„Białe święta, zimny trup” Iwona Banach

BIAŁE ŚWIĘTA, ZIMNY TRUP

  • Autorka: IWONA BANACH
  • Wydawnictwo: DRAGON
  • Cykl: SERIA Z TRUPEM (tom 5)
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery: 11.10.2023r. 

Białe święta, zimny trup” Iwona Banach strona autorska od Wydawnictwo Dragon to piąta książka z „Serii z trupem”. Czytając opis Wydawcy miałam chętkę na ciekawą intrygę kryminalną z humorem w tle. Ale takim humorem, od którego zaśmieję się nie raz .

Ludzie tu wyznawali zasadę pewnej wiejskiej oddzielności, toteż rzepkę każdy sobie skrobał całkowicie samodzielnie i tylko w swoim domowym zaciszu” -„Białe święta, zimny trup” Iwona Banach.

(…) Słodzinek to był raj. Prawdziwy wiejski raj, bez wścibskich sąsiadów, pijaczków od płotem, plotkujących bab, a nawet bez błota i prywatnych szrotów dookoła zabudowań.” -„Białe święta, zimny trup” Iwona Banach.

I ten raj okazał się takim trochę fake rajem. W całkiem innej scenerii w Słodzinku i to w zimowej atmosferze przyszło Pawłowi i Simonie borykać się z problemami związanymi ze słabo działającą agencją. Zajęcie nad wyraz ciekawe, nawet jeśli nie przynosi dochodów może być realizowane z ogromnym zaangażowaniem. Tym bardziej, że w ręce Pawła, dziennikarza – bądź co bądź „nie śledczego” – wpada zdjęcie sprzed dwudziestu lat. I to właśnie Paweł postanawia odnaleźć nieznaną dziewczynę. Jej tożsamość pozostaje praktycznie do końca nieodgadniona, gdyż w Słodzinku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw życie traci Nina, mieszczanka niedawno zamieszkała we wsi. Napadnięta też zostaje niczemu winna Karolina. I to wszystko w chatce w lesie. W chatce, która skrywa wiele tajemnic. Chatce Babensteina….. 

Komedia kryminalna rodzi się swoimi prawami. Jakie one są, do końca nie wiem. Czytając wielu autorów tego gatunku nie widzę za bardzo zależności. Lubię i starsze bohaterki w stylu naszych ciotek, babć, lekko zdziczałe, zniewieściałe i niedołężne jak bohaterki Alka Rogozińskiego. Uwielbiam matki – polki i szaleńczo w swych licealnych sympatiach zakochane Różyczki, jak bohaterowie Marty Matyszczak. Ostatnio zaczytuję się w publikacjach Marty Kisiel, której „Dywan z wkładką” rozbawił mnie do łez. Mogłabym tak długo, bo rodzimych autorów tego gatunku ostatnio u nas zatrzęsienie. 

W „Białe święta, zimny trup” niby wszystko jest. I różne od siebie jak północ – południe bliźniaczki; Emilia i Amelia. I przyjaciele z benefitem Simona z Pawłem, który okazał się fanem kobiecych dróg rodnych. I Magda – świeża matka świadoma swoich nowo nabytych z tej roli cech – i jej nie – mąż, miejscowy policjant Mikołaj. Do tego okoliczny wilkołak, wibrator w pysku Luny, wiejskie wierzenia, kukła za oknem, przyszła i niedoszła teściowa, zielarka itepe itede. Do tego ksiądz i Tosiek Proboszcz, chwilami nie wiedziałam, który jest który. A może to jedna i ta sama osoba….

Tylko chyba humor nie ten, poczucie smaku również. Nie zaśmiałam się ani razu, a to w komediach kryminalnych lubię najbardziej. W książce dla mnie było za dużo przekleństw. Przyznaję, że od czasu do czasu jakieś – najlepiej nie przystające do współczesnych sformułowań – przekleństwo ma swój urok, szczególnie, gdy zostaje rzucone w odpowiednim momencie lub – jak to w powieściach tego gatunku – najmniej odpowiednim dla czytelnika. W Białe święta, zimny trup” raziły mnie jednak te „kurwy”, „debile szmatławe”, „zdziry”, „ryje”, „wywłoki”. Nie rozumiałam chwilami skąd, po co, dlaczego do siostry, do męża, w tak najmniej oczekiwanym momencie, jakby dla zasady, dla podgrzania atmosfery. 

Cała intryga kryminalna nie była dla mnie zaskoczeniem. Wątki plątały się jeden z drugim. Już od połowy spodziewałam się, że sprawca wyłoni się „jak Filip z konopi”. Mikołaj jak na wiejskiego policjanta przystało gubił tropy. Jego rodzina się żywo i gromadnie angażowała w działania śledcze, które urozmaicali miejscowi policyjni śledczy. Chociaż śledczy to chyba za poważne i mocne słowo w tym kontekście. Wiejska brać nabrała dość szybko wody w przysłowiowe usta, tylko to zmartwychwstanie na końcu, jakby tak od niechcenia. Niczego się więc przy końcu nie dowiedziałam…. 

Ta książka to….

Coś na kształt stugębnej plotki, tylko bardziej w kierunku wielopaszczękiej mordy?” -„Białe święta, zimny trup” Iwona Banach.

🙂

Moja ocena  6/10.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Dragon. 

„Idealna” Magda Stachula

IDEALNA

  • Autorka: MAGDA STACHULA 
  • Wydawnictwo: Luna
  • Cykl: Idealna (tom 1)
  • Liczba stron: 392
  • Data premiery: 14.06.2023r. 
  • Data 1 wydania polskiego:  17.08.2016r. 

Jest idealna. Za każdym razem bezlitośnie obnaża wszystkie twoje niedoskonałości.” – Magda Stachula „Idealna” . 

14 czerwca 2023r. Wydawnictwo Luna umieściło na polskich półkach księgarskich nowe wydanie debiutu Magda Stachula – pisarka pt. „Idealna”. Wydana w 2016 roku , niedostępna od ponad dwóch lat na rynku powieść zyskała nową odsłonę. Thriller ten wydano już w Czechach i we Włoszech, zapoczątkował on gatunek domestic noir, w którym autorka jest prekursorką w Polsce. Ja przeczytałam tą powieść ponad 5 lat temu i zrobiła na mnie spore wrażenie. I powiem Wam, że odbiór po latach odbiega od pierwotnego. 

Opis wydawcy:

Anita większość czasu spędza w domu. Poświęca się dziwnej pasji – podglądaniu ludzi przez kamery miejskiego monitoringu. To pozwala jej się oderwać od codzienności, a także zapomnieć o problemach – braku dziecka, o które bezskutecznie stara się od dwóch lat, i rozpadającym się związku. Pewnego dnia znajduje w swojej szafie sukienkę, która nie należy do niej. Później szminkę, której nie kupiła. A potem robi się jeszcze mroczniej… Osoba, która za tym stoi nie może być przypadkowa. Kim jest i dlaczego próbuje ją zniszczyć?

Musiałam przytoczyć opis Wydawcy, który zapowiada….całkiem inną historię. Lubię takie wydawnicze wkrętki, bo potem zwykle czeka mnie niespodzianka. A ja niespodzianki, ale tylko takie, właśnie lubię. 

