„Zaginięcie Stephanie Mailer” Joël Dicker

ZAGINIĘCIE STEPHANIE MAILER

  • Autor: JOËL DICKER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 704
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 7.03.2018r.

W recenzji „Czterech muz” wydanych przez tego samego Wydawcę @WydawnictwoAlbatros pochwaliłam się, że to 22 opinia opublikowana na moim blogu, która premierę miała 18 maja br. 😊 Nadal nie była tą ostatnią😉. „Zaginięcie Stephanie Mailer” Joëla Dickera to kolejna pozycja, która debiutowała na polskim rynku wydawniczym w tym właśnie dniu. Książek tego pisarza szwajcarskiego pochodzenia tworzącego w języku francuskim nie znam. „Zaginięcie Stephanie Mailer” to moja pierwsza przygoda z jego twórczością.

(…) porządek rzeczy jest taki, że jeśli chodzi o gatunek literackie, to na samym szczycie hierarchii jest niezrozumiała dla nikogo powieść, dalej mamy powieść intelektualną, potem jest powieść historyczna, jeszcze dalej po prostu powieść, a dopiero potem, a przedostatnim miejscu, tuż przed ckliwymi romansidłami, sytuuje się kryminał.” –„Zaginięcie Stephanie Mailer” Joël Dicker.

I z tego przedostatniego miejsca jeśli chodzi o gatunki literackie zaatakował czytelnika Joël Dicker historią wcale nie tylko o zaginionej Stephanie Mailer, która po dwudziestu latach detektywowi prowadzącemu kiedyś śledztwo w sprawie poczwórnego zabóstwa, na kilka dni przed odejściem na zasłużoną emeryturę policyjną powiedziała; „I na tym polega pana problem. Ujrzał pan to, co chciał pan zobaczyć, a nie to, co panu pokazano. I tego właśnie nie dostrzegł pan dwadzieścia lat temu.” I nagle odejście na emeryturę Jesse Rosenberga schodzi na dalszy plany. Jego i jego ówczesnego partnera – Dereka Scotta honor okazał się ważniejszy, bardziej priorytetowy niż realizacja emerytalnych pragnień. Detektywistyczne ścieżki prowadzą śledczych na nowe tropy, na tropy, które nie były badane w 1994, a które dość dobrze pamiętają uczestnicy tamtejszych wydarzeń nawet w roku 2014. W śledztwie pomaga im Anna Kanner zastępczyni komendanta w Orphea nadmorskiej miejscowości w Hamptons w stanie Nowy Jork, w której tak jak i dwadzieścia lat wcześniej, i teraz w letnie dni odbywa się festiwal teatralny w Grand Theater.

Kiedy człowiek zabije raz, może zabić dwa razy. A kiedy zabije dwa razy, może zabić choćby całą ludzkość. Nie ma już wtedy żadnych hamulców”. – „Zaginięcie Stephanie Mailer” Joël Dicker.

Specjalnie odnotowałam ten cytat😊. Bądź co bądź w powieści mającej ponad siedemset stron trup ścieli się gęsto. Nie chodzi o samo zabójstwo z 30 lipca 1994 roku, w którym ginie przebiegająca obok domu burmistrza w trakcie joggingu Meghan Padalin, urocza pracownica miejscowej księgarni i sam burmistrz z małżonką i kilkuletnim synem, lecz o wszystkie inne morderstwa, które zdarzają się w związku z wznowionym śledztwem. Jakby autor, by przedłużyć fabułę do siedmiuset stron chciał uśmiercić każdego, kto mógłby śledczych przywieźć na właściwe tory. A w tej zagadce detektywistycznej, mimo licznych machinacji, zmyłek, ślepych uliczek jak w wytrawnym labiryncie, chodziło finalnie o przypadek. O jedno spojrzenie, w jednym przypadkowym miejscu, jednej niespodziewającej się niczego osoby.

Pod kątem detektywistycznej akcji, powieść oceniam jako rozwlekłą. Niemniej doceniam jej strukturę. Ogromnym zaskoczeniem dla mnie była konstrukcja książki. Dicker podzielił opowieść na trzy części. Pierwsze dwie mają ponumerowane rozdziały malejąco, od siódmego do zerowego. Są zatytułowane. W części trzeciej numeracja rozdziałów pozostała w klasycznej formie. Chronologia zdarzeń przedstawiona została również w sposób rzadko wykorzystywany przez literackich twórców. W zależności od postaci będącej narratorem opowiada o dniach poprzedzających inaugurację XXI Narodowego Festiwalu Teatralnego w Orphea, jak w przypadku Jesseego, lub bieżącego śledztwa, jak w przypadku Anny, albo wydarzeń związanych z detektywistyczną robotą w 1994 roku opowiedzianych oczami Dereka. Zastosowanie narracji pierwszoosobowej na przemian z trzecioosobową jest prawdziwym majstersztykiem autora. I jedna, i druga narracja jest bardzo rzetelna, ciekawa i napisana miarodajnie. Czytelnik oprócz tych różnych perspektyw czasowych zanurza się w opowieściach z pierwszej ręki w relacjonowanych zdarzeniach w trakcie policyjnych przesłuchań. Z początku autor odpowiada na pytania śledczych słowami bohaterów, a po chwili czytelnik czyta relację tego, co interesuje detektywów jakby z pierwszej ręki.

W odbiorze przeszkadzała mi mnogość bohaterów. Zresztą ogrom wątków pobocznych również przytłaczał mnie w trakcie czytania, jakby autor chciał wpleść wszystkie możliwe, współczesne tematy pasujące do tego gatunku jak: gangsterka, narkotyki, nieodrodne córki bogatych tatusiów, przemoc wśród nastolatków, zdrady małżeńskie, poczucie i pragnienie władzy, chęć zaistnienia w świadomości odbiorców na dłużej, ambicje aktorskie, czy korupcja na samorządowych szczeblach władzy. Jakbym się jeszcze zastanowiła, to pewnie mogłabym wymienić ich więcej😉. Dicker wspomógł jednak czytelników dołączając na końcu spis postaci, z którego można dowiedzieć się, kim była konkretna osoba, jak już całkowicie czytający straci rozeznanie😊. Obłędnym wątkiem dla mnie okazał się temat związany ze sztuką wystawianą przez Kirka Harveya, byłego komendanta policji w Orphea, który po śledztwie z 1994 zniknął bez śladu. Człowieka o wygórowanych ambicjach związanych z teatrem, reżyserowaniem i tworzeniem popkultury. Kirka twierdzącego „Nie dla was sława i chwała, wasz los zakończy się w rynsztoku życia! Odejdźcie stąd, bo oczy mnie boją, jak na was patrzę!”. Kirka układającego się z aktualnym burmistrzem Brownem i zatrudniającego jego żonę w roli aktorki. A także Kirka upodlającego znanego krytyka literackiego i teatralnego Meta Ostrovskiego i Rona Gullivera aktualnego komendanta policji w Orphea w zemście. Chaotyczny, zadufany, mały człowieczek żądny władzy, z niesamowicie ogromną manią wielkości i przeświadczony o własnym talencie. Jego postać została tak dobrze skrojona, że jego nagła przemiana w końcówce nie do końca mnie przekonała. Fragmenty z jego sztuki zatytułowanej „Ciemna noc” przyprawiały mnie o zawrót głowy. Z jednej strony powodowały niesmak, z drugiej szczery chichot. Zresztą i świat teatru, i świat mediów; telewizji i prasy zostały bardzo skrupulatnie przedstawione.

I mimo paru błędów ortograficznych (np. „Dakota – zwrócił się do dziewczyny – muszę dokładnie wiedzieć, co powiedziałaś policji. A przede wszystkim muszę wiedzieć, czy powiedział im o Tarze.”), a także logicznych (z tym nie do końca potrafię się zgodzić☹ „(…) zabrał komputer do jednego z informatyków pracujących w Channel 14, ale i on przyznał, że jest w tej sytuacji bezsilny. „Kiedy kosz, zostaje opróżniony, nic nie da się już zrobić…”) ten kryminał oceniam jako dobry. Jeśli lubicie klasyczne detektywistyczne zagadki rozwiązywane w zgodzie z prawidłami gatunku to „Zaginięcie Stephanie Mailer” Joëla Dickera jest na pewno dla Was.

