Daphne du Maurier „Niespokojny duch” 

NIESPOKOJNY DUCH

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery w tym wydaniu: 15.05.2024r. 
  • Rok pierwszego wydania polskiego: 05.05.1994r.

  • Rok premiery światowej: 1931r.

Niespokojny duch” od @WydawnictwoAlbatros to siódma publikacja du Maurier, którą przeczytałam i to wszystkie w mojej ukochanej serii butikowej. Opinie na temat poprzednich publikacji znajdziecie tu: „Ptaki i inne opowiadania” „Rebeka”, „Moja kuzynka Rachela”, „Oberża na pustkowiu” „Kozioł ofiarny” oraz  Generał i panna

Ci wszyscy ludzie kochający się nawzajem i zarazem niezdolni do całkowitego zrozumienia, do miłości doskonałej. Odchodzili, umierali, kłócili się albo tracili się nawzajem. Gdzieś coś poszło nie tak i nosili w sobie samotność…” – Daphne du Maurier „Niespokojny duch” . 

Tak wielokrotnie myślała Jennifer Coombe na początku XX wieku. Prawnuczka Janet Coombe z Plyn, urodzonej w kwietniu 1811r., zmarłej we wrześniu 1863r i Thomasa Coombe, urodzonego w grudniu 1805r., a zmarłego 1882r. Córka „Christophera Coomba (syna Josepha i Susan Collins Coombe’ów”, który z „odwagą oddał życie nocą 5 kwietnia 1912 roku, w wieku 46 lat i swej matki, Berthy, która kilkanaście lat po śmierci męża poślubiła wytwornego dżentelmana Pana Hortona. Jennifer z domu Coombe po mężu Stevens, której losy opisała Daphne du Maurier na przestrzeni jej całego życia, aż do roku 1930 roku. A wcześniej opisała losy Janet Thomasa Coombe’ów od początku, aż do końca. Aż po dzieci i wnuki. Losy właścicieli Domu z Bluszczem w przepięknej Kornwalii i okolicznej stoczni, która dawała pracę wielu mieszkańcom. Losy kilku rodzin, kochających się i skłóconych, wspierających się i na zmianę niszczących się wzajemnie. Losy kilkudziesięciu członków rodziny, którzy się odzyskiwali i na zmianę tracili. 

A wszystko zaczęło się od literackiego, fikcyjnego portretu Janet. 

Jakby miała dwa oblicza: jedno należące do zadowolonej żony i matki, która z zaciekawieniem wysłuchiwała planów męża i jego bezustannych deklaracji dotyczących rozwoju firmy; śmiała się z paplaniny synka; z autentyczną przyjemnością odwiedzała rodziców i sąsiadki, okazując nieudawaną radość z uroczych chwil codziennego życia. I drugie – nieskrępowane, triumfujące – które spowite mgłą i ukryte przed światem, stawało na palcach na szczycie wzgórza i wyciągało się ku słońcu, by skąpać się w jego zniewalającym blasku.” – Daphne du Maurier „Niespokojny duch”. 

Janet, która żałowała, że nie urodziła się mężczyzną. Dla której „(…) płeć wydawała się niczym żelazne pęta, krępujące jak opięta wokół kostek ciasna halka.” To na przestrzeni tego jak Janet dojrzewała, jak wypełniała różne role, funkcje w rodzinie i w społeczeństwie mogłam poznać tło sagi rodzinnej, którą opowiedziała du Maurier, od roku 1830, gdy młoda Janet zmienia swój stan cywilny i zostaje żoną Thomasa. 

Powieść składa się z czterech części. Każda z części zawiera kilkanaście rozdziałów (12, 13). Napisana jest bardzo poetyckim językiem. I fabuła, i przedstawione w niej treści i styl, a także tempo jest właściwe dla okresu, w którym du Maurier ją pisała. Choć muszę przyznać, że zaskoczyła mnie tempem. Na końcu książki przeczytałam, że autorka tworzyła ją od października 1929 do stycznia 1930. To naprawdę krótko dla ówczesnych czasów, gdy pisarzowi nie pomagali liczni redaktorzy, a i sama technika pisania była znacznie mniej efektywna niż aktualnie. Najwidoczniej historia układała się w umyśle i sercu autorki na długo przed tym, zanim została przelana na papier, że wystarczyło raptem cztery miesiące by kilkusetstronicowa saga powstała. 

Autorka wiernie oddała specyfikę czasów, w których fabuła została umiejscowiona. We współczesnych Jennifer czasach pobrzmiewa echo feminizmu. Sama Jenny nie potrafi się pogodzić, jak traktuje ją matka i babka. Jak jej nic nie wolno. 

Nic mi nie wiadomo o żadnej swobodzie – odparła. – Jedyna różnica polega na tym, że mogę jeździć sama metrem i autobusami, a matka nie mogła. Pod pozostałymi względami wiodę bardzo podobne życie.” – Daphne du Maurier „Niespokojny duch”. 

Przyznam, że feministyczny rys osobowościowy Jennifer nie do końca mnie przekonywał. Miałam poczucie czytając, że kompletnie nie pasuje do światopoglądów, historii, opowieści, zwad, przeszłości opisywanych przez Daphne du Maurier. Został – w mojej opinii – jakby wkomponowany na siłę, jakby oczekiwania współczesnych sobie czytelniczek właśnie takie były. Sama warstwa społeczno – obyczajowa była dla mnie dość ciężka. Za dużo konfliktów, za dużo bohaterów, za dużo zdrad i komplikowanych – jakby na siłę – historii. Trudno było mi się skupić momentami na myśli przewodniej. Czytając miałam wrażenie, że autorka bardzo pragnie pokazać szerszy kontekst rodzinny, który był tak różny od siebie w poszczególnych fragmentach, że śmiało posłużyłby za kanwę do innych, ciekawszych, krótszych historii. 

