„Makowa spódnica. Kamień w wodę” Zofia Mąkosa

MAKOWA SPÓDNICA. KAMIEŃ W WODĘ

  • Autorka: ZOFIA MĄKOSA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 26.01.2022r.

@Zofia Mąkosa to Autorka cyklu „Wendyjska Winnica” również Wydawnictwa @Książnica. Cała seria bardzo mi się podobała. Recenzję tomu „Wendyjska Winnica. Winne miasto” znajdziecie tu: klik. Trochę zatęskniłam za stylem Autorki będącej emerytowaną nauczycielką historii i wiedzy o społeczeństwie. Zatęskniłam.

Śledząc zapowiedzi książkowe Wydawnictwa @Książnica dowiedziałam się o nowej książce tej Pisarki, którą postanowiłam niezwłocznie przeczytać. To „Makowa spódnica. Kamień w wodę” mająca premierę 26 stycznia br. I by zachęcić Was do przeczytania tej recenzji napiszę na wstępie, że powieść osadzona w czasach historycznych jest bardzo udaną zapowiedzią kolejnej dobrej serii autorstwa Zofii Mąkosy.

(….) gorszy od wszystkich upiorów jest żywy człowiek.” „Makowa spódnica. Kamień w wodę” Zofia Mąkosa.

Akcja toczy się od 1647 do 1658 roku. W Karge, wsi na pograniczu z Brandenburgią i Śląskiem rządzi Baltazar von Lest będący kuzynek właściciela ziemskiego Unruga marzącego o wybudowaniu w tym miejscu nowoczesnego miasta Unruhstadt. To na obrzeżach tej wsi mieszka Wiga. Miejscowa garbata znachorka i zielarka doświadczona przez los. Wigę poznajemy w chwili, gdy szuka swojej jedynaczki Dorotki, która zaginęła parę dni temu. Nikt nie wie, gdzie jest. Nikt inny jej nie szuka, a miejscowi plotkują, że odeszła z własnej woli, by pojawić się z kolejnym dzieckiem. Tak jak kiedyś pojawiła się z Rozalką, która mając trzy latka pozostała nagle sama z babką. Dziewczynką, która „(…) stała się dla niej nieoczekiwanym ciężarem, a przeczucie, że ma jakiś związek ze zniknięciem swej matki, sprawia, że stała się niewrażliwa na jej łzy”.

Wspaniałe historyczne publikacje nie muszą liczyć 700 stron!!! I taki był mój pierwszy wniosek po przeczytaniu książki. W powieści takiej jak ta, mającej 416 stron jest wystarczająco miejsca, by przedstawić czytelnikom przenikliwy, ciekawy, fascynujący świat minionych wieków. I do tego zrobić to w sposób pociągający dla czytelnika😊. O zaletach „Makowej spódnicy. Kamień w wodę” mogłabym pisać sporo. Po pierwsze walory historyczne. Autorka z szacunkiem podeszła do podjętego tematu. Potraktowała pisanie na serio. Przedstawiła w sposób bardzo realny ówczesny czas. Czas kurnych chat i czas radości z komina. Czas bosych stóp i głodu. Czas zarazy oraz pańszczyźnianych chłopów. Czas udręk, zatarć oraz bojaźni przed tym, co nieznane, nawet jeśli nie jest niebezpieczne. Ta realność wyziera z każdej strony. To bardzo dobry miszmasz współczesnego języka oraz dawnych pojęć, nazw miejscowości, nazwisk. Same zachowania, myślenie bohaterów, troski i problemy zostały odwzorowane z nauczycielską starannością. Nie ma w tym fałszu, ani obłudy. Nie ma kłamstwa. Po drugie główne bohaterki. Mimo, że czasy w których przyszło im żyć nie są dla nich łaskawe radzą sobie jak umieją. Sama Wiga, wiejska myślicielka z trudnymi doświadczeniami – och ile bym dała, by się dowiedzieć o co chodzi z jej ojcem – pomaga wszystkim, nawet tym, którzy jej pomocy nie potrafią docenić. Sama idzie przez świat dźwigając na swym garbie małą wnuczkę, którą nagle musi się zaopiekować. Do tego Marta, kucharka dworska, nieczytelna, niepiśmienna mądra kobieta, która wiele przeszła. I wreszcie Dorotka, której jakby nie ma, bo zaginęła. Jednak książka jest przesiąknięta jej nieobecnością, jej młodością, jej uśmiechem, radością i nadzieją na lepsze życie, gdy nagle pojawił się szlachcic, który do niej przyszedł. Sama Rozalka jest przesiąknięta mądrością babciną. Najpierw młode dziecię radzące sobie w każdej sytuacji, potem młoda ułożona dziewczyna starająca się ze wszystkich sił nie zmarnować szansy i marząca o makowej spódnicy. Po trzecie relacje pomiędzy kobietami i mężczyznami. Mąkosa umiejętnie zobrazowała więzi panujące w tym małym, hermetycznym społeczeństwie. Kobiety bez prawa nie tylko do głosu, kobiety bez prawa do życia, do szczęścia, do tego, by nie być wykorzystywane, by nie być bite. Mężczyźni bez honoru, lękający się tego, co nowe, co nieznane, niepotrafiący poradzić sobie ze swoimi słabościami oraz katujący dzieci i żony. Sąsiedzi bliscy lub dalsi nie mieszający się, uznający, że prawda jest zawsze po stronie jego, czy to pisanego z małej, czy dużej litery. Do tego mieszczański pastor luterański, którego na szczęście😉 zabrała zaraza. Ile tacy ludzie potrafią w małej wsi namieszać, ile szkody uczynić i krzywd, to najlepiej wie Autorka. Po czwarte polityka. Tak, chociaż jej osobiście nie lubię w bieżącym wydaniu, jest ona tutaj czwartym atutem tej publikacji. Wojna, król i królowa, ród Wazów, czy chociażby królowa Ludwika Maria Gonzagi i cesarz niemiecki. Polityka nie jest tu głównym wątkiem, jest jakby tłem toczących się losów i następujących po sobie wydarzeń. Autorka sprytnie wplotła bieżące nastroje polityczne, sytuację polityczną kraju, relacje z sąsiadami w wypowiedzi, we wspomnienia, czy rozmowy pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Tym samym polityczny aspekt książki nie nuży, jest jej tylko bardzo dobrym uzupełnieniem. Po piątek Baltazar von Lest. Tak jemu poświęcam osobny punkt. Umiłowałam tego bohatera od chwili, gdy postanowił się zaopiekować sierotą znalezioną na środku drogi grzęznącego w błocie. Sierotą, która nie potrafiła się poruszać i iść dalej. Sierotą klękającą na piętach, z pochyloną głową. Sierotą, która się poddała. To dzięki niemu Jakub znalazł swoje miejsce. Dzięki niemu nauczył się pisać i czytać. Von Lest aktualnie zarządzający wsią miał iście nowatorskie podejście. W wielu miejscach utyskuje na bezmyślność mężczyzn sugerując, że kobiety powinny mieć prawo decydowania o ważnych sprawach. Na każdej płaszczyźnie okazuje szacunek innym, kobietom, chłopom, dzieciom, bez wyjątku. Do tego jego smutna historia, która złapała mnie za serce. Historia nie zakończona happy endem. Mam nadzieję, że spotkam się z nimi wszystkimi w kolejnym tomie. Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać. Tak jak przebieram już nogami czekając na rozstrzygnięcie, czy ten „(…) ponury człowiek, który nie wiadomo po co pojawił się jesienią w Karge…” ma coś wspólnego ze zniknięciem Wigowej Dorotki.

