„W cieniu twierdzy” Kamila Cudnik

W CIENIU TWIERDZY

  • Autorka: KAMILA CUDNIK
  • Wydawnictwo: ZYSK i S-KA
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 02.11.2021r.

Ale się rozleniwiłam ostatnio😊. Trochę przygotowań do Świąt, kapka zimowej aury i prawie zasnęłam zimowym snem. Na szczęście tylko prawie😉. Czytania nigdy nie za dużo, gorzej z dzieleniem się spostrzeżeniami. Ale po każdej nocy przychodzi dzień i jakoś dzisiaj siły mi wróciły, by przerwać recenzencki stupor. Zacznę od powieści historycznej. Jest to gatunek, który umiłowałam przy okazji czytania innych rodzimych autorów. Nawiązanie do przeszłości w beletrystyce zaczęło mnie żywo interesować. Sami powiedzcie czego można się spodziewać po powieści historycznej? Ja dostrzegam zwykle głębokie przeżycia, polityczne odniesienia, odzwierciedlenie polskiej historii, o której czytam z nostalgią. Czasem zakropiona jest taka powieść romansem, ideami, czy działalnością antyrządową. Bez znaczenia kto wtedy rządzi. Realizm miesza się z fikcją, tak mocno, że chwilami nie wiadomo, co było rzeczywistością, a co jest tylko wytworem fantazji autora.

Jedną z takich powieści jest listopadowa premiera od Wydawnictwa @Zysk i S-ka. To klasyka gatunku pióra @Kamila Cudnik pt. „W cieniu twierdzy” opisująca czasy zaboru pruskiego na dzisiejszych terenach powiatu toruńskiego. Książka obrazuje bardzo wiernie ówczesne czasy. Scala dwa światy. Świat zaborców i świat tych, którzy zamieszkiwali zagrabioną Polskę wcześniej, prawdziwych Polaków. Śledząc losy Waltera von Offenberga, kapitana pruskiej armii oraz Luizy Zagórskiej dziedziczki zubożałych ziemian, których majątek przeszedł w ręce Offenberga, śledzimy losy Polaków pod rządami pruskimi. Polaków, którzy świętując po raz pierwszy od jedenastu lat kupalnockę odkrywają morderstwo kilkunastoletniej wieśniaczki Julii. To, kto odpowiada za śmierć niewinnej dziewczyny, spędza sen z powiek szefowi toruńskich policjantów Grigowi. Wynikami śledztwa zaczyna interesować się coraz więcej ludzi. Sam Walter von Offenberg oraz miejscowy, polski hrabia Edward Jaxa-Garlicki snują rozmaite teorie śledcze, które nie do końca się sprawdzają. A morderca nadal krąży po okolicy. Krąży i krąży….

Kompletnie nie wiem na czym skupić Waszą uwagę dzieląc się moją opinią o „W cieniu twierdzy”. Naprawdę. Bynajmniej nie dlatego, że nie ma o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Wielość wątków w powieści jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Spodziewałam się kryminału retro osadzonego na ziemiach zaboru pruskiego, a dostałam historię, którą nie jestem w stanie ocenić szablonowo. Każdy rozpisany z niezwykłą skrupulatnością wątek zasługuje na uwagę. Po pierwsze śmierć Julii, miejscowej wieśniaczki. Osadzenie tej tragedii w świetle miejscowych, ówczesnych obrzędów, wierzeń, socjologicznych uwarunkowań zasłużyło na moje uznanie. Społeczność wiejska została przedstawiona jako krąg ludzki rządzący się swoimi zasadami, oddany walce o Polskę oraz zachowujący polskie obyczaje, a także obrzędy. Rozpasanie w trakcie nocy świętojańskiej dodało temu wątkowi pieprzu. Po drugie antyrządowa działalność prowadzona przez Polaków w wielu sferach. Działalność, o której wiedzą zaborcy, a którym nie udaje się jej całkowicie wyplenić. Sam obraz kobiety w czerni ze srebrnym krzyżem na szyi jako symbol żałoby po Polsce chwycił mnie za serce. Z kart książki wyziera patriotyzm i to przez duże „P”. Po trzecie obraz niemieckich zaborców. Walter von Offenberg zdobył moją sympatię okolicznościami zsyłki z Berlina do nadgranicznej Twierdzy Toruń. Nie będę spojlerować o tych okolicznościach. Musicie mi jednak uwierzyć, że są nietypowe. Jak nietypowe jest jego późniejsze zachowanie oraz zachowanie jego ojca. I jeden i drugi nie potrafią zmierzyć się ze skutkami podjętej decyzji, skutkami tragedii, która stała się udziałem Offenberga. Czytając ten wątek czułam niedosyt. Niedosyt nierozwiniętej fabuły, która zapowiadała się naprawdę kwieciście. Ileż można uknuć wątków pobocznych, ile dialogów, ile intryg związanych ze sprawą Waltera, aż się prosiło. Waltera jakby zabrakło w tym całym wirze wydarzeń, a jest on bez wątpienia postacią na tyle skomplikowaną, że mógłby posłużyć jako główny bohater innej książki. Po trzecie polscy ziemianie. Niestety, głównie zubożali. To wspólnota niezwykle hermetyczna, chroniąca swojej tożsamości, mimo braku majątku, mimo braku pieniędzy. Niestety, męscy polscy ziemianie nie wzbudzili mojej sympatii. W wielu miejscach zostali przedstawieni stereotypowo. O dziwo, niemieccy bohaterowie wydali mi się chwilami i bardziej inteligentni, i bardziej przedsiębiorczy, i bardziej sympatyczni. Umiejętność wyjścia poza patriotyczne schematy i wrodzoną polską solidarność, szczególnie w powieściach historycznych to rzadkość wśród rodzimych autorów. Po czwarte kobiety. Kobiety jak Luiza, jak Zoja, jak Klaudia, jak Sabina, czy nawet jak zamordowana Julia i krnąbrna Zuzanna. Te postaci zostały rozpisane w sposób kompletny. Zachowania, wybory, decyzje, ich błędy i sukcesy spinały się w komplementarną całość. Sposób odzwierciedlenia przyczynił się do ich prawdziwości. Nieroztropne, naiwne, zadufane w sobie, zachowujące się w sposób przekraczający kanony dobrego smaku, niezdecydowane, zakochane okazały się w pełni autentyczne. Możliwe, że Autorka pisać o kobietach potrafi wyjątkowo dobrze. Możliwe, że tworzenie tak skomplikowanych bohaterek to chleb dla niej powszedni. Nie wiem, muszę sprawdzić, bo „W cieniu twierdzy” to pierwsza powieść tej Autorki którą przeczytałam.

