Przy okazji recenzji dwudziestego pierwszego tomu z Inspektorem Rebusem pt. „Wszyscy diabli” (recenzja na klik) przyznałam, że nie znam tej serii autorstwa Iana Rankina. Z wielkim zadowoleniem przyjęłam więc informację, że @WydawnictwoAlbatros wznowiło serię, by przybliżyć i Rebusa, i Rankina większemu gronu czytelników. Ja do tego grona się zaliczam😉. Z zaciekawieniem sięgnęłam więc po trzeci tom cyklu pt. „Kieł i pazur”, który premierę miał 29 czerwca br. licząc na typowy, detektywistyczny kryminał ze wszystkimi prawidłami tego gatunku😊.
„Kostnice to miejsca, gdzie zmarli przestają być ludźmi, a zamieniają się w worki z mięsem, podrobami, krwią i kośćmi.” – „Kieł i pazur” Ian Rankin.
Rebus na zaproszenie londyńskiego nadinspektora Howarda Laine’a przybywa do angielskiej stolicy, by wspomóc tamtejszą policję w poszukiwaniu sprawcy makabrycznych zbrodni. Mordercy nazwanego Wolfmanem. I to nie z powodu ran, które zbrodniarz zostawia na ciele zamordowanych kobiet przypominających ugryzienia wilka, lecz z powodu miejsca, gdzie została odnaleziona pierwsza ofiara, tj. na rzadko uczęszczanej Wolf Street na East Endzie. John Rebus współpracuje z detektywem inspektorem Georgem Flightem, który edynburskiego śledczego obdarzył ogromnym zaufaniem. Delegacja jest Rebusowi nawet na rękę. Ma okazję odwiedzić swoją byłą żonę i nastoletnią córkę Samanthę. Czy dwóm śledczym uda się złapać Wolfmana? I czy pomoże im w tym Lisa Frazer psycholog pasjonująca się profilerstwem?
„Dokonało się. Spotkanie. Dotknięcie. Ciało jest gorące, rozwarte, rozgrzane od krwi. Kipiące wnętrze przestaje już być wnętrzem. Wrzenie. Ta chwila zbyt szybko dobiegła końca.” – „Kieł i pazur” Ian Rankin.
To wyjątkowa część. W mojej subiektywnej opinii zdecydowanie lepsza, niż „Wszyscy diabli”, która premierę miała 27.04.2022r. Pisarstwo Rankin z 1992 roku, w którym to opublikowany po raz pierwszy został „Kieł i pazur” jest czymś innym, niż proza wydana wiele lat później, przy okazji dwudziestej pierwszej części. Rankin jest bardziej dosadny. Obrazuje mordercę jako pasjonata napawającego się spełnieniem przy okazji popełnienia i tuż po kolejnej zbrodni. Bardzo dobrze przedstawia mechanizm rządzący seryjnymi mordercami. Najpierw spełnienie wystarcza na miesiąc. Potem tylko na tydzień, aż wreszcie po godzinie od morderstwa łowca już szuka kolejnej ofiary.
Narracja jest poprowadzona bardzo ciekawie. Trzecioosobowa w przypadku, gdy śledzimy losy policyjnego dochodzenia i to, co dzieje się w życiu Rebusa nawet w jego życiu prywatnym. Tu narrator ma rolę kronikarza, relacjonuje poczynania, myśli głównych bohaterów. W przypadku, gdy czytelnik podąża za decyzjami i czynami prowadzącymi do kolejnych zbrodni, narrator przybiera bardziej osobistą postać. Ukazuje mordercę bardziej jako projekt, jako ciekawostkę, z jego wszystkimi przeżyciami, doświadczeniami i emocjami. Do głosu dochodzi w tym miejscu rys psychologiczny sprawcy, czym całkowicie zaciekawił mnie autor.
„Psychologia bywa przydatna, ale nic nie przebije starego, dobrego przeczucia.” – „Kieł i pazur” Ian Rankin.
W efekcie Rebus znajduje sprawcę. Zanim się to stanie, przeżyje wiele. Na uwagę zasługuje opis pościgu w zarekwirowanym jaguarze i to w towarzystwie sędziego, całkiem nieplanowanym towarzystwie😉. Ubawiłam się po pachy. Dramatyzm sytuacji połączony z komizmem. Całkowicie nowatorski dystans do poważnych spraw w wykonaniu Rainkina.
Tylko ani Rebus, ani Flight, ani nadinspektor Howard Laine, ani tym bardziej wspomniany sędzia nie poznali i nie poznają nigdy motywu. Pozna go czytelnik. Poznałam go ja. I dla tego motywu warto przeczytać ten dobrze skrojony kryminał detektywistyczny. Miłej lektury!!!
Od premiery „Nocy na blokowisku”, dziewiątej części Kryminałów pod psem (recenzja na klik) od @Marta Matyszczak minęło już sporo czasu. Wspomniana książka pojawiła się na polskim rynku wydawniczym w dniu 24.02.2021r. Po dwóch tomach Kryminałów z pazurem (moje opinie znajdziecie tu: „Mamy morderstwo w Mikołajkach” oraz „Taka tragedia w Tałtach”) zaczęłam obawiać się, że Rózia, Gucio i Solański, a nawet Buchtowa już do mnie nie wrócą☹. Z radością przyjęłam więc zapowiedź @Wydawnictwo Dolnośląskie o powrocie do kontynuacji serii z Guciem. I tak dzięki cudownej przesyłce od Wydawcy 😊 wpadł w moje ręce „Sopot w trzech aktach”. Książka, która debiutowała 13 lipca br., a swą premierę miała w cudownej, klimatycznej @KsiegarniaDopelniacz w rodzimym mieście Autorki, w Chorzowie. Ja na spotkaniu z Martą Matyszczak z okazji premiery kolejnego tomu serii być nie mogłam, czego szczerze żałuję. Śledziłam jednak z zaciekawieniem przebieg spotkania na @Marta czyta (link do zarejestrowanego spotkania znajdziecie tu: klik). Dzięki temu dowiedziałam się o roli Męża Pani Marty w pisaniu książek z serii, o przygodzie Autorki z paddle boardem i przepięknym Aleksandro, która znalazła odzwierciedlenie w premierowej części 😊, a także tego, że podobno Pani Marta coraz bardziej, po pięciu latach pisania o Róży zaczyna ją przypominać 😊. Najbardziej podobał mi się pomysł jednej wiernej fanki, która uparcie twierdziła, że czytelnicy powinni przeczytać historię, przede wszystkim, Gucia i Róży w Warszawie. Podobno zetknięcie tych dwóch osobliwości i warszawskiego świata mogłoby być wyjątkowo, ciekawe😉. Cóż nie mam zdania. Jestem Ślązaczką mieszkającą aktualnie w Stolicy😊. Ale najważniejsze co zapamiętałam to informacja o tym, iż Marta Matyszczak pisze już jedenastą część, która będzie działa się w …… Nie, nie. Sami się tego dowiedźcie. Informacje o tym znajdziecie na końcu „Sopotu w trzech aktach”, który mam nadzieję szybko przeczytacie.
Remont w familoku „(…) pod stotrzynastką na ulicy 11 Listopada w Chorzowie” przyspieszył wyjazd Róży z Solańskim i Guciem w podróż poślubną. Zawitali do Sopotu, a dokładniej do pensjonatu Józefina. Jakież było zdziwienie, gdy okazało się, że romantyczny pobyt spędzają tam również aspirant Adolf Barański ze swą wybranką Mecenas Potomek – Chojarską (czy ktoś wie, jak ona ma na imię?!). Róża jednak się nie poddaje. Postanawia spędzić cudowny czas z Mężusiem pokazując wszem i wobec, a szczególnie Potomek – Chojarskiej😊, że nie jest w ciemię bita. Korzysta z uroków Bałtyku, tylko „(…) Już sama nie wiedziała, co ją bardziej rozprasza: wizja siebie dryfującej gdzieś na bezkresach Bałtyku ku Szwecji czy ten mięśniak, który najwyraźniej uznał, że Róża bez problemu da sobie radę…”. Do tego „Wyłupiła gały na to dzieło sztuki w ludzkiej skórze i doprawdy nie potrafiła wydobyć z siebie ani jednego sensownego zdania. Przezornie więc milczała. Facet wyglądał jak z żurnala.” I pewnie romantyczny wyjazd udałby się bardziej lub mniej, ale „Ktoś zamordował Artura Przebendowskiego, właściciela pensjonatu Józefina. I zrobił to niejako trzykrotnie…” (cyt. za: opis Wydawcy). Solański rozpoczyna kolejne śledztwo, w którym z ogromnym zaangażowaniem pomaga mu świeżo poślubiona żona i ukochany piesek adoptowany swego czasu ze @Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Chorzowie. Kolejno odkrywane elementy kryminalnej układanki przenoszą śledczych daleko wstecz w przeszłość. Gdzieś, gdzie wszystko się zaczęło…..
