„Nieobliczalna” Magda Stachula

NIEOBLICZALNA

  • Autorka: MAGDA STACHULA
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LUNA
  • Liczba stron: 362
  • Data premiery: 12.10.2022r.

@Wydawnictwo Luna (imprint @Wydawnictwo Marginesy) wydało 12 października br. najnowszą powieść @Magda Stachula zatytułowaną „Nieobliczalna”. Na moim blogu znajdziecie recenzje dwóch poprzednich książek Autorki wydanych pod flagą innych wydawnictw. Jak napisałam w opinii z 2018 roku „Już po lekturze „Idealnej”- debiutu Magdy Stachuli byłam pod wrażeniem. Po przeczytaniu „W pułapce” zostało on spotęgowane” (recenzja na klik). Oskarżona” wydana 13 kwietnia 2022 roku podobała mi się już znacznie mniej i to z powodu błędów językowo – fabularnych (recenzja na klik). Najnowszy thriller zapowiadał się dobrze już po około dwudziestu stronach. Tak mnie wciągnął, że trudno było się oderwać, by choć trochę w nocy odpocząć😉.

Miłość to uczucie się czasowi i przestrzeni, rozwijające i zarazem destrukcyjne. Właśnie z tego powodu nigdy się nie zakocham. Nie stracę rozumu, nie pozwolę, aby ktoś przejął nade mną władzę.” – Nieobliczalna” Magda Stachula.

Martyna, z pozoru idealna matka, żona i bogata gospodyni domowa tkwi w związku z Wojciechem – lokalnym biznesmenem i radnym. Ukrywa całą prawdę o swoim życiu przed wszystkimi wokół, nawet najbliższą przyjaciółką od dzieciństwa – Alicją, która boryka się z samotnym macierzyństwem. Natomiast jej studiujący syn – Daniel potrafi namieszać w życiu prawie każdej napotkanej kobiety, o czym przekonuje się Adelina opiekująca się matką będącą w depresji i pracująca w nocnym pubie. W dwie kolejne pory roku (od lata do jesieni) wiele się zmieni w życiu głównych bohaterów i to za sprawą kobiety, której ciało znaleziono przed blokiem.

„Kto jest bardziej niebezpieczny ? zdradzona czy może jednak zakochana kobieta? Czy wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę daje ukojenie, czy wciąga nas w spiralę zła, której sami padamy ofiarą?” – z opisu Wydawcy.

Tytułowy przymiotnik nieobliczalna pasuje tak naprawdę do wielu bohaterek opisanych w książce. I do Martyny, której decyzje spowodowały ogromny tajfun w jej życiu. I do Alicji, która dla swego syna Daniela jest w stanie zrobić i poświęcić praktycznie wszystko w swoim życiu. I do Adeliny, której zazdrość przysłania całą racjonalność związku, który tworzyła z młodym, niepotrafiącym się zaangażować mężczyzną. A także do matki Adeliny, dla której pewne decyzje z przeszłości położyły się cieniem na życiu jej córki. Stachula wbiła mi klina na samym początku czytania. Do około pierwszych stu stron zastanawiałam się o której bohaterki nieobliczalność chodzi😊. I o to chodzi, by zaciekawić czytelnika, który nie potrafi doczekać się wytłumaczenia.

Jest to lekki thriller składający się z dwóch części. Pierwsza z nich dzieje się w okresie lata, druga w czasie jesieni. Rozdziały zatytułowane zostały imionami głównych bohaterów, którzy jednocześnie są narratorami relacjonującymi wydarzenia, w których biorą udział. Narracja jest dość luźna, lekko napisana. Nie jest pełna patetycznych uniesień. Magda Stachula zadbała, by czytelnik się nie męczył, nie nudził czytając długich opisów przyrody, a także męczących często charakterystyki wewnętrznych przeżyć bohaterów. Dozowanie opowieści w tym zakresie, nazw uczuć, a także przedstawienie wewnętrznych i zewnętrznych przejawów duchowości bohaterów, zostało skrojone przez Autorkę na miarę. Dokładnie wiem, który z bohaterów żyje w permanentnym lęku i nie potrafi odmówić sobie przyjemności. Kto egoistycznie postrzega świat i relacje, a także dla kogo własne „Ja” jest tak nieistotne, że nawet nie zasługuje na uwagę. Ta wiedza na temat psychiki, emocji, uczuć szczególnie kobiecych postaci zaprezentowana została w książce „Nieobliczalna” bardzo dobrze.  Dostrzegłam jednak pewną zbieżność. Bohaterki, mimo, że różniło ich doświadczenie, wiek, przeżycia były do siebie dość podobne. Szczególnie w swej subtelności, w postrzeganiu świata. Nawet najbardziej energetyczna Adelina okazała się jednak buntowniczką z dużą delikatnością i jednak małym dystansem do siebie.

Zakończenie mnie zaskoczyło. To taki finał książki, który pozostawia niedosyt. Po którym ciągle czytelnik zastanawia się, co tak naprawdę się wydarzyło i co może się nadal zdarzyć. Moja ciekawość nie została zaspokojona. Postarała się już o to sama Autorka😉. Czyżby szansa na kontynuację? Czyżby szansa na nową serię?

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU LUNA.

„Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z REDMONDU

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 3)
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1930r.
  • Data premiery światowej: 1915r.

Ani Shirley wierna jestem od dziecka😊. Tak samo jak wierna jestem Wydawnictwu @wydawnictwomarginesy, które z uporem maniaka przedstawia współczesnej publiczności światowe dzieła w odświeżonym, bliższym oryginałom tłumaczeniu. Mimo początkowego szoku od razu przyzwyczajam się do tej nowoczesnej, bardziej wiernej translacji. Jeszcze bardziej wysławiając to czytane przeze mnie dzieło.

Dwie części rudowłosej już nie – Ani i nadal nie – Kordelii za mną. O „Anne z Zielonych Szczytów” przeczytacie TU, a „Anne z Avonlea” przybliżyłam Wam w recenzji opublikowanej TUTAJ. Teraz  kolej na lekturę „Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery również w tłumaczeniu odważnej, przeciwstawiającej się konwenansom i stuletniej tradycji Anny Bańkowskiej, która debiutowała 24 sierpnia br. Sprawdzicie sami, jak tym razem wypadło tłumaczenie?  