Książka Kamili Cudnik to naprawdę ciekawa mieszanka gatunkowa. Kryminał, powieść historyczna, romans i książka obyczajowa w jednym. Do tego napisana w bardzo przyjemnym stylu. Czyta się ją błyskawicznie i tylko pozostaje pytanie: Co do diaska stało się z Luizą, no co ?

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Żołnierskie serce” Tomasz Betcher

ŻOŁNIERSKIE SERCE

  • Autor: TOMASZ BETCHER
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 415
  • Data premiery: 10.11.2021r.

Tomasz Betcher @tomaszbetcherfanpage zapadł mi w pamięć po przeczytaniu „Szeptuna”, którego przeczytałam i zrecenzowałam przedpremierowo😊. I to zapadł na dobre. Gdy usłyszałam o kolejnej premierze z 10 listopada br. od @wydawnictwo.wab, nie wahałam się ani chwili. Od razu wiedziałam, że najnowsza książka tego Autora pt. „Żołnierskie serce” musi znaleźć się  w moich planach czytelniczych. Czytając opis Wydawcy o weteranie misji w Afganistanie, który „(…) W domu po dziadku odkrywa rodzinne tajemnice i sąsiadów…” skojarzyłam całkowicie inną pozycję😉, tj. „Powrót” Nicholasa Sparksa. „Powrót” czytany na początku tego roku bardzo mi się podobał, a przecież skojarzenia wymagają konfrontacji. Tym chętniej sięgnęłam po publikację rodzimego Autora, by sprawdzić, jaka była jego perspektywa. Generalnie czytanie o tym, co znamy, sprawdza się wyśmienicie. Liczyłam więc, że polski punkt widzenia od razu skradnie moje serce.

(…) Nawyki były jak blizny – mogły stać się mniej widoczne, ale miało się je do końca życia.” – „Żołnierskie serce” Tomasz Betcher

Opis Wydawcy.

Kiedy Piotr Walczak powraca ranny z misji w Afganistanie, cierpi nie tylko jego ciało, ale także dusza. Borykając się z zespołem stresu pourazowego, oskarżeniem o spowodowanie śmierci kolegów i zainteresowaniem mediów, ucieka na prowincję. W domu po dziadku odkrywa rodzinne tajemnice i sąsiadów, których kłopoty kochają tak samo jak Piotra. Czy senne miasteczko i jego mieszkańcy potrafią uleczyć żołnierskie serce i sprawić, by znów zaczęło kochać? Czy Emilia, Natalia i Janek będą w stanie żyć z wybuchowym i nieobliczalnym człowiekiem za ścianą?”.

Cóż będę parafrazować we wprowadzeniu do fabuły opis Wydawcy, który jest tak celny, że nic go nie upiększy. W paru zdaniach Wydawca wprowadza czytelnika w główny bieg historii opisanej na kartach tej powieści. Ten kto czytał wspomnianego we wstępie recenzji Sparksa, pewnie sam wyłapie podobieństwa. Nie jest to jednak wada tej książki, bynajmniej. Wszak przeżycia wojenne, bez względu kiedy nabyte i w jakiej wojnie, to temat – jak Wisła – długi i szeroki. Tej głębi przeżyć nie sposób zawrzeć w jednej prozie. Nieskończenie wiele wątków pobocznych pojawiających się wokół podobnych do siebie, ale tylko z pozoru, historii, pozwala tworzyć całkiem nową powieść, nawet jeśli wiodący temat jest porównywalny.

Zaletą książki jest silny rys psychologiczny Walczaka. Ten aspekt mocno uwypuklony został w jej pierwszej części. Nie znam żadnego weterana misji w Iraku, czy w Afganistanie. Z faktami, wydarzeniami i skutkami pewnych zdarzeń stykam się z tylko czytając relacje z „drugiej ręki”. Czuję wtedy zwykle smutek, niezgodę. Zagłębiając się w losy Walczaka starałam się być maksymalnie uważna, by nie uronić żadnego słowa z jego charakterystyki. Nie pominąć żadnego aspektu tego, z czym taki człowiek się zmaga. Bardzo dobrze odzwierciedlony został mechanizm, gdy Walczak „(…) Chcąc nie chcąc, stał się narodowym antybohaterem, co w czasach, w których opluwano nawet bohaterów, oznaczało przekleństwo gorsze niż śmierć.” To taka Polska rzeczywistość. Może dlatego fabuła opisana w tej pozycji jest mi się bliższa od tej opisanej w „Powrocie” Sparksa. Czuję jednak lekki zawód. Walczaka jako bohatera powieści, weterana, kalekę chciałabym widzieć na każdej stronie. Chłonąć go na nowo z każdym słowem. Autor rozwinął historię w trochę innym kierunku. Ułagodził ją, rozwinął wątki poboczne, które zdominowały drugą część książki. Ma więc ona bardzo pozytywne przeslanie i to mimo trudnych tematów (niepełnosprawność fizyczna i intelektualna, lęk adaptacyjny, przemoc szkolna, patologia), z którymi i Autor, a dzięki temu i Czytelnik musi się zmierzyć. Wyjątkowo spodobała mi się postać proboszcza Zaręby. Mała miejscowość, hermetyczna społeczność, a tu taki ksiądz nie ksiądz, niezwykle ludzki, bardzo postępowy. W czasie tak ogromnej niechęci do kleru okazał się dla mnie niezłym odkryciem i postacią całkowicie pozytywną.