Wracając do powieści przeczytanej ponownie po wielu latach, to – nie będę ukrywać – odebrałam ją trochę inaczej niż po raz pierwszy. Zwróciłam uwagę na inne aspekty, na inny rozwój wypadków. Lubicie oglądać po raz drugi ten sam film? Ja niekoniecznie. I z książkami mam podobny problem. Przypominając sobie w trakcie czytania, jakie jest zakończenie, boję się przewracać kartki, by się nie zniechęcić. 

W przypadku „Idealnej” o zniechęceniu mowy nie było w trakcie czytania, ale nie potrafiłam się zabrać do jej przeczytania. Historia Anity i Adama zapamiętana od innej strony, bardziej obyczajowej wydawała mi się jednak mało ciekawa. Po początkowych perturbacjach książka pochłonęła mnie jednak od razu. Przeczytałam ją w jeden wieczór. Bo to trochę inne spojrzenie na kryzys małżeński, a ja ostatnio w tej tematyce czuję się jak przysłowiowa „ryba w wodzie”. 

Tak, przechodzimy kryzys, nie da się ukryć, od jakiegoś czasu nam się nie układa. Nie nazywamy rzeczy po imieniu, tolerujemy się, ale z każdym dniem oddalamy się od siebie. Każdą najmniejszą komórką ciała czuję, że mój mąż przestaje mnie kochać….” – Magda Stachula „Idealna” . 

Moja żona zniszczyła naszą miłość. Miłość, która miała być wieczna. Taka, jaka zdarza się raz na milion przypadków, ta prawdziwa, wyśniona, wymarzona, po prostu idealna…” – Magda Stachula „Idealna” . 

Myśleliście tak o swoich mężach, żonach, partnerach, partnerkach? Ile razy? Kilka, kilkadziesiąt, kilkaset, kilka tysięcy? „Idealna” wspaniale pokazuje mechanizm, w który wpadają bardzo często pary. Nieporozumienia. Brak komunikacji. Trudności codzienne ograniczają zdolność do efektywnego porozumienia się, do spojrzenia na drugą osobą w szerszym kontekście, do dostrzeżenia, z czym partner się aktualnie boryka. I trochę o tym jest ta historia.

I o Marice, Eryku, Marcie, Tobiaszu, Marcie, Robercie, Zo. O przepięknym czeskim mieście i wspaniałym pomyśle na tramwajowe przejażdżki. 

Ogromnym zaskoczeniem dla mnie był ponownie motyw zemsty. Zatwardziałości. Patrzenia na świat przez pryzmat własnego nosa. Wiele lat po doznanej krzywdzie. „Idealna” Magdy Stachuli to takie studium przypadku nienawiści ukierunkowaniem w niewłaściwą osobę. Nie sprawcę trudności. Nie przyczyny złości, smutku i żalu. Tylko tak naprawdę osoby obok, osoby z boku. W tej powieści, tak jak często w życiu, osoba, która staje się ofiarą nic o przyczynie, źródle zemsty nie wie, nawet się jej nie domyśla. 

Mocno kobieca książka z silnym rysem obyczajowym. Studium kobiecej zemsty ze sztuką i jej fałszerstwem w tle. 

Lubicie książki Magdy Stachuli? Czytając „Idealną” je polubicie. 

Moja ocena  7/10.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję @Wydawnictwo Luna. 

„Last resort” K. Bromberg

LAST RESORT

  • Autor: K. BROMBERG
  • Seria: S.I.N.
  • Wydawnictwo: LUNA
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 14.06.2023r.

Lato u mnie zdecydowanie sprzyja lekkim lekturom. Lubię wtedy takie o zaczynaniu życia od nowa, ale też lekkie romanse. K. Bromberg to specjalistka od lekkich, ale i gorących romansów. Ta amerykańska autorka napisała ich już sporo, a ja jeszcze nie miałam okazji poznać jej twórczości. Stwierdziłam więc, że nowa seria S.I.N. to doskonała okazja, by to zmienić. Opowiada ona o trzech przystojnych braciach Sharpe. Pierwszy tom pt. „Last resort” miał premierę 14 czerwca i o nim dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć.

Sutton właśnie ma za sobą nieprzyjemne rozstanie z chłopakiem. Kiedy więc poznaje w barze przystojnego mężczyznę pod wpływem chwili decyduje się spędzić z nim noc. Jedna noc pełna namiętności i szaleństwa, bez zobowiązań, bez imion, bez dalszego ciągu. Zupełnie jednak nie spodziewała się tego, że gdy następnego dnia wejdzie na spotkanie z nowym klientem zobaczy swojego ostatniego kochanka. A dokładniej trzech facetów wyglądających jak on… Nie do końca jest pewna z którym z nich spędziła poprzednią noc. Kiedy jednak ląduje na Wyspach Dziewiczych jak konsultantka firmy S.I.N. z Callahanem Sharpe’m u boku, wie już, że to on. Czy będzie potrafiła wywiązać się ze swoich zadań zawodowych jednocześnie trzymając dystans wobec własnego szefa?

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i lekko. Składa się z czterdziestu pięciu rozdziałów i epilogu pisanych w narracji pierwszoosobowej naprzemiennie z punktu widzenia Sutton i Callahana. I chociaż najczęściej nie jestem fanką narracji pierwszoosobowej, tutaj czytało mi się ją całkiem przyjemnie, pozwała mi bardziej poczuć klimat powieści i rajskiej wyspy. Pomysł stworzenia serii o trzech braciach bliźniakach bardzo mi się podoba. Ciekawe są również relacje między nimi. Na początku są oni bowiem skonfliktowani, jest między nimi spory dystans, dzielą ich tajemnice i przeszłość. To właśnie próba dotrzymania obietnicy danej umierającemu ojcu sprawdza Callachana na Wyspy Dziewicze. Jest on postacią dosyć skomplikowaną, mierzącą się w pewnymi dylematami, w trakcie powieści przechodzi sporą przemianę, można powiedzieć, że wkracza na właściwą ścieżkę. Również postać Sutton jest bardzo fajnie wykreowana. Mimo pewnych niepewności znajduje w sobie siłę do zmian, odchodzi z toksycznego związku, podejmuje nowe wyzwanie zawodowe, nabiera pewności siebie… Oboje bohaterowie wzbudzili moją sympatię, mimo, że mają też swoje wady. Również bohaterowie drugoplanowi są ciekawie wykreowani, a ich relacje z głównym bohaterami ożywiają powieść.

Polecam Wam gorąco tą książkę, a w zasadzie całą serią, ja przeczytałam już drugi tom i z niecierpliwością wypatruję trzeciego… Jest to idealna lektura na oderwanie się od rzeczywistości i przeżycie gorącej przygody😉

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU LUNA.

„Pozostała rodzina” Lisa Jewell

POZOSTAŁA RODZINA

  • Autorka: LISA JEWELL
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Cykl: IDEALNA RODZINA (tom 2)
  • Liczba stron: 424
  • Data premiery: 26.07.2023r
  • Data premiery światowej: 9.08.2022r. 

