„Zabójcza przyjaźń” Alice Feeney

ZABÓJCZA PRZYJAŹŃ

  • Autor:ALICE FEENEY
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery:10.03.2021r.
  • Moja ocena:8/10

Cisza to moja ulubiona symfonia; kiedy życie robi się za głośne, nie mogę myśleć.”

„Zabójcza przyjaźń” Alice Feeney

Dzisiaj chciałam Wam przybliżyć Alice Feeney i jej brytyjski bestseller! Na okładce jej najnowszej powieści „Zabójcza przyjaźń” przeczytałam opinię „Przy tej historii blednie nawet Zaginiona dziewczyna”. Zaintrygowało mnie to. Bądź co bądź „Zaginiona dziewczyna” to świetna książka. Wiedząc, że Alice Feeney zanim została autorką poczytnych książek była przez kilkanaście lat producentem i dziennikarzem BBC, nie zdziwił mnie wątek dziennikarski w książce.

On, Ona i…. Ono

On – Jack Harpernadkomisarz policji w Blackdown, do którego przeniósł się po rozwodzie z Nią. Idylliczna okolica zamieniła się w sceny zbrodni, jak z najlepszego serialu kryminalnego. Wśród schludnych ogródków, ładnych, zadbanych wiktoriańskich domków otoczonych porośniętym mchem kamiennymi murkami, czai się wyrafinowany morderca, który realizuje swój morderczy plan. Pierwszą jego ofiarą staje się Rachel Hopkins, z którą Jack miał trwający kilka miesięcy niezobowiązujący romans. Notabene widział się z nią w nocy, w której została zamordowana. On znał pierwszą ofiarę.

Ona – Anna Andrews, Jego była żona. Aktualnie reporterka, do niedawna lubiana prezenterka wiadomości BBC zastępująca gwiazdę na urlopie macierzyńskim. Wracająca do miasteczka rodzinnego Blackdown z powodu morderstwa. Przyjaźniła się z pierwszą ofiarą, Rachel w miejscowej szkole średniej. Cztery nastoletnie muszkieterki: Ona, Rachel Hopkins, Helen Wang, Zoe Harper i czasem jak  D’Artagnan zapraszana do grupy Cahterine Kelly. Ona znała pierwszą ofiarę.

Ono – Charlotte, taka „malutka i doskonała”. Pojawiła się w życiu Jego i Jej na chwilę. Zostawiając ogromną wyrwę w ich sercach. Ono nie znało pierwszej ofiary.

Po pierwszym morderstwie Jack rozpoczyna śledztwo, w którym jest jak dziecko we mgle. Majtki ofiary w jego schowku w samochodzie, obcięte ofierze paznokcie w jego opakowaniu miętówek, telefon i buty zabrane z miejsca zbrodni w jego samochodzie. On może być mordercą.  On jest wodzony za nos. On nie potrafi przeciwdziałać kolejnemu morderstwu. W tym czasie Ona odsunięta od prowadzenia wiadomości z powodu powrotu zastępowanej prezenterki, wraca do pracy w terenie. Pech chce, że już w pierwszym reportażu musi pracować ze swoim byłym mężem, Jackiem. Dziwnym trafem pojawia się wszędzie, gdzie dochodzi do morderstwa. Sama ma na sobie bransoletkę przyjaźni, która znajdowana jest w ustach każdej kolejnej ofiary. Odbiera anonimowe telefony z informacją o kolejnych zwłokach. Jest pierwsza na miejscu zbrodni, co wykorzystuje w swoich kolejnych reportażach. Ona może być mordercą. Ona nie czuje się zagrożona. Czy miejscowa policja poradzi sobie ze śledztwem, w którym giną kolejne kobiety? Jedna po drugiej: prezeska charytatywnej fundacji, dyrektorka miejscowego liceum, żyjąca z rękodzieła matka wychowująca samotnie córkę. Morderca zdaje się być nie o krok a o trzy kroki do przodu.

Jednym słowem rewelacyjna!