Dla mnie najsłabsza chyba dotychczas przeczytana proza Daphne du Maurier. Na usprawiedliwienie z recenzenckiej odpowiedzialności muszę napisać, że to debiut literacki autorki. I zapewne w jej mniemaniu historia czterech pokoleń utkała w niewiele ponad czterysta stron powieści wydawała jej się całkiem dobrym pomysłem. 

Książka zdecydowanie dla fanów przydługich sag rodzinnych. 

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Tajemnica domu Turnerów” Kate Morton

TAJEMNICA DOMU TURNERÓW

  • Autorka: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery: 25.10.2023r. 
  • Data światowej premiery: 4.04.2023r. 

Jestem fanką serii butikowej od Wydawnictwo Albatros. Muszę pogratulować pomysłodawcy i wyboru autorów, i zachwycających wydań. Począwszy od okładki, projektu, kolorów po wysoko jakościowe kartki, które uroczo szeleszczą w trakcie czytania. Jestem też fanką Kate Morton. Przeczytałam już jej cztery powieści, które oceniłam na bardzo zadowalającym poziomie. Kolejno: „Milczący zamek” 8/10, „Zapomniany ogród” 7/10, „Strażnik tajemnic” 7/10 oraz „Dom w Riverton” z oceną 8/10. Jeśli nie czytaliście dotychczasowej twórczości autorki to serdecznie Was do tego zachęcam. Na półki księgarskie w dniu 25 października br. ułożona została nowo wydana powieść Kate Morton pt. „Tajemnica domu Turnerów”. Powieść, która już po samym tytule obiecuje sagę rodzinną z sekretami w tle, czyli coś, w czym Morton jest bardzo, ale to bardzo dobra. 

We wprowadzeniu do fabuły mogłabym tylko zacytować następujący opis Wydawcy: 

„TRZY POKOLENIA KOBIET.
RODZINNA TRAGEDIA. I NIEDOPOWIEDZENIA, KTÓRE WYWOŁUJĄ LAWINĘ KŁAMSTW”.

Ale tak naprawdę dla fabuły znaczenie ma to, co wydarzyło się w domu Turnerów w Adelaide Hills, Australii Południowej, w Wigilię 1959 roku. 

„Dopiero po chwili uderzył go bezruch tego obrazu. Był wręcz nienaturalny”.– – „Tajemnica domu Turnerów” Kate Morton.

Takie uczucia obezwładniły Percy’ego, gdy kłusując na swym koniu Blaze dostrzegł pod drzewem śpiącą Panią Turner i jej dzieci, leżących na kocu. Jakby zastygłych. Maleństwa otoczone własną matką. Tylko, że w tym obrazie nic nie było idylliczne. To nie popołudniowa drzemka, z obwiązanymi ręcznikami biodrami, jakby po kąpieli. To nie odpoczynek po harcach, pływaniu, czy uprawianiu innego sportu i wysiłku fizycznego. To nie obraz, który ktokolwiek chciałby zapamiętać. Odkrycie, które wstrząsnęło Percym po tym jak zorientował się, że coś jest nie tak, towarzyszyło mu już do końca życia. Ta makabreska. Ta tragedia. 

„To niedorzeczne, że czuła się samotna. Mieszkała w tym domu od czternastu lat, otoczona dużą rodziną – Bóg jeden wiedział, że nawet gdyby chciała, nie uciekłaby od dzieci. A jednak bywały chwile, gdy przerażała ją samotność i dręczyło poczucie, że straciła coś, czego nie potrafi nazwać, niemożliwe więc, by to odzyskała”. – „Tajemnica domu Turnerów” Kate Morton.

Książka składa się z prologu oraz dziewięciu części podzielonych na kolejno ponumerowane rozdziały. Łącznie rozdziałów jest trzydzieści dziewięć. Wątek kryminalny opisany został z punktu widzenia Jess, dziennikarki z Londynu, która sześćdziesiąt lat później od wydarzeń, z którymi musiał zmierzyć się Percy wyrusza do rodzinnej Australii. W trakcie podróży odkrywa dawno pogrzebany przez czas dramat rodzinny, który zdarzył się w pewien wigilijny, upalny wieczór. Dzięki swojemu uporowi próbuje dojść do prawdy, by dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło i co tak naprawdę spotkało Panią Turner z jej dziećmi. 

Już sam początek był dla mnie bardzo emocjonujący. Czytając opis leżących pod drzewem matki z dziećmi czułam ciarki na plecach. Brrr…. Jakbym widziała ich oczami mej wyobraźni. Bardzo wyraźnie. Prawie czułam duszność tego australijskiego powietrza i realny strach towarzyszący odkryciu wraz z niedowierzaniem, że stało się to, co jest widoczne gołym okiem. Te emocje często mi towarzyszą przy czytaniu książek Kate Morton. Już to chyba jest wpisane w jej twórczość. Tak samo jak mrok, ludzkie dzieje, sekrety oraz prowadzenie narracji z kilku różnych perspektyw i częste retrospekcje. 

Tylko czy przewidywalność zawsze jest dobra?  

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Dom w Riverton” Kate Morton

DOM W RIVERTON

  • Autorka: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 528
  • Data premiery: 12.07.2023r.
  • Rok 1 polskiego wydania: 2009r.
  • Rok światowej premiery: 2006r.

Nie mogłam odnaleźć w sieci informacji, czyim nakładem oraz tak naprawdę kiedy wydano po raz pierwszy na polskim rynku „Dom w Riverton” Kate Morton. Znalazłam tylko jakąś publikację z 2009r, ale nie gwarantuję, że była rzeczywiście pierwszą. Zauważyłam również, że książkę tę publikowały przed @WydawnictwoAlbatros dwa inne, duże polskie wydawnictwa😊.