Książkę „Idealna rodzina” (recenzja na klik) wydaną przez Wydawnictwo @Czwarta Strona tak bardzo zapamiętałam, że praktycznie przy każdej okazji wspominam, iż oceniłam ją 10 /10. Stworzenie tak patologicznego świata w tak wysublimowany i delikatny sposób zasługiwało na wysoką ocenę. Z chęcią więc zaplanowałam przeczytanie premiery z 26 lipca br. pod tytułem „Pozostała rodzina”, która – jak czytamy w Podziękowaniu od autorki – jest sequelem oczekiwanym i wręcz pożądanym przez wiernych czytelników. 

Lisa Jewell wydała po „Idealnej rodzinie” jeszcze dwie książki na polskim rynku wydawniczym. Obie przeczytałam. Żadna z nich jednak nie poruszyła w mym sercu tylu strun, co wspomniana uprzednio publikacja. Linki do moich opinii na ich temat znajdziecie tu: „Niewidzialna dziewczyna” oraz „Noc w której zniknęła”. 

Tylko że wszyscy robiliśmy złe rzeczy w tamtym domu, nikt nie wyszedł stamtąd nieskazitelny. Nauczyłem się traktować nasze grzechy jako strategie przetrwania.” -„Pozostała rodzina” Lisa Jewell.

Dwadzieścia pięć lat po wydarzeniach, które dotknęły rodzinę Lambów, Thomsenów i ich przyjaciół w domu przy Cheyne Walk 16, Lucy z dwójką małoletnich dzieci zamieszkuje w mieszkaniu swego brata Henry’ego. Henry’ego, któremu powiodło się w życiu. Spadek po rodzicach, Henrym Seniorze i Martinie to tylko dodatek do jego dochodów, wypracowanych przez siebie, wypracowanych przez lata, by zapomnieć o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat, które zawarzyły na tym, kim Henry się stał w dorosłym życiu. Lucy nie poszczęściło się tak dobrze. Po wielu latach życia na ulicy, przemocowym małżeństwie, w wieku czterdziestu lat nie ma nic. Dopiero co odzyskuje Libby. Dopiero co zaczyna szukać dla siebie miejsca, własnego kąta, w którym jej dzieci wreszcie mogłyby się poczuć jak u siebie. Czy jej się uda? 

Pozostała rodzina” to nie „Idealna rodzina”. Nie zmienia to faktu, że sequel czyta się całkiem nieźle. Sama ponad dwa lata temu zastanawiałam się, co stało się później z bohaterami pierwszej części. Czy Lucy ułoży sobie życie? Czy Henry zacznie czuć się szczęśliwym? Czy Phin się odnajdzie i czy kiedykolwiek złączy się ze swoją matką i siostrą? Na niektóre z tych pytań odpowiedzi udzieliła Lisa Jewell w tej części. 

Narracja prowadzona jest wielotorowo. Jewell przedstawia trzy równoległe rzeczywistości. Pierwszą, która dzieje się w roku 2019 i dotyczy śmierci nieznanej kobiety wyłowionej z Tamizy. Wydarzenia związane z niespodziewanym zgonem relacjonowane są z punktu widzenia śledztwa prowadzonego przez inspektora Samuela Owusu i posterunkowego Donala Muira. O dziwo, jest to relacja pierwszoosobowa. Piszę o dziwo, bo w moim subiektywnym odczuciu inni bohaterowie bardziej zasłużyli na tak osobistą, indywidualną perspektywę narracji. Drugi fikcyjny świat dotyczy Rachel i jej życia. Jej świata jako kobiety, jako córki, jako prowadzącej własną działalność gospodarczą i jako żony. I właśnie zastanawiałam się dość długo, co robi Rachel w tej powieści. W przeciwieństwie do Samuela, o życiu Rachel dowiadujemy się z perspektywy narratora trzecioosobowego. Relacjonującego wydarzenia z jej życia w sposób chronologiczny, uporządkowany, od 2018 do 2019. Trzecie opisane w powieści życie dotyczy Henry’ego. Przedstawiony zostaje czytelnikowi na nowo w czerwcu 2019 roku. Przedstawiony w sposób osobisty, dzięki narracji pierwszoosobowej. I już na dziewiętnastej stronie powieści Jewell nawiązuje do wydarzeń z „Idealnej rodziny” z punktu widzenia Henry’ego, z jego perspektywy. W te trzy prezentowane opowieści wtłoczona zostaje również historia Lucy i Libby. Historia dwóch kobiet, która rozpoczęła się dawno temu i trwa do tej pory. Dziwna to konstrukcja poruszająca wiele aspektów z życia Lambów, Thomsenów. Jakby Jewell szukała odpowiedzi i wytłumaczenia dla pewnych zdarzeń opisanych w „Idealnej rodzinie”. 

Kobiety kobietom, a mężczyźni mężczyznom zgotowali ten los. Idealnie Jewell nawiązała do tego, co zawdzięcza Lucy Birdie . Sprytnie nawiązała do tego, kim stał się Henry dzięki Phineasowi. Dodatkowo co zrobiła Rachel z Michaelem. Nie wiem tylko skąd pomysł na tak rozbudowaną narrację Samuela i na tak rozbudowaną opowieść związaną z poszukiwaniem Phina, kiedy on finalnie nie okazał się żadną znaczącą postacią. A szkoda, bo Phineas jako samiec Alfa miał jednak wiele do zaoferowania tej historii. 

Ja książek jednak nie piszę. Ja książki czytam. Potrafię docenić dobrze wykonaną pracę, nawet jeśli historia ostatecznie nie ułożyła się w sposób, w którym ja bym ją widziała. 

Pozostała rodzina” to kontynuacja „Idealnej rodziny”, która jest idealna dla tych, którzy – podobnie jak ja – zastanawiali się, co się stało z bohaterami po opuszczeniu domu Cheyne Walk 16. 

Moja ocena: 7/10

Za możliwość recenzji książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Doskonała para” Greer Hendricks, Sarah Pekkanen

DOSKONAŁA PARA

  • Autorki: GREER HENDRICKS, SARAH PEKKANEN
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 472
  • Data premiery:  13.06.2023r. 
  • Data premiery światowej: 3.03.2022r. 

Greer Hendricks i Sarah Pekkanen to para autorek, która już ma za sobą wspólne publikacje. Obie poprzednie książki zostały również wydane przez Wydawnictwo @Zysk i S-ka. „Żona między nami” wydana została w 2018 roku, zaś „Anonimowa dziewczyna” rok później. Żadnego z przytoczonych tytułów nie znam. Skąd zatem moje zainteresowanie premierą z 13 czerwca br. autorstwa obu pań? Nie ukrywam, że zainteresował mnie tytuł i okładka. „Doskonała para” – użyty przymiotnik „doskonały/a” jest intrygujący, nie uważacie? Z bardzo prostego powodu, nic nie jest doskonałe i nikt nie jest dokonały. Do tego dwa fotele podzielone stolikiem z okładki. Pierwsze skojarzenie z terapią par. A że na różnych etapach mojego życia miałam z nią styczność i moi bliscy mieli z nią styczność, książka musiała znaleźć się na mojej półce. 

(…) zjawili się w moim gabinecie eleganccy, lśniący, bogaci, dostojni, para, której można zazdrościć. Doskonała para. A jednak szybko wypłynęło na wierzch podskórne zmatowienie, którego przenigdy nie chcieliby ujawnić publicznie.” -„Doskonała para” Greer Hendricks, Sarah Pekkanen.