Anne będąc pełnoletnią młodą dorosłą wyrusza na  studia do Redmond College w Kingsport.  Odczuwa niezmierną tęsknotę za Marillą oraz bliźniętami, Dorą i Davy’m Keithów, które Marilla przygarnęła po śmierci swojej dalekiej krewnej. Nauka daje się jej we znaki. Poświęca każdą chwilę, by efektywnie wykorzystać poświęcony jej czas i zdobyć upragnione wykształcenie. Ciężka praca nie chroni jej jednak przed zawirowaniami serca. Billy Andrews, Charlie Sloane, Roy Gardner i Gilbert Blythe stawiają Anne w trudnej sytuacji. Nowe przyjaźnie z  Priscillą Grant i Philippą Gordon – współlokatorkami w Ustroniu Patty – pomagają Anne przetrwać rozłąkę z domem rodzinnym i zaznać przyjacielskiego ciepła.  

Kompletnie nie wiedziałam, że Redmond to miejscowość, w której Anne się uczyła by zostać nauczycielką. Ale jestem wytłumaczona, pewnie jak większość czytelniczek, gdyż ja Anne znam jako „Anię na uniwersytecie”😉. Sama Lucy Maud Montgomery nadała książce tytuł „Anne of Redmond”, lecz został on zmieniony przez wydawcę na „Anne of the Island” i oficjalnie tak brzmiał angielski tytuł tej części. Co ciekawe pierwsze polskie tłumaczenie brzmiało „Ania z Wyspy” (1930, przekład Andrzeja Magórskiego). Dopiero rok później Polska usłyszała o „Ani na Uniwersytecie” (1931, przekład Janiny Zawiszy-Krasuckiej).

Redmond College okazał się jednak ciekawym miejscem, nie tylko dla tytułowej Anne, lecz także dla mnie jako nałogowej fanki serii. Na szczęście głównej bohaterki nie opuszcza optymistyczne podejście do życia, bogata fantazja. Jej delikatne szaleństwo, odwaga i spryt dodają Anne tylko uroku. To taki rudzielec, którego nie da się nie lubić.

W trakcie czytania poddałam się mechanizmowi, który zaobserwowałam u siebie dawno temu, gdy po raz pierwszy czytałam powieści o Anne. Kolejna część okazała się dla mnie mniej interesująca, mniej zaskakująca, mniej ciekawa. Lucy Maud Montgomery stworzyła postać dojrzalszej Anne, która ze względu na swój wiek straciła trochę z dziecięcego uroku. Książka wraz z kolejną częścią staje się bardziej poważniejsza. Ponad pięcioletni odstęp pomiędzy kolejnymi częściami dał się i bohaterce, i autorce we znaki. Tym bardziej, że nie był to dla Montgomery czas stracony. W międzyczasie bowiem napisała i wydała powieść o Kilmenie, a także dwa tomy „Historynki”.

Z uważnością jednak czytałam „Anne z Redmondu” rozkoszując się nowoczesnym językiem, użyciem oryginalnych, niespolszczonych imion głównych bohaterów (oj, nadal nie potrafię pokojarzyć, kto jest kto😊) i szukając różnic, które po tak długim czasie od przeczytania „Ani na Uniwersytecie” nie są dla mnie bardzo oczywiste, jak się pierwotnie spodziewałam.

To część sagi, która od przeszło stu lat rozbudza wyobraźnię młodych czytelniczek. Książka jest nadal o wygranym życiu, chudej, rudej sierotki, która u Cuthbertów  zawitała całkowicie przez przypadek, a która znalazła u nich prawdziwy, kochający dom. To seria z happy endem, którego czasem brakuje nam w rzeczywistym życiu.

Fani Ani/Anne łączcie się!!! Udanej lektury.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co serdecznie dziękuję.

„Konwersja” Piotr Rogoża

KONWERSJA

  • Autor: PIOTR ROGOŻA
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 300
  • Data premiery : 24.08.2022r.

@Piotr Rogoża młody, gniewny pisarz o fantastycznym zacięciu. Jego powieści przed „Konwersją”, która nakładem @wydawnictwomarginesy premierę miała w ubiegłą środę, były mi obce. Z zaciekawieniem sięgnęłam więc po ten egzemplarz licząc na intrygujące wnętrze. Niby nie ocenia się książki po okładce😉, ale czasem okładka daje nadzieję.

Adrian Klimke „mógłby być cyborgiem. Szkoda, że nie jest.” Jest za to pracownikiem agencji artystycznej mającej pod swą opieką wielu znanych influencerów i celebrytów, za którymi podąża świat, w tym świat reklamodawców. Jest pozycjonerem. Czasem jest przywódcą duchowym i mentalnym. Zdarzyło mu się być nawet reżyserem filmów pornograficznych. Jest tym, kim trzeba by był, by wypchnąć w świat idealny produkt, który zrewolucjonizuje rynek wpływowych młodych ludzi, za którymi będą podążać masy. Jego prawie idealne życie roztrzaskuje się w pył, gdy popełnia samobójstwo Łucja Felisiak, czyli Leika Fash, inna podopieczna agencji. Zniknięcie kilkunastoletniego streamera dodaje sprawie kolorytu. Klimke zaczyna zastanawiać się dla kogo pracuje, kto mu płaci. Tak samo zastanawia się dziennikarka Helena Różewicz, freelancerka interesująca się sprawą. Czy podopieczna Klimke, piękna piosenkarka Amal również straci życie?

„Sądzisz, że coś musi się wydarzyć naprawdę, żeby zostać nagrane? Pomyśl jeszcze, jak łatwo opowiedzieć twoją historię…”-„Konwersja” Piotr Rogoża.

Tak sądzisz? Naprawdę?

Ja tak sądziłam. Wstyd się przyznać, ale na szczęście do czasu. Do czasu przeczytania „Konwersji”, w której Rogoża bezlitośnie obnażył mechanizmy rządzące dzisiejszą wirtualną rzeczywistością i mediami. Zrobił to w dobrym stylu, w iście męskim stylu. Oszczędnie w słowach i wyrazie artystycznym. Unikając zbytnio przymiotników i przydługich opisów. Tylko trzysta stron. Tylko cztery zatytułowane części. Tylko około dwadzieścia rozdziałów i to nie w każdej z nich. Ale ile treści. Ile przesłania.

To książka obnażająca pewne mechanizmy, o których nigdy nie myślałam tymi kategoriami. To nie science fiction. To przejaskrawiona rzeczywistość, która może się dziać obok nas, za naszym bezwolnym przyzwoleniem. „Konwersja” to projekt. Klimke to projekt. Różewicz to projekt. O Amal nie wspominając. A jeśli mowa o projektach to słusznie możemy domniemywać, że ozdabiają je kłamstwa sączące się ze zdjęć na portalach społecznościowych jak z reklam.

Formatowanie. Persony. Materiał sponsorowany. Gdzie „nikt nie oczekuje idealnego rezultatu – wystarczy, że odbiorca da się nabrać.” „(…) nadpisywanie nowych warstw tożsamości.” Przynoszące rezultaty w postaci kontraktów reklamowych, tworzenia nowej świadomości społecznej, swego rodzaju medialnego niewolnictwa.