Powieść dająca nadzieję, tak określiłabym w paru słowach „Żołnierskie serce” Tomasza Betchera. Książka balansująca między dobrem a złem, między tym co ważne, a co nieistotne, pomiędzy demonami przeszłości a iskierkami nadziei z przyszłości. To idealna pozycja na jesienną chandrę.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Cuda codzienności” Maria Paszyńska

CUDA CODZIENNOŚCI

  • Autorka: MARIA PASZYŃSKA
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 335
  • Data premiery: 27.10.2021r.

Autorkę @Maria Paszyńska niezwykle cenię za cykl „Wiatr ze wschodu”. Recenzję pierwszego tomu przypominam pod tym linkiem, a ostatniego znajdziecie tutaj. W szkole historia była jednym z moich ulubionych przedmiotów. Cóż, nie każdy ma ścisły umysł😉. Tym chętniej sięgnęłam do premiery z 27 października br. od Wydawnictwa @Książnica pt. „Cuda codzienności”. Już sama okładka mnie zachwyciła. Ta zimowo – granatowa sceneria i opis Wydawcy zapewniający, że jest to „Poruszająca opowieść o miłości, nadziei, walce o marzenia, a nade wszystko o sile rodziny.”. Uwzględniając, że fabuła osadzona została w drugiej połowie XIX wieku, książka nie mogła zapowiadać się lepiej😊.

Grudzień. Magiczny miesiąc w roku. Zwykle śnieg, zimno, okres przygotowania i wreszcie wypełniona tradycjami wigilijna noc. W jedną z takich nocy w 1863 roku, w lubelskiej wsi rodzi się chłopiec w rodzinie Ciszaków. Chłopiec wyjątkowy. Posiadający niesamowicie niebieskie oczy. Wraz z nowym życiem, odchodzi jego Matka, Bogna, a ojca Władysława porywa powstańcza zawierucha. Tych wigilijnych nocy w życiu Macieja będzie sporo, aż do 1918 roku, gdy po raz pierwszy na mapie pojawi się Rzeczpospolita.  Wtedy Maciej będzie już w innym miejscu, w innym życiu. A jego wyjątkowo niebieskie oczy będą obserwować odmienny świat.

Nie wiem od czego zacząć, tak bardzo podobała mi się ta książka. Maria Paszyńska ma niezwykły dar obrazowania codzienności w perspektywy zawirowań historycznych. Urzekły mnie opisy wiejskich tradycji. Czas adwentu, przygotowania do Świąt, obrzędy wigilijne. Z uśmiechem czytałam o wiejskich zabobonach związanych z okresem ciąży, połogu, niemożliwych zachowań po śmierci, czy zwykłej codzienności. Mimo, że akcja toczy się w czasie zimy, Autorka sprytnie we wspomnieniach bohaterów przenosiła mnie w inne czasy, czasy przygotowań do tej pory roku, czasy żniw, sianokosów. Nostalgicznie czytam o dawnej, polskiej wsi i dawnych polskich domach pańskich.

Sama fabuła skoncentrowana jest wokół niebieskookiego Macieja, który przeniósł się do upragnionej Warszawy i tak zbudował swój nowy świat. Świat ciężkiej pracy, szacunku do małżonki, umiłowania rodziny i dzieci. Świat skupiony na dziękczynieniu za to, co ma, co udało mu się osiągnąć, a nie świat tęsknoty za tym co dalekie i tego, czego nie ma. W dzisiejszym konsumenckim świecie taki bohater podziałał na mnie inspirująco. Siła rodziny i przyjaciół jest wielka. A tak często o niej w naszej codzienności zapominamy. Książka podobała mi się bardziej, niż cykl „Wiatr ze wschodu”, a myślałam, że to nie możliwe. Tym bardziej zachęcam do jej przeczytania i przeniesienia się w magiczną przeszłość, w której obyczaje, obrzędy i dobro mają szczególne znaczenie.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

Recenzja premierowa: „Mistrzyni” Manuela Gretkowska

MISTRZYNI

  • Autorka: MANUELA GRETKOWSKA
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery: 22.11.2021r.

Nieczęsto mi się zdarza wziąć do ręki książkę, w trakcie czytania innej😊, i przepaść. Dosłownie. Tak się zdarzyło z dzisiejszą premierą. Najnowszą książką @Manuela Gretkowska pt. „Mistrzyni”. Przeczytałam parę pierwszych stron i nie mogłam się od niej oderwać do samego końca. Uważam, że to najlepsza książka tej Autorki, którą przeczytałam, a już parę mam na swoim koncie. Dzięki @wydawnictwoznakpl poznałam Gretkowską trochę z innej strony. Frywolną, energiczną, idealnie komponującą multidialog i to z postaciami różnego pokroju, różnego pochodzenia. Styl nad style, nie do podrobienia.

A zapowiadało się tak niewinnie. Przecież to miała być tylko książka „(…)inspirowana życiem Lucyny Ćwierczakiewiczowej” (cyt. za: opis Wydawcy). Książka ujawniająca tajniki XIX Polski, XIX -wiecznej Warszawy. Świat bohemy, artystycznego świata, sufrażystek, brudu, nieczystości i licznych zabobonów. Polska sowietów. Jeśli jednak w tę Polskę, tę Warszawę wkracza postać nietuzinkowa, osoba Lucyny Ćwierczakiewiczowej, wszystko co mdłe, smutne, brudne zamienione zostaje w tęczowe kolory. Kolory życia.

