„Sprawa Abrahamczika. W paszczy brunatnej hydry” Monika Kassner

SPRAWA ABRAHAMCZIKA. W PASZCZY BRUNATNEJ HYDRY

  • Autorka: MONIKA KASSNER
  • Wydawnictwo: SILESIA PROGRESS
  • Liczba stron: 184
  • Data premiery: 8.11.2024

Sprawa Abrahamczika. W paszczy brunatnej hydry” to czwarty tom cyklu z radcą  Adolfem Jendryskiem autorstwa @Monika.Kassner.strona.autorska. Opinie o poprzednich częściach znajdziecie również na moim blogu czytelniczym; Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było”, Sprawa Rolnika. Zbrodnia prawie doskonała”, „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią”. Autorka edukuje (jako historyczka i polonistka😁) o śląskości i jej trudnej historii. Na tegorocznych katowickich Targach Książki miała udaną dyskusję z @Sabina Waszut-strona autorska, która również porusza trudne śląskie tematy, takie jak Tragedia Górnośląska choćby w swej rewelacyjnej powieści „Ogrody na popiołach”. Tematem wspomnianej rozmowy była „Skomplikowana historia Śląska w literaturze”. Ja niezmiernie się cieszę, że dzięki premierze z 8 listopada br. od @Silesia Progress – śląskie wydawnictwo sama mogłam zanurzyć się w tej skomplikowanej historii śląskiej osadzonej w literackiej fikcji, gdzie historia miasta i przeszłość historyczna ma ogromne znaczenie. 

(…) Dlatego rzadko nosił się po cywilu, wolał mundur, który dodawał mu powagi i budził szacunek, a nawet strach. Niczego bardziej nie pragnął jak szacunku, nie gardził również strachem mieszkańców miasta, którzy, widząc nadchodzącego nadburmistrza, schodzili z drogi z wbitymi w chodnik spojrzeniami….” – Sprawa Abrahamczika. W paszczy brunatnej hydry” Monika Kassner. 

Tak nadburmistrza i kreisleitera Maxa Filluscha widzą mieszkańcy niemieckiego miasta Hindenburg w 1934 roku, gdy w swym własnym mieszkaniu życie traci w wyniku postrzału trzydziestodwuletni Leo Abrahamczik; radny i kierownik miejskiej policji. Komisarz kryminalny Josef Juretzki i lekarz sądowy Felix Kominek nie wierzą w samobójstwo. Zastraszeni przez Filluscha, który za śmierć radnego oskarża radcę Adolfa Jendryska rzekomego agenta polskiego wywiadu wspieranego przez brytyjską agenturę w osobie Lotti Dehner, rozpoczynają działania śledcze w sprawie Jendryska, który „(…) dwukrotnie posłużył się hindenburskiej policji: pierwszy raz, kiedy zatrzymał zabójców syna naczelnika Zaborza Antona Rollnika, a drugi tydzień temu, kiedy rozwiązał zagadkę morderstwa w domu inżyniera Wilmara Tebbego…” Wygląda na to, że tym razem problemy, w których znajduje się nazywany przez Lotti Adi są innej wagi. Sam radca występuje nie w roli tropiącego, lecz w roli zwierzyny. Czy uda mu się oczyścić z zarzutów? 

Zaskoczyła mnie Autorka tym, że akcję i czasoprzestrzeń trzeciego tomu osadzonego w dzisiejszym Zabrzu (wyłącznie pierwsza książka „Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było” dzieje się w innym mieście, w rodzinnych Świętochłowicach) umiejscowiła tylko tydzień po wydarzeniach opisanych w poprzednim tomie o tytule: „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią”.  To chyba jedyna dotychczas część, która tak wprost jest kontynuacją poprzedniej książki z serii. Dotychczas, z tego co pamiętam, poprzednie książki luźno nawiązywały do wydarzeń opisywanych we wcześniejszych częściach. Tym razem jednak stanowią ich pewną kontynuację. Kontynuowanie to jest odczuwalne na wielu płaszczyznach. Po pierwsze w osobie ofiary, z którą Jendrysek miał małą scysję opisaną przy śledztwie w domu dwóch dyrektorów zamieszkiwanym przez rodzinę inżyniera Wilmara Tebbego. Po drugie w osobach innych bohaterów, samych śledczych; Komisarza Juretzkiego i lekarza sądowego Kominka, czy hindenburskich doktorów Santariusa i Schwarzera. W akcję wplątany jest i oczywiście sam Wilmar Tebbe, jego wytrawna gospodyni Martha Dives. Autorka wspomina samego emerytowanego naczelnika Rollnika i księdza Benka, z którymi Jendrysek od swej drugiej kryminalnej sprawy grywa w skata. Oczywiście i w tym tomie nie brakuje Lotti, której przeciwwagą jest sama Adelheid Jendrysek – nazywana wcześniej po prostu Hajdelką😁I tu duża niespodzianka. Hajdelka nie jest tylko spychaną na margines żoną nad wyraz aktywnego radcy. W tej części Monika Kassner oddaje jej więcej pola, nadaje jej ważniejszą rolę, o butności i odwadze nie wspominając. Taka Hajdelka bardziej mi się podoba niż dotychczasowa👍.