Takie miała pierwsze obserwacje na temat małżeństwa Bishopów Avery Chambers, kobieta która zaledwie pięć miesięcy wcześniej straciła licencję psychoterapeutki. Ona atrakcyjna kobieta sukcesu. Właścicielka ekskluzywnego butiku. On w idealnie skrojonym garniturze, za którym oglądnie się prawie każda kobieta. Co tak naprawdę zobaczyła w Bishopach Avery, że od razu zdecydowała się na ich prowadzenie, na ich terapię? Co tak naprawdę odkryła w jej trakcie? 

Coś mam ostatnio szczęście do książek autorów, których praktycznie nie znam. Każda miała coś w sobie, jakiś punkt, jakiś element fabuły, czy narracji, dzięki czemu czas z nią spędzony nie oceniłam jako stracony. Tak samo oceniam thriller „Doskonała para” Greer Hendricks i Sarah Pekkanen. Nie jest to może thriller w typowym tego słowa znaczeniu. Jest to raczej lekki thrillerek z rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Nie zmienia to faktu, że przedstawiona przez autorki historia całkowicie mnie przekonuje. Zdawała mi się kompletna i spójna. Mimo pewnych wątpliwości co do wyrazistości bohaterów, ale o tym trochę później. 

Książka składa się z rozdziałów zatytułowanych imionami głównych bohaterek. Podzielona jest również na trzy części. Rozdział dotyczący Avery prowadzony jest w narracji pierwszoosobowej. Dzięki temu z „pierwszej ręki” poznajemy, co myśli była psychoterapeutka, na czym chce się skupić w kolejnych krokach terapii oraz jakie ma aktualne spostrzeżenia odnośnie do swoich klientów. Warstwa fabularna z jej życia prywatnego dodatkowo dodaje powieści azymutu, ukierunkowuje ją w pewnym kierunku, kierunku relacji w życiu Avery, skomplikowanych relacji. Rozdziały zatytułowane „Marissa” pisane są z perspektywy narratora trzecioosobowego. I szkoda. Mnie ukrywam, że relacja osobista z punktu widzenia żony Matthew bardziej by mnie przekonała, w wątku, na którym opiera się opowiedziana w powieści historia. 

Wracając do wyrazistości bohaterek niestety Marissa kompletnie mnie nie przekonała. Miotała się w relacji ze swoim mężem. Jej idealność była tylko lekko poprószona błędami, przy których jest skłonność do samobiczowania się, obwinia, zamartwiania, analizowania zachowania męża i interpretacji wydała mi się na wyrost. Dodatkowo irytowała mnie relacja Marissy z synem, Bennetem. Całkiem możliwe, że to z powodu jej „doskonałości”, którą chciały autorki przekonać czytelnika w zasadzie w każdej płaszczyźnie jej życia. Doskonałości tylko z jedną rysą. Wiedząc, że doskonałość nie istnieje, w żadnym aspekcie, nie mogłam polubić Marissy. 

Zdecydowanie doceniam pomysł. Podobało mi się wplecenie w wątku obyczajowym przeszłości bohaterów oraz relacji przyjacielskiej ze Skipem. Doceniam zobrazowanie relacji z ojcem i dziadkiem, która w końcówce książki całkowicie mnie zaskoczyła. Nie takiego rozwinięcia się spodziewałam. A zaskoczenie zawsze działa na korzyść czytanej opowieści. Dużym plusem jest sama Avery i jej pomysł prowadzenia terapii w dziesięciu krokach. Jej wchodzenie w butach do życia pacjentów, jej zdolność do robienia trafnych spostrzeżeń i nieszablonowe działania. Przyznaję, że ta postać została przez autorki bardzo dobrze przemyślana. I chociażby dla samej Avery warto sięgnąć po tę lekturę i zatopić się w życiu doskonałej pary. 

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję WYDAWNICTWU Zysk i S-ka.

„Nie to miejsce, nie ten czas” Gillian McAllister

NIE TO MIEJSCE, NIE TEN CZAS

  • Autorka: GILLIAN MCALLISTER
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: ZNAK CRIME
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery:  26.06.2023r. 
  • Data premiery światowej: 12.05.2022r.

Pętla czasu. Tylko nie z filmu „Dzień świstaka”, a galopująca w tył, w przeszłość, w coś co już było. To motyw dobrze ocenianej powieści autorstwa Gillian McAllister pt. „Nie to miejsce, nie ten czas”. Zerkając na opinie zamieszczone w portalu Lubimy Czytać (średnia 7,9) można spodziewać się czegoś wyjątkowego. Czegoś niezwykle interesującego. Czegoś, co wydało @wydawnictwoznakpl pod koniec czerwca br. 

Jen i Kelly są szczęśliwym małżeństwem. Mieszkają na przedmieściu z nastoletnim synem Toddym, który zaczyna sprawiać im problemy. W oczekiwaniu na wieczorny powrót syna oboje stają się świadkami, jak Todd śmiertelnie rani nożem nieznanego mężczyznę przed ich domem. Wizyta na komisariacie nic nie daje. Poranne poszukiwania dobrego adwokata – kryminalnymi nie dochodzą do skutku. Gdyż Jen budzi się w dniu „– jeden”, a potem w kolejnym i kolejnym… 

Na okładkach entuzjastyczne opinie autorów, których czytam: 

Namiesza wam w głowach”. – Ruth Ware.
Powieść idealna” – Lisa Jewell.
Dawno nie widziałem tak intrygującego pomysłu na fabułę! Brawurowe pisarstwo.” – Ian Rankin. 

Ale żeby aż tak ??? 

Czytając te przytoczone powyżej ochy i achy spodziewałam się prawdziwej petardy. Nie tylko dobrego i innowacyjnego pomysłu, lecz również mistrzowskiego wykonania. Nie ukrywam więc, że oczekiwania miałam przeogromne. Książka im nie do końca sprostała. 

Co zawiodło? 

Sposób prowadzenia narracji. Na tak ciekawy wątek, jak poszukiwanie źródła zdarzenia w przyszłości na wiele lat przed jego wystąpieniem, narracja chwilami była przydługa, mało dynamiczna. Główna bohaterka powieści – Jen- wydawała się mimowolnym elektronem podążającym od jednego do drugiego zdarzenia w przeszłości. Na kolejne niespodzianki nie wykazywała praktycznie żadnego entuzjazmu, a przecież sama doszła na początku dość szybko do wniosku, że to wszystko się dzieje tylko i wyłącznie po to, by ocalić Todda, by ocalić jej jedyne dziecko. Dodatkowo postać Kelly’ego niezwykle straciła w obliczu Ryana. Kelly kompletnie nie pasował mi do roli, która mu przypadła. Za mało było mi również samego Todda, bohatera całego zamieszania. Nie wczułam się kompletnie w tę postać. Nie umiałam być jej przychylna. Jego oblicza zmieniały się bardzo szybko. Denerwowała mnie niespójność, od zamkniętego nerda po towarzyszącego matce do sklepu, spokojnego nastolatka. Rozumiem koncepcję autorki, że raczej chodziło o Jen, ale to Toddy był historią, która powinna wybrzmieć bardziej wyraziście. 

