„Sundial” Catriona Ward

SUNDIAL

Autorka: CATRIONA WARD
Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
Data premiery: 24.08.2022r.
Liczba stron: 400

No i będą ochy, i achy😊. Nie mogło być inaczej. I to bynajmniej nie chodzi o przepiękną oprawę w twardej okładce najnowszej powieści Catriony Ward „Sundial”, która premierę miała 24 sierpnia br.  . Ani o peany na cześć Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału, któremu przy okazji serdecznie dziękuję za egzemplarz recenzencki. Tym bardziej ochy i achy nie są spowodowane pamięcią po zeszłorocznej rewelacyjnej książki  „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” (recenzja na klik). To ochy i achy prawdziwe, z głębi serca. Powstałe w sposób naturalny po przeczytaniu „Sundial”.

Dorosłe życie to bagno, w którym człowiek tkwi po uszy, gobelin wzajemnych pretensji tkany tak ciasno, że nie sposób bo rozplątać.” -„Sundial” Catriona Ward.

Rob i Jack, bliźniaczki wychowały się z Falconem i Mią na farmie pośrodku pustyni o nazwie Sundial. Określenie pochodzi od zegara słonecznego wybudowanego na terenie posiadłości. Jak sama Rob o sobie mówi; „Wychowywałam się na pustyni i zamiast chodzić do szkoły, miałam lekcje z ojcem(…). Hodowaliśmy własne warzywa, mieliśmy jaja od kur i mleko od krowy”. Oprócz tego na farmie przeprowadzano badania nad strachem, wrodzoną agresją u zwierząt. W pracy na farmie pomagał mieszkańcom Paweł, Polak z pochodzenia o trudnej przeszłości. Po latach Rob wychowuje z Irvingiem dwie córki, dwunastoletnią Callie i dziewięcioletnią Anne. O zdradzie męża Rob dowiaduje się przez ospę, którą zaraża się młodsza córka. Nie jest to jednak odkrycie, z którym Rob nie potrafiłaby sobie poradzić. To inne, niepokojące odkrycie zmusza Rob do odbycia podróży ze starszą córką w przeszłość. Do wyjazdu do Sundial.

Zarwałam noc. Przyznaję się. Książkę skończyłam czytać wczoraj o godzinie drugiej w nocy. Nie miałam tego w planach, o nie. Postanowiłam przeczytać pierwsze sto stron, po których całkowicie przepadłam. Nie sposób się od niej oderwać, a to zawsze najlepsza opinia, co do powieści, mimo, że thriller jest pełen niepokoju, strachu. Czytając czułam napięcie, niezrozumienie, obsesję na punkcie przymiotnika „blady” w każdej odmianie i zwierząt, które z natury uwielbiam. Nagle psy zaczęłam spostrzegać jako wrogów, jako zwierzęta z natury łowne, zwierzęta niebezpieczne. Sam pomysł na farmę szczeniąt Jacqueline i Roberta Graingerów przerósł moje najśmielsze wyobrażenia. To samo dotyczy relacji matka – córka, relacji Rob z Callie. Tak trudnej, tak pełnej przeciwności zafundowanych przez Irvinga, tak pełnej wzajemnych pretensji i niezrozumienia. Postać Rob jest niezwykle dojrzała, choć przyczyna jest zgoła inna, od powszechnie spotykanej. I za to Catrionie Ward należą się słowa ogromnego uznania. Za opisanie historii pełnej emocji, trudnych pytań, ale i ciekawych odpowiedzi. Za stworzenie postaci, z którymi do tej pory nie spotkałam się w literaturze. Nie tylko o skomplikowanej duszy i charakterze, ale o nieszablonowej przeszłości.

Autorka idealnie skonstruowała opowieść. Doskonale oczywiście dla opisanych w niej wątków. Zdarzenia czytelnik śledzi z różnych perspektyw. Z perspektywy Rob i Callie w narracji pierwszoosobowej. Obie bohaterki wiernie oddają, co się z nimi dzieje, jaka jest ich motywacja i o czym myślą. Do tego Ward idealnie odniosła się w wielu miejscach do tych samych zdarzeń, ale z dwóch optyk, raz ze strony Rob, raz z punktu widzenia Callie. Każda inaczej interpretuje rzeczywistość, każda inaczej rozpoznaje przyczyny zachowań drugiej. I to świetnie oddaje karuzelę zdarzeń, w której znalazły się obie bohaterki. By ukazać kontekst późniejszych wydarzeń Ward wzbogaciła narrację o rozdziały zatytułowane „Tamta Rob” i „Tamta Jack”. To dzięki zajrzeniu w przeszłość czytelnik może dowiedzieć się, co się tak naprawdę działo w głowie jednej i drugiej siostry. Gdzie zaczął się początek tych zdarzeń. Do tego jeszcze narracja oparta na Arrowood. Rob jako z wykształcenia nauczycielka pisze historię, która komentowana i opisywana jest przez szkolną miłośniczkę sportu. „Ma wiele tajemnic. (…) W każdej części serii ma miejsce jakiś skandal. Jej bohaterki przeżywają wiele życiowych trudności.”. Ta wielowymiarowość tłumaczenia wydarzeń jest ogromną zaletą tej książki. Jest wartością nie do ocenienia.

Pasjonująca powieść zasługująca na szybką ekranizację, w której prym wiodą trudne relacje międzyludzkie. A zakończenie? Pozostawiło mnie z poczuciem niedosytu, ledwo co stłumiłam w sobie chęć rzucenia tej pięknej publikacji o ścianę. Zarwałam noc, a tu taka niespodzianka😉.

A jeśli Wam napiszę, że tak przedstawionej relacji dwóch sióstr długo nie widziałam i w taki sposób ujętej relacji matki z córką? Dodam do tego jeszcze, że trudna relacja Rob z mężem Irvingiem również nie jest standardowa. Jest wręcz odświeżająca i niespotykana dotychczas. Sam Irving to postać na którą warto zwrócić uwagę. A Falcon i Mia w relacji do Rob i Jack to prawdziwy majstersztyk! A żeby Wam było mało, zwrócę także uwagę na samą Annie, która jest największą zagadką. Bohaterką w tle mającą największe finalnie znaczenie. Zaciekawieni? I o to chodziło. Uff zrobiłam wszystko, byście sięgnęli po tę pozycję, bo naprawdę warto. Jej lektura nie pozostawi Was obojętnymi.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Przezroczyste” Edyta Świętek

PRZEZROCZYSTE

  • Autorka: EDYTA ŚWIĘTEK
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 24.08.2022r.

@Edyta Świętek to Autorka czterdziestu książek z gatunku literatury obyczajowej. O swoich i nie tylko książkach dzieli się spostrzeżeniami na stronie @Edyta Świętek – strona poświęcona książkom. Ja od czasu do czasu uwielbiam sięgnąć po powieść obyczajową jako przeciwwagę do thrillerów, kryminałów i sensacji, które wręcz ubóstwiam. Sporą ofertę książek tego typu ma @wydawnictwoPascal, które również w dniu 24 sierpnia br. wydało najnowszą powieść Edyty Świętej pt. „Przezroczyste”.

„(…) miłość to iluzja, a małżeństwo jest pokutą dla kobiety.” -„Przezroczyste” Edyta Świętek.

Sylwia Stokłosa w klasie maturalnej zachodzi w nieplanowaną ciążę z Karolem Widłakiem, z czego jej i jego rodzice nie są tak samo zadowoleni. Kilkanaście lat później jest jego żoną pracującą w sklepie z odzieżą wychowującą dwie córki, osiemnastoletnią Patrycję i o rok młodszą Kamilę. Karol osiągnął zawodowy sukces. Sylwia niekoniecznie. Jej wykształcenie pozostało na poziomie zdanej matury. Córki przeżywają swoje wzloty i upadki, a Sylwia próbuje podsumować swoje życie.