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Motel Sun Down” Simone St. James

MOTEL SUN DOWN

  • Autorka: SIMONE ST. JAMES
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 15.06.2022r.
  • Data premiery światowej: 18.02.2020r.

Simone St. James jest autorką przychylnie przyjętej książki pt. „Złamane dusze”, która sklasyfikowana została w gatunku „horror”. Kiedyś już Wam wspominałam, że nie jest to gatunek mi bliski. Sięgając po premierę od @wydawnictwo.muza.sa tej samej Autorki z dnia 15 czerwca br., zastanawiałam się, czy „Motel Sun Down” jest jednak dla mnie, czy też nie. Tym bardziej, że Wydawca w opisie obiecuje: „Upiorny thriller z elementami nadprzyrodzonymi, który przyprawia o dreszcze”. Horror, thriller mrożący krew w żyłach. Jeden pies, jak to mówią. I tu, i tu trzeba się chyba bać, tym bardziej, że do akcji wkraczają siły nadprzyrodzone ☹.

Być może. Głupotą było sądzić, że w życiu jest nam cokolwiek przeznaczone. Jeszcze większą głupotą – wierzyć, że Fell jest właśnie tym miejscem, w którym pragniemy żyć.” – „Motel Sun Down” Simone St. James.

W dwóch przestrzeniach czasowych Vivian Delaney, a później jej siostrzenica Carly Kirk w motelu Sun Down próbują dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z Betty, Cathy, Victorią, a później Tracy. Czterema kobietami, które straciły życie niesprawiedliwie, bez powodu, bez przyczyny. Carly poszukując zaginionej trzydzieści pięć lat wcześniej ciotki, której jej mama nigdy nie odżałowała, wplątuje się w kryminalną zagadkę. Zagadkę nierozwiązanych śmierci młodych kobiet. Zagadkę niespodziewanych i niewytłumaczalnych zdarzeń na terenie hotelu. Tak, tak. Mimo upłynięcia ponad trzydziestu lat motel Sun Down w stanie Nowy York nadal funkcjonuje. Janice w roli właściciela zastąpił jej syn. Tak samo mało zaangażowany, tak samo niezadowolony z biznesu jak matka. Tylko nocne recepcjonistki mimo różnic w imionach, nazwiskach i wieku pozostają podobne do siebie. Tak samo zdeterminowane, tak samo zmotywowane, by dowiedzieć się prawdy, by ją odkryć i przedstawić w świetle dziennym. Viv tylko do pewnego czasu, bo w 1982 roku;

Do trzeciej nad ranem po Viv Delaney nie został żaden ślad. To był początek.” – „Motel Sun Down” Simone St. James.

Książka premierę światową miała dwa lata wcześniej. Widocznie spodobała się amerykańskim czytelnikom na tyle, by stać się bestsellerem „New York Timesa”. W Polsce takiej furory nie zrobiła. Po jej przeczytaniu stwierdzam, że była jednak ciekawym doświadczeniem. Autorka bardzo dobrze poprowadziła fabułę w tych wspomnianych dwóch perspektywach czasowych. Rozdziały zatytułowała imionami głównych bohaterek oraz miejscem i czasem akcji. Wydarzenia, w których uczestniczyła Viv od sierpnia do listopada 1982 roku analizujemy z punktu widzenia narratora w osobie trzeciej. Natomiast to, co dzieje się z Carly w listopadzie 2017 i w lutym 2018 roku,  śledzimy z jej osobistej, intymnej perspektywy w relacji przerwszoosobowej. I narracja pierwszo – i trzecioosobowa nie wypada słabo. Bohaterki, akcja, wydarzenia się płynnie przeplatają, analogicznie jak narracja.

Książka trzymała mnie w napięciu, mimo zjawisk nadprzyrodzonych, które odgrywają istotną w niej rolę. Opisane zdarzenia „nie z tego świata” nie są śmieszne, nie są męczące. Czytając o nich czułam dreszczyk emocji i czasem ucisk „w dołku”. To dobrze. Najbardziej przed rozpoczęciem czytania obawiałam się budzących litość prób opisania drugiego „Lśnienia”, czy zbliżenia się do Alfreda Hitchcocka. Niektóre sceny oceniam jako zbędne. Ze względu na krótką przestrzeń czasową pewne sformułowania nie są komplementarne z czasem akcji. I Viv, i Carly czekały na gości. Zastanawiały się, kiedy ponownie trafią do motelu. Czytając miałam wrażenie, że pomiędzy poszczególnymi odwiedzinami mijają miesiące, a ze względu na oznaczenie czasu w tytule rozdziału okazuje się, że działo się to praktycznie w tym samym czasie. To zburzyło w mojej głowie chronologię zdarzeń, z którą nie poradziłam sobie do końca.

Bardzo dobrze czytało się o bohaterach, także pobocznych. Postaci Viv i Carli są skrojone na współczesną miarę, zgodnie z prawidłami gatunku. Odważne, ciekawskie, zadziorne. Ich strach i lęk przekuwają w siłę zanurzając się w obce wydarzenia. Z zaciekawieniem śledziłam co z losami Nicka i Carli, co z tajemniczym komiwojażerem i z Callumem MacRea’em. Nawet przyjaciółki Viv i Carli są postaciami ciekawymi, interesującymi. Szczególnie Heather. Pomysł na Nicka zasługuje na szczególną uwagę. Jego historia dodatkowo potrafi wstrząsnąć czytelnikiem.

Odważna pozycja wydana przez poważne Wydawnictwo. Jeśli ciekawi Was, co łączy „(…) Trzy kobiety zamordowane w Fell w ciągu ostatnich kilku lat. Trzy ciała, które ktoś wyrzucił jak śmieci…, co łączy z nimi Tracy i zaginioną na ponad trzydzieści lat Viv, to sięgnijcie po „Motel Sun Down” zlokalizowany przy krajowej drodze numer sześć.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwu Muza, za co bardzo dziękuję.

„Rendez-vous ze śmiercią” Agatha Christie

RENDEZ-VOUS ZE ŚMIERCIĄ

  • Autorka: AGATHA CHRISTIE
  • Wydawnictwo: DOLNOŚLĄSKIE
  • Seria: JUBILEUSZOWA KOLEKCJA AGATHY CHRISTIE
  • Liczba stron: 224
  • Data premiery w tym wydaniu: 15.06.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1.11.1972r.
  • Data premiery: 2.02.2012r.

Nie chcę wyjść na zachłanną, bo przecież dopiero co w kwietniu premierę miała książka „Morderstwo na polu golfowym, ale po przeczytaniu kolejnego tomu Agathy Christie wydanego 15 czerwca br. przez @Wydawnictwo Dolnośląskie ze słynnym detektywem Herkulesem Poirot, już nie mogę się doczekać, gdy  w me ręce wpadnie kolejna część. Dość, że pięknie wydana to jeszcze z klasyczną treścią wewnątrz.

Rendez-vous ze śmiercią” wydana została w 1938 roku, czyli praktycznie osiemnaście lat po wydaniu „Tajemniczej historii w Styles”, gdzie po raz pierwszy Christie przedstawiła gronu odbiorców belgijskiego detektywa – emeryta. Detektywa, który rozbudził wyobraźnię masowego czytelnika.

Ogólnie rzecz biorąc, proszę panów, ludzie mówią prawdę. Prawda jest łatwiejsza niż kłamstwo, nie wymaga pomysłowości. Można skłamać raz, dwa, trzy, cztery razy, ale nie od początku do końca. No, i w ostatecznym rezultacie prawda na wierzch wypływa.” –„Rendez-vous ze śmiercią” Agatha Christie.