Za to historia Ryana okazała się ciekawym uzupełnieniem koncepcji Gillian McAllister. Motywy jego wyborów. Trudne rozstanie z bratem. Niespodziewana miłość i niełatwa, absorbująca do maksimum praca. Tak samo jak wątki poboczne, na które zwróciłam uwagę w fabule. Po pierwsze małżeństwo Kelly’ego i Jen, w którym nic nie zostało z tej świeżości, miłości, która połączyła parę sprzed laty. Mimo, że McAllister jednoznacznie nie ocenia i nie dyskredytuje pary, fragmenty, w których dwójka bohaterów jest na piedestale nie są wcale mile, nie są optymistyczne. A przecież patrzymy na nich w całkiem różnych okresach ich życia. Jakby uczucie Kelly’ego ze względu na poświęcenie, które musiał ponieść dość szybko wyparowało. Po drugie postać Clio. Od początku było w niej coś. Jej losy splotły się z losami głównej bohaterki na chwilę, ale jednak jej fizjologiczny opis i sposób zachowania zapadł mi w pamięci na dłużej. Jakbym miała szósty zmysł. Po trzecie relacje Jen w pracy. Gillian McAllister będąca i pracująca sama jako prawniczka bardzo dobrze odzwierciedliła specyfikę tej pracy, a także zasad współpracy pomiędzy ludźmi wykonującymi ten zawód. Czasem tak jest, że w trakcie czytania bardziej przychylnie spostrzegamy wątki poboczne, niż główne. 

Piszę tę recenzję już po premierze światowej kolejnej powieści tej autorki. Jej nowa powieść o tytule „Just Another Missing Person” debiutująca w dniu 1 sierpnia br. i wydana przez William Morrow & Company już święci triumfy. Ciekawi mnie, kiedy Wydawnictwo Znak po nią sięgnie i zaprezentuje polskiemu czytelnikowi. Ciekawi mnie również, czy jest podobna, przynajmniej w jakimkolwiek stopniu –  do „ Nie to miejsce, nie ten czas” . 

Moja ocena: 7/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Grzęzawisko” Przemysław Żarski

GRZĘZAWISKO

  • Autor: PRZEMYSŁAW ŻARSKI
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 12.07.2023r. 

Seria z Robertem Kreftem autorstwa @Przemysław Żarski – autor bardzo mi się podobała. Przeczytałam wszystkie trzy części. Ich recenzję znajdziecie na moim blogu. Zachęcam: „Ślad”, „Blizna” oraz „Cierń”. I to właśnie przy okazji recenzji trzeciej części trylogii napisałam: „(…) To trylogia, w której każda kolejna część jest na takim samym wysokim poziomie i w odniesieniu do kunsztu pisarza, i w odniesieniu do fabuły”. Ciągle podtrzymuję moją opinię. Szczerze, warto ją przeczytać. 

Wracając do książki Żarskiego, która debiutowała 12 lipca br. pt. „Grzęzawisko” od Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału to już na wstępie zaznaczam, że chwile z nią spędzone uważam za w pełni udane. 

W sobotę 15 czerwca wyszedł z domu i zaginął czternastoletni Szymon Sulima. Szymon miał na sobie… (…) Jeśli ktoś ma informacje dotyczące miejsca pobytu Szymona, prosimy o kontakt z najbliższym komisariatem policji lub pod wskazanym numerem telefonu…” – „Grzęzawisko” Przemysław Żarski.

Zaginięcie Szymona, zwanego Siwym w 1996 roku pozostało zadrą w sercu i jego kolegów, i miejscowej policji. Do sprawy wszyscy wracają w 2019 roku, gdy na terenie miejscowych mokradeł zostają odnalezione ludzkie kości. Badania wykazały, że szczątki należą do zaginionego sprzed ponad dwudziestu lat Szymona, który w okolicy odnalezienia zwłok przebywał z rówieśnikami na leśnym biwaku. Sprawą zajmuje się Podkomisarz Aleksandra Lazar wspierana przez swój zespół, a szczególnie przez Błażeja Urygę. 

Czy to kolejna para śledczych? Czy „Grzęzawisko” rozpoczyna kolejną serię kryminałów? 

Bardzo bym chciała. Nie ukrywam, że wśród ostatnio przeczytanych powieści tego gatunku „Grzęzawisko” zajmuje miejsce na podium. Zachwyciłam się tą książką na równi z serią o Antonii Scott. Przy okazji Scott, pamiętacie, że premiera trzeciego tomu zatytułowanego „Rey Blanco. Biały Król” Juana Gómeza-Jurado już jutro? 

Ola: „Ona nie miała do tego cierpliwości; pewnie dlatego, że rzadko wychodziła z pracy – myślami tkwiła w niej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Starała się nie zaniedbywać córki, lecz miłość do Mai nie była w stanie połatać wszystkich pęknięć, które powstawały przez lata na jej kruchej psychice. Nikt nie nauczył jej budować głębokich relacji, pielęgnować ich.” – „Grzęzawisko” Przemysław Żarski.

Błażej: „Miała wrażenie, że dogadują się bez słów. Jednego powinna się od niego nauczyć, żonglować maskami. Błażej zaszył pod skórą bolesną przeszłość i robił wszystko, by szwy wytrzymały. Jej chciało się czasem wyć z bezradności.” – „Grzęzawisko” Przemysław Żarski.

Skomplikowana relacja dwójki poranionych przez przeszłość dorosłych ludzi. Relacja przełożony – podwładny. Relacja partnerska. Relacja damsko – męska. Nie oceniałam ani jego, ani jej. Wręcz przeciwnie, wbrew rozsądkowi i wbrew damskiej solidarności, całkowicie Aleksandrę Lazar zaakceptowałam. Z jej bolączkami. Z jej zranionym sercem. Z wszystkimi pytaniami, które zadaje sobie od kilkudziesięciu lat. Nawet z jej błędnymi decyzjami, które podejmuje, by przynajmniej na chwilę odsunąć od siebie tę pustkę, tę nicość, której nikt w pełni nie wypełnił. Podobny stosunek po przeczytaniu „Grzęzawiska” mam do Błażeja Urygi, choć długo Żarski trzymał mnie w niepewności, czym śledczy zasłużył sobie, by wylądować w tak prowincjonalnym zespole kryminalnym. Nie obwiniajcie mnie więc, że chciałabym Olę z Błażejem zobaczyć, posmakować w innym wątku kryminalnym, w innej publikacji. 

Zastanawiające jak ocena prozy Żarskiego dokonana przeze mnie lata temu idealnie wkomponowuje się w odczucia po ostatniej Jego książce. Zerkając na recenzję trzeciej części z Kreftem „Cierń” aż muszę przytoczyć, z jedną tylko małą modyfikacją, moje obserwacje, które idealnie pasują do uczuć po lekturze „Grzęzawiska”. „Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie. Konstrukcja podoba mi się bardzo. Rozdziały (…)” – i tu lekka modyfikacja – nazwane są latami, w których dzieje się akcja. Czytelnik zanurza się więc w fabułę umiejscowioną w roku 1996, 1986, lub w roku 2019. „(…) Żarski uwielbia retrospekcje. Dzięki takiej konstrukcji czytelnik nie ma szans się pogubić, zatracić w kreowanych wątkach. Pisarstwo Żarskiego zasługuje na ogromne brawa. Dbałość o detale, wykreowane postaci, ciekawe wątki poboczne, udane retrospekcje, o których już wspomniałam. Przedstawiając wątek kryminalny Żarski dopracowuje każdy szczegół, nie ma żadnych niedociągnięć. Sam wszystko kwestionuje, podważa postawione tezy. Tym samym uwiarygadnia każdy wątek, każdy postęp w śledztwie.  Takie właśnie mam przekonania po przeczytaniu ostatniej książki Przemysława Żarskiego, co oznacza, że Autor utrzymał nadal bardzo wysoki poziom, choć od ostatniej mojej lektury jego twórczości minęło już ponad dwa lata. 