Faktycznie Jendryska jest zdecydowanie mniej niż w poprzednich częściach. O dziwo, nie przyszło mi za nim tęsknić. W roli, w którą umiejscowiła go jego Twórczyni również się spisał. Sam kryminalny wątek poprowadzony został w inny sposób, mniej poirotowski, bardziej śledczo-policyjny. W tej części mniej było rozpytywania, podchodów, obserwacji. Więcej typowo policyjnej roboty, myślenia, opierania się na dowodach, szukania. I bynajmniej ta część nie była z tego powodu gorsza od pozostałych. 

Bardzo doceniam wątek podjęty w powieści związany z rozbuchanym już na Śląsku nazizmem. Flagi w familokach są gęściej widoczne. Pozdrowienia Heil Hitler słyszane częściej. Sam Hitler częściej jest wspominany, czy to w prologu przy okazji otrzymania honorowego obywatelstwa Hindenburga czy w akcji umiejscawianej przy Adolf-Hitler-Strasse. 

„- To zbiorowe szaleństwo – westchnął proboszcz – Wszędzie niemieckie flagi i to okropne pozdrowienie. Ostatnio ministranci przywitali mnie w zakrystii, krzycząc „Heil Hitler” (…) 
– Albo jest się przyjacielem narodu, albo jego wrogiem, nic pośrodku – wtrącił naczelnik. – Wrogów i niezaangażowanych należy ścigać i izolować…” – Sprawa Abrahamczika. W paszczy brunatnej hydry” Monika Kassner. 

Wyrazy uznania należą się też za historię opisywanych miejsc. Kassner korzysta z niemieckich nazw po niemieckiej granicy Śląska. W wielu miejscach nawiązuje do nowo wybudowanego gmachu policji, która zresztą jest na okładce książki, mieszczącej się przy Hatzfeldstrasse 10.  Wspomina Bürgerkino und Casino, sklep spożywczy Bruno Hobeisela przy Glückaufstrasse 25 czy salę bankietową Haus Metropol, w której umiejscowiła kilka zdarzeń. Uwielbiam to odwzorowanie miejsc prawdziwie historycznych w powieściach Moniki Kassner😁. Uwielbiam jak Autorka uczy mnie historii, w inny, bardziej przystępny sposób. Musicie wiedzieć, że o SS i SA w tej części jest sporo. A ja nawet nie wiedziałam, że w ówczesnym Zabrzu istniała tak rozbudowana komórka oddziałów szturmowych Sturmabteilungu (SA) wespół z grupami Schutzstaffel (SS). Według  Wiki SA to „tworzone w Republice Weimarskiej w 1920 bojówki do ochrony zgromadzeń partyjnych, a następnie oddziały masowej organizacji wojskowej Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Sturmabteilung było głównym narzędziem terroru niemieckiej partii nazistowskiej w walce z bojówkami i sympatykami innych ugrupowań politycznych (głównie komunistami). Zaś SS to „oddział ochronny[a] NSDAP”) – paramilitarna i początkowo elitarna niemiecka formacja nazistowska, podległa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP), (…) powstały w 1923 roku z pierwotnego Stosstrupp Adolf Hitler – oddziału mającego chronić Adolfa Hitlera przed ewentualnymi atakami ze strony mało zdyscyplinowanych oddziałów SA.” Ze zdziwieniem dowiedziałam się więc, że SA było pierwsze i to ono stało się zalążkiem idei formacji SS. Mundury były inne, czego doświadczyłam sięgając do zasobów internetowych, jak i obowiązuje emblematy obu formacji. Aż mi przyszło na myśl, że rozwinięcie wątku współistnienia tych dwóch organizacji na jednym „rynku nazistowskim” mogłoby się okazać niezłym literackim doświadczeniem. 

Akcja powieści dzieje się w kilku dniach. Rozpoczyna się prologiem, w którym z nocy z czwartku na piątek 2 listopada 1934 roku umiera tytułowy Leo Abrahamczik, a kończy wydarzeniami opisanymi w jedenastym rozdziale osadzonych w piątek, 9 listopada tegoż samego roku. Narracja jest typowo Kassnerowska. Szybka, nie monotonna. Akcja dzieje się w tempie. Język jest prosty, jasny. Zawarte w przypisach tłumaczenia ze ślónskij godki pięknie pomagają mniej wprawionemu czytelnikowi. Niektóre sformułowania przywoływany uśmiech na mej twarzy. I choć Jendrysek ze swymi przygodami stracił trochę na swej unikatowości (jest to jednak już czwarta część cyklu) to czas spędzony z niedawną premierą uważam za całkowicie udany i cieszę się, że ktoś takie książki pisze, o nich mówi, i ktoś je wydaje.   