To typowa powieść obyczajowa składająca się z dwóch części i interesującego prologu, który kładzie się później cieniem na całej fabule. Rozdziały zostały ponumerowane i zatytułowane. Tytuł odnosi się wprost do treści, które znajdujemy w danej części. Narracja jest trzecioosobowa. Zabrakło w niej silniejszego rysu psychologicznego, kontekstu psychologicznego wielu postaci. Postać męża, Karola jest od początku do końca zła, egoistyczna. Jego motywacja i osobowość nieskomplikowana, oczywista.

„Mąż zawsze stawiał na swoim, a ona po prostu musiała rezygnować z własnych marzeń. Ba! Na jakimś etapie odkryła z przygnębieniem, że właściwie zrezygnowała z samej siebie, ponieważ zawsze była stroną ustępującą i dbającą o to, by inni mogli czuć się szczęśliwi.” -„Przezroczyste” Edyta Świętek.

Trudno wiedzieć, co miała na myśli Edyta Świętek kreśląc taką, a nie inną opowieść. Nie znam motywacji do napisania „Przezroczyste”. Dla mnie ta powieść jest trochę próbą stworzenia niezobowiązującej ody do kobiecości, do macierzyństwa, niestety z jej wszystkimi mankamentami, wadami i ograniczeniami. Denerwowała mnie postać Sylwii. Z jednej strony widziałam w niej ofiarę, z drugiej sprawczynię własnego losu. Sam dialog ze strony 36, w którym mąż oskarża ją o dwie nieplanowane ciąże ogromnie mnie wzburzył. Mimo, że wielokrotnie powtarzał się motyw wspólnej odpowiedzialności za powołanie do życia za wcześnie dzieci, Sylwia nie potrafiła w ten sposób zripostować własnego męża i to po osiemnastu latach wspólnego życia. Tym bardziej, że Karol nie stosuje przemocy, bądź co bądź…. Aż tu nagle totalne zmiana Sylwii. Nierzeczywista, nieprawdziwa. Kobieta wiele lat tkwiąca w takim związku potrzebuje najpierw zapewne oświecenia, później długiej, naprawdę długiej drogi do zebrania w sobie siły, by zmienić swoją postawę, aż wreszcie odwagę, by wdrożyć zmianę w życie. U Sylwii przemiana nadchodzi automatycznie, od razu, szybko. Za szybko.

A do tego drażniące mnie literówki. Na stronie 35 zamiast „ona” użyto „on” („Karolu! On powinna zająć się nauką…” Na stronie 101 zamiast „będę” jest „będą” („Kurczę! Ale czad! Będą ciotką!”).

Zdecydowanie „Przezroczyste” nie okazały się lekturą dla mnie. Mogłabym jej w ogóle nie czytać. Zaoszczędziłabym sobie, mimo naprawdę świetnego pomysłu na fabułę, kilku godzin z irytującą mnie główną bohaterką, której postać została za mało zobrazowana w aspekcie emocjonalnym i psychologicznym w odniesieniu do ogromnej zmiany, która w niej później nastąpiła. Ale w sumie takie jest życie😊. Nie każdy spotkany człowiek nas zachwyca. Nie każdy nadaje naszemu życiu sens. Szczerze, im więcej mam lat, tym częściej ktoś mnie irytuje. Możliwe, że fikcyjne postaci powinny robić to samo w moim czytelniczym życiu.   

Moja ocena: 5/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą i podzielenia się z Wami moją opinią bardzo dziękuję Wydawnictwu PASCAL .

„Nie ufaj mu” Remigiusz Mróz

NIE UFAJ MU

Autor: REMIGIUSZ MRÓZ
Cykl: INA KOBRYN (tom 2)
Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
Data premiery: 27.07.2022r.
Liczba stron: 400

Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie kontynuacja thrillera z Iną Kobryn. O pierwszym tomie zatytułowanym „Wybaczam ci” przeczytacie w recenzji na klik. Książka okazała się dla mnie dużym zaskoczeniem, a sama bohaterka jako przeciwwaga do Asiulki Chyłki niezwykle interesująca. A jednak

@RemigiuszMróz stworzył powieść „Nie ufaj mu”, która nakładem Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału księgarskie półki zaanektowała 27 lipca br. Dla mnie premiery wakacyjne nigdy nie są szczęśliwe. Nawet jeśli dotyczą jednego z moich ulubionych polskich autorów😉. Wyjazdy, przyjazdy, odwiedziny, pakowania i rozpakowywania odciągają mnie od mojej ulubionej rozrywki, jaką jest czytanie. Tak niestety zdarzyło się i tym razem. Do „Nie ufaj mu” sięgnęłam całkiem niedawno, a opinię na jej temat znajdziecie poniżej.

Bo jeśli winą zmotywujesz się do czegokolwiek, to tak naprawdę manipulujesz samą sobą.” -„Nie ufaj mu” Remigiusz Mróz.

Po roku od wsadzenia szefa wietnamskiej siatki przestępczej Vŏ Văn Băo oraz własnego męża, Rafała do więzienia, świat Iny Kobryn ponownie trzęsie się w posadach. Staje się niedoszłą ofiarą gwałciciela. Z opresji ratuje ją przystojny mężczyzna przedstawiający się jako Alan Bohucki, zwany Boguhen wracający z pobliskiego klubu z paczką przyjaciół. Jednocześnie siostra Iny, Julia przygotowuje się do ślubu z Gracjanem Pabstem, przyjacielem obu sióstr z dzieciństwa. Plany zaczynają się komplikować, gdy do skrzynki ktoś wrzuca wiadomość na papierze ze ślubnych zaproszeń o treści „Nie ufaj mu”. Wszystkie wątki zaczynają się układać w jedną całość. I to całość, która żadna z sióstr nie chciałaby poznać.

Kobiety są jednak głupie i naiwne 😊

Wokół tej, niczym oczywiście niepotwierdzonej w realu tezy, Remigiusz Mróz zbudował fabułę drugiego tomu cyklu z Iną Kobryn. Kobietą totalnie pokręconą, jakby bez kręgosłupa moralnego i intelektualnego, która mimo naprawdę inteligentnych i ciętych ripost, a także trafnych cząstkowych wniosków, finalnie okazuje się tą głupią i naiwną. Autor umiejętnie doprowadził mnie, jako jego wierną czytelniczkę, do poczucia nierealności postaci. Do świadomości, że oto przecież silna, mądra, sprytna, co zostało udowodnione w pierwszej części zatytułowanej „Wybaczam mu”, bohaterka staje się w sposób wręcz oczywisty, ofiarą. I o tą oczywistość mi chodzi. Mimo wielu zwrotów akcji, jak to u Mroza bywa, wielu inteligentnych dialogów i przeciągania liny raz w jedną, raz w drugą stronę, od co najmniej połowy połapałam się, o co w tym wszystkim może chodzić. I niestety się nie pomyliłam. Nie było więc takiego zaskoczenia do jakiego przyzwyczaił mnie Autor.

Niezwykle denerwował mnie wątek siostry Iny i samego Pabsta. Te niewypowiedziane słowa, te ukryte znaczenia i te stracone wpływy, tylko z powodu jednej osoby, całkowicie obcej i od razu podejrzanej. Nie wiem jak musiałabym być spragniona miłości i czułości, by nie dostrzec świecącej i bzyczącej w mej głowie czerwonej lampki jako reakcji na drogie samochody Porsche, czy Audi, a także wyjątkowo ekskluzywne apartamenty. Nie wiem jak musiałabym być spragniona uważności drugiego człowieka, by nie słyszeć absurdu brzmiącego w tłumaczeniu skąd te artefakty pochodzą i jakie jest ich pochodzenie. Nie wiem. Tym bardziej, że byłabym kobietą, jak pamiętam z pierwszej części, umiejętnie oszukiwaną przez swego męża, która nagle przejrzała na oczy i zwycięsko wyszła z tej rozgrywki. Mróz przyzwyczaił mnie do silnych kobiet, do inteligentnych kobiet, które nie dają sobą sterować. A już na pewno nie popełnią dwa razy z rzędu tych samych błędów.

