„O jedno cię proszę” Laura Dave

O JEDNO CIĘ PROSZĘ

  • Autorka: LAURA DAVE
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 335
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 4.05.2021r.

Zacznę od okładki. Robię to niezmiernie rzadko. I nie! Nie chodzi mi o zdanie „Ponad milion sprzedanych egzemplarzy”, które zaczęłam już traktować z przymrużeniem oka😉.  Chodzi mi o domy na wodzie, barki mieszkalne, gdzie w jednym w dwóch oknach widać dwie kobiety. To to te kobiety mają w fabule największe znaczenie. Bailey i Hannah. Pasierbica i macocha, których trudną relację opisała Laura Dave w „O jedno cię proszę”, która wydana została nakładem @wydawnictwomarginesy. Książka premierę miała 18 maja br. Ja na recenzję po jej przeczytaniu zapraszam już dziś 😊.

Jeśli cię okłamują, tak jak on, to kim jesteś? Kim jest on? Osoba, za którą go uważałeś, twoja ulubiona osoba, zaczyna znikać, jest mirażem, chyba że sobie wmówisz, że te części, które nadal są dla ciebie ważne, są prawdą. Miłość była prawdą. Jego miłość jest prawdą. Bo jeśli nie, to zostaje tylko taka możliwość, że to wszystko było kłamstwem.” – „O jedno cię proszę” Laura Dave.

Owen troskliwy ojciec, kochający mąż znika bez śladu. Żonie przesyła krótką wiadomość, że ma chronić jego córkę Bailey. Swej córce oprócz motywacyjnej informacji zostawia w szafce szkolnej kilkaset tysięcy dolarów. To wszystko w dzień, gdy społecznością wstrząsa informacja, że jego szef został zatrzymany pod zarzutem malwersacji finansowych, a firma okazała się wydmuszką nic nie wartą na rynku akcyjnym. Hannah zaczyna rozważać różne opcje, które stają się naglące, gdy w dzień po zniknięciu Owena odwiedza ją szeryf federalny Grady Bradford, który żegna ją ze słowami: „Owen nie jest tym, za kogo go pani uważa.” O dziwo znający zamiłowanie Hannah do specyficznego smaku kawy. A zaraz po nich Hannah spotyka dwóch agentów federalnych FBI, którzy nic o Gradym zaangażowanym w sprawę nie wiedzą. Mimo wzajemnej niechęci i Bailey, i Hannah postanawiają na własną rękę dowiedzieć się, o co chodzi. Wyruszyć w podróż, która dla nich obu okaże się prawdziwym exodusem.

Już w pierwszych kilkudziesięciu stronach złapałam kontekst i styl powieści. Podłapałam narrację pierwszosoobową Hannah, macochy nieumiejącej trafić do nastoletniej pasierbicy. Drugiej żony ojca. Nigdy drugiej matki. Jej porażki wychowawcze odbierałam osobiście, utożsamiałam się z nimi, rozumiałam je. I serdecznie jej współczułam. Bo jakże tu nie współczuć kobiecie, która stara się z wszystkich sił, a osoba dla której to robi perfidnie tego nie docenia?

Książka składa się z trzech części i naprawdę krótkich rozdziałów, które Laura Dave zatytułowała bardzo sugestywnie, np. „Podążaj tropem pieniędzy”, „Myśl, co chcesz”, „Nie zadawaj pytań, jeśli nie chcesz znać odpowiedzi.” Autorka przed każdą częścią wzbogaciła powieść ciekawymi, nad wyraz trafnymi cytatami. To podnosi walor tej publikacji. Cytaty, które są na miejscu, zawsze się sprawdzają.

Nie jest to wybitna pozycja. To opowieść jakich wiele, w których skrywane tajemnice bardzo rzadko nie wypływają na światło dzienne. Gdzie kłamstwa wśród najbliższych potrafią zniszczyć nawet najbardziej głęboką relację. Opowieść o rodzinie, w której nie każdy był na równi szczery z innymi. Opowieść napisana w lekkim stylu, przyjemnym, typowo amerykańskim. Dzięki czemu te 335 stron czyta się wręcz błyskawicznie. Sama intryga kryminalna przewidywalna, bardzo płytka. Motyw zniknięcia Owena odgadnęłam praktycznie na początku, co zmniejszyło zainteresowanie fabułą do minimum. Cóż nie każdy jest Bondą, Mrozem, Chmielarzem, czy Majewskim😊. Mimo to czas spędzony z lekturą nie uważam za stracony. Łatwa, lekka lekturka. Idealna na dżdżyste wieczory.

Ps. A zakończenie? Dla mnie za ckliwe.

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co jestem niezmiernie wdzięczna.

„Ostatni dzień” Luanne Rice

OSTATNI DZIEŃ

  • Autorka: LUANNE RICE
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Wróciłam do żywych z recenzjami😉. Tyle przeczytanych książek za mną, ile przelanych na mój blog recenzji. Przecież po to ten blog założyłam, by dzielić się z Wami moją pasją, moim hobby i moimi spostrzeżeniami po zapoznaniu się, co tak naprawdę kryje się pod okładką. Wystarczy tylko trochę zanurzyć się w codzienności, by potem chwile na swoją pasję musieć wyrywać pazurami😊. Ale próbuję ciągle i nie ustaję. To nie mój ostatni dzień z publikacją recenzji, ale bez wątpienia „Ostatni dzień”, który przeczytałam, a który premierę miał 18 maja br. nakładem @wydawnictwo.muza.sa.

