„Tajemnice Fleat House” Lucinda Riley

TAJEMNICE FLEAT HOUSE

  • Autorka: LUCINDA RILEY
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 1.06.2022r.

O Lucindzie Riley, zmarłej ubiegłego roku pisarce zafascynowanej tajemnicami przeszłości pisałam już niejednokrotnie na moim blogu. Ci, co go śledzą wiedzą, że jestem fanką cyklu „Siedem sióstr”. O niektórych tomach z nich przeczytacie na moim blogu: Tom 1 i 2, „Siostra cienia”, „Zaginiona siostra”. Oprócz wspomnianej serii przeczytałam również „Pokój motyli”  i najsłabiej przeze mnie ocenioną; „Dziewczyna z Neapolu”. Rodzina Lucindy zadziwia czytelniczy świat. Wygrzebali z opasłych szuflad autorki kryminał osadzony w małym, angielskim miasteczku, który napisała w 2006 roku😊, czyli pięć lat po swoim literackim debiucie. Powieść wydało @WydawnictwoAlbatros, a premiera „Tajemnic Fleat House” odbyła się 1 czerwca br. Zdaniem syna autorki Harry’ego Whittakera, który zwrócił się do czytelnika na początku książki opowieść „(…) w dużym stopniu została zainspirowana szkołą, do której uczęszczaliśmy my, dzieci Lucindy.” Bo właśnie takie miejsce stało się osią fabuły jedynej powieści kryminalnej autorstwa Lucindy Riley.

W renomowanej prywatnej Szkole Świętego Szczepana w Norfolk w styczniu 2005 roku umiera osiemnastoletni Charlie Cavendish. Syn wpływowego ojca wywodzący się z arystokratycznego roku. Teoria o śmiertelnym napadzie padaczkowym zostaje odrzucona, gdy patolog w organizmie zmarłego znajduje ślady aspiryny, na którą Charlie był uczulony. Czy śmierć w wyniku wstrząsu anafilaktycznego mogła być spowodowana morderstwem? Czy to kolejny nieszczęśliwy wypadek? Tego stara się na miejscu dowiedzieć londyńska komisarz Jazmine Hunter – Caughlin, dla przyjaciół Jazz.

Ciekawe doświadczenie czytać kryminał napisany lata temu przez autorkę bardzo dobrej serii obyczajowej „Siedem sióstr”😊. Naprawdę ciekawe. Tym bardziej, że Lucinda Riley miała potencjał i w gatunku powieści kryminalnych. Z obawą sięgnęłam po ten egzemplarz, a tu okazało się, że historia się układa jak typowo Lucindowa opowieść z istotną przeszłością z ciekawymi wątkami kryminalny. Tak😉. Musicie wiedzieć, że młody Charlie to nie jedyny trup. Morderca sieje swe żniwo i kolejno tracą jeszcze życie dwaj mężczyźni, z pozoru ze sobą nie za bardzo powiązani.

Najpierw parę słów o stylu zawartym w trzydziestu trzech rozdziałach. Sformułowania, język, tempo akcji, sposób narracji jest charakterystyczny dla autorki. To trochę jej wada, że nie potrafiła stworzyć dzieła totalnie innego, od innych. Równie dobrze powieść mogła zostać osadzona w końcówce dziewiętnastego wieku. Gnuśne angielskie społeczeństwo. Szkoły z internatem od najmłodszych lat. Szacunek do tradycji i arystokracji. Wysławianie się wykwintnie nawet w trakcie ostrej, kłótliwej wymiany zdań. To cechy charakterystyczne dla jej pisarstwa. Tylko takie aspekty jak liberalne podejście do aborcji, czy do związków tej samej płci wskazują czytelnikowi, że akcja dzieje się jednak w czasach współczesnych. Jeśli lubicie styl autorki nie zawiedziecie się. Jest typowo jej.

Co do wątku kryminalnego to mam, co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie została umiejscowiona akcja śledztwa. Pomysł, by osadzić ją w szkole prywatnej z tradycjami, gdzie każdy udaje i jest możliwy do ukrycia wszelki grzech, był bardzo dobry. Opisy scenografii są barwne i mnie przekonują. Samo społeczeństwo szkolne również zostało odzwierciedlone w sposób bardzo realistyczny. Widać, że z towarzystwem pedagogów, dyrektorów, opiekunów Riley miała sama do czynienia. Z drugiej śledztwo zostało do niebosiężnych rozmiarów rozwleczone. Jazz odebrałam jako śledczą szukającą po omacku. Autorka nie zostawiła znaków, po których mógłby podążać czytelnik, by choć trochę przybliżyć się do rozwiązania.  Żadne tropy nie wysuwały się na światło dzienne w trakcie toczącego się śledztwa. Chwilami wszyscy wydawali mi się podejrzani. Komisarz Hunter z miejscowym sierżantem i londyńskim śledczym Milesem oparli detektywistyczne działania na przesłuchaniach, niektórych świadków po wielokroć, jakby ich tryby myślowe zadziałały dopiero po wypuszczeniu ze swoich rąk przesłuchanego. Trochę taki motyw jak z Poirota Agathy Christie, gdzie mało się dzieje, a dużo mówi.

Bardzo dobry motyw z Rorym Millarem, trzynastoletnim uczniem szkoły. Zdecydowanie słabszy z jego ojcem Davidem. Zbyt oczywisty, zbyt naciągany i zbyt prosty. Obraz kobiet również zasługuje na wspomnienie. W tym Riley jest mistrzynią. Stworzyła cały gwiazdozbiór kobiet, zdecydowanie różnych od siebie, ze zdecydowanie różnymi doświadczeniami i pochodzeniem. Postać Jazz wydaje mi się najsłabiej zaprezentowana, szczególnie w aspekcie jej relacji z byłym mężem. Za to wieloletnia sekretarka dyrektora szkoły Jenny to co innego, czy chociażby Angelina Millar, zaborcza, kłamliwa, zafałszowana i walcząca do ostatniego o swoją, jak najlepszą, pozycję.

Dla mnie typowo gotycka powieść Riley mimo, że osadzona w 2005 roku. Atmosfera duszna, język wysublimowany, delikatny. Za mało emocji, za mało akcji i za mało sensacji. Wątek kryminalny wręcz przesądzony aspektami obyczajowymi, które mnożyły się jak grzyby po deszczu, tak jak bohaterowie poboczni, ale oczywiście z najlepszym skutkiem. Obyczajowość to zaleta tej powieści. W „Tajemnicach Fleat House” Lucinda Riley wodzi czytelnika za przysłowiowy nos, jednak gdy już odkrywa przed nim motyw wszystko wydaje się składać w jedną całość. Ale tylko pozornie. Pozornie…

Książka dla fanów Lucindy Riley, zafascynowanych jej stylem, jej kwiecistymi opisami i jej literackim językiem, a także miłujących zagadki z przeszłości, od których aż roi się w jej prozie. Miłej lektury!