Nie jest to więc thriller z prawdziwego zdarzenia. To raczej powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym. Bohaterowie biegają, ścierają się, odkrywają, szukają, udowadniają sobie wzajemnie. W sensie alokacji mam wrażenie, że biegają to tu to tam. I do tego ten wiecznie rozładowany telefon Iny, ależ mnie tym doprowadzała do szewskiej pasji😊. Oczywiście jest i kłamstwo, i jest gangsterka. Teraz tylko trochę w innej odsłonie. Powieść ratuje jednak bardzo płynna, energiczna narracja. Postaci z innych publikacji Autora (tak, tak pojawiła się adwokatka z kancelarii Żelazny & McVay z serii o Chyłce). Do tego inteligentne dialogi ścinające z nóg, jak to tylko Remigiusz Mróz potrafi.

(…) – Bo ewidentnie mam przed sobą namacalny dowód na to, że rozum jest jedynym nieskończonym surowcem na świecie.
(…)  Skoro nawet taki imbecyl jak ty nie narzeka na jego brak, to naprawdę musi być go w nadmiarze – dokończyłem.” -„Nie ufaj mu” Remigiusz Mróz.

 Czytając takie sformułowania chyba bałabym się rozpocząć rozmowę z Autorem na żywo, w trakcie jakiegoś spotkania autorskiego😉. Aż strach czym po powierzchownym obcięciu mej osoby, by mnie przywitał😊.

Motyw niewyjaśnionej Roguckiej i samego Pabsta daje szansę na kontynuację, o czym bez żadnych zobowiązań wspomina Autor w Posłowiu. Do kontynuacji ponownie sięgnę z ogromną uważnością. Wszak proza Mroza ze względu na jej wszechwładną pomysłowość oraz unikalny, na chwilę obecną totalnie nie do podrobienia, styl i tempo narracji, obroni się sama.

Tylko co z tym nazwiskiem głównej bohaterki? Myśl ciążyła mi przez część lektury. Przecież jeśli Ina nie miała ślubu cywilnego z Rafałem, o czym wspomina wielokrotnie, to dlaczego nosili to samo nazwisko Kobryn? Rafał Kobryn przykładowo ze strony 346 i Ina Kobryn, bez ślubu cywilnego, tylko po ślubie kościelnym, ale nie konkordatowym. W realiach polskiego USC wymagałoby to nie lada zachodu. Wszak zmienić nazwisko na całkowicie obce nie jest tak łatwo😉.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Na tropie Vermeera” Agnieszka Ptak

NA TROPIE VERMEERA

  • Autorka: AGNIESZKA PTAK
  • Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron: 347
  • Data premiery: 13.07.2022r.

Jan Vermeer „a właściwie Johannes Vermeer (ur. przed 31 października 1632 w Delft, zm. przed 15 grudnia 1675 tamże) – malarz holenderski” (cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Vermeer z dnia 2.10.2022r.) Jego najbardziej znane dzieło, wręcz arcydzieło to „Dziewczyna z perłą”. O tym samym tytule można zobaczyć film z 2003 roku z Colinem Firthem i Scarlett Johansson w rolach głównych. Film jest niezwykłą opowieścią o fascynacji malarza swoją służącą. Obrazem delikatnym, melancholijnym i niezwykle nasyconym ukrytym erotyzmem. Jeśli nie oglądaliście filmu do gorąco Was do tego zachęcam.

Wracając jednak do premiery z 13 lipca br. od @WydawnictwoZnak Horyzont „Na tropie Vermeera” autorstwa Agnieszki Ptak – oficjalny profil na FB to @Z lotu Ptaka, (dla ciekawskich: czynnej Pani prokurator😊) przyznaję, że to właśnie obraz i ekranizacja kinowa o powstaniu „Dziewczyny z perłą” skłoniły mnie do sięgnięcia po tę lekturę😉. Jeśli do tego dołożymy motyw nazistowski z czasów II Wojny Światowej oraz kunszt fałszerski, który zapewnia opis Wydawcy, lektura musi być udana.

(…) faktycznie był najlepszy, że to nie zwykły szalbierz zainteresowany wyłącznie pieniędzmi, że był równy tym, których podrabiał.” -„Na tropie Vermeera” Agnieszka Ptak.

W roku 1941 Jacobowi Wolfowi słynnemu fałszerzowi  żydowskiego pochodzenia zostaje powierzone zadanie nie do odrzucenia. Oficer SS, Friedrich Hartman nakazuje mu skopiować arcydzieło Vermeera o nazwie „Alegoria malarstwa”. Obawiający się o swe i swych najbliższych życie kopista realizuje zamówienie. Wkrótce potem traci życie. Do tematu fałszerstwa wraca francuski dziennikarz w 1997 roku, Allard, który stara się odtworzyć historię i opowiedzieć czytelnikom poczytnego francuskiego periodyku historię kopii. Jednocześnie profesor Sorbony, Maxime Oisean uzyskuje zlecenie odnalezienia oryginału dzieła Jana Vermeera. Wraz ze swoją doktorantką Anaïs Coubert i pomagającą im Chloé Savigny nie tylko przemierza nieprzychylne karty historii, lecz także kilometry. Od Francji do Genewy i odwrotnie. A w międzyczasie Niemcy, które zawieruchę wojenną zostawiły dawno w tyle, a nadal są pełne tajemnic, nadal są pełne ukrytych prawd.

???

O co w tym wszystkim chodzi, zadawałam sobie kilkakrotnie pytanie w trakcie lektury powieści. Choć dla Autorki temat zagadek historycznych nie jest obcy (jest autorką książki pt. „Zagadka” z 2021), forma przekazu zafundowana powszechnemu czytelnikowi nie do końca mi przypadła do gustu. Temat na fabułę jest chyba jedynym walorem powieści. Z zainteresowaniem czytałam o hitlerowskich Niemcach, o samym Hitlerze i jego najbliższych współpracownikach, a także o wątku związanym z kradzieżą dzieł sztuki w okupowanych krajach. Nie zrozumiałam jednak kompletnie narracji. Według mnie chaotycznej, utrudniającej wyłapywanie istotnych wątków, niesprzyjającej chronologii. Autorka zaprasza czytelnika do dyskusji, do dialogu. W jej prozie czytelnik występuje przez duże „C”, jako ważny wielki nieobecny w „Na tropie Vermeera”, a sama o sobie mówi „Autor”.

 „Teraz nastąpi oczekiwany zwrot akcji. Autor zmartwi jednak Czytelnika. Teraz nic się jeszcze nie wyjaśni.” -„Na tropie Vermeera” Agnieszka Ptak.

Co rusz Autorka obiecuje ciekawe zakończenie i zbliżanie się do finału.

Do tej pory był kłus, teraz fabuła rusza z kopyta. Będzie galop, pora wprawić konia w ruch trzytaktowy…” -„Na tropie Vermeera” Agnieszka Ptak.

Od czasu do czasu okrasza fabułę komentarzem jak w greckim dramacie.

(Komentarz: Szykuje się wycieczka nad Jezioro Genewskie. Ale pikniku nie będzie. Wiklinowy kosz zostaje w domu). -„Na tropie Vermeera” Agnieszka Ptak.