Zawsze uważał, że pierwszy kontakt z ofiarą morderstwa jest niczym spotkanie dwóch osób, które wcześniej się nie znały. To wyjątkowy moment, tak samo ważny po śmierci jak za życia, i równie, a może nawet bardziej, przełomowy.” – „Ostatni dzień” Luanne Rice.

Tak myśli Conor Reid, detektyw, który po raz drugi zaczyna prowadzić śledztwo o morderstwo w rodzinie sióstr Woodward. Wiele lat wcześniej Kate i Beth przeżyły napad rabunkowy, w którym wskutek uduszenia zmarła ich matka. Po latach Beth miała mniej szczęścia, zmarła we własnym domu w szóstym miesiącu ciąży, a jej ciało wraz z policjantami odkryła siostra Kate.

Morderstwo nie oznacza, że ginie jedna osoba: taki czyn wysysa energię i wolę życia we wszystkich, których dotyka. Stary świat legł w gruzach, trzeba go odbudować w nowych, niepewnych warunkach.” – „Ostatni dzień” Luanne Rice.

Mam mieszane uczucia, co do tej książki. Lee Child na okładce obiecał; „Liryczna opowieść i mrożący krew w żyłach thriller w jednym.”. Dla mnie to raczej słaby thrillerek, w którym miłość siostrzana pokrywa wszystkie jego niedobory. Ani za dużo krwi, ani tym bardziej mrożonej.

Książka składa się z trzech części. Autorka zamknęła fabułę w sześćdziesięciu krótkich rozdziałach. Akcja toczy się od 11 lipca, gdy zostaje odkryte ciało ciężarnej Beth, aż do 5 maja. Narracja jest w większości trzecioosobowa. Gdzieniegdzie autorka wplotła narrację pierwszoosobową z perspektywy Keth i Beth. I tylko te momenty dla mnie okazały się liryczne, osobiste. Z trudem czytałam o tęsknocie, rozpaczy i samotności.

Sam Reid jako detektyw mnie nie zachwycił. Był mieszanką wielu cech noszonych przez śledczych w czytanych przeze mnie kryminałach. Jakby autorka wzięła trochę z tego, trochę z tego… Jako śledczy wręcz mnie zawiódł. Od lipca do listopada podejrzewał męża Beth, bo przecież był on mężem niewiernym całkowicie pomijając inne możliwe scenariusze śledcze. Przeświadczenie o winie podejrzanej osoby nigdy nie posuwa śledztwo do przodu. Wystarczy tylko czytać kryminały by to wiedzieć, niekoniecznie je pisać😉. Generalnie wątek kryminalny został rozpisany płasko, bez werwy. Cały czas narracja w sprawie zbrodni była prowadzona jednokierunkowo, mimo pewnych wprowadzonych pewnie na odczepnego pobocznych wątków, wątpliwości. Aż do wielkiego bum…. Oczywiście w samej końcówce. Jakby autorka chciała nam dać do zrozumienia, że nie jest jednak przewidywalna, że jednak jest w stanie czytelnika zaskoczyć. I tylko mniejsze znaczenie ma, że kompletnie to bum z niczego nie wynika, z niczego się nie wywodzi, jest jak jedna samotna śliwka wrzucona w kompot.

Zdecydowanie słaba książka. Ni to thriller, ni to kryminał. Bardziej dramat rodzinny, gdzie po obu stronach tyle samo kłamstw, tyle samo niedopowiedzeń. Ta propozycja kompletnie mnie nie zachwyciła, nie zaciekawiła. Czytałam ją lekko znudzona. Taka niewprawna opowieść z wątkiem kryminalnymi o bardzo mglistym, niejasnym motywie.

Moja ocena: 5/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwu Muza, za co bardzo dziękuję.

„Niedaleko pada jabłko” Liane Moriarty

NIEDALEKO PADA JABŁKO

  • Autorka: LIANE MORIARTY
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 590
  • Data premiery w tym wydaniu: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 14.09.2021r.

Niczego nie przyjmuj za dobrą monetę. Nikomu nie wierz. Nigdy nie bierz za fakty niesprawdzonych informacji.” – „Niedaleko pada jabłko” Liane Moriarty.

Cały czas o tej zasadzie trzech musiała pamiętać Christina, która starała się rozwikłać zagadkę zniknięcia 69-letniej emerytki Joe Delaney. To wokół zniknięcia Joe toczy się fabuła kolejnej powieści Liane Moriarty pt. „Niedaleko pada jabłko”. Powieści, która premierę miała w ubiegłą środę, a ja mogłam się z nią zapoznać dzięki współpracy z Wydawnictwem @Znak Literanova. Książka mnie zaciekawiła. Tym bardziej, że to pierwsza publikacja Autorki, którą przeczytałam. A jest ona powieściopisarką, której twórczość posłużyła do ekranizacji „Wielkich kłamstewek”, które oglądałam z ogromną pasją😉.

Znika Ona. Kobieta, była tenisistka, aktualnie emerytka, bizneswoman współprowadząca szkółkę nauki gry w tenisa wraz z mężem. Żona Stana, matka Amy, Logana, Troya i Brooke. Do dzieci wysłała nic nie mówiący sms z licznymi błędami. Nie ma z nią kontaktu. Bliscy umierają z niepokoju, a śledczy zaczynają podejrzewać najgorsze. Podejrzewać morderstwo.

Po początkowych skrywanych faktach następuje eksplozja zdarzeń, które zaczynają znajdować się w raportach śledczych. A pierwszy druzgocący fakt związany jest z Savannah, dziewczyną, która pewnej nocy kompletnie bosa zawitała w progu domu Delaneyów szukając pomocy.