Seria butikowa ma jednak swój niepowtarzalny urok. Premiera z 12 lipca br. to czwarta książka Kate Morton, z którą zapoznałam się w tym wydaniu. Od razu donoszę, że podobała mi się na równi z „Milczącym zamkiem” (recenzja na klik), zdecydowanie bardziej od powieści „Strażnik tajemnic” oraz „Zapomniany ogród”.

Wschodząca gwiazda angielskiej sceny poetyckiej odbiera sobie życie nad ciemnym jeziorem w wieczór wielkiego przyjęcia. Jedynymi świadkami są dwie piękne siostry, które już nigdy nie zamienią ze sobą słowa…” – „Dom w Riverton” Kate Morton.

Mowa o Robbim Hunterze, a siostry to Hannah i Emmeline Hartford. I to ich historię chcę przedstawić zainteresowanym widzom Ursula Ryan, młoda reżyserka. Dlatego prosi o pomoc ponad dziewięćdziesięcioletnią Grace Bradley, byłą służącą domu w Riverton i byłą osobistą pokojówkę Hannah Hartford. Czy uda się Ursuli dowiedzieć prawdy o prawdziwych wydarzeniach z lata 1924 roku?

Downton Abbey”  to jeden z moich ulubionych seriali kostiumowych. Uwielbiam niuanse zobrazowane przez twórców na granicy służby oraz jaśnie państwa, których – pozwolę sobie na to sformułowanie – byli praktycznie ich własnością. Wtedy. Te, sto lat temu😉. Uwielbiałam również czytać książki zubożałego angielskiego arystokraty Juliana Fellowesa, również aktora, scenarzysty i reżysera filmowego, a także polityka zasiadającego w Izbie Lordów. To właśnie on był twórcą scenariusza do „Downton Abbey”, w którym wykorzystał motywy ze swoich powieści jak np.  z cyklu  „Belgravia” (tom 1-11) osadzonego w najbardziej arystokratycznej dzielnicy Londynu, czy „Snoby”, „Czas przeszły niedoskonały”. Te relacje z pierwszej ręki jak radzili sobie angielscy arystokraci kiedyś i jak radzą sobie teraz miały dla mnie swój urok. Możliwe, że Kate Morton też podobał się i serial, i książki Fellowesa. W „Domu w Riverton” odnalazłam bowiem ten sam sznyt i ten sam czar. Możliwe, że dlatego książkę czytałam praktycznie jednym tchem.

Kate Morton od jakiegoś czasu w swoich powieściach stosuje tą samą sprawdzoną konstrukcję. Fabułę dzieli na części. Każda z nich składa się z zatytułowanych rozdziałów. Chronologię zdarzeń ewidentnie oznacza czasem i miejscem akcji. Dodatkowo, by czytelnik nie miał jakichkolwiek szans na pomyłkę, w tej książce podzieliła zdarzenia jeszcze rodzajem narracji. Historię Grace na przestrzeni lat, od podlotka, do wiernej towarzyszki Hannah poznajemy dzięki jej relacji pierwszoosobowej. Natomiast pozostałe wydarzenia opowiadane są z perspektywy narratora trzecioosobowego.

Autorka wiernie odzwierciedliła specyfikę ówczesnych czasów i społeczną warstwę, w której umieściła fabułę.

Nie licząc małżeństwa, śmierć stanowi jedną okazją w życiu kobiety, kiedy jej imię powinno się pojawić w gazecie. – Zwróciła oczy ku niebu. – I niech Bóg ma ją w swojej opiece, jeśli prasa, zmiesza z błotem jej pogrzeb, bo nie dostanie już drugiej szansy.”

Lub

Wiesz jaką odgrywasz w tym wszystkim rolę. Ludzie nam ufają, ponieważ reprezentujemy elitę dwóch najważniejszych rzeczywistości. Nowoczesny biznes i staromodną pewność tkwiącą w twoim rodzinnym dziedzictwie.”

Jakbym słyszała Maggie Smith odgrywającą rolę Violet Crawley. To przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Ta wiara we własne siły i sprawczość w zderzeniu z rzeczywistością służby, z ich uniżeniem i bezgraniczną wiarą w poczucie szczególnego szczęścia łączącego się ze służbą w starym, bogatym, arystokratycznym, angielskim domu. Czasem przyznaję, Grace wydawała mi się zbyt naiwna, zbyt oddana. Jako kobieta XXI nie mogłam pogodzić się z jej wyborami, które zaprowadziły ją na skraj nieszczęścia i niedoli życiowej, które wiązały się z jej stratami. To były najtrudniejsze momenty tej książki. Chwile, które rodziły mój wewnętrzny, duchowy sprzeciw.

Poza emocjami, o których wspomniałam powyżej, styl angielskiego gotyku został przez Kate Morton oddany bardzo wiernie. Również i w tej powieści czytelnik zachwyci się scenografią, manierami. Również i w tym przypadku zaciekawi go tajemnica. Chociaż, pewne wydarzenia już prawie od początku były do przewidzenia😊. Ogromny plus za historię Grace i jego pochodzenia, chociaż tak infantylnie przedstawionej historii dziecka bez jednego z rodziców już długo nie czytałam😊. Tu też nie mogłam uwierzyć w tą tajemnicę trzymaną bardzo długo przez wszystkich, dla których była oczywistością. Dla mnie jako czytelnika również.

Historia osadzona w cudownych czasach. Opowieść o miłości, zdradzie, trudnych wyborach, braku zrozumienia, zachwianych więziach oraz nieprzepracowanych relacjach. Historia o Anglii sprzed wieku. Miłej lektury!!!

Moja ocena 8/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Strażnik tajemnic” Kate Morton

STRAŻNIK TAJEMNIC

  • Autorka: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron:512
  • Data premiery w tym wydaniu: 12.04.2023r.
  • Data 1 polskiego wydania: 28.08.2013r.
  • Data światowej premiery: 2012r.