A jakby tego było mało, do konstrukcji Agnieszka Ptak dorzuca jeszcze dywagacje na temat bohaterów i eseje lub opowiadania autorstwa i Anaïs, i Chloé. O zakończeniu, a raczej alternatywnych zakończeniach nie wspomnę, czy liście fikcyjnych lub realnych właścicieli światowych dzieł sztuki. To wszystko w czterech częściach, z podtytułami rozwijającymi pewne paradoksy. Sama intryga kryminalno – fałszerska rozpoczyna się w Prologu, w którym Autorka romansuje z czytelnikiem przez duże „C” twierdząc, że „(…) wszystko dopiero przed Tobą.”

Doceniam wiedzę i oddanie Autorki pasji związanej z dziełami sztuki. Rozumiem jej fascynację  powieściami Umberto Eco i  Dana Browna, w której szyfry, tajemnice, zagadki z przeszłości odgrywają główną rolę. Nie rozumiem tylko wybranej przez Agnieszkę Ptak formy powieści. Jakby chciała utrzeć nosa czytelnikowi; Sprawdź, czy wytrzymasz. Sprawdź, czy dasz radę😊.  

Nie ukrywam „Na tropie Vermeera” Agnieszki Ptak jest prozą dla wytrwałych fanów skomplikowanych intryg osadzonych w historii. Jest książką dla uwielbiających II wojnę światową, zbrodnie nazistowskich Niemiec oraz historie odkrywające, co tak naprawdę stało się z licznymi dziełami sztuki w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Powieść jest fantazją, zabawą, próbą łączenia różnych gatunków i stylów. To nie historyczny kryminał w tego słowa znaczeniu. Nie. Zdecydowanie to. To zawiły monogram jednej aktorki, którą jest sama Agnieszka Ptak.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak za podarowanie mi egzemplarza recenzenckiego.

„Weź z nią zatańcz” Filip Zawada

WEŹ Z NIĄ ZATAŃCZ

  • Autor: FILIP ZAWADA
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 285
  • Data premiery: 10.08.2022r.

@Filip Zawada to „Poeta, muzyk, fotograf, performer, łucznik. Reżyser i aktor filmów offowych.” O jego sukcesach i innych działalnościach przeczytacie TUTAJ. Dla mnie najważniejsze jest, że to człowiek orkiestra, którego najnowsza książka zaintrygowała mnie od chwili, gdy zobaczyłam jej okładkę😊. Mowa o „Weź z nią zatańcz”, która premierę miała 10 sierpnia br. nakładem @WydawnictwoZnak. Do mnie książka z gatunku literatury pięknej trafiła bardzo późno, bo praktycznie w połowie września. Mam nadzieję, że warto było czekać😉.

Smutek do jednocześnie tęsknota za tym, czego nie mamy, i za tym, czego mamy za dużo. To chęć zbliżania się przez oddalenie. To coś, co można wyjaśnić za pomocą słów tylko innej smutnej osobie…” -„Weź z nią zatańcz” Filip Zawada.

To historia Filipa zwanego Stasiem, który w wieku czterdziestu pięciu lat dowiaduje się o śmierci swego ojca, dawcy plemników jak o nim sam mówi. Na prośbę swej mamci, mamy, mamusi, z którą nadal mieszka zaczyna porządkować jego sprawy. Organizuje mu pogrzeb. Przejmuje jego kawalerkę. Opiekuje się jego psem Rambo, która okazuje się suczką. Zaczyna rozliczać wszystkich i wszystko. Rodziców, którzy nie do końca sprawdzili się w tej roli. Siebie. Nawet sąsiadkę z góry, którą nagminnie podsłuchuje.

Byłem nieobecnością po ojcu i niecierpliwością po matce. Nieobecna niecierpliwość. Taki odziedziczyłem charakter.” -„Weź z nią zatańcz” Filip Zawada.

Bardzo żałuję, że Autor nie okrasił końcówki jakimś posłowiem od siebie. Miałabym szansę wówczas poznać inspiracje, które skłoniły Zawadę od napisania  „Weź z nią zatańcz”. Mam niespójny stosunek do tej lektury. Przyznaję, choć dużo czasu zajęło mi zebranie się do napisania tej recenzji. Chciałam, by emocje opadły, by pewne informacje uformowały się w konstruktywne i kompletne myśli, by chaos trochę zelżał, a znaki zapytania zatarły się. Nic się jednak takiego nie stało. Mętlik jaki był taki pozostał.

Książka jest jednoosobową narracją wspomnianego nie-Filipa. Jedynaka wychowywanego przez matkę. Ojciec przestał istnieć w jego życiu jeszcze przed jego narodzeniem. Dopiero jego śmierć skłania głównego bohatera do skonfrontowania się z jego istnieniem, z jego jestestwem we wszystkich wymiarach. Znajomego osiedlowego pijaczka Bodzia, psa Rambo, czy zaniedbanej kawalerki i prawie nieużywanych ubrań, które nie – Filip potraktował jak swoje. Idealnie w powieści sprawdziła się narracja pierwszoosobowa. Dzięki temu poczułam bliższą więź z podstarzałym, samotnym, bezrobotnym nauczycielem biologii, który nie potrafi uwolnić się od jarzma matki. Narracja ta spowodowała także, że książka wydaje się bardziej autentyczna, trochę autobiograficzna wywołująca różne emocje. Od niedowierzenia po współczucie, od złości po drwiący uśmieszek.

Sama mamcia, mamusia, mama Stasia, nie – Filipa okazała się postacią niezwykle ciekawą w swej złożoności. Trochę narzucająca się, jednak bardzo subtelna i delikatna. Z jednego strony zawładniająca życiem Stasia, z drugiej nakazująca mu ułożenie sobie życia. Utrzymująca go, a jednocześnie namawiająca do znalezienia pracy. Potrafiąca mówić o uczuciach, podporządkowująca syna sobie w tej materii. Poniekąd też taka siłaczka. Od samego początku samotnie wychowująca dziecko, starająca się mu dać wszystko, na co było ją stać. Nie żadna tam katolicka dewotka, lecz kobieta z krwi i kości. Potrafiąca i ostro zakląć, i uderzyć pięścią w stół. Z tą skomplikowaną kobietą Staś, nie – Filip mógł mieć tylko skomplikowane relacje.

Do tego pomysł na Bodzia, dzięki które mu główny bohater choć trochę poznaje swego ojca i pomysł na zwierzęta wzbogacił fabułę tej prozy, choć nie było happy endu. W tym zakresie Autor pozostał niewzruszony. Książka miała być melancholijną podróżą czterdziestoparolatka i taką została. Bez względu na możliwości, które los podłożył głównej postaci pod sam nos. O ile do połowy książki chłonęłam ją bez opamiętania, o tyle w drugiej części trochę przystopowałam. Za dużo pojawiło się w niej mistycyzmu, zbyt wiele rozmów w głowie i jakby poza nią z ojcem, z matką, których Staś utracił. Rozumiem jednak intencję Autora, ten zabieg miał zobrazować wychodzenie z cienia, odrzucenie dotychczasowych więzów i przynależności, która stanowiła o jego dorosłym życiu. To miało ukazać dojrzewanie, wreszcie dojrzewanie głównego bohatera.  

Literatura piękna jest z natury piękna😊. „Weź z nią zatańcz” Filipa Zawady jest piękną prozą, pełną smutku, rozgoryczenia, niespełnienia i melancholii. To wszystko przeplata się z absurdalnym chwilami dowcipem, groteską i dużą dawką refleksji. To proza, która sprawia wrażenie jakby testowała poczucie dobrego smaku czytelnika. Pisanie Zawady można kochać lub nienawidzić. Według mnie nie ma półśrodka.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję Wydawnictwu Znak za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie mi egzemplarza recenzenckiego.

„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner

SPRAWA RODZINY TEBBE. KOLACJA Z MUMIĄ

  • Autorka: MONIKA KASSNER
  • Wydawnictwo: SILESIA PROGRESS
  • Liczba stron: 186
  • Data premiery: 23.09.2022r.