Wiecie co to hipermnezja? Ja pojęcia nie miałam😊. Dzięki książce poznałam to określenie.  To „(…) wybitna pamięć autobiograficzna, czyli zdolność pamięci do nieograniczonego odtwarzania utrwalonych śladów przeżyć psychicznych[1], pojawiająca się u niektórych ludzi w trakcie hipnozy lub przeżyć z pogranicza śmierci, a także niezwykle rzadko u osób świadomych…” (cyt. za: Wikipedia). Tą niezwykłą przypadłość ma Savannah, która odcisnęła znaczne piętno na rodzinie Delaneyów. Moriarty stworzyła ciekawą postać. Z jednej strony słodką, niewinną, skrzywdzoną. Z drugiej zawziętą, zdeterminowaną i mściwą. Ten mix cech uformował niezwykłą bohaterkę, którą nie potrafiłam rozgryźć do końca.

Mi najbardziej podobała się sama Joe. Niezwykle inteligentna starsza pani, która potrafiła zachować się taktycznie w każdej sytuacji. Potrafiła wyczuć jak barometr nastrój każdego z dzieci, nastrój męża, znajomych, a nawet fryzjerki. Jej trafne spostrzeżenia zasługują na uwagę i szacunek czytelnika.

Na okładce przeczytałam: „Liane Moriarty –(…) – jak zwykle po mistrzowsku buduje napięcie, które tworzą drobne nieporozumienia…”. Zgadzam się z tą opinią. Tych nieporozumień, raz większych, raz mniejszych jest sporo. Napięcia jednak znacznie mniej. Jednakże ten lekki thrillerek z rozbudowanym wątkiem obyczajowym czytało mi się bardzo miło. Te rodzinne perypetie stanowiły clue całej historii, w której stado trzyma się razem, mimo wszystko, mimo wszystko…

Zdecydowanie dobra pozycja dla fanów lekkich thrillerów z bardzo rozbudowanymi wątkami obyczajowymi. Lub raczej powinnam napisać, ciekawej książki obyczajowej z drobnym wątkiem kryminalnym. Książka broni się sama ciekawymi bohaterami. Ale nic poza tym. Nic poza tym…

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Zimna sprawa” Katarzyna Bonda

ZIMNA SPRAWA

  • Autorka: KATARZYNA BONDA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Seria: HUBERT MEYER. TOM 7
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Są rzeki, których przekraczać nie należy”. – „Zimna sprawa” Katarzyna Bonda.

Hubert Meyer posiada umiejętność przekroczenia każdej. W najnowszej części serii o tym wybitnym profilerze @Katarzyna Bonda pogmatwała śledztwo w stopniu najwyższym. O czym mam nadzieję przekonacie się sami😉. Pamiętacie szóstą część „Balwierz”? Jeśli nie, to zechciejcie zerknąć na recenzję: klik. „Zimna sprawa” jest jeszcze bardziej skomplikowana, jeszcze bardziej zaskakująca. Ja z książką zapoznałam się dzięki @wydawnictwo.muza.sa, które wydało ją 18 maja br.

Meyer pracuje nad stworzeniem efektywnej, nowej jednostki o nazwie WERA; Weryfikacja Eliminacja Rozkład Analiza. Zmotywowany przez swego nowego podwładnego zaczyna interesować się odkryciem w oddziedziczonym domu Pani Klary Haselhof. Na jej posesji znaleziono ciało kobiety i trójki dzieci owiniętych w kokon, jak poczwarki. A także truchła dwóch syjamskich kotów. Misterium śmierci zataczające coraz szersze koło zaczyna mieć związek ze Strażnikiem Czasu, który swego czasu stał na czele małej sekty gwarantującej łagodną reinkarnację po wyjątkowym przejściu, wyjątkowej śmierci.

Nazwa nowo konstruowanej jednostki nie jest przypadkowa. Cieniem na całą fabułę kładła się historia z poprzedniej części. Historia śmierci prokurator Weroniki Rudy. Historia wybijająca Meyera z rytmu, utrudniająca mu szybkie i trafne profilowanie. Tęskniłam za Rudy, tęskniłam za Domanem. Wydawało mi się, że Meyer jest bardziej wartościowy w tym zestawie. Mimo wprowadzenia do peletonu bohaterów fikcyjnych Kaczmarka. Nowej postaci, fana Meyera pretendującego na profilera tak dobrego jak sam jego mistrz. Z wielkim przytupem jednak Bonda zwróciła uwagę czytelnika na to Trio w samym zakończeniu. Jakby sama nie mogła się od niego oderwać. Jakby samo do niej ciągle wracało. Cóż, przyjdzie mi czekać na kolejną część z niecierpliwością😉.

Zawiódł mnie totalnie wątek Matyszczaka i jego żony Lilki. Rozwiązany został w najbardziej oczywisty wśród tych wszystkich nieoczywistości, które znajdziecie w kryminale, sposób. Sam wątek kryminalny, jak już wspomniałam, totalnie zakręcony, zagmatwany. Wielość bohaterów, wiele wątków pobocznych, wiele teorii śledczych mnożących się jak koronawirus w jego najbardziej szczytowym okresie. Ta wielość momentami męczy. Meyer za to wydaje się bardzo zmęczony, zirytowany czekającymi go wyzwaniami. Nie ma objawów wypalenia, czego mogłam się raczej spodziewać. Wydaje się nie na miejscu, jak to często z nim bywa. Jego praca przestaje go cieszyć, nie traktuje jej ambicjonalnie. Po kolei skleja elementy układanki, ale bez wcześniejszej pasji. Wydaje się być bardziej cieślą produkującym wytwór swego talentu, swego następcę. Totalnie nie załapałam skąd u niego ta zdolność znajomości prawie wszystkich, ojca Świerka, księdza Jacka. Odniosłam wrażenie, że wszędzie już był, wszystko widział, a jednak zagadka rozwiązana została na końcu, po wielu ślepych zaułkach.

