„Żuchwa Kaina” Edward Powys Mathers

ŻUCHWA KAINA

  • Autor: EDWARD POWYS MATHERS
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:216
  • Data premiery: 17.05.2023r. 
  • Rok premiery światowej: 1934r.

Czytając o tym, że zaskakujący jest fakt, iż rozwiązanie „Żuchwy Kaina” – książkowej kryminalnej zagadki z 1934 roku, wciąż pozostaje tajemnicą nie mogłam pozostać obojętna na propozycję od Czwarta Strona Kryminału, by zapoznać się z publikacja autora: Edwarda Powys Mathersa. Przeczytałam również informację, że zagadka ta rozwikłana została przez zaledwie kilka osób.  Osttnim z nich był John Finnemore, który stwierdził, że od zagadki sformułowanej przez  Torquemada aż mu „krwawiły oczy”. I już wiedziałam, że ja nie mam szans na odgadnięcie tej łamigłówki… 

„W 1934 roku miłośnik zagadek Edward Powys Mathers (znany jako Torquemada) wydał zbiór „The Torquemada Puzzle Book”. Trafiła do niego „Żuchwa Kaina”, powieść-łamigłówka złożona ze stu stron wydrukowanych w całkowicie przypadkowym porządku. Tylko dzięki logice i uważnemu, inteligentnemu czytaniu będziesz w stanie posortować strony w poprawnej kolejności, ujawniając tożsamość zabójców”. – z opisu Wydawcy. 

Czytaliście, lub raczej powinnam zapytać, zapoznawaliście się z książką, w której nie strony nie są uszeregowane? A czytaliście kiedyś książkę, w której dość, że strony nie są usystematyzowane w kolejności, to jeszcze zdania nie są wydrukowane w poprawnej kolejności? Jeśli nie to właśnie macie okazję przeżyć to doświadczenie dzięki publikacji od Czwartej Strony zatytułowanej „„Żuchwa Kaina”, a której autorem jest Edward Powys Mathers (ur. 28 sierpnia 1892 – zm. 3 lutego 1939). Mathers to angielski tłumacz i poeta będący jedocześnie pionierem komponowania zaawansowanych kryptograficznych krzyżówek (źródło: Wikipedia). Zasłynął na świecie jako właśnie autor zbioru zagadek puzzlowych zatytułowanych „The Torquemada Puzzle Book”, które w składzie miały właśnie tytułową „Żuchwę Kaina”. Zagadka została re-edytowana w 2019 przez zagranicznego wydawcę. Publikacja miała 100 stron. Obu edycjom, po opublikowaniu, towarzyszył konkurs oferujący nagrodę pieniężną pierwszemu czytelnikowi, który rozwiązał zagadkę. Pierwsza nagroda wyniosła 15 funtów i miała zostać przekazana „pierwszemu czytelnikowi, który mógł poprawnie uporządkować strony i przedstawić relację z 6 osób zamordowanych w Kain’s Jawbone i pełnych nazwisk ich morderców” Dwie osoby, pan S. Sydney-Turner i pan W. S. Kennedy, rozwiązali zagadkę w 1935 roku i wygrali finalnie po 25 funtów. Wydawcy edycji 2019 przeprowadzili konkurs po raz drugi, mówiąc: „Nagroda w wysokości 1000 funtów (w przybliżeniu, tyle było warte 15 funtów w 1934 roku) zostanie przyznana pierwszemu czytelnikowi, który poda nazwiska morderców i zamordowanych, prawidłową kolejność stron i krótkie wyjaśnienie, w jaki sposób uzyskano rozwiązanie. Konkurs będzie prowadzony przez rok od daty publikacji.” W listopadzie 2020 roku ogłoszono, że komik i kompilator krzyżówek John Finnemore poprawnie rozwiązał zagadkę. Zajęcie się tym tematem zajęło mu sześć miesięcy podczas lockdownu COVID-19 (źródło: Wikipedia)Pierwsze wydanie książki było w twardej oprawie. Drugie stanowiło pudełkowy zestaw kartek, które powinny być przez czytelnika samodzielnie poukładane, by rozwiązać zagadkę.  Tekst zawiera sporą liczbę cytatów, odniesień, kalamburów i innych gier słownych. Strony mogą być ułożone w ogromną ilość możliwych kombinacji, ale jest tylko jedna poprawna kolejność. Co ważne, rozwiązanie układanki nigdy nie zostało upublicznione.

Niełatwe to zadanie przebrnąć przez publikację. Próbowałam, z marnymcz skutkiem, niestety. Jest to jednak unikatowy sposób na zabawę, z którym spotkałam się po raz pierwszy. Idealny dla zatwardziałych fanów zagadek i łamigłówek, w których liczy się zdolność szybkiego kojarzenia, analitycznego myślenia i szybkiego zapamiętywania. Publikacja idealna dla odważnych!!! 

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z publikacją bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Ta dziewczyna” Ruth Ware

TA DZIEWCZYNA

  • Autorka: RUTH WARE
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:512
  • Data premiery: 17.05.2023r.
  • Data premiery światowej: 12.07.2022r. 

Do thrillera brytyjskiej pisarki Ruth Ware  „Ta dziewczyna” podeszłam bez entuzjazmu. Mogło to wynikać z tego, że zasugerowałam się licznymi nieprzychylnymi opiniami stwierdzającymi, że to najsłabsza powieść autorki. Jest to piąta powieść wydana przez Czwarta Strona Kryminału autorstwa Ruth Ware. I czwarta o której opinia znalazła się na moim czytelniczym blogu (w kolejności publikacji: „Pod kluczem”, „Śmierć Pani Westaway”, „Jedno po drugim”). 

„(…) i nagle przeszywa ją wspomnienie tamtego wieczoru przed wielu laty, kiedy biegli razem przez Fellows Garden, miała wtedy na sobie jego kurtkę. I tak to się skończyło dla Hugh. Tak też skończy się teraz dla niej”. -„Ta dziewczyna” Ruth Ware

Słynny koledż Pelham na Oxfordzie. Nowy dom na najbliższe trzy lata dla Hannah, dla April, dla Hugh, dla Willa, dla Ryana, dla Emily i dla wielu innych studentów. Nie wszystkim jednak było dane go skończyć. Nie skończyła go Hannah Jones. Miła dziewczyna, która dla wszystkich chciała być przyjazna. Nie skończyła również April Clarke – Cliveden atrakcyjna młoda kobieta, która z doktorem wykładającym na studiach była na „Ty”, która uwodziła chłopaka swojej koleżanki, która była niewierna Willowi i która robiła najbliższym niewybredne przykre niespodzianki. Która miała swoich wrogów. Wiele lat po jej śmierci jej współlokatorka zaczyna wątpić, czy przez jej zeznania nie został osadzony niewinny człowiek. Czy to przez nią John Neville, „lepiej znany jako Dusiciel z Pelham” nie zmarł w więzieniu w wieku 63 lat?