Tym razem Agatha Christie zabrała nas do Jerozolimy, gdzie w trakcie wycieczki traci życie Pani Boynton. Matka jedynej rodzonej córki, kilkunastoletniej Ginewry. Macocha Lennoxa i teściowa jego żony Nadine. Macocha Raymonda i Carol. Zwracająca uwagę otoczenia, współuczestników wycieczki i innych gości hotelowych swoją niechęcią do dzieci, swoją zaborczością, swoim natrętnym lustrowaniem otoczenia i nieprzyjaznymi spojrzeniami. Matrona, świekra, „(…) wcielenie mocy, istotę o spojrzeniu posiadającym coś z urzekającym właściwości oczu kobry.(…) To kobieta, która rozumie sens władzy, przez całe życie ją sprawowała i nigdy nie wątpiła o własnej potędze.” Najbardziej zainteresowana rodziną Boyntonów jest Sara King, absolwentka studiów medycznych, która swoimi obserwacjami zainteresowała francuskiego, znanego psychiatrę dr Teodora Gerarda. Oboje obserwują amerykańskich turystów, coraz bardziej zniechęceni, coraz bardziej zadziwieni. Nawet po śmierci Pani Boynton jej osoba zaprząta wszystkim myśli. Dzieci zaczynają głęboko oddychać. Pozostali uczestnicy wycieczki nie żałują zmarłej. Tylko  Herkules Poirot na prośbę pułkownika Carbury’ego przebywający w pobliskim Ammanie nie pozwala sobie na pozostawienie zagadki nierozwiązanej. Wszak jak sam o sobie mówi; „Nazywam się Herkules Poirot i jestem prawdopodobnie największym żyjącym detektywem.”

Czytając poprzednie tomy kolekcji, a szczególnie „Zagadkę błękitnego ekspresu” z 1928 roku obserwuję znaczny progres Agathy Christie w rzetelności fabularnej i językowej kolejnych publikacji. Wydane dziesięć lat później „Rendez-vous ze śmiercią” zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, niż poprzednie części. Historia toczy się bardzo płynnie. Krajobraz jerozolimski stanowi dodatkowe urozmaicenie. Poirot nie jest tak męczący, jak w poprzednich częściach. Ma więcej pokory, jest mniej zadufany w sobie. Tym samym jest tak sympatyczny, jak wykreowany bohater przez Davida Sucheta z serialowej ekranizacji😊. Słynny detektyw pojawia się dopiero w drugiej części, na 97 stronie. Pierwsza część złożona z dwunastu rozdziałów opowiada perypetie rodziny oraz osób z ich najbliższego otoczenia, które śledzą z zadziwieniem relacje pomiędzy poszczególnymi członkami. Okazuje się, że pomysł, by Poirota w Poirocie było mniej wcale nie jest chybiony. Wręcz przeciwnie, mnogość bohaterów urozmaiciła mi czytanie i sprawiła, że powieść okazała się bardziej interesująca, niż przypuszczałam.

Christie nadal bombarduje stereotypami. Jest to cecha, na którą zwróciłam uwagę wcześniej. I tak czytamy o tym, że „(…) Zbyt wielka władza jest niedobra, zwłaszcza dla kobiet (…) Są bardziej skłonne jej nadużywać.”. Uwaga godna okresu przedwojennego, czyż nie? Kobieca krnąbrność autorki daje jednak o sobie znać, gdy czytamy, że „Mężczyznom wydaje się zawsze, że mają prawdo narzucać kobiecie swoją wolę..” Parafrazując akapit o Amerykanach czytamy, że są poczciwi, prostolinijni, sentymentalni. Bo to przecież umysły typowe dla Amerykanów. Jednej z amerykańskich bohaterów został scharakteryzowany przez lekarza psychiatrę, iż „(…) Zdaje sobie sprawę, że w rodzinie Boyntonów panuje niewłaściwa atmosfera, lecz przypisuje ją przesadnej troskliwości starszej pani, nie zaś jej świadomie złemu postępowaniu.”

A rozwiązanie zagadki? Jak zwykle zaskakujące. Tylko Poirot, dzięki swoim szarym komórkom z rzuconych jakby od niechcenia i w innym kontekście słów wyciągnie poszlakę na kanwie której, sformułuje trafny zarzut w stosunku do mordercy. Zarzut, z którego nie sposób się wykpić.

Klasyka kryminału, nie męcząca, nie nużąca. Napisana z wdziękiem i wzbogacona ciekawymi postaciami. Szczególnie Sara King zasługuje na uwagę. Taka kobieca postać w literaturze sprzed prawie stu lat to prawdziwa rzadkość. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu!

„Cztery muzy” Sophie Haydock

CZTERY MUZY

  • Autorka: SOPHIE HAYDOCK
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 17.03.2022r.

„Cztery muzy” Sophie Haydock to 22 premiera z 18 maja br., której recenzję publikuję na moim blogu. Uwierzycie??? To był wyjątkowy premierowy dzień obfitujący w wiele pozycji, których przeczytanie zajęło mi trochę czasu😉.

Oglądaliście film „Egon Schiele: Śmierć i dziewczyna” z 2016 roku? Ja malarza, którego krótkie życie zostało sfilmowane w tej ekranizacji, znam tylko z jego ekstrawaganckich, nawet jak na dzisiejsze czasy, dzieł. Czytając pozycję autorstwa Sophie Haydock pt. „Cztery muzy” wydaną nakładem @WydawnictwoAlbatros z dnia 18 maja br. wnioskuję, że tytułowy bohater został dość wiernie odzwierciedlony. Aktor grający Egona jest bowiem bardzo przystojny. Urody mu odmówić nie można😊. Taki też jest Egon Schiele w recenzowanej książce i taki też wydaje się na być na niewielu dostępnych w sieci zdjęciach.

Okrucieństwem tego życia jest to, że poddajemy się losowi, a potem musimy z tym żyć, dzień po dniu. Kształtują nas wybory, do których odmawia się nam prawa. A potem, zanim się obejrzymy, życie czyni nas kimś bardzo dalekim od naszych wyobrażeń. Pozostaje z nas drobny skrawek tego, czym byłyśmy dawniej, coś, czego nawet nie rozpoznajemy.”- „Cztery muzy” Sophie Haydock.

Przerywana kreska, wyraziste postaci, grymasy, gesty, twarze jakby trochę zniekształcone. Do tego przeświadczenie o własnej wyjątkowości,  o ogromnym talencie i sile mecenasa, a także wpływie mentora Gustava Klimta – austriackiego malarza. O takim malarstwie i takim malarzu w osobie Egona Schiele jest ta powieść, wydana w przepięknej oprawie. Główne role odgrywają w niej cztery kobiety. Nie sam malarz, nie Egon, lecz jego żona Edith Harms, potem Schiele, jego szwagierka Adele i jego siostra Gertrude, a także Walburga Neuzil zwana Wally, jego modelka i wieloletnia kochanka. Każda chciała go mieć dla siebie. Dla każdej był, przynajmniej w pewnym momencie życia, całym światem. Jego krótki, bo tylko dwudziestoośmioletni żywot, splótł ich losy w pewnym okresie czasu, od 1912 do 1918 roku. I mimo, że powieść jest całkowicie fikcyjna, o czym wspomina autorka w zakończeniu, to czytając miałam odczucie biografii. Tego co wydarzyło się ponad sto lat temu w Wiedniu, w Krumau, w Neulengbach, gdzie odkryte uda modelek, ich łona i piersi, a także zmrużone oczy uważane były za silną pornografię. Pornografię zasługującą tylko na więzienie.

Powieść podzielona jest na cztery części, które zatytułowane zostały imionami ważnych kobiet w życiu Egona Schiele, tj.; Adele, Edith, Gertrude i Wally. Każda cześć składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Średnio jest ich około dwadzieścia. Autorka by zachować chronologię zdarzeń na początku każdego rozdziału wstawiła datę lub przedział czasowy, w którym dzieje się akcja. Czasoprzestrzeń nakłada się na siebie. Dzięki temu czytelnik może prześledzić to samo wydarzenie z perspektywy różnych osób, z ich punktu widzenia. Narracja jest trzecioosobowa. Dzięki jednak możliwości śledzenia losów każdej z osobna głównej bohaterki, w dedykowanej jej części powieści, proza ta wydaje się być bardzo intymna, bardzo osobista. Autorka nie traktuje po macoszemu innych ważnych, w życiu głównych bohaterów postaci. Dużo czasu poświęca małżonkom Harmsów, Pappie i Mutti. Nie szczędzi również uwagi rodzicom Egona Schiele, o których wspomina kilkakrotnie. Nawet przyjaciele, czy służba znalazły w powieści swoje miejsce. Do tego niezwykle urokliwy, dawno odeszły Wiedeń przed, w trakcie i u schyłku I Wojny Światowej. Świat bohemy, artystycznej cyganerii. Świat niechcianych ciąż, mordowanych nienarodzonych u akuszerek dzieci, a także hektolitrów alkoholi, papierosów, czy przetrawionych, raz lepiej lub gorzej narkotyków.