(…) mądre ludzie są głupie. Głupie za to mądre, żeby sprawiedliwie na tym świecie było.” – „Mistrzyni” Manuela Gretkowska.

Lucyna Ćwierczakiewiczowa, najpierw rozwódka, potem samotna wdowa pochodząca z zacnej pruskiej rodziny von Bachmanów. Jak sama o niej pisze Autorka: „Pod koniec XIX wieku była bajecznie bogata, sławna. Nadal temperamentna, chociaż zaczynała siwieć, dość tęga i krzykliwa. Ludzie widzieli tylko jej wdowią czerń  i pieniądze”, których miała aż nadto i umiała się nimi dzielić. Dokładała do kwesty na Powązkach, wspierała samotne matki wychowujące często niechciane dzieci, żywiła studentów i biedaków, którym tylko głód wypełniał kuchnię. Pyszniąca się swoimi kucharskimi talentami organizowała sowite kolacje, obiady goszcząc po kilkanaście osób. Do tego zagorzała patriotka potrafiąca ostentacyjne opuścić nabożeństwo w katedrze lub przyjąć radzieckich oprawców, byle tylko pod pretekstem rodziny uwolnić Polaków z więzienia. Powtarzająca, że „Polska jest kobietą”, a trzy najważniejsze przykazania to „Oszczędność, czystość i praca…”. Wzór dla wielu gospodyń domowych, panien z towarzystwa i kobiet szlachetnie urodzonych. Znana przez wszystkich w Stolicy. Podróżująca drugą, lub jak była trzecią klasą. Wspierająca artystów, jednego nawet za bardzo😉, potrafiąca poradzić sobie nawet z trudną adoptowaną córką oraz gospodynią Felą, której bezpośredniość niejedną panią domu doprowadziła do rozpaczy. Kobieta ponadczasowa. Kobieta uważająca, że „Jak się ma smak, to we wszystkim.”. Kobieta nie przyjmująca do wiadomości porażki. Prawdziwa MISTRZYNI!!!

Gretkowska mistrzowsko zobrazowała temperament i osobowość Lucyny, nazywanej gdzieniegdzie Lucy. Pod wdowim welonem kryła się kobieta nieszablonowa, nie tylko na tamte, ale również na współczesne czasy. Kobieta edukująca i propagująca czystość oraz higienę. Dziennikarka mająca swoją cotygodniową rubrykę w gazecie, bijąca fortunę na swej popularności, której nie obca była ciężka praca oraz dobroczynność. Cały język, tempo, dialogi zostały napisane pod główną bohaterkę. W książce panuje lekki rozgardiasz, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W rozmowach występują liczne wtrącenia, czasem wydające się przypadkowe, czasem jakby nieznaczące, co pobudzało moje „szare komórki” do ciągłego myślenia, by nadążyć nad wydarzeniami. Huragan w życiu Ćwierczakiewiczowej, musiał wywołać huragan na stronach książki. By powieść była prawdziwa, by była adekwatna.

Niezwykle pociągnął mnie ten styl, nie powiem. Dodatkowo szczegóły z życia Bacha, Sienkiewicza, Modrzejewskiej, czy choćby Olesia Głowackiego vel Prusa. Postaci widziane tylko oczami ich dzieł, nabrały nowych kolorów, nabrały jakby żywego ciała, czasem również ułomnego, jak innych. Postać Adama Konckiego dodała książce splendoru, tak samo jak wydarzenia, z którymi główna bohaterka musiała borykać się w przypadku swoich panien do towarzystwa. Niezwykle spodobał mi się wątek sufrażystek. I ten koniec, gdy jedna z bohaterek zwraca się do grona mężczyzn cytując samą Ćwierczakiewiczową „(…) kiedyś otworzymy te parasolki w waszych dupach”. Temat przewijający się przez całą prozę, a w sposób nienachalny, jakby na dokładkę, jakby dodatkowo. Taaaaak, uwielbiam mocne kobiece charaktery, choć w życiu obcowanie z taką osobą mogłoby być męczące. Za czym jeszcze i za kim goniła przez całe życie Ćwierczakiewiczowa musicie dowiedzieć się sami. Nie zwlekajcie. Książkę czyta się naprawdę szybko. Ekspansywny styl i energiczna główna bohaterka nie pozwolą Wam się nudzić.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Czas na miłość” Ilona Gołębiewska

CZAS NA MIŁOŚĆ

  • Autor:ILONA GOŁĘBIEWSKA
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Liczba stron:416
  • Data premiery: 27.10.2021r.

Pod koniec października miało miejsce wiele premier powieści w świątecznym klimacie. Jedną z nich była „Czas na miłość” Ilony Gołębiewskiej. Ponieważ uwielbiam powieści autorki i tym razem zdecydowałam się na lekturę. Jak spisała się autorka w powieścią świątecznej? Czy mi się podobało? Zapraszam na recenzję.