Mam niejednorodne spostrzeżenia po przeczytaniu tej powieści. Widzę i jej mocne, i jej słabe strony. Zacznę od negatywów. Niemiłosiernie dłużyła mi się fabuła!!! Książka mogłaby mieć o co najmniej 150 stron mniej, a i tak nic by nie straciła ze swej treści. Liczne powtórzenia. Wałkowanie ciągle jednego i tego samego wątku, kiedy akcja i tak była skupiona wobec Hannah Jones, aktualnie de Chastaigne i jej wątpliwości, czy to, co widziała wiele lat temu było rzeczywistą prawdą, czy tylko jej oczekiwaniem. Chyba w pisaniu autorka tak się zagalopowała, że nie zauważyła, iż trafne sformułowanie pojawiło się dwukrotnie w publikacji. „Will ma dość przyzwoitości, by wyglądać na lekko zawstydzonego.” – dałabym sobie głowę uciąć, że to zdanie przeczytałam wcześniej. Możliwe też, że to deja vu i zostałabym bez głowy. 

Co do samego wątku kryminalnego to przyznaję, że pomysł był bardzo zgrabny. Powracająca przez lata trauma nagle znajduje ujście i zaczyna dominować nad życiem dorosłego już człowieka. To trochę takie wracanie do przeszłości, by zamknąć pewien rozdział, by zacząć żyć pełną piersią. Natomiast wykonanie nie do końca się udało. Hannah wydawała mi się w swoich działaniach nieracjonalna. Nużyło mnie zaglądanie do jej wnętrza w sposób, który przedstawiła autorka. Kompletnie mnie jej życie wewnętrzne nie przekonało. Nierówno Ruth Ware, moim zdaniem, opisywała, z czym główna bohaterka musiała się mierzyć przez lata. Jej relacje z kolegami i koleżanki z koledżu również były nierealne. Taka otwartość po tylu latach braku kontaktu, dla mnie osobiście wątpliwa. Byli na każde jej zawołanie. Trochę przypominało mi to narrację bardziej życzeniową – tak autorka by sobie życzył, niż rzeczywistą. Odebrałam Hannah jako wyjątkowo naiwną młodą kobietę, która historii sprzed lat niby podporządkowała całe swoje życie, „niby”. 

Co do zalet to przyznaję, że niektóre postaci były naprawdę dobrze wykreowane. Kosnekwentnie autorka przedstawiła Hugh, kujona na pierwszym roku medycyny, chłopaka do „rany przyłóż”, z którym Hannah stworzyła przyjazną więź. Podobał mi się też wątek z doktorem Horatio Myersem, sąsiadem dziewczyn z bursy. Mógł być naprawdę bardzo ciekawym bohaterem, o ile autorka nadałaby mu większego znaczenia i poświęciła mu więcej stron. Był naprawdę dobrym materiałem na kogoś, kto mógłby namieszać w tym tak naprawdę leciutkim thrillerku (ps. jedyne napięcie odczułam w końcówce). Podobała mi się konstrukcja rozdziałów i przedstawianie historii „Przed” i „Po”. To jest chyba ulubiona konstrukcja książek Ruth Ware, te retrospekcje, które mają bardziej namieszać, niż wyjaśniać. Duży plus za to, że główną bohaterką jest kobieta w ciąży. Jestem tym naprawdę mile zaskoczona, bo chyba po raz pierwszy w książce tego gatunku i z taką fabułą występuje kobieta w ciąży, ze wszystkimi jej atrybutami, trudnościami i bolączkami. Świetny pomysł, naprawdę odosobniony. 

Książka dla fanów Ruth Ware. Pozycja dla czytelników, którym nie straszna przydługa, rozciągana do granic fabuła i lekkość thrillera. Lubicie Ruth Ware? Jeśli tak to sprawdźcie jak spisała się w „Tej dziewczynie”. 

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Pomoc domowa” Freida McFadden

POMOC DOMOWA

  • Autorka: FREIDA McFADDEN
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Cykl: MILLIE CALLOWAY (tom 1)
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery: 27.09.2023r. 
  • Data premiery światowej: 26.04.2022r

Debiutancka powieść „Zamknięte drzwi” Freidy McFadden bardzo mi się podobała. Tak bardzo, że moja subiektywna opinia wyniosła 8/10 (recenzja na klik). Bardzo ucieszyłam się na premierę z 27 września br. pt. „Pomoc domowa„, którą zaproponowało mi Wydawnictwo Czwarta Strona. Sięgnięcie do książki trochę mi jednak zajęło. I uwierzcie mi….żałuję, że przeczytałam ją tak późno. 

Po dziesięcioletnim pobycie w więzieniu młoda Wilhelmina „Milli” Calloway uporczywie szuka pracy. Poprzedni pracodawca przekroczył granicę jej nietykalności. Od miesiąca mieszka w samochodzie. I mimo pewnych obaw związanych ze swoim przyszłym miejscem pobytu, przyjmuje posadę pomocy domowej w bogatym domu Niny i Andrew Winchester’ów. Od początku współpraca z panią domu niesie ze sobą wiele wyzwań. Nina wydaje się niestabilna psychicznie. Do tego, ich córka Cecelia daje się również we znaki. Mała dziewczynka nie jest przychylna nowej opiekunce, do tego gardzi przygotowanymi przez nią posiłkami i nie pozwala się do siebie zbliżyć. Czy Millie utrzyma tę pracę dłużej? 

(…) Było w tamtym pokoju coś przerażającego, ale jeśli jakimś cudem uda mi się dostać tę pracę, przywyknę do tego. Z łatwością.” – „Pomoc domowa” Freida McFadden.

Już sam opis pokoju na poddaszu z początku książki mnie zafrapował. Tak mocno wciągnął mnie w swoją tajemniczość, że wszystkimi siłami postanowiłam skończyć książkę w jeden wieczór, by dowiedzieć się, jaką tak naprawdę historię skrywał. Książka Freidy McFadden okazała się dobry thrillerem psychologicznym, z ciekawym, nietuzinkowym zakończeniem. I tylko końcowy udział włoskiego ogrodnika trochę mnie zawiódł… ale tylko trochę. 

Wracając do „Pomocy domowej” to niezwykle ciekawa jestem jej kolejnych tomów. Recenzowana przeze mnie powieść jest bowiem pierwszym tomem cyklu. Kolejne dwie już zostały wydane przez zagranicznego wydawcę. Liczę, że i Czwarta Strona wyda je czym prędzej u nas. Ciekawi mnie z jakimi problemami, z jakimi domownikami będzie się stykać Millie Calloway w kolejnych częściach. Ciekawi mnie z jakimi paniami domów i panami domów będą musiały się zmierzyć. Bez dwóch zdań przeczytam kolejne części serii, bo „Pomoc domowa” okazała się bardzo dobrym jej początkiem. 

Powieść czyta się niezwykle szybko. Autorka bardzo dobrze wykreowała napięcie, umiejętnie prowadziła narrację zaciekawiając mnie praktycznie od początku do końca. Książka podzielona jest na trzy części, łącznie zawarto w niej sześćdziesiąt jeden rozdziałów. Zaczyna się dość mocno. W prologu czytelnik dowiaduje się o martwym ciele w pokoju na poddaszu i tylko dzięki kolejnym elementom układanki poznaje, co tak naprawdę doprowadziło do tej interesującej śmierci. Jak już wspomniałam o prologu to wspomnę też o epilogu, który mnie zaskoczył równie mocno jak początek. Epilog, w mojej opinii, jest obietnicą czegoś naprawdę dobrego w kolejnym tomie, o ile Freida McFadden podążyła faktycznie w tę stronę. Narracja prowadzona jest z perspektywy Millie i z perspektywy Niny. I ta opowieść słowami Niny była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Po głębszej analizie uznałam, że faktycznie fabuła ma sens, spina się. Nie był więc to zabieg autorki powodujący większe zaciekawienie, a przemyślany projekt literacki, który wyszedł bardzo zgrabnie. 

