzupełnienie przedstawionej w publikacji treści😊.

Podziwiam odwagę Autorki. Podziwiam jej umiejętność ubrania w słowa tego, co przeżyła, to co czuje i to, o czym myśli. Doceniam ten gest, by mimo tego, że można być posądzonym o przechwalanie się sukcesami i przeżyciami, pokazać drogę, którą się przeszło i to na zasadzie „ty też tak możesz!!!”.  Książka pełna jest motywacyjnych wtrąceń, dobitnie dobranych słów kierowanych wprost do czytelników. Jest też próbą własnej samooceny. Tego, co zadziało się w przeszłości, tego, czego Janiak-Molęcka mogła uniknąć. Taka publiczna autodiagnoza.

Trudno czytać o kimś, kogo się nie poznało wcześniej, zanim się sięgnęło do książki. Łatwiej jest prześledzić losy kogoś lubianego, z kim się utożsamiam, lub do kogo pretenduję. Czas spędzony z książką nie był jednak czasem straconym. Skłonił mnie do zastanowienia się nad swoim życiem. Udowodnił mi, po raz kolejny, że warto gonić za marzeniami, warto stawiać wszystko na jedną kartę.

ps. tylko jak to zrobić, jak się nie jest atrakcyjną i utalentowaną młodą blondynką z przystojnym i charakternym mężem u boku? 😉

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą i podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu Pascal.

„Żenujące życie Lottie Brooks” Katie Kirby

ŻENUJĄCE ŻYCIE LOTTIE BROOKS

  • Autorka: KATIE KIRBY
  • Wydawnictwo: ZNAK EMOTIKON
  • Cykl: LOTTIE BROOKS (tom 1)
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 18.03.2021r.

O przeogromnej ilości debiutów książkowych, które miały premierę 18 maja br., już wspominałam😊. Nie mogę się jednak powstrzymać, by nie napisać, że „Żenujące życie Lottie Brooks” autorstwa Katie Kirby od Wydawnictwa @Znak Emotikon to 25 książka, którą przeczytałam i zrecenzowałam na moim blogu. Obłędna ilość😉. Chyba taki wynik z jednego dnia mam po raz pierwszy w historii.

Żenujące życie Lottie Brooks” to pierwszy tom nowej serii dla młodzieży. Jej główną bohaterką, a także winowajczynią dziwnych i śmiesznych wydarzeń jest Lottie ponad 11-letnia dziewczynka. Wchodząca w dojrzałość nastolatka przeżywa istną gehennę. Biust za mały☹, za mało obserwatorów na Insta☹, więc praktycznie czuje się nic nie warta, za mała dla rodziców☹. Tego już za wiele!!! Wszystko wywraca się do góry nogami, gdy w życiu tytułowej Lottie pojawia się sekretny pamiętnik. Dzięki niemu zaczyna przeżywać swoje życie na nowo, inaczej. Dzięki niemu zaczyna….

No tak, to historia typowo dla nastolatek. Dlatego w pierwszej kolejności książkę przeczytała moja córka, która jest praktycznie w wieku Lottie, no bez dwóch miesięcy😊. Po mojej lekturze dyskutowałyśmy obie na temat zalet i wad lektury. Recenzja jest więc wynikiem naszych wspólnych wniosków (wiecie jak to jest😉, czego się nie robi, by zachęcić dzieci do czytania…). Podobał nam się humor typowo dla nastolatków. Problemy Lottie są praktycznie tożsame z problemami każdej Ani, Kasi, Anieli czy nawet Isaury, gdziekolwiek nie mieszkają, z jakiegokolwiek domu nie pochodzącą. Sama przypominam sobie jaka w tym wieku byłam w stosunku do siebie surowa. Ech, gdybym tylko mogła spojrzeć sobie wtedy w twarz i inaczej siebie ocenić. Autorka bardzo dobrze odzwierciedliła życie nastoletniej dziewczynki, która siebie nie akceptuje i którą denerwuje bezgraniczna akceptacja własnych rodziców. Doceniłyśmy wspólnie lekki styl powieści, który wręcz nadaje się dla młodszego czytelnika. Styl nie nuży, nie męczy. Jest dynamiczny i dostosowany do finalnego odbiorcy.

Podsumowując,  „Żenujące życie Lottie Brooks” jest lekką i przyjemną lekturą. Różnorodności książce nadają dodatkowo śmieszne rysunki dopełniające doskonale opowieść. Sposób uzupełniania pamiętnika przez Lottie został przedstawiony w sposób prześmiewczy. To dobrze, wszak nie od dziś wiadomo, że takie humorystyczne książki mają bawić. Idealna lektura dla kilkunastoletnich dziewczynek, które szukają odskoczni od interaktywnego życia. Mimo, że niektóre części w książce dotyczą wymiany wiadomości pomiędzy nastolatkami, właśnie w tej formie😉. Co innego jednak o tym czytać, niż to czynić.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy Wydawnictwa Znak Emotikon.

„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain

GDY GWIAZDY CIEMNIEJĄ

  • Autorka: PAULA MCLAIN
  • Wydawnictwo: MANDO
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 29.06.2022r.