Moja ocena 7/10.

Książka trafiła do mnie dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Gra na dwa fronty” Lily Lindon

GRA NA DWA FRONTY

  • Autorka: LILY LINDON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 15.06.2022r.

Książka „Gra na dwa fronty” Lily Lindon od @WydawnictwoAlbatros premierę miała 15 czerwca br. Jest to debiutancka powieść autorki, która powstała – jak sama Lily Lindon przyznała – w dobie lockdownu. Dotychczasowe literackie doświadczenie debiutantki opiera się na redakcji książek i pisaniu dawno temu skeczy dla studenckiej grupy komików. Ten motyw też został wykorzystany w książce😉. Jak również fakt z życia autorki związany z prowadzeniem własnego podcastu Wit Lit z wywiadami o zabawnych książkach. Dobrze się czyta o czymś, co jest znane bliżej autorowi. Z takim nastawieniem zaczęłam pochłaniać kolejne strony powieści, w której ogromną rolę odgrywają dwa różne oblicza tej samej osoby.

W mojej głowie pojawiają się wydarzenia zapisane w naszym kalendarzu. Wciąż takie same, powtarzające się, rygorystycznie zaplanowane. Te same kolory w identycznych wzorach, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku.” ” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Georgina Green to 26 – latka żyjąca w siedmioletnim związku ze swoim chłopakiem Dougiem. Oboje są umuzykalnieni. Doug gra nadal w kapeli Epoka Brązu, a Gina zajęła się nauką gry na pianinie w londyńskiej szkole. Życie w głębokiej symbiozie, ze wspólnym rodzinnym kalendarzem elektronicznym rozsypuje się jak domek z kart, gdy Gina towarzyszy swojej przyjaciółce Sophie influencerke, homoseksualistce na koncert lesbijskiej grupy Faza w klubie The Familiar. Nagle okazuje się, że obecność innych młodych kobiet nabiera dla Giny nowego znaczenia. Powoli jak poczwarka z kokonu przeistacza się w George, dla której miłość fizyczna może być spełniona i w towarzystwie mężczyzn, jak i kobiet. Jej rozwój i dojrzewanie napawa ją z jednej strony strachem, z drugiej nadzieją, że wreszcie coś w jej życiu zacznie się dziać. Wreszcie będzie żyła z wypiekami na twarzy każdego dnia, a nie tylko uprawiać seks w niedzielę, zgodnie z tygodniowym harmonogramem.

Jakoś nie do końca przekonała mnie ta książka. Zdecydowanie lepiej czytało mi się pierwszą część, gdy Gina vel George vel Georgina odkrywała siebie na nowo w całkiem dorosłym życiu. Gdy poszukiwała własnego ja i próbowała uporać się z seksualnym podnieceniem do tej samej płci. Odkrywanie środowiska LGBTQ+  zobrazowanego przez autorkę również było jednym z ciekawszych momentów w książce. Bardzo podobała mi się w tym momencie postać Douga, wieloletniego partnera Giny oraz jej relacja z Soph zagorzałą walczącą lesbijką i wieloletnią przyjaciółką w jednym. Chwila w którym do ich relacji zawitała zazdrość, była jedną z najsmutniejszych w książce, zniszczyła wszystko, zniweczyła to, co zostało zbudowane. W drugiej części autorka postawiła na szczęśliwe zakończenie, na infantylność. Happy end w wykonaniu Kit i Isobel mnie nie przekonał. Sytuacja w pracy dla mnie totalnie naciągana. Relacja z Dougiem po tylu wspólnych latach również. Jedyna realna wydała mi się mama głównej bohaterki, która zachowała się tak poprawie, jak tylko na angielską damę pijącą herbatę w trudnych chwilach przystało.

Tak, o takiej walczącej Ginie miło mi się czytało. Nawet jeśli jej zachowanie nie było całkowicie spójne. Zachowywała się jak zwierzyła złapana w klatce, motająca się od jednego rogu do drugiego, próbująca się wydostać.

Otwartość polega na tym, że mamy wieść szczęśliwe życie, a nie na tym, żebyś upokarzał mnie, rżnąc się raz za razem z jakąś przypadkową kobietą, a potem mi się tym chwalił” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Doceniam autorkę za umiejętność zobrazowania problemów, z którymi borykają się ludzie ze środowiska LGBTQ+. Mimo, że moim zdaniem środowisko to zostało – zapewne na potrzeby książki – przerysowane. Podobał mi się również świat muzyczki przedstawiony z perspektywy Giny. I na scenie, i w roli nauczyciela przygotowanie autorki było pierwszorzędne.

Kiedy swingujesz, podziały taktowe nie są równe, ale bardziej elastyczne. Pierwsza połowa jest nieco dłuższa od drugiej.” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Dobrze czytało mi się również o współczesnych młodych dorosłych, tak różnych od tych, którymi ja byłam i którymi było moje pokolenie. Oni inaczej patrzą na życie. Dla nich bycie dwudziestoparolatkiem to jak dla nas bycie szesnastolatkiem. Zero zobowiązań, zero głębszych relacji, zero dzieci. Ten wątek został potraktowany bardzo wnikliwie i to w obrazach wielu postaci. Autorka nie zamknęła się tylko na Ginę i na Douga, lecz stworzyła cały wachlarz różnorodnych młodych dorosłych, którzy patrzą na świat zgoła inaczej niż my w ich wieku.

Obecnie ślub w naszym wieku to dziwactwo. Chyba że jesteś religijny i tak napalony, że nie potrafisz logicznie myśleć. Skąd możesz wiedzieć, czy chcesz być z tą osobą na zawsze, skoro nie bzykałeś się praktycznie z nikim innym?” -„Gra na dwa fronty” Lily Lindon.

Książka ratuje się fabułą, główną tematyką oraz stylem i tempem pisania. Czytało się powieść bardzo lekko i przyjemnie. Wynaturzony obraz środowiska LGBTQ+ nie drażnił mnie, nie denerwował. Autorka zachowała wysublimowaną dysproporcję pomiędzy wątkami, na których skupiała się w poszczególnych częściach. Idealna lektura na wakacje.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain

GDY GWIAZDY CIEMNIEJĄ

  • Autorka: PAULA MCLAIN
  • Wydawnictwo: MANDO
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 29.06.2022r.