Historia ułożyła się w całość. Może i wątek kryminalny nie jest finezyjny, za to wykonanie mistrzowskie. Nie nudziłam się. Żaden fragment nie odebrałam jako przydługi. Po rozpoczęciu czytania nie mogłam doczekać się rozstrzygnięcia. Nie mogłam doczekać się końca historii, by wreszcie się dowiedzieć, by wreszcie zrozumieć. Warstwa obyczajowa głównych bohaterów, a nawet tych pobocznych, jak chociażby wątek emerytowanego policjanta Młynarczyka, czy zaginionego mniej więcej w tym samym czasie co Szymon, Witolda Mamrota, tylko wzbogaca fabułę i uzupełnia śledztwo. A opis zachowania Bartosza Adlera ze strony 243 jako wstrząsające świadectwo półsieroty długo zapadnie mi w pamięci. 

Jeśli lubicie polskie kryminały, w których prawda ma drugie dno, a główni bohaterowie mącą czytelnikowi w głowach, to łapcie za „Grzęzawisko” Przemysława Żarskiego. Chwytajcie i czytajcie książkę, którą pochłonęłam w jeden wieczór. Bez przerwy. Bez wytchnieniaKsiążkę, która podobała mi się bardzo, a nawet bardzo, bardzo. Miłego czytania!!! 

ps. a o zakończeniu nic nie wspominam… celowo . 

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Pasożyt” Marek Krajewski

PASOŻYT

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: EDWARD POPIELSKI. TOM 12
  • Liczba stron: 350
  • Data premiery: 11.05.2023r.

Praktycznie rok po premierze 11 części cyklu pt. „Czas zdrajców” @krajewskimarek powraca do swoich wiernych czytelników z historią o Edwardzie „Łyssym” Popielskim. „Pasożyt” w nakładzie @wydawnictwoznakpl premierę miał 11 maja br.

Edward dobiegał pięćdziesiąt. Był wysoki i masywny. O ile jego proporcjonalnej sylwetce niczego nie dało się zarzucić o tyle o twarzy nie można było tego powiedzieć. Nos miał zbyt duży, a cera oblicza była blada, a nawet ziemista – jak u człowieka, który zbyt dużo pali, a większość czasu spędza z dala od słońca. Skórę na policzkach pocięły pozostałości po trądziku i blizna po nożu pewnego bandyty. Po bokach gładko wygolonej nieco zbyt długiej głowy odstawały duże uszy, szpiczaste jak u gargulca. W tym obliczu było coś władczego.” -„Pasożyt” Marek Krajewski.

Znany lwowski policjant,  Edward Popielski zostaje zwerbowany przez pułkownika Emanuela Krąpińskiego na misję w Warszawie, gdyż „W sprawie „Pasożyta” zginął o jeden człowiek za dużo…”. „Łyssy” ma znaleźć podwójnego agenta, który jest odpowiedzialny za śmierć „Hadriana”, Mikołaja Awdziejewczia, pseudo „Masza”, czy „Żelaznego”. Agentów za śmierć których częściowo obwinia się małżonków Mantelmacherów i Barskich.

Edward chciał iść w ich ślady i nadal służyć Polsce swoim doświadczeniem, nabytym w czasie wykonywania różnych wywiadowczych i kontrwywiadowczych misji…” -„Pasożyt” Marek Krajewski.

Tak naprawdę Misja niewykonalna, o której Marek Krajewski wspomina w rozdziale II powieści nie okazała się wcale taka trudna. W stosunku do innych opisanych chociażby w tomach cyklu „Czas zdrajców” i „Miasto szpiegów” (recenzja na klik) jawiła mi się jako dość mało finezyjna, jak na tak obdarzonego fantazją Autora. Inwigilacja Mantelmacherów i Barskich w mojej opinii było zadaniem dla Popielskiego poniżej jego możliwości. Chociaż, obdarzony coraz słabszymi siłami witalnymi w tym zadaniu miał pewne trudności…

Nie zdradzając zbytnio fabuły tej szpiegowskiej intrygi zwrócę uwagę na język. Słowo, to nadal najważniejsza i najwspanialsza cecha pisarska Marka Krajewskiego. Uwielbiam szyk jego zdań. Zanurzam się, jak w ciepłą otchłań w jego opowieści, nawet ta część bardziej pikantniejsza zostaje opowiedziana z dużym smakiem i delikatnością nie pozostawiając po sobie wstrętu, ani awersji. Krajewski kreśląc główną fabułę zabawia czytelnika anegdotami, nic nie znaczącymi to fakt, ale urozmaicającymi czytanie. Dzięki nim z ciekawością czytałam o Grigoriju Timofiejewiczu Kaprowie i jego umiłowaniu do uprawiania gruzińskiej herbaty w górach Kaukazu (ciekawie czy Niskiego, czy Wysokiego😉), a także o praniu białych koszul w mleku. A i historia oraz zamiłowanie do drogich gadżetów Żorżyka sprawiła, że opowieść odebrałam jeszcze lżej, niż zwykle kryminały retro. Wtrącenia, hm… Jednych męczą, innym gmatwają fabułę. Dla mnie okazały się w trakcie tej lektury ciekawym przerywnikiem.

Akcja dzieje się w 1936 roku. Popielski ma 16-letnią córkę, której matka aktorka Stefania Gorgowicz zmarła przy porodzie. Małgorzata, alias Margarita, alias Rita wychowywana jest przy wsparciu jego kuzynki Leokadii. Rola i Leokadii, i Rity w agencyjnych walkach i starciach odwróconych agentów – ależ mi się to sformułowanie spodobało 😊 – miała ogromne znaczenie. Trochę więc Twórca Popielskiego zagmatwał w moim wyobrażeniu o stworzonej przez siebie postaci. Jego moralność i sprawy prywatne nie są tak oczywiste, jakby się mogły wydawać.

Książka składa się z prologu, dwunastu rozdziałów oraz epilogu. Na końcu powieści Autor, na wzór klasycznych treści, zaznacza Czytelnikowi czas i datę zakończenia aktu pisania. Podoba mi się to zwrócenie uwagi czytelnikom, że kiedyś ten czas się rozpoczyna i kiedyś się kończy. Książka powstaje, jako akt, jako czynność z oznaczonym czasem. Wspomnę dodatkowo, że Krajewski jest Autor, którego bardzo chętnie czytam nawet w Posłowiu. Tak było i tym razem.

Pasożyt” Marka Krajewskiego jest częścią pewnej całości. To dwunasty tom serii. Autor pozwala jednak na zapoznanie się z historią Popielskiego i jego osobą każdemu czytelnikowi. Jeśli więc nie czytaliście jeszcze serii, a lubicie kryminały retro, klasyczne śledcze opowieści osadzone w przedwojennej Polsce, Rumunii, Rosji, czy Ukrainie to przeczytajcie premierę z 11 maja br.