Gdy gwiazdy ciemnieją” autorstwa Pauli McLain to czternasta premiera czerwca, która już za mną. Ta książka debiutowała nakładem @wydawnictwomando w dniu 29 czerwca 2022 roku i jest pierwszą książką autorki do której sięgnęłam. Na marginesie zaznaczę, że mam z Wydawcą bardzo dobre doświadczenia😊. W ubiegłym roku Wydawnictwo Mando wydało książkę Mirosławy Karety „Najkrótsza noc” (recenzja na klik), która mnie niezwykle zaciekawiła i w wielu momentach rozbawiła, mimo poważnych tematów podjętych na jej stronicach.  Sięgając do „Gdy gwiazdy ciemnieją” podskórnie wspomniałam moje wcześniejsze odczucia i zaczęłam oczekiwać co najmniej takiego samego efektu WOW jak w przypadku książki Karety😉. 

Myślałam dziś o przebaczeniu (…) tylu ludziom trudno zrozumieć, czym ono jest, łączą je z winą. Wstydzą się rzeczy, na które nigdy nie mieli żadnego wpływu. Moim zdaniem wcale nie musimy harować jak wół, żeby zasłużyć na przebaczenie. Ono już jest wokół nas, jak deszcz. Musimy je tylko do siebie dopuścić.” -„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain.

Anna Louise Hart detektyw specjalizująca się w odnajdywaniu dzieci. Pasjonująca się swoją pracą. Wraca do rodzinnego Mendocino, w którym spędziła kilka lat w rodzinie zastępczej. Wraca z przymusu, wraca odrzucona przez męża potrzebującego czasu. Oboje go potrzebują po traumatycznych przeżyciach. Anna nie zaznaje jednak spokoju. Trafia w gorący okres poszukiwania kilkunastoletniej Cameron Curtis, córki znanej gwiazdy filmowej, która dodatkowo boryka się ze zdradą męża. Anna postanawia pomóc miejscowemu stróżowi prawa, Willy’emu – jej koledze z dzieciństwa. Śledztwo przywołuje smutne wspomnienia, traumy z dzieciństwa, śmierć matki, odebranie rodzeństwa, śmierć koleżanki Jenny, relacje z rodzicami zastępczymi. Jej głowa jest pełna trudnych wspomnień, a jednocześnie ciężko pracuje. Tym ciężej im młodych zaginionych dziewcząt jest więcej. Jest i Polly, jest i Shannan….

Obłędna lektura !

Tym bardziej, im dociera do mnie świadomość, że wiele treści znajdujących się w powieści ma osobiste podłoże w przeżyciach autorki. Ogromny szacunek dla Pauli McLain za siłę do podzielenia się z doświadczeniami życia w domu dziecka, za odwagę do przyznania się bycia ofiarą molestowania seksualnego, za przedstawienie wielu rzeczywistych wątków, które naprawdę się wydarzyły. Fikcja pomieszana została z gatunkiem true crime, kiedy McLain opisała rzeczywiste wydarzenia związane z uprowadzeniem Polly Kallas z jej pokoju, z nożem przy szyi, w obecności dwóch koleżanek. To forma uprowadzenia, z którą po raz pierwszy się spotkałam. Tak intymna, we własnym domu. Wręcz druzgocąca.

Sposób na bohaterkę bardzo interesujący, nietuzinkowy. Anna o pięknych imionach i nazwisku. Żona Brandona, matka dwójki dzieci. Policjantka. Jest dla mnie bardzo dobrze rozpisaną postacią. Rozumiem jej ból po stracie. Rozumiem jej rozpacz po odrzuceniu przez męża. Rozumiem jej końcową nadzieję i chęć, by wszystko uporządkować, by przestać się ukrywać w Mendocino, by wrócić do swego prawdziwego życia.

Nigdy nie byłam w stanie zdystansować się od tych ofiar. Dzieci, którym próbuję pomóc. Sprawy, które prowadzę, przesłaniają mi wszystko inne.” -„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain.

To fakt, jak przeczytałam w innej opinii, że autorka dotknęła bardzo czułych strun w sercach czytelników i czytelniczek. Dotknęła tematu niezawinionych śmierci, okaleczeń, molestowań seksualnych względem dzieci. To pomysł na fabułę powodujący liczne negatywne i silne emocje, przyczyniający się do czytania książki w napięciu. I mimo, że z tą tematyką spotykam się po raz któryś, lektura „Gdy gwiazdy ciemnieją” zapadła mi w pamięć ze względu na rzetelny sposób zobrazowania i śledczych, i ofiar, i rodzin ofiar. Autorka nie pokusiła się o wytłumaczenie sprawcy, o pokazanie jego ludzkiego oblicza, jakby oddawała hołd tym fikcyjnym i prawdziwym – w przypadku Polly – ofiarom. Zwracając uwagę czytelnika, że nie sprawca i jego traumy są tu ważne, że ważne są te niewinne dzieci, oddarte z życia, oddarte z niewinności. I to bardzo cenię w tej powieści. Ten rys psychologiczny ofiary. Ten rys psychologiczny Anny.