A to wszystko z tekstami Osieckiej na początku każdego z siedmiu rozdziałów. Okazuje się, że twórczość Agnieszki Osieckiej znam całkiem nieźle. „Ja z podróży”, „Piosenkę o Zielińskiej”, czy „Nie żałuję”, ta ostatnia w wykonaniu Edyty Geppert, nuciłam jak tylko przeczytałam cytat. A cytat z „Pijmy wino za kolegów” od razu przywołał w mej pamięci wykonanie Zbigniewa Zborowskiego z 34 opolskiego koncertu ku czci zmarłej Osieckiej pt. „Zielono mi” z 1997 roku, który tak jak Marta Matyszczak 😊 nagrałam na kasecie VHS i oglądałam wielokrotnie. Wspominając koncert podzielę się z Wami, że najbardziej wzrusza, do tej pory zresztą, mnie wykonanie Krystyny Jandy piosenki zatytułowanej „Na zakręcie”. Często jej słucham w tym wykonaniu w trakcie jazdy samochodem.
Wracając jednak do recenzji „Sopotu w trzech aktach” Matyszczak jak zwykle wykreowała historię na najwyższym poziomie. Ta dziesiąta komedia kryminalna z serii jest kompatybilna z poprzednimi. Autorka sprawnie wróciła do stylu, do swych bohaterów, do guciowej narracji. Zrobiła to z ogromnym wdziękiem. Nie będę wyjątkowa i przyznam, że jak zwykle najwięcej zabawy przysporzyła mi Rózia Kwiatkowska..oooops, Solańska, bo przecież „((…) na głos lepiej było jej tak nie nazywać, bo stawała się nerwowa; odkąd wyszła za mąż za Solańskiego, sodówka już zupełnie uderzyła jej do tego poczochranego łba).” I to od pierwszej strony i drugiego akapitu😊, gdy Autorka wspomniała tylko o właścicielce kończyny dolnej, która „(…) musiała mieć za nic diety odchudzające. Łydka była bowiem potężna, a stopa długa i szeroka jak u yeti. Widać, że kobieta korzystała z przyziemnych uroków życia.”
Konstrukcja jest tożsama z poprzednimi częściami, do czego Pani Marta przyzwyczaiła swoich czytelników. Narracja trzecioosobowa relacjonująca poczynania głównych bohaterów przeplata się z osobistą, pierwszoosobową relacją samego Gucia – amatora detektywa. Jego spostrzeżenia i sposób postrzegania świata nadal odbieram z wielkim humorem. Myślę, że i Róża, i Gucio nie znudzą mi się nigdy😊. Bardzo lubię ten styl i humor Autorki. Śląska gwara wtrącona to tu to tam nadaje książce dodatkowego uroku. Tym razem jednak z wielkim zaskoczeniem odebrałam kilka perspektyw czasowych, w których dzieje się opisana przez Matyszczak fabuła. Akcja dzieje się w Sopocie teraz, nieco wcześniej i w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. By było jeszcze ciekawej, w zagadce kryminalnej zaczynają odgrywać wydarzenia, który zdarzyły się w Sopocie na początku ubiegłego wieku. Czasoprzestrzeń określona została na lata 1823-1901, 1901-1920, 1920-1939, a także na lata przypadające na II Wojnę Światową i wydarzenia następujące po roku 1989. Ta wielość perspektyw czasowych, to „teraz”, „nieco wcześniej” i tak dalej nie jest wcale męczące. Dzięki zwięzłej fabule, wydarzeń następujących po sobie kaskadowo i stylu z wielkim humorem książkę czyta się bardzo szybko. Nie sposób się w niej pogubić.
Uwielbiam Martę Matyszczak za jej styl, pomysł, za jej psiego bohatera – Gucia. Uwielbiam za jej odniesienia do rzeczywistości. I tak w tej części wspomina między innymi o śląskim wesołym miasteczku nieszczęśliwie😊 nazwanym Legendią, o piosenkach Kuby Sienkiewicza, czy o tym by uważać czego pragniemy, jak twierdzą Jankesi😉. Matyszczak rozkochała mnie w sobie przez jej niezwykle wnikliwy research, nie tylko geograficzny, lecz także historyczny. Ten aspekt w tej części został wyjątkowo wybornie wykorzystany w fabule. Uwielbiam za odniesienia do bieżącej polityki szczególnie w wykonaniu Gucia; „(…) Złotówkami nie operuję, bo to ostatnio niegodna zaufania waluta.” 😊czy „(…) A już na pewno matka natura obdarzyła mnie wyższą inteligencją niż większość posłów i senatorów zasiadających w ławach na ulicy – nomen omen – Wiejskiej w naszej stolicy.” Matyszczak stworzyła idealną dla mnie bohaterkę komedii kryminalnych – Różę, która dodaje kryminalnym historiom niezwykłego polotu. To bardzo dobrze napisana książka w swym gatunku, z wszystkimi jej wymaganymi elementami. Możliwe, że to dlatego tak dobrze się ją czytało. Mimo, że w tej części Matyszczak podjęła wiele ważnych i to na poważnie kwestii. Jest w niej motyw przyjaźni między czterema dziewczynkami z różnych środowisk, między Igą Przebendowską, Adą Kuhr, Rutą Nisselbaum i Elke Lippke.
„Niby każda z nich pochodziła z innego świata: jedna była Żydówką, druga Niemką, trzecia wywodziła się z rodziny kaszubskiej o rybackich tradycjach, czwarta zaś z polskiej, inteligenckiej. Łączyły je dwie sprawy: przyjaźń i Sopot, który był ich wspólnym domem.” – „Sopot w trzech aktach” Marta Matyszczak.
Jest wątek kobiecej solidarności i zaniedbywania siebie, by sprostać oczekiwaniom rodziny. Została też poruszona kwestia trudów macierzyństwa, tak bardzo gloryfikowanego w naszym społeczeństwie. To sztuka, by ważne kwestie wpleść w fabułę komedii kryminalnej, bez straty dla całej książki. To trudna sztuka, którą wspaniale opanowała Marta Matyszczak.
Szczerze polecam. Dajcie ponieść się fantazji Róży i miłości do Gucia. Dajcie sobie szansę na poznanie nowych, całkiem innych bohaterów, których nie spotkacie w innych komediach kryminalnych. Poznajcie osobiście to TRIO, na których przygody już czekam z utęsknieniem w kolejnej, jedenastej części.
ps. pensjonat nazwany w książce Józefiną istnieje naprawdę. Polubiłam go na portalu booking.com i mam nadzieję, że niedługo go odwiedzę, by sprawdzić, czy faktycznie przy drzwiach wejściowych znajdę książki moich ulubionych polskich autorów kryminałów, tj. Anny Rozenberg, Roberta Małeckiego i Julii Łapińskiej, których Solański poznał dzięki parafrazując ładnej blondynce z Chorzowa, vlogerce @czytamarta😊.
Moja ocena: 8/10
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
Jeszcze nie opadł kurz po powieści „Cztery muzy” wydanej w serii butikowej w dniu 18.05.2022r., a już @WydawnictwoAlbatros zaszczyciło polskiego czytelnika kolejną pozycją z tego zbioru. Debiutującą 15 czerwca br. książką „Zapomniany ogród” Kate Morton. Autorkę poznałam przy okazji „Milczącego zamku” (recenzja na klik), która premierę miała w lipcu ubiegłego roku. A w samej recenzji napisałam: „Książka została napisana pięknym, literackim językiem. Brak powtórzeń, brak nieścisłości. Opisaną historię czyta się w napięciu, ciągle czekałam na zakończenie, na ostateczne odkrycie tajemnic krążących po zamkowych, ciemnych, dusznych korytarzach.” Mam nadzieję, że i tym razem moja opinia będzie zbliżona do poprzedniej😊.
„Życie byłoby znacznie prostsze, gdyby przypominało baśnie. Gdyby ludzie przypominali szablonowych bohaterów powieści.” –„Zapomniany ogród” Kate Morton.
Dwudziestojednoletnia Nell dowiaduje się w dniu swoich urodzin, że nie jest biologiczną córką swoich rodziców, Hugh i Lil, którzy znaleźli ją w dokach portowych w australijskim Maryborough w 1913 roku, po samotnej kilkunastodniowej podróży z Anglii. Ta wiedza zmienia wszystko. Nell zaczyna czuć się obco. Jej dotychczasowe siostry nie wydają się jej już takie bliskie. Zaczyna szukać. W latach siedemdziesiątych wybiera się do Anglii, by spróbować poznać swoją historię. U schyłku życia, który spędziła w Brisbane zaciekawia przekazywanymi chaotycznie informacjami swoją wnuczkę Cassandrę, która nie przestaje drążyć podanych przez babcię informacji, aż do momentu, gdy dowiaduje się, że oprócz australijskiego odziedziczyła po niej angielski mały domek zwany Cliff Cottage w byłym majątku rodu Mountrachet umiejscowiony w Kornwalii, w mieścinie o nazwie Tregenna. To podróż do Anglii i badanie prawdziwej historii Nell O’Connor staje się od tego momentu celem życia Cass. Cassandra postanawia zrobić wszystko, by poznać, skąd pochodziła czteroletnia dziewczynka, znaleziona w porcie w Australii z małą skórzaną walizeczką.