Hanysy, Gorole, Krojcoki, Basztardy czy Pnioki, Krzoki i Ptoki, Ślōnzoki i inne Niy braty, niy swaty czytajcie Monikę Kassner. Jej książki są okazją do poznania historii miejsca, w którym żyjecie, w którym się tylko urodziliście lub które chcecie poznać w całkiem innej przystępnej formie. W formie szybko czytających się kryminałów retro ! 

Udanej lektury !

Ach i mój ulubiony cytat z książki: 

(…) Zwłoki są jak porzucona odzież..(…) Umarli już ich nie potrzebują.” – Sprawa Abrahamczika. W paszczy brunatnej hydry” Monika Kassner. 

Moja ocena: 8/10

Książka wydana została przez Wydawnictwo Silesia Progress.

„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner

SPRAWA RODZINY TEBBE. KOLACJA Z MUMIĄ

  • Autorka: MONIKA KASSNER
  • Wydawnictwo: SILESIA PROGRESS
  • Liczba stron: 186
  • Data premiery: 23.09.2022r.

Nowe przygody radcy prawnego Adolfa Jendryska trafiły w me ręce dzięki mojej przyjaciółce, która jest nie dość, że ogromną fanką samej Autorki @Monika.Kassner.strona.autorska, to jeszcze oddaną zwolenniczką głównego bohatera. Niezwykle przystojnego, inteligentnego, Ślązaka z polskiej strony, którego imają się ciekawe zagadki kryminalne. „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Moniki Kassner na księgarskich półkach pojawiła się 23 września, dzięki wydawnictwu @Silesia Progress – śląski sklep i wydawnictwo. I jest to po Sprawie Salzmanna i Sprawie Rolnika. Zbrodnia prawie doskonałatrzeci tom serii o lipińskim radcy prawnym, który istniał naprawdę😊.

W trakcie cotygodniowego skata u Antona Rollnika radcy prawnemu Adolfowi Jendroskowi zostaje przekazana wiadomość od Lotti Dehner, oficjalnie dziennikarki angielskiej gazety. Lotti powróciła do śląskich Niemiec i ponownie zajmuje apartament w zabrzańskim hotelu „Admiral”, do którego zaprasza Adolfa, zwanego przez nią Adim. W trakcie spotkania Lotti proponuje radcy udział w kolacji rodziny Wilmara Tebbe przy Hochgesandrasse 2, głównego inżyniera Huty Donnesrmarcka, który w zaproszeniu zapewnia niespotykane dotychczas atrakcje. Kolacja nie przebiega zgodnie z planem, gdyż w jej trakcie życie traci pokojówka Państwa Tebbe Marie Krüger. Jendrysek znany ze swojego sukcesu w sprawie Rollnika rozpoczyna śledztwo wspierając komisarza Juretzkiego.

Niemiecka kobieta powinna służyć mężowi, nie odwrotnie – wyjaśnił radny – Ma być silna i wytrzymała. Każdy przejaw słabości powinien być eliminowany.” -„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner.

Między innymi takie wątki różnią trzecią część serii z Adolfem Jendryskiem od dwóch poprzednich. W książce „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kessner silnie zobrazowała nastroje polityczno – patriotyczne w roku 1934, praktycznie kilka lat przed hitlerowską wojną. Autorka z historyczną dokładnością i rzetelnością przedstawiła wpływ polityki Hitlera na mieszkańców niemieckiego śląska, w szczególności w osobie radnego Leo Abrahamczika, który jest jedną z niewielu historycznych postaci opisanych w powieści. Wątek ten uwypukliła scena powitania na kolacji, podczas której nawet służba witała się hitlerowskim gestem i zawołaniem, gospodarz miał małą swastykę wpiętą w krawat, podobnie jak Ernst Kleiner, z powodu którego odbyła się kolacja. Jedynie lekarz Otto Santarius i syn Tebbego Ingo nie zostali naznaczeni oczywistym hitlerowskim światopoglądem.

Przy czym postawa Jendryska pozostaje bez zmian. Ani Polak, ani Niemiec. Ślązak z Górnego Śląska. Perfekcyjnie mówiący po polsku, po niemiecku i po śląsku. Sam o swym miejscu pochodzenia mówi; „U nas, na Górnym Śląsku…”. I tej śląskości jest w stanie bronić do ostatniego tchu, mimo niekorzystnej bieżącej niemieckiej polityki. Dyskusja z radnym ze stron 122-123 to prawdziwy majstersztyk. Jendrysek odważnie prezentuje swoje poglądy mimo opresyjnych poglądów niemieckiego rozmówcy.