Nowe przygody radcy prawnego Adolfa Jendryska trafiły w me ręce dzięki mojej przyjaciółce, która jest nie dość, że ogromną fanką samej Autorki @Monika.Kassner.strona.autorska, to jeszcze oddaną zwolenniczką głównego bohatera. Niezwykle przystojnego, inteligentnego, Ślązaka z polskiej strony, którego imają się ciekawe zagadki kryminalne. „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Moniki Kassner na księgarskich półkach pojawiła się 23 września, dzięki wydawnictwu @Silesia Progress – śląski sklep i wydawnictwo. I jest to po Sprawie Salzmanna i Sprawie Rolnika. Zbrodnia prawie doskonałatrzeci tom serii o lipińskim radcy prawnym, który istniał naprawdę😊.

W trakcie cotygodniowego skata u Antona Rollnika radcy prawnemu Adolfowi Jendroskowi zostaje przekazana wiadomość od Lotti Dehner, oficjalnie dziennikarki angielskiej gazety. Lotti powróciła do śląskich Niemiec i ponownie zajmuje apartament w zabrzańskim hotelu „Admiral”, do którego zaprasza Adolfa, zwanego przez nią Adim. W trakcie spotkania Lotti proponuje radcy udział w kolacji rodziny Wilmara Tebbe przy Hochgesandrasse 2, głównego inżyniera Huty Donnesrmarcka, który w zaproszeniu zapewnia niespotykane dotychczas atrakcje. Kolacja nie przebiega zgodnie z planem, gdyż w jej trakcie życie traci pokojówka Państwa Tebbe Marie Krüger. Jendrysek znany ze swojego sukcesu w sprawie Rollnika rozpoczyna śledztwo wspierając komisarza Juretzkiego.

Niemiecka kobieta powinna służyć mężowi, nie odwrotnie – wyjaśnił radny – Ma być silna i wytrzymała. Każdy przejaw słabości powinien być eliminowany.” -„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner.

Między innymi takie wątki różnią trzecią część serii z Adolfem Jendryskiem od dwóch poprzednich. W książce „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kessner silnie zobrazowała nastroje polityczno – patriotyczne w roku 1934, praktycznie kilka lat przed hitlerowską wojną. Autorka z historyczną dokładnością i rzetelnością przedstawiła wpływ polityki Hitlera na mieszkańców niemieckiego śląska, w szczególności w osobie radnego Leo Abrahamczika, który jest jedną z niewielu historycznych postaci opisanych w powieści. Wątek ten uwypukliła scena powitania na kolacji, podczas której nawet służba witała się hitlerowskim gestem i zawołaniem, gospodarz miał małą swastykę wpiętą w krawat, podobnie jak Ernst Kleiner, z powodu którego odbyła się kolacja. Jedynie lekarz Otto Santarius i syn Tebbego Ingo nie zostali naznaczeni oczywistym hitlerowskim światopoglądem.

Przy czym postawa Jendryska pozostaje bez zmian. Ani Polak, ani Niemiec. Ślązak z Górnego Śląska. Perfekcyjnie mówiący po polsku, po niemiecku i po śląsku. Sam o swym miejscu pochodzenia mówi; „U nas, na Górnym Śląsku…”. I tej śląskości jest w stanie bronić do ostatniego tchu, mimo niekorzystnej bieżącej niemieckiej polityki. Dyskusja z radnym ze stron 122-123 to prawdziwy majstersztyk. Jendrysek odważnie prezentuje swoje poglądy mimo opresyjnych poglądów niemieckiego rozmówcy.

Co za bzdury – żachnął się radca (…) W tym wypadku wasze teorie biorą w łeb na całej linii. Możecie na nich zbudować co najwyżej domek z kart, a nie światowe mocarstwo.” -„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner.

Ciekawą postacią jest oczywiście Lotti, angielka z wyboru, nie z pochodzenia. Jej angielskie wtrącenia trochę mnie irytowały. Możliwe, że było ich za dużo. Co do jej charakteru to przyznaję, że stanowi piękny dodatek do typowo męskiej kryminalnej rozgrywki. Tym bardziej, że poddana urokowi Jendryska twierdzi;

Przecież nie zamierzam wychodzić za mąż. Jeszcze nie postradałam zmysłów, żeby jakiemukolwiek mężczyźnie gotować, sprzątać i prać brudną bieliznę.” -„Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Monika Kassner.

Lotti jest kompletną przeciwwagą do Hadelki Jendryskowej, której wyjątkowo jest mało w tej części. Co ważne sama fabuła jest bardziej statyczna do poprzednich dwóch. Dzieje się w domu Tebbego, gdzie skumulowane zostały praktycznie wszystkie ważne wątki śledztwa. Jendrysek nie jeździ po okolicznych miastach. Nie przemierza polsko – niemiecką granicę kilkakrotnie w ciągu dochodzenia i rzadko odwiedza okoliczne bary😉. Bardzo sprytnie jednak Autorka nawiązała do poprzednich części. Wspominając o romansie radcy ze „Sprawy Salzmanna”, a także o przygodzie z Lotti, i policzkiem ze strony oficera NSDAP i hotelu Admiral ze „Sprawy Rolnika. Zbrodnia prawie doskonała”.

Z zaciekawieniem śledziłam kolejne kryminalne przygody Jendryska, co rusz zastanawiając się dlaczego Monika Kassner nie wykorzystała realnej zbrodni, czy innej kryminalnej śląskiej intrygi, tylko fabułę zbudowała na całkowicie fikcyjnych wydarzeniach. Mam nadzieję, że kiedyś się tego dowiem zadając jej to pytanie😉. Szata graficzna też zachwyca. Na okładce Dom dwóch dyrektorów przy Hochgesandrasse 2, a plan domu czytelnik znajdzie również w środku. Autorka dodatkowo na końcu zamieściła fragment planu miasta i posłowie, w którym tłumaczy pochodzenie niektórych bohaterów i cechy przedwojennego Zabrza, „a właściwie Hindenburga”. O niektórych z nich możecie przeczytać w historycznych publikacjach.

O książce, tak jak o poprzednich dwóch tomach, mogłabym pisać w nieskończoność. Muszę jednak zakończyć swoją opinię, gdyż boję się zaspojlerować. A tym samym zepsuję Wam, czytelnikom zabawę.

Reasumując więc „Sprawa rodziny Tebbe. Kolacja z mumią” Moniki Kassner jest kolejną bardzo dobrą książką Autorki ze wszystkimi prawidłami kryminału retro. Autorkę cechuje historyczna dokładność i lekkość pisania. Kassner uniknęła długich opisów, czy psychologiczno – socjologicznych mini traktatów, które często nużą czytelnika w tym gatunku. Stworzyła obraz śląskiego międzywojnia i historię z mumią w tle, w której jak zwykle istotną rolę odegrał jeden człowiek. On. Adolf. Nie-Hitler, a Jendrysek!!!

Miłego czytania!!!

Moja ocena: 8/10

Książka wydana została przez Wydawnictwo Silesia Progress.

„Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers

ZASTĘPY ŚWIADKÓW

  • Autorka: DOROTHY L. SAYERS
  • Wydawnictwo: ZNAK JEDNYM SŁOWEM
  • Cykl: LORD PETER WIMSEY (tom 2)
  • Liczba stron: 410
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data premiery światowej: 1926r.

Dwudziestolecie międzywojenne to tzw. złoty wiek powieści detektywistycznej – okres bezprecedensowego rozkwitu gatunku stojącego na pograniczu masowej rozrywki i łamigłówki dla czytelnika szukającego w literaturze podniet intelektualnych”. – Posłowie Tłumaczki [w] „Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers.