„Pamięć to okrutna dama, z którą wszyscy musimy nauczyć się tańczyć.” „Zapomniany ogród” Kate Morton.
Kate Morton sięgnęła do historii swojej rodziny kreśląc losy arystokratycznej rodziny Mountrachet i historii z odnalezioną, malutką Nell. Jej pierwowzorem jest babcia autorki będąca w tym samym co ona wieku, gdy dowiedziała się, że jej ojciec nie jest jej biologicznym rodzicem. Ta tajemnica została z babcią autorki przez całe życie. Dopiero u schyłku swego ziemskiego bytu postanowiła podzielić się tą wiedzą z trzema córkami. Na kanwie tej historii Morton stworzyła postać Nell. Nakreśliła kolejną rodzinną opowieść, w której tajemnice odgrywają istotną rolę. Wielki plus za postać Autorki, która została wspomniana na początku. Autorki mającej dwa wymiary, dwa znaczenia. Jeden związany z autorstwem przepięknych, magicznych baśni, które Morton wplotła w fabułę urozmaicając ją bardzo sprytnie. Drugi…. Tego musicie dowiedzieć się sami😉.
Książka składa się z trzech części. Łącznie znajduje się w niej 51 rozdziałów. Narracja jest trzecioosobowa. Rozdziały są kolejno ponumerowane. Autorka opowiedziała historię w wielu perspektywach czasowych, które wyszczególniła na początku każdego rozdziału. Losy głównych bohaterów śledzimy w Londynie i w Maryborough w roku 1913. Współczesne wydarzenia, w których uczestniczy Nell i jej wnuczka Cassandra umiejscowione zostały w Brisbane w roku 2005. Osobno autorka odznaczyła okres poszukiwań swoich korzeni przez Nell, co działo się w Londynie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. A to od czego wszystko się zaczęło, działo się w Anglii w roku 1900. I tak naprawdę ten początek jest niezwykle ciekawy. Początek Autorki. Bardzo podoba mi się ten zabieg. Opowiedziana przeszłość rodzinna nabiera szczególnego znaczenia. Jest bardzo kompleksowa, gdy czytelnik ma możliwość śledzenia jej z różnych miejsc, z perspektywy różnych bohaterów odgrywających w niej istotną rolę, jak Państwo Swindell – najmniej sympatyczni bohaterowie, jak Rose i Nathaniel Walker, jak Eliza Makepeace, jak sama Georgina Maountrachet, a także jak Lord i Lady Maountrachet.
„Zapomniany ogród” to niezwykle klimatyczna opowieść, w której dzieje arystokratycznej rodziny Maountrachet odcisnęły piętno na losach wielu niewinnych ludzi. To powieść, która nas uczy, że decyzje często podejmowane z dobrej woli, powodują więcej szkody, niż pożytku. To historia o matkach i córkach, w różnych konfiguracjach, gdzie matki nie zawsze są takie, jakie powinny, a córki nie zawsze są tymi, za które się uważały. To także kronika dziejów, które obejmują swą czasoprzestrzenią jeden wiek. Wiek, w którym pewne tajemnice dotychczas pogrzebane ujrzały światło dzienne.
I mimo, że nie książka nie zachwyciła mnie równie mocno jak poprzednia książka tej autorki, tj. „Milczący zamek” uważam, że jest godna poświęconego jej czasu. Idealnie wkomponowuje się w deszczowe dni. Jej urok wiktoriańskiej i gotyckiej atmosfery przenika do wyobraźni czytelnika.
Książki Katarzyny Kostołowskiej lubię, napisane lekkim stylem, poruszają istotne, życiowe tematy, pozostawiając czytelnikowi przesłanie pełne optymizmu i spokoju. Tak było w przypadku serii „Czterdzieści”, jak i w przypadku pierwszego tomu serii „ROD Morele”. W czerwcu 2021r. premierę miała „Księga Urodzaju”, do której podeszłam z pewnym sceptycyzmem, ze względu na tematykę dotyczącą działek, uprawy roślin i generalnie całego tego gospodarczego życia, do którego niekoniecznie jestem stworzona. I mimo, że mój tata jest z zamiłowania ogrodnikiem, talentu i cierpliwości do hodowli roślin nie przekazał mi niestety w genach. Mimo tego powieść ta bardzo mi się podobała. W związku z tym bez wahania sięgnęłam po kolejny tom cyklu pt. „Tam, gdzie kwitnie miłość”, który premierę miał 1 czerwca br.
Mimo, że spotkamy tu część bohaterów, którzy pojawili się już w pierwszym tomie tą powieść zdecydowanie można czytać niezależnie, bowiem główne wydarzenia dotyczą innych bohaterów, niż w poprzedniej części. Tak więc mamy okazję przyjrzeć się bliżej czterdziestoletniej Teresie, świeżo po rozwodzie, z dorosłą córka, która wyemigrowała za granicę. Małżeństwo kobiety od dawna było rutyną, przyzwyczajeniem, ściągało ją w dół. Gdy więc Teresa w końcu odważyła się na rozwód postanowiła niejako zacząć życie od nowa. Zaczęła o siebie dbać, trenować, pozbyła się zbędnych kilogramów, częściej bywała na działce i czekała na nową miłość, która przykryje nieudane małżeństwo i okaże się tym uczuciem, na które warto jest czekać całe życie. Gdy na działce poznaje przystojnego Adama rzuca się w ten romans cała sobą, chce wierzyć, że w końcu znalazła szczęście, że wszystkie porażki w życiu prowadziły ją właśnie do tego. Jedynie delikatny głosik szepcze jej, że nie wszystko jest takie jakie chciałaby, żeby było. Czy to głos intuicji, czy może wewnętrzy krytyk, który próbuje storpedować jej szansę na szczęście? Drugą bohaterką jest młodziutka Ola, samotna matka wymagającego dziecka. Ciągle zmaga się z poczuciem, że nie dość dużo z siebie daje, że jest za mało dobrą matką. Jest i sędziwy Julian, który być może w jesieni życia odważy się na to, by wreszcie żyć w zgodzie z sobą. Każda z tych postaci jest inna, znajduje się na innym etapie życia, ma inne doświadczenia i trochę inne wyzwania los przed nimi stawia. Ich ścieżki przecinają się w Morelach, ogródkach działkowych, tutaj mogą sobie służyć radami, nie tylko tymi dotyczącymi hodowli roślin, ale też wesprzeć się dobrym słowem, obecnością, uśmiechem…
Powieść pisana jest w nieśpiesznym, lekkim stylu, w narracji trzecioosobowej. Czyta się ją bardzo przyjemnie, nastraja błogo i pogodnie. Akcja toczy się od maja do września, więc głównie w tych miesiącach, gdzie wszystko rozkwita, owocuje, a wokół roztaczają się sielskie obrazy i zapachy. Jednak to powieść to nie tylko sielanka, dotyka też trudnych tematów, takich jak trudy macierzyństwa, tolerancja, poczucie własnej wartości. Nie będę Wam spoilerować, powiem tylko, że dotyka istotnych i wartych rozważenia kwestii. Postacie w powieści zostały świetnie wykreowane, nawet te, które nie budzą naszej sympatii są pokazane wielowymiarowo, a ich z pozoru złe zachowania zawsze są czymś uzasadnione. Pomaga więc nam w próbach zrozumienia drugiego człowieka, akceptacji jest silnych i słabych stron.
Lektura tej książki pozostawiła mnie w świetnym nastroju, natchnęła optymizmem i pogodą ducha, więc Wam także serdecznie ją polecam!
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.
O Wielkiej Rewolucji Francuskiej wspomniałam przy okazji niedawnej recenzji z 11 lipca br. powieści historycznej „Szkoła luster” Ewy Stachniak. Temat ten poruszony został również w kolejnej powieści, którą przeczytałam, a mianowicie „Opowieści o dwóch miastach” autorstwa samego, wybitnego Charlesa Dickensa. Dickensa recenzowałam dotychczas na moim blogu tylko w krótszych formach. Jego opowieści znalazły się w takich antologiach jak: „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach”, „Najsłynniejsze opowiadania wigilijne” czy „Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”. Recenzowana właśnie książka będąca wyśmienitym przykładem klasycznej, wielkiej literatury w oryginale ujrzała światło dzienne w 1859 roku, teraz wydana została nakładem Wydawnictwa @Zysk i S-ka i debiutowała na polskim rynku wydawniczym 31 maja br. Uwielbiam literaturę klasyczną😊. Za jej słowo, za niepowtarzalny i nie do podrobienia styl, za fantazję autorską i za odzwierciedlenie czasów, w których była pisana. Z takim dziełem miałam do czynienia w przypadku pozycji; „Opowieść o dwóch miastach”.