Koncepcja homo smarthonicus idealnie wkomponowała się w moje doświadczenia i moje własne spostrzeżenia. Autor trafnie ujął to, z czym borykają się współcześni rodzice, a czego nie dostrzegają lub próbują nie dostrzegać młodzi. Rozpisał to, o czym sama wielokrotnie myślałam, a czego nie byłam w stanie tak samodzielnie trafnie opisać. Takich słusznych i celnych wypowiedzi w powieści jest sporo. Jakby Rogoża bawił się w socjologiczną analizę, w diagnozę społeczną.

To książka dla wymagających czytelników. Dla takich odbiorców, którzy lubią po odłożeniu lektury długo zastanawiać się nad przeczytanymi treściami. „Konwersja” okazała się taka dla mnie. Tydzień po przeczytaniu nadal byłam przed recenzją i w trakcie ciągłej rozkminy WTF? Przyznam, że Autor ma swój charakterystyczny styl. Sama fabuła również nie każdemu przypadnie do gustu. Wymaga większej uważności. Szerszego spojrzenia i nie brania wszystkiego do siebie dosłownie. Zakończenie okazało się bardziej zaskakujące, niż się spodziewałam. Nie ma tu wygranych wśród moich ulubieńców. Oj nie ma😉.

„Osoba poddana formatowaniu nie może nawet podejrzewać, że jej tożsamość to sztuczny konstrukt. Dobre formatowanie nie pozostawia śladów”. -„Konwersja” Piotr Rogoża.

Pamiętaj;
Jesteś tym, za kogo się uważasz. Nikim więcej i nikim mniej”. -„Konwersja” Piotr Rogoża.  
Bo nie ważne, kim naprawdę jesteś.

Dobitnie inteligentna książka utrzymana w szybkim tempie z zaskakującą fabułą. Jedyną w swoim rodzaju. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

PIANISTKA. CLARA SCHUMANN I MUZYKA MIŁOŚCI

  • Autorka: BEATE RYGIERT
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery : 27.07.2022r.

Mam nadzieję, że pamiętacie moje recenzje „Anne z Zielonych Szczytów” oraz „ Anne z Avonlea” i moje zachwyty nad całkowicie nowym tłumaczeniem z oryginału od @wydawnictwomarginesy😉. Jakoś mam szczęście od tego Wydawcy. Ostatnie jego publikacje mile mnie zaskakują. Nie tylko Ania w nowym tłumaczeniu, lecz też „Zaś słońce wschodzi” Ernesta Hemingwaya  (recenzja na klik), o nowym Chmielarzu („Długa noc”) i „Jesieni zapomnianych” Anny Kańtoch (recenzja na klik). Takie same pozytywne odczucia miałam po przeczytaniu książki gatunkowo różnej od tych, które zwykle czytam, a mianowicie; „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki” Karolina Dzimira-Zarzycka (recenzja na klik). Książka okazała się dla mnie ciekawą, błyskotliwą opowiastką w bardzo przystępnej formie o wieloletniej partnerce Marii Konopnickiej. Nie ukrywam, że zabierając się do publikacji „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” autorstwa Beate Rygiert spodziewałam się podobnych wrażeń. Już teraz wiem, że biografie można pisać w bardzo interesujący sposób😉.

Porównałabym muzykę do miłości! Zadaje ból, gdy staje się zbyt piękna. Czasami serce chce wyskoczyć z mojej piersi.” Z pamiętnika Clary Berlin, 20 września 1839 roku – „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

Clara Wieck zakochuje się z wzajemnością w uczniu swego ojca Robercie Schumannie. Jak przystało na kilkunastoletnią pannę żyjącą w pierwszej połowie XIX wieku, zaczyna walczyć o miłość Roberta, prawo do życia z nim, a także o swoją pasję, muzykę. Równocześnie jej ojciec, apodyktyczny Friedrich Wieck osiąga stałe dochody z gry na pianinie młodej Clary. Nie chce niczego zmieniać, nie chce utracić źródła dochodu. Boi się, że wyrwana spod jego skrzydeł Clara osiągnie apogeum swoich pianistycznych możliwości na najważniejszych europejskich scenach i przestanie godzić się na nierówny podział zysków. Pasja, namiętność, muzyka. Kolejność nie ma znaczenia. Wszystkie muzy tak samo silne, tak samo obezwładniające życie młodej Clary, która zaczyna wychodzić z cienia….

Miłość musiała się udać, chociaż z biegiem lat straciła na wyrazistości. Przecież nie bez kozery młoda Clara pisała do ojca: „…od dawna czułam, że to się musi udać. Nic na tym świecie nie może mnie zwieść. Pokażę ojcu, iż młodzieńcze serce może być niezłomne! Z listu Clary do Roberta 15 sierpnia 1837 roku”. Takich pięknych słów w wykonaniu bohaterów ówczesnych czasów w książce jest niezmiernie dużo. Pamiętniki, fragmenty listów Roberta, Clary i innych nie przynudzają, lecz urozmaicają odbiór wzniecając prawdziwe emocje szczęścia, miłości, trochę nawet zazdrości za młodością, za tym przeświadczeniem, że ten właśnie jest tym jedynym i o niego trzeba walczyć do ostatnich chwil. Kolejną zaletą publikacji jest umiejscowienie w miejscu i czasie wydarzeń opisywanych w każdym z rozdziałów. Rygiert zadbała, by czytelnik nie pogubił się w zdarzeniach dziejących się na arystokratycznych dworach, poważnych i zacnych domach, a także na europejskich scenach w każdym czasie, w każdej chwili. Akcja dzieje się w Lipsku, w którym wychowała się Clara, a także w Hamburgu, w którym Clara zaczęła występować i licznych europejskich miastach. Podobało mi się nawiązanie do Fryderyka Chopina, którego Clara spotkała i poznała przy okazji licznych występów na scenach północnych Niemiec. Autorka bardzo wiernie odzwierciedliła niemiecki dryg, niemiecką jakość i niemiecki temperament, a raczej jego brak😉 i wstrzemięźliwość. Miło czytało się o dawnych zawodach, których już nie ma w dzisiejszym świecie jak: koncertmistrz, czy mecenasach muzycznych, dyliżansach pocztowych służących do podróży, a także strojach, obyczajach i wystrojach. Sam język w dialogach i narracji został dostosowany do czasów, o których opowiada książka.