Co za bzdury – żachnął się radca (…) W tym wypadku wasze teorie biorą w łeb na całej linii. Możecie na nich zbudować co najwyżej domek z kart, a nie światowe mocarstwo.” -„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner.

Ciekawą postacią jest oczywiście Lotti, angielka z wyboru, nie z pochodzenia. Jej angielskie wtrącenia trochę mnie irytowały. Możliwe, że było ich za dużo. Co do jej charakteru to przyznaję, że stanowi piękny dodatek do typowo męskiej kryminalnej rozgrywki. Tym bardziej, że poddana urokowi Jendryska twierdzi;

Przecież nie zamierzam wychodzić za mąż. Jeszcze nie postradałam zmysłów, żeby jakiemukolwiek mężczyźnie gotować, sprzątać i prać brudną bieliznę.” -„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner.

Lotti jest kompletną przeciwwagą do Hadelki Jendryskowej, której wyjątkowo jest mało w tej części. Co ważne sama fabuła jest bardziej statyczna do poprzednich dwóch. Dzieje się w domu Tebbego, gdzie skumulowane zostały praktycznie wszystkie ważne wątki śledztwa. Jendrysek nie jeździ po okolicznych miastach. Nie przemierza polsko – niemiecką granicę kilkakrotnie w ciągu dochodzenia i rzadko odwiedza okoliczne bary😉. Bardzo sprytnie jednak Autorka nawiązała do poprzednich części. Wspominając o romansie radcy ze „Sprawy Salzmanna”, a także o przygodzie z Lotti, i policzkiem ze strony oficera NSDAP i hotelu Admiral ze „Sprawy Rolnika. Zbrodnia prawie doskonała”.

Z zaciekawieniem śledziłam kolejne kryminalne przygody Jendryska, co rusz zastanawiając się dlaczego Monika Kassner nie wykorzystała realnej zbrodni, czy innej kryminalnej śląskiej intrygi, tylko fabułę zbudowała na całkowicie fikcyjnych wydarzeniach. Mam nadzieję, że kiedyś się tego dowiem zadając jej to pytanie😉. Szata graficzna też zachwyca. Na okładce Dom dwóch dyrektorów przy Hochgesandrasse 2, a plan domu czytelnik znajdzie również w środku. Autorka dodatkowo na końcu zamieściła fragment planu miasta i posłowie, w którym tłumaczy pochodzenie niektórych bohaterów i cechy przedwojennego Zabrza, „a właściwie Hindenburga”. O niektórych z nich możecie przeczytać w historycznych publikacjach.

O książce, tak jak o poprzednich dwóch tomach, mogłabym pisać w nieskończoność. Muszę jednak zakończyć swoją opinię, gdyż boję się zaspojlerować. A tym samym zepsuję Wam, czytelnikom zabawę.

Reasumując więc „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Moniki Kassner jest kolejną bardzo dobrą książką Autorki ze wszystkimi prawidłami kryminału retro. Autorkę cechuje historyczna dokładność i lekkość pisania. Kassner uniknęła długich opisów, czy psychologiczno – socjologicznych mini traktatów, które często nużą czytelnika w tym gatunku. Stworzyła obraz śląskiego międzywojnia i historię z mumią w tle, w której jak zwykle istotną rolę odegrał jeden człowiek. On. Adolf. Nie-Hitler, a Jendrysek!!!

Miłego czytania!!!

Moja ocena: 8/10

Książka wydana została przez Wydawnictwo Silesia Progress.

„Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers

ZASTĘPY ŚWIADKÓW

  • Autorka: DOROTHY L. SAYERS
  • Wydawnictwo: ZNAK JEDNYM SŁOWEM
  • Cykl: LORD PETER WIMSEY (tom 2)
  • Liczba stron: 410
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data premiery światowej: 1926r.

Dwudziestolecie międzywojenne to tzw. złoty wiek powieści detektywistycznej – okres bezprecedensowego rozkwitu gatunku stojącego na pograniczu masowej rozrywki i łamigłówki dla czytelnika szukającego w literaturze podniet intelektualnych”. – Posłowie Tłumaczki [w] „Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers.

Po książce „Trup w wannie” (recenzja na klik) stałam się fanką kolejnej brytyjskiej, obok Agathy Christie, autorki klasycznych kryminałów retro. Nie ukrywam jednak, że premiera z 24 sierpnia br., która trafiła do mnie z opóźnieniem od Wydawnictwo Jednym Słowem Znak (Imprint @WydawnictwoZnak ) nie okazała się już dla mnie tak odświeżająca jak pierwsza część cyklu z Lordem Peterem Wimsey’em. „Zastępy świadków” jest bardziej skomplikowaną klasyczną opowieścią kryminalną, z większą ilością zawiłości, za którymi musi podążać czytelnik.