Losy dwóch kobiet, bardzo różnych, których połączyło coś wspólnego. Połączyła wspólna historia. 

To książka o fasadach, o kłamstwach. To książka o relacjach rodzinnych, które są zbudowane na strachu, które były od młodych lat bohaterów zbudowane na strachu i dzięki temu tak długo przetrwały. To książka o 100 włosach z cebulkami (majstersztyk!) i czterech zębach, a także trzech małych butelkach wody zamkniętych w małej lodóweczce. To naprawdę bardzo dobra historia. Napisana z uczuciem, w wysublimowany sposób ukazująca cierpienie kobiet, które z zewnątrz wydają się być zwyciężczyniami nie mającymi prawa na nic narzekać.

Serdecznie zachęcam Was do tej lektury. Nie pożałujecie !!! 

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA. 

„Klub” Ellery Lloyd

KLUB

  • Autorzy: ELLERY LLOYD
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 380
  • Data premiery: 25.10.2023r. 
  • Data premiery światowej: 1.03.2022r.

25 października 2023r premierę miał kolejny thriller od Czwarta Strona Kryminału. Wydawnictwo dla mnie zawsze jest gwarantem dobrej książki. Często wrzucam na półkę ich publikacje bez większego zastanowienia. Podobnie było z książką pt. „Klub” Ellery Lloyd. Nie znając autorów, bo pod pseudonimem Ellery Lloyd kryje się duet pisarski, a znając Wydawnictwo nastawiłam się naprawdę na bardzo interesującą lekturę. Choć temat ekskluzywnego klubu nie jest mi obcy. Pamiętam;  „Podziemny krąg” z 1999 roku z Bradem Pittem w roli głównej oraz „Grę” z 1997 roku z Michaelem Douglasem, gdzie grany przez aktora bohater – Nicholas Van Orton –  w  dniu swoich 48 urodzin zostaje zaproszony do tajemniczej gry, która odmienia jego monotonne życie. Podobny motyw pojawił się w filmie z ubiegłego roku „Menu”, w którym młoda para wybiera się na odległą wyspę, do ekskluzywnej restauracji do której zaproszenia otrzymuje bardzo bardzo wąskie grono. 

KAŻDY DAŁBY SIĘ ZABIĆ, BY DOŁĄCZYĆ… do kolektywu klubów dla celebrytów rozsianych po całym świecie, w których bogaci i sławni mogą ostro imprezować, a następnie odpoczywać w pięciogwiazdkowych apartamentach, z dala od wścibskich oczu fanów i mediów” – z opisu Wydawcy. A to wszystko dzięki i pod okiem Neda Grooma, jej aktualnego dyrektora, który jest w stanie zapewnić wymagającym gościom każdą, żądaną przez nich rozrywkę.

The Home Club nie okazał się jednak tak interesujący, jak wynika z opisu książki. Pomysł miał opierać się na fabularnej krytyce rozrzutności, celebryckiego życia i hołdowania własnym, nawet najbardziej prymitywnym pragnieniom. Z zabiegu narracyjnego wyniknęła opowieść z punktu widzenia organizowania dużego wydarzenia integracyjnego, w którym udział chciałby wziąć prawie każdy. I ten zabieg okazał się niezwykle udany. Autorzy bardzo dobrze sportretowali tło powieści z punktu widzenia całej załogi, a także nawet z punktu widzenia dziennikarzy, którzy relacjonują w prasie zdarzenia w trakcie i po imprezie, snują różnorodne teorie spiskowe, a nawet dopowiadają pourywane wątki. I to tyle z silnych stron książki. Słabością powieści jest pomysł, który gdzieś się ulotnił w trakcie pisania. Możliwe, że duet pisarski się ścierał próbując przeforsować różne podejścia i różne koncepcje. Finalnie wyszło słabo. Trup ścieli się gęsto. Ofiary pojawiają się jedne po drugich. Zaskoczona byłam koncepcją bohaterów. Tak naprawdę perspektywa czterech osób gwarantowała różnorodność.  Nie utożsamiłam się ani z Adamem – bratem właściciela, ani z Annie odpowiedzialną za kontakty z celebrytami. Chwilami ciekawiła mnie Nikki osobista asystentka Neda, lecz bliżej mi było do Jess, nowo zatrudnionej zarządzającej ekipą sprzątającą. Teoretycznie wszyscy mają swoje tajemnice i powody do zemsty, i powinni mnie bardziej ciekawić, niż się stało. Po przeczytaniu książki odczułam pewien niedosyt. Odebrałam bohaterów słabo, mało wyraźnie. Zabrakło mi wątku przewodniego. Zdarzenia mieszały się, rozgałęziały jak macki ośmiornicy. Przeczytałam i tyle. 

Ciekawy koncept.  Wykonanie musicie ocenić sami. 

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Ofiara twoim przeznaczeniem” Ryszard Ćwirlej

OFIARA TWOIM PRZEZNACZENIEM

  • Autor: RYSZARD ĆWIRLEJ
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Seria: ANTONI FISCHER. TOM 8
  • Liczba stron: 360
  • Data premiery: 6.09.2023r. 

7 września br. premierę miał najnowszy (ósmy już) tom serii o Antonim Fischerze autorstwa Ryszard Ćwirlej pisarz pt. „Ofiara twoim przeznaczeniem” od Czwarta Strona Kryminału. O poprzednim tomie z cyklu pisałam tu: „Śmierci ulotny woal”. W recenzji napisałam między innymi: „W warstwie patriotycznej idealnie przedstawił rozterki typu; kto Polak, kto Niemiec. Odniósł się do niemieckiego pochodzenia, niemieckich imion i nazwisk, które nie determinują niemieckości, lecz czasem polskość i odwrotnie. (…) Socjologiczny obszar świetnie został rozrysowany w ujęciu polsko – niemieckich nazw. Raz Ćwirlej umiejscawia akcję w Poznaniu, raz w Posen. Innym razem szajka lokalnych złodziejaszków jedzie na akcję do Szczecina, a raz do Stettina. A sam Fischer to raz Antoni, a raz Anton”. Mam nadzieję, że jesteście ciekawi, jak tym razem odebrałam historię opisaną przez Pana Ćwirleja?

W Poznaniu w roku 1931 odnaleziono skradziony w czasie działań wojsk niemieckich na terenie Belgii obraz z podobizną Matki Boskiej. Już w momencie kradzieży przez niemiecką armię wiadomo było, że obraz jest cenny. Jego autorstwo przypisane zostało wczesnemu Bruegelowi. Podopieczni Fischera z Dyrekcji Policji w Poznaniu, Oskierko z Olkiewiczem szukają świątyni, z której obraz zabrali szabrownicy. W między czasie w mieście kwitnie przemyt. Najpierw życie traci Marian Grzelak, drobny złodziejaszek. Następnie Tolek Grubiński wraz ze swoją szajką zostaje złapany na gorącym uczynku, gdy plądruje dość owocnie mieszkanie. Sam komisarz Antoni Fischer z misją przebywa w Bydgoszczy, gdzie zostaje zaskoczony obecnością swego przełożonego z czasów Wielkiej Wojny, majora Richarda Böhma, występującego w roli szefa niemieckiej delegacji handlowej. 