„Dlaczego życie nie składa się wyłącznie z koncertów? Gdyby tylko mogła, grałaby bez ustanku. I razem z dźwiękami udała się gdzieś daleko.” – „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

Ciekawy pogląd młodej dziewczyny, którą ojciec od piątego roku życia zmuszał do grania na pianinie. Takich nowatorskich spojrzeń na znaną postać w światowej muzyce, a także jej męża Roberta znajdziecie sporo. Tak samo jak w książce znajdziecie wiele ciekawostek. Warto wspomnieć o stowarzyszeniu muzycznym, który teoretycznie miał łączyć siły przeciwko filisterstwu konserwatystów. Członkowie stowarzyszenia nadali sobie nowe imiona, i tak; „Wieck nazwał się Mistrzem Raro, Clara – Chiariną, a Robert wybrał dwa imiona odzwierciedlające różne cechy jego charakteru – Euzebiusz oraz Florestan”. Sam wątek miłości nie jest infantylny. Został przedstawiony w sposób bardzo delikatny, wysublimowany. Początek, jak na młodzieńczą miłość przystało „Miała wówczas jedenaście lat, on – dwadzieścia; jego oblicze promieniało i wydawał się pełen werwy.”

No tak😊, zaczęłam już lekko spojlerować i opowiadać Wam całą książkę. Nie mogę zepsuć Wam zabawy podczas czytania, więc podsumuję mój wpis następująco: opowieść o romantycznych kochankach, wirtuozach pianina w prozie wspólnego życia. Napisana w bardzo stonowany, płynny sposób z perspektywy Clary Schumann, z perspektywy kobiecej. Idealna lektura dla ciekawskich świata i uwielbiających powroty do przeszłości, w których mnóstwo koronek, halek, sal balowych i scen teatralnych oraz operowych. Gdzie liczyły się binokle, cygaro, perfumy, a także długa łabędzia szyja. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Anne z Avonlea” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z AVONLEA

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 2)
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery w tym wydaniu: 1.06.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1924r.  
  • Data premiery światowej: 1909r.

Opinię o „Anne z Zielonych Szczytów” umieściłam na moim blogu we wczorajszej recenzji (recenzja na klik). Nowe tłumaczenie serii z języka angielskiego w wykonaniu Anny Bańkowskiej na zlecenie @wydawnictwomarginesy mnie nie zdruzgotało, czego się szczerze spodziewałam😉, lecz ukazało Anię w nowej, odświeżonej formie. Przygotowując się do recenzji drugiego tomu serii będącej ogromnym sukcesem Lucy Maud Montgomery pt. „Anne z Avonlea” przeczytałam, że Anię z Avonlea polski czytelnik poznał „(…) po raz pierwszy w 1924 roku, w tłumaczeniu Rozalii Bernsztajnowej. Znane jest także tłumaczenie Marcelego Tarnowskiego z 1930 roku pod tytułem „Ania z Wyspy”. Obecnie wydawana najczęściej w powojennym tłumaczeniu Janiny Zawiszy-Krasuckiej” (cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ania_z_Avonlea z dnia 2.08.2022r.). Okazało się więc, że druga część serii o Ani Shirley już w przeszłości, a dokładnie 92 lata temu, dzięki wydawcy Drukarni Państwowej w Łodzi otrzymała inny tytuł😊. Zerknijcie w wolnej chwili na to polskie wydanie sprzed prawie sto lat (link) To prawie jakbym odwiedzała Cuthbertów osobiście😉. Jakie to ma znaczenie więc, czy Ania lub Anne z Avonlea mieszka na Zielonych Wzgórzach, czy Zielonych Szczytach? To ciągle ta sama Ania😊.

Tym razem Anne wchodzi już w dorosłość. Marzy o studiowaniu, jednak los postanawia inaczej. Tracąca wzrok Marilla wymaga jej pomocy. Anne realizuje swoje marzenia o nauczaniu w lokalnej szkole, zakłada Koło Entuzjastów Avonlea i podejmuje nowe wyzwania. Czy opieka nad kilkuletnimi bliźniętami Davym i Dory przerośnie kompetencje Anne?

W wydanej praktycznie rok po pierwszej części kontynuacji Lucy Maud Montgomery przedstawiła czytelnikom proces dojrzewania Anne, która wchodzi w dorosłości, mimo swej krnąbrności, odwagi i nietuzinkowych, jak na ówczesne panny, wypowiedzi. Ta Anne już mniej mi się podoba, ale bynajmniej to nie wina nowego z oryginału tłumaczenia😊. Po prostu znajomość temperamentu Anne w każdej kolejnej części, spowodowała stratę tego zachwytu ze świeżości patrzenia na coś po raz pierwszy. Znana mi i dojrzewająca Anne nie jest już taka atrakcyjna. Niestety, tak miałam zawsze. Uwielbiałam czytać pierwszą część w nieskończoność, a kolejne czasem w przeszłości nawet nie umiałam zdzierżyć😉.

To inna Anne, dojrzalsza. Od momentu, gdy po raz pierwszy zawitała na Zielone Szczyty minęło już kilka lat. Stara się zachowywać przykładnie, choć – jak się pewnie domyślacie- nie zawsze jej się to udaje. Przyjaźń w tej części nabiera już innego znaczenia, nie jest taka dziecinna. Autorka skupiła się w tym tomie na odnajdywaniu siebie i pokrewnych sobie dusz, na zdobywaniu nowych znajomość, na rozwijaniu swoich umiejętności. No i oczywiście Gilbert, którego relacja zaczyna z Anne się rodzić w bardziej dojrzałej formie.

Cudowna powieść nacechowana samymi pozytywnymi przesłaniami. Trochę ku przestrodze, trochę ku nadziei. Idealna dla młodego czytelnika, który nie znudzi się językiem i wcześniej używanymi w tłumaczeniu polskim sformułowaniami. Milej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co niezmiernie dziękuję.

„Anne z Zielonych Szczytów” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z ZIELONYCH SZCZYTÓW

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 1)
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery w tym wydaniu: 26.01.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1912r.
  • Data premiery światowej: 1908r.

@wydawnictwomarginesy podejmuje się iście heroickiego zadania😊. Znane na skalę światową dzieła literatury powszechnej tłumaczy na nowo z oryginału i przedstawia w zmienionej, uaktualnionej wersji współczesnemu pokoleniu. Nowe tłumaczenie Zaś słońce wschodzi Ernesta Hemingwaya przypadło mi do gustu. W recenzji na moim blogu napisałam nawet „(…) samo wnętrze zachwyca nowym tłumaczeniem Macieja Potulnego, który wykonał kawał dobrej roboty tłumacząc w sposób bezpośredni, prosty, naturalny zachowując jednocześnie dynamiczność i męskość prozy autora. Tak!!! Zdecydowanie ta wersja bardziej przypadła mi do gustu.”, a ja nie jestem skora do zmian😉. Z takim samym nastawieniem przystąpiłam do zapoznawania się z nową wersją Ani, już nie z Zielonego Wzgórza, lecz z Zielonych Szczytów. Pierwszy tom serii mający premierę w styczniu br. w zmienionej formie i po ponownym tłumaczeniu, trafił do mnie wraz z książką „Anne z Avonlea” jako uzupełnienie egzemplarza recenzenckiego. Nie ukrywam, że zacieram też ręce na trzecią cześć tomu pt. „Anne z Redmondu”, która premierę będzie miała w sierpniu. Czy Ania z Zielonych Szczytów, z Avonlea i z Redmondu (słyszał ktoś o tej miejscowości?😊) jest wciąż tą samą Anią?