Dobrze czytało się mi się powieść również ze względu na postaci poboczne. Postać Tally, postać Willa, czy rodziny ofiar począwszy od Emily i Troya, po Lidię, Drew i pozostałych. To cała kawalkada postaci, która z jednej strony trochę zagmatwała w fabule i uczyniła ją bardzo przewlekłą, z drugiej jednak miała służyć zapewne ukazaniu ogromu czynności, którzy wykonują śledczy, by dochodzenie zakończyło się sukcesem. Nie przekonała mnie najbardziej postać Emily. Wydała mi się w tej swej minimalnej uważności na dziecko wręcz nieludzka. Pewne sprawy doszły do niej o dużo za późno, zbyt późno. Wydaje mi się, że rola w odkryciu tych kart z przeszłości Cameron powierzona Anny była lekko przesadzona. Coś na zasadzie wszyscy coś zauważali, ale nikt niczym się nie zainteresował. Widocznie ten mechanizm miał tu był przedstawiony. Nawet jeśli nie do końca mnie przekonał.

Powieść należy przeczytać ze względu na bohaterkę Annę i jej trudne doświadczenia, ze względu na ofiary, o których autorka opowiada wręcz z namaszczeniem i ze względu na osobiste przeżycia  Pauli McLain, o których czytałam z szacunkiem. To wszystko zostało ujęte w zwięzłych opisach, ciekawych dialogach, mimo pewnej rozciągłości fabuły i interesującym otoczeniu. Dzięki temu „Gdy gwiazdy ciemnieją” jest dla mnie lekturą bardzo wartościową. A wartościowe książki powinny być czytane. Efekt WOW w trakcie czytania był. Polecam więc !!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.

„Jesień zapomnianych” Anna Kańtoch

JESIEŃ ZAPOMNIANYCH

  • Autorka: ANNA KAŃTOCH
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: KRYSTYNA LESIŃSKA (tom 3)
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 27.04.2022r.

Mimo, że premiera książki „Jesień zapomnianych” Anny Kańtoch odbyła się 27 kwietnia br. to publikacja dzięki podarunkowi od @wydawnictwomarginesy trafiła do mnie dwa miesiące później. To trzecia części cyklu z Krystyną Lesińską. Nie czytałam dwóch poprzednich ☹,więc może dlatego nie wiedziałam skąd nazwisko Lesińska w nazwie serii. Przecież w niedawno przeczytanej książce mowa jest o Krystynie Wojciechowskiej po mężu Szewczyk. I jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałam się, że Autorka @a.kantoch kolejno wydawane części traktuje z przymrużeniem oka. Opowiada w nich historie nie do końca chronologicznie dla głównej bohaterki. W części zatytułowanej „Jesień zapomnianych” Kańtoch pozwala bawić się czytelnikom w detektywów amatorów wraz z Krysią i jej kolegą Łukaszem, dziennikarzem zainteresowanym ciekawymi wydarzeniami w Drugich Szopienicach. I jednocześnie pozwala dowiedzieć się, co stało się z zaginionym bratem Krystyny, Romkiem, który w 1963 roku zaginął w Tatrach, w których trzech jego kolegów straciło życie. Wszystkie tytuły części odnoszą się do pór roku. I pozwolę od razu sobie na zachwyt, książki zostały zgrabnie nazwane. Sami sprawdźcie jak to ładnie brzmi;  „Wiosna zaginionych”, „Lato utraconych” i ostatnia „Jesień zapomnianych”😊.

1966 rok. Wczesny PRL. Kilkanaście lat po wojnie ludzie nadal nie mają lekko. Drugimi Szopienicami od niedawna dzielnicą miasta Katowice wstrząsają informacje o wampirze zabijającym kobiety i o samobójczej śmierci kilku młodych mężczyzn. Po śmierci z rąk wampira bratanicy Gierka mordercą kobiet zajmuje się cała wojewódzka policja. Dziwnymi śmierciami mężczyzn praktycznie nikt za wyjątkiem młodej Krystyny Wojciechowskiej, która znając ostatniego samobójcę Karola Fiszel została wkręcona przez Łukasza Szewczyka, dziennikarza w amatorskie śledztwo. Bo to przecież nie mógł być zbieg okoliczności; „Wszyscy w chwili śmierci mieli od dwudziestu do dwudziestu czterech lat i mieszkali na Drugich Szopienicach. Dwóch powiesiło się na strychu, jeden na podwórku, jeden nad stawem, a jeden we własnym domu. Wszyscy zginęli ze związanymi z tyłu rękami.”

No i oczywiście od razu stwierdziłam, że związanych z tyłu rąk samobójca mieć nie może😊. I jakieś było moje zaskoczenie, gdy autorka słowami jednego z bohaterów udowodniła mi, że jak najbardziej można samemu przewiązać sobie sznurem ręce, a następnie zginąć przez zadzierzgnięcie. To nie jedyna ciekawostka przez którą warto sięgnąć do powieści. Czytając doceniłam umiejętność odwzorowania Śląska i Zagłębia z tamtych lat. Jak na tak młodą Autorkę to niezwykła sztuka zadbać o klimat, w którym nie przyszło żyć twórcy. Bo cóż można pamiętać z późnego komunizmu będąc kilkuletnią dziewczynką…Czytając o blokach, dzielnicach, familokach, tramwajach, telefonach stacjonarnych, odwiedzaniu mieszkań, przepytywaniu dzieci na trzepakach miałam wrażenie, jakbym sama uczestniczyła w tym śledztwie. Jakby razem z Kryśką w te dżdżyste jesienne dni przemierzała trasy od Bożków, do Fiszeli, od Fiszeli do Paluchów, od Paluchów do Nalepów, od Nalepów do Pytlików i tak w kółko.