Zanim o fabule to muszę zadać Wam pytanie, czy zwiedzaliście Międzyrzecki Rejon Umocniony (w skrócie MRU)? To kompleks misternie wniesionych przez Niemcy umocnień po przegranej I Wojnie Światowej. Do dziś zachowały się tunele (30 km tras), które można zwiedzać. Zaczynając czytać „Ofiara twoim przeznaczeniem” Ryszarda Ćwirleja od razu pomyślałam o tych ciekawych fortyfikacjach. Jak czytamy na oficjalnej stronie (źródło: https://bunkry.pl/historia/#) „Plan ufortyfikowania obszaru zakładał wybudowanie ponad 100 obiektów bojowych, w większości połączonych ze sobą systemem podziemnych korytarzy spiętych głównym korytarzem w jedną całość. Uzbrojenie schronów stanowić miały karabiny maszynowe, miotacze ognia, granatniki automatyczne oraz armaty w bateriach artyleryjskich i działka przeciwpancerne w kazamatach pancernych”. I to o ten historyczny wątek również zahaczył Ryszard Ćwirlej kończąc ósmą opowieść o Antonim Fischerze. 

Skojarzenia z MRU pojawiły się przy kwestii działań niemieckiego wojska związanego z rozbudowywaniem infrastruktury obronnej wzdłuż granicy. To odkrycie wywiadowcze zainteresowało delegaturę i samego Żychonia, szefa sławetnej „Dwójki”. Już w czasie, gdy dzieje się akcja, polskie służby wywiadowcze wiedziały, że Niemcy szykują całą linię obronną. W tym zakresie Ćwirlej przeszedł samego siebie pokazując słabości ówczesnej polityki, możliwości do nadużyć, czy wręcz jawnej polityki związanej w zagrabianiem państwowego, w tym przypadku wojskowego mienia. Historyczna wartość tej powieści jest więc oczywista i zachęca do dalszych badań nad tematem. 

Nie wiem jak głęboko Ryszard Ćwirlej sięgnął do prawdziwej historii. Wiem natomiast, że „Ofiara twoim przeznaczeniem” to kolejny kryminał retro z politycznym wątkiem w tle. Tak jak w poprzedniej części, niemieckość, miesza się z polskością. Nie wiadomo, kto Polak, kto Niemiec. Sam Fischer raz jest Antonim, raz Anthonem. Bydgoszcz – Bydgoszczą, lub Bromberg. Przykładów można by mnożyć w nieskończoność. Sami śledczy, z wyjątkiem oczywiście tych wybitnych, zostali przedstawieni z przymrużeniem oka. 

(…) do policji trafiają ludzie pełni zapału, ale z możliwościami intelektualnym dalekimi od zadowalającego poziomu ćwierćinteligenta. Pracujemy z takim, a nie innym materiałem ludzkim i nie ma co narzekać. Może kiedyś dojdziemy do sytuacji, w której matura będzie cenzusem uprawniającym do pracy w policji, a na razie cieszymy się, jeśli nas posterunkowy na jakimś zadupiu ma zaliczone trzy klasy powszedniaka, czyli umie pisać i czytać…” – „Ofiara twoim przeznaczeniem” Ryszard Ćwirlej. 

Przodownicy kryminalni również o swojej pracy nie mają wysublimowanego zdania. Dla nich wszystko jest proste. Metody przesłuchiwania oklepane, ale jakże skuteczne. Bratanie się z drobnymi przestępcami zawsze opłacalne. A uliczki, jak to uliczki ciemne. Byle by tylko korzystać z usług zarejestrowanych dziewczynek do towarzystwa. 

Większość spraw kryminalnych ma proste wytłumaczenie. Trzeba tylko wiedzieć, kogo pytać (…) To tylko w powieściach wszystko jest niepotrzebnie rozkładane na czynniki pierwsze, podczas gdy prawda leży na wyciągnięcie ręki. – Wskazał na leżącego u jego stóp człowieka. – Gdy się odpowiednio uderzy, to nożyce odzywają się natychmiast.” – „Ofiara twoim przeznaczeniem” Ryszard Ćwirlej. 

Bardzo lubię kryminały retro. Lubię ten ciemny blichtr, ten smród, brud i te dorożki ciągnione przez konie brudzące swymi odchodami ulice. A jeszcze bardziej lubię bohaterów w stylu Fischera, który jako „(…) wojskowy potrafił analizować sytuację wojenną na poziomie taktycznym, ale również umiał ocenić ją z poziomu strategicznego. A strategia była dla powstańców bezwzględna.” – „Ofiara twoim przeznaczeniem” Ryszard Ćwirlej.

Do tego bardzo lubię uczyć się historii z beletrystyki, w której ścierają się losy ludzi z różnych perspektyw. Byłej wojny, przyszłej wojny. Byłego języka ojczystego, aktualnego, czy nawet przyszłego. Dlatego całkowicie „Ofiara twoim przeznaczeniem” Ryszarda Ćwirleja spełniła moje oczekiwania. Może tylko za dużo było gmatwania i komplikowania w tych wojskowych, kryminalnych bohaterach. Momentami myliły mi się nazwiska, myliły mi się postaci. Mimo tego, że Autor zadbał, by na początku każdego rozdziału znalazło się oznaczenie miejsca i czasu, nawet Ćwirlej podaje godzinę i porę dnia.

A propos bohaterów, głęboki ukłon dla Autora, który dotrzymał słowa w aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i nadał imię oraz nazwisko dwóm bohaterom w podziękowaniu za ich udział w licytacji. A Panom Piotrowi Pikule i Marcinowi Rybackiemu za zaangażowanie w tą szczytną inicjatywę i udział w zabawie. Ciekawe, co by zrobił Autor z moim nazwiskiem? Może się przekonam. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy znowu zagra!!! Trzymam kciuki, by zagrał z nią również Ryszard Ćwirlej. 

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Pozostała rodzina” Lisa Jewell

POZOSTAŁA RODZINA

  • Autorka: LISA JEWELL
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Cykl: IDEALNA RODZINA (tom 2)
  • Liczba stron: 424
  • Data premiery: 26.07.2023r
  • Data premiery światowej: 9.08.2022r. 

Książkę „Idealna rodzina” (recenzja na klik) wydaną przez Wydawnictwo @Czwarta Strona tak bardzo zapamiętałam, że praktycznie przy każdej okazji wspominam, iż oceniłam ją 10 /10. Stworzenie tak patologicznego świata w tak wysublimowany i delikatny sposób zasługiwało na wysoką ocenę. Z chęcią więc zaplanowałam przeczytanie premiery z 26 lipca br. pod tytułem „Pozostała rodzina”, która – jak czytamy w Podziękowaniu od autorki – jest sequelem oczekiwanym i wręcz pożądanym przez wiernych czytelników. 