Zaczyna się tak:
„Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą. Dążyliśmy prosto w stronę nieba i kroczyliśmy prosto w kierunku odwrotnym. Mówiąc zwięźle, były to lata tak bardzo podobne do obecnych, że niektórzy z najhałaśliwszych znawców nowej ery widzą w niej dobro i zło…” – „Opowieść o dwóch miastach” Charles Dickens.
A później robi się jeszcze ciekawiej:
„Ale zadania śmierci było receptą modną w owe lata… (…) Śmierć jest uniwersalnym lekiem stosowanym przez Naturę we wszelkich dolegliwościach, wobec czego odwoływało się do niej również prawodawstwo. A zatem na śmierć skazywano szalbierza i człowieka puszczającego w obieg fałszywe banknoty, i takiego, co bez upoważnienia otworzył cudzy list, i takiego, co sprzeniewierzył czterdzieści szylingów i sześć pensów albo odlał fałszywą monetę wartości jednego szylinga, albo zbiegł z koniem powierzonym swojej pieczy…” – „Opowieść o dwóch miastach” Charles Dickens.
By na sam koniec przeczytać między innymi:
„(…) Od zarania dziejów wyobraźnia ludzka tworzyła krwiożercze i nienasycone potwory, lecz żaden z nich dorównać nie zdołał jedynemu ludzkiemu wynalazkowi – Gilotynie.” – „Opowieść o dwóch miastach” Charles Dickens.
Bo tak naprawdę gilotyna odgrywa w powieści Charlesa Dickensa istotną rolę. Przy czym „(…) okazywanie współczucia ofiarom gilotyny stanowi zbrodnię.” To nie historia miłosna Lucie Manette i Karola Darnay’a urodzonego we Francji, a wychowanego w Anglii. To nie opowieść o lekarzu z Beauvais Aleksandrze Manette, odnalezionemu po latach, ani o więźniu Sto Pięć Wieża Północna. To nawet nie historia o nieszczęśniku, mecenasie Sydney’u Cartonie również zakochanego w Lucie, ani o wieloletnim pracowniku Domu Bankowego Tellsonów Panu Lorry. To też nie dzieło o małżonkach Defarge, złych – dobrych, wybawicieli – mordercach bardzo kolorowych w swej charakterystyce, niezwykle ciekawych. To raczej prawdziwa historia o tytułowych dwóch miastach, o Paryżu i Londynie, gdzie losy Francuzów splotły się z losami rodowitych Anglików. Gdzie wiara i przeświadczenie o własnej słuszności powiodły na francuski szafot, oprócz rodziny królewskiej, wielu niewinnych ludzi, którzy często z zawiści zostali zadenuncjowani jako wrogowie Republiki Francuskiej.
Och, jaki to był przepiękny literacki język!!! Nie wiem, czy dużą trudność miał translator tej powieści, Pan Tadeusz Jan Dehnel z jej tłumaczeniem, ale wiem, że Wydawnictwo @Zysk i S-ka ma szczęście do wybitnych tłumaczy (pamiętacie chyba o moich zachwytach nad tłumaczeniami Jerzego Łozińskiego😊). Z kart powieści spoglądają na czytelnika twarze sprzed ponad dwustu lat, w przeddzień Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Spozierają słowa i sformułowania, które są jedyne w swoim rodzaju. Dickens zachęca czytelnika to zabawy we współuczestniczenie w narracji. Zwraca się do niego osobiście, personalnie formułując takie wypowiedzi jak: „(…) który ma w naszej opowieści niejaką rolę do odegrania…”. Zarzucając nas górnolotnymi sformułowaniami, w których cechy charakteru i wyglądu są wyjątkowo uwypuklone; „Wiara w człowieka zmarnowanego i zgubionego dodała Lucie tyle piękna, że mąż potrafiłby nie odrywać od niej wzroku przez długie godziny.” 😊 lub opisy niezwykle rozbudowane; „Siostra śmiertelnie rannego chłopca była moją siostrą, jej mąż był moim szwagrem, nienarodzone dziecko było ich dzieckiem, ojciec był moim ojcem, a waleczny brat był moim bratem.”.
Książka składa się z trzech ksiąg, każda została zatytułowana i każda dotyka innego okresu w życiu bohaterów. Fabuła zamknięta została w kolejno ponumerowanych rozdziałach, którym również autor nadał tytuły związane z podjętymi przez siebie w danej części tematami. Opowieść nie ma głównego bohatera. Narrator opowiada losy kilku z nich. Losy splecione różnymi wydarzeniami, w których raz znaczenie ma miłość ojcowska, raz powinność względem dobrodzieja, raz wydarzenia sprzed iluś lat, które piętnem się odcisnęły na pewnej wiejskiej, biednej rodzinie, a raz bunt obywateli francuskich, którzy cierpiąc głód usłyszeli, że mogą jeść trawę. To wszystko Dickens opisał z historyczną pieczołowitością. Akcję osadził od roku 1775 do momentu zdobycia Bastylii przez paryskich mieszczan, które miało miejsce 14 lipca 1789 roku i krótkiego okresu bezpośrednio po tym wydarzeniu. Aż dziw, że pisząc książkę niespełna sto lat później autor zaangażował się jako literat w proces oceny decyzji ówczesnych Republikanów, które były brzemienne w skutkach dla wielu niewinnych. A jednocześnie pochylił się nad losem plebsu niejednokrotnie ganiąc szlachciców, którzy wykorzystywali siłę i władzę nad nimi. Przecież to czyn markiza St. Évremonde’a pociągnął za sobą następstwa, które sprytnie zostały wplecione w pozornie prostą historię. Do tego Charles Dickens wielokrotnie odniósł się do rzeczywistych bohaterów istniejących w historii, jak na przykład pewien sędzia znany ze swego okrucieństwa skazujący bez rzetelnego i prawdziwego procesu, a także miejsc, czy instytucji, które odegrały i w Paryżu, i w Londynie wtenczas istotną rolę.
To literatura ponadczasowa, mimo nieaktualnego języka i dawnych sformułowań oraz zwrotów, z którymi nie stykamy się we współczesnej prozie. To klasyka, do której zawsze warto sięgnąć, by zderzyć się z fenomenem wielkiego pisarstwa. Charlesa Dickensa warto znać nie tylko z „Kolędy prozą, czyli Bożonarodzeniowej opowieści o duchach” potocznie zwaną „Opowieścią wigilijną”. Charlesa Dickensa powinniśmy starać się poznać również z innych jego dzieł.
Zachęcam Was do zerknięcia na karty „Opowieści o dwóch miastach”, gdzie z wydarzeniami związanymi z Wielką Rewolucją Francuską rozprawił się sam Dickens, „Uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela powieści społeczno-obyczajowej w drugiej połowie XIX w. w Anglii”. (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Charles_Dickens z dnia 12.07.2022r.).
Moja ocena: 7/10
Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.
@Ewa Stachniak-pisarka na swoim oficjalnym, polskim profilu na FB w dniu 1 czerwca br. napisała: „Szkoła luster różni się od moich poprzednich książek, tych zainspirowanych życiem Zofii Potockiej, Katarzyny Wielkiej, czy Bronisławy Niżyńskiej. Nie podążam śladami postaci historycznych, choć wiele z nich pojawia się na kartach powieści. Bohaterki Szkoły luster, Véronique i Marie-Louise, powstały w mojej wyobraźni. A jednak tak jak w moich poprzednich powieściach, i w tej główną rolę grają kobiety silne i odważne. Piszę o nich bo takie kobiety mnie wychowały. Urodziłam się we Wrocławiu, w mieście niemieckich ruin, w trudnych, powojennych czasach. Babcia która przeżyła dwie wojny, Mama która dorastała w czasie drugiej wymagały ode mnie odwagi i wytrwałości. Nie chciały słuchać wymówek, nie pozwoliły rozczulać się nad sobą. Uczyły mnie jak gotować z niczego, przerabiać stare ubrania na nowe, szukać rozwiązań sytuacji z pozoru beznadziejnych. Nie zawsze wygrywały, ale zawsze robiły to “co w ludzkiej mocy” by żadnej szansy nie zmarnować, by żyć uczciwie i w godności.”
Wspaniałe słowa z ust kobiety – autorki, której dzieł jeszcze nie czytałam. „Szkoła luster” wydana przez Wydawnictwo @Znak Literanova to moja pierwsza przygoda z jej twórczością i choć premierę miała ponad miesiąc temu, ja do niej sięgnęłam dopiero niedawno. Broniłam się i broniłam, mimo przepięknego wydania w twardej oprawie. Opierałam się długo i to z prostego powodu😉, powieść historyczna nie jest moim konikiem. Okazuje się, że całkiem niepotrzebnie. O ile może nie jest to mój najbardziej ulubiony gatunek, o tyle rzecz o silnych, ciekawych i niebanalnych kobietach zawsze się sprawdza. Sprawdziła się i teraz😊.