Ogromnym plusem książki jest narracja. Prowadzona w pierwszej osobie liczby pojedynczej, z perspektywy Jej i Jego.  Tak też nazwane są rozdziały. Te same wydarzenia, okoliczności, widoki widziane oczami Anny i Jacka. Te same wspomnienia, emocje i uczucia tłumaczone z perspektywy kobiety i mężczyzny. Ciekawy zabieg powodujący, że książkę czyta się szybko i z pasją. Rozdziały poprzeplatane są wyznaniami mordercy, który jakby się tłumaczył ze swoich motywacji pisząc list do czytelnika. Ani wyznania, ani kolejne odkrycia w śledztwie nie przybliżyły mnie do wykrycia sprawcy. Momentami wybór wydawał mi się oczywisty, tylko po to, by po chwili dowiedzieć się, że się myliłam.  Autorka dotknęła w swojej powieści ważnych zagadnień. Mimo, że jest to thriller z rozbudowanym wątkiem kryminalnym, to Alice Feeney podjęła ważne wątki społeczne. Po pierwsze alkoholizm z pozoru kontrolowany. Anna i nie tylko, to taka „inteligentna alkoholiczka”. Mająca zawsze przy sobie małpkę alkoholu, rzadko lub prawie nigdy zasypiająca trzeźwa. Anna dziennie efektywnie wykonuje swoje zawodowe obowiązki. Alkoholizm, który nie niszczy życia zawodowego, to jednak przede wszystkim alkoholizm. Feeney pokazuje, że mimo, iż pijący nie są jeszcze na dnie, mają duży problem. Problem, który powinien być rozwiązany. Po drugie żałoba po straconym dziecku. Żałoba, która nigdy się nie kończy. Autorka udowadnia, że jest to strata, z którą nie potrafią sobie poradzić rodzice. Rodzice popadający w nałogi, nic nieznaczące romanse, obwiniający się wzajemnie, rozwodzący się nie potrafiąc pogodzić się ze stratą, układający sobie życie z kolejnymi kobietami i kolejnymi dziećmi, niekoniecznie swoimi. Chapeau bas, że autorka nie pokusiła się o zaserwowanie nam recepty, jak poradzić sobie z takim bólem. To naprawdę dobrze, że nie uległa tej pokusie. W ten sposób zostawiła temat niezamknięty, nieprzegadany. To jest zdecydowanie lepsze podejście. Po trzecie przemoc wśród nastolatków. Przemoc, która naznacza życie do końca. Alice Feeney opisała mechanizm przemocowy stosowany przez wielu chłopców, i wiele dziewcząt. Mechanizm doprowadzający do uzależnienia ofiary od sprawcy przemocy. Ofiara ciągle próbuje, ciągle wierzy, że jej oprawca nie jest to końca zły, że wszystko co się wydarza jest pomyłką i tak naprawdę miało inny wydźwięk. Ofiara ciągle tłumaczy oprawcę. Ofiara ciągle wierzy, że oprawca chce dla niej dobrze, chce się z nią przyjaźnić, żywi do niej prawdziwe uczucia. Ofiara ciągle ufa oprawcy, który ten to zaufanie wykorzystuje zadając kolejne ciosy. To ważny temat. Najważniejsze, by był on zawsze dla nas przestrogą. Ostrzeżeniem, że na takie zachowanie nie powinno być nigdy zgody. Bo potem może być tylko za późno, o wiele za późno…

 Zapałałam prawie miłością do postaci drugoplanowej jaką jest wydawca BBC, szef Anny, nazywany przez pracowników Chudym Zawiadowcą jak z bajki „Tomek i przyjaciele”, którą uwielbiałam oglądać z dziećmi. Jak sama autorka pisze to „(…) mały człowiek uwięziony w wysokim ciele. Ponadto ma wadę wymowy – nie jest w stanie wymówić „r” i przez to nikt w redakcji nie traktuje go serio”. . Serio, serio. Sama go nie traktowałam poważnie. Jak traktować kogoś poważnie, kto mówi „Czy choć łaz ktoś inny mógłby odebłać ten cholełny telefon” To napławdę nie jest takie tłudne, i nikt tu nie łobi tego na tyle często, żeby nabawić się ułazu”. Czytając tę i podobne kwestie podśmiewałam się pod nosem, bo jak tu nie zrobić, czy raczej złobić: hihihi.