Największe wrażenie zrobiła na mnie historia Adele. Kobiety odtrąconej, o niezwykle bujnej wyobraźni i słabych nerwach.

Nic go nie może zagłuszyć – bólu, który trawi Adele. Od momentu ogłoszenia zaręczyn przeszywa ją i dręczy jej myśli bez sekundy przerwy. Jej duszę wciąż przepala czysty płonący szok tamtej chwili.” – „Cztery muzy” Sophie Haydock.

Jej osobie autorka poświęciła wiele uwagi kreśląc postać skomplikowaną, zaburzoną, której fantazja uniemożliwiła osiągnąć szczęście. Jej los, jak jedyny znalazł dopełnienie, w tym co się działo do 1968. Do dnia jej śmierci. I tak naprawdę jej bezimienny grób stał się inspiracją do opowiedzenia tej historii. Historii ze sławnym malarzem w tle.

Największy problem miałam z postacią Edith i samym Egonem. Może dlatego, że Edith została opisana jako ostatnia w powieści, w moim odczuciu została potraktowana trochę „po łebkach”. Jakby analiza jej postaci była jak najmniej interesująca dla czytelnika. Dla mnie, niewielkie odniesienia do wspólnego życia Edith z Egonem mogłyby stać się odrębną opowieścią. Edith jako matka dziecka Egona. Edith jako młoda żona nieprzygotowana do nocy poślubnej. Edith jako amatorska modelka, która odkryta została przez męża. Edith jako porzucona siostra. Edith jako cicha konkurentka. Edith jako potulna córka, i tak dalej, i tak dalej. Przykładów postaci, w której chciałabym zobaczyć Edith mogłabym mnożyć i mnożyć. Rozbudowania jej wątku mi zabrakło.

Sam Egon przedstawiony został wielowymiarowo. Z jednej strony to dobrze, bo historia oparta jest na stosunku do niego czterech różnych kobiet, z którymi łączyły go inne, czasem bardzo odmienne relacje. Z drugiej niekoniecznie. Tak skonstruowana narracja spowodowała, że po przeczytaniu zastanawiam się, który obraz jest najbliższy prawdy. Która strona jego osoby jest tą najczulszą.

Potrafisz tylko brać, niczego nie dając w zamian. Kiedy się nasycisz, porzucasz każdą z nas jak pustą tubkę farby.” – „Cztery muzy” Sophie Haydock.

Karierowicz o nienagannych manierach? Zadufany kłamca? Kochający mąż czy ubolewający nad stratą kochanek? Zdradzający? Unikający służby Ojczyźnie Austriak? Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Najprawdziwsze chyba będzie sformułowanie; trochę taki, trochę taki. W zależności w jakiej postaci chciała go widzieć i wykreować w swej fantazji autorka. O ile, co do kreacji postaci mogę mieć lekkie zastrzeżenia, to motyw z Eve kompletnie mnie nie przekonał. Historia utkana na nic nieznaczącym, przypadkowym spotkaniu jawi mi się jako wyjątkowo na dokładkę dopisana historia, nic nie znacząca literacka fikcja, która pewnie zdaniem autorki miała zamknąć powieść w pewną całość, zamknąć ją klamrą. Według mnie zabieg kompletnie się nie udał.

Prozatorska fantazja oparta na prawdziwych postaciach, gdzieniegdzie na prawdziwych wydarzeniach. Fikcja ze sztuką i wielkimi dziełami w tle. Historia skonstruowana w oparciu o krótkie życie Egona i Edith. O nieszczęśliwe życie Adele i niespełnione życie Gertrude. Do tego napisana z historyczną żarliwością, która jak nic, zasługuje na uwzględnienie w planach czytelniczych fanów książek tego gatunku.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Światłość i mrok” Małgorzata Niezabitowska

ŚWIATŁOŚĆ I MROK

  • Autorka: MAŁGORZATA NIEZABITOWSKA
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 557
  • Data premiery: 18.05.2022r.

@Malgorzata Niezabitowska to dla mnie nadal 😉 głównie rzeczniczka prasowa rządu Tadeusza Mazowieckiego (1989–1991). Mimo, że  w tym okresie miałam kilkanaście lat przewija mi się obraz z „Dziennika telewizyjnego”, gdzie Pani Małgosia z wdziękiem i właściwym sobie profesjonalizmem wypowiada różne, ważne dla Polski w tej nowej rzeczywistości kwestie. Tym bardziej, że obrazy te powielane były wielokrotnie już w całkiem Nowej Polsce. Widząc nazwisko Niezabitowska w zapowiedziach @wydawnictwoznakpl od razu skusiłam się na premierę z 18 maja br. pt. „Światłość i mrok” wydaną w przepięknej oprawie. Mimo, że opis Wydawcy wskazywał na literaturę piękną z silnym rysem historycznym, w którym miłość pomiędzy podziałami odgrywa istotną rolę. I mimo tego, że nie jest to jednak gatunek, który jest zwykle dla mnie bardzo dobrą rozrywką. Cóż. Kocham kryminały i thrillery😊.

Chana i Jan. On przyjaciel pana młodego, ona siostra panny młodej na żydowskim weselu. Wśród hucznej zabawy, rodziny dalszej i bliższej, grona przyjaciół i znajomych odegrają zakazany taniec, chasydki z gojem. Dzieli ich wszystko; religia, wychowanie, tradycje, obrzędy, wierzenia i społeczeństwo, które nie zezwala na mieszane małżeństwa. Z jednej i z drugiej strony nie mogą oczekiwać zrozumienia. Nie mogą oczekiwać zgody na ich miłość. A jednak próbują. Jednak walczą z przeciwnościami, by połączyć swoje losy.  

„Małgorzata Niezabitowska z niespotykaną dbałością odtwarza klimat lat trzydziestych i z pasją kreśli obraz niełatwych relacji między Żydami, Polakami i Ukraińcami” – z opisu Wydawcy.

Nie mogłabym inaczej opisać przeczytaną książkę autorstwa Pani Małgosi. „Światłość i mrok”  to historia miłosna, w której przeszłość i trudne doświadczenia pomiędzy narodami styka się z żarem namiętności dwojga niewinnych ludzi. Kończy się dramatycznie, słowami; „(…) Niemcy zaatakowały nasz kraj”. Jakby to co działo się od 7 maja do 31 sierpnia 1939 roku nie było wystarczająco dramatyczne.

Fabuła rozpisana została w dwunastu zatytułowanych rozdziałach. Autorka poprowadziła narrację z perspektywy wielu bohaterów, których imionami nazwała poszczególne części powieści. I tak czytelnik może śledzić opowieść z punktu widzenia Chany i Jana, których narracja jest pierwszoosobowa. Ich relacja jest mi bliska. Dotyka najczulszych strun mega serca. Młodości, niespełnionej miłości, zakazanych czynów, ukrytych spojrzeń i cichych westchnień. Nie tylko  Chana i Jan są narratorami „Światłości i mroku” . Także Chaim brat panny młodej – Sary, kryminalista żyjący na „kocią łapę z Gienią”. Odszczepieniec, dla najbliższej rodziny umarły w chwili wyroku. Również Anna matka Jana, która z przerażeniem reaguje na zainteresowanie syna Chaną Zingelbojm sama przed sobą przyznając;

(…) Widywałam w miasteczku chasydzkie kobiety w perukach albo chustkach, ubrane w przedpotopowe szaty, szwargoczące gardłowo  w niezrozumiałym języku, a kaleczące ten, w którego kraju żyły. I w jednej z nich mój syn, mój najdroższy chłopiec, godny księżniczki, zakochał się…” „Światłość i mrok” Małgorzata Niezabitowska.