Gdy gwiazdy ciemnieją” autorstwa Pauli McLain to czternasta premiera czerwca, która już za mną. Ta książka debiutowała nakładem @wydawnictwomando w dniu 29 czerwca 2022 roku i jest pierwszą książką autorki do której sięgnęłam. Na marginesie zaznaczę, że mam z Wydawcą bardzo dobre doświadczenia😊. W ubiegłym roku Wydawnictwo Mando wydało książkę Mirosławy Karety „Najkrótsza noc” (recenzja na klik), która mnie niezwykle zaciekawiła i w wielu momentach rozbawiła, mimo poważnych tematów podjętych na jej stronicach.  Sięgając do „Gdy gwiazdy ciemnieją” podskórnie wspomniałam moje wcześniejsze odczucia i zaczęłam oczekiwać co najmniej takiego samego efektu WOW jak w przypadku książki Karety😉. 

Myślałam dziś o przebaczeniu (…) tylu ludziom trudno zrozumieć, czym ono jest, łączą je z winą. Wstydzą się rzeczy, na które nigdy nie mieli żadnego wpływu. Moim zdaniem wcale nie musimy harować jak wół, żeby zasłużyć na przebaczenie. Ono już jest wokół nas, jak deszcz. Musimy je tylko do siebie dopuścić.” -„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain.

Anna Louise Hart detektyw specjalizująca się w odnajdywaniu dzieci. Pasjonująca się swoją pracą. Wraca do rodzinnego Mendocino, w którym spędziła kilka lat w rodzinie zastępczej. Wraca z przymusu, wraca odrzucona przez męża potrzebującego czasu. Oboje go potrzebują po traumatycznych przeżyciach. Anna nie zaznaje jednak spokoju. Trafia w gorący okres poszukiwania kilkunastoletniej Cameron Curtis, córki znanej gwiazdy filmowej, która dodatkowo boryka się ze zdradą męża. Anna postanawia pomóc miejscowemu stróżowi prawa, Willy’emu – jej koledze z dzieciństwa. Śledztwo przywołuje smutne wspomnienia, traumy z dzieciństwa, śmierć matki, odebranie rodzeństwa, śmierć koleżanki Jenny, relacje z rodzicami zastępczymi. Jej głowa jest pełna trudnych wspomnień, a jednocześnie ciężko pracuje. Tym ciężej im młodych zaginionych dziewcząt jest więcej. Jest i Polly, jest i Shannan….

Obłędna lektura !

Tym bardziej, im dociera do mnie świadomość, że wiele treści znajdujących się w powieści ma osobiste podłoże w przeżyciach autorki. Ogromny szacunek dla Pauli McLain za siłę do podzielenia się z doświadczeniami życia w domu dziecka, za odwagę do przyznania się bycia ofiarą molestowania seksualnego, za przedstawienie wielu rzeczywistych wątków, które naprawdę się wydarzyły. Fikcja pomieszana została z gatunkiem true crime, kiedy McLain opisała rzeczywiste wydarzenia związane z uprowadzeniem Polly Kallas z jej pokoju, z nożem przy szyi, w obecności dwóch koleżanek. To forma uprowadzenia, z którą po raz pierwszy się spotkałam. Tak intymna, we własnym domu. Wręcz druzgocąca.

Sposób na bohaterkę bardzo interesujący, nietuzinkowy. Anna o pięknych imionach i nazwisku. Żona Brandona, matka dwójki dzieci. Policjantka. Jest dla mnie bardzo dobrze rozpisaną postacią. Rozumiem jej ból po stracie. Rozumiem jej rozpacz po odrzuceniu przez męża. Rozumiem jej końcową nadzieję i chęć, by wszystko uporządkować, by przestać się ukrywać w Mendocino, by wrócić do swego prawdziwego życia.

Nigdy nie byłam w stanie zdystansować się od tych ofiar. Dzieci, którym próbuję pomóc. Sprawy, które prowadzę, przesłaniają mi wszystko inne.” -„Gdy gwiazdy ciemnieją” Paula McLain.

To fakt, jak przeczytałam w innej opinii, że autorka dotknęła bardzo czułych strun w sercach czytelników i czytelniczek. Dotknęła tematu niezawinionych śmierci, okaleczeń, molestowań seksualnych względem dzieci. To pomysł na fabułę powodujący liczne negatywne i silne emocje, przyczyniający się do czytania książki w napięciu. I mimo, że z tą tematyką spotykam się po raz któryś, lektura „Gdy gwiazdy ciemnieją” zapadła mi w pamięć ze względu na rzetelny sposób zobrazowania i śledczych, i ofiar, i rodzin ofiar. Autorka nie pokusiła się o wytłumaczenie sprawcy, o pokazanie jego ludzkiego oblicza, jakby oddawała hołd tym fikcyjnym i prawdziwym – w przypadku Polly – ofiarom. Zwracając uwagę czytelnika, że nie sprawca i jego traumy są tu ważne, że ważne są te niewinne dzieci, oddarte z życia, oddarte z niewinności. I to bardzo cenię w tej powieści. Ten rys psychologiczny ofiary. Ten rys psychologiczny Anny.

Dobrze czytało się mi się powieść również ze względu na postaci poboczne. Postać Tally, postać Willa, czy rodziny ofiar począwszy od Emily i Troya, po Lidię, Drew i pozostałych. To cała kawalkada postaci, która z jednej strony trochę zagmatwała w fabule i uczyniła ją bardzo przewlekłą, z drugiej jednak miała służyć zapewne ukazaniu ogromu czynności, którzy wykonują śledczy, by dochodzenie zakończyło się sukcesem. Nie przekonała mnie najbardziej postać Emily. Wydała mi się w tej swej minimalnej uważności na dziecko wręcz nieludzka. Pewne sprawy doszły do niej o dużo za późno, zbyt późno. Wydaje mi się, że rola w odkryciu tych kart z przeszłości Cameron powierzona Anny była lekko przesadzona. Coś na zasadzie wszyscy coś zauważali, ale nikt niczym się nie zainteresował. Widocznie ten mechanizm miał tu był przedstawiony. Nawet jeśli nie do końca mnie przekonał.

Powieść należy przeczytać ze względu na bohaterkę Annę i jej trudne doświadczenia, ze względu na ofiary, o których autorka opowiada wręcz z namaszczeniem i ze względu na osobiste przeżycia  Pauli McLain, o których czytałam z szacunkiem. To wszystko zostało ujęte w zwięzłych opisach, ciekawych dialogach, mimo pewnej rozciągłości fabuły i interesującym otoczeniu. Dzięki temu „Gdy gwiazdy ciemnieją” jest dla mnie lekturą bardzo wartościową. A wartościowe książki powinny być czytane. Efekt WOW w trakcie czytania był. Polecam więc !!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Mando.