Intryga spowita mgłą, magią, dewocjonaliami, ogromną symboliką, niespotykanymi gestami. Dwie kobiety, na dwóch różnych biegunach, jednak nie tak odległych jakby się mogło pozornie wydawać. Od początku czułam niechęć do Klary, tak czasem się zdarza. Jej postać była jednak od początku do końca konsekwentna. Czuć było fałsz, czuć było kłamstwo.

Zdecydowanie dla mnie część słabsza niż dwie poprzednie, choć ma wiele zalet, o których wspomniałam powyżej. Największą słabość upatruję w wielości wątków, wielości bohaterów mających znaczenie w śledztwie i mnogości śledczych. Gubiłam się w tych powiązaniach, relacjach praktycznie od początku, a Bondę od chwili poznania Meyera i Saszy Załuskiej czytam z dużą uważnością, bo do zawiłych historii już mnie przyzwyczaiła. I w tej książce, czego wielokrotnie doświadczyłam już na swej skórze, najdrobniejsze detale mają znaczenie.

Książka dla fanów Katarzyny Bondy, Huberta Meyera i całej reszty. Książka dla fanów dobrych kryminałów. Miłej lektury!

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Zagrabione życie i inne opowieści niesamowite” Susan Hill

ZAGRABIONE ŻYCIE I INNE OPOWIEŚCI NIESAMOWITE

  • Autorka: SUSAN HILL
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 464
  • Data premiery: 04.05.2022r.

W zbiorach opowiadań lubię różnorodność. To jakby książki w książce. Każda historia zabiera czytelnika w inny wymiar, opowiada o czymś innym, czymś innym jest go w stanie zachwycić. Od jakiegoś czasu hołduję zasadzie, że czytam opowiadania odrębnie, by mi się nie myliły, nie plątały. Tak zrobiłam ze zbiorem wydanym nakładem Wydawnictwa @Zysk i S-ka „Zagrabione życie i inne opowieści niesamowite” Susan Hill, który premierę miał 4 maja br. Ze względu na podzielne czytelnie recenzja trafia do Was teraz. Mam jednak nadzieję, że dla wielu z Was będzie pomocna przy tworzeniu planów czytelniczych, tym bardziej, że tłumaczył wybitny translator Pan Jerzy Łoziński.

To zbiór ciekawych mrocznych opowiastek osnutych mglistym, zimnym angielskim klimatem. Każda z nich opowiada inną historię, ma inną fabułę. Każda piękny styl, zapewne dzięki wyjątkowej transakcji Pana Łozińskiego. Począwszy od tytułowego „Zagrabionego życia”, gdy lekarz Hugh boryka się z konsekwencjami nieetycznego eksperymentu medycznego swych dwóch kolegów po fachu, przez historię o „Mężczyźnie z obrazu”, którą narratorowi opowiedział jego dawny profesor, aż po opowieść o frontowym pokoju.

Najbardziej zwróciłam  uwagę na narrację. I to ona powoduje, że zawarte w antologii historie mają osobisty charakter. Czyta się je jako spis wydarzeń, które stały się udziałem samego narratora lub kogoś mu naprawdę bliskiego. Nie są to może historie spędzające sen z powiem. Nie są to krótkie horrory. Bardziej przypominają mi niedługie mistyfikacje, krótkie dygresje o życiu ponad światem, o życiu pomiędzy światami, o życiu uwiązanym trochę „tu” i trochę „tam”. Czasem mroczne, czasem ciekawe. Często nieprawdopodobne.

Napisane są jednak w pięknym stylu. Jak zwykle nad wyżyny wniósł się mój ulubiony translator Pan Jerzy Łoziński. Język jest jak zwykle soczysty, gładki. Bez powtórzeń, bez błędów stylistycznych. Użyte sformułowania wyszły spod pióra specjalisty, wyjątkowego językoznawcy. Ta cecha tej publikacji nadaje jej wyjątkowej wartości.

Piękna literatura ubrana w piękne słowa. A o piękno w literaturze chodzi. Polecam.

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka, za co niezmiernie dziękuję.

„Jestem otchłanią” Donato Carrisi

JESTEM OTCHŁANIĄ

  • Autor: DONATO CARRISI
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 27.04.2022r.

Wydaje się nam, że ich dobrze znamy, tylko dlatego, że wydałyśmy ich na świat, ale czasem pozwalamy, by rozproszyła nas miłość, którą do nich czujemy, i nie chcemy widzieć. Lecz głęboko w duchu doskonale wiemy… Jeśli matka nie robi nic, by uniemożliwić swojemu dziecku czynienie zła, to jest winna.” – „Jestem otchłanią” Donato Carrisi.

Donato Carrisi autor wielu thrillerów, które już za mną (patrz recenzje: „Dom głosów”, „Gra zaklinacza”) po raz kolejny mnie zaskoczył. W „Jestem otchłanią”, która premierę miała 27 kwietnia br., stworzył zgrabną opowieść, która zamyka się w pewną całość na samym końcu. Ale nie koniec w tej książce ma znaczenie.