Fabuła zaczyna się w Wersalu w 1755 roku, gdy do rezydencji przybywa trzynastoletnia Véronique. Jej niewinność kończy się tam, gdy zaczyna się pobyt nie na służbie polskiego hrabiego, kuzyna królowej, a na zabawianiu samego Ludwika XV, zwanego Ukochanym, męża starszej o 7 lat córki polskiego króla Stanisława Leszczyńskiego, Marii, którą poślubił mając lat piętnaście i ojca dziesięciorga dzieci z prawego łoża. A o nieprawym lepiej nie wspomnę. Emocjonalnie i erotycznie przez pewien czas związany z Madame de Pompadour. Jak stanowią źródła: „Największy wpływ na politykę Francji w tym okresie wywierała metresa królewska, madame de Pompadour, sympatyzująca z „filozofami”. Jej związek z królem rozpoczął się w 1745 r. Ich romans wygasł wprawdzie już pięć lat później, ale markiza zachowała swoje wpływy aż do śmierci w 1764 r. Posiadała rozległe wpływy w Radzie Królewskiej, gdzie jej głos niejednokrotnie znaczył więcej od głosu ministra. Licznie wstawiennictwa markizy u króla zmierzały do łagodzenia konfliktów, co spowodowało brak jednoznacznej linii politycznej króla. Często jednak kierowała się osobistymi sympatiami i antypatiami.” (cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludwik_XV z dnia 10.07.2022r.). I to z życiem w dworskimi intrygami i fantazjami w tle musi radzić sobie niepełnoletnia Véronique. Po latach z podobnymi dylematami przyjdzie się zmierzyć jej nieślubnej córce, Marie-Louise, która wraz ze swą matką i mimo słabej pozycji społecznej musi odnaleźć miejsce w życiu.
Zacznę od Autorki. Niech Was nie zmyli polskie nazwisko. Tak naprawdę autorka wydaje jako Eva Stachniak, gdyż od 1981 roku mieszka w Kanadzie. „Szkoła luster” jest więc z oryginału przetłumaczona przez Ewę Rajewską, ale w przekładzie autoryzowanym. Oznacza to, że Ewa Stachniak osobiście zatwierdziła wersję, która finalnie trafiła do polskich czytelników. Zerkając na oficjalną kanadyjską stronę Autorki (@Eva Stachniak) od razu zwróciłam uwagę, że mimo długoletniego pobytu na obczyźnie Pani Stachniak nie wstydzi się swoich polskich korzeni, nie odżegnuje od polskości. Wiele postów publikuje w wersji dwujęzycznej. Miłe….
Szkoła luster to wielogłosowa, finezyjnie utkana powieść historyczna, w której splatają się losy Véronique i jej nieślubnej córki Marie-Louise. Kobiety robią wszystko, żeby odnaleźć swoje miejsce mimo sztywnej hierarchii społecznej i burzliwej epoki schyłku monarchii, w jakiej przyszło im żyć. Fabułę zdobią liczne nadworne perypetie. Czytelnika mami odzwierciedlona historycznie ówczesna rzeczywistość z perspektywy dworu Ludwika XV, zwanego Ukochanym, który mimo licznego legalnego potomstwa posiadał jeszcze z piętnaścioro potomstwa z nieprawego łoża. Wśród potomków wydanych na świat przez metresy znalazł się i późniejszy ksiądz, liczni hrabia i książęta oraz markizy.
Powieść została podzielona na VII części. Każda z nich dotyczy różnego etapu w życiu Véronique Roux i jej córki. Historia zaczyna się w latach 1755-1757, gdzie poznajemy Véronique od chwili, gdy jej matka dobiła targu dla niej brzemiennego w skutkach.
„Nasz umiłowany władca potrzebuje kochanek? Od kandydatek aż się roi. Damy dworu przekradają się do jego prywatnych apartamentów, upojone samą myślą o królewskim oddechu cierpkim od wina. Rodzice z własnej inicjatywy podsuwają królowi swoje dojrzewające córki.” –„Szkoła luster” Ewa Stachniak.
Losy Véronique poznajemy z jej bezpośredniej relacji dzięki narracji pierwszoosobowej. Ona jest bardzo osobista, intymna. Doświadczamy jej uczuć, trosk, obaw związanych z rolą, do której przeznaczyła ją jej własna matka na dworze Ludwika XV.
„- Ojcem mojego dziecka jest król – oznajmiłam. Maman zmarszczyła brwi. – Takie gadanie donikąd nas nie zaprowadzi. – Ale to prawda. – Prawda nie doprowadzi nas donikąd.” – „Szkoła luster” Ewa Stachniak.
Dzieje jej córki Marie-Louise przedstawione zostały w trzeciej osobie liczby pojedynczej i zaczynają się od wydarzeń opisanych w części II zatytułowanej Wersal. Autorka zadbała o chronologię zdarzeń oznaczając lata, o których opisuje. Historia Marie-Louise zaczyna się w latach 1762-1768. To na jej kanwie czytamy o przeobrażeniu dworu, o śmierci kolejnych ważnych person, począwszy od Madame de Pompadour, przez Królowę Marię, czy Dominique – Guillaume Lebel premiera, przybocznego Jego Wysokości, który mu właśnie nadobne młode, dzierlatki nabywał do łoża.
„Śmierć zjawia się bez uprzedzenia i nie oszczędza nikogo, (…) Zrównuje wszystkich i wszystko.” – „Szkoła luster” Ewa Stachniak.
To śledzenie wydarzeń związanych z Véronique okazało się tak naprawdę clou powieści. Czytamy o tym jak dorasta, jak dojrzewa, jak staje się dorosłą w części III zatytułowanej Paryż 1768-1789, by wreszcie od części IV od roku 1792 śledzić z zapartym tchem wydarzenia październikowej rewolucji, która przywiodła na szafot Ludwika Ostatniego i jego żonę Marię Antoninę, aż do części VII zatytułowanej „III Rok Republiki”. Nadzorować wydarzenia związane z tworzeniem republiki francuskiej, formowaniem nowego państwa.
„Ostatecznie nie ma żadnego końca, jest tylko nowy początek, myśli Marie-Louise. Jeszcze niewyraźny i błogo nieświadomy wszystkiego, co się wydarzyło zanim zaistniał.” – „Szkoła luster” Ewa Stachniak.
Nie chciałam zaspojlerować, naprawdę😊. Sporo czasu poświęciłam na chronologię zdarzeń, na główne wątki w poszczególnych częściach nie zdradzając tajemnic powieści, gdyż w tym gatunku umiejętność przedstawienia w sposób chronologiczny wydarzeń występujących w fabularnej fikcji i odniesieniach historycznych jest niezwykłą umiejętnością. Zdolnością, z którą Ewa Stachniak poradziła sobie pierwszorzędnie. Fabuła jest rozpisana co do lat, lub nawet co do miesięcy w przypadku dziejów rewolucji francuskiej. Dzięki temu tak opasłą książkę czyta się bardzo przyjemnie. Język został okraszony sformułowaniami właściwymi dla wieku, do którego został odniesiony. Przy czym został spopularyzowany we właściwej dozie, co oznacza, że nie męczyły mnie nieznane opisy, zbyt liczne obce sformułowania. Wiele historycznych smaczków poznałam czytając tę książkę i to, oprócz mile spędzonego czasu, jest jej dodatkowa wartość.
Dla fanatyków historii, lubiących seriale i filmy kostiumowe, uwielbiających powieści o ciekawych postaciach z przeszłości „Szkoła luster” będzie idealnym prezentem. To sfabularyzowane streszczenie życia na Wersalu za czasów Ludwika XV, za czasów wszechwładnej Madame de Pompadour, a później w okresie Wielkiej Rewolucji kończącej i zaczynającej dla Francji wszystko.
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.
W recenzji „Czterech muz” wydanych przez tego samego Wydawcę @WydawnictwoAlbatros pochwaliłam się, że to 22 opinia opublikowana na moim blogu, która premierę miała 18 maja br. 😊 Nadal nie była tą ostatnią😉. „Zaginięcie Stephanie Mailer” Joëla Dickera to kolejna pozycja, która debiutowała na polskim rynku wydawniczym w tym właśnie dniu. Książek tego pisarza szwajcarskiego pochodzenia tworzącego w języku francuskim nie znam. „Zaginięcie Stephanie Mailer” to moja pierwsza przygoda z jego twórczością.
„(…) porządek rzeczy jest taki, że jeśli chodzi o gatunek literackie, to na samym szczycie hierarchii jest niezrozumiała dla nikogo powieść, dalej mamy powieść intelektualną, potem jest powieść historyczna, jeszcze dalej po prostu powieść, a dopiero potem, a przedostatnim miejscu, tuż przed ckliwymi romansidłami, sytuuje się kryminał.” –„Zaginięcie Stephanie Mailer” Joël Dicker.