Ogromnie podoba mi się, że Kańtoch nie ocenia tych minionych czasów, nie stygmatyzuje. Nawet milicjanci dają się lubić, a szczególnie jeden będący już na pynzyji. Rozpisała akcję na jesienne dni. Na początku każdego rozdziału umieściła informację o dacie, w której dzieją się opisywane wydarzenia. Narracja jest pisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Narratorką jest Krystyna. I muszę przyznać, że relacjonuje bardzo zgrabnie. Od czasu do czasu serwuje czytelnikowi mocny komentarz, ciekawą ripostę, czy istotne spostrzeżenie. Do tego humor, czasem czarny, idealnie wkomponowujący się w moje oczekiwania. Nie jest taką kobietą błądzącą we mgle, jakby się mogło zdawać u progu śledztwa. Wie na co ją stać i jakie są jej zalety, mimo trudnych początków. Zaczyna dostrzegać swoje umiejętności z perspektywy przyszłej śledczej. Gdzieniegdzie wtrącona gwara śląska, czy stereotyp zagłębiowsko – śląski dodaje tylko tej części swojskości. Każdy z nas lubi czytać, o tym, co znamy. I ten mechanizm wyśmienicie się sprawdził przy czytaniu „Jesieni zapomnianych”. Wstyd się przyznać, że ja nawet nie wiedziałam, że Drugie Szopienice to „(…) teren za wiaduktem kolejowym, przy granicy z Mysłowicami.” I proszę kolejny dowód, że książki uczą😊.

Książkę pochłonęłam jednym tchem. Praktycznie z jedną przerwą na kolację. Nie czytałam poprzednich części, więc nie mam porównania, czy poziom został zachowany, czy jest spójność w cyklu i tak dalej. Wiem tylko, że to kryminał, w którym ogromne znaczenie odgrywa przeszłość. Trochę taki jakby retro, a ja ten gatunek uwielbiam. Autorka wybornie odzwierciedliła małą społeczność, w której działy się zastanawiające śmierci młodych mężczyzn, a w której nikt nie chciał dostrzec powiązania między nimi lub nie chciał o nich głośno mówić. Pokazała jak dążenie do prawdy może być męczące oraz jak to robiono dawno temu, gdy nie miało się całego internetowego świata obok siebie, praktycznie na wyciągnięcie ręki. Zobrazowała polski prymat rodziny, w którym ważne jest, bez względu na wiek, by dziecko było dobre, pokorne i stawiało się w domu na czas. Nawet Śląskość tej pochodzącej z Katowic Autorce wyszła bardzo dobrze. Nie była wymuszona, nie była przejaskrawiona. Ot, taki zwykły obraz otoczenia, w którym dzieje się akcja. Podobny bardzo nastrojowo do śląskiego cyklu Roberta Ostaszewskiego.

I tylko żal, bo podobno zimy nie będzie☹. A chętnie przeczytałabym czwartą część z tą ciekawą bohaterką i jej kryminalnymi przygodami. Aż dziw bierze, że było lato, wiosna i jesień w tytule, a zimy zabraknie. Szkoda. Liczę jednak na inne powieści Autorki, niekoniecznie z gatunku fantastyki, które chętnie przygarnę, by sprawdzić, czy zaciekawią mnie tak samo mocno jak „Jesień zapomnianych”.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Środek lata” Małgorzata Warda

ŚRODEK LATA

  • Autorka: MAŁGORZATA WARDA
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery: 12.07.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 2007r.

@Małgorzata Warda – autorka to „Pisarka, malarka, rzeźbiarka – jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych. Laureatka kilku konkursów literackich. Jej prozatorski debiutem była książka „Dłonie” wydana w roku 2005.” (cyt. za https://lubimyczytac.pl/autor/23088/malgorzata-warda z dnia 20.07.2022r.). Ja Autorkę znam z licznych antologii, w których zamieściła swoje opowiadania (np. Teraz Cię rozumiem mamo). W krótszej formie Pani Małgorzata czuje się równie dobrze, co w dłuższej😊. Nie wierzycie? To dobrze😉. Warto sprawdzać samemu.

Książki pt. „Środek lata” wydanej pierwotnie w 2007 roku przez Wydawnictwo @Prószyński i S-ka nie czytałam. Ucieszyła mnie więc wiadomość od Wydawcy, że 12 lipca br. powieść zostanie wznowiona w nowym wydaniu. Dzięki uprzejmości @Prószyński i S-ka wolumin w pięknej, klimatycznej okładce trafił w moje ręce. Jestem już po lekturze. Pozwólcie podzielić się z Wami spostrzeżeniami na jej temat.