„Serce lasu” Patrycja Żurek

SERCE LASU

  • Autor: PATRYCJA ŻUREK
  • Wydawnictwo: DRAGON
  • Liczba stron: 304
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Muszę powiedzieć, że mimo tego, że w ostatnim czasie staram się regularnie pisać i dodawać recenzję moje sterty zaległości zdają się nie maleć. I mam tu na myśli, zarówno te sterty z książkami do przeczytanie, jak i te z już przeczytanymi, ale nie zrecenzowanymi. I z jednej strony dobrze, że zapas książek nigdy się nie kończy, momentami z drugiej trochę mnie to momentami przytłacza i mam wyrzuty sumienia wobec tych książek, których nie udaje mi się zrecenzować na bieżąco. Jedna z takich książek to „Serce lasu” Patrycji Żurek od Wydawnictwa Dragon. Pozycja ta miała premierę 18 maja, w dniu, w którym tych premier było prawdziwe zatrzęsienie. Jest to pierwsza książka autorki, po którą udało mi się sięgnąć, a zaintrygowała mnie przepiękna, klimatyczna okładka oraz ciekawy opis.

Iwo rok temu w wypadku stracił narzeczoną, sam także ucierpiał. Nie może poradzić sobie z tym doświadczeniem, popada w depresję i zaniedbuje pracę w rodzinnym biznesie. Rodzina zmusza go do wyjazdu na leczenie do Rymanowa, choć sam zainteresowany nie bardzo wierzy, że to ma sens. Po przyjeździe poznaje Libuszę – kobietę o niezwykłej energii, którą ludzie w miasteczku nazywają czarodziejką, na niektórzy nawet wiedźmą. Wśród wielu umiejętności kobiet podobno posiada również umiejętność rozmowy ze zmarłymi. Ivo nie bardzo wierzy w te rewelacje, jednak do kobiety coś go przyciąga. Jak rozwinie się ich znajomość? Czy ludzie z tak różnych światów mogą mieć ze sobą coś wspólnego?

Autorce udało się stworzyć w tej książce niezwykły klimat, jest ciepło, spokój, optymizm i niesamowita energia. Mimo, że dotyka ona pewnych kwestii nadprzyrodzonych, jest mocno osadzona w życiu. Bohaterowie są przekonywujący, ludzcy.  Pisana w narracji trzecioosobowej, stylem, który nas oczaruje i zahipnotyzuje, książkę czyta się bardzo przyjemnie,  daje złudzenie przeniesienia się tak jakby do innego wymiaru. Porusza przy tym wiele istotnych kwestii, takich jak przyjaźń, miłość, rodzina, umiejętność przebaczenia sobie, odwaga walki o swoje marzenia. Główna bohaterka to kobieta niezwykła, utalentowana, wrażliwa, silna i słaba zarazem.

Lektura tej książki to prawdziwa przyjemność, polecam gorąco.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dragon.

„Ratunku! Wymyśliłam męża” Katarzyna Kowalewska

RATUNKU! WYMYŚLIŁAM MĘŻA

  • Autorka: KATARZYNA KOWALEWSKA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 296
  • Data premiery: 7.06.2022r.

Ratunku! Wymyśliłam męża” to kolejna książka @Katarzyna Kowalewska autorka z gatunku literatury obyczajowej. Jej poprzednia powieść „Podmiejski na koniec świata” (recenzja na klik) opowiadała o Alicji mającej problem z asertywnością, która w pewnym momencie postanowiła zawalczyć o siebie. Z opisu Wydawcy dowiedziałam się, że na kolejną obyczajową powieść drogi nie mam co liczyć, Florka do Alicji nie jest ni w ząb podobna😊. Książka premierę miała 7 czerwca br., a miałam okazję ją przeczytać dzięki @Zysk i S-ka Wydawnictwo, za co bardzo dziękuję.

To historia o Florencji i Bartku. To też historia o Felicji i Barnabie. Jedni są na wskroś praktyczni. Taka para z wieloletnim stażem, gdzie mąż śpi w starych rozwleczonych T-shirtach, a żona ma ogromne poczucie humoru i dystans do swego związku. Oboje usatysfakcjonowani z pracy, oboje lubiący swoje towarzystwo. Mimo pewnych pragnień, które pozostają niewypowiedziane. Drudzy to rozumiejący się bez słów nadziani młodzi dorośli z ukochanym dzieckiem u boku. Posiadający przepiękny dom, miłą i utalentowaną panią do wszystkiego, tylko zgrabnych i bogatych znajomych, a także umiejętności, które pozwalają utrzymać między nimi żarzący się ogień przez cały czas i symbiozę w swoim otoczeniu, czasem tylko gestem, czasem tylko słowem. Obie pary mogłyby istnieć naprawdę. Tylko, którzy byliby bardziej ciekawi?

Bardzo dobra pierwsza część powieści!

Zadziorna, z humorem, z dystansem. Postać Florki zawładnęła moim sercem od początku, gdy Autorka opowiedziała historię jej imienia i postępowanie rodziców, gdy tylko Flora osiągnęła względną dorosłość. Bartek nie jawił mi się jako gbur, despota, czy nieczuły tyran. Jawił mi się jako idealny partner dla Flo, która zna swoją wartość, która oddaje się pasji i która ma ciekawych znajomych wokół siebie. I właśnie ci znajomi są osobnym, interesującym wątkiem. Grupa składająca się z Dżastiny, Toma i Justynki idealnie wpasowuje się w grupę wsparcia dla pasjonatki pisania jaką jest Flora. Każdy z przyjaciół poznanych na kursie kreatywnego pisania ma czytelnikowi coś innego do zaoferowania. A różnorodność w prozie jest zawsze w cenie. Mi najbardziej spasowała Dżastina. Uwielbiam takie ostre, zdecydowane i nieegzaltowane laski. Lekko zawiodłam się na Justynie. Z tego mogłaby być naprawdę odjechana historia, gdyby Autorka podążyła moim tokiem myślenia. Moment, w którym przyjaciele ją śledzą stanowił obietnicę na naprawdę dobrą zabawę😉. Jestem zaciekawiona wątkiem głównej bohaterki. Ciekawe czy Autorka wykorzystała swoje doświadczenie w pisaniu, w dążeniu do niego w kreowaniu tej postaci…

Miejsce akcji również jest nieprzypadkowe. To ukochany Grodzisk Mazowiecki samej Katarzyny Kowalewskiej. Kiedyś usłyszałam, że dobrze pisze i czyta się o tym, co się zna. Ja w Grodzisku nie byłam nigdy. To jakby inny świat, niby bliski od Stolicy, a jakby całkowicie na końcu świata. Tą różnorodność Kowalewska również zobrazowała bardzo dobrze. Trochę przekornie zawierając to w dialogach pomiędzy głównymi bohaterami. Chętnie zaczytywałabym się dłużej w opisach miejsca akcji. Opisywanie sercem przez Autorkę przestrzeni, w której osadziła fabułę, po prostu musiałoby być ciekawe.