I z tego przedostatniego miejsca jeśli chodzi o gatunki literackie zaatakował czytelnika Joël Dicker historią wcale nie tylko o zaginionej Stephanie Mailer, która po dwudziestu latach detektywowi prowadzącemu kiedyś śledztwo w sprawie poczwórnego zabóstwa, na kilka dni przed odejściem na zasłużoną emeryturę policyjną powiedziała; „I na tym polega pana problem. Ujrzał pan to, co chciał pan zobaczyć, a nie to, co panu pokazano. I tego właśnie nie dostrzegł pan dwadzieścia lat temu.” I nagle odejście na emeryturę Jesse Rosenberga schodzi na dalszy plany. Jego i jego ówczesnego partnera – Dereka Scotta honor okazał się ważniejszy, bardziej priorytetowy niż realizacja emerytalnych pragnień. Detektywistyczne ścieżki prowadzą śledczych na nowe tropy, na tropy, które nie były badane w 1994, a które dość dobrze pamiętają uczestnicy tamtejszych wydarzeń nawet w roku 2014. W śledztwie pomaga im Anna Kanner zastępczyni komendanta w Orphea nadmorskiej miejscowości w Hamptons w stanie Nowy Jork, w której tak jak i dwadzieścia lat wcześniej, i teraz w letnie dni odbywa się festiwal teatralny w Grand Theater.
„Kiedy człowiek zabije raz, może zabić dwa razy. A kiedy zabije dwa razy, może zabić choćby całą ludzkość. Nie ma już wtedy żadnych hamulców”. – „Zaginięcie Stephanie Mailer” Joël Dicker.
Specjalnie odnotowałam ten cytat😊. Bądź co bądź w powieści mającej ponad siedemset stron trup ścieli się gęsto. Nie chodzi o samo zabójstwo z 30 lipca 1994 roku, w którym ginie przebiegająca obok domu burmistrza w trakcie joggingu Meghan Padalin, urocza pracownica miejscowej księgarni i sam burmistrz z małżonką i kilkuletnim synem, lecz o wszystkie inne morderstwa, które zdarzają się w związku z wznowionym śledztwem. Jakby autor, by przedłużyć fabułę do siedmiuset stron chciał uśmiercić każdego, kto mógłby śledczych przywieźć na właściwe tory. A w tej zagadce detektywistycznej, mimo licznych machinacji, zmyłek, ślepych uliczek jak w wytrawnym labiryncie, chodziło finalnie o przypadek. O jedno spojrzenie, w jednym przypadkowym miejscu, jednej niespodziewającej się niczego osoby.
Pod kątem detektywistycznej akcji, powieść oceniam jako rozwlekłą. Niemniej doceniam jej strukturę. Ogromnym zaskoczeniem dla mnie była konstrukcja książki. Dicker podzielił opowieść na trzy części. Pierwsze dwie mają ponumerowane rozdziały malejąco, od siódmego do zerowego. Są zatytułowane. W części trzeciej numeracja rozdziałów pozostała w klasycznej formie. Chronologia zdarzeń przedstawiona została również w sposób rzadko wykorzystywany przez literackich twórców. W zależności od postaci będącej narratorem opowiada o dniach poprzedzających inaugurację XXI Narodowego Festiwalu Teatralnego w Orphea, jak w przypadku Jesseego, lub bieżącego śledztwa, jak w przypadku Anny, albo wydarzeń związanych z detektywistyczną robotą w 1994 roku opowiedzianych oczami Dereka. Zastosowanie narracji pierwszoosobowej na przemian z trzecioosobową jest prawdziwym majstersztykiem autora. I jedna, i druga narracja jest bardzo rzetelna, ciekawa i napisana miarodajnie. Czytelnik oprócz tych różnych perspektyw czasowych zanurza się w opowieściach z pierwszej ręki w relacjonowanych zdarzeniach w trakcie policyjnych przesłuchań. Z początku autor odpowiada na pytania śledczych słowami bohaterów, a po chwili czytelnik czyta relację tego, co interesuje detektywów jakby z pierwszej ręki.
W odbiorze przeszkadzała mi mnogość bohaterów. Zresztą ogrom wątków pobocznych również przytłaczał mnie w trakcie czytania, jakby autor chciał wpleść wszystkie możliwe, współczesne tematy pasujące do tego gatunku jak: gangsterka, narkotyki, nieodrodne córki bogatych tatusiów, przemoc wśród nastolatków, zdrady małżeńskie, poczucie i pragnienie władzy, chęć zaistnienia w świadomości odbiorców na dłużej, ambicje aktorskie, czy korupcja na samorządowych szczeblach władzy. Jakbym się jeszcze zastanowiła, to pewnie mogłabym wymienić ich więcej😉. Dicker wspomógł jednak czytelników dołączając na końcu spis postaci, z którego można dowiedzieć się, kim była konkretna osoba, jak już całkowicie czytający straci rozeznanie😊. Obłędnym wątkiem dla mnie okazał się temat związany ze sztuką wystawianą przez Kirka Harveya, byłego komendanta policji w Orphea, który po śledztwie z 1994 zniknął bez śladu. Człowieka o wygórowanych ambicjach związanych z teatrem, reżyserowaniem i tworzeniem popkultury. Kirka twierdzącego „Nie dla was sława i chwała, wasz los zakończy się w rynsztoku życia! Odejdźcie stąd, bo oczy mnie boją, jak na was patrzę!”. Kirka układającego się z aktualnym burmistrzem Brownem i zatrudniającego jego żonę w roli aktorki. A także Kirka upodlającego znanego krytyka literackiego i teatralnego Meta Ostrovskiego i Rona Gullivera aktualnego komendanta policji w Orphea w zemście. Chaotyczny, zadufany, mały człowieczek żądny władzy, z niesamowicie ogromną manią wielkości i przeświadczony o własnym talencie. Jego postać została tak dobrze skrojona, że jego nagła przemiana w końcówce nie do końca mnie przekonała. Fragmenty z jego sztuki zatytułowanej „Ciemna noc” przyprawiały mnie o zawrót głowy. Z jednej strony powodowały niesmak, z drugiej szczery chichot. Zresztą i świat teatru, i świat mediów; telewizji i prasy zostały bardzo skrupulatnie przedstawione.
I mimo paru błędów ortograficznych (np. „Dakota – zwrócił się do dziewczyny – muszę dokładnie wiedzieć, co powiedziałaś policji. A przede wszystkim muszę wiedzieć, czy powiedziałeś im o Tarze.”), a także logicznych (z tym nie do końca potrafię się zgodzić☹ „(…) zabrał komputer do jednego z informatyków pracujących w Channel 14, ale i on przyznał, że jest w tej sytuacji bezsilny. „Kiedy kosz, zostaje opróżniony, nic nie da się już zrobić…”) ten kryminał oceniam jako dobry. Jeśli lubicie klasyczne detektywistyczne zagadki rozwiązywane w zgodzie z prawidłami gatunku to „Zaginięcie Stephanie Mailer” Joëla Dickera jest na pewno dla Was.
Simone St. James jest autorką przychylnie przyjętej książki pt. „Złamane dusze”, która sklasyfikowana została w gatunku „horror”. Kiedyś już Wam wspominałam, że nie jest to gatunek mi bliski. Sięgając po premierę od @wydawnictwo.muza.sa tej samej Autorki z dnia 15 czerwca br., zastanawiałam się, czy „Motel Sun Down” jest jednak dla mnie, czy też nie. Tym bardziej, że Wydawca w opisie obiecuje: „Upiorny thriller z elementami nadprzyrodzonymi, który przyprawia o dreszcze”. Horror, thriller mrożący krew w żyłach. Jeden pies, jak to mówią. I tu, i tu trzeba się chyba bać, tym bardziej, że do akcji wkraczają siły nadprzyrodzone ☹.
„Być może. Głupotą było sądzić, że w życiu jest nam cokolwiek przeznaczone. Jeszcze większą głupotą – wierzyć, że Fell jest właśnie tym miejscem, w którym pragniemy żyć.” – „Motel Sun Down” Simone St. James.
W dwóch przestrzeniach czasowych Vivian Delaney, a później jej siostrzenica Carly Kirk w motelu Sun Down próbują dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z Betty, Cathy, Victorią, a później Tracy. Czterema kobietami, które straciły życie niesprawiedliwie, bez powodu, bez przyczyny. Carly poszukując zaginionej trzydzieści pięć lat wcześniej ciotki, której jej mama nigdy nie odżałowała, wplątuje się w kryminalną zagadkę. Zagadkę nierozwiązanych śmierci młodych kobiet. Zagadkę niespodziewanych i niewytłumaczalnych zdarzeń na terenie hotelu. Tak, tak. Mimo upłynięcia ponad trzydziestu lat motel Sun Down w stanie Nowy York nadal funkcjonuje. Janice w roli właściciela zastąpił jej syn. Tak samo mało zaangażowany, tak samo niezadowolony z biznesu jak matka. Tylko nocne recepcjonistki mimo różnic w imionach, nazwiskach i wieku pozostają podobne do siebie. Tak samo zdeterminowane, tak samo zmotywowane, by dowiedzieć się prawdy, by ją odkryć i przedstawić w świetle dziennym. Viv tylko do pewnego czasu, bo w 1982 roku;
„Do trzeciej nad ranem po Viv Delaney nie został żaden ślad. To był początek.” – „Motel Sun Down” Simone St. James.