W 2005 roku znika Sylwia Fey. Dziewiętnastolatka z klasy maturalnej. Rok poszukiwań nie przynosi rezultatu. Dziennikarskie śledztwo rozpoczyna Marlena Rogucka z pisma „Portrety”. Wraz ze swoimi współpracownikami zaczyna na nowo odkrywać te same karty, czytać te same strony raportu policyjnego i zapoznawać się z pamiętnikiem zagubionym, z jego wszystkimi stronami, nawet tymi dostarczonymi przez jej przyjaciółkę Marzenę. Na nowo przesiewa informacje. Niektóre z nich pojawiają się po raz pierwszy. Czy to doprowadzi dziennikarkę śledczą do rozwiązania zagadki zaginięcia Sylwii?

Ależ mnie zmyliło Wydawnictwo tą subtelną, klimatyczną i delikatną okładką !!! Spodziewałam się uroczej książeczki obyczajowej, a otrzymałam mix gatunków literackich w jednej powieści. „Środek lata” to powieść obyczajowa z rozbudowanymi wątkami relacji w rodzinie. Bardzo dobrze obrazująca związek między rodzeństwem, oczekiwania dorosłych i różnice pokoleniowe, szczególnie wnuków w relacji z Babcią, która uparcie twierdziła, nawet nie wychodząc z domu, że „(…) prawdziwa dama nie powinna w kółko obnaszać tych samych strojów…”. Dotyka również tematu przyjaźni i związków między rówieśnikami. „Środek lata” to też niespokojny thriller, w którym rys psychologiczny bohaterów odgrywa istotną rolę. Sama Sylwia nie potrafi radzić sobie ze swoimi emocjami. Jej pamiętnik jest przepełniony niespełnionymi obietnicami, niezrealizowanymi marzeniami. Jej zachowanie przekracza dobry gust i w relacji z bratem Mateuszem, i w relacji z innymi mężczyznami. „Środek lata” to też kryminał, w którym główną rolę odgrywa dziennikarka Marlena. Stara się dotrzeć do prawdy w swym śledztwie. Prowadzi go w zgodzie z prawidłami gatunku, rozpytując wszędzie, zapędzając w przysłowiowy kozi róg, pokazując nowe dowody i analizując reakcje. Ten wątek zawiódł mnie jednak najbardziej. Marlena odkryła fakty, które w realnym świecie policja odkryłaby w trakcie rocznego śledztwa wcześniej czy później. Rola Marzeny w mojej opinii w rozwiązaniu zagadki została uwypuklona aż za nadto.

Bardzo dobrze czytało mi się tę powieść. Nie mogłam się od niej oderwać, aż zarwałam noc do pierwszej w nocy😊. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie liczby pojedynczej i to z różnych perspektyw. Rozdziały zatytułowane imionami bohaterów nakierunkowują czytelnika, kto będzie kluczowy w danej części książki. Śledzimy śledztwo z perspektywy Marleny. Na losy bohaterów patrzymy oczami Mateusza i jego przyjaciela Damiana. I Lou, Lucyna, najmłodsza siostra. Mimo, że jej rola jest kluczowa dla wątku obyczajowego, jej narracja nie przekonała mnie w ogóle. Nie potrafiłam się w nią czuć. Dziesięć lat młodsza od Sylwii, trzynaście od Mateusza, gdy relacjonuje wydarzenia powinna mieć z dziesięć lat. Jej narracja, w moim odczuciu, jest za poważna, brzmi jak narracja młodej dorosłej, mimo, że autorka wplotła w nią jej naiwność, czy w wielu miejscach pokazała różnice w postrzeganiu świata, np. w rozumieniu funkcji podwiązek😉.Wydarzenia z perspektywy Sylwii czytelnik śledzi z jej pamiętnika, który jest bardzo dobrze napisany. Są to zdarzenia i z bardziej dawnych, i mniej dawnych lat. Dzięki temu przeczytałam o walkmanie, o osiedlowych kinach, czyli inaczej o latach dziewięćdziesiątych, w których wszystko wyglądało inaczej. Zresztą przeplatająca czasoprzestrzeń na zasadzie teraz – wcześniej – dużo wcześniej bardzo dobrze się Małgorzacie Wardzie udała. Nie można się pomylić, nie można się zaplątać.

Fabuła bardzo ciekawa. Połączenie gatunków zasługuje na ogromny szacunek czytelnika. Autorka w tym zakresie wykazała ogromny kunszt prozatorski. Bohaterowie bardzo wyraziści, nawet w swej nieudolności i w swej naiwności. Mateusz skrywający tajemnicę spodobał mi się najbardziej. Jego męska perspektywa wydała mi się bardzo prawdziwa. Idealna książka na lato z Trójmiastem w tle. Miłej lektury.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka.

„Rytm Harlemu” Colson Whitehead

RYTM HARLEMU

  • Autor: COLSON WHITEHEAD
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 1.06.2022r.
  • Data premiery światowej: 14.09.2021r.