„  – Wiesz, Bunter, nie ma znaczenia, co ona sobie myśli.
    – Niczego takiego nie insynuowałbym kobiecie, milordzie. To im uderza do głowy, że tak powiem.” – „Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers

Tym razem przed Lordem Peterem Wimsey’em stanęło bardzo trudne zadanie. Musi oczyścić z zarzutu morderstwa, nie kogo innego, jak swojego brata, księcia Denver. Pod drzwiami ogrodu zimowego jego dworku myśliwskiego w Riddlesdale Lodge znaleziono ciało kapitana Denisa Catharta narzeczonego jego siostry Mary Wimsey. Książe Denver milczy co tak naprawdę robił w środku nocy na zewnątrz. Mary plącze się w zeznaniach. A goście dworku sprzecznie zeznają. Zeznania Państwa Marchbanksów, czcigodnego Fredericka Arbuthnota i Państwa Pettigrew – Robinsonów odbiegają znacznie od siebie. Jedni słyszeli kroki księcia wchodzącego na górę, inni twierdzą, że takie zdarzenie nie miało miejsca. Ktoś zeznał o słyszanym strzale, pozostali obstawiali, że nic nie było słychać. Lord Peter Wimsey o ugruntowanej już swej pozycji w świecie detektywów – amatorów wspiera miejscowych śledczych. Wraz z komisarzem Parkerem stara się odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się w tym zacnym, arystokratycznym domu.

Książkę czyta się w miaręszybko. Mimo, że powstała prawie sto lat temu okazała się dla mnie lekturą ciekawą i chwilami zabawną. Niezwykle bawiły mnie wstawki Autorki ukazujące jej szerokie horyzonty w zakresie uszczypliwych uwag ówczesnej socjety. Świetnie zobrazowała podejście do kobiet w osobie siostry Lorda Mary Wimsey. Oczekiwania względem niej były zgoła inne, niż czuła sama zainteresowana. Jak o sobie mówi; „Wszystko było lepsze niż pozostanie tutaj, poślubienie kogoś z własnej sfery, inaugurowanie went, oglądanie rozgrywek polo i spotykanie księcia Walii”. Jej drobny, mały osobisty bunt przyczynił się do podjęcia w książce tematu, o którym Sayers do tej pory milczała, a z którym zapewne się stykała w czasie, w którym żyła, a mianowicie kwestii rodzącego się socjalizmu. Z jednej strony ukazała więc pozornie uległą córkę 15 księcia Denver, Mortimera Geralda Bredona Wimseya. Z drugiej nadała jej cechy małej buntowniczki sympatyzującej z rodzącym się socjalistycznym ruchem robotniczym. Choć jej wybory sercowe pozostawiają wiele do życzenia.

Doceniłam również żarty sytuacyjne i przejaskrawienie postaci charakteryzujących angielską arystokrację. W powieści czytelnik odnajdzie sporo takich uwag jak:

Miał bardzo kapryśne nastroje. Powiedziałbym, że usposobienie zmieniało mu się z dnia na dzień.”
„Kształcił się we Francji, a francuskie wyobrażenia o honorze bardzo różniły się od wyobrażeń brytyjskich.”
„Zwłaszcza w Anglii, gdzie myślenie jest tak osobliwie niewłaściwe”.  
Zawsze twierdziłem, warknął lord Peter – że nie ma na tej ziemi osobników bardziej niemoralnych niż zawodowi adwokaci.”
„Oczywiście. Powiedziałbym, że jestem wielkim repozytorium ludzkiej dokumentacji.”
Co ważne, spostrzeżenia wychodzą również z ust przedstawicieli arystokratycznej kasty. Prym w tym wiedzie księżna wdowa Denver oraz sam Peter.

Bardzo spodobała mi się konstrukcja książki. Powieść składa się z osiemnastu zatytułowanych rozdziałów. Rozdziały te poprzedzone zostały cytatami z różnych dzieł i stron świata stanowiące wprowadzeniem do omówionych w poszczególnych częściach kwestii. Do tego Autorka zastosowała wiele form, które urozmaiciły czytanie. Gdzieniegdzie czytelnik odnajduje jakby przedruki z gazet, w innym miejscu czytamy raport z przesłuchania. Majstersztykiem okazał się sąd parów, który ze względu na formę i górnolotne sformułowania Dorothy L. Sayers delikatnie wyśmiała. To jakby jednoaktówka, w której forma odgrywa znacznie ważniejszą rolę, niż sama treść.