Lisa Jewell wydała po „Idealnej rodzinie” jeszcze dwie książki na polskim rynku wydawniczym. Obie przeczytałam. Żadna z nich jednak nie poruszyła w mym sercu tylu strun, co wspomniana uprzednio publikacja. Linki do moich opinii na ich temat znajdziecie tu: „Niewidzialna dziewczyna” oraz „Noc w której zniknęła”. 

Tylko że wszyscy robiliśmy złe rzeczy w tamtym domu, nikt nie wyszedł stamtąd nieskazitelny. Nauczyłem się traktować nasze grzechy jako strategie przetrwania.” -„Pozostała rodzina” Lisa Jewell.

Dwadzieścia pięć lat po wydarzeniach, które dotknęły rodzinę Lambów, Thomsenów i ich przyjaciół w domu przy Cheyne Walk 16, Lucy z dwójką małoletnich dzieci zamieszkuje w mieszkaniu swego brata Henry’ego. Henry’ego, któremu powiodło się w życiu. Spadek po rodzicach, Henrym Seniorze i Martinie to tylko dodatek do jego dochodów, wypracowanych przez siebie, wypracowanych przez lata, by zapomnieć o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat, które zawarzyły na tym, kim Henry się stał w dorosłym życiu. Lucy nie poszczęściło się tak dobrze. Po wielu latach życia na ulicy, przemocowym małżeństwie, w wieku czterdziestu lat nie ma nic. Dopiero co odzyskuje Libby. Dopiero co zaczyna szukać dla siebie miejsca, własnego kąta, w którym jej dzieci wreszcie mogłyby się poczuć jak u siebie. Czy jej się uda? 

Pozostała rodzina” to nie „Idealna rodzina”. Nie zmienia to faktu, że sequel czyta się całkiem nieźle. Sama ponad dwa lata temu zastanawiałam się, co stało się później z bohaterami pierwszej części. Czy Lucy ułoży sobie życie? Czy Henry zacznie czuć się szczęśliwym? Czy Phin się odnajdzie i czy kiedykolwiek złączy się ze swoją matką i siostrą? Na niektóre z tych pytań odpowiedzi udzieliła Lisa Jewell w tej części. 

Narracja prowadzona jest wielotorowo. Jewell przedstawia trzy równoległe rzeczywistości. Pierwszą, która dzieje się w roku 2019 i dotyczy śmierci nieznanej kobiety wyłowionej z Tamizy. Wydarzenia związane z niespodziewanym zgonem relacjonowane są z punktu widzenia śledztwa prowadzonego przez inspektora Samuela Owusu i posterunkowego Donala Muira. O dziwo, jest to relacja pierwszoosobowa. Piszę o dziwo, bo w moim subiektywnym odczuciu inni bohaterowie bardziej zasłużyli na tak osobistą, indywidualną perspektywę narracji. Drugi fikcyjny świat dotyczy Rachel i jej życia. Jej świata jako kobiety, jako córki, jako prowadzącej własną działalność gospodarczą i jako żony. I właśnie zastanawiałam się dość długo, co robi Rachel w tej powieści. W przeciwieństwie do Samuela, o życiu Rachel dowiadujemy się z perspektywy narratora trzecioosobowego. Relacjonującego wydarzenia z jej życia w sposób chronologiczny, uporządkowany, od 2018 do 2019. Trzecie opisane w powieści życie dotyczy Henry’ego. Przedstawiony zostaje czytelnikowi na nowo w czerwcu 2019 roku. Przedstawiony w sposób osobisty, dzięki narracji pierwszoosobowej. I już na dziewiętnastej stronie powieści Jewell nawiązuje do wydarzeń z „Idealnej rodziny” z punktu widzenia Henry’ego, z jego perspektywy. W te trzy prezentowane opowieści wtłoczona zostaje również historia Lucy i Libby. Historia dwóch kobiet, która rozpoczęła się dawno temu i trwa do tej pory. Dziwna to konstrukcja poruszająca wiele aspektów z życia Lambów, Thomsenów. Jakby Jewell szukała odpowiedzi i wytłumaczenia dla pewnych zdarzeń opisanych w „Idealnej rodzinie”. 

Kobiety kobietom, a mężczyźni mężczyznom zgotowali ten los. Idealnie Jewell nawiązała do tego, co zawdzięcza Lucy Birdie . Sprytnie nawiązała do tego, kim stał się Henry dzięki Phineasowi. Dodatkowo co zrobiła Rachel z Michaelem. Nie wiem tylko skąd pomysł na tak rozbudowaną narrację Samuela i na tak rozbudowaną opowieść związaną z poszukiwaniem Phina, kiedy on finalnie nie okazał się żadną znaczącą postacią. A szkoda, bo Phineas jako samiec Alfa miał jednak wiele do zaoferowania tej historii. 

Ja książek jednak nie piszę. Ja książki czytam. Potrafię docenić dobrze wykonaną pracę, nawet jeśli historia ostatecznie nie ułożyła się w sposób, w którym ja bym ją widziała. 

Pozostała rodzina” to kontynuacja „Idealnej rodziny”, która jest idealna dla tych, którzy – podobnie jak ja – zastanawiali się, co się stało z bohaterami po opuszczeniu domu Cheyne Walk 16. 

Moja ocena: 7/10

Za możliwość recenzji książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Grzęzawisko” Przemysław Żarski

GRZĘZAWISKO

  • Autor: PRZEMYSŁAW ŻARSKI
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 12.07.2023r. 

Seria z Robertem Kreftem autorstwa @Przemysław Żarski – autor bardzo mi się podobała. Przeczytałam wszystkie trzy części. Ich recenzję znajdziecie na moim blogu. Zachęcam: „Ślad”, „Blizna” oraz „Cierń”. I to właśnie przy okazji recenzji trzeciej części trylogii napisałam: „(…) To trylogia, w której każda kolejna część jest na takim samym wysokim poziomie i w odniesieniu do kunsztu pisarza, i w odniesieniu do fabuły”. Ciągle podtrzymuję moją opinię. Szczerze, warto ją przeczytać. 

Wracając do książki Żarskiego, która debiutowała 12 lipca br. pt. „Grzęzawisko” od Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału to już na wstępie zaznaczam, że chwile z nią spędzone uważam za w pełni udane. 

W sobotę 15 czerwca wyszedł z domu i zaginął czternastoletni Szymon Sulima. Szymon miał na sobie… (…) Jeśli ktoś ma informacje dotyczące miejsca pobytu Szymona, prosimy o kontakt z najbliższym komisariatem policji lub pod wskazanym numerem telefonu…” – „Grzęzawisko” Przemysław Żarski.

Zaginięcie Szymona, zwanego Siwym w 1996 roku pozostało zadrą w sercu i jego kolegów, i miejscowej policji. Do sprawy wszyscy wracają w 2019 roku, gdy na terenie miejscowych mokradeł zostają odnalezione ludzkie kości. Badania wykazały, że szczątki należą do zaginionego sprzed ponad dwudziestu lat Szymona, który w okolicy odnalezienia zwłok przebywał z rówieśnikami na leśnym biwaku. Sprawą zajmuje się Podkomisarz Aleksandra Lazar wspierana przez swój zespół, a szczególnie przez Błażeja Urygę. 