Styl Autorki jest bardzo podobny do poprzedniej jej książki, tj. „Podmiejski na koniec świata”. Powieść czyta się bardzo szybko, wręcz ekspresowo. Styl i tempo jest lekkie i przyjemne, zgodnie z prawidłami gatunku literatury obyczajowej. Wiele trafnych sformułowań, ripost i śmiesznych sytuacji nadaje książce jeszcze większego polotu. Jest przez to jeszcze bardziej odświeżająca, jeszcze bardziej lekka. Nie ukrywam, że drugą częścią trochę się zawiodłam😊. Gdy już wszystko zaczynało się układać i wyjaśniać, Autorka zaczęła przybliżać nam motywacje głównych bohaterów, a tajemnica Justyny się już rozwiązała, powieść przestała być dla mnie ciekawa. To tak jakby Kowalewska zabrała mnie na wspinaczkę górską. Najpierw wchodziłam ociężale, mozolnie, by dowiedzieć się co znajdę na samym wierchu, a potem, gdy już trafiłam to zaczęłam schodzić znudzona, bo wszystko co było najciekawszego pozostawiłam na samej górze.

Idealna książka na letni czas. Idealna lektura na słońce. Nadająca czytaniu innego znaczenia. Powodująca relaks i miłe chwile, w którym liczy się drugi człowiek, nawet jeśli jest daleki od ideału. Miłego czytania.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Konfetti” Monika Kłos

KONFETTI

  • Autorka: MONIKA KŁOS
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Cykl: GALAKTYKA MONY (tom 1)
  • Liczba stron: 240
  • Data premiery: 12.07.2022r.

Nie czytałam żadnej z poprzednich powieści od @Monika Kłos – strona autorska. Zaciekawiła mnie jednak fabuła przedstawiona przez Wydawnictwo @Proszynski. Zrozumiałam, że ta  pierwsza część nowego cyklu „Galatyki Mony” może być wyjątkowa, gdyż daje obietnicę pewnej całości, pewnej wymyślonej z góry historii. A dość dobrze znoszę powieści, które z czegoś wynikają i do czegoś zmierzają. Przed wami recenzja „Konfetti”, książki która miała premierę dopiero co, tj. 12 lipca br. Mnie wyjątkowo zaciekawił opis Wydawcy i zafrapowała ciekawa okładka. Musiałam jak najszybciej dowiedzieć się, co się kryje pod tym pięknym motylem. I już wiem nie poczwarka, tylko piękna kobieta Mona,

Twoje  życie składało się z ogromnego bólu, cierpienia i nieszczęścia. Jesteś na granicy śmierci, co to co przeżyłaś przeważyło energię życiową. Widzę koniec.” – „Konfetti” Monika Kłos.

Tak Autorka zapoznała Monę z czytelnikami. I to do naszego zadania należy, by dowiedzieć się jak i czy tę energię życiową Mona potrafi odzyskać. A wszystko zaczęło się od zdrady mężczyzny w którym Mona była w kilkuletnim związku. Wszystko zaczęło się od Eryka i niespełnionej berlińskiej obietnicy. Na chwilę Autorka zauroczyła nas Adamem, by zaraz w ferworze korporacyjnego życia rzucić nas w wir komplikacji z udziałem Martina. W tym wszystkim musi odnaleźć się Mona. Czasem krucha, czasem silna, szczególnie dla swego dziecka. Szukająca własnej drogi i popełniająca jak my wiele błędnych decyzji.

Nie wiem kompletnie od jakiego gatunku zaliczyć tę powieść składającą się z dwunastu rozdziałów. Z jednej strony czyta się ją bardzo lekko, jak prozę typowo rozrywkową, bez głębszego dnia, napisaną w stylu kronikarskim, gdzie Autorka opisuje kolejno następujące po sobie wydarzenia, trochę bez głębszego zastanowienia, bez chwili odpoczynku na dogłębną analizę tego co się dzieje. Z drugiej książka podejmuje bardzo trudne tematy. Przemoc domową. Ucieczkę chociaż w bardzo nieprzekonującym stylu. Temat ciężkiej choroby. Niektóre sformułowania okazały się dla mnie zbyt pobieżnie napisane, tak jakby z grubsza, tak jakby z maską, całkowicie nietrafione. Przykładowo tak główna bohaterka mówi do swej bratanicy; „Widzisz, kochanie, nie wytrzymuję… To już drugi raz, kiedy ocieram się o śmierć, a mój mąż nie ma dla mnie litości, współczucia…” Dalej nie dzieje się nic. Wyświechtane, w mocno harleqinowskim stylu, jak w słabym dramacie. Drażniło mnie używanie imion Marianny i Wiki naprzemiennie. Dużo w historii egzaltacji, same znaki zapytania, zero odpowiedzi. Nawet przemiana Martina nie została rozpisana, przedstawiono ją tylko z jednego punktu widzenia, z ogromną ilością niedopowiedzeń.

Słaba pozycja. Nie przekonuje mnie postać głównej bohaterki. Niezmiernie słabej superbohaterki. Jakby Autorka skonstruowała Monę z iluś tam kobiecych postaci mających bardzo mało punktów stycznych. Tylko miłość matki urzeka. A to za mało, by ocenić powieść wysoko.

Moja ocena: 4/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

„Środek lata” Małgorzata Warda

ŚRODEK LATA

  • Autorka: MAŁGORZATA WARDA
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery: 12.07.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 2007r.

@Małgorzata Warda – autorka to „Pisarka, malarka, rzeźbiarka – jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych. Laureatka kilku konkursów literackich. Jej prozatorski debiutem była książka „Dłonie” wydana w roku 2005.” (cyt. za https://lubimyczytac.pl/autor/23088/malgorzata-warda z dnia 20.07.2022r.). Ja Autorkę znam z licznych antologii, w których zamieściła swoje opowiadania (np. Teraz Cię rozumiem mamo). W krótszej formie Pani Małgorzata czuje się równie dobrze, co w dłuższej😊. Nie wierzycie? To dobrze😉. Warto sprawdzać samemu.