Dajcie przedstawić sobie Popielskiego.

Primo. Chorującego na padaczkę światłoczułą.

Secundo. Biegłego w znajomości „języka niemieckiego w mowie i w piśmie, bardzo dobra rosyjskiego, słaba: tureckiego i perskiego….”

Tertio…..

Moja ocena: 7/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Poszukiwacze światła” Femi Kayode

POSZUKIWACZE ŚWIATŁA

  • Autor: FEMI KAYODE
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Seria: PHILIP TAIWO (tom 1)
  • Liczba stron: 392
  • Data premiery : 17.01.2023r.
  • Premiera światowa: 2.03.2021r.

Na stronie amerykańskiego Wydawczy przeczytałam, że „Femi Kayode kształcił się jako psycholog kliniczny w Nigerii, zanim rozpoczął karierę w reklamie. Stworzył i napisał kilka programów telewizyjnych emitowanych w czasie największej oglądalności, a niedawno ukończył z wyróżnieniem program UEA Creative Writing. Mieszka w Windhoek w Namibii z żoną i dwoma synami.” (źródło: https://www.hachettebookgroup.com). Doczytałam również, że książka  „Poszukiwacze światła” jest jego debiutem, bardzo entuzjastycznie ocenionym w wielu kręgach.

Na polski rynek księgarski publikację Femi Kayode’a wprowadziło Wydawnictwo @Zysk i S-ka. Książka premierę miała w styczniu br. i jest pierwszym tomem cyklu o nigeryjskim psychologu, dr Philipie Taiwo. Pozycja trafiła do mnie z opóźnieniem dlatego też recenzję publikuję po kilku miesiącach od jej debiutu. Co ciekawe, tom drugi wydany przez Mulholland Books pod oryginalnym tytułem „Gaslight” premierę światową będzie miał 23 listopada br. Myślę, że i tym razem Wydawnictwo Zysk i S-ka pokusi się o wydanie kolejnego tomu serii😉.

Trzej studenci w nigeryjskim miasteczku Okriki w wyniku publicznego linczu tracą życie. Dwóch z nich zginęło w wyniku rozległych oparzeń, jeden – syn znanego polityka – stracił życie wskutek uderzenia tępym narzędziem. Psycholog śledczy powracający z emigracji do ojczyzny dr Philip Taiwo zostaje poproszony o zajęcie się sprawą. Sprawą, która według ojca zmarłego Kevina nie jest prawidłowo traktowana przez policję.

Mocna historia! Nabiera jeszcze dodatkowej mocy, gdy sobie czytelnik uświadomi, że do jej napisania skłoniła autora prawdziwa historia publicznego mordu na Ugonnie Obuzorze, Toku Lioydzie, Chiadiki Biringi i Tekeny Elkanaha, na ofiarach samozwańczych stróżów prawa. Bo to jest clue i główna zagadka tej historii. Co tak naprawdę, z psychologicznego punktu widzenia skłoniło tłum do zamordowania trzech młodych chłopców, rzekomych złodziei.

„- I to nie jest rozwiązywanie sprawy? Przecież nie zdołasz zrozumieć dlaczego coś się zdarzyło, nie wiedząc co się zdarzyło.” – „Poszukiwacze światła” Femi Kayode.

Książka pisana jest z perspektywy głównego bohatera. To dr Philip Taiwo jest jej narratorem. To z jego bezpośredniej relacji dowiadujemy się, co się dzieje. Na jakie ślady natrafił wraz ze swoim asystentem, Chiką. Jakie ma podejrzenia. Podobał mi się ten sposób narracji. Możliwe, że dlatego, iż dopiero co poznałam głównego bohatera. Miło było więc czytać o jego perypetiach z żoną – atrakcyjną profesor uniwersytecką – , dopiero co poznaną w samolocie Salome, czy ojcowskich problemach z bliźniakami Taiem i Kayem oraz trzynastoletnią córką Larą z jego własnego punktu widzenia. Powieść podzielona jest na akty, jest ich łącznie cztery. Każdy akt składa się z zatytułowanych rozdziałów. Do tego Femi Kayode wprowadził pierwszoosobową narrację John Paula, który stanowi jakby dziennik, jego pamiętnik. Doświadczamy jego trosk, problemów, emocji w chorobie i po stracie matki, trudnego dzieciństwa. Ten tajemniczy John Paul wkrada się w fabułę siejąc zamęt i pozostawiając po każdym fragmencie pytania typu; kim on jest, co zrobił, co robi, jakie znaczenie ma dla opowiadanej historii?

– Wszystko ma sens, jeśli się wie dlaczego ludzie robią to, co robią.
 – Psychobełkot – warknęła…” – „Poszukiwacze światła” Femi Kayode.

I ta książka o tym jest. Sam bohater dr Philip Taiwo – psycholog „mający doświadczenie w badaniu motywów zbrodni i sposobu ich popełnienia” nie jest może postacią fascynującą, chwytającą za serce, czy nawet interesującą. Został przedstawiony trochę naiwnie, trochę ponuro, jak typowo amerykański naukowiec, który jeszcze nie odnalazł się po ośmiu miesiącach od powrotu w swoim rodzinnym kraju. Kraju, w którym homoseksualizm wciąż uznawany jest za przestępstwo. Tak to prawdzie naukowiec, który raczej się nigdy w tym kraju nie odnajdzie. Jego badanie, czy raczej śledztwo jest jednak urozmaicone licznymi domysłami. To takie szukanie trochę igły w stogu siana. Z ogromnej ilości materiałów Taiwo musi ze swym asystentem dojść do prawdy, co tak naprawdę stało się z trzema z Okriki. Jaka tak naprawdę za tym publicznym linczem kryje się historia? I dlaczego tłum zareagował w taki, a nie inny sposób?

Nigeria. Kraj, w którym chyba nie chciałabym żyć, nawet nie będąc osobą z kręgu LGBTQ. Choć Femi Kayode przemycił jej specyficzność, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Uchwycił jego czar. Jego nieskalanie zachodnim życiem. Jego etniczność.

Widzę ludzi siedzących przed domami. Przed parterowymi budynkami gromadzą się mężczyźni, którzy piją i grają w gry planszowe, ich twarze oświetlają lampy naftowe. W ciemności bawią się i biegają roześmiane dzieci. Z oddali słychać śpiew. Także klaskanie. Kościół. Właściwie kilka kościołów.” – „Poszukiwacze światła” Femi Kayode.

Dodatkowo hausański akcent Abubakara, mimo trudnego tematu i społecznie głębokiej fabuły,  wprowadził mnie w dobry nastrój. Bo jak tu nie czytać z uśmiechem na ustach takich słów jak: „fsycholog”, „fotrzebują”, „fotlafi” , czy moje ulubione „sflawa” i „lafolty”. Zgadliście co to „lafolty”?

Chociażby dla samego czytania całych akapitów w odzwierciedlonym hausańskim akcencie warto sięgnąć po książkę „Poszukiwacze światła” Femi Kayode. Żartowałam😊. Warto sięgnąć z innego powodu.