Bohaterkami książki są trzy kobiety związane więzami rodzinnymi i rodzinną restauracją Gościna u Wajsów. Rodzinna atmosfera, nadchodzące święta, magiczny klimat zimowej Warszawy, to wszystko sprawi, że życie trzech kobiet się zmieni. Seniorka rodu jest mądrą, doświadczoną kobietą, która wiele w życiu przeszła. Ma córkę, wnuczkę. Mieszkają w jednej kamienicy, więc mogą się wspierać w razie potrzeby i spędzają ze sobą sporo czasu. Miała męża z którym przeżyła wiele lat, razem prowadzili restaurację. Wydaje się szczęśliwa i pogodzona z życiem, jednak skrywa pewną tajemnicę z przeszłości. Kiedyś bardzo kochała pewnego mężczyznę, jednak konwenanse społeczne i ówcześnie panujące przekonania nie stawiały tej miłości w dobrym świetle. Zakochani próbowali stawić im czoła, jednak na skutek tragicznego splotu zdarzeń jej ukochany zniknął. Kobieta nie wie co się z nim stało, czy żyje. Ta myśl nie pozwala jej mimo upływu lat zaznać spokoju. Czy uda się rozwiązać tą zagadkę? Przekonać się, czy Cezary żyje? Jak potoczyły się jego losy? Jej córka Marta przed laty zraniona przez ojca swojego dziecka, nie ufa mężczyznom. Stara się być samodzielna, samowystarczalna, prowadzi rodziny biznes. Jednak tak naprawdę czegoś jej brakuje. Czy odważy się zaufać, kiedy na jej drodze pojawi się tajemniczy Krzysztof, który poruszył w jej sercu pewne czułe struny. Czy ta znajomość przyniesie jej szczęście, czy może ból i cierpienie? Najmłodsza z rodziny, Pola, jest młodą, niezależną kobietą, która nie wierzy w miłość. Mężczyzn traktuje z pewnym pobłażaniem, nie przypisując im żadnej ważnej roli w swoim życiu. Pracuje w redakcji i w ramach nowego projektu ma znaleźć odpowiedź na pytanie, czy na portalach randkowych można znaleźć miłość. W ramach eksperymentu Pola wraz ze swoją przyjaciółką zapisują się na różne portale randkowe i rozmawiają z różnymi mężczyznami. Pola umawia się na randki i potem je opisuje. Niespodziewanie trafia na Mikołaja. Czy on zmieni jej zdanie o mężczyznach? Jak potoczą się losy trzech przedstawicielek rodziny Wajsów?

Książkę czyta się rewelacyjnie, jak zresztą każdą autorki. Uwielbiam rodzinne opowieści, gdzie występują kolejne pokolenia przedstawicieli tej samej rodziny, a ich losy zastają splecione. Trochę ta powieść przypominała mi świetną serię „Dwór na Lipowym Wzgórzu” o rodzinie Horczyńskich, tam jednak każdy tom poświęcony był przedstawicielce innego pokolenia, tutaj natomiast losy trzech kobiet splatają są w jednej powieści. Ale te pozycje łączą świetne, silne postacie kobiece, ich wzajemne kobiece wsparcie i siła. Bardzo podobał mi się wątek tradycji w postaci rodzinnej restauracji. Była ona świetnym, klimatycznym tłem dla rozgrywających się zdarzeń, zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia. Opisy wystroju, światła, ciepłe barwy, nastrojowa muzyka bardzo oddziałują na wyobraźnię i napełniają czytelnika poczuciem sielskości, spokoju, bezpieczeństwa. Lubię wątki kucharskie w książkach, tutaj był on delikatny, natomiast kwestia ratowania rodzinnej restauracji jako dziedzictwa przodków bardzo mi się podobała. Poszukiwanie dalszego kierunku rozwoju i gotowość na wprowadzenia zmian, jednak z zachowaniem tradycji zyskało moją aprobatę. Tym bardziej, że restauracja poszła w stronę tradycyjnych dań kuchni polskiej, a także warszawskiej, co było dla mnie pewnego rodzaju nowością, powiewem świeżości.

Ciekawą odmianą i sposobem na ożywienie akcji był też wątek misji Poli, która wraz ze swoją przyjaciółką na portalach randkowych sprawdzała czy można tam spotkać miłość. Dzięki temu autorka mogła wpleść w treść rożne ciekawe, zabawne anegdotki, co ożywiło powieść, równocześnie dodając jej lekkości i nowoczesności. Jej klimat bardzo mi się podobał, jest ciepły, świąteczny, chociaż nie nachalnie, rodzinny i optymistyczny. Lektura książki pozostawiła mnie z uczuciem ciepła na sercu, jego ukojenia, bezpieczeństwa, optymizmu i myślę, że tego nam w tych niełatwych czasach najbardziej potrzeba. Polecam gorąco!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Muza.

„Moja kuzynka Rachela” Daphne du Maurier

MOJA KUZYNKA RACHELA

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 398
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.10.2021r.
  • Data premiery światowej: 01.01.1966r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.1992r.

Serię butikową od @WydawnictwoAlbatros wprost ubóstwiam. Przeczytałam wszystkie jej wydania. Woluminy zdobią aktualnie moją skromną biblioteczkę. Z otrzymanej „Mojej kuzynki Racheli” cieszyłam się jak dziecko. Za co bardzo Wydawnictwu dziękuję. Z wielką więc przyjemnością zabrałam się do czytania kolejnej powieści Daphne du Maurier. Nie ukrywam, że po wcześniejszym przeczytaniu książki autorki pt. „Rebeka” oczekiwałam literatury pięknej „wysokich lotów”. Już po paru stronach wiedziałam, że ta książka jest całkowicie różna od ukochanej przeze mnie „Rebeki”. Z pytaniem, jak bardzo ta pozycja różni się od poprzednio przeze mnie czytanej, zostałam do samego końca, do ostatniej strony.

Życie się nie cofa. W życiu nie ma powrotów. Nie ma drugiej szansy. Tak samo nie mogę odwołać wypowiedzianego słowa czy dokonanego czynu…” –„Moja kuzynka Rachela” Daphne du Maurier. 

Bardzo spodobał mi się cytat zaczerpnięty z powieści. Oddaje jej ducha, gdy dzień po dniu bohaterowie stają przed różnymi dylematami, decyzjami, wnioskami, które nie zawsze okazują się właściwe. Ale po kolei…..Akcja powieści dzieje się w Kornwalii, w XIX wieku. Wychowywany przez starszego kuzyna Ambrożego Ashley’a, Filip staje u progu swojej dorosłości. Niedługo osiągnie dwudziesty piąty rok swego życia, po którym samodzielnie będzie mógł rozporządzać swoim majątkiem. Jako spadkobierca bezdzietnego Ambrożego wiedzie spokojne, sielskie życie właściciela ziemskiego. Do momentu, gdy ukochany kuzyn w trakcie zdrowotnego pobytu we Włoszech żeni się z tytułową Rachelą, a następnie w wyniku nagłej choroby umiera. Filipowi ziemia umyka się spod stóp, a wizyta jego kuzynki Racheli dodatkowo przyprawia go, co rusz o nowe zmartwienia i troski. Czy znajdzie się miejsce dla Pana i nowej Pani Ashley w jednym domu?