Książki pt. „Środek lata” wydanej pierwotnie w 2007 roku przez Wydawnictwo @Prószyński i S-ka nie czytałam. Ucieszyła mnie więc wiadomość od Wydawcy, że 12 lipca br. powieść zostanie wznowiona w nowym wydaniu. Dzięki uprzejmości @Prószyński i S-ka wolumin w pięknej, klimatycznej okładce trafił w moje ręce. Jestem już po lekturze. Pozwólcie podzielić się z Wami spostrzeżeniami na jej temat.

W 2005 roku znika Sylwia Fey. Dziewiętnastolatka z klasy maturalnej. Rok poszukiwań nie przynosi rezultatu. Dziennikarskie śledztwo rozpoczyna Marlena Rogucka z pisma „Portrety”. Wraz ze swoimi współpracownikami zaczyna na nowo odkrywać te same karty, czytać te same strony raportu policyjnego i zapoznawać się z pamiętnikiem zagubionym, z jego wszystkimi stronami, nawet tymi dostarczonymi przez jej przyjaciółkę Marzenę. Na nowo przesiewa informacje. Niektóre z nich pojawiają się po raz pierwszy. Czy to doprowadzi dziennikarkę śledczą do rozwiązania zagadki zaginięcia Sylwii?

Ależ mnie zmyliło Wydawnictwo tą subtelną, klimatyczną i delikatną okładką !!! Spodziewałam się uroczej książeczki obyczajowej, a otrzymałam mix gatunków literackich w jednej powieści. „Środek lata” to powieść obyczajowa z rozbudowanymi wątkami relacji w rodzinie. Bardzo dobrze obrazująca związek między rodzeństwem, oczekiwania dorosłych i różnice pokoleniowe, szczególnie wnuków w relacji z Babcią, która uparcie twierdziła, nawet nie wychodząc z domu, że „(…) prawdziwa dama nie powinna w kółko obnaszać tych samych strojów…”. Dotyka również tematu przyjaźni i związków między rówieśnikami. „Środek lata” to też niespokojny thriller, w którym rys psychologiczny bohaterów odgrywa istotną rolę. Sama Sylwia nie potrafi radzić sobie ze swoimi emocjami. Jej pamiętnik jest przepełniony niespełnionymi obietnicami, niezrealizowanymi marzeniami. Jej zachowanie przekracza dobry gust i w relacji z bratem Mateuszem, i w relacji z innymi mężczyznami. „Środek lata” to też kryminał, w którym główną rolę odgrywa dziennikarka Marlena. Stara się dotrzeć do prawdy w swym śledztwie. Prowadzi go w zgodzie z prawidłami gatunku, rozpytując wszędzie, zapędzając w przysłowiowy kozi róg, pokazując nowe dowody i analizując reakcje. Ten wątek zawiódł mnie jednak najbardziej. Marlena odkryła fakty, które w realnym świecie policja odkryłaby w trakcie rocznego śledztwa wcześniej czy później. Rola Marzeny w mojej opinii w rozwiązaniu zagadki została uwypuklona aż za nadto.

Bardzo dobrze czytało mi się tę powieść. Nie mogłam się od niej oderwać, aż zarwałam noc do pierwszej w nocy😊. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie liczby pojedynczej i to z różnych perspektyw. Rozdziały zatytułowane imionami bohaterów nakierunkowują czytelnika, kto będzie kluczowy w danej części książki. Śledzimy śledztwo z perspektywy Marleny. Na losy bohaterów patrzymy oczami Mateusza i jego przyjaciela Damiana. I Lou, Lucyna, najmłodsza siostra. Mimo, że jej rola jest kluczowa dla wątku obyczajowego, jej narracja nie przekonała mnie w ogóle. Nie potrafiłam się w nią czuć. Dziesięć lat młodsza od Sylwii, trzynaście od Mateusza, gdy relacjonuje wydarzenia powinna mieć z dziesięć lat. Jej narracja, w moim odczuciu, jest za poważna, brzmi jak narracja młodej dorosłej, mimo, że autorka wplotła w nią jej naiwność, czy w wielu miejscach pokazała różnice w postrzeganiu świata, np. w rozumieniu funkcji podwiązek😉.Wydarzenia z perspektywy Sylwii czytelnik śledzi z jej pamiętnika, który jest bardzo dobrze napisany. Są to zdarzenia i z bardziej dawnych, i mniej dawnych lat. Dzięki temu przeczytałam o walkmanie, o osiedlowych kinach, czyli inaczej o latach dziewięćdziesiątych, w których wszystko wyglądało inaczej. Zresztą przeplatająca czasoprzestrzeń na zasadzie teraz – wcześniej – dużo wcześniej bardzo dobrze się Małgorzacie Wardzie udała. Nie można się pomylić, nie można się zaplątać.

Fabuła bardzo ciekawa. Połączenie gatunków zasługuje na ogromny szacunek czytelnika. Autorka w tym zakresie wykazała ogromny kunszt prozatorski. Bohaterowie bardzo wyraziści, nawet w swej nieudolności i w swej naiwności. Mateusz skrywający tajemnicę spodobał mi się najbardziej. Jego męska perspektywa wydała mi się bardzo prawdziwa. Idealna książka na lato z Trójmiastem w tle. Miłej lektury.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka.

„Mała niespodzianka. Dwóch starszych panów i niemowlę, czyli jak Hendrik i Evert wpadają w kłopoty” Hendrik Groen

MAŁA NIESPODZIANKA. DWÓCH STARSZYCH PANÓW I NIEMOWLĘ, CZYLI JAK HENDRIK I EVERT WPADAJĄ W KŁOPOTY

  • Autor: HENDRIK GROEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery: 29.06.2022r.

W notce biograficznej na początku książki przeczytałam, że „Hendrik Groen to pseudonim autora, który skrzętnie ukrywa swoją tożsamość. Jego pierwsza, opublikowana w 2014 roku, książka, „Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼”, okazała się olbrzymim sukcesem; wydano ją w 35 krajach, nakręcono na jej podstawie serial telewizyjny i wystawiono sztukę teatralną…” Te informacje podsyciły tylko mój apetyt i wzmogły oczekiwania co do debiutu z 29 czerwca br. od @WydawnictwoAlbatros. „Mała niespodzianka. Dwóch starszych panów i niemowlę, czyli jak Hendrik i Evert wpadają w kłopoty” Hendrik Groen po opisie jawiła mi się jako lekka książeczka, o dwóch starszych panach, w której ogromne znaczenie odgrywa komedia pomyłek, gagi sytuacyjne i dziwne zbiegi okoliczności. Liczyłam na pomieszanie z poplątaniem, a otrzymałam….