Po książce „Trup w wannie” (recenzja na klik) stałam się fanką kolejnej brytyjskiej, obok Agathy Christie, autorki klasycznych kryminałów retro. Nie ukrywam jednak, że premiera z 24 sierpnia br., która trafiła do mnie z opóźnieniem od Wydawnictwo Jednym Słowem Znak (Imprint @WydawnictwoZnak ) nie okazała się już dla mnie tak odświeżająca jak pierwsza część cyklu z Lordem Peterem Wimsey’em. „Zastępy świadków” jest bardziej skomplikowaną klasyczną opowieścią kryminalną, z większą ilością zawiłości, za którymi musi podążać czytelnik.

„  – Wiesz, Bunter, nie ma znaczenia, co ona sobie myśli.
    – Niczego takiego nie insynuowałbym kobiecie, milordzie. To im uderza do głowy, że tak powiem.” – „Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers

Tym razem przed Lordem Peterem Wimsey’em stanęło bardzo trudne zadanie. Musi oczyścić z zarzutu morderstwa, nie kogo innego, jak swojego brata, księcia Denver. Pod drzwiami ogrodu zimowego jego dworku myśliwskiego w Riddlesdale Lodge znaleziono ciało kapitana Denisa Catharta narzeczonego jego siostry Mary Wimsey. Książe Denver milczy co tak naprawdę robił w środku nocy na zewnątrz. Mary plącze się w zeznaniach. A goście dworku sprzecznie zeznają. Zeznania Państwa Marchbanksów, czcigodnego Fredericka Arbuthnota i Państwa Pettigrew – Robinsonów odbiegają znacznie od siebie. Jedni słyszeli kroki księcia wchodzącego na górę, inni twierdzą, że takie zdarzenie nie miało miejsca. Ktoś zeznał o słyszanym strzale, pozostali obstawiali, że nic nie było słychać. Lord Peter Wimsey o ugruntowanej już swej pozycji w świecie detektywów – amatorów wspiera miejscowych śledczych. Wraz z komisarzem Parkerem stara się odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się w tym zacnym, arystokratycznym domu.

Książkę czyta się w miaręszybko. Mimo, że powstała prawie sto lat temu okazała się dla mnie lekturą ciekawą i chwilami zabawną. Niezwykle bawiły mnie wstawki Autorki ukazujące jej szerokie horyzonty w zakresie uszczypliwych uwag ówczesnej socjety. Świetnie zobrazowała podejście do kobiet w osobie siostry Lorda Mary Wimsey. Oczekiwania względem niej były zgoła inne, niż czuła sama zainteresowana. Jak o sobie mówi; „Wszystko było lepsze niż pozostanie tutaj, poślubienie kogoś z własnej sfery, inaugurowanie went, oglądanie rozgrywek polo i spotykanie księcia Walii”. Jej drobny, mały osobisty bunt przyczynił się do podjęcia w książce tematu, o którym Sayers do tej pory milczała, a z którym zapewne się stykała w czasie, w którym żyła, a mianowicie kwestii rodzącego się socjalizmu. Z jednej strony ukazała więc pozornie uległą córkę 15 księcia Denver, Mortimera Geralda Bredona Wimseya. Z drugiej nadała jej cechy małej buntowniczki sympatyzującej z rodzącym się socjalistycznym ruchem robotniczym. Choć jej wybory sercowe pozostawiają wiele do życzenia.

Doceniłam również żarty sytuacyjne i przejaskrawienie postaci charakteryzujących angielską arystokrację. W powieści czytelnik odnajdzie sporo takich uwag jak:

Miał bardzo kapryśne nastroje. Powiedziałbym, że usposobienie zmieniało mu się z dnia na dzień.”
„Kształcił się we Francji, a francuskie wyobrażenia o honorze bardzo różniły się od wyobrażeń brytyjskich.”
„Zwłaszcza w Anglii, gdzie myślenie jest tak osobliwie niewłaściwe”.  
Zawsze twierdziłem, warknął lord Peter – że nie ma na tej ziemi osobników bardziej niemoralnych niż zawodowi adwokaci.”
„Oczywiście. Powiedziałbym, że jestem wielkim repozytorium ludzkiej dokumentacji.”
Co ważne, spostrzeżenia wychodzą również z ust przedstawicieli arystokratycznej kasty. Prym w tym wiedzie księżna wdowa Denver oraz sam Peter.

Bardzo spodobała mi się konstrukcja książki. Powieść składa się z osiemnastu zatytułowanych rozdziałów. Rozdziały te poprzedzone zostały cytatami z różnych dzieł i stron świata stanowiące wprowadzeniem do omówionych w poszczególnych częściach kwestii. Do tego Autorka zastosowała wiele form, które urozmaiciły czytanie. Gdzieniegdzie czytelnik odnajduje jakby przedruki z gazet, w innym miejscu czytamy raport z przesłuchania. Majstersztykiem okazał się sąd parów, który ze względu na formę i górnolotne sformułowania Dorothy L. Sayers delikatnie wyśmiała. To jakby jednoaktówka, w której forma odgrywa znacznie ważniejszą rolę, niż sama treść.

Ponownie stwierdzam, że zagadka kryminalna okazała się poniżej współczesnego standardu. Zabawa z książką opierała się bardziej na dochodzeniu do prawdy i perypetiach, w których uczestniczyli poszczególni bohaterowie powieści. Książkę oceniam też jako trochę przydługawą. Rozwiązanie zagadki mogłoby zostać zakończone na maksymalnie trzystu stronach. Kolejne wydarzenia, rozmowy, dialogi, podejrzenia rozwlekły fabułę prawie do nieskończoności, co rozmyły ciekawsze wątki.

Jeśli jesteście fanami klasycznych kryminałów retro z zagadką rozwiązaną z prawidłami gatunku „Zastępy świadków” Dorothy L. Sayers jest książką dla Was. Udanej lektury.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z kolejną powieścią  Dorothy L. Sayers bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” Michaleen Doucleff

JAK BEZ NAPIĘĆ WYCHOWAĆ PEWNE SIEBIE DZIECKO

  • Autorka: MICHALEEN DOUCLEFF
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 21.09.2022r.
  • Data premiery światowej: 8.03.2022r.

Michaeleen Doucleff ma doktorat z chemii na Uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii, magisterkę winiarstwa i enologii na Uniwersytecie Kalifornijskim, a także licencjat z biologii. Czym jest enologia? Już spieszę wytłumaczyć; to nauka zajmująca się kwestiami związanymi z produkcją wina😉. Kobieta orkiestra można by rzec. Żadna tam psycholożka, psychoterapeutka i specjalistka z dziedziny psychiatrii. Doucleff to biolożka (tylko na szczeblu licencjackim), chemiczka i specjalistka od win. Nie ukrywam więc, że do książki, która  stała się bestsellerem za Oceanem pt. „Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” od @wydawnictwo.muza.sa debiutującej w dniu 21 września br.  (oryginalny tytuł: „Hunt, Gather, Parent: What Ancient Cultures Can Teach Us About the Lost Art of Raising Happy, Helpful Little Humans”) podeszłam z lekkim rozbawieniem i niedowierzaniem. Po pierwsze z powodu tytułu😉. Jako matka z kilkunastoletnim stażem zestawienie w jednym zdaniu czasownika „wychować” i rzeczownika „dziecko” wyklucza sformułowanie „bez napięć”. Od wieków wiadomo, że dzieci walczą z rodzicami, a rodzice – często całkowicie nieświadomie – z dziećmi. Bez napięć obyć się więc nie sposób, choćbyśmy nie wiadomo jak się starali. Po drugie osoba autorki. Rozumiem jej doświadczenie w wychowaniu dzieci. Rozumiem jej spostrzeżenia, które stały się kanwą poradnika, a które zdobyła w trakcie podróży na trzy kontynenty ze swoją 3-letnią córką Rosy. Całkowicie rozumiem, że dzieci obcowaniu z rodzinami Majów, Inuitów i Hadzabe zrozumiała, że można efektywnie motywować dzieci do współuczestniczenia w życiu codziennym i rodzinnym, a także dzięki temu budować pewność siebie i ich samowystarczalność. Ale przecież to prawdy znane nie od dziś. To doświadczenia wszystkich matek przed nami niekoniecznie z tych odległych zakątków świata. Wystarczy zapytać nasze matki😊.