Poważne uzależnienie psychiczne, stały stan podporządkowania… jest wiele określeń na tę formę niewoli. Ujarzmiona bestia liże rękę poskromiciela, pochyla się na sam dźwięk trzaskanego bicza.”- „Jestem otchłanią” Donato Carrisi.

Znaczenie ma historia. Tym bardziej, że w przypisie autora przeczytamy: „Opowiedziane tu historie zainspirowane są rzeczywistymi wydarzeniami”.

Historia syna Very, łowczyni much, sprzątającego mężczyzny i dziewczynki z fioletowym kosmykiem. Historia jakich mało. Gdzie pewnego dnia w jednym jeziorze uratowana została trzynastolatka i znaleziono ramię zamordowanej, nieznanej kobiety w wieku około sześćdziesiątego roku życia. I z jednym i z drugim wydarzeniem związek ma tajemniczy Mickey. Tylko kim on jest? Kim on jest?

Donato Carissi już w poprzednich publikacjach udowodnił, że wątek przemocy w rodzinie nie jest mu obcy. Autor z odwagą porusza kwestie związane z cienką linią, która istnieje między dobrem a złem, opieką a krzywdzeniem, miłością a nienawiścią. Gdzie dla jednych ten sam człowiek może być aniołem, a dla innych potworem. Narracja pisana z perspektywy dziewczyny z fioletowym kosmykiem, sprzątającego mężczyzny i łowczyni much. Każda z nich jest tak samo ważna. Jedna płaszczyzna dotyka wykorzystania seksualnego, druga matki, której syn popełnił straszną zbrodnię, a trzecia ofiary przemocy domowej.

Fabuła została podzielona na pięćdziesiąt pięć rozdziałów, które dziej się w teraźniejszości, gdy śledczy wraz z łowczynią much starają się rozwikłać zagadkę śmierci niemłodej już kobiety. Druga płaszczyzna czasowa dzieje się od 7 czerwca do 23 lutego, gdy czytelnik zagłębia się w smutną historię małego chłopca, któremu na czas nie pomogła miła pani z opieki społecznej. Dla której kult matki w katolickim kraju był wyraźniejszy, niż przerażenie w oczach dziecka. Obie perspektywy zostały rozpisane bardzo dokładnie, z dużym zaangażowaniem i uczuciem. Obie przedstawiają przerażający obraz świata, w którym nikt nie chciałby się znaleźć. Ja wytrwałam do końca. Mimo niepokoju, mimo wielu pytań, mimo złości do tych kobiet, które krzywdzą lub które są obojętne, unikające konfrontacji i działań. I do tych kobiet, które pozwalają sobą pomiatać, manipulować jakby nie były nic warte, jakby były podludziami. I tylko łowczyni much jest inna. I dla niej warto przeczytać tę książkę. Ku inspiracji i ku przestrodze.

Mocna, ciekawie opowiedziana historia. Mroczna jak jej tytuł i okładka. Kto ma odwagę przeczytać?

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Nierozłączne” Simone de Beauvoir

NIEROZŁĄCZNE

  • Autorka: SIMONE DE BEAUVOIR
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 192
  • Data premiery: 11.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 02.09.2021r.

Sylvie i Andrée, dwie dziewczynki, które poznały się w szkole i których przyjaźń przetrwała aż 12 lat, do przedwczesnej śmierci Andrée. Tak naprawdę to zamiast imienia Sylvie powinnam napisać Simone, a zamiast Andrée powinnam użyć Élisabeth lub Zaza, bo tak prawdziwie nazywały się dziewczynki, które spotkały się pewnego dnia w katolickiej szkole dla dziewczyn. O tej relacji pisze Simone de Beauvoir, w krótkiej książeczce, którą jeśli wierzyć historii opisanej we wstępie, jej guru, mistrz i kochanek Sartre ocenił dość srogo. Tej relacji, która zaważyła na kosmopolitycznej rysie autorki, a także zapewne rozbudziła w niej w pełni rodzący się feminizm. @wydawnictwomarginesy pokusiło się o publikację „Nierozłącznych” autorstwa „babci feminizmu”, która premierę miała 11 maja br. I choć pewnie nie jest to kryminał, ani bardzo poczytny i trzymający w napięciu, jest to historia, którą warto znać, a która zabiera nas w początki francuskiej bohemii.

I wstęp autorstwa Sylvie Le Bon de Beauvoir, profesorki filozofii, „duchowej córki” Simone, i wprowadzenie samej Margaret Atwood zasługuje na uwagę przed zgłębieniem historii samych Sylvie i Andrée/  Simone i Zazy. Obie Panie przygotowały czytelnika co do okoliczności powstania opowieści, jak i społeczno – literackiej jej wartości. Nakreśliły istotne elementy, które ułożyły relację dziewcząt w taki, czy inny sposób. Zwróciły uwagę czytelnika na sytuacje i drobnomieszczańskie obyczaje, w których obie dziewczynki dorastały. I wreszcie tekst obu stanowił pewne preludium do dalszej historii, w której mniej wiek, czy pochodzenie, a bardziej intelekt, wykształcenie i szerokie horyzonty głównych bohaterek miały znaczenie.

Sama historia jest bardzo prosta. Nad wiek inteligentna dziewczynka poznaje drugą nad wiek inteligentną dziewczynkę. Obie od razu się sobie podobają. Obie znajdują od razu wspólny język. Obie próbują z wykształcenia szkolnego wysupłać jak najwięcej, by zgłębić wszelką możliwą wiedzę. Dlatego są tak interesujące, dlatego są tak intrygujące.