Rytm Harlemu” Colsona Whiteheada to dwunasta książka wydana w miesiącu czerwcu br., którą przeczytałam i zrecenzowałam. Będąc bardziej precyzyjną napiszę dodatkowo, że jest jednocześnie piątym debiutem z tego miesiąca od @WydawnictwoAlbatros. Oznacza to, że czerwiec był kolejnym bardzo dobrym miesiącem tego Wydawnictwa, które wydało sporo pozycji finalnie zalokowanych przeze mnie się w moich planach czytelniczych😊.

Rytm Harlemu” Colsona Whiteheada jest też pierwszą powieścią tego autora, z którą się zapoznałam. Nie czytałam ani powieści „Kolej podziemna”, ani książki zatytułowanej „Miedziaki”, za które autor otrzymał Nagrodę Pulitzera (kolejno w 2017 i w 2020 roku).  W roku 2022 nagrody zostały już przyznane, o czym świat został powiadomiony 9 maja br. I niestety „Rytm Harlemu”  nie znalazł się wśród laureatów. Tym razem kapituła doceniła pisarstwo Joshuy Cohena.  Z tego co przeczytałam na oficjalnej stronie, książka finalnie nie znalazła się nawet wśród nominowanych. Colson Whitehead jest już jednak wygrany. Znalazł się obok dwóch wybitnych pisarzy; Wiliama Faulknera i Johna Updike’a, w gronie literatów, którzy w kategorii Literatura piękna zdobyli Pulitzera dwukrotnie.

Harlem, czarna dzielnica Nowego Jorku z lat 60-tych ubiegłego wieku. To właśnie tam urodził się i wychował Ray Carney, za czarny by przejść test papierowej torby i przystąpić do Klubu Dumasa, w którym zasiada jego teść Leland Jones.  Za czarny by osiągnąć zawodowy sukces jako sprzedawca sprzętu wyposażenia domowego gdzieś poza Sto Dwudziestą Piątą ulicą. Za dobry, za bardzo wykształcony by nie rozkochać w sobie pięknej i inteligentnej Elisabeth z dobrego domu. Za uroczy dla swego kuzyna Fredericka Dupree, który urok każdego potrafi wykorzystać dla swoich celów. Chłonący miasto, chłonący ulicę. Starający trzymać się z boku od jej wyznawców i jej królów. Do czasu….

 „Ameryka była duża i naznaczona plamami nietolerancji rasowej i przemocy. Odwiedzacie krewnych w Georgii? Oto bezpieczne trasy pozwalające ominąć miejscowości, w których nie wolno przebywać po zmierzchu, terytoria białasów, skąd możecie nie wyjść żywi, miasta i hrabstwa, których musicie unikać, jeśli wam życie miłe. -„Rytm Harlemu” Colson Whitehead.

I przez mniej więcej takie sformułowania książka przypominała mi klimat przepiękne zobrazowany w Oskarowym filmie pt. „Green book” oraz w firmie „Piętno” z 2004 roku z Nicole Kidman i Anthonym Hopkinsem. Oglądaliście „Piętno”, „Green book”? Jeśli nie to dorzućcie te tytuły do Waszych planów filmowych. Naprawdę mocne, inteligentne kino opowiadające o Ameryce sprzed prawie wieku, gdy dyskryminacja rasowa osiągała po zniesieniu niewolnictwa swoje apogeum. Taaaak. Ten klimat Whitehead zdołał wyciągnąć na światło dzienne w kartach swojej powieści. Czytając przez skórę czułam duszność Harlemu, czułam strach. Mentalnie oglądałam się za siebie, zerkałam przez ramię, skradałam się do rogu ulicy sprawdzając, czy ktoś na mnie nie czyha. Degustowałam różne smaki. Wciągałam nosem zapachy papierosów, palonej na ulicach trawki i tańczyłam do przepięknej czarnej muzyki, którą słychać zewsząd. To wielka umiejętność posiadana przez pisarza, wciągnąć czytelnika w atmosferę powieści. Colsonowi Whitehead to się udało zrobić ze mną.

Książka składa się z trzech zatytułowanych części. Każda zawiera po osiem- dziewięć rozdziałów. Wszystkie z części opisują  inny etap życia głównego bohatera Raymonda Carneya. W części „Pick – up” umiejscowionej w 1959 roku dużo dowiadujemy się o życiu Raya,  o jego przeszłości, o jego doświadczeniach i trudnym dzieciństwie. Autor wprowadza nas w nastrój panoszący się w Harlemie. W części zatytułowanej „Dorwej” Ray jest już innym człowiekiem. Od części pierwszej minęło już parę lat. Został po raz drugi ojcem, przeprowadził się do bardziej przestronnego mieszkania i wiedzie mu się coraz lepiej. Nie z powodu sukcesu ze sklepem z wyposażeniem wnętrz, ale… nie o tym, nie o tym chciałam tu pisać😊. Część trzecia stanowi jakby zwieńczenie historii Raya, jego rodziny i trochę jakby osób, które go otaczały. Stąd też pewnie wiele mówiący tytuł części, a mianowicie „Wrzuć na luz” umiejscowionej w roku 1964. Bo „Jeśli chodzi o lewe interesy, Carney był tylko trochę szemrany…”. Na ostatnich stronach dużo się wyjaśnia. Do głosu dochodzi polityka, wiele czasu autor poświęca zamieszkom Afroamerykanów, a także tematom, które Ray doprowadza do końca, a nawet staje się członkiem Klubu Dumasa (ciekawe czy autor nazwę klubu zaczerpnął z hiszpańskiej powieści autorstwa Artura Péreza-Revertego z 1993 roku o tym samym tytule.)  