Ponownie stwierdzam, że zagadka kryminalna okazała się poniżej współczesnego standardu. Zabawa z książką opierała się bardziej na dochodzeniu do prawdy i perypetiach, w których uczestniczyli poszczególni bohaterowie powieści. Książkę oceniam też jako trochę przydługawą. Rozwiązanie zagadki mogłoby zostać zakończone na maksymalnie trzystu stronach. Kolejne wydarzenia, rozmowy, dialogi, podejrzenia rozwlekły fabułę prawie do nieskończoności, co rozmyły ciekawsze wątki.

Jeśli jesteście fanami klasycznych kryminałów retro z zagadką rozwiązaną z prawidłami gatunku „Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers jest książką dla Was. Udanej lektury.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z kolejną powieścią  Dorothy L. Sayers bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Mora” Piotr Bojarski

MORA

  • Autor: PIOTR BOJARSKI
  • Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron: 353
  • Data premiery: 10.08.2022r.

Cykl z komisarzem Zbigniewem Kaczmarkiem w wydaniu innego Wydawnictwa doczekał się już kilku tomów („Kryptonim POSEN”, „Mecz”, „Rache znaczy zemsta”, „Pętla”, „Arcymistrz”, „Cwaniaki”, „Szmery” i „Na całego”). „Mora” Wydawnictwa @znakhoryzont, która premierę miała 10 sierpnia br. to kolejna część tomu serii retro autorstwa @Piotr Bojarski – Autor. Lubię kryminały retro i aż dziw, że twórczości tego Autora nie znam ☹. Nic straconego. Książki mają to do siebie, że w każdej chwili można po nie sięgnąć i nadrobić zaległości. A Wy, lubicie kryminały retro?

(…) po poznańsku. Mora to zjawa. Albo zmora.” – „Mora” Piotr Bojarski.

„Komisarz Kaczmarek powraca, by stanąć oko w oko z przeszłością” – z opisu Wydawcy.

Sam Autor o Kaczmarku mówi tak: „(…) ten nieco choleryczny bohater serii moich kryminałów retro to oczywiście postać literacka. Z uwagi na popularność jego nazwiska w Poznaniu możemy jednak śmiało przyjąć, że niejeden Kaczmarek służył również w szeregach przedwojennej polskiej policji. Choć planowałem powołać go do życia tylko raz (w powieści „Kryptonim POSEN”), jest już ze mną od jedenastu lat. Przewinął się w sumie przez dziewięć powieści i – kto wie? – może ta również nie będzie ostatnia z jego udziałem…” – „Od Autora” [w:] „Mora” Piotr Bojarski.

Do tego Kaczmarek jest „zmagającym się z nadwagą jegomością pod czterdziestkę, o imponujących, choć staromodnych bakach….”. I dobrze, że Autor daje nadzieję na kontynuację jego śledztw, które osadzone w międzywojniu są ciekawą rozrywką.

Tym razem w Poznaniu ginie były kompan z Powstania Wielkopolskiego, sierżant Jędrzej Dymecki, z którym zaciągnęli się do Polskiej Organizacji Wojskowej Zaboru Pruskiego – tajnej organizacji niepodległościowej. Samotnik, niespełna czterdziestoletni, który był „(…) zajadłym krytykiem rządu i marszałka!”. W jego szufladzie śledczy odnajdują srebrną broszkę w kształcie węża. Śledztwo nabiera rozpędu, gdy sprawa zaczyna mieć znaczenie głęboko osobiste, jak czytamy w powieści. Zbrodnia powiela się. Tym razem jednak życie traci Wojciech Kopa, również znany osobiście Kaczmarkowi. Również samotnik, również żołnierz powstańczy i również właściciel srebrnej broszki z wężem. Z technikiem kryminalnym o nazwisku Anioła, z inspektorem Kayserem i przysłaną z Warszawy aspirantką Barbarą Przysługą, a także innymi śledczymi, Kaczmarek stara się odkryć i motyw, i sprawcę. W zagmatwanej rzeczywistości rodzącego się antysemityzmu, walk bokserskich i interesującej przyczynie śmierci  poszukuje odpowiedzi na rodzące się pytania, które są coraz to nowsze w zmieniających się czasach.