Nie mogę nie wspomnieć o stylu. W historycznych powieściach często napotykam pompatyczny, trudny, rozwlekły styl. Styl, który mnie męczy. Nawet jeśli fabuła jest ciekawa nie potrafię przebrnąć przez język. W przypadku tej Autorki styl jest bardzo lekkostrawny, użyte, nowe, trudne zwroty nie nużą, nie maltretują. Wręcz przeciwnie stanowią miłe urozmaicenie, wzbogacenie słownikowe. Nie wiem jak to się Zofii Mąkosie udało, że połączyła w tak przyjemny sposób trudne losy, wartość historyczną oraz ówczesną mowę.  To prawdziwy majstersztyk.

Uwielbiam świat stworzony z niezwykłą pieczołowitością, świat urealniony. Taki świat znalazłam w najnowszej powieści Zofii Mąkosy „Makowa spódnica. Kamień w wodę”. Dziękuję Wydawnictwu Książnica i samej Autorce za możliwość odbycia tej podróży. Podróży do wsi Karge i jej okolic, gdzie – parafrazując – największymi upiorami są żywi ludzie. Szczerze polecam Wam tą niezwykłą historyczną powieść. Miłej lektury!!!

Ps. a jednym zdaniem; długo nie czytałam tak dobrze napisanej historycznej powieści!!!!!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„A jeszcze wczoraj było jutro” Arkadiusz Borowik

A JESZCZE WCZORAJ BYŁO JUTRO

  • Autor: ARKADIUSZ BOROWIK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 540
  • Data premiery: 25.01.2022r.

Spodobał mi się tytuł książki @Arkadiusz Borowik – profil autorski, która premierę miała 25 stycznia br. „A jeszcze wczoraj było jutro” to obietnica rozważań na temat ulotności życia, naszych marzeń i pragnień. Sami przyznajcie. Przecież dopiero planowaliśmy, co zrobimy jutrzejszego dnia, zakładaliśmy się, byliśmy wręcz pewni, że nasze jutro będzie wyglądać inaczej. Składaliśmy obietnice, zaklinaliśmy nasze jestestwo. I to jutro nadeszło. Nie jak chmura gradowa, ale jak cichy przeciwnik. Jak nieuleczalny rak, który trawi nasze życie doprowadzając go do końca. W pewien dzień, w pewnej chwili. Dzięki współpracy z Wydawnictwem @Zysk i S-ka mogłam zapoznać się z czymś więcej niż tytułem😊. Mogłam zajrzeć do środka i zanurzyć się w historię Andrzeja Stroby.

(…) byłem ciekawy, jak to jest obcować z cierpieniem. Moim zdaniem trzeba się na to uodpornić. Każdy człowiek powinien się uodpornić na cudzy ból, żeby nie zwariować.”– „A jeszcze wczoraj było jutro” Arkadiusz Borowik.

Co czuje pięćdziesięciolatek który dowiaduje się, że za najdalej za kilka miesięcy umrze? Czy walczy? Czy się poddaje? Czy robi bilans życia i stara się naprawić wszystkie wyrządzone komuś innemu krzywdy? Czy stara się spędzić ten czas najlepiej jak tylko potrafi? Czy stara się być wreszcie dla siebie najważniejszy? Przed takim dylematem stoi Andrzej Stroba. Dotychczas lubiany i ceniony przez kolegów nauczyciel geografii, uwielbiający swoją córkę Karolinę oraz kochający swą żonę Anitę . Jak obiecuje Wydawca w swym opisie: „A jeszcze wczoraj było jutro” to opowieść o człowieku, który stojąc w obliczu nieuchronnego, zadaje sobie pytanie o wartość swojego życia. Sytuacje trudne przenikają się z momentami lekkimi, a humor przeplata się ze wzruszeniem”.

Nęcił mnie ten tytuł autorstwa Arkadiusza Borowika, oj nęcił. To dobrze. Gdyby nie on, pewnie ominęłaby mnie bardzo dobra proza wkomponowująca się w gatunek literatury pięknej. Borowik jest autorem kilku publikacji. Nie znałam do tej pory żadnego z jego dzieł – słowo użyte nieprzypadkowo😊. Muszę nadrobić jego bibliografię. Ciekawi mnie „Błazen w stroju klauna”. Czytał ktoś? Coś od Borowika?

Głównego bohatera Stroby nie da się nie lubić. Ciekawy, miły, potrafiący zachować się w każdej wymagającej sytuacji. Nie jakiś tam nudny pięćdziesięciolatek. Do tego niezwykle przenikliwy umysł umiejący poradzić sobie w każdej sytuacji, co też czasem go zaskakuje. Andrzej przechodzi metamorfozę, staje się kimś innym. Postanawia pobyć sam ze sobą i uporządkować swoje sprawy. To powoduje, że rozlicza się ze swoim synem Patrykiem i pierwszą żoną Justyną. To zbliża go na powrót do przyjaciela z dzieciństwa Suchego. To staje się przyczyną do wyprowadzki z domu i zamieszkania w hotelu robotniczym. I to pcha go w ramiona Izydora. Tak Izydor jest dla mnie ogromną zagadką, nawet po przeczytaniu książki. To postać, o której będzie mi bardzo trudno zapomnieć.