Czytając odbyłam nostalgiczną podróż w świat francuskiej inteligencji lat trzydziestych ubiegłego wieku. Dwie nad wyraz rozwinięte trzpiotki zaczynają odkrywać życie, odkrywać siebie, swoją kobiecość, swoją inteligencję i wyjątkowość. Simone de Beauvoir w tej historii nie jest nachalna. Jest niebywale subtelna, grzeszy smakiem i delikatnością. Główne bohaterki praktycznie przez całą historię jawiły mi się przez to jako szczupłe dziewczynki o kościstych ramionach osnute w letnie, zwiewne, białe sukienki. Simone, wbrew takie jaką ją znam z innych dzieł, nie jest agresywna i dosłowna. Jest bardzo zachowawcza, jakby od początku obawiała się ostracyzmu społeczeństwa, bała się oceny. Andrée lub jej pierwowzór Zaza, jak kto woli, jest bardziej odważna, bardziej przedsiębiorcza. Tym sobie zjednuje koleżankę. Polemizuje ze swadą z nauczycielami, przeciwstawia się konwenansom, rozwija swoje zainteresowania. Dzięki swej wnikliwości obie dziewczynki dość szybko zaczynają rozumieć, że wiążą je „kajdany”, które im przeszkadzają. O miłości mówi tylko Sylvie. Andrée kocha najpierw Bernarda, potem Pascala, który tak naprawdę tej miłości nie odwzajemnia. Ani przez chwilę nie daje Sylvie do zrozumienia, że jest jej bliższa, niż zwykła przyjaciółka, że jest jej całym światem. Jakby miłość i przywiązanie przyjacielskie było niedopuszczalne.

Bardzo podoba mi się konstrukcja. O wstępie i wprowadzeniu już wspomniałam. Wybitne literacki wzięły na warsztat tą krótką prozę i wywiązały się z tego obowiązku świetnie. Sama opowiastka składa się z dedykacji i dwóch rozdziałów. Bardzo dobrym zabiegiem wydawcy są materiały ikonograficzne na końcu. Można podejrzeć otwarcie życie Simone i Zazy z ówczesnego okresu, który okazał się dla samej autorki niezwykle ważny.

Oprócz relacji pomiędzy dziewczynami dużo się toczy dyskusji o ważnych dla nich kwestiach. Między innymi o Bogu, o dyskusji, o religii katolickiej, o klerze. Te dyskusje w pewnym momencie milkną, jak organy w paryskiej katedrze urwanym, niedokończonym dźwiękiem. Z kim po śmierci Andrée będzie rozmawiać Sylvie? Z kim będzie dyskutować Simone, gdy Zaza odejdzie?

Ciekawa, liryczna sfabularyzowana opowieść o dwóch światłych kobiecych umysłach, który jeden nie był w stanie w pełni rozkwitnąć, w pełni dojrzeć. Lektura obowiązkowa, nie tylko dla feministek, nawet nie tylko dla kobiet. Tylko dla każdego czytelnika, dla którego piękne i inteligentne pisanie stanowi wartość samą w sobie.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„W sercu wroga” Magdalena Wala

W SERCU WROGA

  • Autorka: MAGDALENA WALA
  • Cykl: MIĘDZY JEZIORAMI (tom 1)
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 304
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Nowa seria od @MagdalenaWalaAutor. Nowa opowieść, nowa cześć z wojną w tle. Jak sama Autorka pisze w posłowiu kolejna, szesnasta książka jej autorstwa nie miała dotykać tematu wojny, nie miała być historyczna. Cóż zrobić, gdy historia sama znajduje drogę do autora? @WydawnictwoKsiaznica
18 maja br wydało „W sercu wroga”. Historię Amalii i Piotra.

Tu prawie nikt nie używa mazurskiego. Nawet w domach starych mazurskich rodzin słychać głównie niemiecki, żeby dzieci nie miały problemów w szkole”. –„W sercu wroga” Magdalena Wala.

Ona – z krwi i kości Mazurka z niemieckich Prusów z dziada pradziada. On – wysłany na roboty przymusowe do niemieckich rolników Polak. Ona – matka czekająca na męża, niemieckiego żołnierza, który wyruszył na wojnę. On – wdowiec, którego żona zginęła w nalocie. Ona – wiejska dziewczyna. On – miastowy intelektualista. Oboje spotkali się na okupowanej ziemi. Oboje spragnieni towarzystwa zapoczątkowali wspólną historię. Historię na kontynuację której już czekam😉.

Nie wiem dlaczego Magdalena Wala chciała porzucić na chwilę historyczną nutę w tej powieści, kiedy jej zamiłowanie przeszłością idealnie wpasowuje się w wyimaginowaną fabułę. To nie pierwsza książka tej Autorki, w której doceniam walor historyczny. I tym razem Wala odwzorowała z uważnością dziwne czasy z końca wojny, w których przyszło żyć Polakom, Niemcom, Mazurom. Okupantom z okupowanymi. Panom z niewolnikami pracy, gdzie gwałty, batożenie i wyzysk, aż do śmierci były na porządku dziennym. Wiele w powieści jest smutnych historii. Jak historia Marcina. Jak historia Ani. Wiele smutku, wyzysku i trwogi. A jedyna nadzieja w tym, że u schyłku wojny Niemcy już przegrywają.