Czy to kolejna para śledczych? Czy „Grzęzawisko” rozpoczyna kolejną serię kryminałów? 

Bardzo bym chciała. Nie ukrywam, że wśród ostatnio przeczytanych powieści tego gatunku „Grzęzawisko” zajmuje miejsce na podium. Zachwyciłam się tą książką na równi z serią o Antonii Scott. Przy okazji Scott, pamiętacie, że premiera trzeciego tomu zatytułowanego „Rey Blanco. Biały Król” Juana Gómeza-Jurado już jutro? 

Ola: „Ona nie miała do tego cierpliwości; pewnie dlatego, że rzadko wychodziła z pracy – myślami tkwiła w niej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Starała się nie zaniedbywać córki, lecz miłość do Mai nie była w stanie połatać wszystkich pęknięć, które powstawały przez lata na jej kruchej psychice. Nikt nie nauczył jej budować głębokich relacji, pielęgnować ich.” – „Grzęzawisko” Przemysław Żarski.

Błażej: „Miała wrażenie, że dogadują się bez słów. Jednego powinna się od niego nauczyć, żonglować maskami. Błażej zaszył pod skórą bolesną przeszłość i robił wszystko, by szwy wytrzymały. Jej chciało się czasem wyć z bezradności.” – „Grzęzawisko” Przemysław Żarski.

Skomplikowana relacja dwójki poranionych przez przeszłość dorosłych ludzi. Relacja przełożony – podwładny. Relacja partnerska. Relacja damsko – męska. Nie oceniałam ani jego, ani jej. Wręcz przeciwnie, wbrew rozsądkowi i wbrew damskiej solidarności, całkowicie Aleksandrę Lazar zaakceptowałam. Z jej bolączkami. Z jej zranionym sercem. Z wszystkimi pytaniami, które zadaje sobie od kilkudziesięciu lat. Nawet z jej błędnymi decyzjami, które podejmuje, by przynajmniej na chwilę odsunąć od siebie tę pustkę, tę nicość, której nikt w pełni nie wypełnił. Podobny stosunek po przeczytaniu „Grzęzawiska” mam do Błażeja Urygi, choć długo Żarski trzymał mnie w niepewności, czym śledczy zasłużył sobie, by wylądować w tak prowincjonalnym zespole kryminalnym. Nie obwiniajcie mnie więc, że chciałabym Olę z Błażejem zobaczyć, posmakować w innym wątku kryminalnym, w innej publikacji. 

Zastanawiające jak ocena prozy Żarskiego dokonana przeze mnie lata temu idealnie wkomponowuje się w odczucia po ostatniej Jego książce. Zerkając na recenzję trzeciej części z Kreftem „Cierń” aż muszę przytoczyć, z jedną tylko małą modyfikacją, moje obserwacje, które idealnie pasują do uczuć po lekturze „Grzęzawiska”. „Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie. Konstrukcja podoba mi się bardzo. Rozdziały (…)” – i tu lekka modyfikacja – nazwane są latami, w których dzieje się akcja. Czytelnik zanurza się więc w fabułę umiejscowioną w roku 1996, 1986, lub w roku 2019. „(…) Żarski uwielbia retrospekcje. Dzięki takiej konstrukcji czytelnik nie ma szans się pogubić, zatracić w kreowanych wątkach. Pisarstwo Żarskiego zasługuje na ogromne brawa. Dbałość o detale, wykreowane postaci, ciekawe wątki poboczne, udane retrospekcje, o których już wspomniałam. Przedstawiając wątek kryminalny Żarski dopracowuje każdy szczegół, nie ma żadnych niedociągnięć. Sam wszystko kwestionuje, podważa postawione tezy. Tym samym uwiarygadnia każdy wątek, każdy postęp w śledztwie.  Takie właśnie mam przekonania po przeczytaniu ostatniej książki Przemysława Żarskiego, co oznacza, że Autor utrzymał nadal bardzo wysoki poziom, choć od ostatniej mojej lektury jego twórczości minęło już ponad dwa lata. 

Historia ułożyła się w całość. Może i wątek kryminalny nie jest finezyjny, za to wykonanie mistrzowskie. Nie nudziłam się. Żaden fragment nie odebrałam jako przydługi. Po rozpoczęciu czytania nie mogłam doczekać się rozstrzygnięcia. Nie mogłam doczekać się końca historii, by wreszcie się dowiedzieć, by wreszcie zrozumieć. Warstwa obyczajowa głównych bohaterów, a nawet tych pobocznych, jak chociażby wątek emerytowanego policjanta Młynarczyka, czy zaginionego mniej więcej w tym samym czasie co Szymon, Witolda Mamrota, tylko wzbogaca fabułę i uzupełnia śledztwo. A opis zachowania Bartosza Adlera ze strony 243 jako wstrząsające świadectwo półsieroty długo zapadnie mi w pamięci. 

Jeśli lubicie polskie kryminały, w których prawda ma drugie dno, a główni bohaterowie mącą czytelnikowi w głowach, to łapcie za „Grzęzawisko” Przemysława Żarskiego. Chwytajcie i czytajcie książkę, którą pochłonęłam w jeden wieczór. Bez przerwy. Bez wytchnieniaKsiążkę, która podobała mi się bardzo, a nawet bardzo, bardzo. Miłego czytania!!! 

ps. a o zakończeniu nic nie wspominam… celowo . 

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Ludzie z mgły” Izabela Janiszewska

LUDZIE Z MGŁY

  • Autorka: IZABELA JANISZEWSKA
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 08.03.2023r.

Wydawnictwo @Czwarta Strona konsekwentnie wydaje kryminały autorki @Izabela Janiszewska. „Ludzie z mgły” debiutujące w tegoroczny Dzień Kobiet to szósta powieść autorki, która już za mną. Recenzje poprzednich znajdziecie pod linkami: tryptyk; „Wrzask”, „Histeria” oraz „Amok”, a także „Niewybaczalne” i „Apartament”.  

„Wie pan, ludziom się wydaje, że najgorsza jest bieda albo choroby, ale to bzdura – powiedział zamyślony. – Najgorszy to, proszę pana, jest strach. Jak człowieka ściśnie w tych swoich łapskach, to żyje się tak, jakby się codziennie umierało. Po tysiąc razy. Nie ma na to tabletki ani sposobu.” -„Ludzie z mgły” Izabela Janiszewska.

W małym miasteczku, Sinicach, ginie kilkunastoletnia Alicja Jarosz. Córka miejscowego lekarza. Panienka z tak zwanego dobrego domu. Wyszła do kościoła i nie wróciła. Ojciec, matka i brat zgłaszają zaginięcie na policję. Śledztwo powierzone zostało komisarzowi Krzysztofowi Lipskiemu i aspirantce Weronice Sowińskiej. Policyjna, żmudna robota zaczyna się toczyć swoim tempem. Gdyby nie szokująca informacja, że prowadzący dochodzenie był z zaginioną na krótko przed jej zaginięciem.