Czytając kwestie jej przeznaczone nie raz nie dwa myślałam, ile matek może tak powiedzieć o swoim synu, ile może być wstrząśniętych wyborem syna, ile może twierdzić, że te, które stały się wybrankami nie są ich warte. A także Aleksandra, siostra Jana, córka Anny, wyemancypowana, odważna, szukająca rozrywki.

Miasto nie ułatwia stania się kobietą pannie z dobrego domu, którą, musiałam przyznać, byłam niezależnie od tego, jak wykpiwałam to anachroniczne pojęcie. Nie narzekałam na niedostatek chętnych, o , było ich mnóstwo, podobnie jak okazji, zwłaszcza gdy nie szukałam „dozgonnej miłości”, a jedynie erotycznej przygody.” – „Światłość i mrok” Małgorzata Niezabitowska.

Jej postać odebrałam bardzo dobrze. Jest bowiem ciekawym osobliwym urozmaiceniem. Jej fascynacja ukraińskim Dimą w opozycji do polsko – ukraińskiego dystansu stanowiła interesujące tło historyczne do opowiedzianej historii miłosnej. Oraz Tadeusz, brat Jana, któremu sprawy polsko – ukraińskie, polsko – żydowskie i żydowsko- ukraińskie były bliskie ze względu na pełnioną funkcję. Tadeusz – Polak uwikłany w labirynt relacyjny pomiędzy trzema narodami, których połączy trudna, wspólna historia.  

Autorka przygotowała się bardzo dobrze do podjętej w książce tematyki. Żydowskie obrzędy, tradycje zostały odzwierciedlone bardzo wiernie. W języku (np. mamele, bunia, mateczka, sokołyk, tate itd. ), w zachowaniu poszczególnych postaci, nawet gestach oraz sposobie bycia (np. peruki noszone przez żydowskie kobiety). Ta wierność historii pozwala poznać czytelnikowi ortodoksyjne tradycje, z którymi zazwyczaj nie ma do czynienia w realnym świecie. Nie chodzi tylko o peruki na zgolonych przez żydowskie kobiety głowach. Chodzi o bicie, chodzi o przeklinanie dzieci, które nie dają zamknąć się w obowiązujących konwenansach, chodzi o takie sformułowania jak: „(…) A to mądrala! Śmiesz mnie pouczać, miast się kajać. Dobrze radziłam Pinkusowi, by odprawił po tobie siedmiodniową żałobę.” Chodzi też o hebrajski język, który perfekcyjnie został wpleciony w całą powieść. I mimo uproszczonej transkrypcji stanowił wraz ze wtrąceniami z ukraińskiego ważne uzupełnienie opowiedzianej historii.

Chan i Jan, Aleksandra, Tadeusz, Chaim i Anna. Każdy inny, każdy z innymi nadziejami, obawami i lękami. Ich losy splecione zostały w przedwojennej Polsce z Lwowem w tle. I mimo, że Autorka pisała powieść przed aktualną sytuacją na Ukrainie przedstawione w niej problemy, ukierunkowane politycznie zainteresowania wybrzmiały mi dziś inaczej, bardziej wyraziście. Huk sytuacji geopolitycznej wybrzmiewa nadal, mimo, że książkę przeczytałam kilka dni temu.

To nie tylko historia zakazanej miłości. To historia bohaterów żyjących w latach trzydziestych ubiegłego wieku na wołyńskiej ziemi. Bohaterów zewsząd o rożnych poglądach, religii, wierzeniach i skrajnie różnych obyczajowości, a połączonych tylko jedną ziemią, na której przyszło im żyć. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki” Karolina Dzimira-Zarzycka

SAMOTNICA. DWA ŻYCIA MARII DULĘBIANKI

  • Autorka: KAROLINA DZIMIRA-ZARZYCKA
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 536
  • Data premiery: 1.06.2022r.

@Karolina Dzimira-Zarzycka stworzyła naprawdę ciekawą pracę. Może nie tak buchającą zakazanym seksem jak się spodziewałam😉, ale niezwykle rzetelną, kompleksową i urozmaiconą. Mam tu na myśli premierę od @wydawnictwomarginesy z Dnia Dziecka, tj. 1 czerwca br. o zadziornym tytule „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki”. Książkę wzięłam do ręki z niezwykłym zaciekawieniem. Chciałam poznać inne spojrzenie na kobietę, która z Marią Konopnicką spędziła ponad dwadzieścia lat życia i która, co się nie spodobało córce Konopnickiej na krótko, bo na krótko, ale jednak, spoczęła po swej śmierci w grobie Poetki. Nie zawiodłam się😊. Tyle ciekawostek w jednej pozycji to prawdziwy rarytas.

Co chcielibyście wiedzieć o kobiecie, która rozkochała w sobie naszą nadworną polską poetkę Marię Konopnicką?

Może skąd pochodzi i gdzie się urodziła. Może jaki był jej ulubiony kolor i czym zachwyciła Konopnicką, która z miłości nazywała ją Pietrkiem. Może jakie miała zainteresowania, hobby i talenty. A może co tak naprawdę robiła w swym życiu i czy powinna być znana tylko z tego, że stanowiła oparcie i towarzystwo dla jednej z najbardziej wybitnych autorek ubiegłego wieku. A może to, że nazywała się Maria Magdalena Barbara Karolina i na akcie jej chrztu napisano „z nieprawego łoża” i że do momentu ślubu jej rodziców nie miała prawa do nazwiska ojca.

Zgodnie z austriackim kodeksem cywilnym dziecko nieślubne nie miało prawa ani do nazwiska ojca, ani do szlachectwa czy herbu. Jeśli jednak jego rodzice zawarli później małżeństwo, nabywało formalnie wszelkie prawa legalnego potomka. Mogło nawet wnioskować o naniesienie odpowiedniej korekty w księdze chrztu.” – „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki” Karolina Dzimira-Zarzycka.

Wielu z Was pewnie zaciekawi jej postać. Jak zaciekawiła – o dziwo ! – mnie. Autorka nakreśliła jej losy w sposób chronologiczny. Wspominając o jej pochodzeniu, o jej dzieciństwie, o losach jej wykształcenia. Zwracając szczególną uwagę na jej talent malarski i osiągnięcia w tym zakresie, które – muszę przyznać – wskutek związku z Konopnicką jakoś współczesnym czytelnikom umknęły. To były dziwne czasy, w których żyła i Konopnicka, i Dulębianka, i wiele kobiet podobnym im. Z jednej strony o wiele dla nich łaskawsze;

Tok rozumowania był prosty: jeśli w łóżku nie było mężczyzny – nic nie zaszło…(…) zgodnie ze zwyczajami kobiet w tym kraju, nie ma żadnej nieprzyzwoitości, gdy jedna kobieta idzie do łóżka z drugą”. Co innego, gdyby w łóżku przyłapano dwóch dżentelmenów. W tym samym czasie brytyjskie sądy skazywały homoseksualnych mężczyzn na więzienie, a nawet na śmierć. Nikt nie wątpił w ich popęd seksualny i cel nocnych schadzek.” – „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki” Karolina Dzimira-Zarzycka.

Z drugiej naznaczone ciągłą walką w roli sufrażystek, emancypantek, czy wreszcie feministek o rolę kobiet w społeczeństwie, o równouprawnienie, o prawo do głosowania i wyższego szkolnictwa. I za to metodyczne podejście do tematu należy Panią Karolinę Dzimirę-Zarzycką pochwalić. Autorka umiejętnie i konsekwentnie drążyła temat różnic pomiędzy poszczególnymi grupami „wojujących kobiet”. Edukując czytelnika, że „Emancypantki popierały równouprawnienie kobiet, skupiając się na prawach wyborczych i równym dostępie do edukacji. Feministki walczyły o to samo, ale zajmowały się sytuacją kobiet także w szerszym kontekście….” Dzięki temu podejściu poznałam nie tylko Dulębiankę z tej strony, ale także Wyczółkowską, Kuczalską – Reinshmit, Daszyńską-Golińską, Turzymę, Witkowską, czy Felicję Nossig i wiele, wiele innych polskich kobiet, które na wzór zagranicznych działaczek skutecznie doprowadziły do dość, jak na ówczesne czasu wczesne uchwalenie dla kobiet prawa głosu, czy prawa do studiów wyższych. Ciekawostką nad ciekawostkami okazała się manifa z 19 marca 1911 roku zorganizowana we Lwowie.