Poradnik jest zbiorem doświadczeń Autorki zaczerpniętych z innych społeczności, a także z własnego życia. To skomasowany zestaw konkretnych przykładów  z życia codziennego, z którymi stykają się najpewniej wszyscy rodzice na świecie. Zawiera również pewne ciekawostki związane z życiem wspólnot, w których Michaleen Doucleff gościła i wiedzy, którą dzięki temu zdobyła. Do tego egzotyczna kultura i obyczaje Majów, plemienia Hadza i Inuitów dodają książce wyjątkowości. O wychowaniu według tych przedstawicieli społeczeństwa jeszcze nie czytałam i to stanowi wartość dodaną poradnika. W pozostałym zakresie książkę cechują złote myśli związane z wychowywaniem dzieci. Dla mnie, całkowicie nie odkrywcze. Autorka zwraca uwagę na odpowiedzialność dzieci w gospodarowaniu domem, na ich samodzielność. Każe nam, rodzicom dawać przestrzeń dzieciom, w której sami się sprawdzą, a dzięki temu zdobędą cenne doświadczenie. Zwraca uwagę na nieskuteczność metod wychowawczych opartych na nadzorowaniu, wskazywaniu drogi i pilnowaniu, by dziecko pokonywało każdy jej fragment. Podaje, jak na tacy, przykłady z życia i sposoby radzenia sobie z nimi. Pokazuje jak radzić sobie z gniewem u dzieci, stresem i brakiem motywacji.

Długo szukałam, co takiego jest odkrywczego w książce, że stała się bestsellerem New York Times’a. nawet przesłuchałam treści zaprezentowane w podcastach jak niżej.
Dowiedz się więcej tutaj: https://lnkd.in/g3KrpZNT
Posłuchaj lub obejrzyj poniżej:
Apple Podcasts – https://lnkd.in/g9hmsCJb
Spotify – https://lnkd.in/gSeGQECk
YouTube – https://lnkd.in/gqNMg6Dm

I niestety. Nie odnalazłam odpowiedzi na zagraniczny fenomen. Dla mnie „Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” to zbiór oczywistych prawd, do których wcześniej, czy później dochodzi każdy myślący i uczący się na swoich oraz innych błędach rodzic. Możliwe, że motywowanie dzieci do odpowiedzialności za wspólne gospodarstwo domowe, za robienie zakupów, za gotowanie i za sprzątanie jest czymś odkrywczych dla Ameryki. Dla nas Polaków niekoniecznie. Wszak obowiązki te od lat sześćdziesiątych zapisane zostały w art. 91 § 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (Dz.U.2020.0.1359 – Ustawa z dnia 25 lutego 1964 r. – Kodeks rodzinny i opiekuńczy z późn. zm.).

„Art. 91. Obowiązki dziecka mieszkającego u rodziców
§ 2. Dziecko, które pozostaje na utrzymaniu rodziców i mieszka u nich, jest obowiązane pomagać im we wspólnym gospodarstwie.”

Stwierdzam, będąc bardziej przekorną, że nie trzeba odwiedzić Majów, Innuitów, czy inne rzadkie plemiona, by dojść do oczywistej prawdy, że tylko odpowiedzialne za wspólne życie dziecko wyrośnie na odpowiedzialnego, młodego człowieka, będącego wartością dodaną dla społeczeństwa.

Przyjemnie czytało mi się fragmenty związane z radzeniem sobie z emocjami. Chociaż będąc po lekturze „Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje” Olgi Daligi (recenzja na klik) mogłabym praktycznie te części pominąć. Walorem poradnika są urywki pokazujące życie, obyczaje i kulturę społeczności, do których Michaleen Doucleff zawitała. Tak, ta podróżnicza atmosfera i klimat uratowała lekturę. Gdyby nie osadzenie akcji i doświadczeń w tak ciekawym i atrakcyjnym dla mnie otoczeniu, czas spędzony z lekturą uważałabym za stracony😉.

Mam problem z oceną tej książki. Zdarza mi się to często, gdy czytam poradniki, którymi zachwycili się Amerykanie. Zapewne wynika to z różnic kulturowych i całkiem odmiennych doświadczeń życiowych. Pod kątem popularnonaukowym lektura nie jest dla mnie wartością dodaną. Pod kątem globtroterskim, poznawania kultury Majów, plemienia Hadza i Inuitów jest ciekawym doświadczeniem. I jeżeli lubicie takie klimaty poznawcze, to „Jak bez napięć wychować pewne siebie dziecko” Michaleen Doucleff jest zdecydowanie dla Was.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z poradnikiem bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje” Olga Daliga

JAK ROZUMIEĆ, NAZYWAĆ I REGULOWAĆ SWOJE EMOCJE

  • Autorka: OLGA DALIGA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery: 21.09.2022r.

Trudno jest mówić o emocjach. Musimy tego uczyć się całe życie. Zwykle mówienie o emocjach zastępujemy kłótniami, atakami na drugą osobę, zbędnymi sprzeczkami i zamykaniem się. Jakby nam trudno było się przyznać do złych emocji.

@wydawnictwo.muza.sa w dniu 21 września br. ulokowało na półkach księgarskich poradnik zatytułowany „Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje”. Jego autorką jest Olga Daliga, psycholożka i mediatorka prowadząca https://psychoinspiracje.pl/blog/ . Sama Autorka o sobie mówi, że „Jakość, którą mogę się z Tobą podzielić, jest oparta na wiedzy merytorycznej wyniesionej ze studiów, różnych kursów, wykładów i warsztatów oraz wielogodzinnej pracy praktycznej z pacjentami mierzącymi się z różnymi trudnościami.” (źródło: https://psychoinspiracje.pl/o-mnie/ z dnia 25.09.2022r.) Mam więc nadzieję, że książka spełni finalnie moje oczekiwania, co do jakości. Wszak Pani Daliga dała mi pewną obietnicę. Zawarłyśmy pewien kontrakt😉.

W skrócie: poradnik uczy nas jak radzić sobie z emocjami, których nie chcemy doświadczać. Tym bardziej, że zewsząd atakują nas komunikaty pomagające nam się afirmować, pozytywnie motywować. Same obiecujące złote myśli. A my częściej doświadczamy czegoś odwrotnego. Czujemy się przytłoczeni, zniechęceni własnym życiem, które zbytnio nie rożni się od życia innego człowieka. Dzień po dniu odczuwamy niepokój, niezadowolenie. Nie dostrzegamy drobnych osiągnięć i zamykamy się na małe sukcesy, które wzmocnią satysfakcję z wykonywanej pracy i naszego życia rodzinno – domowego. O wychowaniu dzieci nie wspomnę😉. Autorka pomaga nam zrozumieć jak funkcjonuje nasz mózg i jaki ma wpływ na kształtowanie się emocji. Wskazuje nam jak drogowskaz co wpływa na emocje dzieci i nastolatków, z którymi zwykle nie potrafimy sobie poradzić.  Duży nacisk Olga Daliga kładzie na proces rozpoznawania swoich emocji, tych prawdziwych, a nie tych powierzchownych, a także jak sobie z nimi radzić, w którą stronę je kierunkować. Pozwala nam zrozumieć nie tylko nasze emocje, ale także siebie. To wszystko wzbogacone zostało prostymi ćwiczeniami pozwalającymi zrozumieć przedstawiony materiał przez doświadczenie oraz prawdziwymi historiami realnych pacjentów.