Jedenastoletnia Ania Shirley, rudowłosa dziewczynka chcąca nazywać się Kordelią, przypadkowo trafia z sierocińca do rodzeństwa Maryli (ooops Marilli) i Mateusza Cuthbertów zamieszkałych na Wyspie Księcia Edwarda. Mimo początkowej niechęci do dziewczynki, która miała być adoptowanym chłopcem, Ania pozostaje u  Cuthbertów i staje się nieodłączną towarzyszką bezdzietnego rodzeństwa w starszym wieku. Brak wystarczającej siły, by pracować jako młody chłopak Ania nadrabia zaangażowaniem w prace domowe i naukę niosąc rodzeństwu wytchnienie oraz radość, którego do chwili obecnej brakowało w domostwie.

Jestem niekwestionowaną fanką Ani od najmłodszych lat. Dla mnie była bohaterką literacką pierwszego wyboru. Książkę czytałam wielokrotnie, nawet jako młoda dorosła. Rudzielec entuzjastycznie nastawiony do świata, mimo swego sieroctwa i kolejnych odrzuceń nie mógł nie sprawdzić się ponad sto lat temu, gdy świat ogarniała co rusz wojenna zawierucha, a temat sieroctwa dzieci był zrzucany na margines. Wtedy to Lucy Maud Montgomery wymyśliła bohaterkę, która miała dać czytelnikom, szczególnie młodym nadzieję, że możliwa jest zmiana swego losu, nawet jeśli dzieje się to niespodzianie i trzeba na nią czekać trochę czasu.

Dużo czytałam i słuchałam o nowym tłumaczeniu Anny Bańkowskiej. Sama zastanawiałam się, czy zmiana tytułu klasyki literatury pięknej dedykowanej młodzieży, wyjdzie publikacji na dobre. Czy to nie przesada, nie zbytnie naruszenie pewnego sacrum. Przecież Ania od zawsze, czyli od 1912 roku była dla polskiego czytelnika z Zielonego Wzgórza😊. Do książki podeszłam trochę jak do wariacji platformy Netflix „Ania nie Anna”. Serial pokazał „Anię z Zielonego Wzgórza”  wzbogaconą o wątki homoseksualizmu, integracji społecznej z czarnymi obywatelami, czy wykorzystania nieletnich wersji. „Anię z Zielonego Wzgórza” , której do oryginału było jednak bardzo, ale to bardzo daleko. Okazał się jednak ciekawym doświadczeniem, który bynajmniej nie zmniejszył mojej sympatii do tej rudej, zadziornej dziewczynki, której ktoś nagle odmienił, całkiem przypadkowo, cały świat. Przyznaję więc od razu, że jako królik doświadczalny „Anne z Zielonych Szczytów” w tłumaczeniu z oryginału przez Annę Bańkowską sprawdziła się znakomicie.

Język jest prostszy bardziej zrozumiały, niż wydanie, które posiadam od wieków na mojej półce😊. Ania, czy Anna, czy Anne to ciągle ta sama dziewczynka. Pełna marzeń, ambitna, niezwykle szczera i dająca wytchnienie swym opiekunom mimo licznych, niespodziewanych przygód. Tłumaczenie nie jest złe. Nie mogę tak go ocenić. Jest inne. Jest bliższe oryginałowi. Tłumaczka wyzbyła się górnolotnego stylu na rzecz dostosowania treści dla odbiorców z rocznika po 2000 roku. Wiernie odzwierciedliła wzruszające i śmieszne momenty. Mimo, że mój rocznik to lata długo, długo przed rokiem milenijnym książka i mnie wzruszyła, i rozbawiła. Wzbogacona została też o piękne ilustracje, które urozmaicają czytanie i zaciekawiają dodatkowo czytelnika, szczególnie młodego.

Wyobrażacie sobie, że ta książka ma już 114 lat!!! To wręcz niesamowite, że mogłam ją przeczytać w nowym przekładzie. Za to serdecznie dziękuję i Wydawnictwu, i Tłumaczce. Dla mnie to nadal number one wśród książek dla dziewczynek. Odnajduję w niej ciepło, miłość i wartości, o których dawno zapomnieliśmy we współczesnym świecie. Wyjątkowa powieść, która nigdy nie powinna odejść w zapomnienie. SZCZERZE POLECAM TO WYDANIE !!!

Moja ocena: 9/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Jesień zapomnianych” Anna Kańtoch

JESIEŃ ZAPOMNIANYCH

  • Autorka: ANNA KAŃTOCH
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: KRYSTYNA LESIŃSKA (tom 3)
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 27.04.2022r.

Mimo, że premiera książki „Jesień zapomnianych” Anny Kańtoch odbyła się 27 kwietnia br. to publikacja dzięki podarunkowi od @wydawnictwomarginesy trafiła do mnie dwa miesiące później. To trzecia części cyklu z Krystyną Lesińską. Nie czytałam dwóch poprzednich ☹,więc może dlatego nie wiedziałam skąd nazwisko Lesińska w nazwie serii. Przecież w niedawno przeczytanej książce mowa jest o Krystynie Wojciechowskiej po mężu Szewczyk. I jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałam się, że Autorka @a.kantoch kolejno wydawane części traktuje z przymrużeniem oka. Opowiada w nich historie nie do końca chronologicznie dla głównej bohaterki. W części zatytułowanej „Jesień zapomnianych” Kańtoch pozwala bawić się czytelnikom w detektywów amatorów wraz z Krysią i jej kolegą Łukaszem, dziennikarzem zainteresowanym ciekawymi wydarzeniami w Drugich Szopienicach. I jednocześnie pozwala dowiedzieć się, co stało się z zaginionym bratem Krystyny, Romkiem, który w 1963 roku zaginął w Tatrach, w których trzech jego kolegów straciło życie. Wszystkie tytuły części odnoszą się do pór roku. I pozwolę od razu sobie na zachwyt, książki zostały zgrabnie nazwane. Sami sprawdźcie jak to ładnie brzmi;  „Wiosna zaginionych”, „Lato utraconych” i ostatnia „Jesień zapomnianych”😊.