Borowik opublikował prozę najwyższej klasy. Jest po prostu w wielu dziedzinach wyśmienita. Wyjątkowa jest postać głównego bohatera, począwszy od jego fizycznych cech osobowości, jak i charakteru. Bardzo dobrze zostały wykreowane postaci drugoplanowe. Nawet Dżery Miszczyk nie jest przypadkowy, nawet kolega  – nauczyciel Ryś. Relacje zostały skomponowane tak dobrze, że nie poczułam w nich żadnego zgrzytu. Jakby każde słowo Autora było przemyślane, każdy dialog, każdy ruch i każda decyzja. Widać, że Borowik przystąpił do książki z należytą pieczołowitością, by stworzyć prozę od początku do samego końca na najwyższym poziomie. Nawet relacja z ojcem głównego bohatera jest nieprzypadkowa. Stanowi bardzo dobry przykład relacji ojcowsko – synowskiej z lekkim przekąsem. Ojciec mimo swej ułomności, niezwykły obserwator ludzkiego życia. Ojciec mówiący, że „(…) im bardziej będziesz szczęśliwy, tym później będziesz bardziej nieszczęśliwy.”. Ojciec niepotrafiący pogodzić się ze śmiercią swej żony.

Książka składa się z trzech części. Każda część zawiera w sobie rozdziały. Ostatnia część zatytułowana „Bilans” jest jakby podsumowaniem, pożegnaniem w mistrzowskim stylu. Mimo, że narracja jest trzecioosobowa jest bardzo osobista, indywidualna, jakby to Stroba był narratorem. Nowoczesny język zachował dużo klasycznego uroku. Zdania układają się w przepiękne wersy, a słowa w idealnie brzmiące i w głowie, i na głos zdania.

Arkadiusz Borowik tą publikacją udowodnił swój kunszt literacki i umiejętność pięknego pisania. Dzięki temu miałam przyjemność przeczytać niezwykłą prozę od pierwszej do ostatniej strony na najwyższym poziomie. I do tego samego Was zachęcam!!!

Moja ocena: 10/10

Za możliwość przeczytania książki, a tym samym podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Kłamstwa, wszędzie kłamstwa” Adele Parks

KŁAMSTWA, WSZĘDZIE KŁAMSTWA

  • Autorka: ADELE PARKS
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Liczba stron: 488
  • Data premiery: 26.01.2022r.
  • Data premiery światowej: 4.08.2020r.

Adele Parks ma na swoim koncie już 20 międzynarodowych bestsellerów. „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa” jest jednak moją pierwszą książką tej Autorki. Zaciekawił mnie tytuł i opis Wydawcy @Wydawnictwo Kobiece. Nie powiem studium pary, w której życie wkrada się plątanina kłamstw to zawsze ciekawy temat😉.

(…) życie czasami przypomina taki program. W tym konkretnym w szczególnej cenie były umiejętności i dobra organizacja. Liczyły się szare komórki, siła i wytrzymałość. Uczestnicy przystępowali do zabawy uśmiechnięci, z wielką determinacją i hartem ducha, a kończyli jak głupcy: przemoczeni, zmęczeni, podłamani. Tak, życie było Błazenadą, tyle że na człowieka nie spadały ciastka z budyniem, a niepłodność, depresja, szaleństwo, zdrada i śmierć. Nikt nie mógł się czuć bezpiecznie, nikt nie był odporny na przeciwności losu. Można było sobie myśleć, że wszystko jest w porządku, że wszystko idzie zgodnie z planem: studia, praca, seks, małżeństwo, tak to się toczyło, aż tu nagle kubeł lodowatej wody strącał człowieka z nasmarowanego tłuszczem słupa.” – „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa” Adele Parks.

Daisy i Simon wiodą z pozoru udane życie. Ona stara się ze wszystkich sił zachować ich rodzinę spójną. Opiekuje się mężem, domem i córką Millie, która pojawiła się po długich latach oczekiwania. Do tego jest oddaną nauczycielką w szkole podstawowej. On nie do końca radzi sobie ze swymi demonami. Stara się jednak zachowywać pozory dla dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu. Dla Daisy i dla Millie. Niestety tylko do czasu mu się to udaje. Tylko do czasu, gdy ….

Wszystko zaczyna się od wizyty u specjalisty, który ma pomóc parze zajść w drugą ciążę. Nagle Simon zaczyna postrzegać żonę jako hipokrytkę, jako kłamczuchę. Zmienia się z dnia na dzień nie potrafiąc poradzić sobie z rosnącym problemem alkoholizmu.

Fabuła zawarta została w 59 rozdziały, każdy oznaczony datą. Akcja dzieje się od 9 czerwca 2016 do 13 lipca 2019 roku. Narracja jest dwurodzajowa. Daisy relacjonuje wydarzenia sama w narracji osobowej. Simona opisuje wszystkowiedzący narrator trzecioosobowy. Zabrakło mi trochę narracji Simona w konstrukcji tej książki. Uważam, że równie dobrze sprawdziłby się, gdyby sam relacjonował wydarzenia, opisywał myśli i uczucia, z którymi musi się mierzyć. Autorka nie pozwala nam się pogubić w fabule. Umiejętnie osadza nas w czasie. A dzieci wpleceniu w tytuł rozdziału imion głównych bohaterów wiemy z perspektywy kogo, będziemy obserwować te same zdarzenia. Język jest bardzo przyjemny. Lekkość pisania Autorki determinuje lekkość czytania. Nawet o trudach codziennego życia czytałam z przyjemnością. Autorka nie zanudzała mnie zbędnymi opisami, charakterystykami. Spięła losy dwójki bohaterów w sposób metodyczny pozwalając mi dostrzec ich drugie dno.

Tak naprawdę to bardzo zaskoczyła mnie ta fabuła. Po pojawieniu się przyjaciela ze studiów Daisy, Darylla Lainbridge’a raczej spodziewałam się innego rozwinięcia splotu zdarzeń. Ale o to właśnie chodzi, by dobre książki czytane z przyjemnością nas zaskakiwały. Adele Parks bardzo dobrze odzwierciedliła typową angielską mentalność. Gesty, zachowania, sposób spędzania wolnego czasu, czy nawet plany na wakacje, krótkie wycieczki odebrałam jako typowo angielskie. Nie do końca mogłam pogodzić się z zachowaniem Daisy, która od początku starała się uciekać przed tym co nieuniknione i chronić to co dawno już nie istnieje. Brakowało mi w niej postawy walczącej, broniącej, niegodzącej się na to, co zgotował jej los. Taka Brytyjka, która przede wszystkim dba o pozory, nawet jeśli mogą doprowadzić ją do upadku. Zaletą książki jest także przedstawienie obrazu grona najbliższych przyjaciół obojga bohaterów. Czasem ploteczki, czasem wspólne i jednostkowe upadki, często skrywane bardziej lub mniej urazy. Finalnie bardzo szybko okazuje się na kogo można liczyć, z kim nigdy nie warto się rozstawać.