Trzeba uważać, staruszku – rzuciła gruba blondynka w legginsach.
  – Bardzo panią przepraszam, tłuścioszku – odpowiedział uprzejmie…” -„Mała niespodzianka. Dwóch starszych panów i niemowlę, czyli jak Hendrik i Evert wpadają w kłopoty” Hendrik Groen.

Już widzę, jak ktoś kulturalnie odzywa się do mnie w te słowa😊. Gromy by padały z nieba, bo chyba zamieniłabym się w Thora z tej złości😉.

I faktycznie nonszalancji i kultury głównym bohaterom odmówić nie zgoła. Zachowują holenderski sznyt nawet w najmniej oczekiwanych i oczywistych sytuacjach. A przygód odmówić im też nie sposób. Wszystko zaczyna się pewnego dnia, gdy w drodze na cotygodniowe szachy do Hendrika Groena jego przyjaciel Evert Duiker postanawia dla żartu „pożyczyć” sobie wózek dziecięcy. I to nie byle jaki, gdyż z prawdziwym, żywym niemowlakiem. Mały żarcik staje się więc początkiem ogromnej holenderskiej afery, w którą zaangażowana zostaje Pani Burmistrz, kilka zastępów policji, szkolny woźny, a także osobista sąsiadka Hendrika Pani Gerda von Duvensbode.

Autora muszę pochwalić za konstrukcję książki. I jest to prawie jedyna zaleta tej niedługiej publikacji. Fabuła zamieszczona została w dziewięćdziesięciu trzech rozdziałach. Na początku każdego z nich autor zamieścił godzinę i miejsce akcji. Wszystko to, co dzieje się poza mieszkaniem Hendrika relacjonowane jest z perspektywy narracji trzecioosobowej. To co wydarza się w życiu obu Panów, Hendrik opisuje samodzielnie w pierwszej osobie liczby pojedynczej.  Dość dobrze czytało się fragmenty z sąsiadką Gerdą. I duży plus za odzwierciedlenie holenderskiej rzeczywistości. Ta poprawność polityczna, te parytety płciowe, ta naturalna wielokulturowość. To elementy, które doceniłam w tej publikacji.

Spodziewałam się lotnej książeczki, w której geriatryczny humor nie pozwoli mi jej odłożyć, aż do ostatniej strony. Autor zafundował mi wymuszony humor, publikację wspartą na dotychczasowym sukcesie i znajomości bohaterów, którzy zapewne, w pierwszej części wypadli znacznie lepiej, niż w czwartej odsłonie. Nawet kot Bas nie uratował sytuacji, a słabość do zwierzęcych bohaterów drugiego planu mam ogromną. Komizm sytuacji odebrałam jako nieszczery. Motywację Everta do „użyczenia” sobie wózka dziecięcego jako udawaną, a poczynania holenderskiej policji i magistratu dolały już przysłowiowej oliwy do ognia. Po przeczytaniu pozostał, zawód i niesmak. Okazuje się, że nie dla każdego humor Hendrika Groena.

Moja ocena 4/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Zapomniany ogród” Kate Morton

ZAPOMNIANY OGRÓD

  • Autorka: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery: 15.06.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 1.01.2009r.
  • Data światowej premiery: 06.06.2008r.

Jeszcze nie opadł kurz po powieści „Cztery muzy” wydanej w serii butikowej w dniu 18.05.2022r., a już @WydawnictwoAlbatros zaszczyciło polskiego czytelnika kolejną pozycją z tego zbioru. Debiutującą 15 czerwca br. książką „Zapomniany ogród” Kate Morton. Autorkę poznałam przy okazji „Milczącego zamku” (recenzja na klik), która premierę miała w lipcu ubiegłego roku. A w samej recenzji napisałam: „Książka została napisana pięknym, literackim językiem. Brak powtórzeń, brak nieścisłości. Opisaną historię czyta się w napięciu, ciągle czekałam na zakończenie, na ostateczne odkrycie tajemnic krążących po zamkowych, ciemnych, dusznych korytarzach.” Mam nadzieję, że i tym razem moja opinia będzie zbliżona do poprzedniej😊.

Życie byłoby znacznie prostsze, gdyby przypominało baśnie. Gdyby ludzie przypominali szablonowych bohaterów powieści.” –„Zapomniany ogród” Kate Morton.

Dwudziestojednoletnia Nell dowiaduje się w dniu swoich urodzin, że nie jest biologiczną córką swoich rodziców, Hugh i Lil, którzy znaleźli ją w dokach portowych w australijskim Maryborough w 1913 roku, po samotnej kilkunastodniowej podróży z Anglii. Ta wiedza zmienia wszystko. Nell zaczyna czuć się obco. Jej dotychczasowe siostry nie wydają się jej już takie bliskie. Zaczyna szukać. W latach siedemdziesiątych wybiera się do Anglii, by spróbować poznać swoją historię. U schyłku życia, który spędziła w Brisbane zaciekawia przekazywanymi chaotycznie informacjami swoją wnuczkę Cassandrę, która nie przestaje drążyć podanych przez babcię informacji, aż do momentu, gdy dowiaduje się, że oprócz australijskiego odziedziczyła po niej angielski mały domek zwany Cliff Cottage w byłym majątku rodu Mountrachet umiejscowiony w Kornwalii, w mieścinie o nazwie Tregenna. To podróż do Anglii i badanie prawdziwej historii Nell O’Connor staje się od tego momentu celem życia Cass. Cassandra postanawia zrobić wszystko, by poznać, skąd pochodziła czteroletnia dziewczynka, znaleziona w porcie w Australii z małą skórzaną walizeczką.

Pamięć to okrutna dama, z którą wszyscy musimy nauczyć się tańczyć.” „Zapomniany ogród” Kate Morton.

Kate Morton sięgnęła do historii swojej rodziny kreśląc losy arystokratycznej rodziny Mountrachet i historii z odnalezioną, malutką Nell. Jej pierwowzorem jest babcia autorki będąca w tym samym co ona wieku, gdy dowiedziała się, że jej ojciec nie jest jej biologicznym rodzicem. Ta tajemnica została z babcią autorki przez całe życie. Dopiero u schyłku swego ziemskiego bytu postanowiła podzielić się tą wiedzą z trzema córkami. Na kanwie tej historii Morton stworzyła postać Nell. Nakreśliła kolejną rodzinną opowieść, w której tajemnice odgrywają istotną rolę. Wielki plus za postać Autorki, która została wspomniana na początku. Autorki mającej dwa wymiary, dwa znaczenia. Jeden związany z autorstwem przepięknych, magicznych baśni, które Morton wplotła w fabułę urozmaicając ją bardzo sprytnie. Drugi…. Tego musicie dowiedzieć się sami😉.