Zapomniany ogród” i „Milczący zamek” tej samej Autorki wydane również w ramach Serii butikowej przez @WydawnictwoAlbatros w swych recenzjach oceniłam dość wysoko. Z tych dwóch lektur wywnioskowałam, że Kate Morton potrafi tworzyć zawiłe historie, w których przeszłość splata się z teraźniejszością, a duchy przeszłości nie pozwalają o sobie zapomnieć do momentu, w którym zaczynają dominować nad realnym życiem. Tytuł kwietniowej premiery – „Strażnik tajemnic” – obiecuje wiele. Okładka… jak wszystkie tej serii, obłędna !!!! Ale jak sami najlepiej wiecie, nie należy oceniać książki po niej😉.

(…) rozumiała, że matka jako istota ludzka robiła w życiu różne rzeczy, nie była święta; nienawidziła, pragnęła i popełniała błędy, które nigdy nie znikły.” – „Strażnik tajemnic” Kate Morton

Laurel, najstarsza z pięciorga rodzeństwa, w wieku kilkunastu lat staje się świadkiem zabójstwa. Nieznany jej mężczyzna zostaje zadźgany nożem przez jej matkę. Niewyjaśnione okoliczności zdarzenia ciążą na niej. W przeddzień dziewięćdziesięciu urodzin matki, postanawia dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w roku 1961 i dlaczego Dorothy postanowiła wykorzystać trzymany w ręku nóż przeznaczony do krojenia tortu  urodzinowego.

Ciekawa lektura😊. Zdecydowanie na miarę poprzednich, czytanych przeze mnie i recenzowanych książek. Kate Morton stworzyła kolejną, ciekawą historię, w której losy ludzkie nabierają innego znaczenia, gdy widziane są z innej perspektywy.

Interesujący wstęp. Tak. Szesnastoletnia dziewczyna staje się przypadkowym świadkiem morderstwa. Fascynujące rozwinięcie. Tak.  Lata sześćdziesiąte, lata czterdzieste, rok dwutysięczny jedenasty. To musiało się udać. Ta fabuła konstruowana w różnych dekadach, w całkiem odmiennych okolicznościach. Te odwzorowywanie ówczesnego świata, te wspomnienia i frapujące treści. Atrakcyjne zakończenie. Tak.  Dorothy, Vivien, Jimmy, Henry stają się bohaterami ekscytującej przeszłości, która nie była tak czarno – biała, jak wydawała się przez blisko czterysta pięćdziesiąt stron.  

Książkę czyta się rewelacyjnie. Oprócz rodzimych tajemnic idealnie sprawdza się narracja. Kate Morton w osobnych rozdziałach zatytułowanych miejscem i rokiem poszczególnych epizodów przeprowadza czytelnika przez całe dziesięciolecia w tak jasny i wyraźny sposób, że nie sposób się pomylić, ani pogubić. Uwielbiam takie konstrukcje, w których retrospekcje nie zaburzają bieżących wydarzeń i nie wybijają mnie z rytmu. Wręcz przeciwnie. Tworzą swoisty specyficzny klimat, w których odczuwam inne emocje i czuję inne zapachy, odbieram inne całkiem nastroje i boję się całkiem czegoś innego.

Oprócz głównych bohaterów ukochałam motyw chlebodawczyni Dorothy zaraz po jej przyjeździe do Londynu. Stara Lady, jak z prawdziwej angielskiej socjety mogła stać się jeszcze bardziej ciekawszym wątkiem, gdyby autorce chciało się pociągnąć ten temat. Kompletnie nie zrozumiałam natomiast młodzieńczej miłości Dorothy. Wręcz przeciwnie w drugiej połowie miałam wrażenie, że ogień całkowicie wygasł i to bynajmniej nie za sprawą Jimmy’ego. Umiłowanie Dorothy do spędzania częściej czasu ze swoimi koleżankami ze stancji nie tyle, co mnie intrygowało, co raczej irytowało. Przecież to Londyn w czasie bombardowań. Przecież to czas, gdy ona i on kleili się do siebie nie znając jutra, nie mając żadnych nadziei…. Wspominając o słabszych elementach książki nie mogę nie wspomnieć o siostrach głównej bohaterki. Iris, Rose i Daphne mogły być ciekawym tłem dla Laurel. Stały się tylko dodatkiem, praktycznie nic nieznaczącym. Jakby celem Morton, było wprowadzanie kolejnych, obojętnych dla fabuły bohaterów, bez których powieść mogłaby być krótsza i bynajmniej nie mniej zajmująca. A rola Gerry’ego? Była sporym zaskoczeniem.

Za to kobieca perspektywa jest czymś, co mnie najbardziej oczarowywało. Tu nie chodzi tylko o matkę Laurel – Dorothy. Tu chodzi o wiele matek, które jak na ówczesne czasy potrafiły zachowywać się mniej konwencjonalnie. Tu chodzi też o matkę Dorothy i tu chodzi też o nieobecną matkę Vivien. Choć jej sama osoba, mogła być rozrysowana bardziej dramatycznie, co przysporzyłoby zapewne książce jeszcze więcej fanów😉. Matki w tej powieści są silne, zdeterminowane. Niesamowicie zdecydowane jak na początek ubiegłego wieku. Rozumiejące własne córki. Odnoszące się do nich z szacunkiem i potrafiące je wesprzeć w każdej sytuacji.  

Starałam się nie zaspojlerować. Dlatego nie wspomniałam ani o Katy Ellis, o której ciągle myślę, ani tak naprawdę o postaci Henry’ego Jenkinsa, który pojawił się kiedyś w rogu domu Laurel.  Mam nadzieję, że zaciekawiłam Was natomiast opowieściami o bohaterach, których w „Strażniku tajemnic” Kate Morton jest praktycznie cała plejada. I to nie tylko pierwszo, ale i drugoplanowych, na których warto zarzucić przysłowiowe oko.