Wiele wątków podjętych w książce bardzo mi się spodobało. Ciekawy wątek policji kobiecej z lat trzydziestych ubiegłego wieku Bojarski wyłuskał z jednej z postaci historycznej, Pani Stanisławy Filipiny Demetraki-Paleolog (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanis%C5%82awa_Paleolog ), która wpadła na pomysł, by przy Komendzie Głównej stworzyć kobiecy oddział składający się wpierw z około dwudziestu kobiet. W „Morze” Autor sprytnie wplótł w fabułę postać aspirantki Barbary Przysługi, która śledztwo prowadzone przez komisarza Kaczmarka urozmaica i uzupełnia. Bojarski świetnie oddał kindersztubę ówczesnych czasów w relacjach damsko – męskich. Odzwierciedlił szacunek do kobiet i w zachowaniu, i w języku. Sam Kaczmarek przesłuchujący z początków stron sąsiadkę Dymeckiego, tęgą kobietę w skąpej spódnicy odsłaniającej pulchne uda, traktuje ją z wielką estymą. Miło czytało się fragmenty, w których widać upływ czasów, a które zaliczam do udanie minionych. To samo dotyczy relacji Kaczmarka ze swoją żoną. Idealnie opisane oddanie i wzajemne zrozumienie, mimo wielu trudnych chwil wspólnego pożycia, które Kaczmarek musi kraść dla swej policyjnej roboty. Do tego wyrazista okładka publikacji i aksamitne strony książki zachęcają do zanurzenia się w lekturze😊. Sama konstrukcja też została przez Autora przemyślana. Powieść składa się z czternastu zatytułowanych rozdziałów, do tego prolog i epilog, no i wspomniane na wstępie słowo Od autora. Każdy rozdział zaczyna się historycznym cytatem z prasy codziennej z lat, w których toczy się akcja. Możemy więc przeczytać przedruki z „Kuriera Poznańskiego”, czy z „Dziennika Poznańskiego”. W czas i miejsce akcji Autor wprowadza czytelnika odpowiednią notą przed każdą częścią, nierzadko podając nawet godzinę. Nie sposób więc pogubić się w fikcyjnej czasoprzestrzeni.

Przed napisaniem recenzji uczestniczyłam w spotkaniu online z Autorem zorganizowanym przez Martę Matyszczak w jej Kawiarence Kryminalnej. Oprócz wielu literackich ciekawostek związanych z serią dowiedziałam się, że Piotr Bojarski jest fanem Marka Krajewskiego, który powołał do życia Mocka i nadal ….. czynnie pracuje. Aktualnie w Centrum Szyfrów Enigma w Poznaniu. Tym bardziej cieszę się, że doceniłam jego najnowszą książkę „Mora”, którą pisał obok swojej działalności zawodowej. Spotkanie urozmaiciły zdjęcia historyczne i postaci, o których czytamy w „Morze” (widzieć autentycznego Sama Sandiego z córką Gabrysią bezcenne😊. Asy niemieckiego pięściarstwa, którzy byli wówczas potęgą i sam Szapsel Rotholc żydowski bokser walczący z białym orłem wyszytym na stroju bokserskim i wygrywający dla Polski.  Natomiast zdjęcie historyczne z Hali Targów Poznańskich przed meczem bokserskim pomiędzy Niemcami a zawodnikami Polskimi z 1934r. zaraz po podpisaniu Paktu o nieagresji wręcz przyprawiło mnie o dreszcze. Zdjęcie złowieszcze. Zawodnicy niemieccy wraz z trenerem w trakcie hymnu niemieckiego podnoszą rękę na znak Heil Hitler! – pozdrowienia hitlerowskiego. Jak sam Bojarski stwierdził w trakcie spotkania; gotowy materiał dla Autora, który moim zdaniem sprawnie został wykorzystane w fabule jego najnowszej książki.

„Wspaniały obraz opisywanych czasów” – jak stwierdziła Pani Marta Matyszczak we wspomnianym przeze mnie zorganizowanym spotkaniu z Autorem – w mojej opinii we wszystkich jej aspektach. Opisany Poznań sprzed prawie stu lat, sytuacja polityczna, rodzący się antysemityzm, którego wyjątkowo literacką kreaturą jest adwokat Michał Howorka, a także ciekawostki ze świata sportowego pięściarstwa i diagnoza socjologiczna z czarnym człowiekiem walczącym w Wojsku Polskim w tle. Do tego napisany idealnym językiem ze wtrąceniami niemieckimi i z gwary poznańskiej. Językiem niekiedy archaicznym. Moje ulubione sformułowania to: policaje, stary pierdziel, pierduśnica, obijmordy😊 . Czasem ze swadą opisującym bohaterów; „Posterunkowy uśmiechnął się pobłażliwie. Lubił te nieliczne chwile w swoim zawodzie, kiedy ktoś okazywał się znacznie mniej rozgarnięty niż on. Mógł wtedy pokazać, że nie wypadł sroce spod ogona.” 😉.

Szczerze polecam Wam „Morę” autorstwa Piotra Bojarskiego. Ja z książką spędziłam mile chwile zaczytując się w historię nietuzinkową, która nie ma nic wspólnego z bylejakością, z naciąganiem. To świetnie napisany klasyczny kryminał retro. Zasługujecie na niego. UDANEJ LEKTURY!!!

Moja ocena: 8/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont  za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie mi recenzenckiego egzemplarza.