Udany czas spędzony z książką. Jeśli macie chęć zagłębić się w zawiłe losy kobiety i mężczyzny osadzone w grupie odniesienia, która dużo ma do zaoferowania to ta lektura jest dla Was. Sięgnijcie do niej i posłuchajcie, co wydarzyło się Daisy i Simonowi.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

„Chcesz cukierka? Idź do Gierka. Wspomnienia z dzieciństwa w złotej dekadzie gierkowskiej” Małgorzata Czapczyńska, Marcin Ziętkiewicz

CHCESZ CUKIERKA? IDŹ DO GIERKA. WSPOMNIENIA Z DZIECIŃSTWA W ZŁOTEJ DEKADZIE GIERKOWSKIEJ

  • Autorzy: MAŁGORZATA CZAPCZYŃSKA, MARCIN ZIĘTKIEWICZ
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 272
  • Data premiery: 26.01.2022r.

14 grudnia 2021r. opublikowałam recenzję „Moje wyspy. Kobiecość w stylu vintage ironicznie i na serio” autorstwa Małgorzaty Czapczyńskiej autorki fanpage’a @Moje wyspy. Od razu jej fanpage zaczęłam śledzić😊. Ubawiłam się po pachy. Słysząc, że Małgorzata Czapczyńska jest współautorką wraz z @ Marcin Ziętkiewicz pozycji, która premierę miała 26 stycznia br. nie wahałam się ani chwili. W książce wydanej nakładem Wydawnictwa PASCAL szukałam humoru, nostalgicznych wspomnieć i …a jakże, kolejnej dobrej zabawy. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu „Chcesz cukierka? Idź do Gierka. Wspomnienia z dzieciństwa w złotej dekadzie gierkowskiej”.

Jeżeli prawdą jest, że mniej znaczy więcej, to mamy dużo dzięki temu, że kiedyś mieliśmy niewiele.” – od Autorów Chcesz cukierka? Idź do Gierka. Wspomnienia z dzieciństwa w złotej dekadzie gierkowskiej” Małgorzata Czapczyńska, Marcin Ziętkiewicz.

Pamiętacie „Chcesz cukierka idź do Gierka. Gierek ma to ci da”? Ja za dziecka nie za bardzo orientowałam się w sensie tego zdania. Gdy dorosłam i minął okres komuny połapałam się w mig, o co autorowi tej wypowiedzi chodziło.

Tak jak połapali się Autorzy książki „Chcesz cukierka? Idź do Gierka. Wspomnienia z dzieciństwa w złotej dekadzie gierkowskiej”. To nostalgiczna podróż w czasy naszego dzieciństwa. Nawet jeśli dorastaliście tak jak ja w latach dziewięćdziesiątych, echo tamtych czasów zapewne Was objęło, analogicznie jak mnie. Książka podzielona jest na dwie części. Relacje przedstawione zostały oczami Małgorzaty i oczami Marcina. Książka składa się z krótkich rozdziałów. Każdy rozdział został zatytułowany. Już po tytułach możecie się domyśleć o czym one są; „Żółte granulki glukozy”, „Jeden dzień z kalendarza obowiązkowych czynów społecznych”, czy „Kieszenie pełne kapsli”, co jak sama Czapczyńska zauważyła, było raczej domeną chłopaków.

Lubuję się w takim przedstawieniu świata. Zarówno tego, który znam, jak i tego, który już odszedł. Wiele przedstawionych w książce treści mogłabym odnieść do swego dzieciństwa. Zabawy w podchody, gra w gumę i klasy, czy dwa ognie. Do tego czas spędzany na dworze i oczekiwanie na jedyny program dla dzieci, którą była dobranocka. Świat dorosłych również nie jest mi obcy. W wielu postaciach odnajdywałam moje babcie, moje ciocie, wychowane w innych czasach. I ta umiejętność, której nie mają już nasze dzieci. Robienie z niczego coś. Z patyków pistolety, ze starych opakowań po czekoladach, cukierkach kolekcje, którymi moglibyśmy się wzajemnie chwalić. Nawet opis polskiej wsi i dojenia mleka z początku książki okazał się mi bliższy, niżbym się spodziewała. Przywołał moją przyjaciółkę, która co rusz wspomina zapach mleka prosto od krowy, stajni, oporządzania zwierząt domowych, czy karmienia świń.

Styl Małgorzaty Czapczyńskiej i Marcina Ziętkiewicza jest bardzo lekki. Rozdziały oparte na ich doświadczeniach sklejają się w eseje, krótkie reportaże. Wielokrotnie opowieść okraczone jest ciekawą anegdotą. Książkę czyta się naprawdę szybko. Publikacja umiliła mi czas, przeniosła mnie w czasy inne, o których prawie już zapomniałam. Czytałam z zaciekawieniem, reagowałam uśmiechem i westchnieniami. Narracja pierwszoosobowa Autorów skraca dystans z czytelnikiem, a zdjęcia często z prywatnego archiwum nadają książce prawdziwości.

Pamiętacie granatowe mundurki szkolne z tarczami z nieprzepuszczającego powietrze materiału? Jeśli już Wam się ten obraz zatarł, a zapach ulotnił, sięgnijcie koniecznie po tę książkę. Przypomnijcie sobie jak nasze życie było z kosmosu, tak jak kosmiczne były zabawy na trzepaku😊.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą i podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu Pascal.

„Miłosny układ” Sarah Hogle

MIŁOSNY UKŁAD

  • Autorka: SARAH HOGLE
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery:  26.01.2022r.
  • Data pierwszego wydania: 7.04.2020r.

Lubicie komedie romantyczne? Ja od czasu do czasu uwielbiam zanurzyć się w tego typu fantazję, tym chętniej, im częściej występują w nich znani i lubiani aktorzy. Nawet takie gwiazdy jak Meryl Streep, czy Diane Keaton z Jackiem Nicholsonem w nich występują. Jest to gatunek idealny na mżyste wieczory i ciemne popołudnia. Śmiało można ten gatunek odzwierciedlić w literaturze. Spróbowała tego Sarah Hogle, której „Miłosny układ” nakładem @wydawnictwo.muza.sa. ujrzał światło dzienne 26 stycznia br. Pamiętacie „Sztukę zrywania” z 2006 roku z Jennifer Aniston i Vincem Vaughnem? Mi film bardzo się podobał. Powszechny temat został przedstawiony w bardzo ciekawym stylu i dużym humorem. Czy „Miłosny układ” powielił sukces tego filmu?

Fabuła opisuje relacje między Naomi i Nicholasem. Para przygotowuje się do najważniejszego dnia  w ich wspólnym życiu, do ślubu. Przygotowania, które zbliżają się ku końcowi komplikują się, gdy oboje uświadamiają sobie…, że nie chcą iść przez życie ramię w ramię. Z dużą dawką humoru Autorka opisuje, jak wygląda życie, gdy „najgorszy wróg jest jednocześnie twoim narzeczonym…” – z opisu Wydawcy. Próba rozdziału poniesionych kosztów i ich rekompensata doprowadza do wojen, wojen iście domowych jak z peerelowskiego serialu rodzinnego, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a wszelkie środki możliwe do zastosowania.