Miłej lektury!!!

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Mam na imię Jutro” Damian Dibben

MAM NA IMIĘ JUTRO

  • Autor: DAMIAN DIBBEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 9.11.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 3.04.2019r.

Listopad nie jest moją ulubioną porą roku☹. Pełen jest smutnych wieczorów, ciemnych popołudni i zimna. Nie wiem też skąd we mnie odwaga, by przeczytać kolejną premierę od  @WydawnictwoAlbatros z dnia 9 listopada br. wydaną w pięknej oprawie Serii butikowej. Po opisie Wydawcy na tylnej obwolucie „Mam na imię Jutro” autorstwa Damiana Dibbena już wiadomo, że bez łez, smutku i głębokiej refleksji się nie obędzie. Jak to jednak mówią „Do odważnych świat należy”, więc i ja zaczęłam przemierzać światy łączące człowieka z jego najwierniejszym przyjacielem, czasem jedynym prawdziwym przyjacielem, jakim może być pies.

Ten, kto decyduje się na posiadanie psów, straci ich wiele w swoim życiu. Ja byłem psem, który stracił wielu ludzi”. – „Mam na imię Jutro” Damian Dibben.

Przez wiele lat wierny pies czekał na swego pana na schodach weneckiej katedry. Jutro w ten sposób zaczynał nowy dzień. Wypatrywał jego blond włosów, prostej sylwetki i tęsknił za ogromną mądrością. W międzyczasie poznał wiele ludzkich historii. Zrozumiał na czym polega życie i po co potrzebna jest ludziom oraz psom przyjaźń. Oglądał się za siebie. Szukając i swego pana, i tego, który krył się za jego zniknięciem. Już stracił nadzieję. Już wydawało się, że pozostanie na zawsze stęskniony na schodach katedry. Aż poczuł trop…. Ten jedyny. Ten znienawidzony.

To nie historia przyjaźni między człowiekiem i jego psem, jakby się mogło wydawać z opisu Wydawcy. To raczej historia Vildera i Valentyna. Mężczyzn złączonych jednym jestestwem, jednym pragnieniem by nieść ludziom ukojenie. By ciągle sięgać niemożliwego. By ciągle odkrywać… łącząc matematykę z chemią, chemię z fizyką. Którym daleko do magii.

Naukowcy ? (…) Jesteśmy najbardziej pomylonymi stworzeniami pośród wszystkich stworzeń. Królami głupców…” – „Mam na imię Jutro” Damian Dibben.

Postać wiernego psiego towarzysza okazała się tylko ciekawostką. Jego perspektywa jest tłem dla ciekawej narracji, która jest mocną stroną książki. Na otaczający świat Jutra i jego pana patrzymy z perspektywy czterech łap. Z poziomu jego przyjaciela Sporco, z którym tworzy sforę. Z punktu widzenia Blaise. Niezapomnianej. Nieodżałowanej. Jedynej. Nieszczęśliwej Angelique i niewinnego Jerome’a. A także „(…) żołnierzy, diuków, gondolierów, kamieniarzy…”

Nie jestem fanką fantastycznych powieści. Fabuła trochę mnie zawiodła. Po opisie i pierwszych recenzjach spodziewałam się całkiem innej powieści😉. Damian Dibben zabrał mnie jednak w ciekawą podróż, w której nic nie jest oczywiste, a początek nie okazuje się wcale końcem. Taki literacki misz masz, pomieszanie gatunków. Dzięki retrospekcji w latach czytelnik poznaje i Francję za czasów Króla Słońce, i Anglię, a także całkiem odległe rejony, w które wiedzie jedwabny szlak. Warstwa historyczna stanowi tło dla ciekawej warstwy społecznej. Dotkniętej od niechcenia w wielu wcieleniach. Opisanych jakby bez przymusu, bez skrzętnego, historycznego początku i końca. Tak jakby trochę. Tak jakby częściowo.  To dzięki dwóm równolegle przedstawionym liniom czasowym czytelnik poznaje historię Jutra i może zanurzyć się w opowieść o tym, co już za głównymi bohaterami. Autor pomaga czytelnikom w odnajdywaniu się w czasoprzestrzeni. W kolejno ponumerowanych, zatytułowanych rozdziałach wyraźnie dopisuje i miejsce, i czas; „Wenecja. 1688-1815…”. Dzięki temu rozeznanie się i w miejscu, i w czasie nie jest trudne. Tym bardziej, że akcja powieści osadzona jest istotnie w czasach dawno minionych.

Książka „Mam na imię Jutro” Damiana Dibben to mieszanina historii, nostalgicznego dziennika podróżniczego i ckliwej opowieści o przyjaźni ponad rasami. To zdecydowanie książka dla fanów fantastyki osadzonej w dalekiej historii, w krynolinach, haftach, koronkach i weneckich balach. Ja z książką nie znalazłam zbytnio wspólnego języka. Choć narracja Jutra podobała mi się najbardziej.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Kozioł ofiarny” Daphne du Maurier

KOZIOŁ OFIARNY

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 414
  • Data premiery w tym wydaniu: 12.10.2022r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 01.01.1995r.
  • Data premiery światowej: 1957r.
  • Data premiery : 24.02.2016r.

Powieść „Kozioł ofiarny” po raz pierwszy opublikowano w Wielkiej Brytanii przez  Victora Gollancza i w USA przez wydawnictwo Doubleday w 1957 roku. Co więcej, prawie od razu, bo  „(…)W 1959 roku nakręcono na jego podstawie film o tej samej nazwie , w którym wystąpił Sir Alec Guinness . Był także podstawą filmu wyemitowanego w 2012 roku z Matthew Rhysem w roli głównej , napisanego i wyreżyserowanego przez Charlesa Sturridge’a .” (cyt. za https://en.wikipedia.org/wiki/The_Scapegoat_(Du_Maurier_novel) z dnia 9.11.2022r.).