Akcja toczy się od marca 1944 do stycznia 1945 roku. Narracja jest prowadzona w formie trzecioosobowej. Historia opowiedziana jest z perspektywy Amalii. Ona jest przeciwwagą dla innych Niemców. Ona jest przeciwwagą dla swego teścia i innych gospodarzy niemieckich, a przede wszystkim wachmistrza Mohla. Jest bardziej liberalna, wyrozumiała. Zawieszona pomiędzy polskimi Mazurami, a niemieckimi Prusami.  Historię czyta się płynnie, lekko. Historia zdominowała fabułę. W tle powieści zostało opisanych wiele ciekawych wątków pobocznych. Brakowało mi jednak pewnego rysu psychologicznego. Zastanowienia się, większej refleksji po stronie niemieckich i polskich bohaterów. Brakowało mi tych myśli, heroicznych i tchórzliwych. Zabrakło mi głębszego wytłumaczenia zobojętnienia, braku reakcji. Po prostu lubię wiedzieć, co myśleli, tak w głębi  duszy. Co czuli, ci pobratymcy Hitlera, co czuli jego rodacy, gdy na ich oczach umierali niewinni ludzie, gdy umierały ofiary ich bestialstwa.

To kolejna, bardzo dobra lekcja historii. Fabularyzowana forma wzmacnia odbiór, pozwala wczuć się w rolę kolejnych bohaterów, pozwala choć trochę zrozumieć, lub przynajmniej spróbować zrozumieć. I tego zrozumienia nam wszystkim życzę.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Kolor miłości i krwi” Margota Kott

KOLOR MIŁOŚCI I KRWI

Autorka: MARGOTA KOTT
Wydawnictwo: NOVAE RES
Liczba stron: 380
Data premiery: 23.03.2022r.

Ale czas płynie tylko w jedną stronę, jak ten pociąg. Jak już bilet wykupisz, to jedziesz i jedziesz. Aż dojedziesz do stacji końcowej i wysiadka! Ludzie wsiadają w międzyczasie, wysiadają, a ty wciąż jedziesz. Rozmawiasz z nimi przez dwie, trzy stacje i musicie się pożegnać…” –„Kolor miłości i krwi” Margota Kott.

@Wydawnictwo Novae Res to Wydawca, z którym bardzo rzadko współpracuję. Dzięki Jego wspaniałomyślności udało mi się jednak zdobyć recenzencki egzemplarz książki pt. „Kolor miłości i krwi” autorstwa @MargotaKottAutorkaKryminalow. Książka do mnie trafiła ze znacznym opóźnieniem, gdyż jej premiera była 23 marca br. Ja po jej przeczytaniu od razu zabrałam się do publikowania mojej opinii i od razu zastrzegam; nie sugerujcie się tytułem! Owszem, w publikacji sporo jest o miłości, o przyjaźni, o tolerancji. Ale bardziej przemówiły do mnie nuty związane z tęsknotą za ojcowizną i – mimo bajkowego zakończenia – pieśni o bohaterstwie, których tak sporo nam teraz potrzeba.

Miłość jest naszym osobistym problemem, trofeum albo tragedią, i nie ma znaczenia czy jest odwzajemniona.” –„Kolor miłości i krwi” Margota Kott.

Do autorki francuskich romansów, Juliette Gauthier zamieszkującej w bieszczadzkiej wsi przybywa Marko Berezowski ukraiński weteran wojenny broniący lotniska w Doniecku przed rosyjskimi separatystami w 2014 roku. Marko nazywany cyborgiem, bo taką nazwę otrzymali Ci wytrwali ukraińscy żołnierze. Aktualnie samotny, szukający spokoju, potrzebujący ciszy i odosobnienia, by znaleźć swoje miejsce w życiu, odnaleźć na nowo jego sens. Praca ochroniarza nie wygląda jednak od początku tak, jakby mógł sobie tego życzyć. Nagle Madame Gauthier zaczyna interesować historia Doniecka i innych cyborgów. Historia niewinnych śmierci przed rosyjską napaścią, historia ogromnych strat i historia Marka. Gdzie szukanie w przeszłości zaprowadzi poczytną autorkę romansideł, a gdzie wytrwałego cyborga?

Książkę otwiera prolog. Potem następują po sobie kolejno rozdziały. Jest ich w sumie osiem. Każdy rozdział został dodatkowo podzielony na dwie części, które zostały sugestywnie zatytułowane, np.; „Ocaleni”, „Prawdą jest to, co wiem”, czy „Powiedz im, że nadszedł czas zemsty”. Autorka nakreśliła bardzo ciekawą historię okazującą się finalnie totalnym dla mnie zaskoczeniem. To nie jest romans😊. To całkowicie na czas wydana historia o cyborgach z Doniecka z 2014 roku. Jakże aktualna, jakże teraz potrzebna. To opowieść o bohaterstwie, o stratach, o walce i sile o wolną Ukrainę. To historia o bestialskiej napaści, której teraz jesteśmy również świadkami. Ten wątek mnie niezwykle urzekł. Kompletnie się go nie spodziewałam po przeczytaniu opisu. Autorka trafiła idealnie w czas, czas niepokoju na naszej wschodniej granicy, czas wojny ukraińsko – rosyjskiej. Nie wiem jak to zrobiła, że wkomponowała swą powieść w ten okrutny moment tak idealnie. Bardzo podobał mi się wątek pisany z perspektywy Marko Berezowskiego, prawdziwego cyborga, jego językiem, jego słowami. I sam ten wątek tak dobrze rozpisany wystarczy, by uznać książkę za wartą przeczytania. Ale Margota Kott nie poszła na łatwiznę. Wzbogaciła fabułę dodatkowo o wątek polsko – ukraiński, z czasów UPA, czasów niespełnionych miłości, czasów zemsty i sąsiedzkiej zawiści. Historia Mykoli i Anny, Ukraińca i Polski, których los dopełnił się wiele lat później również zasługuje na moje uznanie. Ta opowieść powstała jakby z martwych. Okazała się żywa, jak żywe były obrazy, zapachy bieszczadzkiej wsi, które chłonęłam podczas czytania oraz lokalna ksenofobia, której wręcz osobiście doświadczałam,

Sama Juliette mnie nie zachwyciła. Nie mam serca do infantylnych posiadaczek małych krzykliwych yorków, nawet jeśli przyświeca im szczytny cel. Za to Marko okazał się dla mnie ciekawym bohaterem, złożonym, wielowymiarowym w swych doświadczeniach, nad wyraz męskim. Autorka bardzo dobrze odwzorowała jego męską naturę i styl bycia. Nie przeginając ani w jedną, ani w drugą stronę. Jego narracja mnie pochłonęła najbardziej.