Do samego końca nie byłam pewna kto jest sprawcą. Momentami, dla mnie wszyscy wydawali się podejrzani. „Zabójcza przyjaźń” przyniosła mi wiele wrażeń, mimo, że nie przekonała mnie do siebie współpracowniczka Jacka. To według mnie była jedyna słaba postać opisana przez Feeney. Książka miała w sobie wszystkie cechy thrillera, które cenię w tym gatunku; fabuła jest logiczna i przemyślana, akcja zajmująca, postaci świeże. Dlatego z czystym sumieniem polecam Wam po nią sięgnąć. Jeśli tego nie zrobicie, ominie Was naprawdę dobra proza.

 Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU W.A.B.

„Czas tajemnic” Marzena Rogalska

CZAS TAJEMNIC

  • Autor:MARZENA ROGALSKA
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Seria: KARLA LINDE. TOM 1
  • Liczba stron:430
  • Data premiery:10.02.2021r.
  • Moja ocena:6/10

Gdy ktoś uwierzy we własną wielkość, nawet małość, wydaje mu się usprawiedliwiona, bo zdaje mu się, że cel uświęca środki”.

„Czas tajemnic” Marzena Rogalska

Z Marzeną Rogalską spotkałam się przy okazji książki „Druga miłość”. Oceniłam ją pozytywnie (moja ocena: 8/10). „Druga miłość” kończyła trylogię o Agacie Donimirskiej (poprzednie części to: „Wyprzedaż snów” i „Gra w kolory”). Jak sama Rogalska pisze w Od autorki, kończąc serię już zaczynała tęsknić za bohaterami. Z tej tęsknoty powstał pomysł na kolejną trylogię, tym razem o Karli Linde. Mam przyjemność przedstawić Wam recenzję premiery wydawnictwa Znak z lutego. Nowej powieści Marzeny Rogalskiej „Czas tajemnic”.