Nie jest to „Rebeka”. Jest to powieść całkowicie różna, mimo podobieństw związanych z zamiłowaniami do opisów, do psychologicznych aspektów postaci, do próby wytłumaczenia każdego gestu i usprawiedliwienia każdej myśli oraz każdego nastroju. Narratorem jest mężczyzna. Historię Racheli i jej losy po przyjeździe do Kornwalii odkrywamy z jego perspektywy. Jako narrator, Filip sprawdził się znakomicie. W wielu miejscach zobrazował czytelnikowi rzeczywistość w każdym wymiarze, w najdrobniejszym szczególe, dodatkowo wyjątkowo głęboko zanurzając się w próby wytłumaczenia zachowania i słów poszczególnych bohaterów. Jako mężczyzna natomiast mnie zawiódł. Niby rosły, wysoki, umięśniony, przystojny. Z drugiej strony nad wyraz zniewieściały, w wiecznych rozterkach, zachowujący się chwilami jak rozkapryszone dziecko. Daphne du Maurier przedstawiła postać niespójną, niejednorodną. Postać męską o wielu cechach kobiecych. Widocznie jej zamiłowanie do intymnych relacji z innymi kobietami, mimo własnego małżeństwa bezwolnie sprawiło, że Filip okazał się dla mnie zbyt zniewieściały. Sam Ambroży zresztą podobnie.

Dużo czasu autorka poświęciła relacji Filipa z Rachelą. Najpierw widziana jako „(…) arogancka, chimeryczna, rozpieszczona lalka z anglezami; wreszcie żmija, fałszywa i milcząca.”. Następnie przeistaczająca się w kobietę ciekawą, impulsywną, wielką zagadkę. By wreszcie całkowicie nim zawładnąć jako Madonna, jedyna kobieta stąpająca po ziemi godna, by całować rąbek u jej spódnicy. Mimo tego, że postać Racheli nie została rozrysowana w sposób potwierdzający jej wyjątkowość. Ot, kolejna urocza kobietka potrafiąca spuszczać oczy kiedy należy, rumienić się na zawołanie i prowadzić bardzo sprawnie konwersacje. Już Panie de Winter z „Rebeki” miały więcej w sobie wyrazistości, zdecydowania, skomplikowanej natury. Możliwe, że to typowy zabieg du Maurier, która nie tyle chciała pokazać wyjątkowość kobiety, lecz bardziej uzmysłowić nam, czytelnikom słabość mężczyzny. Książkę ratuje zakończenie. Całkowicie zaskakujące!!! Pozostawia dużo pytań, na które już nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Chociaż, w pewien sposób pozwala nam kreślić nasze własne zakończenie. Czy szczęśliwe? To już zależy od wyobraźni czytelnika.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros.

„Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony” Rafał Dębski, Marta Krajewska i inni

NAWIA. SZAMANKI, SZEPTUCHY, DEMONY

  • Autorzy: RAFAŁ DĘBSKI, MARTA KRAJEWSKA, KATARZYNA BERENIKA MISZCZUK, ANNA SZUMACHER, JAGNA ROLSKA, MARTYNA RADUCHOWSKA, MARCIN PODLEWSKI, MARCIN MORTKA
  • Wydawnictwo: UROBOROS
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 27.10.2021r.

Nie lubię się ograniczać😉. Ci co śledzą mój blog już wiedzą, że i o fryzjerstwie poczytam, i zachwycę się rozważaniami Szymborskiej na temat lektur, które czytała. Nie raz zaczytam się w literaturze pięknej, zaciekawię kryminałem, czy będę drżeć czytając mocny thriller lub nawet horror😊. Staram się być uważna, mieć otwartą głowę i być ciekawa, co kolejna –  całkiem nowa i z pozoru nie dla mnie – pozycja mi przyniesie. Z takim założeniem zabrałam się do studniowania premiery z 27 października br. Wydawnictwa Uroboros (imprint @wydawnictwo.wab) pt. „Nawia. Szamanki, szeptuchy, demony”. To antologia opowiadań, gdzie główne role odgrywają bóstwa słowiańskie, wiedźmy, znające, mądre baby, domowiki, gusła, upiry, czy inne poczwary. Autorzy to m.in. @katarzyna_berenika_miszczuk, Martyna Raduchowska, @Marta Krajewska, Marcin Podlewski, @jagnarolska, Rafał Dębski, Anna Szumacher. Każdy z nich korzystał z innych źródeł. Każdy na swój sposób przedstawił świat, nie tak odległy, nie tak nieosiągalny, jak by się mogło zdawać. Każdy dzięki swemu kunsztowi zabrał mnie w podróż, w której obojętna nie pozostałam.

Wydawca w opisie obiecuje, że to „Niebanalne wykorzystanie motywu silnej obecności duchowości Słowian i wierzeń naszych przodków w obszernej i różnorodnej księdze”. Cóż Wam będę spojlerować o czym są konkretne historie. Zapewniam, że opowieści są pełne nadprzyrodzonych mocy, soczystych opowiadań, gdzie z mroku wyłania się jasność, a wraz ze świtem odchodzi to, co czasem odbiera ludziom zmysły. To wszystko ubrane w bardzo barwny język, zachwycający gwarą potoczną, słownictwem dawno zapomnianym. To historie z jednej strony mroczne, z drugiej napawające nadzieją. Historie, które zrodzone z fantazji autorskiej prowadzą do bardzo ważnych wniosków dotyczących motywów naszego działania, ludzkich bojaźni, czy próby udowodnienia, że nic co nieracjonalne nie istnieje. No właśnie, próby. Tylko próby.