Książka premierę światową miała dwa lata wcześniej. Widocznie spodobała się amerykańskim czytelnikom na tyle, by stać się bestsellerem „New York Timesa”. W Polsce takiej furory nie zrobiła. Po jej przeczytaniu stwierdzam, że była jednak ciekawym doświadczeniem. Autorka bardzo dobrze poprowadziła fabułę w tych wspomnianych dwóch perspektywach czasowych. Rozdziały zatytułowała imionami głównych bohaterek oraz miejscem i czasem akcji. Wydarzenia, w których uczestniczyła Viv od sierpnia do listopada 1982 roku analizujemy z punktu widzenia narratora w osobie trzeciej. Natomiast to, co dzieje się z Carly w listopadzie 2017 i w lutym 2018 roku, śledzimy z jej osobistej, intymnej perspektywy w relacji przerwszoosobowej. I narracja pierwszo – i trzecioosobowa nie wypada słabo. Bohaterki, akcja, wydarzenia się płynnie przeplatają, analogicznie jak narracja.
Książka trzymała mnie w napięciu, mimo zjawisk nadprzyrodzonych, które odgrywają istotną w niej rolę. Opisane zdarzenia „nie z tego świata” nie są śmieszne, nie są męczące. Czytając o nich czułam dreszczyk emocji i czasem ucisk „w dołku”. To dobrze. Najbardziej przed rozpoczęciem czytania obawiałam się budzących litość prób opisania drugiego „Lśnienia”, czy zbliżenia się do Alfreda Hitchcocka. Niektóre sceny oceniam jako zbędne. Ze względu na krótką przestrzeń czasową pewne sformułowania nie są komplementarne z czasem akcji. I Viv, i Carly czekały na gości. Zastanawiały się, kiedy ponownie trafią do motelu. Czytając miałam wrażenie, że pomiędzy poszczególnymi odwiedzinami mijają miesiące, a ze względu na oznaczenie czasu w tytule rozdziału okazuje się, że działo się to praktycznie w tym samym czasie. To zburzyło w mojej głowie chronologię zdarzeń, z którą nie poradziłam sobie do końca.
Bardzo dobrze czytało się o bohaterach, także pobocznych. Postaci Viv i Carli są skrojone na współczesną miarę, zgodnie z prawidłami gatunku. Odważne, ciekawskie, zadziorne. Ich strach i lęk przekuwają w siłę zanurzając się w obce wydarzenia. Z zaciekawieniem śledziłam co z losami Nicka i Carli, co z tajemniczym komiwojażerem i z Callumem MacRea’em. Nawet przyjaciółki Viv i Carli są postaciami ciekawymi, interesującymi. Szczególnie Heather. Pomysł na Nicka zasługuje na szczególną uwagę. Jego historia dodatkowo potrafi wstrząsnąć czytelnikiem.
Odważna pozycja wydana przez poważne Wydawnictwo. Jeśli ciekawi Was, co łączy „(…) Trzy kobiety zamordowane w Fell w ciągu ostatnich kilku lat. Trzy ciała, które ktoś wyrzucił jak śmieci…, co łączy z nimi Tracy i zaginioną na ponad trzydzieści lat Viv, to sięgnijcie po „Motel Sun Down” zlokalizowany przy krajowej drodze numer sześć.
Moja ocena: 7/10
Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwu Muza, za co bardzo dziękuję.
Nie chcę wyjść na zachłanną, bo przecież dopiero co w kwietniu premierę miała książka „Morderstwo na polu golfowym„, ale po przeczytaniu kolejnego tomu Agathy Christie wydanego 15 czerwca br. przez @Wydawnictwo Dolnośląskie ze słynnym detektywem Herkulesem Poirot, już nie mogę się doczekać, gdy w me ręce wpadnie kolejna część. Dość, że pięknie wydana to jeszcze z klasyczną treścią wewnątrz.
„Rendez-vous ze śmiercią” wydana została w 1938 roku, czyli praktycznie osiemnaście lat po wydaniu „Tajemniczej historii w Styles”, gdzie po raz pierwszy Christie przedstawiła gronu odbiorców belgijskiego detektywa – emeryta. Detektywa, który rozbudził wyobraźnię masowego czytelnika.
„Ogólnie rzecz biorąc, proszę panów, ludzie mówią prawdę. Prawda jest łatwiejsza niż kłamstwo, nie wymaga pomysłowości. Można skłamać raz, dwa, trzy, cztery razy, ale nie od początku do końca. No, i w ostatecznym rezultacie prawda na wierzch wypływa.” –„Rendez-vous ze śmiercią” Agatha Christie.
Tym razem Agatha Christie zabrała nas do Jerozolimy, gdzie w trakcie wycieczki traci życie Pani Boynton. Matka jedynej rodzonej córki, kilkunastoletniej Ginewry. Macocha Lennoxa i teściowa jego żony Nadine. Macocha Raymonda i Carol. Zwracająca uwagę otoczenia, współuczestników wycieczki i innych gości hotelowych swoją niechęcią do dzieci, swoją zaborczością, swoim natrętnym lustrowaniem otoczenia i nieprzyjaznymi spojrzeniami. Matrona, świekra, „(…) wcielenie mocy, istotę o spojrzeniu posiadającym coś z urzekającym właściwości oczu kobry.(…) To kobieta, która rozumie sens władzy, przez całe życie ją sprawowała i nigdy nie wątpiła o własnej potędze.” Najbardziej zainteresowana rodziną Boyntonów jest Sara King, absolwentka studiów medycznych, która swoimi obserwacjami zainteresowała francuskiego, znanego psychiatrę dr Teodora Gerarda. Oboje obserwują amerykańskich turystów, coraz bardziej zniechęceni, coraz bardziej zadziwieni. Nawet po śmierci Pani Boynton jej osoba zaprząta wszystkim myśli. Dzieci zaczynają głęboko oddychać. Pozostali uczestnicy wycieczki nie żałują zmarłej. Tylko Herkules Poirot na prośbę pułkownika Carbury’ego przebywający w pobliskim Ammanie nie pozwala sobie na pozostawienie zagadki nierozwiązanej. Wszak jak sam o sobie mówi; „Nazywam się Herkules Poirot i jestem prawdopodobnie największym żyjącym detektywem.”
Czytając poprzednie tomy kolekcji, a szczególnie „Zagadkę błękitnego ekspresu” z 1928 roku obserwuję znaczny progres Agathy Christie w rzetelności fabularnej i językowej kolejnych publikacji. Wydane dziesięć lat później „Rendez-vous ze śmiercią” zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, niż poprzednie części. Historia toczy się bardzo płynnie. Krajobraz jerozolimski stanowi dodatkowe urozmaicenie. Poirot nie jest tak męczący, jak w poprzednich częściach. Ma więcej pokory, jest mniej zadufany w sobie. Tym samym jest tak sympatyczny, jak wykreowany bohater przez Davida Sucheta z serialowej ekranizacji😊. Słynny detektyw pojawia się dopiero w drugiej części, na 97 stronie. Pierwsza część złożona z dwunastu rozdziałów opowiada perypetie rodziny oraz osób z ich najbliższego otoczenia, które śledzą z zadziwieniem relacje pomiędzy poszczególnymi członkami. Okazuje się, że pomysł, by Poirota w Poirocie było mniej wcale nie jest chybiony. Wręcz przeciwnie, mnogość bohaterów urozmaiciła mi czytanie i sprawiła, że powieść okazała się bardziej interesująca, niż przypuszczałam.
Christie nadal bombarduje stereotypami. Jest to cecha, na którą zwróciłam uwagę wcześniej. I tak czytamy o tym, że „(…) Zbyt wielka władza jest niedobra, zwłaszcza dla kobiet (…) Są bardziej skłonne jej nadużywać.”. Uwaga godna okresu przedwojennego, czyż nie? Kobieca krnąbrność autorki daje jednak o sobie znać, gdy czytamy, że „Mężczyznom wydaje się zawsze, że mają prawdo narzucać kobiecie swoją wolę..” Parafrazując akapit o Amerykanach czytamy, że są poczciwi, prostolinijni, sentymentalni. Bo to przecież umysły typowe dla Amerykanów. Jednej z amerykańskich bohaterów został scharakteryzowany przez lekarza psychiatrę, iż „(…) Zdaje sobie sprawę, że w rodzinie Boyntonów panuje niewłaściwa atmosfera, lecz przypisuje ją przesadnej troskliwości starszej pani, nie zaś jej świadomie złemu postępowaniu.”