Nawet najbardziej profesjonalnie, oddanie i kompetentnie napisany poradnik psychologiczny nie zastąpi nikomu psychoterapii indywidualnej, czy grupowej. Trudno mi jest ocenić przedstawione treści w poradniku pod kątem ich przydatności i efektywności na nasze życie. Dobrze się go czytało, to fakt. Jest krótkim przewodnikiem w emocjonalnym świecie, tylko dotykającym powierzchownie problemu zarządzania emocjami z jakim stykamy się w naszym życiu i to bez względu na nasz wiek.  

„Jak rozumieć, nazywać i regulować swoje emocje” Olgi Daligi zawiera także garstkę ciekawostek i interesujących treści z gatunku „z życia wziętych”. Świadomość, że inni borykają się z podobnymi problemami zawsze wzmacnia i dodaje sił w zmaganiu się z codziennością. Ja jednak najbardziej doceniłam treści związane z rozwojem emocjonalnym dzieci, a szczególnie tą burzą, której doświadczają w okresie nastoletnim. Jako matka dwójki nastolatków trudno mi ich rozgryźć, często od rana do wieczora. A gdzie tam noc😊. Z uważnością czytałam na co więc zwrócić uwagę w procesie komunikacji, co tak naprawdę dziecko chce powiedzieć zachowując się lub mówiąc w taki, czy inny sposób oraz jak nastolatkom pomóc w wyrażaniu siebie i swoich emocji. To trudny proces. To trudne, wręcz niemożliwe zadanie z perspektywy matki. Wszelako skazana jestem z góry na niepowodzenie.

Poradnik cechują trafne spostrzeżenia, idealnie wybrane przykłady i treści, a także skomasowana wiedza, która nie zanudza. To książka wzmacniająca nas, pozwalająca nam zrozumieć, popracować nad znanymi nam informacjami, nawet jak nie potrafiliśmy ich w tak profesjonalny sposób nazwać. Przystępnie napisany poradnik. A to jest zawsze ogromny pozytyw w tym gatunku. Miłego studiowania!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

Recenzja przedpremierowa!!!  „Zła miłość” Marta Guzowska

ZŁA MIŁOŚĆ

  • Autorka: MARTA GUZOWSKA
  • Cykl: TRZY CNOTY (tom 1)
  • Wydawnictwo: WIELKA LITERA
  • Liczba stron: 369
  • Data premiery: 28.09.2022r.

@Marta Guzowska jest współautorką optymistycznej, kryminalnej serii o Lucji Słotce, którą uwielbiam. Jest też twórczynią bardzo wszechstronną. Współtworzy serię dla dzieci „Detektywi z Tajemniczej 5 kontra duchy”, krótkie formy literackie, czy nawet książki podróżnicze jak „Wiedeń. Miasto najlepsze do życia.”. Na kryminały Pani Marty zwróciłam uwagę już jakiś czas temu. Słyszałam, że na uwagę zasługuje cykl „Mario Ybl”, który mam w planach nadrobić w najbliższej przyszłości😉. Sama „Zła miłość”, o której więcej przeczytacie poniżej, będąca pierwszą częścią tryptyku kryminalnego wydanego przez Wydawnictwo @WielkaLitera również jest warta Waszej uwagi. Jak wspomniałam w zapowiedzi, książka podróżowała ze mną w Beskid Śląski. I mimo pięknej pogody, wygodnych butów idealnych do wspinaczki górskiej i zapierających dech w piersiach widoków nie potrafiłam się od tej publikacji oderwać. Zapamiętajcie tę datę!!! Premiera już 28 września!!!

Bohaterką tryptyku jest Frania Kruk prywatna detektyw. Czterdziestoletnia kobieta po przejściach. Rok temu w wypadku samochodowym zginął jej mąż. Pogrążona w smutku, samotna z dzieckiem kobieta próbuje poukładać swoje życie na nowo.  Zmuszona pogarszającą się sytuacja finansową wraca z Warszawy do rodzinnego Brwinowa, do domu swego ojca. Do rodzinnego miasta, w którym zmuszona jest z powrotem sypiać w swoim dziecięcym pokoju. Oprócz roli matki musi wypełniać całą sobą rolę troskliwej córki.  Zmuszona jest zapewnić i byt starszemu, schorowanemu ojcu, i nastoletniej córce, z którą od śmierci jej ojca nie potrafi w ogóle nawiązać kontaktu. Każda pogrążona jest w swoim bólu i skupiona na swoich uczuciach. Niespodziewanie Franka dostaje bardzo intratne zlecenie. W okolicy na skutek wypadku samochodowego ginie wschodząca gwiazda telewizji, Sonia Marchlewska. Policja podejrzewa, że ktoś przyczynił się do jej śmierci. Od razu typuje małżonka ofiary. Frania zatrudniona zostaje przez zrozpaczonego męża aktorki, który okazuje się jej pierwszą, wielką miłością.  Czy Frani uda się dojść do prawdy? Czy jest możliwe, że ktoś przyczynił się do śmierci Soni? Znacznym utrudnieniem dla Detektywki staje się fakt, że dokładnie rok wcześniej w tym samym miejscu w wypadku samochodowym zginął również jej mąż, Marcin. Czy to przypadek?

Książkę czyta się bardzo szybko. Nie potrafiłam się od niej oderwać mimo bardzo aktywnego wypoczynku. Styl pisania autorki bardzo mi się podobał. Książka składa się z dokładnie 73 rozdziałów i epilogu. Narracja jest pierwszoosobowa, czego zazwyczaj nie lubią, za czym nie przepadam. Natomiast tutaj bardzo dobrze się sprawdziła. Pierwszorzędnie mi się książkę czytało😊.

W trakcie lektury poznajemy przeszłość Frani. Na jej nieszczęście z powrotem wchodzi w swoje dawne środowisko. Nie z wyboru, tylko z konieczności. Spotyka znajomych ze szkoły. Autorka bardzo dobrze przedstawiła tę sytuację od strony psychologicznej. Ogólnie mimo, że nie znajdziemy w książce głębokich analiz, to i tak czytelnik potrafi wczuć się w uczucia i przeżycia głównej bohaterki. Jest to zresztą taki typ bohaterki, który bardzo lubię. Kobieta próbująca stale być silna i niezależna. Jednocześnie jak większość z nas mająca swoje demony i myśli, które prześladują od lat, od miesięcy, przez wiele dni. Kobieta odsuwająca od siebie sprawy z przeszłości, od których ucieka, ale tak naprawdę nigdy nie jest w stanie z nimi wygrać. Kobieta, która w niektórych sytuacjach  jest silna i zdecydowana, a w innych chce, żeby ktoś za nią rozwiązał problemy. Starająca się znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania, chociaż na niektóre z nich sama odpowiedzi unika. Również bohaterowie drugoplanowi są bardzo ciekawie skonstruowani. Podobała mi się postać Łukasza.  Ciekawie przedstawiony został także policjant oraz nastoletnia córka bohaterki i jej ojciec. Każda z tych postaci jest dosyć charakterystyczna i złożona.

Książkę czyta się świetnie, a jej zakończenie sprawiło, że zapragnąłem od razu sięgać po kolejny tom.  Marta Guzowska zafundowała nam wraz z Wydawnictwem zakończenie otwarte, które zapowiada kontynuację. Więc mam na co czekać, mam na co czekać…

Gorąco polecam kryminał „Zła miłość” Marty Guzowskiej z Franką Kruk w roli głównej. Powtórzę, co napisałam we wstępie mojej opinii; Zapamiętajcie tę datę!!! Premiera już 28 września!!!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.