I trochę mi żal, że wątku zaginionej Ali Jarosz z komisarzem Krzysztofem  Lipskim autorka nie rozciągnęła bardziej. Temat ten przyprawił mnie o dreszczyk emocji😊. Na pocieszenie napiszę, że tylu wątków gmatwających fabułę już długo nie było w czytanych przeze mnie kryminałach. Autorka umiejętnie wprowadziła „człowieka z lasu” do głównej opowieści. Z jednej strony cechując go wyjątkowością, tajemniczością, z drugiej ogromnym smutkiem. Do tego przyjezdny dziennikarz śledczy, Daniel Weber. Mężczyzna po przejściach. Mężczyzna poroniony też w pewnym momencie zdominował wątek główny. Moją ulubioną personą okazała się jednak pani Wanda wynajmująca Weberowi pokój w swoim małym pensjonacie. Niezwykle interesująca osoba. Wielowymiarowa. Pokazana z wielu stron. Taka postać drugoplanowa, która przyprawia o ciarki i nawet nie wiem dlaczego.

Jednym podoba się, gdy wątek główny zdominowany jest przez wątki poboczny. Jedni nie lubią, gdy żaden z bohaterów nie wyłania się na pierwszy plan, nie kieruje wydarzeniami, nie konstruuje powieści.  Każdy ma swój ulubiony styl pisania i formułowania opowieści. Mnie zaskoczyło rozstrzygnięcie i zadziwiło rozwinięcie. Ale o to chyba chodzi w pisaniu, by czytelnika wbijać w fotel. Dodatkowo Janiszewska wybrała jeden z moich ulubionych sposobów konstruowania narracji. Książka podzielona jest na rozdziały „kiedyś” i „teraz”. I to „kiedyś” i to „teraz” jest wyraźnie oznaczone w czasoprzestrzeni. Dodatkowo autorka wprowadziła oznaczenie wskazujące na czas, który minął od zaginięcia Alicji. Sformułowania typu „(…) Dzień po zaginięciu Alicji” dodały historii dodatkowej dramaturgii. Ale to „kiedy” toczy się najdłużej, bo aż kilkanaście lat.

Książka ma również słabsze strony. Na minus kompletnie nie przekonał mnie motyw głównego kryminalnego wątku. Albo za stara jestem. Albo za mało przekonujący ten motyw. Albo nie wyłapała rysu psychologicznego sprawcy lub za słabo był zarysowany. Dodatkowo scena w rodzinie Jaroszów, krótko po zaginięciu Alicji, w której nikt ich nie podgląda, wprowadziła mnie, jako czytelnika celowo w błąd. Mam całkowitą świadomość, co Autorka chciała osiągnąć. W jak odległe manowce chciała mnie wywieźć😉. Ale zachowanie nie mające uzasadnienia przy braku osób postronnych odebrałam jako uwiarygodnienie swojego toku myślenia, bez względu na osobę czytelnika. Co sobie pomyśli? Czy wyłapie tę niespójność?

Czyta się jednak bardzo dobrze. Słowa układają się w pewną całość. Wielość bohaterów mnie nie nużyła. Wielość wątków również. Do tego matriarchat po raz kolejny poruszony przez Janiszewską w jej twórczości. Matriarchat zdyskwalifikowany, nie gloryfikowany, realny. To wątek, który bardzo mnie wzruszył. Choć przyznaję, nie od razu połapałam się co i jak. I to jest dobre w tego typu książkach, że nas zaskakują 😊. Udanej lektury.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Zmory przeszłości” Ann Cleeves

ZMORY PRZESZŁOŚCI

  • Autorka: ANN CLEEVES
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 08.02.2023r.

Chyba byłam jedną z niewielu czytelniczek, której nie zachwycił kwartet szetlandzki. „Biel nocy”, „Czerwień kości” oraz „Błękit błyskawicy” oceniłam konsekwentnie 6/10, co mi się zdarzyło chyba ten jeden, jedyny raz. Sięgając po „Zmory przeszłości” założyłam, że ze względu, iż fabuła dotyczy tej jednej książki, tym razem pisarstwo Ann Cleeves spodoba mi się bardziej. Powieść miała premierę 8 lutego br. i wydana została nakładem Wydawnictwa @Czwarta Strona. Ja z recenzją zwlekałam długo. Bardzo długo… Nie z lenistwa. Oj nie! Po prostu miałam trudności z jednoznaczną oceną😉.

Lizzie Bartholomew, zamieszkałej w Sea View w Newbiggin, zostawiam piętnaście tysięcy funtów, z czego dziesięć tysięcy funtów jako darowiznę na założenie i wyposażenie siedziby jej firmy…” – „Zmory przeszłości” Ann Cleeves.

O spadku Lizzie dowiedziała się krótko po spotkaniu w Maroku darczyńcy, Philipa Samsona. Samotnika zdobywającego góry Atlas, z którym spędziła jedną, przypadkową noc. Szok połączony z niedowierzaniem spotęgowała wola zmarłego, który dodatkowo pośmiertnie zlecił Lizzie, pracownicy socjalnej, odszukanie Tommy’ego Marinera. Początkowy sukces zamienia się w amatorskie śledztwo, który wiedzie na bezdroża przeszłości, dawno zepchniętej na margines pamięci.

Nie wiem jaki tak naprawdę cel przyświecał autorce w konstruowaniu tej książki. Kompletnie się pogubiłam w przewodniej myśli i nie mam pojęcia, co mi się w niej podobało najbardziej. Wiem natomiast, czego znieść nie mogłam. Tego braku konsekwencji! Jak już głębiej zaglądałam w duszę głównej bohaterki, Lizzie to Cleeves zaczęła uciekać w jakieś rozgałęzienia opowieści, w których historia stawała się coraz mniej prawdopodobna. I tak praktycznie przez połowę książki, a rozdziałów w sumie Ann Cleeves stworzyła aż trzydzieści siedem. Do tego tempo, całkowicie niejednorodne, nietaktowne, niespójne. Chwilami miałam wrażenie, że Cleeves siadała do książki całkowicie bez pomysłu tworząc coś na szybko, tworząc z odłamków jakiś wrażeń, myśli, byle by imiona i nazwiska bohaterów się zgadzały. Postać Kay całkowicie nierzeczywista, niespójna. Tak samo jak Ronniego. Thomas, w którego poszukiwania Lizzie się zaangażowała składa się jakby z licznych, różnych postaci. Nie odnalazłam w nim ani cech negatywnych, ani pozytywnych mimo, że sama matka wypowiadała się o nim niezbyt przychylnie. Żona Philipa! Ta to dopiero okazała się dla mnie zagadką. A słowa wypowiedziane przez policjanta; „Nikomu o tym nie mów, Lizzy. Obiecaj. I zapomnij o tym, co powiedziałem o Nell Ravendale. Lepiej się nie wychylaj. Wyjedź na jakiś czas. Nie chcę, żeby przytrafiło ci się coś złego.” gdzieś w połowie książki, okazały się płonną nadzieją na ciekawe rozwinięcie, dobrze skrojoną akcję i dreszczyk emocji. A o emocje w czytaniu chodzi ! „Zmory przeszłości” żadnych we mnie nie rozbudziły, ani pozytywnych, ani negatywnych. A potencjał główna bohaterka miała ogromny. Cierpiąca na chorobę afektywną dwubiegunową, do tego mającą stwierdzoną psychozę maniakalno – depresyjną mogła stanowić niezłe tło i idealną wręcz narratorkę pierwszoosobową ciekawej historii. A tak, stała się postacią relacjonującą historię napisaną wręcz karykaturalnie, nierealnie, jakby na siłę. Szkoda mi też wątku dwóch dziewczyn z Rumunii. Z tego też mogła urodzić się niezła opowieść.