„Diabeł stróż” Marek Krajewski

DIABEŁ STRÓŻ

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: EBERHARD MOCK (tom 11)
  • Liczba stron:440
  • Data premiery: 18.10.2021r.

Autora @krajewskimarek trzeba lubić czytać. Ja przygodę z nim zaczęłam od „Miasta szpiegów”, który mnie zachwycił na tyle, że oceniłam go 9/10😊. Należało się!!! Wolne Miasto Gdańsk opisane w 10 tomie serii o  Edwardzie  „Łyssym” Popielskim to prawdziwe mistrzostwo. Autor ma swój specyficzny styl przenoszący czytelnika w oddalone, zamierzchłe lata. Wszystko się zgadza. Sylwetki bohaterów, język, scenografia, szczegóły ubioru i tajniki ówczesnych metod śledczych. Do tego wspaniały literacki język, jak na filologa klasycznego przystało😉. Tym chętniej sięgnęłam po najnowszy tom serii o Eberhardzie Mocku pt. „Diabeł stróż”, wydany nakładem @wydawnictwoznakpl. Książka trafiła do mnie z lekkim opóźnieniem. I mimo, że premierę miała 18 października br., ja przeczytałam ją dopiero teraz.

Duszny, niemiecki Wrocław. Świat nielegalnych kasyn, prostytutek, morderców i śledczych, którzy stosują niestandardowe metody. Wrocławiem żądzą wszystkie te światy. Do tego magistrat, w którego skład wchodzą ludzie przekupni, trzymający władzę w wielu szeregach. W tej atmosferze lat trzydziestych ubiegłego wieku  radca kryminalny Eberhar Mock próbuje rozwikłać zagadkę śmierci urzędnika pocztowego Seppa Frömela i jego kochanki. Kochanki, którą Mock gościł w prezydium kilka dni wcześniej, a której nieznany sprawca poderżnął gardło w chwili, gdy jej niepełnosprawny syn Rolf uciekał przez okno. Śledztwo prowadzi Mocka w znane mu zaułki, gdzie panuje chaos, chciwość, dążenie do realizacji własnych, często niewybrednych potrzeb. W tym świecie nie każdy czuje się jak u siebie. Nie każdy. Ale Mock każdym nie jest.

Uwielbiam kryminały noir. Ciemne strony miasta zawsze mnie pociągały. Dodatkowo jestem fanką powieści w stylu retro. Mimo, że funkcjonowanie Abwehry, niemieckiego wywiadu dla mnie zawsze było zagadką, Krajewski dzięki stworzonej przez siebie postaci Mocka i wiernemu odwzorowaniu ówczesnego klimatu, przyciąga mnie do tej tematyki. Czytając perypetie Mocka widzę oczami wyobraźni jego rzeczywistość. Podążam wraz z nim ciemnymi zaułkami. Sam bohater trudno się nudzi. Mock jest wyjątkowy. Z jednej strony szarmancki, kulturalny, potrafiący właściwie traktować kobiety, swego czasu wyjątkowo aktywny donżuan. Z drugiej mściciel, stosujący niestandardowe metody śledcze, niepotrafiący się powstrzymać przed karami cielesnymi, czy nawet morderstwem dla słuszności sprawy. Taki bohater i antybohater w jednym. Uwielbiam skomplikowane postaci, gdzie nie wiadomo, czy tkwi w nich dobro, czy zło. Jak sam upominał go jego szef: „I niech się pan uspokoi po tych brawurowych akcjach. Dość huzarskich sztuczek. Ma pan swoje lata, już nie jest pan niesfornym młodzieńcem, któremu wszystko uchodzi na sucho, bo ma dobre wyniki. Szczęście nie będzie panu wiecznie sprzyjać, a w prezydium policji pracują nie tylko pańscy przyjaciele”.

Klimat opisany przez Krajewskiego jest unikatowy. Czytając moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Wątki poboczne splotły się w intersującą i barwną całość. Kobiety, jak zwykle u Krajewskiego pełne sprzeczności. Mężczyźni brutalni. Bardzo podobał mi się wątek z metodą Rolfa. Fantazja Autora nie zna granic. Nawet postać z pozoru nieciekawa może okazać się znacząca na tyle, by stać się przyczyną wielu zbrodni. Nie tylko zbrodni, również sentymentu Mocka. Aż dziw, że potrafi być sentymentalny. Styl Krajewskiego nie do podrobienia. Bardzo inteligentne fabuły, kwiecisty język, nieoczywiści bohaterowie. To jakby podróż w inny świat, nieznany świat, który odkrywa przed czytelnikiem swoje podwoje. Uwielbiam książki, które smakują jak wytrawny posiłek. Podoba mi się Mock w jego kolejnej odsłonie i czekam na kolejną. Polecam!!!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.