1966 rok. Wczesny PRL. Kilkanaście lat po wojnie ludzie nadal nie mają lekko. Drugimi Szopienicami od niedawna dzielnicą miasta Katowice wstrząsają informacje o wampirze zabijającym kobiety i o samobójczej śmierci kilku młodych mężczyzn. Po śmierci z rąk wampira bratanicy Gierka mordercą kobiet zajmuje się cała wojewódzka policja. Dziwnymi śmierciami mężczyzn praktycznie nikt za wyjątkiem młodej Krystyny Wojciechowskiej, która znając ostatniego samobójcę Karola Fiszel została wkręcona przez Łukasza Szewczyka, dziennikarza w amatorskie śledztwo. Bo to przecież nie mógł być zbieg okoliczności; „Wszyscy w chwili śmierci mieli od dwudziestu do dwudziestu czterech lat i mieszkali na Drugich Szopienicach. Dwóch powiesiło się na strychu, jeden na podwórku, jeden nad stawem, a jeden we własnym domu. Wszyscy zginęli ze związanymi z tyłu rękami.”

No i oczywiście od razu stwierdziłam, że związanych z tyłu rąk samobójca mieć nie może😊. I jakieś było moje zaskoczenie, gdy autorka słowami jednego z bohaterów udowodniła mi, że jak najbardziej można samemu przewiązać sobie sznurem ręce, a następnie zginąć przez zadzierzgnięcie. To nie jedyna ciekawostka przez którą warto sięgnąć do powieści. Czytając doceniłam umiejętność odwzorowania Śląska i Zagłębia z tamtych lat. Jak na tak młodą Autorkę to niezwykła sztuka zadbać o klimat, w którym nie przyszło żyć twórcy. Bo cóż można pamiętać z późnego komunizmu będąc kilkuletnią dziewczynką…Czytając o blokach, dzielnicach, familokach, tramwajach, telefonach stacjonarnych, odwiedzaniu mieszkań, przepytywaniu dzieci na trzepakach miałam wrażenie, jakbym sama uczestniczyła w tym śledztwie. Jakby razem z Kryśką w te dżdżyste jesienne dni przemierzała trasy od Bożków, do Fiszeli, od Fiszeli do Paluchów, od Paluchów do Nalepów, od Nalepów do Pytlików i tak w kółko.

Ogromnie podoba mi się, że Kańtoch nie ocenia tych minionych czasów, nie stygmatyzuje. Nawet milicjanci dają się lubić, a szczególnie jeden będący już na pynzyji. Rozpisała akcję na jesienne dni. Na początku każdego rozdziału umieściła informację o dacie, w której dzieją się opisywane wydarzenia. Narracja jest pisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Narratorką jest Krystyna. I muszę przyznać, że relacjonuje bardzo zgrabnie. Od czasu do czasu serwuje czytelnikowi mocny komentarz, ciekawą ripostę, czy istotne spostrzeżenie. Do tego humor, czasem czarny, idealnie wkomponowujący się w moje oczekiwania. Nie jest taką kobietą błądzącą we mgle, jakby się mogło zdawać u progu śledztwa. Wie na co ją stać i jakie są jej zalety, mimo trudnych początków. Zaczyna dostrzegać swoje umiejętności z perspektywy przyszłej śledczej. Gdzieniegdzie wtrącona gwara śląska, czy stereotyp zagłębiowsko – śląski dodaje tylko tej części swojskości. Każdy z nas lubi czytać, o tym, co znamy. I ten mechanizm wyśmienicie się sprawdził przy czytaniu „Jesieni zapomnianych”. Wstyd się przyznać, że ja nawet nie wiedziałam, że Drugie Szopienice to „(…) teren za wiaduktem kolejowym, przy granicy z Mysłowicami.” I proszę kolejny dowód, że książki uczą😊.

Książkę pochłonęłam jednym tchem. Praktycznie z jedną przerwą na kolację. Nie czytałam poprzednich części, więc nie mam porównania, czy poziom został zachowany, czy jest spójność w cyklu i tak dalej. Wiem tylko, że to kryminał, w którym ogromne znaczenie odgrywa przeszłość. Trochę taki jakby retro, a ja ten gatunek uwielbiam. Autorka wybornie odzwierciedliła małą społeczność, w której działy się zastanawiające śmierci młodych mężczyzn, a w której nikt nie chciał dostrzec powiązania między nimi lub nie chciał o nich głośno mówić. Pokazała jak dążenie do prawdy może być męczące oraz jak to robiono dawno temu, gdy nie miało się całego internetowego świata obok siebie, praktycznie na wyciągnięcie ręki. Zobrazowała polski prymat rodziny, w którym ważne jest, bez względu na wiek, by dziecko było dobre, pokorne i stawiało się w domu na czas. Nawet Śląskość tej pochodzącej z Katowic Autorce wyszła bardzo dobrze. Nie była wymuszona, nie była przejaskrawiona. Ot, taki zwykły obraz otoczenia, w którym dzieje się akcja. Podobny bardzo nastrojowo do śląskiego cyklu Roberta Ostaszewskiego.

I tylko żal, bo podobno zimy nie będzie☹. A chętnie przeczytałabym czwartą część z tą ciekawą bohaterką i jej kryminalnymi przygodami. Aż dziw bierze, że było lato, wiosna i jesień w tytule, a zimy zabraknie. Szkoda. Liczę jednak na inne powieści Autorki, niekoniecznie z gatunku fantastyki, które chętnie przygarnę, by sprawdzić, czy zaciekawią mnie tak samo mocno jak „Jesień zapomnianych”.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Zaś słońce wschodzi” Ernest Hemingway

ZAŚ SŁOŃCE WSCHODZI

  • Autor: ERNEST HEMINGWAY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery w tym wydaniu: 15.06.2022r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 1977r.
  • Data premiery światowej: 1926r.

Ernest Hemingway: pisarz, reporter i żołnierz I Wojny Światowej. O jego wojennych losach opowiada film biograficzny „Miłość i wojna” z 1997 roku z Sandrą Bullock oraz Chrisem O’Donnellem na podstawie książki o tym samym tytule autorstwa Jamesa Nagela i Henry’ego S. Villarda. Książki, w której znalazły się liczne przedruki pamiętników i listów Agnes von Kurovsky do Ernesta, a także jego listów do rodziców z roku 1918 z Włoch. Z czasów wojny, w której Hemingway został ranny. Książkę czytałam. Film też oglądałam. I pierwszy, i drugi utwór był ciekawym doświadczeniem. Mimo, że do fanów biografii i autobiografii nie należę😊. Tego jednak, że Hemingway był barwną literacką postacią odmówić mu nie można. Słysząc więc, że @wydawnictwomarginesy pragnie przybliżyć polskiemu czytelnikowi prozę tego wielkiego amerykańskiego pisarza w nowym wydaniu i w całkiem nowym tłumaczeniu nie wahałam się, by sięgnąć do „Zaś słońce wschodzi”, która debiutowała w tej wersji 15 czerwca br. Już sam tytuł różni powieść od przekładu Pana Bronisława Zielińskiego, który brzmiał „Słońce też wschodzi”. Zaś😉 samo wnętrze zachwyca nowym tłumaczeniem Macieja Potulnego, który wykonał kawał dobrej roboty tłumacząc w sposób bezpośredni, prosty, naturalny zachowując jednocześnie dynamiczność i męskość prozy autora. Tak!!! Zdecydowanie ta wersja bardziej przypadła mi do gustu.