Książka składa się z trzech części. Łącznie znajduje się w niej 51 rozdziałów. Narracja jest trzecioosobowa. Rozdziały są kolejno ponumerowane. Autorka opowiedziała historię w wielu perspektywach czasowych, które wyszczególniła na początku każdego rozdziału. Losy głównych bohaterów śledzimy w Londynie i w Maryborough w roku 1913. Współczesne wydarzenia, w których uczestniczy Nell i jej wnuczka Cassandra umiejscowione zostały w Brisbane w roku 2005. Osobno autorka odznaczyła okres poszukiwań swoich korzeni przez Nell, co działo się w Londynie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. A to od czego wszystko się zaczęło, działo się w Anglii w roku 1900. I tak naprawdę ten początek jest niezwykle ciekawy. Początek Autorki. Bardzo podoba mi się ten zabieg. Opowiedziana przeszłość rodzinna nabiera szczególnego znaczenia. Jest bardzo kompleksowa, gdy czytelnik ma możliwość śledzenia jej z różnych miejsc, z perspektywy różnych bohaterów odgrywających w niej istotną rolę, jak Państwo Swindell – najmniej sympatyczni bohaterowie, jak Rose i Nathaniel Walker, jak Eliza Makepeace, jak sama Georgina Maountrachet, a także jak Lord i Lady Maountrachet.

Zapomniany ogród” to niezwykle klimatyczna opowieść, w której dzieje arystokratycznej rodziny  Maountrachet odcisnęły piętno na losach wielu niewinnych ludzi. To powieść, która nas uczy, że decyzje często podejmowane z dobrej woli, powodują więcej szkody, niż pożytku. To historia o matkach i córkach, w różnych konfiguracjach, gdzie matki nie zawsze są takie, jakie powinny, a córki nie zawsze są tymi, za które się uważały. To także kronika dziejów, które obejmują swą czasoprzestrzenią jeden wiek. Wiek, w którym pewne tajemnice dotychczas pogrzebane ujrzały światło dzienne.

I mimo, że nie książka nie zachwyciła mnie równie mocno jak poprzednia książka tej autorki, tj. „Milczący zamek” uważam, że jest godna poświęconego jej czasu. Idealnie wkomponowuje się w deszczowe dni. Jej urok wiktoriańskiej i gotyckiej atmosfery przenika do wyobraźni czytelnika.

Miłej lektury!!!

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Tam, gdzie kwitnie miłość” Katarzyna Kostołowska

TAM, GDZIE KWITNIE MIŁOŚĆ

  • Autorka: KATARZYNA KOSTOŁOWSKA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron:304
  • Data premiery: 01.06.2022r.

Książki Katarzyny  Kostołowskiej lubię, napisane lekkim stylem, poruszają istotne, życiowe tematy, pozostawiając czytelnikowi przesłanie pełne optymizmu i spokoju. Tak było w przypadku serii „Czterdzieści”, jak i w przypadku pierwszego tomu serii „ROD Morele”. W czerwcu 2021r. premierę miała „Księga Urodzaju”, do której podeszłam z pewnym sceptycyzmem, ze względu na tematykę dotyczącą działek, uprawy roślin i generalnie całego tego gospodarczego życia, do którego niekoniecznie jestem stworzona. I mimo, że mój tata jest z zamiłowania ogrodnikiem, talentu i cierpliwości do hodowli roślin nie przekazał mi niestety w genach. Mimo tego powieść ta bardzo mi się podobała. W związku z tym bez wahania sięgnęłam po kolejny tom cyklu pt. „Tam, gdzie kwitnie miłość”, który premierę miał 1 czerwca br.

Mimo, że spotkamy tu część bohaterów, którzy pojawili się już w pierwszym tomie tą powieść zdecydowanie można czytać niezależnie, bowiem główne wydarzenia dotyczą innych bohaterów, niż w poprzedniej części. Tak więc mamy okazję przyjrzeć się bliżej czterdziestoletniej Teresie, świeżo po rozwodzie, z dorosłą córka, która wyemigrowała za granicę. Małżeństwo kobiety od dawna było rutyną, przyzwyczajeniem, ściągało ją w dół. Gdy więc Teresa w końcu odważyła się na rozwód postanowiła niejako zacząć życie od nowa. Zaczęła o siebie dbać, trenować, pozbyła się zbędnych kilogramów, częściej bywała na działce i czekała na nową miłość, która przykryje nieudane małżeństwo i okaże się tym uczuciem, na które warto jest czekać całe życie. Gdy na działce poznaje przystojnego Adama rzuca się w ten romans cała sobą, chce wierzyć, że w końcu znalazła szczęście, że wszystkie porażki w życiu prowadziły ją właśnie do tego. Jedynie delikatny głosik szepcze jej, że nie wszystko jest takie jakie chciałaby, żeby było. Czy to głos intuicji, czy może wewnętrzy krytyk, który próbuje storpedować jej szansę na szczęście? Drugą bohaterką jest młodziutka Ola, samotna matka wymagającego dziecka. Ciągle zmaga się z poczuciem, że nie dość dużo z siebie daje, że jest za mało dobrą matką. Jest i sędziwy Julian, który być może w jesieni życia odważy się na to, by wreszcie żyć w zgodzie z sobą. Każda z tych postaci jest inna, znajduje się na innym etapie życia, ma inne doświadczenia i trochę inne wyzwania los przed nimi stawia. Ich ścieżki przecinają się w Morelach, ogródkach działkowych, tutaj mogą sobie służyć radami, nie tylko tymi dotyczącymi hodowli roślin, ale też wesprzeć się dobrym słowem, obecnością, uśmiechem…

Powieść pisana jest w nieśpiesznym, lekkim stylu, w narracji trzecioosobowej. Czyta się ją bardzo przyjemnie, nastraja błogo i pogodnie. Akcja toczy się od maja do września, więc głównie w tych miesiącach, gdzie wszystko rozkwita, owocuje, a wokół roztaczają się sielskie obrazy i zapachy. Jednak to powieść to nie tylko sielanka, dotyka też trudnych tematów, takich jak trudy macierzyństwa, tolerancja, poczucie własnej wartości. Nie będę Wam spoilerować, powiem tylko, że dotyka istotnych i wartych rozważenia kwestii. Postacie w powieści zostały świetnie wykreowane, nawet te, które nie budzą naszej sympatii są pokazane wielowymiarowo, a ich z pozoru złe zachowania zawsze są czymś uzasadnione. Pomaga więc nam w próbach zrozumienia drugiego człowieka, akceptacji jest silnych i słabych stron.

Lektura tej książki pozostawiła mnie w świetnym nastroju, natchnęła optymizmem i pogodą ducha, więc Wam także serdecznie ją polecam!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.