@WydawnictwoAlbatros wznowiło publikację w ramach przepięknego wydania w „Serii butikowej”.  Po raz pierwszy wydało tę powieść w roku 2016r. Warto wspomnieć również, że „Kozioł ofiarny” po polsku opublikowany został dopiero 1995r. pod tytułem „Sobowtór” przez Krajową Agencję Wydawniczą działającą w latach 1974–2004, która do 1991 stanowiła część koncernu Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa-Książka-Ruch”. Pamiętacie te kioski i logo na książkach? Ja pamiętam te czasy dawno i słusznie minione😊.

Jestem tu znany, a dziś mam ochotę zachować anonimowość. Nie codziennie człowiek spotyka samego siebie.” -„Kozioł ofiarny” Daphne du Maurier.

Tak podsumował Hrabia Jean de Gué spotkanie z samotnym angielskim nauczycielem francuskiego Johnem w październiku 1956 roku.  Po suto zakrapianym wieczorze John budzi się w pidżamie Jeana. Przez swego idealnego dublera został wkręcony w jego życie. Jego opozycyjna postawa pozostaje bez efektu dla służącego, który zabiera go do rodzinnego zamku, gdzie czeka na niego cała rodzina. Kto z nich rozpozna w przyjezdnym sobowtóra? Z której strony John powinien oczekiwać zagrożenia? Od matki, żony, córki, brata, bratowej, siostry, kochanki, czy może którejś osoby ze służby?

Kozioł ofiarny” to czwarta powieść Daphne du Maurier, którą przeczytałam. Uplasowała się w odbiorze pomiędzy „Rebeką” (recenzja na klik), którą oceniłam 9/10, a „Moją kuzynką Rachelą” (recenzja na klik) z oceną 7/10. Najsłabiej oceniłam książkę „Oberża na pustkowiu” (recenzja na klik), w której nie potrafiłam zrozumieć zachowań bohaterów oraz mrocznego świata, które starała się odwzorować autorka.

Powieść naprawdę mnie zadowoliła. Spodobał mi się pomysł i umiejętność du Maurier kreślenia postaci, która czasem brzmi komediowo, a czasem bardzo dramatycznie. I jedna, i druga strona Johna starającego się wpaść w rolę Hrabiego de Gué, wypadła bardzo realistycznie i wiernie. Jego rozterki, rachowania, przemyślenia, scenariusze postępowania, czy gesty, a także słowa artykułowanego tylko dlatego, że wydawało mu się, iż tego od niego oczekują odbiorcy, stanowiły ciekawe tło fabularne. Gdyby nie w ten sposób poprowadzona narracja powieść zapewne nie okazałaby się takim hitem. Wspominając o narracji muszę zaznaczyć, że książka jest spisana w pierwszej osobie z punktu widzenia Johna. Ten sposób  opowiadania pozwala na transkrypcję myśli głównego bohatera, jego motywacji i uczuć. To typowy dla du Maurier sposób opowiadania. Autorka pomaga zrozumieć czytelnikom swoich bohaterów w bardzo osobisty sposób. Du Maurier zaznaczyła również w sposób wyraźny czasoprzestrzeń prowadzenia akcji. Od spotkania Hrabiego de Gué z Johnem do zakończenia wątku fabularnego mija dokładnie siedem dni, od wtorku 6 do wtorku 13 października. Rozdziały, których jest łącznie dwadzieścia siedem, następują skrupulatnie w następujących po sobie dniach.  Autorka oddaje wiernie rytuały codzienne rodziny de Gué. Czytelnik wplątany zostaje w nawyk przechodzenia po kolacji do salonu, otulania dziecka na noc, korzystania z buduaru, garderoby itd. Nawet powołanie przeszłości, dość trudnej, bo związanej z wojennymi zawieruchami, zostało przedstawione bardzo chronologicznie. Nie sposób pogubić się i w tej historii. I tylko sposób zobrazowania jedenastoletniej córki głównego bohatera mnie irytował. Postać niespójna. Z jednej strony dziecko zachowujące się bez zahamowań, bez żadnej  autokorekty, bez żadnej dyscypliny. Brykające jak młody szczeniak, nie trzymające przysłowiowego języka za zębami. Z drugiej strony osoba wypowiadająca ważne i trafne spostrzeżenia. Nad wyraz dojrzale interpretująca otaczającą ją rzeczywistość. Jakby autorka zawarła dwie postaci w jednej.

(…) Françoise histeryzuje. Marie-Noëlle dostała gorączki. Renée narzeka. Paul jest wściekły. Och! Na ich widok, na widok tej całej menażerii, robi mi się niedobrze! Tylko ja się nie martwiłam. Wiedziałam, że się zjawisz, gdy będziesz gotów wrócić do domu, ale nie wcześniej.” -„Kozioł ofiarny” Daphne du Maurier.

Tak podsumowuje powrót Hrabiego de Gué do domu jego matka – Marie de Gué, najczęściej nazywana „Madame la comtesse”. Teoretycznie jedyny trzeźwo myślący członek rodziny potrafiący dostosować się do każdej sytuacji. To moja ulubiona postać obok której nie sposób przejść obojętnie z wielu względów. Sam Jean de Gué został przedstawiony przez autorkę bardzo ciekawie. Pojawia się praktycznie tylko na początku i na końcu powieści, ale jego duch pozostaje z czytelnikiem przez wszystkie strony. Jest jakby kalką poczynań Johna, który z początku niepewnie, a później z coraz większą stanowczością próbuje wieść jego codzienne życie. Katastrofalny koniec nie przynosi nic dobrego. I tylko żal, że nie poznałam dalszych losów Johna, który okazał się dla mnie bardzo interesującą postacią literacką. Czasem złośliwą, zniecierpliwioną arystokratycznym blichtrem, często sentymentalną i zaangażowaną w życie wewnętrzne rodziny de Gué, ale jednak bardzo pozytywną. Trochę jakby przeciwwaga dla pozostałego drugoplanowego tła.