Koncepcja była prosta. Skoro robotnicy mają swoje święto 1 maja, to kobiety także powinny ustanowić jeden termin, w którym wspólnie manifestowały w sprawie równouprawnienia. Obchody Dnia Kobiet zaplanowano wtedy w wielu miastach w Niemczech, Szwajcarii, Danii i Austrii. Nie zawiodła i Galicja…” – „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki” Karolina Dzimira-Zarzycka.

Książka obfituje w takie ciekawostki. Jest pełna historycznych wzmianek, socjologicznych interpretacji pewnych decyzji i okoliczności, w których przyszło Dulębiance żyć, a także społecznego tła, od którego nie stroni Autorka. Jest też sprytnie skonstruowana. Losy głównej bohaterki Dzimira-Zarzycka ujęła w dziewięć części. Pomoc w chronologii zdarzeń czytelnik znajdzie w Kalendarium, które sprawia, że sama książka jest krótsza o kilkadziesiąt stron.

Karolina Dzimira-Zarzycka nie ocenia, nie stygmatyzuje czasów sprzed ponad stu lat. Nie skupia się na erotycznych aspektach relacji Dulębianki z Konopnicką. Skupia się na czymś ważniejszym, na jej działalności na rzecz kobiet, na rzecz dzieci. Na podejmowanych przez nią akcjach, organizowanych manifestach i napisanych odczytach. Skupia się na jej charyzmie i charakterze, który okazuje się jedyny w swoim rodzaju. Owszem, w wielu aspektach na wskroś męski. Ale jednocześnie tyle męski, ile kobiecy. Jej zdecydowanie, butność, zdolność do osiągania celów przeplatana była niezwykłą czułością, troską i tkliwością w relacjach z innymi, szczególnie słabszymi, zostawionymi samym w sobie.

To nie pamiętnik, nie biografia. To dobrze napisana historia przeplatana pięknymi ilustracjami, reprodukcjami zdjęć. Ich kontekst wprowadził mnie w czasy, o których opowiada książka. Czasy silnych, mniej znanych lub zapomnianych kobiet. Jedną z nich jest Dulębianka. Naprawdę bardzo znana w swoich czasach i poważana w wielu kręgach.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks

UWAŻAJ, CZEGO PRAGNIESZ

  • Autorka: ADELE PARKS
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Liczba stron: 494
  • Data premiery: 18.05.2022r.

@Wydawnictwo Kobiece po publikacji premiery ze stycznia 2022r. „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa” (moja recenzja na klik) w dniu 18 maja br. wydało kolejną pozycję Adele Parks pt. „Uważaj, czego pragniesz”. Tropikalne temperatury i lato w pełni wstrzymało moją zdolność do dzielenia się z Wami moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu książek😊. Wracam jednak w swoim stylu. Praktycznie w pierwszym dniu mojego wakacyjnego wyjazdu😉.

Dwie kobiety, które kiedyś nie mogły być sobie bliższe, dopóki nie oddaliły się od siebie na astronomiczną odległość. Znamy się na wylot, wiemy o sobie wszystko, byłyśmy świadkami, jak jedna i druga wzbija się na wyżyny człowieczeństwa oraz zachowuje się poniżej wszelkiej krytyki.” – „Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks.

Nawet nie dwie, tylko trzy kobiety. Lexi, Jennifer i Carla. A także trzej mężczyźni; Jake, Patrick i Fred. Trzy rodziny. Kilkoro dzieci. Członkowie syndykatu, którzy przez wiele lat wspólnie skreślali te same cyfry w grze lotto. Po zerwaniu porozumienia wygrana trafia do Lexi i Jake, którzy w kolejnym tygodniu, tak jak dotychczas skreślili te same numery. Wygrana wszystko zmienia. Tak jak pieniądze zmieniają wszystko. Nagle zwycięscy stają się celebrytami, a byli członkowie zerwanego syndykatu zaczynają domagać się swojej części. Pozorne szczęście zaczyna pękać jak bańka mydlana.

A najsmutniejsze jest to, że przestają być szczęśliwi, bo zakosztowali życia na poziomie, ale tylko na krótko…” – „Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks.

Bardzo podoba mi się oprawa książki. Jest bardzo wizualnie podobna do „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa”. Książki, która jednak bardziej przypadła mi do gustu niż „Uważaj, czego pragniesz”. Temat podjęty przez Parks w tej publikacji jest jednak niezwykle ciekawy. Trzy pary przyjaciół. Przyjaciółki i przyjaciele, których życie nagle okazuje się jednym kłamstwem, a związki przyjacielskie cienkie jak pajęcze nici. I chciałoby się powiedzieć za poprzednim tytułem; kłamstwa, wszędzie kłamstwa.

Książka skonstruowała jest w bardzo przejrzysty i czytelny sposób. Fabuła rozpisana została w rozdziały, oznaczone konkretnymi datami. Niektóre z nich pisane są z perspektywy Lexi i Emily, wówczas czytelnik zanurza się w narrację pierwszoosobową. Śledzimy losy matki i córki w poszczególnych perspektywach czasowych od 20 kwietnia do 24 października. Autorka wprowadziła również czytelnika dodatkowo narracją trzecioosobową w wydarzenia poprzedzające wygraną oraz wydarzenia mające miejsce wiele lat wcześniej, które skutkowały niewinną śmiercią matki i jej kilkuletniego syna. Dzięki prostemu, wyraźnemu i jednoznacznemu przekazowi nie sposób się jednak pogubić w akcji i w konkretnych perspektywach czasowych. To jest wartość dodana tej publikacji.

Co do samej fabuły, to nie jest to pasjonujący thriller, czy książka akcji, w której wiele się dzieje, aż brakuje nam tchu. Wręcz przeciwnie. Akcja toczy się ociężale. Wydarzenia następują po sobie jakby w zwolnionym tempie. Wiele pobocznych wątków zaprząta myśli czytelnika, a ostateczne i ważne rozstrzygnięcia zostały rozpisane jakby dodatkowo, na sam koniec, w samej końcówce. Tak jakby w przydługiej grze w szachy szach mat został zrobiony jednym ruchem. Przyjaciel okazuje się wrogiem na kilku ostatnich stronach, a z wrogiem nagle zaczynami sympatyzować😉. Jestem znudzona takimi konstrukcjami książek, w których bohaterowie wydają się jakby osobami bez podejrzeń, bez umiejętności wnioskowania i dostrzegania oczywistych sygnałów. Jakby były zaślepione następującymi po sobie elementami fabuły, które konsekwentnie realizuje pisarz.

Mimo wszystko, książkę czyta się przyjemnie. Bardziej jako powieść obyczajową, w której związki międzyludzkie i utracone nadzieje odgrywają bardzo istotną rolę. Śledzenie losów rodziny Greenwoodów może być interesujące dla czytelnika, który jest niezwykle cierpliwy i lubi bardzo czytać historie o osobach, którym nie całkiem się powiodło.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

„Duchowa ścieżka” Gregory David Roberts

DUCHOWA ŚCIEŻKA

  • Autor: GREGORY DAVID ROBERTS
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 150
  • Data premiery: 1.06.2022r.
  • Data premiery światowej: 2.09.2021r.