Nikt nie czuje, że żyje na sto procent. Oprócz matadorów.” -„Zaś słońce wschodzi” Ernest Hemingway.

Czytając powieść ma się jednak wrażenie, że na sto procent żyją wszyscy jej bohaterowie. I Jacob Barnes, narrator powieści będący amerykańskim reporterem aktualnie przebywającym w Paryżu. I Robert Cohn, rozwodnik, ojciec trójki dzieci, który „(…) odkrył w sobie talent literacki. Napisał powieść, która naprawdę nie była aż tak zła, jak o niej pisali krytycy”. Tym bardziej Brett, lub Lady Ashley jak kto woli. Aktualnie się rozwodząca z Lordem Ashleyem, planująca poślubić Mike’a Cambella, a flirtująca z….  
Te i inne postaci stykają się w bohemii paryskiego życia w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Jeszcze nie odżałowali pierwszej wojny, a już analizują sytuację społeczno – polityczną, jakby przewidywali kontynuację konfliktu w kolejnej. Lubujący się w dobrej muzyce, dyskusjach do rana, uroczych kafejkach i paryskich barach. Uwielbiający podróże. Jakby kolejna wycieczka i zmiana miejsca pobytu miała zmienić ich charaktery, ich tożsamość, ich wygląd i zniwelować ich wady. Nadużywający alkoholu od rana, do samego wieczora.

Trudno obiektywnie ocenić mi tą klasyczną powieść. Dla mnie jest ona na wskroś Hemingwayowska. Dzięki wybitnej translacji Pana Potulnego wszystkie upodobania do krótkiej, zwięzłej retoryki autora zostały zachowane. Ostry i cięty język, nie tylko w męskim wydaniu to cecha charakterystyczna tej powieści.

Książka jest bardzo krótka, ma niecałe trzysta stron. Składa się z trzech części. Łącznie w niej zawarto dziewiętnaście rozdziałów. Opis świata czytelnik poznaje dzięki Jake’owi Barnesowi, który żyje, jak inni z dnia na dzień, nie martwiąc się o jutro, lubując się w nocnym życiu, korzystający z wszystkich ziemskich uciech. Jake jest bardzo dobrym obserwatorem. Idealnie opisuje świat, w którym się porusza. Wiernie oddaje rzeczywistość, czy to Paryża, czy Madrytu, czy hiszpańskich Fiest. Umiejętnie zwraca uwagę czytającego na konwenanse, na bardziej lub mniej właściwe jak na tamtejsze czasy zachowania. Korzysta z dobrodziejstw języka. Swego rodowego, francuskiego, a nawet hiszpańskiego, którego zwroty wtrąca to tu to tam. Dla mnie Jake to taki Ernie Hemingway. Na zabój nieszczęśliwie zakochany zawadiaka. Nadużywający alkoholu od wieków. Urzekający kobiety. Dający się lubić przez przyjaciół. Potrafiący rozstrzygać spory dzięki swej inteligencji.

Nie wiem w jakim stopniu autor był trzeźwy, gdy pisał „Zaś słońce wschodzi”. Jego umiłowanie do rumu znane było już w czasach, gdy tworzył. Wiem za to, że opisana historia jest bardzo żywa. Wydaje się nawet aktualna po prawie stu latach. To taka wersja mocno uspołeczniona i upolityczniona „Przyjaciół”, gdzie każdy z młodych bohaterów szuka sensu życia i ciągle ma przeświadczenie, że szczęście jest tuż tuż na wyciągnięcie ręki. Wyjątkowo spodobała mi się kreacja Lady Ashley. Angielki w obyciu i wyglądzie. Wyemancypowanej, znającej swoją wartość. Choć z drugiej strony ciągle czekającej na prawdziwe uczucie. Szukającej go. Trochę tragiczna postać w swej wesołości. Cały Hemingway!

Autor wykonał niezwykle reporterską robotę. Wspomniał o wielu faktach, które działy się naprawdę w okresie, w którym tworzył tą swoją pierwszą książkę. Wspomina o Tour de France, opisuje ze szczegółami hiszpańską fiestę i walki byków. Posyła swoich bohaterów na walkę bokserską Ledouxa z Kidem Francsem, która faktycznie odbyła się w 1925, czy chociażby wspomina fakt śmierci Williama Jenningsa Bryana z 1926 roku. Te prawdziwe fakty wzmacniają realność przekazu i dowodzą, że mimo literackiej ścieżki, którą wybrał Hemingway, autor był przede wszystkim reporterem.

Męskie, mocne, inteligentne pisarstwo z alkoholizmem i beznadziejnością życia młodych w tle. Piękni trzydziesto i dwudziestoletni nie potrafiący sobie znaleźć miejsca w życiu. Szukający ciągłych podniet, których niemało. Literatura piękna  w estetycznym wydaniu i w wybitnym tłumaczeniu. Szczerze polecam.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Duchowa ścieżka” Gregory David Roberts

DUCHOWA ŚCIEŻKA

  • Autor: GREGORY DAVID ROBERTS
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 150
  • Data premiery: 1.06.2022r.
  • Data premiery światowej: 2.09.2021r.

Gregory David Roberts to autor „Shantaramu”. Książki, która poruszyła wielu czytelników. Sam Marcin Meller, którego czytelnicze opinie bardzo cenię, o książce napisał „Nigdy w życiu nie kupiłem tak wielu egzemplarzy jakiejś książki na prezenty dla przyjaciół. Wszyscy są wdzięczni. To jak przypadek ciężkiego uzależnienia: jeżeli przeczytasz kilka pierwszych stron, jesteś stracony dla bliskich i pracy na nadchodzący czas”. Dowiadując się, że @wydawnictwomarginesy wydaje 1 czerwca br. „Duchową ścieżkę” tego samego autora, nie wahałam się ani chwili, chociaż z opisu Wydawcy dowiedziałam się, że na historię z rodu „Shantaramu” nie mam co liczyć😉.