Opowieść godna uwagi. „Kozioł ofiarny” to książka przy której nie sposób się nudzić, a sposób prowadzenia narracji i ciekawe wydarzenia sprawia, że powieść czyta się bardzo szybko. Ja nie potrafiłam się od niej oderwać, póki nie poznałam zakończenia😊. Szczerze polecam!!!

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Zapomniany ogród” Kate Morton

ZAPOMNIANY OGRÓD

  • Autorka: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery: 15.06.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 1.01.2009r.
  • Data światowej premiery: 06.06.2008r.

Jeszcze nie opadł kurz po powieści „Cztery muzy” wydanej w serii butikowej w dniu 18.05.2022r., a już @WydawnictwoAlbatros zaszczyciło polskiego czytelnika kolejną pozycją z tego zbioru. Debiutującą 15 czerwca br. książką „Zapomniany ogród” Kate Morton. Autorkę poznałam przy okazji „Milczącego zamku” (recenzja na klik), która premierę miała w lipcu ubiegłego roku. A w samej recenzji napisałam: „Książka została napisana pięknym, literackim językiem. Brak powtórzeń, brak nieścisłości. Opisaną historię czyta się w napięciu, ciągle czekałam na zakończenie, na ostateczne odkrycie tajemnic krążących po zamkowych, ciemnych, dusznych korytarzach.” Mam nadzieję, że i tym razem moja opinia będzie zbliżona do poprzedniej😊.

Życie byłoby znacznie prostsze, gdyby przypominało baśnie. Gdyby ludzie przypominali szablonowych bohaterów powieści.” –„Zapomniany ogród” Kate Morton.

Dwudziestojednoletnia Nell dowiaduje się w dniu swoich urodzin, że nie jest biologiczną córką swoich rodziców, Hugh i Lil, którzy znaleźli ją w dokach portowych w australijskim Maryborough w 1913 roku, po samotnej kilkunastodniowej podróży z Anglii. Ta wiedza zmienia wszystko. Nell zaczyna czuć się obco. Jej dotychczasowe siostry nie wydają się jej już takie bliskie. Zaczyna szukać. W latach siedemdziesiątych wybiera się do Anglii, by spróbować poznać swoją historię. U schyłku życia, który spędziła w Brisbane zaciekawia przekazywanymi chaotycznie informacjami swoją wnuczkę Cassandrę, która nie przestaje drążyć podanych przez babcię informacji, aż do momentu, gdy dowiaduje się, że oprócz australijskiego odziedziczyła po niej angielski mały domek zwany Cliff Cottage w byłym majątku rodu Mountrachet umiejscowiony w Kornwalii, w mieścinie o nazwie Tregenna. To podróż do Anglii i badanie prawdziwej historii Nell O’Connor staje się od tego momentu celem życia Cass. Cassandra postanawia zrobić wszystko, by poznać, skąd pochodziła czteroletnia dziewczynka, znaleziona w porcie w Australii z małą skórzaną walizeczką.

Pamięć to okrutna dama, z którą wszyscy musimy nauczyć się tańczyć.” „Zapomniany ogród” Kate Morton.

Kate Morton sięgnęła do historii swojej rodziny kreśląc losy arystokratycznej rodziny Mountrachet i historii z odnalezioną, malutką Nell. Jej pierwowzorem jest babcia autorki będąca w tym samym co ona wieku, gdy dowiedziała się, że jej ojciec nie jest jej biologicznym rodzicem. Ta tajemnica została z babcią autorki przez całe życie. Dopiero u schyłku swego ziemskiego bytu postanowiła podzielić się tą wiedzą z trzema córkami. Na kanwie tej historii Morton stworzyła postać Nell. Nakreśliła kolejną rodzinną opowieść, w której tajemnice odgrywają istotną rolę. Wielki plus za postać Autorki, która została wspomniana na początku. Autorki mającej dwa wymiary, dwa znaczenia. Jeden związany z autorstwem przepięknych, magicznych baśni, które Morton wplotła w fabułę urozmaicając ją bardzo sprytnie. Drugi…. Tego musicie dowiedzieć się sami😉.

Książka składa się z trzech części. Łącznie znajduje się w niej 51 rozdziałów. Narracja jest trzecioosobowa. Rozdziały są kolejno ponumerowane. Autorka opowiedziała historię w wielu perspektywach czasowych, które wyszczególniła na początku każdego rozdziału. Losy głównych bohaterów śledzimy w Londynie i w Maryborough w roku 1913. Współczesne wydarzenia, w których uczestniczy Nell i jej wnuczka Cassandra umiejscowione zostały w Brisbane w roku 2005. Osobno autorka odznaczyła okres poszukiwań swoich korzeni przez Nell, co działo się w Londynie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. A to od czego wszystko się zaczęło, działo się w Anglii w roku 1900. I tak naprawdę ten początek jest niezwykle ciekawy. Początek Autorki. Bardzo podoba mi się ten zabieg. Opowiedziana przeszłość rodzinna nabiera szczególnego znaczenia. Jest bardzo kompleksowa, gdy czytelnik ma możliwość śledzenia jej z różnych miejsc, z perspektywy różnych bohaterów odgrywających w niej istotną rolę, jak Państwo Swindell – najmniej sympatyczni bohaterowie, jak Rose i Nathaniel Walker, jak Eliza Makepeace, jak sama Georgina Maountrachet, a także jak Lord i Lady Maountrachet.