Zabawna, przewrotna historia opisana w bardzo lekkim stylu. Idealna, rozrywkowa lektura na odreagowanie po ciężkim dniu. Jest w tej historii coś odświeżającego. Ten cały rozgardiasz, te podchody, te małe wojenki. Czytałam tą książkę z uśmiechem na ustach. Sarah Hogle oprócz pokazania trochę zakręconego świata dwójki postanawiających się rozstać ludzi, poszła o krok dalej. Przedstawiła studium przypadku, w którym obłuda i uparte trwanie przy raz podjętej decyzji doprowadzają co ogromnego kryzysu w związku. Opisała w brawurowym stylu, że miłość nie jest nam dana, a raczej zadana. By przetrwała wymaga od nas ciągłego starania i ciągłej troski. Jest trochę jak kwiat, który stale trzeba podlewać, a wątpliwości jak liście wycierać z opadającego zewsząd kurzu.

O relacjach damsko – męskich nie zawsze trzeba czytać i pisać na poważnie. Można z przytupem, werwą i dowcipem. Przesłanie i tak inteligentny czytelnik wysupła ze zbioru słów, zdań. Lubicie lekkie, przyjemne lektury? Jeśli tak, to ta pozycja jest dla Was. Zachęcam do czytania!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość podzielenia się z Wami moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Muza.

„I żyli długo i…” Agata Bieńko

I ŻYLI DŁUGO I…

  • Autorka: AGATA BIEŃKO
  • Cykl: ZAMRUCZĘ CI (tom 2)
  • Wydawnictwo: KOBIECE
  • Liczba stron: 528
  • Data premiery: 19.01.2022r..

Z tymi premierami stycznia 2022 idzie mi całkiem nieźle😉. Do końca tego miesiąca zostało jeszcze dwa dni, a ja przeczytałam i już zrecenzowałam 11 premier tego miesiąca, w tym 3 przedpremierowo😊. Z tą recenzją już będzie razem 12. Ta buźka odzwierciedla moje zadowolenie. Oby tak zaczynający się rok w moich postanowieniach czytelniczo-recenzenckich, mimo osobistych zakrętów, dotrwał do samego grudnia.

Wracając co dzisiejszej recenzji nie sposób nie wspomnieć, że pierwszy tom cyklu „Zamruczę ci” miał premierę dosłownie rok temu, tj. 27.01.2021r. Recenzję opublikowałam wówczas również przedpremierowo, a link do niej znajdziecie tu: klik. 19 stycznia br. dzięki wydaniu @Wydawnictwo Kobiece możecie zapoznać się z kontynuacją losów Pauli i Grzegorza w pozycji „I żyli długo i…” autorstwa @agatabienko.autorka. Przezabawnymi, przedstawionymi z przymrużeniem oka losami.

To cykl przedstawiający perypetie Pauli i Grzegorza, którzy dziwnym zbiegiem okoliczności „spiknęli się”, nie w jednak dosłownym tego słowa znaczeniu. Autorka w ciekawy, komediowy sposób opisuje dalsze koleje ich losów. A zaczyna się od maskarady. Paula udaje dziewczynę Grzegorza. Rodzinny dom mężczyzny przyjmuje ją z zaciekawieniem i uważnością. Sam Grzegorz boryka się z doświadczeniami z przeszłości i stara się odepchnąć od siebie rodzące się w nim uczucie. Do tego Mucha, przyjaciółka Pauli, odkrywa w sobie zainteresowanie magią. W magiczny sposób przywołuje ponownie do życia Pauli jej byłych i to nie duchów, lecz mężczyzn z krwi i kości. Kłopotliwa sytuacja zamienia się w duże tarapaty, z którymi Paula radzi sobie raz lepiej, raz gorzej.

Otwarte zakończenie z pierwszej części cyklu miało jednak swoje dobre strony. Stało się podwaliną do kontynuacji bez żadnego obciążenia. Z kontynuacją Autorka poradziła sobie bardzo dobrze. Przedstawiła dalsze perypetie dwójki bohaterów w bardzo lekkim, dowcipnym stylu. Z komediami obyczajowymi jest pewna trudność, Autor nigdy nie wie jakie poczucie humoru ma finalny odbiorca. To jest jak z kawałami, nawet dobry nie śmieszy wszystkich. Styl i tempo powieści gwarantuje idealną rozrywkę.  Bohaterowie mają nadal swój urok. Zatwardziały kawaler Grzegorz – lekarz ginekolog nie męczy, wręcz przeciwnie wzbudza całą gamę uczuć w zależności od sytuacji, raz rozczarowanie, raz śmiech, raz zdumienie i niedowierzanie, prawie zawsze sympatię. Paula jest jedyna w swoim rodzaju. Jest jak magnes, który przyciąga w każdej sytuacji nit tylko pecha. Oklaski należą się Autorce za to, że dzięki wadom, wielu zwrotom akcji książka nie jest na wskroś cukierkowa, infantylna. Jest jak typowo grecka  tragi-komedia, ze swoimi wzlotami i licznymi upadkami.

 Spodobała mi się kontynuacja losów Grzesia i Paulci. Spodobała. Nie zawsze kontynuacja jest tak dobra, jak pierwsza część. Czasem brakuje jej polotu, pazura. Tym razem się udało. Agata Bieńko sprawnie pociągnęła wątki z pierwszej części wprawiając mnie w dobry nastrój, który odczuwałam podczas czytania. I o to chodzi w komediach obyczajowych, by się nie nudzić, a bawić. Ja bawiłam się znakomicie. Szczerze polecam, czytajcie!

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Kobiece.

„Stan nie! Błogosławiony” Magdalena Majcher

STAN NIE! BŁOGOSŁAWIONY

  • Autorka: MAGDALENA MAJCHER
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery w tym wydaniu: 12.01.2022r.
  • Data pierwszego wydania: 11.01.2017r.

Wczoraj opublikowałam premierową recenzję najnowszej powieści @magdalenamajcherautorka pt. „Małe zbrodnie”. Książki, która mną wstrząsnęła, gdyż w wyśmienity sposób dotknęła tematu zbrodni i kary, w iście Dostojewskim stylu. By odreagować sięgnęłam po publikację tej samej Autorki zatytułowaną „Stan nie! Błogosławiony”. Powieści obyczajowej, która po raz pierwszy została wydana w 2017 roku. Dzięki współpracy z @WydawnictwoPascal książka w tym wydaniu premierę miała 12 stycznia br. Zachęcam do zapoznania się z moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu pozycji pióra Magdaleny Majcher z początków jej kariery.