To książka nie o odkupieniu, nie o heroinie i nie o życiu w indyjskich slumsach. To niesubtelna metafora życia, naszego bytu, naszego jestestwa w sferze duchowej, naukowej, fizycznej i religijnej. Gregory David Roberts dzieli się z czytelnikiem swoimi doświadczeniami w procesie poszukiwania własnej wewnętrznej siły, by przeciwstawiać się trudom życia i mieć siłę odpychać błędne decyzje. I jak obiecuje Wydawca; „Duchowa Ścieżka to lektura obowiązkowa dla wszystkich poszukujących wewnętrznego spokoju”. Obowiązkowa, może i tak. Ale czy szyta na miarę?

Najgorzej to postawić wysoko poprzeczkę autorowi. Ja znów popełniłam ten błąd. Po rewelacyjnej historii opisanej przez autora na podstawie własnych doświadczeń w „Shantaramie” spodziewałam się rozważań o świecie rzeczywistym i duchowym, które mnie pochłoną, w których będę chciała odgrywać, choć w myślach i w głowie, stronę czynną, stronę dyskutującą z autorem. Stało się jednak inaczej. Czytając dociekania Robertsa nie byłam nimi wyjątkowo zainteresowana, nie byłam nimi zauroczona. Książkę traktuję jako kolejną wycieczkę w duchową, religijną, niematerialną, pełną emocji sferę człowieka zagonionego we współczesnym świecie.

Krótka książeczka. Pełna rozmyślań, rad, spostrzeżeń i uwag. Pełna przenikliwości skierowanych wprost w naszym kierunku, jak możemy lepiej, co możemy poprawić, na czym powinniśmy się skupić. Chwilami mocno moralizatorska, z silnym rysem przewodniczym. Wzbogacona dość siarczyście osobistymi zwierzeniami Robertsa, jego emocjami i własnymi przeżyciami. Bardzo intersującymi, nie powiem. Niezwykle ciekawymi.

Jeśli jesteście ciekawi przeżyć Gregorego Davida Robertsa, który przeszedł bardzo dłuuuuuuugą drogę do miejsca, w którym aktualnie jest, to przeczytajcie propozycję od Wydawnictwa Marginesy pt. „Duchowa ścieżka”. Skieruje ona Waszą uwagę na inne tory, na bardziej duchowe tory, o których istnieniu może już zapomnieliście.

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„O jedno cię proszę” Laura Dave

O JEDNO CIĘ PROSZĘ

  • Autorka: LAURA DAVE
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 335
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 4.05.2021r.

Zacznę od okładki. Robię to niezmiernie rzadko. I nie! Nie chodzi mi o zdanie „Ponad milion sprzedanych egzemplarzy”, które zaczęłam już traktować z przymrużeniem oka😉.  Chodzi mi o domy na wodzie, barki mieszkalne, gdzie w jednym w dwóch oknach widać dwie kobiety. To to te kobiety mają w fabule największe znaczenie. Bailey i Hannah. Pasierbica i macocha, których trudną relację opisała Laura Dave w „O jedno cię proszę”, która wydana została nakładem @wydawnictwomarginesy. Książka premierę miała 18 maja br. Ja na recenzję po jej przeczytaniu zapraszam już dziś 😊.

Jeśli cię okłamują, tak jak on, to kim jesteś? Kim jest on? Osoba, za którą go uważałeś, twoja ulubiona osoba, zaczyna znikać, jest mirażem, chyba że sobie wmówisz, że te części, które nadal są dla ciebie ważne, są prawdą. Miłość była prawdą. Jego miłość jest prawdą. Bo jeśli nie, to zostaje tylko taka możliwość, że to wszystko było kłamstwem.” – „O jedno cię proszę” Laura Dave.

Owen troskliwy ojciec, kochający mąż znika bez śladu. Żonie przesyła krótką wiadomość, że ma chronić jego córkę Bailey. Swej córce oprócz motywacyjnej informacji zostawia w szafce szkolnej kilkaset tysięcy dolarów. To wszystko w dzień, gdy społecznością wstrząsa informacja, że jego szef został zatrzymany pod zarzutem malwersacji finansowych, a firma okazała się wydmuszką nic nie wartą na rynku akcyjnym. Hannah zaczyna rozważać różne opcje, które stają się naglące, gdy w dzień po zniknięciu Owena odwiedza ją szeryf federalny Grady Bradford, który żegna ją ze słowami: „Owen nie jest tym, za kogo go pani uważa.” O dziwo znający zamiłowanie Hannah do specyficznego smaku kawy. A zaraz po nich Hannah spotyka dwóch agentów federalnych FBI, którzy nic o Gradym zaangażowanym w sprawę nie wiedzą. Mimo wzajemnej niechęci i Bailey, i Hannah postanawiają na własną rękę dowiedzieć się, o co chodzi. Wyruszyć w podróż, która dla nich obu okaże się prawdziwym exodusem.

Już w pierwszych kilkudziesięciu stronach złapałam kontekst i styl powieści. Podłapałam narrację pierwszosoobową Hannah, macochy nieumiejącej trafić do nastoletniej pasierbicy. Drugiej żony ojca. Nigdy drugiej matki. Jej porażki wychowawcze odbierałam osobiście, utożsamiałam się z nimi, rozumiałam je. I serdecznie jej współczułam. Bo jakże tu nie współczuć kobiecie, która stara się z wszystkich sił, a osoba dla której to robi perfidnie tego nie docenia?

Książka składa się z trzech części i naprawdę krótkich rozdziałów, które Laura Dave zatytułowała bardzo sugestywnie, np. „Podążaj tropem pieniędzy”, „Myśl, co chcesz”, „Nie zadawaj pytań, jeśli nie chcesz znać odpowiedzi.” Autorka przed każdą częścią wzbogaciła powieść ciekawymi, nad wyraz trafnymi cytatami. To podnosi walor tej publikacji. Cytaty, które są na miejscu, zawsze się sprawdzają.

Nie jest to wybitna pozycja. To opowieść jakich wiele, w których skrywane tajemnice bardzo rzadko nie wypływają na światło dzienne. Gdzie kłamstwa wśród najbliższych potrafią zniszczyć nawet najbardziej głęboką relację. Opowieść o rodzinie, w której nie każdy był na równi szczery z innymi. Opowieść napisana w lekkim stylu, przyjemnym, typowo amerykańskim. Dzięki czemu te 335 stron czyta się wręcz błyskawicznie. Sama intryga kryminalna przewidywalna, bardzo płytka. Motyw zniknięcia Owena odgadnęłam praktycznie na początku, co zmniejszyło zainteresowanie fabułą do minimum. Cóż nie każdy jest Bondą, Mrozem, Chmielarzem, czy Majewskim😊. Mimo to czas spędzony z lekturą nie uważam za stracony. Łatwa, lekka lekturka. Idealna na dżdżyste wieczory.

Ps. A zakończenie? Dla mnie za ckliwe.

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co jestem niezmiernie wdzięczna.