Zapomniany ogród” to niezwykle klimatyczna opowieść, w której dzieje arystokratycznej rodziny  Maountrachet odcisnęły piętno na losach wielu niewinnych ludzi. To powieść, która nas uczy, że decyzje często podejmowane z dobrej woli, powodują więcej szkody, niż pożytku. To historia o matkach i córkach, w różnych konfiguracjach, gdzie matki nie zawsze są takie, jakie powinny, a córki nie zawsze są tymi, za które się uważały. To także kronika dziejów, które obejmują swą czasoprzestrzenią jeden wiek. Wiek, w którym pewne tajemnice dotychczas pogrzebane ujrzały światło dzienne.

I mimo, że nie książka nie zachwyciła mnie równie mocno jak poprzednia książka tej autorki, tj. „Milczący zamek” uważam, że jest godna poświęconego jej czasu. Idealnie wkomponowuje się w deszczowe dni. Jej urok wiktoriańskiej i gotyckiej atmosfery przenika do wyobraźni czytelnika.

Miłej lektury!!!

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Czarne skrzydła czasu” Diane Setterfield

CZARNE SKRZYDŁA CZASU

  • Autorka: DIANE SETTERFIELD
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 9.02.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 4.03.2014r.
  • Data premiery światowej: 1.01.2014r.

Seria butikowa jest jedną z moich ulubionych😊. @WydawnictwoAlbatros stara się bardzo, by kolejne publikacje utrzymywały dotychczasowy poziom. Dotyczy to zarówno wybieranych do serii książek, jak i samej dekoracji. Przepiękna gruba oprawa z obwolutą, zawsze z ciekawą okładką, a do tego gruby papier z przepięknymi literami. Czyta się tę serię wyśmienicie. Jeśli jesteście fanami ozdobionych pięknymi pozycjami półek z książkami, to ta seria jest zdecydowanie dla Was. Warta jest po prostu każdej wydanej złotówki😉.

A wracając do recenzji, o której mam zamiar napisać to przyznaję, że tym razem nie skusiła mnie oprawa książki, lecz jej autorka. O Diane Setterfield miałam dobre zdanie po przeczytaniu jej fenomenalnej „Trzynastej opowieści” (recenzja na klik). Ta książka zachwyciła mnie stylem i literackim językiem. Do tego pochłonęła mnie całkowicie historia o siostrach, o których na końcu wiedziałam znacznie więcej, niż z pierwszych jej stron. Po pozycji „Czarne skrzydła czasu” spodziewałam się więc samych ochów i achów. Miałam wysokie oczekiwania, po ocenie 9/10 poprzedniej książki tej samej autorki. A wiecie jak to jest, czasem trudno utrzymać tak wysoki poziom przy każdym kolejnym utworze literackim.

To historia Williama Bellmana. Willa, który w okresie młodzieńczym z procy ustrzelił czarnego kruka. Czy ta śmierć naznaczyła jego życie? Czy gdyby nie ona Will nie zaznałby okrucieństwa sieroctwa, wdowieństwa, śmierci dwójki dzieci i samotności?  Czy te wszystkie tragedie by się zdarzyły mimo sukcesów na gruncie zawodowym, dobrze prosperującego zakładu włókienniczego i sklepu przeznaczonego dla świeżo pogrążonych w żałobie? Do tego dziwna znajomość z Panem Blackiem, tajemniczym nieznajomym w czerni. Skąd się wziął i jaki jest jego zamysł, by pojawić się w życiu Bellmana.

Są różne określenia na stada kruków, w niektórych miejscach mówi się na nie „piramidy”. – „Czarne skrzydła czasu” Diane Setterfield.

I ta wiedza o tych złowieszczych czarnych ptakach jest tak naprawdę jedynym walorem książki. Autorka bardzo skupiła się, by przekazać czytelnikowi najważniejsze informacje związane z krukami, których mylimy często z gawronami. Dzięki temu dowiedziałam się też o innych nazwach na ich stada jak hordy, gromada itd oraz o hierarchii, która w tych stadach istnieje. Do kruków jako symboliki śmierci Setterfield wracała wielokrotnie. Kruk się pojawiał znikąd, przelatywał stadnie, kracząc siedział na gałęzi lub chciwie się przyglądał. Sam główny bohater William Bellman z ciekawego młodzieńca zamienił się z latami w bardziej przyjazną wersję Ebenezera Scrooge’a ciągle liczącego pieniądze z utargi, samotnego, zdziwaczałego. Niespójna dla mnie była jego relacja z córką Dorą. Na jednych stronach Autorka przedstawiała ją jako bardzo głęboką i uczuciową. Z innych dowiadywałam się, że nie widział się z nią bardzo długo i wyglądało jakby z Dorą w ogóle się nie widywał. Nawet spał w swoim zakładzie pogrzebowym, w specjalnie do tego przygotowanym pokoju. Kompletnie nie przekonała mnie postać samego Blacka. Wolałam, gdy był tylko nazwiskiem dobrze pasującym do Bellmana w nazwie firmy: Bellman & Black.

Nie wiem, czy to sytuacja polityczna zza wschodniej granicy przyczyniła się do negatywnego odbioru tej książki. Faktycznie od czwartku odczuwam niepokój. Moje myśli uciekają tylko w jedną stronę. Martwię się o przyszłość. Fakt faktem nie jest to „Trzynasta opowieść”. Autorka nie zachwyciła mnie ani językiem, ani tempem powieści. Miałam wrażenie, że kolejne zdania są wymęczone, a sama autorka gubi główny wątek zapominając co chce czytelnikowi przekazać, na co zwrócić uwagę. Historia mnie nie urzekła. Nie czułam krajobrazu, atmosfery, klimatu opowiedzianej historii. Nie polubiłam nikogo z bohaterów. Nikt nie ujął mnie swoją osobowością, charakterem i temperamentem. A to nie zdarza mi się chyba wcale☹. Książka bardziej przypomina odtwórczą sagę z jednym głównym bohaterem, niż powieść fabularną. A ja do bezkrytycznych fanów sag nie należę.

Moja ocena 5/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.