„Stan nie! Błogosławiony” to nie tylko wznowienie. Reedycja została uzupełniona o poszerzone opowiadanie, w którym dowiadujemy się o dalszych losach bohaterów po upływie czterech lat. Jak Wydawca obiecywał w oposie to „Ciepła opowieść o niespodziewanym macierzyństwie i trudnych życiowych wyborach”. Historia, którą śledzimy z perspektywy młodej Poli. Dziewczyny przed trzydziestką, która ma satysfakcjonującą pracę oraz kochającego męża. Poli, której radość z niespodziewanego macierzyństwa spotyka się boleśnie z troską i obawą o życie jej dziecka. Poli, która musi dokonać trudnego wyboru. Wyboru przed którym nie chciałaby stanąć prawie żadna z nas.

Z tym stanem błogosławionym od zawsze mam problem. Niby jeden z najcudowniejszych momentów w życiu kobiety, jednocześnie przysparzający wiele trosk, chwil złego samopoczucia i obaw. Nawet jeśli ciąża przebiega fizjologicznie prawidłowo, powoduje w nas lęk i chroniczne zmęczenie. Oczekujemy i nie zawsze nadchodzi to, czego oczekiwałyśmy. O tym właśnie jest ta książka. O borykaniu się z rzeczywistością, w której praktycznie żadna z nas nie chciałaby się znaleźć. O miłości niezwyciężonej, która staje pod znakiem zapytania i rodzi wiele bólu.

Magdalena Majcher jest prawdziwą mistrzynią opisywania cudów życia i zawiłych losów ludzkich. Podjęty przez nią temat w powieści „Stan nie! Błogosławiony” jest bardzo odważny. Z fabułą Majcher rozprawiła się wyśmienicie. Z jednej strony przysporzyła mi nim wiele smutku, z drugiej napoiła mnie nadzieją. Momentami utożsamiałam się z główną bohaterką. Polę odbierałam jako nad wyraz prawdziwą osobę. Jako kobietę z krwi i kości z jej wszystkimi uniwersalnymi, stereotypowymi cechami. Jest empatyczna, niezależna, asertywna. Cechuje ją empatia i wrażliwość. Jest niezwykle urocza, delikatna i łagodna, czasem ekspresyjna i mocno stąpająca na ziemi.

Pod szyldem powieści obyczajowej Magdalena Majcher weszła ze mną, jako czytelnikiem w dyskusję. Dyskusję na temat tego, jak bardzo ktoś może ingerować w moje życie. Jak bardzo może uzależniać moje decyzje od własnych przekonań. I to pojawiające się co rusz pytanie, co z tą wolnością? Przecież wolność jest tylko wtedy, gdy nie narusza wolności innych!!!

Nie jest to prosta, łatwa i przyjemna pozycja, mimo, że napisana w bardzo dobrym, nienużącym stylu. Jest to powieść rzucająca cień. Cień na nasze przekonania i poczucie własnej godności, którą czasem ktoś próbuje nam zagrabić.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu PASCAL.

Recenzja premierowa: „Małe zbrodnie” Magdalena Majcher

MAŁE ZBRODNIE

  • Autorka: MAGDALENA MAJCHER
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery: 26.01.2022r.

O „Mocnej więzi” z Autorką @magdalenamajcherautorka rozmawiałam na ostatnich warszawskich Targach Książki. Była to książka – jednym słowem – przejmująca. Oparta na prawdziwych wydarzeniach historia zaginięcia Anny Garskiej. Dzisiejsza premiera jest kontynuacją przygody Autorki z prawdziwymi zdarzeniami, mroczniejszą stroną życia. W przeciwieństwie do literatury obyczajowej w „Małych zbrodniach” Magdalena Majcher ściera się z rzeczywistą przeszłością dotykając wydarzeń, które wystąpiły naprawdę, smutnych i trudnych doświadczeń, o których również opowiada bardzo dobrze. Przed Wami recenzja dzisiejszej premiery, którą przeczytałam dzięki @wydawnictwo.wab . Przed Wami recenzja książki pt. „Małe zbrodnie”.

Co czuje społeczność małej  miejscowości na Mazowszu, gdy policja znajduje szczątki noworodka? Czy czuje strach, zdumienie? Czy zaklina rzeczywistość udając, że to nie wydarzyło się naprawdę, że przecież nikt nie jest tak zły, by pozbawić życia niewinne dziecko. Tyle odpowiedzi, ile pytań, a tych jest coraz więcej, kiedy odnajdowane są kolejne, ukryte szczątki  dziecięcych szkieletów. Policja szybko typuje podejrzaną. To Lidia Gładoch jest domniemaną matką dzieci. Lidia, której miejsce pobytu nie jest znane. Śledztwo pod wodzą doświadczonego prokuratora z Węgrowa Sławomira Rybusa nie prowadzi do szybkiego odkrycia motywu i sprawcy. Sprawie nie pomaga ogromne zainteresowanie dziennikarzy, którzy już z właściwą sobie precyzją osądzili, znaleźli winnego, odkryli przyczynę. Wszyscy w Polsce, oprócz samych mieszkańców Wrotnowa mówią o sprawie. Oni milczą. Tkwią w stuporze, zmowie milczenia. Czy Rybusowi uda się przełamać tę konspirację? Czy prawda ujrzy światło dzienne?

Mam nadzieję, że skrótem fabuły Was zainteresowałam😉. Taki był mój zamiar. Jednego możecie być pewni, fabuła jest naprawdę bardzo ciekawa. Dotyka najgłębszych ludzkich uczuć. Dotyka tematu krzywdy na niewinnych dzieciach, obok których mało kto potrafi przejść obojętnie. Podejmuje problem spisku, nabierania wody w usta, gdy zbrodnia dotyczy osób wokół nas, kogoś kogo znamy, z kim się przyjaźnimy i kolegujemy. Definiuje mechanizmy, za którymi bronią się mieszkańcy, gdy ohydztwo dotyczy ich społeczności. Co ważne, Autorka bardzo zmyślnie rozprawia się z kwestią przemocy domowej. Bezprawia, którego sprawcą są najbliższe nam osoby, które powinny dawać nam bezpieczeństwo i oparcie w każdej sytuacji. Przemocy tej niefizycznej, tej, którą najtrudniej udowodnić i do której najciężej jest się przyznać.