Niezwykle spodobał mi się rys historyczny książki. Fikcja przeplatająca się z rzeczywistością, jakby Whitehead chciał oddać hołd tej czarnej dzielnicy Nowego Jorku. Z zachwytem czytałam o Hotelu Theresa, który działał, a który do dzisiaj pełni rolę punktu orientacyjnego Nowego Jorku i został dodany do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych. Budynek nadal istnieje, chociaż pełni już inną funkcję. To właśnie w tym hotelu będącym przepięknym budynkiem (zerknijcie proszę do https://en.wikipedia.org/wiki/Hotel_Theresa ) zatrzymywali się znani i wpływowi czarni sportowcy, politycy, aktorzy, czy piosenkarze. Jak przeczytałam w „Rytmie Harlemu” „W hotelu nocowali wszyscy słynni murzyńscy sportowcy i gwiazdy filmowe, najlepsi śpiewacy i biznesmeni…” Zresztą autor nie wykorzystał hotelu tylko w tej powieści. Dużo wcześniej napisał do „The Now Yorkera” artykuł zatytułowany „The Theresa Job” („The New Yorker” z dnia 26 lipca 2021r.), który  opowiadał o napadzie na hotel w 1959 roku. Można przeczytać o budowie World Trade Center, o wojnie antynarkotykowej, czy o holdingu Van Wyck’ów tworzącym markę VWR, zasiewającym dzielnicę drapaczami chmur. Tak bardzo wkręciłam się atmosferą lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, że wyszukiwałam w Internecie zdjęcia mebli, które mogłabym znaleźć w sklepie u Carneya, a o których opowiadał z takim zacięciem i znajomością😊.

Bardzo spodobała mi się opisana relacja Raya z Freddiem. Taka męska, szorstka miłość. „Stworzyli własny żartobliwy język i sposób patrzenia na świat. Kiedy dzielili pokój, to było tak, jakby ich prywatna mitologia została wyryta na kamiennych tablicach przez tańczący ogień, zupełnie jak w Dziesięciorgu pryzkazań.”  Ray troszczył się o Freddiego, a Freddy też nie dałby skrzywdzić Ray’a.

Praktycznie książka nie ma wad. Ma same zalety. Gangsterka, muzyka, szemrane interesy, rodzina, trudne dzieciństwo, walka o równość tworzą niecodzienny obraz Ameryki ubiegłych lat. To wszystko napisane z namaszczeniem i ogromnym szacunkiem, a także dużym wyczuciem. Język, zwroty, tempo i sposób wysławiania się został odzwierciedlony brawurowo. „Rytm Harlemu” to nie książka o czarnych tylko dla czarnych. To książka dla każdego, kto lubi inteligentne i skłaniające do myślenia i zastanowienia się historie. To książka dla wymagającego czytelnika, któremu nie w smak pobieżne i płytkie fabuły. To powieść dla fanów literatury pięknej o moralności, o ograniczeniach i o marzeniach, które trudno jest spełnić. Szczerze polecam. Ta książka powinna znaleźć się jak najszybciej w Waszych planach czytelniczych!!!

Moja ocena 10/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Zaś słońce wschodzi” Ernest Hemingway

ZAŚ SŁOŃCE WSCHODZI

  • Autor: ERNEST HEMINGWAY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery w tym wydaniu: 15.06.2022r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 1977r.
  • Data premiery światowej: 1926r.

Ernest Hemingway: pisarz, reporter i żołnierz I Wojny Światowej. O jego wojennych losach opowiada film biograficzny „Miłość i wojna” z 1997 roku z Sandrą Bullock oraz Chrisem O’Donnellem na podstawie książki o tym samym tytule autorstwa Jamesa Nagela i Henry’ego S. Villarda. Książki, w której znalazły się liczne przedruki pamiętników i listów Agnes von Kurovsky do Ernesta, a także jego listów do rodziców z roku 1918 z Włoch. Z czasów wojny, w której Hemingway został ranny. Książkę czytałam. Film też oglądałam. I pierwszy, i drugi utwór był ciekawym doświadczeniem. Mimo, że do fanów biografii i autobiografii nie należę😊. Tego jednak, że Hemingway był barwną literacką postacią odmówić mu nie można. Słysząc więc, że @wydawnictwomarginesy pragnie przybliżyć polskiemu czytelnikowi prozę tego wielkiego amerykańskiego pisarza w nowym wydaniu i w całkiem nowym tłumaczeniu nie wahałam się, by sięgnąć do „Zaś słońce wschodzi”, która debiutowała w tej wersji 15 czerwca br. Już sam tytuł różni powieść od przekładu Pana Bronisława Zielińskiego, który brzmiał „Słońce też wschodzi”. Zaś😉 samo wnętrze zachwyca nowym tłumaczeniem Macieja Potulnego, który wykonał kawał dobrej roboty tłumacząc w sposób bezpośredni, prosty, naturalny zachowując jednocześnie dynamiczność i męskość prozy autora. Tak!!! Zdecydowanie ta wersja bardziej przypadła mi do gustu.