Gregory David Roberts to autor „Shantaramu”. Książki, która poruszyła wielu czytelników. Sam Marcin Meller, którego czytelnicze opinie bardzo cenię, o książce napisał „Nigdy w życiu nie kupiłem tak wielu egzemplarzy jakiejś książki na prezenty dla przyjaciół. Wszyscy są wdzięczni. To jak przypadek ciężkiego uzależnienia: jeżeli przeczytasz kilka pierwszych stron, jesteś stracony dla bliskich i pracy na nadchodzący czas”. Dowiadując się, że @wydawnictwomarginesy wydaje 1 czerwca br. „Duchową ścieżkę” tego samego autora, nie wahałam się ani chwili, chociaż z opisu Wydawcy dowiedziałam się, że na historię z rodu „Shantaramu” nie mam co liczyć😉.

To książka nie o odkupieniu, nie o heroinie i nie o życiu w indyjskich slumsach. To niesubtelna metafora życia, naszego bytu, naszego jestestwa w sferze duchowej, naukowej, fizycznej i religijnej. Gregory David Roberts dzieli się z czytelnikiem swoimi doświadczeniami w procesie poszukiwania własnej wewnętrznej siły, by przeciwstawiać się trudom życia i mieć siłę odpychać błędne decyzje. I jak obiecuje Wydawca; „Duchowa Ścieżka to lektura obowiązkowa dla wszystkich poszukujących wewnętrznego spokoju”. Obowiązkowa, może i tak. Ale czy szyta na miarę?

Najgorzej to postawić wysoko poprzeczkę autorowi. Ja znów popełniłam ten błąd. Po rewelacyjnej historii opisanej przez autora na podstawie własnych doświadczeń w „Shantaramie” spodziewałam się rozważań o świecie rzeczywistym i duchowym, które mnie pochłoną, w których będę chciała odgrywać, choć w myślach i w głowie, stronę czynną, stronę dyskutującą z autorem. Stało się jednak inaczej. Czytając dociekania Robertsa nie byłam nimi wyjątkowo zainteresowana, nie byłam nimi zauroczona. Książkę traktuję jako kolejną wycieczkę w duchową, religijną, niematerialną, pełną emocji sferę człowieka zagonionego we współczesnym świecie.

Krótka książeczka. Pełna rozmyślań, rad, spostrzeżeń i uwag. Pełna przenikliwości skierowanych wprost w naszym kierunku, jak możemy lepiej, co możemy poprawić, na czym powinniśmy się skupić. Chwilami mocno moralizatorska, z silnym rysem przewodniczym. Wzbogacona dość siarczyście osobistymi zwierzeniami Robertsa, jego emocjami i własnymi przeżyciami. Bardzo intersującymi, nie powiem. Niezwykle ciekawymi.

Jeśli jesteście ciekawi przeżyć Gregorego Davida Robertsa, który przeszedł bardzo dłuuuuuuugą drogę do miejsca, w którym aktualnie jest, to przeczytajcie propozycję od Wydawnictwa Marginesy pt. „Duchowa ścieżka”. Skieruje ona Waszą uwagę na inne tory, na bardziej duchowe tory, o których istnieniu może już zapomnieliście.

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Czas zdrajców” Marek Krajewski

CZAS ZDRAJCÓW

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Seria: EDWARD POPIELSKI. TOM 11
  • Liczba stron: 379
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Edwarda „Łyssego” Popielskiego poznałam przy okazji dziesiątego tomu cyklu pt. „Miasto szpiegów”. @krajewskimarek po rewelacyjnej „Demonomachii” nakładem @wydawnictwoznakpl wydał „Czas zdrajców”, który premierę miał 18 maja br. o dalszych losach Popielskiego w świecie szpiegowskim II Rzeczypospolitej.

Cóż to za ród, te niewiasty – mruknął do siebie. – Omal ducha nie wyzionęła, była katowana, ale pamiętała, by  ukochanemu list miłosny napisać. Twarda sztuka i w dodatku poliglotka. Przydałaby się nam taka w Dwójce.” – „Czas zdrajców” Marek Krajewski.

Do takiej wyjątkowej niewiasty Aurelii Teichert de domo Oskiada Inglisjan vel Inglisowicz wysłał Popielskiego Kapitan Jan Henryk Żychoń, „szef Referatu Zachód Dwójki, odpowiedzialny za działania wywiadowcze przeciwko Niemcom…”. Mimo, że do kolejnej akcji wywiadowczej Popielski podszedł z obawą argumentując; „Czy ja wyglądam na żigolaka? Jestem stary, łysy i zmęczony. Przejechałem prawie tysiąc kilometrów, aby się dowiedzieć od pana, że mam być ogierem?” zaangażował się  w nią w pełni, nawet za bardzo. Na jego nieszczęście stracił do niej głowę, co spowodowało liczne implikacje w efektach jego pracy. Oskarżony o podwójne szpiegostwo musi udowodnić swoją niewinność angażując to samego Piłsudskiego, któremu kiedyś uratował życie i który to ma do niego słabość.

„Misterna gra wywiadów nie jest tutaj pojedynkiem dżentelmenów, lecz wyniszczającą walką prowadzoną przez renegatów, podwójnych agentów i manipulatorów depczących ludzie uczucia.” – z opisu Wydawcy.

Postać Łyssego całkowicie mnie przekonuje. Patrząc na zdjęcie jego twórcy po wewnętrznych stronach okładki Marka Krajewskiego i widząc ten inteligentny wzrok, brodę, eleganckie nakrycie głowy i elegancki ubiór trochę tak sobie go wyobrażam. Do tego obaj noszą tą samą fryzuję😊, co bynajmniej nie odejmuje im uroku. W postać Popielskiego Krajewski bez wątpienia wplótł własne doświadczenia. Obaj są z wykształcenia filologami. Przez co śledząc postać Popielskiego zachodzę w głowę, czy Krajewskiego odebrałabym w ten sposób. Nic, muszę się wreszcie przekonać i trafić na spotkanie autorskie z Autorem kryminałów i książek szpiegowskich retro, które wyjątkowo wpasowują się w moją duszę.

Wracając do powieści, to jak zwykle Autor stanął na wysokości zadania. Skutki akcji stanowiącej główną fabułę poznajemy najpierw w roku 1939, o czym Krajewski wspomina w prologu. W epilogu zaś zamyka ten wątek osadzając wydarzenia w roku 1940. Powieść składa się z dwóch części i łącznie czternastu zatytułowanych rozdziałów, których akcja osadzona zostaje w roku 1935, w którym Popielski rozpoczyna swoją kolejną tajną misję. Narracja jest trzecioosobowa, a język wręcz doskonały, przewyższający ponad wszelką wątpliwość jakością współczesną literaturę rozrywkową. To klasyka w pełnym tego słowa znaczeniu. Opowieść płynie swoim tempem. Autor wtrąca ówczesne sformułowania we właściwym sobie stylu. Słowa, które już dawno wyszły z użytku jak „passusy”, „cwikiery”, „bridż” wzbogacają słownictwo, które i tak jest zachwycające, pieszczące moje ucho i napawające mnie euforią, że jest mi dane czytać tak wyśmienite pisarstwo. To jest bez wątpienia cecha, która wyróżnia Marka Krajewskiego w gronie polskich współczesnych pisarzy.

Fabuła jest skomplikowana w stopniu, w jakim skomplikowany jest świat wywiadowczy i kontrwywiadowczy. Mnogość jednostek wywiadowczych polskich i obcych może nużyć, może przeszkadzać w odbiorze. Trzeba skupienia by nie pogubić się we włodarzach Dwójki, czyli II Oddziału Sztabu Głównego Wojska Polskiego, szefów Sicherheitsdienst czyli SD, czy Urzędu Abwehry, a także Gestapo i różnych, złożonych w nazwie wydziałów wspomnianych jednostek. Tak samo panteon postaci, w których polskie, niemieckobrzmiące i generalnie obcobrzmiące nazwiska przyczyniają się do plątaniny charakterów. Nazwiska brzmiące tak samo; Laskier, Lambert, Lewcio, Lepecki. Paulescu, Paterakowa, Ormonde, von Matthes-Pőllnitz, czy Heydrich, von Hardenburg mogą przyprawić o zawrót głowy. Mogą, ale nie muszą dzięki zamieszczonej na końcu Dramatis Personae do której sama wracałam kilkakrotnie, gdy tylko na moment odłożyłam czytanie.