Oczywiście mam swoich faworytów, jak zwykle w antologii. Najbardziej zachwyciła mnie Radomiła z opowiadania @katarzyna_berenika_miszczuk, która przede wszystkim starała się naprawiać błędy ludzkie i niwelować złe, a czasem nawet bardzo złe decyzje. Z zachwytem śledziłam też losy młodych archeologów z opowiadania „Dziewanna i księżyc” Anny Szumacher, których wyprawa odkrywcza mimo, że odbywająca się w czasach współczesnych, przyniosła im ciekawe doświadczenia.

Ogrom w antologii jest melancholii, tęsknoty za tym co przeszłe, co odeszło. Za tymi chatami, lasami, polami. Za tymi wierzeniami, czarami, czy odczynianiem. Autorzy z ogromnym szacunkiem i pokorą podeszli do zadanego im tematu. Niektórzy zarazili mnie swoją fascynacją, tym co inne, co niejednoznaczne. W niektórych opowiadaniach prawie czułam zapach ziół i wiatr muskający mnie, w czasie podróży po sielskich polskich wsiach. I ta słowiańska magia nadająca opowieściom unikalny klimat. Klimat wprowadzający w cudny nastrój, jakby każdy z Autorów opowiadał ciekawą gawędę.  Jestem pod wrażeniem treści, które przeczytałam mimo, że nie każda historia przypadła mi do gustu.  Cóż, kwestia upodobań. Bez wątpienia jest to jednak książka po którą warto sięgnąć, by się przekonać, czy to wiatr w kominie, czy może coś innego, lub co gorsza ktoś inny.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu Uroboros.

„Tajemnica z przeszłości” Sylwia Kubik

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

  • Autor: SYLWIA KUBIK
  • Seria: CYKL ŻUŁAWSKI. TOM 2
  • Wydawnictwo: OTWARTE
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 01.09.2021r.

Zaraz po zakończeniu „Kroku do miłości” sięgnęłam po jego kontynuację „Tajemnicę z przeszłości” Sylwii Kubik od Wydawnictwo Otwarte. Tak zauroczył mnie klimat Żuław, że nie chciałam ich opuszczać i bez chwili wahania zagłębiłam się w dalsze losy bohaterów.

Ewa powoli układa swoje życie, odzyskuje spokój i uczy się ufać. Stara się otworzyć na relację z Kamilem. Z jednej strony spędzają razem czas, rozmawiają o wspólnym zamieszkaniu i urządzeniu domu, a z drugiej strony kobieta jednak nie potrafi się zupełnie otworzyć, boi się powiedzieć Kamilowi o swojej przeszłości. Niestety przeszłość ma to do siebie, że często człowieka dogania. Ewę dopada w postaci Agnieszki, znajomej z przeszłości. Zjawia się ona u dziewczyny i szantażem wymusza pomoc. Czy Ewa w końcu zaufa Kamilowi? Czy może jednak przeszłości i nieprzyjaźnie do ich związku nastawienia ludzie zdołają wszystko zniszczyć?

Książkę, podobnie jak pierwszy tom, czyta się bardzo szybko. Bardzo wciągnęły mnie dalsze losy Ewy i Kamila i z radością kontynuowałam spotkanie ze znanymi bohaterami. Ewa w tym tomie momentami irytowała, jej brak zdecydowania, strach, poddawanie w wątpliwość tego co Kamil do niej czuje. Za to mężczyzna był prawie idealny, cierpliwy i delikatny. Są też w powieści bohaterowie miej jednoznaczni, wielowymiarowi, chociażby Antek, który nagle zapragnął mieć Ewą dla siebie i trochę namieszał. Zdecydowanie czarnym charakterem jest Agnieszka, przez którą życie Ewy mocno się komplikuje. Jest też sporo postaci pozytywnych, a najlepszą z nich jest chyba babcia. W tym tomie akcja skupia się też na historii rodzinnej, którą babcia dzieli się z siostrą Kamila. Ta postać też przechodzi w powieści swoistą odmianę, dojrzewa. Jest też wątek starego domu, który kupuje Antek, a który na swój sposób dawać im znaki, okazuje się, że wiąże się on w pewnym stopniu z historią rodzinną Ewy.

Powieść dotyka wiele różnych emocji, porusza istotne tematy i sprawia, że chłoniemy ją strona po stronie, sami nie wiedząc jak to się stało, że już dobiegła końca. Będzie to świetna lektura na jesienne wieczory. Polecam serdecznie.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

„Krok do miłości” Sylwia Kubik

KROK DO MIŁOŚCI

  • Autor:SYLWIA KUBIK
  • Seria: CYKL ŻUŁAWSKI. TOM 1
  • Wydawnictwo:OTWARTE
  • Liczba stron:416
  • Data premiery:05.07.2021r.

Krok do miłości” Sylwii Kubik od Wydawnictwo Otwarte zwróciła moją uwagę od razu w okolicy premiery, która miała miejsce 5 lipca br. Zauroczyła mnie przede wszystkim niezwykłą okładką, a zaintrygowała także opisem. Jakaż była moja radość, gdy okazało się, że 1 września będzie miała premiera drugiego tomu cyklu żuławskiego, a ja będę mieć wreszcie okazję przeczytać oba tomy. Obydwie powieści przeczytałam błyskawicznie, zaraz po otrzymaniu, a zwłoka w zrecenzowaniu wynika tylko i wyłącznie z natłoku osobistych spraw. Dzisiaj chciałabym Was zaprosić na recenzję pierwszego tomu.