Nikt nie czuje, że żyje na sto procent. Oprócz matadorów.” -„Zaś słońce wschodzi” Ernest Hemingway.

Czytając powieść ma się jednak wrażenie, że na sto procent żyją wszyscy jej bohaterowie. I Jacob Barnes, narrator powieści będący amerykańskim reporterem aktualnie przebywającym w Paryżu. I Robert Cohn, rozwodnik, ojciec trójki dzieci, który „(…) odkrył w sobie talent literacki. Napisał powieść, która naprawdę nie była aż tak zła, jak o niej pisali krytycy”. Tym bardziej Brett, lub Lady Ashley jak kto woli. Aktualnie się rozwodząca z Lordem Ashleyem, planująca poślubić Mike’a Cambella, a flirtująca z….  
Te i inne postaci stykają się w bohemii paryskiego życia w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Jeszcze nie odżałowali pierwszej wojny, a już analizują sytuację społeczno – polityczną, jakby przewidywali kontynuację konfliktu w kolejnej. Lubujący się w dobrej muzyce, dyskusjach do rana, uroczych kafejkach i paryskich barach. Uwielbiający podróże. Jakby kolejna wycieczka i zmiana miejsca pobytu miała zmienić ich charaktery, ich tożsamość, ich wygląd i zniwelować ich wady. Nadużywający alkoholu od rana, do samego wieczora.

Trudno obiektywnie ocenić mi tą klasyczną powieść. Dla mnie jest ona na wskroś Hemingwayowska. Dzięki wybitnej translacji Pana Potulnego wszystkie upodobania do krótkiej, zwięzłej retoryki autora zostały zachowane. Ostry i cięty język, nie tylko w męskim wydaniu to cecha charakterystyczna tej powieści.

Książka jest bardzo krótka, ma niecałe trzysta stron. Składa się z trzech części. Łącznie w niej zawarto dziewiętnaście rozdziałów. Opis świata czytelnik poznaje dzięki Jake’owi Barnesowi, który żyje, jak inni z dnia na dzień, nie martwiąc się o jutro, lubując się w nocnym życiu, korzystający z wszystkich ziemskich uciech. Jake jest bardzo dobrym obserwatorem. Idealnie opisuje świat, w którym się porusza. Wiernie oddaje rzeczywistość, czy to Paryża, czy Madrytu, czy hiszpańskich Fiest. Umiejętnie zwraca uwagę czytającego na konwenanse, na bardziej lub mniej właściwe jak na tamtejsze czasy zachowania. Korzysta z dobrodziejstw języka. Swego rodowego, francuskiego, a nawet hiszpańskiego, którego zwroty wtrąca to tu to tam. Dla mnie Jake to taki Ernie Hemingway. Na zabój nieszczęśliwie zakochany zawadiaka. Nadużywający alkoholu od wieków. Urzekający kobiety. Dający się lubić przez przyjaciół. Potrafiący rozstrzygać spory dzięki swej inteligencji.

Nie wiem w jakim stopniu autor był trzeźwy, gdy pisał „Zaś słońce wschodzi”. Jego umiłowanie do rumu znane było już w czasach, gdy tworzył. Wiem za to, że opisana historia jest bardzo żywa. Wydaje się nawet aktualna po prawie stu latach. To taka wersja mocno uspołeczniona i upolityczniona „Przyjaciół”, gdzie każdy z młodych bohaterów szuka sensu życia i ciągle ma przeświadczenie, że szczęście jest tuż tuż na wyciągnięcie ręki. Wyjątkowo spodobała mi się kreacja Lady Ashley. Angielki w obyciu i wyglądzie. Wyemancypowanej, znającej swoją wartość. Choć z drugiej strony ciągle czekającej na prawdziwe uczucie. Szukającej go. Trochę tragiczna postać w swej wesołości. Cały Hemingway!

Autor wykonał niezwykle reporterską robotę. Wspomniał o wielu faktach, które działy się naprawdę w okresie, w którym tworzył tą swoją pierwszą książkę. Wspomina o Tour de France, opisuje ze szczegółami hiszpańską fiestę i walki byków. Posyła swoich bohaterów na walkę bokserską Ledouxa z Kidem Francsem, która faktycznie odbyła się w 1925, czy chociażby wspomina fakt śmierci Williama Jenningsa Bryana z 1926 roku. Te prawdziwe fakty wzmacniają realność przekazu i dowodzą, że mimo literackiej ścieżki, którą wybrał Hemingway, autor był przede wszystkim reporterem.

Męskie, mocne, inteligentne pisarstwo z alkoholizmem i beznadziejnością życia młodych w tle. Piękni trzydziesto i dwudziestoletni nie potrafiący sobie znaleźć miejsca w życiu. Szukający ciągłych podniet, których niemało. Literatura piękna  w estetycznym wydaniu i w wybitnym tłumaczeniu. Szczerze polecam.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.