Prawdziwa saga

Czytając opis wydawcy „Pełna tajemnic saga Marzeny Rogalskiej” pomyślałam przesada. Okazało się, że deklaracja wydawcy jest jak najbardziej prawdziwa. Recenzowana przeze mnie książka to typowa saga rodzinna. Na początku poznajemy główną bohaterkę Karolinę „Karlę” Linde w jej rodzinnym, średniozamożnym domu lekarza Emila Linde i Barbary z domu Sokolnickiej. Jest to moment, gdy rodzice decydują o jej nauce zatrudniając guwernantkę Różę. Nadobowiązkowo zatrudniając do nauki języka angielskiego MRs Doris. Wspólna nauka, dużo spędzonego wspólnie czasu przyczynia się do tego, że Karla zaczyna się przyjaźnić z Doris. Niestety, ze smutkiem przyjmuje do wiadomości jej wyjazd do Anglii prawie dziesięć lat później. Całkowicie jej oddany ojciec, postanawia szybko uzupełnić pustkę kochanej córce i zaprasza do siebie Kathy Baring, której ojciec, znany angielski finansista doradza Bankowi Gospodarstwa Krajowego (hm… kto nie pracował w bankowości ten nie wiem, jak ten bank nawet dziś jest skostniały). Kathy zadomawia się u rodziny Linde stając się prawdziwą powierniczką głównej bohaterki. Dzięki niej Karla dorasta w dobrym towarzystwie. Towarzystwie osoby dorosłej, mającej obycie w świecie oraz doświadczającej w przeszłości wielu przygód.W międzyczasie autorka zabiera nas do Krakowa lat trzydziestych ubiegłego wieku. Odwiedzamy również rodzinne Byszewo. Bawimy się w Zakopanem, odpoczywamy w Ju racie i Zopottie. Na rzeczywistość sprzed stu lat patrzymy z różnych miejsc. Spotykamy różnych ciekawych ludzi. Wszystkie te wydarzenia obserwujemy jednak z perspektywy Karli Linde, młodziutkiej dziewczyny przygotowującej się do matury. Ambitnej, mającej postępowego ojca, dla którego zamążpójście córki nie jest jedynym celem jego rodzicielstwa, w przeciwieństwie do ambicji jej matki. Los nie szczędzi jednak Karli niespodzianek. Odejście matki, śmierć ukochanej babci, niespodziewany spadek, a tym samym niechęć wujostwa. Z tymi wszystkimi niespotykanymi wydarzeniami Karla radzi sobie z właściwą sobie gracją i wyszukaną inteligencją. W zakończeniu Karla ma już siedemnaście lat. Zdała celująco maturę i w nagrodę wyjechała z ojcem do majątku Donimirskich, gdzie poznała Janka, przystojnego syna dziedzica rodu Winicjusza Donimirskiego. Okazuje się, że z Jankiem łączy ją nie tylko pasja do koni. Oboje szybko zauważają, że stają się sobie bliscy. Fabuła skonstruowana jest w sposób, który pozwala na obserwację dojrzewania Karli. Dojrzewania w tracie którego Karla zaczyna uzyskiwać odpowiedzi na pytania: Co łączy ojca Karli, Emila Linde z Emilianem Sieniawskim? Dlaczego ojciec odnosi się z niechęcią do jej matki i odwrotnie? Co stało się z ciocią Olgą, szwagierką matki Karli? Za co ojciec otrzymał dwa krzyże Virtutti Militari? Jakie będą dalsze losy Karli i Janka zapewne dowiemy się w drugiej części sagi. Niestety musimy trochę poczekać.

Po jakiemu to było napisane?

Rogalska zaskoczyła mnie pozytywnie swym profesjonalizmem. Użyte w książce sformułowania jednoznacznie potwierdzają, że poważnie podeszła do tematu rozgryzając w czeluściach swego domu ówczesny język i styl. My czytelnicy mamy za co być wdzięczni. Do tej pory nie spotkałam się z takimi sformułowaniami jak: fulminować, memuary, westybul, przaśnie, spojrzeć na kogoś koso, kauzyperdzi, czy panna respektowa. Te pradawne zwroty nadają książce specyficznej cechy. Jeszcze bardziej wprowadzając czytelnika w nastrój i jednocześnie ustrój  pradawnej Polski. Autorka wplotła w książkę również historyczne wątki, które trawiły nasz kraj w tamtym czasie. Niechęć do Piłsudskiego, obawa lub jawna nieprzychylność polskiego mieszczaństwa do Żydów, kwestie narodowościowe czy zawieruchy Wielkiej Wojny. Tego, wierzcie mi w książkach historii nie znajdziecie. Rogalska wspaniale oddała rzeczywistość tamtejszych wydarzeń, wplatając również kwestię polskiej polityki w życie prywatne rodziny. Nie wiem, czy celowo autorka nie puściła w naszą stronę oczka twierdząc, że przed pochowaniem Piłsudskiego na Wawelu, co poniektórzy Polacy oburzając się mówili, że „Słowacki ma być ostatni”. Gdyby Emil Linde wiedział, kto jeszcze tam spocznie…