Ewa to młoda kobieta, której życie nie oszczędza/ Ma za sobą trudne dzieciństwo, a gdy wydaje jej się, że znalazła miłość i swoją przystań okazuje się, że jest w związku, w którym doświadcza przemocy fizycznej i psychicznej. Pewnego dnia wyrzucona przed dotychczasowego partnera z mieszkania z jedną reklamówką rzeczy, bez grosza przy duszy, za to ze sporym rachunkiem za pobyt w szpitalu znajduje się w rozpaczliwej sytuacji. Przypomina sobie wtedy o odziedziczonym po babci domku na Żuławach. Gdy dojeżdża na miejsce okazuje się, że dom jest w strasznym stanie, jednak nie mając innej alternatywy dziewczyna decyduje się w nim zamieszkać. W przepięknym krajobrazie Żuław Ewa stara się odnaleźć siebie. Nieoczekiwanie otrzymuje pomoc od starszego sąsiada. Podejmuje też pracę w okolicznej gospodzie. Jej właściciel, Kamil, to młody, przystojny, wykształcony mężczyzna, który do tej pory mieszkał w Warszawie. Dla wygody zgadzał się na to, by despotyczna matka układała mu życie. Pewnego dnia podczas podróży służbowej odkrywa piękny dworek na Żuławach. Postanawia go wyremontować, osiąść tam i otworzyć gospodę. Czy tych dwoje pochodzących z tak różnych środowisk i inaczej doświadczonych przez życie może coś połączyć?

Krok do miłości” to świetna, pełna ciepła, optymizmu i miłości powieść obyczajowa. Ubogacona opisami krajobrazu Żuław, zapachem lokalnych potraw i tamtejszą kulturą, czaruje i zostawia czytelnika w poczuciu spokoju i błogości. Nie jest to jednak wyłącznie sielankowa opowieść. Dotyka też bowiem bardzo trudnych kwestii, patologicznego dzieciństwa oraz przemocy, zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Bardzo żal mi było Ewy, z powodu tego jak ciężko doświadczył jej los. I mimo tego, że na pewnym poziomie irytował mnie jej brak zdecydowania, postawa ofiary i brak pewności siebie i zaufania do ludzi, to jednak biorąc pod uwagę jej doświadczenia można to zrozumieć. Zresztą Ewa ulewa pewnej przemianie. Na Żuławach stara się odnaleźć spokój, poukładać swoje życie i nauczyć się ufać bez naiwności i zbytniej zależności. Bardzo podobała mi się również postać Kamila, to jak walczył o swoje prawo do samodecydowania. Również postacie drugoplanowe są bardzo ciekawe np. babcia Matylda, siostra Kamila, jego rodzice, kucharka i tp.

Powieść porusza wiele istotnych tematów, jak poszukiwanie swojego miejsca w życiu, miłość, przyjaźń, relacje rodzinne, wpływ przeszłości na teraźniejszość. Kończąc lekturę bardzo się cieszyłam, że mam drugi tom i mogę od razu do niego sięgnąć, a o swoich wrażeniach z tej lektury napiszę już wkrótce.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

„Miłość na później” Mhairi McFarlane

MIŁOŚĆ NA PÓŹNIEJ

  • Autor:MHAIRI MCFARLANE
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Liczba stron:544
  • Data premiery: 01.09.2021r.

Lubię książki o miłości, które przestawiają ją trochę z przymrużeniem oka, przewrotnie, z dystansem, poczuciem humoru. Z tego powodu też skusiłam się na wrześniową premierę od Wydawnictwa Muza „Miłość na później”. Ciekawa historia miłosna to dla mnie nie tylko taka, która wyciska łzy i pełna jej przejmujących emocji. Oczywiście czasem czerpię prawdziwą przyjemność z takich historii, ale ostatnio zdecydowanie chętniej czytam te lżejsze historie miłosne, pisane z pewnym przymrużeniem oka. Czy znalazłam w tej powieści to czego szukałam? Przekonajcie się sami…

Laurie, odnosząca sukcesy prawniczka, od osiemnastu lat jest w szczęśliwym związku Z Danem, gdy zaczyna myśleć o ślubie i dzieciach jej partner niespodziewanie z nią zrywa. Zszokowana kobieta nie potrafi pojąc co się wydarzyło,. Gdy okazuje się, że Dan ma nową partnerkę, która jest w ciąży, choć Laurie mówił, że nie chce dzieci kobieta czuje się jeszcze bardziej zszokowana i podwójnie upokorzona. Na dodatek pracują w tej samej kancelarii, gdzie od plotek aż huczy. Kobieta nie chce być przedmiotem litości i plotek całego biura. Jamie Carter, to biurowy przystojniak i casanova, łamacz niewieścich serc. Nie wierzy w miłość, a kariera jest dla niego bardzo ważna. Szefostwo jednak awansuje kogoś kto ma ustabilizowaną sytuację osobistą. Awaria windy, w czasie której utknęli tam razem i przeprowadzona rozmowa sprawia, że wspólnie wpadają na pomysł, który może rozwiązać problemy ich obojga. Postanawiają udawać, że są parą. Mają szczegółowy plan, dotyczący między innymi publikowania wspólnych zdjęć w portalach społecznościowych wraz z datą zakończenia udawanego związku. Im więcej jednak czasu spędzają razem i poznają się bliżej tym bardziej ten ich prosty z pozoru plan się komplikuje….

Książkę czyta się rewelacyjnie.. Jest pełna ciepła, optymizmu, poczucia humoru, błyskotliwych uwag. Bardzo polubiłam głównych bohaterów, są on dobrze wykreowani. Również pozostali bohaterowie są przekonywający ii dobrze zarysowani. Całość składa się z 44 rozdziałów w narracji trzecioosobowej. Oprócz głównego wątku powieść zawiera też ciekawe wątki poboczne i refleksje na temat różnych współczesnych tematów, m.in. relacji damsko-męskiej, szczerości, przyjaźni, relacji w pracy itp. Jest to wartościowa, a przy tym przyjemna, dowcipna lektura. Idealna na szare, jesienne dni i wieczory.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Muza.