Bez wątpienia trzeba być fanem książek retro, które przenoszą nas w rzeczywistość dawno minioną, prawie sprzed stu lat. Trzeba być fanem książek osadzonych w złożonym świecie wywiadów i kontrwywiadów, gdzie mnóstwo zdrajców, gdzie nie ma prawdziwych braci i sióstr, a także gdzie szpiegowanie na rzecz różnych ustrojów jest na porządku dziennym. I wreszcie trzeba być fanem klasycznego języka, którego w swym pięknie nie jestem w stanie porównać do języka żadnego innego, współczesnego pisarza w polskiej literaturze. A o pomysłowości Autora to mogłabym napisać odrębną opinię. Ona praktycznie nie zna granic i w głównym wątku, i w wątkach pobocznych, które tworzą odrębne, ciekawe historie skupiające na chwilę uwagę czytelnika na czymś innym. A scena erotyczna ze stron 48-49 wprost wymiata. Jest ponadczasowa. Ale nie tylko dla takich opisów warto sięgać po książki Krajewskiego😉.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Szkarłatna wdowa” Graham Masterton

SZKARŁATNA WDOWA

  • Autor: GRAHAM MASTERTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: BEATRICE SCARLET (tom 1)
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery w tym wydaniu: 18.05.2022r.
  • Data premiery: 28.10.2015r.

Mam jakieś takie nierówne doświadczenia z Grahamem Mastertonem, notabene autorem książek z wielu gatunków. W notce biograficznej przeczytałam, że to autor horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz jedenastu kryminałów z Katie Maguire. Jeden z horrorów oceniłam dość nisko („Dom stu szeptów”), za to dwie części kryminalnej serii z Maguire znacznie lepiej („Do ostatniej kropli krwi”, „Żebrząc o śmierć”). Nie mam do tej pory doświadczeniami z powieściami obyczajowymi i romansami. Może te okażą się bardziej trafiające w mój gust…

Wracając do kolejnej premiery od @WydawnictwoAlbatros z 18 maja br. pt. „Szkarłatna wdowa” po opisie spodziewałam się raczej książki w stylu „Szkarłatnej litery”. Filmu z Demi Moore, w której piętnowane życie w dusznej społeczności pełne było strachu, leków i niepokojów. Szkarłatność tytułowej wdowy w powieści po raz pierwszy wydanej w 2015 roku Grahama Mastertona jest niewytłumaczona.

Beatrice Bannister zaczyna interesować się pasją swego ojca – cenionego aptekarza. Dzięki jego zaangażowaniu poznaje najmroczniejsze tajniki ówczesnej farmakologii. Zna zioła, przetwory, wytwory chemiczne, które potrafią uleczyć, ale również te, które potrafią zabić. Po śmierci matki Nancy Bannister idylla rodzinnego życia zostaje zniszczona przez alkoholizm ojca. Osierocona Beatrice zamieszkuje z kuzynką Sarą, gdzie zaprzyjaźnia się z jej synem Jeremym. Szczęśliwym trafem zostaje żoną Francisa Scarleta protestanckiego duchownego, z którym wyrusza do Nowej Anglii i osiedla się w Sutton w hrabstwie New Hampshire. Życie kolonistów nie jest łatwe. Pełni strachu przed Indianami, nękani zabobonami wplątani zostają w intrygę rodem nie z tego świata. Najpierw na dziwną przypadłość zapadają krowy. Później giną świnie Scarletów. Nieszczęście dosięga też czterech niewolników, którzy zostali spaleni żywcem. Gdy Nicholas Buckley wraz z małym synem traci życie Pastor Francis Scarlet postanawia rozmówić się z przybyłym Jonathanem Shooksem, który jako jedyny twierdzi, że dla dobra wszystkich mieszkańców jest adwokatem diabła/demona wypraszającym u niego jałmużnę dla pozostawienia w spokoju.

„Nic na tym bożym świecie nie zdarza się przypadkowo, Beo. Za wszystkim stoi logika i porządek, nawet jeżeli tego nie widzisz. A nawet, gdy widzisz, nie możesz zrozumieć” -„Szkarłatna wdowa” Graham Masterton.

Kompletnie niespójna historia. Pomysł może Masterton miał niezły. Wierzenia, zabobony w dawnych czasach zbierały swoje żniwo. Daleka amerykańska ziemia i angielscy osadnicy to potencjalna podstawa ciekawej fabuły. Do tego diabelskie kopyta i dziwne zachowania miejscowej wdowy Bellknap uważanej za czarownicę przeciwko „szkiełku i oku”, logicznemu wnioskowaniu i fizycznej obserwacji. Realizacja poniżej moim oczekiwaniom. Główna bohaterka Beatrice, mimo swej wiedzy, swemu hartowi ducha, swej odwadze, swej hardości polega w starciu z mężczyzną, do którego od początku miała swoje podejrzenia. Polega w starciu z konstablem Jewkes, który bardziej niż sprawiedliwością zainteresowany jest piciem alkoholu. Polega na starciu z perfidnym wymuszeniem nie próbując nawet zwrócić się do stróżów prawa, do Generała Holyoke – sędziego pokoju. Jakby na wszystko się godziła. Jakby jej postać musiała wypełnić pewną rolę, pewne przeznaczenie. Jakby jej osobowość raz się liczyła, a raz nie.

Tak naprawdę chodziło o pieniądze. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to o pieniądze. Tym kompletnie autor mnie załamał. Gdzie tu mistyka!!! Gdzie tu demony, diabły, szatany!!! Gdzie tu strach i siły nadprzyrodzone!!! Znikły gdzieś w okolicy połowy książki, gdy już z prowadzonych dialogów można było się domyśleć, o co chodzi. Który złoczyńca odzywa się w taki sposób????!!! : „Zamierzam zrobić ci coś demonicznego, szkarłatna wdowo, bo myślisz, że nie zasługuję na miano demona”. Przecież gdy chodzi o krzywdę dzieje się to zwykle bez przydługiego wstępu, bez przynudzających dialogów.  

Do tego błędy językowe, które kłuły mnie w oczy. Bea zwraca się do swojego męża w dialogu Francisa tymi słowami: „Naprawdę nie widziałaś śladów kopyt?”. Francis odpowiada, a ona dodaje; „Mogły być sztuczne, Francisie….”. Bez wątpienia chodzi o dialog kobiety z mężczyzną. Do tego logiczne: „Szczególnie jeden demon. To opłata za ochronę przez szatana.” ??? Dla ochrony szatana nie znalazłam w książce żadnego uzasadnienia, żadnej kontynuacji, żadnego odniesienia. Trochę na zasadzie ochrona jest i już! A metody podtrzymywania ciepłego posiłku do tej pory nie zrozumiałam, mimo, że jakiś czas już o niej myślę😉 „Czy mam schować pański obiad od pieca, panie Shooks, żeby nie ostygł?”, raczej chyba „do pieca”. Czyż nie? A sposób w jaki Graham Masterton uporał się z pierwszą miesiączką głównej bohaterki to już prawdziwe nieporozumienie. W kilku zdaniach nazwał ją okresem, miesiączką lub „ciotką”, która przyjechała. Kuzynka Sara faktycznie wyprzedzała swoją epokę. W okresie, w którym autor osadził fabułę sformułowanie „ciotka przyjechała” nie istniało.

Niekonsekwentna fabuła. Niespójne dialogi. Nieprawdziwa i nierealna w swej dychotomii główna bohaterka. Do tego nielogiczne zwroty, sformułowania i użyte słownictwo nieprzystające na okres, w którym została osadzona fabuła. Demony niestraszne. Mieszkańcy osady bezwolni, bezmyślni, bez polotu. Nawet wielebny Francis nie przekonał mnie do siebie. Jedyna ciekawa postać to wysoki mężczyzna w brązowym płaszczu i wątek niespodziewanych kwiatów na łóżku wraz z perfumami Beatrice. Ale to za mało, by ocenić wyżej niż na cztery. Za mało.

Moja ocena: 4/10.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.