A rozwiązanie zagadki? Jak zwykle zaskakujące. Tylko Poirot, dzięki swoim szarym komórkom z rzuconych jakby od niechcenia i w innym kontekście słów wyciągnie poszlakę na kanwie której, sformułuje trafny zarzut w stosunku do mordercy. Zarzut, z którego nie sposób się wykpić.
Klasyka kryminału, nie męcząca, nie nużąca. Napisana z wdziękiem i wzbogacona ciekawymi postaciami. Szczególnie Sara King zasługuje na uwagę. Taka kobieca postać w literaturze sprzed prawie stu lat to prawdziwa rzadkość. Udanej lektury!!!
Moja ocena: 7/10
Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu!
„Cztery muzy” Sophie Haydock to 22 premiera z 18 maja br., której recenzję publikuję na moim blogu. Uwierzycie??? To był wyjątkowy premierowy dzień obfitujący w wiele pozycji, których przeczytanie zajęło mi trochę czasu😉.
Oglądaliście film „Egon Schiele: Śmierć i dziewczyna” z 2016 roku? Ja malarza, którego krótkie życie zostało sfilmowane w tej ekranizacji, znam tylko z jego ekstrawaganckich, nawet jak na dzisiejsze czasy, dzieł. Czytając pozycję autorstwa Sophie Haydock pt. „Cztery muzy” wydaną nakładem @WydawnictwoAlbatros z dnia 18 maja br. wnioskuję, że tytułowy bohater został dość wiernie odzwierciedlony. Aktor grający Egona jest bowiem bardzo przystojny. Urody mu odmówić nie można😊. Taki też jest Egon Schiele w recenzowanej książce i taki też wydaje się na być na niewielu dostępnych w sieci zdjęciach.
„Okrucieństwem tego życia jest to, że poddajemy się losowi, a potem musimy z tym żyć, dzień po dniu. Kształtują nas wybory, do których odmawia się nam prawa. A potem, zanim się obejrzymy, życie czyni nas kimś bardzo dalekim od naszych wyobrażeń. Pozostaje z nas drobny skrawek tego, czym byłyśmy dawniej, coś, czego nawet nie rozpoznajemy.”- „Cztery muzy” Sophie Haydock.
Przerywana kreska, wyraziste postaci, grymasy, gesty, twarze jakby trochę zniekształcone. Do tego przeświadczenie o własnej wyjątkowości, o ogromnym talencie i sile mecenasa, a także wpływie mentora Gustava Klimta – austriackiego malarza. O takim malarstwie i takim malarzu w osobie Egona Schiele jest ta powieść, wydana w przepięknej oprawie. Główne role odgrywają w niej cztery kobiety. Nie sam malarz, nie Egon, lecz jego żona Edith Harms, potem Schiele, jego szwagierka Adele i jego siostra Gertrude, a także Walburga Neuzil zwana Wally, jego modelka i wieloletnia kochanka. Każda chciała go mieć dla siebie. Dla każdej był, przynajmniej w pewnym momencie życia, całym światem. Jego krótki, bo tylko dwudziestoośmioletni żywot, splótł ich losy w pewnym okresie czasu, od 1912 do 1918 roku. I mimo, że powieść jest całkowicie fikcyjna, o czym wspomina autorka w zakończeniu, to czytając miałam odczucie biografii. Tego co wydarzyło się ponad sto lat temu w Wiedniu, w Krumau, w Neulengbach, gdzie odkryte uda modelek, ich łona i piersi, a także zmrużone oczy uważane były za silną pornografię. Pornografię zasługującą tylko na więzienie.
Powieść podzielona jest na cztery części, które zatytułowane zostały imionami ważnych kobiet w życiu Egona Schiele, tj.; Adele, Edith, Gertrude i Wally. Każda cześć składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Średnio jest ich około dwadzieścia. Autorka by zachować chronologię zdarzeń na początku każdego rozdziału wstawiła datę lub przedział czasowy, w którym dzieje się akcja. Czasoprzestrzeń nakłada się na siebie. Dzięki temu czytelnik może prześledzić to samo wydarzenie z perspektywy różnych osób, z ich punktu widzenia. Narracja jest trzecioosobowa. Dzięki jednak możliwości śledzenia losów każdej z osobna głównej bohaterki, w dedykowanej jej części powieści, proza ta wydaje się być bardzo intymna, bardzo osobista. Autorka nie traktuje po macoszemu innych ważnych, w życiu głównych bohaterów postaci. Dużo czasu poświęca małżonkom Harmsów, Pappie i Mutti. Nie szczędzi również uwagi rodzicom Egona Schiele, o których wspomina kilkakrotnie. Nawet przyjaciele, czy służba znalazły w powieści swoje miejsce. Do tego niezwykle urokliwy, dawno odeszły Wiedeń przed, w trakcie i u schyłku I Wojny Światowej. Świat bohemy, artystycznej cyganerii. Świat niechcianych ciąż, mordowanych nienarodzonych u akuszerek dzieci, a także hektolitrów alkoholi, papierosów, czy przetrawionych, raz lepiej lub gorzej narkotyków.
Największe wrażenie zrobiła na mnie historia Adele. Kobiety odtrąconej, o niezwykle bujnej wyobraźni i słabych nerwach.
„Nic go nie może zagłuszyć – bólu, który trawi Adele. Od momentu ogłoszenia zaręczyn przeszywa ją i dręczy jej myśli bez sekundy przerwy. Jej duszę wciąż przepala czysty płonący szok tamtej chwili.” – „Cztery muzy” Sophie Haydock.
Jej osobie autorka poświęciła wiele uwagi kreśląc postać skomplikowaną, zaburzoną, której fantazja uniemożliwiła osiągnąć szczęście. Jej los, jak jedyny znalazł dopełnienie, w tym co się działo do 1968. Do dnia jej śmierci. I tak naprawdę jej bezimienny grób stał się inspiracją do opowiedzenia tej historii. Historii ze sławnym malarzem w tle.
Największy problem miałam z postacią Edith i samym Egonem. Może dlatego, że Edith została opisana jako ostatnia w powieści, w moim odczuciu została potraktowana trochę „po łebkach”. Jakby analiza jej postaci była jak najmniej interesująca dla czytelnika. Dla mnie, niewielkie odniesienia do wspólnego życia Edith z Egonem mogłyby stać się odrębną opowieścią. Edith jako matka dziecka Egona. Edith jako młoda żona nieprzygotowana do nocy poślubnej. Edith jako amatorska modelka, która odkryta została przez męża. Edith jako porzucona siostra. Edith jako cicha konkurentka. Edith jako potulna córka, i tak dalej, i tak dalej. Przykładów postaci, w której chciałabym zobaczyć Edith mogłabym mnożyć i mnożyć. Rozbudowania jej wątku mi zabrakło.
Sam Egon przedstawiony został wielowymiarowo. Z jednej strony to dobrze, bo historia oparta jest na stosunku do niego czterech różnych kobiet, z którymi łączyły go inne, czasem bardzo odmienne relacje. Z drugiej niekoniecznie. Tak skonstruowana narracja spowodowała, że po przeczytaniu zastanawiam się, który obraz jest najbliższy prawdy. Która strona jego osoby jest tą najczulszą.
„Potrafisz tylko brać, niczego nie dając w zamian. Kiedy się nasycisz, porzucasz każdą z nas jak pustą tubkę farby.” – „Cztery muzy” Sophie Haydock.
Karierowicz o nienagannych manierach? Zadufany kłamca? Kochający mąż czy ubolewający nad stratą kochanek? Zdradzający? Unikający służby Ojczyźnie Austriak? Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Najprawdziwsze chyba będzie sformułowanie; trochę taki, trochę taki. W zależności w jakiej postaci chciała go widzieć i wykreować w swej fantazji autorka. O ile, co do kreacji postaci mogę mieć lekkie zastrzeżenia, to motyw z Eve kompletnie mnie nie przekonał. Historia utkana na nic nieznaczącym, przypadkowym spotkaniu jawi mi się jako wyjątkowo na dokładkę dopisana historia, nic nie znacząca literacka fikcja, która pewnie zdaniem autorki miała zamknąć powieść w pewną całość, zamknąć ją klamrą. Według mnie zabieg kompletnie się nie udał.
Prozatorska fantazja oparta na prawdziwych postaciach, gdzieniegdzie na prawdziwych wydarzeniach. Fikcja ze sztuką i wielkimi dziełami w tle. Historia skonstruowana w oparciu o krótkie życie Egona i Edith. O nieszczęśliwe życie Adele i niespełnione życie Gertrude. Do tego napisana z historyczną żarliwością, która jak nic, zasługuje na uwzględnienie w planach czytelniczych fanów książek tego gatunku.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.