Książka musiała jednak mieć jakieś plusy, prawda? Tak. Prawda. Spodobała mi się postać Jess i wątek związany z opieką społeczną. Nawet nieumiejętne śledztwo Lizzie zostało urozmaicone tematami związanymi z pracą brytyjskiej opieki społecznej. Te niuanse ciekawiły mnie dość mocno i stanowiły ciekawe urozmaicenie w tej nudnej lekturze.  Chłopak z Blyth też stanowił pewną zagadkę. Nawet jeśli tylko do czasu….

Moja ocena: 5/10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Sundial” Catriona Ward

SUNDIAL

Autorka: CATRIONA WARD
Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
Data premiery: 24.08.2022r.
Liczba stron: 400

No i będą ochy, i achy😊. Nie mogło być inaczej. I to bynajmniej nie chodzi o przepiękną oprawę w twardej okładce najnowszej powieści Catriony Ward „Sundial”, która premierę miała 24 sierpnia br.  . Ani o peany na cześć Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału, któremu przy okazji serdecznie dziękuję za egzemplarz recenzencki. Tym bardziej ochy i achy nie są spowodowane pamięcią po zeszłorocznej rewelacyjnej książki  „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” (recenzja na klik). To ochy i achy prawdziwe, z głębi serca. Powstałe w sposób naturalny po przeczytaniu „Sundial”.

Dorosłe życie to bagno, w którym człowiek tkwi po uszy, gobelin wzajemnych pretensji tkany tak ciasno, że nie sposób bo rozplątać.” -„Sundial” Catriona Ward.

Rob i Jack, bliźniaczki wychowały się z Falconem i Mią na farmie pośrodku pustyni o nazwie Sundial. Określenie pochodzi od zegara słonecznego wybudowanego na terenie posiadłości. Jak sama Rob o sobie mówi; „Wychowywałam się na pustyni i zamiast chodzić do szkoły, miałam lekcje z ojcem(…). Hodowaliśmy własne warzywa, mieliśmy jaja od kur i mleko od krowy”. Oprócz tego na farmie przeprowadzano badania nad strachem, wrodzoną agresją u zwierząt. W pracy na farmie pomagał mieszkańcom Paweł, Polak z pochodzenia o trudnej przeszłości. Po latach Rob wychowuje z Irvingiem dwie córki, dwunastoletnią Callie i dziewięcioletnią Anne. O zdradzie męża Rob dowiaduje się przez ospę, którą zaraża się młodsza córka. Nie jest to jednak odkrycie, z którym Rob nie potrafiłaby sobie poradzić. To inne, niepokojące odkrycie zmusza Rob do odbycia podróży ze starszą córką w przeszłość. Do wyjazdu do Sundial.

Zarwałam noc. Przyznaję się. Książkę skończyłam czytać wczoraj o godzinie drugiej w nocy. Nie miałam tego w planach, o nie. Postanowiłam przeczytać pierwsze sto stron, po których całkowicie przepadłam. Nie sposób się od niej oderwać, a to zawsze najlepsza opinia, co do powieści, mimo, że thriller jest pełen niepokoju, strachu. Czytając czułam napięcie, niezrozumienie, obsesję na punkcie przymiotnika „blady” w każdej odmianie i zwierząt, które z natury uwielbiam. Nagle psy zaczęłam spostrzegać jako wrogów, jako zwierzęta z natury łowne, zwierzęta niebezpieczne. Sam pomysł na farmę szczeniąt Jacqueline i Roberta Graingerów przerósł moje najśmielsze wyobrażenia. To samo dotyczy relacji matka – córka, relacji Rob z Callie. Tak trudnej, tak pełnej przeciwności zafundowanych przez Irvinga, tak pełnej wzajemnych pretensji i niezrozumienia. Postać Rob jest niezwykle dojrzała, choć przyczyna jest zgoła inna, od powszechnie spotykanej. I za to Catrionie Ward należą się słowa ogromnego uznania. Za opisanie historii pełnej emocji, trudnych pytań, ale i ciekawych odpowiedzi. Za stworzenie postaci, z którymi do tej pory nie spotkałam się w literaturze. Nie tylko o skomplikowanej duszy i charakterze, ale o nieszablonowej przeszłości.

Autorka idealnie skonstruowała opowieść. Doskonale oczywiście dla opisanych w niej wątków. Zdarzenia czytelnik śledzi z różnych perspektyw. Z perspektywy Rob i Callie w narracji pierwszoosobowej. Obie bohaterki wiernie oddają, co się z nimi dzieje, jaka jest ich motywacja i o czym myślą. Do tego Ward idealnie odniosła się w wielu miejscach do tych samych zdarzeń, ale z dwóch optyk, raz ze strony Rob, raz z punktu widzenia Callie. Każda inaczej interpretuje rzeczywistość, każda inaczej rozpoznaje przyczyny zachowań drugiej. I to świetnie oddaje karuzelę zdarzeń, w której znalazły się obie bohaterki. By ukazać kontekst późniejszych wydarzeń Ward wzbogaciła narrację o rozdziały zatytułowane „Tamta Rob” i „Tamta Jack”. To dzięki zajrzeniu w przeszłość czytelnik może dowiedzieć się, co się tak naprawdę działo w głowie jednej i drugiej siostry. Gdzie zaczął się początek tych zdarzeń. Do tego jeszcze narracja oparta na Arrowood. Rob jako z wykształcenia nauczycielka pisze historię, która komentowana i opisywana jest przez szkolną miłośniczkę sportu. „Ma wiele tajemnic. (…) W każdej części serii ma miejsce jakiś skandal. Jej bohaterki przeżywają wiele życiowych trudności.”. Ta wielowymiarowość tłumaczenia wydarzeń jest ogromną zaletą tej książki. Jest wartością nie do ocenienia.

Pasjonująca powieść zasługująca na szybką ekranizację, w której prym wiodą trudne relacje międzyludzkie. A zakończenie? Pozostawiło mnie z poczuciem niedosytu, ledwo co stłumiłam w sobie chęć rzucenia tej pięknej publikacji o ścianę. Zarwałam noc, a tu taka niespodzianka😉.

A jeśli Wam napiszę, że tak przedstawionej relacji dwóch sióstr długo nie widziałam i w taki sposób ujętej relacji matki z córką? Dodam do tego jeszcze, że trudna relacja Rob z mężem Irvingiem również nie jest standardowa. Jest wręcz odświeżająca i niespotykana dotychczas. Sam Irving to postać na którą warto zwrócić uwagę. A Falcon i Mia w relacji do Rob i Jack to prawdziwy majstersztyk! A żeby Wam było mało, zwrócę także uwagę na samą Annie, która jest największą zagadką. Bohaterką w tle mającą największe finalnie znaczenie. Zaciekawieni? I o to chodziło. Uff zrobiłam wszystko, byście sięgnęli po tę pozycję, bo naprawdę warto. Jej lektura nie pozostawi Was obojętnymi.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.