Do tego trafne cytaty na początku każdego rozdziału. Idealnie wplecione w fabułę. Stanowiące jakby zaproszenie do treści opisanych w dalszej części. I styl pisania. Bardzo przystępny, płynny, pomagający czytać szybko.

Jak to mile się czasem totalnie zaskoczyć przy czytaniu 😊. Szczerze polecam!!!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

Recenzja premierowa: „Jak zapewnić lepszą przyszłość swojemu dziecku 7 cech, które warto rozwijać” Michele Borba

JAK ZAPEWNIĆ LEPSZĄ PRZYSZŁOŚĆ SWOJEMU DZIECKU 7 CECH, KTÓRE WARTO ROZWIJAĆ

  • Autorka: MICHELE BORBA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 350
  • Data premiery: 11.05.2022r.

Dopiero co wczoraj Wam pokazywałam podarek od @wydawnictwo.muza.sa, a już dzisiaj spieszę do Was z recenzją poradnika pt. „Jak zapewnić lepszą przyszłość swojemu dziecku 7 cech, które warto rozwijać”, który premierę ma właśnie dzisiejszej środy😊. Jak wspomniałam we wczorajszym poście książka skusiła mnie swoim tytułem. Idealnie wpasowała się w moje obawy jako matki, że niewystarczająco pracuję, by dzieci miały zapewnioną tzw. „lepszą przyszłość”. Okazuje się, że moje lęki i niepokoje są całkowicie nieuzasadnione. A do tego przekonała mnie Michele Borba, która jest autorką tego poradnika.

W żołnierskich słowach Autorka zachęca nas do rozwijania kilku cech u naszych dzieci, które pomogą im z sukcesem przeżywać kolejne etapy ich życia. Nie tylko reagowanie na bolączki dzisiejszego świata jest ważne. Zabranianie, ograniczanie, uniemożliwianie uzależnieniu od różnych technologii, czy pisząc bardziej dosadnie smartfona lub komputera. Przed współczesnymi rodzicami dużo ważniejsze zadanie. Kompleksowe i rzetelne rozwijanie takich kompetencji jak zaufanie, empatia, samokontrola, ciekawość siebie, innych i świata oraz niezłomności i optymizmu. Zdaniem znanej psycholożki dr Borba tylko wysoce rozwinięte tego rodzaju kompetencje pozwolą dzieciom zaaklimatyzować się bez strat w czekającym ich świecie.

Ciekawa koncepcja nie powiem. Dr Borba zwróciła moją uwagę na miękkie cechy człowieka, o których tak naprawdę zapominamy w świecie sukcesu, a które jej zdaniem pozwalają go osiągnąć. Wydaje się to ma sens. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nasze dzieci wychowywane są i dojrzewają w szybkim, dynamicznymi wszechświecie, w którym nawet im trudno jest nadążyć. Nieumiejętność radzenia sobie z wyzwaniami, które świat im stawia, powoduje liczne frustracje, zaburzenia, a nawet prowadzi do chorób psychicznych. To powoduje, że sukces możemy osiągnąć tylko przez zmianę myślenia i rozwijanie umiejętności pomagającym nam efektywnie się dostosować. Po drugie ciekawość i bycie uważnym. Z pochylonymi nad smartfonami głowami, z zajętymi myszkami komputerowymi dłońmi, ze słuchawkami w uszach nasze dzieci nikogo wokół siebie nie widzą. Zasypiając skrolują ekrany telefonów przez co przestają widzieć, słyszeć samych siebie. O tej uważności Autorka w poradniku pisze dość sporo skupiając naszą uwagę na roli rodzica, by ją wzbudzać wśród dzieci. By były ciekawe świata, siebie i innych, a dzięki temu mogą się wielu jeszcze rzeczy nauczyć. Po trzecie samokontrola, której brakuje we współczesnym świecie, nie tylko wśród dzieci, ale również wśród dorosłych. I tu ogromny szacunek co do podjętego tematu. Zgodnie z zasadą „Nie dokazuj a pokazuj” zacznijmy od siebie, od dorosłych. Ograniczajmy siebie samych przed niekontrolowanym oglądaniem telewizji, piciem napojów wyskokowych, czy skrolowaniem smartfonów, by ciągle wiedzieć co w „trawie piszczy”. Bo ja nauczymy samokontroli dzieci, jeśli sami jej nie mamy?

Tak. Ciekawa pozycja. Pełna niespodzianek i innego podjęcia tematu, z którym  bynajmniej nie jest kojarzy sukces. Tematu miękkich kompetencji. Bez wątpienia bardzo wartościowy poradnik napisany z umiarem i w języku bardzo przystępnym, bez zbędnych naukowych sformułowań, czy licznych wyników badań. Polecam, każdemu rodzicowi i nie tylko.  

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Muza, za co bardzo dziękuję.