Przemoc eskaluje latami. Osoba ją stosująca konsekwentnie sprawdza cierpliwość i wytrzymałość swojej ofiary. Stopniowo posuwa się coraz dalej. Początkowo pokrzywdzony nawet nie wie, że właśnie padł ofiara przemocy. Bo przemoc to przecież siniaki, krew, urazy, a „beze mnie nic nie znaczysz” to wyraz miłości, nie przemocy. Człowiek zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że rzeczywiście nie potrafi, nie rozumie, do niczego się nie nadaje. Zaczyna wierzyć w to, bo powtarzane każdego dnia kłamstwo w końcu staje się prawdą.” – „Małe zbrodnie” Magdalena Majcher.

Sama Autorka pisze „Ta historia zmieniła we mnie postrzeganie winy i kary, a lektura akt sądowych była jedną z najważniejszych i najbardziej poruszających w moim życiu.(…) I teraz, drodzy Państwo, zastanówmy się, jakie dramaty skrywają się za każdą z tych historii, które ochoczo relacjonują media.”

Zastanówmy się!

Bo przecież „A skoro jest wina, musi też być kara” – „Małe zbrodnie” Magdalena Majcher.

Choć dane bohaterów zostały zmienione książka jest dogłębnym studium ludzkiej nieprawości. Jest jakby dziennikiem przemocy i tego, co kobieta może zrobić kobiecie. Niezwykle wciągająca historia opisana w pięknym stylu, jak na Magdalenę Majcher przystało. Mroczne oblicze ludzkości rozpisane strona po stronie. Zachęcam szczerze do przeczytania „Małych zbrodni”, których premiera już dziś.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki jeszcze przed premierą bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Uzdrawiające emocje. Rozmowy z Dalajlamą o uważności, emocjach i zdrowiu” Daniel Goleman

UZDRAWIAJĄCE EMOCJE. ROZMOWY Z DALAJLAMĄ O UWAŻNOŚCI, EMOCJACH I ZDROWIU

  • Autor: DANIEL GOLEMAN (pod redakcją)
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 344
  • Data premiery:  11.01.2022r.

„Uzdrawiające emocje. Rozmowy z Dalajlamą o uważności, emocjach i zdrowiu” pod redakcją Daniela Golemana, autora bestsellera pt. „Inteligencja emocjonalna” otrzymałam w prezencie od Wydawnictwa @Zysk i S-ka, za co bardzo dziękuję😊. Jest to książka mająca niezwykłą moc. Moc skupiania uwagi na tym, o czym zwykle nie rozmyślamy, nad czym się na co dzień nie zastanawiamy. Niecodzienna to publikacja, jak niecodzienny jest jej główny rozmówca.

Jak wynika z opisu Wydawcy; „Uzdrawiające emocje” to zapis niezwykłej dyskusji między Dalajlamą i wybitnymi psychologami, lekarzami i nauczycielami medytacji o wzajemnych relacjach i zależności między ludzkim umysłem i ciałem”. To zapis prezentacji specjalistów z różnych dziedzin, psychologii, neurologii, etyki, filozofii i dyskusji na nich oparty. I tu niespodzianka Dalajlama częściej pyta, niż odpowiada😉. Częściej podważa zaprezentowane tezy, niż im przyklaskuje i się z nimi zgadza. Jego Świętobliwość jest nad wyraz przenikliwy, wyłapuje z prezentacji najdrobniejsze szczegóły, by poddać je w wątpliwość. Nie orzeka, nie podsumowuje, lecz bada.

I postawa Dalajlamy mnie najbardziej zauroczyła w tej książce. Dalajlamy, którego nikomu chyba nie trzeba przedstawiać. Postać nietuzinkowa, ponadczasowy laureat Pokojowej Nagrody Nobla, człowiek – myśliciel i przywódca religijny. Rozpoczynając czytanie spodziewałam się, że Jego Świętobliwość będzie przewodził w każdym rozdziale, w którym podjęta określoną tematykę. Spodziewałam się, że jego zdanie będzie ostateczne i jedynie prawdziwe. Okazuje się, że Dalajlama ma wiele pytań, na które odpowiedzi oczekuje od współrozmówców, od specjalistów ze swoich dziedzin. Jak w Przedmowie napisał sam Daniel Goleman „Dalajlama uważnie słuchał naszych prezentacji i angażował się w aktywny i otwierający umysły dialog z nami wszystkimi”. Z zapisów konferencji wybrzmiewa ta jego postawa, pełna pokory, zaciekawienia i uważności w stosunku do osób, które są wybitnymi specjalistami ze swoich dziedzin. Chyba tylko On, tylko Dalajlama mógł w taki sposób uczestniczyć w tej konferencji.

Bardzo podobało mi się rozwinięcie tematu związanego z gniewem. Dalajlama rozwinął myśl; „W większości wypadków gniew który odczuwamy w codziennym życiu, jest wywołany przez przywiązanie”. Podobno to co znamy, ma znaczenie na odczuwanie przez nas złości. Gdy wali nam się znany, bezpieczny świat, to do czego jesteśmy przyzwyczajeni, wśród nadrzędnych emocji przejawia się właśnie gniew. Bardzo dużo publikacja podejmuje tematów związanych z gniewem. W wielu miejscach Rozmówcy zwracają uwagę na różnice pomiędzy zachodem a wschodem w tym zakresie. Z zaciekawieniem czytałam o niskim poczuciu własnej wartości, które głównie jest problemem zachodniej cywilizacji. O wpływie emocji na układ immunologiczny, o wpływie gniewu, permanentnej złości na zdrowie. Sam Dalajlama podniósł temat związany z zaburzeniami psychicznymi, które uniemożliwiają odczuwanie emocji lub ten proces kompletnie zakłamują. Wspomniał o zaburzeniu narcystycznym, rozwinął temat emocji odczuwany przez osoby niepełnosprawne umysłowo. Podniósł emocje z perspektywy zwierząt, a nawet zahaczył o rośliny w kontekście samoświadomości. Wiele tez, podsumowań dla mnie było odkrywczych. Trudno było mi się skupić na jednym aspekcie przedstawionych myśli przewodnich, gdyż każde z nich były dla mnie nowością.

Co do innych Rozmówców okazali się na równi wybitnymi naukowcami jak sam Dalajlama. Wspaniale czytałam dialogi z Danielem Golemanem, redaktorem tej publikacji, gdzieniegdzie odzywał się Mnich – towarzysz Dalajlamy. Daniel Brown zabierał zdanie wielokrotnie szukając odpowiedzi u Jego Świętobliwości. Ceniłam sobie spostrzeżenia Francisko Vareli, który nie raz zwracał uwagę na różnice w postrzeganiu wpływu uczuć, emocji, uważności na ciało z samym Dalajlamą. Potrafił nawet nie zgodzić się i to właściwie uargumentować. Jon Kabat – Zinn sprawiał natomiast wrażenie, jakby na boku notował wypowiedzi Dalajlamy, by potem od nich w innych momentach wrócić, jakby chciał zweryfikować, czy myśl jest spójna z postrzeganiem świata i człowieka przez Dalajlamę, czy  była tylko chwilowa, ulotna, nie mająca podwalin. Mimo różnych preferencji religijnych lub ich braku, każdy z naukowców zwracał się do Dalajlamy z należytym szacunkiem tytułując go Jego Świętobliwością. To było dla mnie odkrywcze, że nie ma znaczenia, kto ma jakie przekonania, liczy się Jego osoba, osoba Dalajlamy.   