 Kompletnie nie podobał mi się przedstawiony sposób odchodzenia nestorki rodu, babci Aleksandry, mimo, że polubiłam bardzo Aleksandrę Gizelę z Janczewskich Sokolnicką, panią na włościach w Byszewie. Z jednej strony kobieta stateczna, nieprzejednana, potrafiąca utrzeć nosa „czarnym owcom” w rodzinie nawet po śmierci sporządzając trudny do obalenia testament, jakby znała się na najtrudniejszych, zawiłych konstrukcjach prawnych. Z drugiej niekochana matka, uwielbiana przez Karlę babcia, słaba, godząca się na to by kilkunastoletnia wnuczka pomogła jej w procesie odchodzenia. Opiekowała się nią, wykonując czynności jakie zwykle zleca się pielęgniarkom geriatrycznym. Godząca się na opiekę bez żadnej walki mówiąc po krótkiej argumentacji Karli „Zostań córeczko. Zostań do końca”. Przyznam, że to słaby punkt książki. Znając cechy babci Aleksandry i jej nieprzejednany jak  na tamte czasy charakter, spodziewałam się ciekawej intrygi, w wyniku której Karla mogłaby zostać w Byszewie, by towarzyszyć babci na końcu jej drogi. Dodatkowo zastanawiała mnie postawa ojca Karli godzącego się na to, by jego ukochana jedynaczka, praktycznie trzymana pod kloszem mogła opiekować się odchodzącą babcią, gdzie „Śmierć nigdy nie jest piękna, cierpienie nie jest estetyczne, jak na obrazach starych mistrzów…” oraz  „Nie ma lekarstwa na umieranie”. Skąd u Emila taka nagła pobłażliwość, taka otwartość? Kiedy według niego Karla nie była równocześnie wystarczająco dorosła, by omówić z nią polityczną rzeczywistość, podzielić się smutnymi doświadczeniami wojennymi czy złożoną relacją z jej matką. Duży plus za pokazane skomplikowane relacje rodzinne polskiego mieszczaństwa zbudowane na matce Karli, Barbarze i jej rodzeństwie – siostrze Elżbiecie, Annie i brata Kajetana. Członkowie rodziny nie ufają sobie. Zazdroszczą. Są małostkowi. Postępują niekulturalnie odgradzając się od ludzi pracy. Nie tolerują spoufalania się z tymi, którymi płacą. Jednocześnie stają się, za wyjątkiem cioci Anny, przykładem zadufanych w sobie mieszczuchów ze staropolskich majątków. Czy się zmienią, dojrzeją do zmieniającej się, nowoczesnej Polski? Tego się pewnie dowiemy w kolejnych częściach sagi.

Podsumowując, „Czas tajemnic” to pięknie napisana historyczna powieść. Prawdziwa saga. A jak w sagach często bywa, akcja toczy się momentami jak „żółw ociężale”. Mimo, że bohaterowie są skonstruowani bardzo ciekawie, a ambicja Karli i relacje z własnym ojcem są nietypowe jak na tamtejsze czasy, momentami wydarzenia wydawały mi się mało istotne, dialogi i opisy wymuszone, co utrudniło mi odbiór książki. Mimo, że uwielbiam ukazany w książce klimat końca dwudziestolecia międzywojennego przedstawione z nadmierną dbałością detale, następujące po sobie fakty chwilami wydają mi się małostkowe, nieznaczące dla jej postaci, jej dojrzewania i mocnego charakteru. Miałam wrażenie, że czasem Karla jak na siebie jest za słaba, za głupiutka. Czasem wręcz nad wyraz ogarnięta, odważna i dojrzała.  

Możliwe, że nie potrafię delektować się piękną prozą, co wynika z mej wrodzonej niecierpliwości. Możliwe. Pamiętajcie jednak, że jeśli dla mnie akcja toczy się za wolno, niekoniecznie dla Was będzie to wada. Wręcz przeciwnie. Dla Was może to być ogromna zaleta.  

 Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZNAK.

„Nie spadłam z nieba” Weronika Wierzchowska

NIE SPADŁAM Z NIEBA

  • Autor: WERONIKA WIERZCHOWSKA
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:23.03.2021r.
  • Moja ocena:7/10

 Chciałam Wam dzisiaj pokazać kolejną książkę z gatunku obyczajowych, która zwróciła moją uwagę cudowną, nastrojową okładką i opisem. Nie znałam wcześniej autorki. „Nie spadłam z nieba” to zatem moja pierwsza książka autorki, ale już teraz mogę powiedzieć, że na pewno nie ostatnia. Weronika Wierzchowska urodziła się i mieszkała w mieście, gdy pracowała w wielkiej korporacji jako chemiczka. Przerwała karierę i wyprowadziła się na wieś, gdzie wymyśla żele, kremy i serum odmładzające, poświęca czas córce, gotowaniu i książkom. Tworzy opowieści o kobietach, i tych żyjących w dawnych czasach, i tych współczesnych.