To naprawdę ciekawa powieść pisana w słusznym celu. Celu, zwrócenia uwagi na psychologię tłumu. Nie bez wad. A jakże. Książki tak jak ludzie, jednym podobają się bardziej drugim mniej. W trakcie czytania „Poszukiwaczy światła” nie było ani nudno, ani płochliwie. A to już wystarczająca zachęta, by zapoznać się z debiutem Femi Kayode’a. Miłej lektury !!!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU Zysk i S-ka.

„Reina Roja. Czerwona królowa” Juan Gómez-Jurado

REINA ROJA. CZERWONA KRÓLOWA

  • Autor: JUAN GÓMEZ-JURADO
  • Wydawnictwo: SQN
  • Seria: ANTONIA SCOTT. TOM 1
  • Liczba stron: 543
  • Data premiery : 26.04.2023r.
  • Data premiery światowej: 8.11.2018r.

Nie wiem kim jest Juan Gómez-Jurado. Nie przeczytałam jego żadnej książki. Nie wiem też skąd u autora pomysł na tak nietuzinkową bohaterkę jaką jest Antonia Scott. Wiem tylko, że po przeczytaniu polskiej premiery z kwietnia br. od @WydawnictwoSQN „Reina Roja. Czerwona królowa” koniecznie muszę przeczytać pozostałe dwie części. „Loba Negra. Czarna Wilczyca” z 26 czerwca br. oraz trzecią część, która premierę będzie dopiero miała pod koniec sierpnia br. „Rey Blanco. Biały Król”.

Żeby znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, trzeba wiedzieć, jakie jest twoje położenie względem problemu.” -„Reina Roja. Czerwona królowa” Juan Gómez-Jurado.

Zawieszony w obowiązkach, bez prawa do wynagrodzenia Inspektor Jon Gutiérrez otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Mężczyzna każący nazywać się Mentorem zmusza go do odwiedzin tajemniczej Antonii Scott, córki brytyjskiego dyplomaty, żony mężczyzny w śpiączce i matki mieszkającej samotnie w prawie pustym mieszkaniu. Jedyne zadanie Inspektora to przekonać Antonię do podróży samochodem. Dwóm poprzednikom się nie udało. Czy Jon da radę skłonić Antonię do porzucenia aktualnego życia, by przyjrzeć się sprawie młodego mężczyzny zabitego w bogatym madryckim domu prezeski jednego z największych światowych banków?

Co sprawia, że warto przeczytać książkę „Reina Roja. Czerwona królowa” ?

Bohaterka. Coś pomiędzy Chyłką, a Nikitą. Ta kobieta, „(…) nie jest policjantką, ani kryminolożką nigdy nie miała w ręku broni ani nie nosiła odznaki, a jednak uratowała dziesiątki osób.” Postać nieszablonowa, nietypowa. W swej fikcyjnej konstrukcji niezwykle skomplikowana. Mimo silnego charakteru niezwykle uczuciowa, co nadaje jej dodatkowy wymiar, nie znany w tego typu postaciach. Zaciekawiła mnie od samego początku. Z emocjami czytałam o jej szkoleniu, o jej dojrzewaniu, o jej stawaniu się tym, kim ostatecznie jest. Do tego ciekawy wątek jej dziecka i jej ojca. Jakby autorowi było nie dość komplikacji, nie dość różnorodności.

Konstrukcja. Juan Gómez-Jurado idealnie skonstruował powieść do jej treści. Szarpane, różne perspektywy ułożone zostały w trzy części. Każda z nich składa się z kilkunastu zatytułowanych rozdziałów. Od czasu do czasu podtytuły przekierowują uwagę czytelnika na inną postać. Na Parrę, na Carlę, na Sandrę itd. Finalnie fabuła układa się w jedną, większą całość. Choć ewidentnie czułam, że autorowi chodziło o zagmatwanie istotnych wątków, o wprowadzenie czytelnika w błąd.

Narracja. Urozmaicona, co zawsze sprawdza się w tego typu powieściach. Carla opowiada co jej się wydarzyło ze swej, często pierwszoosobowej perspektywy, tak jak Antonia. Wstawki zawarte w cudzysłowie typu „myśli” „czuje” dodają realizmu narracji skoncentrowanej na konkretne postaci. O działaniach śledczych Jona dowiadujemy się z relacji trzecioosobowej.  I tak dalej. Narracja naprzemienna, z różnych perspektyw podoba mi się w historiach, które składają się z całkowicie różnych zdarzeń, w których ogromne znaczenie ma przeszłość, ma retrospekcyjne podejście. Tak jak w tym przypadku, gdzie narracja została dostosowana idealnie do kompleksowego pomysłu fabularnego.

Jon. Jest obok Antonii kolejną ciekawą postacią powieści. Już na samym początku wzbudził moją sympatię, a to zawsze zwiększa satysfakcję z przeczytanej książki. Jakże nie lubić mężczyzny przyzwyczajonego do „(…) rzeczy z poprzedniego wieku (mieszka ze swoją matką), ciemnych miejsc (jest gejem) i obcokrajowców o niepewnych dochodach i o niepewnej sytuacji (jest inspektorem policji)”. Do tego wyjątkowo dobrze się ubiera, wszak oszczędza na kosztach utrzymania. Ani stereotypowy gej, ani stereotypowy, flejtuchowaty policjant. Idealnie skrojona postać, jak idealnie skrojone ma garnitury. Jon okazał się świetnym uzupełnieniem kobiecej postaci.

Feminatywy. Tak od razu zwróciłam na nie uwagę. Podchodzę do nich zawsze z szacunkiem na swoim blogu też staram się używać właściwych sformułowań „autorka” zamiast „autor”, nawet w nagłówku. Nie zawsze się to udaje, przyznaję i z góry za to przeoczenie przepraszam. Ani doktorka, czytając o lekarce sądowej Aguado, ani prezeska czytając o spadkobierczyni Truebów nie brzmią dla mnie obco, nie brzmią kuriozalnie. Wręcz przeciwnie, to na nas kobietach powinna ciążyć odpowiedzialność, by zadbać o feminatywy w rodzimym języku. Tym bardziej doceniam Juana Gómez-Jurado, który będąc mężczyzną, zadbał o nie w swej powieści.

Fabuła. Ciekawa, choć bez niespodzianek. Gdyby nie pewne znudzenie tematem to nie ukrywam moja subiektywna ocena byłaby wyższa. Właściwie to postaci i retrospekcyjna rzeczywistość jest największą zaletą książki. Najciekawszymi fragmentami fabuły są według mnie doprecyzowania. Dzięki nim przykładowo dowiedziałam się o powstaniu banku w Santanderze, który rozwinął się na skalę światową. Te wtrącenia były dla mnie ogromnym zaskoczeniem, zakładając, że faktycznie pewien bank w miejscowości Santander powstał J, a historia nie jest tylko wytworem fantazji autora.

Giermek i Czerwona Króla. Przez innych nazywani: „(…) ten pedał i ta idiotka z Interpolu” to ciekawe połączenie w thrillerze kryminalnym. To gwarancja udanej rozrywki i wciągającej historii napisanej w bardzo dobrym, niepowłóczystym stylu.  Świetny pomysł na książkę i równie dobra realizacja. Chwytajcie więc za pierwszy tom trylogii i nie zapomnijcie o kontynuacji. U mnie już drugi tom na elektronicznej półce J Milej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Moją opinię o książce przeczytaliście dzięki współpracy z Wydawnictwem Sine Qua Non.