Dla mnie książka okazała się fascynującą lekturą. Ciekawą podróżą w myśli, głębokie zakamarki mózgu i duszy wybitnych filozofów, psychologów, biologów, neurologów, publicystów i jedynego w swoim rodzaju Dalajlamy. Człowieka – historii. Przywódcy religijnego buddyzmu będącego jednocześnie – jak go słucham i czytam – Przywódcą całego świata. To pozycja, w której do odkrycia jest wiele, a wnioski nasuwają się jedne po drugich. Jesteście ciekawi świata oczami Dalajlamy i jego wybitnych Rozmówców? Sięgnijcie po tę książkę, która nie tylko zmusza do myślenia, ale również stanowi pokarm dla duszy, jak słodka ambrozja.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Zaklinacz koni” Nicholas Evans

ZAKLINACZ KONI

  • Autor: NICHOLAS EVANS
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 350
  • Data premiery w tym wydaniu:  07.12.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.1996r.

Dwa lata po premierze książkowej Robert Redford nakręcił w 1998r. z sobą w roli głównej film pod tym samym tytułem „Zaklinacz koni”. W filmie oprócz Redforda zagrała w roli Grace Scarlett Johansson, jej matkę wybitna Kristin Scott Thomas. Film zdobył serca wielu widzów. Ja pierwowzór czytałam wiele lat temu będąc nastolatką. Pamiętałam, że książka bardzo mi się podobała. Słysząc o reedycji od Wydawnictwa @Zysk i S-ka nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć po latach. Mimo, że premiera w tym wydaniu odbyła się 7 grudnia 2021, ja swój egzemplarz otrzymałam na początku bieżącego roku. Chcecie wiedzieć, czy film wiernie odzwierciedlił oryginał pióra Nicholasa Evansa? Jeśli tak, to łapcie za tą wspaniałą publikację i czytajcie.

Oto czym, moim zdaniem jest wieczność (…) Po prostu jeden długi ciąg kolejnych teraz. I wydaje mi się, że wszystko, co możesz zrobić, to przeżywać każde teraz, nie przejmując się specjalnie tymi, które już upłynęły, ani tymi, które dopiero nadejdą.” – „Zaklinacz koni” Nicholas Evans.

To historia nie tylko o koniu Pielgrzymie, który w wyniku nieszczęśliwego wypadku doznaje obrażeń fizycznych i psychicznych. To nie tylko opowieść o czternastoletniej Grace, która wskutek tragedii traci nogę. Nawet nie jest to historia Toma Bookera, nazywanego Zaklinaczem koni, ani Annie MacLean i jej małżeństwa z Robertem. To opowieść o traumie i próbie jej przezwyciężenia. To podróż, którą trzeba przebyć, by odnaleźć to, co utraciliśmy i to, co daje nam szczęście. O tym decyduje Annie. Jej decyzja, by zawalczyć o córkę alokuje ją na urokliwym ranczu, gdzie wśród zwierząt i przyjaznych ludzi Tom zaklina Pielgrzyma. Leczy go i obejmuje terapią. Terapią, której efekty odczuwają wszyscy wokół.

Nie jest to typowa historia miłosna

Evans podzielił książkę na pięć części. Historię zawarł w trzydziestu sześciu rozdziałach. Autor zastosował narrację trzecioosobową, wielokrotnie wplatając w usta bohaterów ważne słowa, ważne spostrzeżenia. Tom Booker zagrany przez Roberta Redforda w firmie, jest identyczny z tym zobrazowanym w książce. Ta sama aparycja, ten sam czar, wewnętrzny spokój i ruchy, gesty jakby wystudiowane, jakby zawsze zaplanowane i nieprzypadkowe. Postać Toma jest najciekawszą w powieści. Tom zna ból i cierpienie. Zna z perspektywy własnego życia z żoną i utraconym synem. Zna z punktu widzenia koni, którymi się opiekuje. Zna z kontekstu Grace i samej Annie. Jak sam mówi „(…) tam, gdzie jest ból, tak jest także czucie, a jak długo jest czucie, tak długo jest też nadzieja.”.

Książkę czytało się bardzo dobrze. Styl mimo, że zawiera wiele opisów scenerii, kontekstu i okoliczności jest przyjemny. Tempo i język nie nużą, nie męczą. Do tego akcja osadzona jest w latach dziewięćdziesiątych. W latach, gdzie korzystaliśmy z dyskietek komputerowych (kto wie, jak one wyglądały?), walkmana, kaset magnetofonowych czy telefonów stacjonarnych. Oprócz wspaniałych opisów przyrody Autor zabrał mnie dodatkowo w świat, który prawie już zapomniałam, w świat gdzie nie byliśmy pokoleniem „head downów”. Bardzo dobrze Autor opisał przemianę Grace. Przez swoje doświadczenie i pomoc od innych Grace wydoroślała. Co dobre, Evans skupił się również na relacji Grace z jej matką, kobietą pracującą z sukcesem w grupie wydawniczej wydającej gazetę. Dla której zwykle liczyły się tylko słupki poczytności. Ta relacja dojrzewa, staje się rzeczywista. Evans opisał najdrobniejszy gest i szczegół, który wzmocnił więź matki z córką. Do tego tłumaczenie. Nie mogę nie wspomnieć o Jerzym Łozińskim, mistrzu nad mistrzami w translacji. Jak zwykle tłumaczenie okazało się genialne. Żadne słowo nie jest użyte przypadkowo. To w 100% dopasowany tekst pod odbiorców w języku obcym. Pan Jerzy Łoziński po raz kolejny zachował intencję autora oraz zaprezentował lekkie pióro. Jest wyśmienitym interpretatorem anglojęzycznych powieści.

 I „Gdyby tylko ludzie potrafili być tak mądrzy jak konie”. – „Zaklinacz koni” Nicholas Evans.

Bądźcie jak one, jak konie – niezwykle mądre zwierzęta potrafiące wyczuć każdy nastrój, każdą trwogę, każdy ruch mięśnia jeźdźca. Czytajcie książkę, z którą warto się zapoznać w przepięknym tłumaczeniu. Czytajcie „Zaklinacza koni”!!!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.