Iza młoda dentystka żyje podporządkowana rodzicom i mężowi, w pewnym momencie jednak postanawia zmienić swoje życie. Ucieka przed wielkomiejskim zgiełkiem, byłym mężem i próbującym sterować jej życiem rodzicami i wyprowadza się do odziedziczonego po babci domu w prowincjonalnym miasteczku.. Planuje założyć tam przychodnię stomatologiczną. Jednak małe miasteczko wcale nie jest tak ospałe, jak się Izie wydawało, a jego włodarze mają swoje plany, a obecność kobiety najwyraźniej nie jest komuś na rękę i za wszelką cenę próbuje ją stąd wykurzyć. Ktoś kradnie jej na przykład fotel dentystyczny z całym oprzyrządowaniem. Na dodatek nagle w domu pojawia się jej ekscentryczny dziadek, który zniknął przed kilkunastu laty i został uznany za zmarłego. Na skutek zbiegu okoliczności Iza poznaje członków miejscowej trupy teatralnej, przyłącza się do nich i z ich pomocą postanawia rozprawić się z miejscowymi układami, a także rozwiązaniem zagadki komu i dlaczego zależy na pozbyciu się stąd Izy i jej dziadka?

Książkę czyta się rewelacyjnie, lekki, przyjemny styl sprawia, że błyskawicznie czytamy stronę za stroną. Muszę powiedzieć, że powieść ta była dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie jest to typowa opowieść obyczajowa o zaczynaniu życia na nowo w nowym miejscu. Oczywiście ten motyw pełni tu ważną rolę, ale został znacznie ubogacony. Mamy więc sporo elementów humorystycznych, błyskotliwe dialogi, sam tytuł i jego nawiązanie do akcji również jest wyrazem poczucia humoru autorki, a wprowadzone przez nią dodatkowe wątki są śmieszne i zapewniają czytelnikowi rozrywkę i pozwalają oderwać się od rzeczywistości. Sam pomysł miejscowej trupy teatralnej, które przygotowuje przedstawienia dla dzieci jest ciekawy, a jeszcze ich przerysowane kostiumy i fantastyczne opisy autorki sprawiają, że uśmiech praktycznie nie schodzi czytelnikowi z twarzy. Także wykreowani bohaterowie są bardzo ciekawi. Mamy tu cała plejadę oryginalnych postaci. Szalony staruszek, dentysta maminsynek, jego ojciec szczwany lis, matka rządząca twardą ręką, wróżka o puszystych kształtach, miejscowy kombinator-biznesmen, szemrany rzezimieszek Czesio, jego chłopcy od brudnej roboty, przedszkolanka Asia o zaskakująco szerokich horyzontach, kumple marynarze. Postaci jest sporo i wszyscy są niezwykle barwi i w fantastyczny sposób opisani. Z tą książką nie sposób się nudzić. Gwarantuję, że zapewni Wam szereg niezapomnianych chwil, a po jej zakończeniu będziecie wprost tryskać dobrym humorem. Ja sama z niecierpliwością czekam na kolejną książkę autorki.

 Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU PRÓSZYŃSKI I S-KA.

Alek Rogoziński „Ukochany z piekła rodem”

UKOCHANY Z PIEKŁA RODEM

  • Autor: ALEK ROGOZIŃSKI
  • Wydawnictwo: W.A.B
  • Seria: JOANNA SZMIDT. TOM 1
  • Liczba stron:304
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 23.03.2015.
  • Moja ocena:7/10

Ludzie często kłamią nawet wtedy, kiedy nie muszą. I niekoniecznie oznacza to, że są źli. Częściej, że zrobili coś, co chcą ukryć”.

„Ukochany z piekła rodem” Alek Rogoziński

Nie wiem co się stało z polskim rynkiem wydawniczym w lutym i marcu br. Dużo ciekawych premier. Jeszcze nie wszystkie przeze mnie przeczytane i zrecenzowane. Chociaż staram się jak mogę. Mam nadzieję, że zauważyliście ruch na moim blogu . Zdaje się, że kwiecień wcale nie będzie uboższy. Niedawno opublikowałam recenzję przedpremierową świetnego „Amoku” Izabeli Janiszewskiej (klik: Amok), który premierę ma 14 kwietnia, a już kolejna książka trafi na półki w tym samym dniu. Będzie to drugie wydanie debiutu literackiego Alka Rogozińskiego „Ukochany z piekła rodem” wydawnictwa WAB . Jak żyć??? Powiedzcie, jak żyć? Czy czeka mnie śmierć przez zaczytanie?  Hm… byłaby zapewne spektakularna. Może posłużyłaby Rogozińskiemu za inspirację do jakiejś szalonej komedii kryminalnej? Ale lepiej nie sprawdzać. W sumie mam tyle książek do przeczytania.

Przyznaję, kilka książek Alka Rogozińskiego już za mną. Moje recenzje dwupaku o teściowych znajdziecie tu: Teściowe muszą zniknąć oraz Teściowe w tarapatach. Wstyd się przyznać, ale „Ukochany z piekła rodem” musiałam pominąć. W ogóle jej nie kojarzyłam☹. Nic straconego. Dzięki drugiemu wydaniu mogłam zanurzyć się w początkach przygody autora z serią o pisarce romansów Joannie Szmidt. Jak sam autor przyznaje, reedycja była mu nawet na rękę. We wstępie pisze, że poprawił parę literówek, usunął błędy logiczne oraz zmienił troszeczkę fabułę. Czy spodobała mi się ta książka? Odpowiedź znajdziecie w recenzji.

Dlaczego z piekła rodem?

I już w tytule autor mnie zmylił. Spodziewałam się kochanka jak diabła tasmańskiego, a tytułowy ukochany to uroczy blondyn, prawie cherubinek, o bardzo atrakcyjnej aparycji – Konrad. Fabuła jak z artykułów polskich kolorowych brukowców. Znana pisarska romansów Joanna Szmidt rozkochuje w sobie Konrada Jancewicza – młodego fotografa pracującego głównie na zlecenie kolorowej gazety „Koktajlu”. Hm…chyba raczej powinnam napisać… Konrad Jancewicz fotograf współpracujący głównie z periodykiem „Koktajl” rozkochuje w sobie najbardziej popularną polską autorkę romansów. Nie, raczej spróbuję inaczej.  Konrad Jancewicz fotograf współpracujący głównie z kolorowym szmatławcem „Koktajl” rozkochuje w sobie znaną polską autorkę „taniego porno dla znudzonych gospodyń domowych” –  ooooo tak lepiej. Jak to u Rogozińskiego, dobrych intencji jak palców jednej ręki. Już szybko się okazuje, że Konrad nie bez powodu trwa w satysfakcjonującym dla Joanny związku z….nią samą. Na to pewnie Joanna przymknęłaby oko. Wszak dostarcza jej tyle doznań, które z sukcesem wykorzystuje w swoich powieściach. Nic jej jednak po ukochanym nieboszczyku. Niedługo po rozpoczęciu obiecującego romansu, ktoś pozbawia siekierą życie Konrada. I to w jej własnej łazience!!!! Na to nie ma jej zgody. Joanna planuje się zemścić i zdemaskować mordercę. Wraz ze swoją menadżerką Beatą, zwaną Betty zamierza wyręczyć policję i odkryć, kto zabił jej ukochanego. Twierdzi bowiem, że policjanci „są dobrzy tylko w ganianiu babć handlujących pumeksem. Albo we wrzepianiu ludziom mandatów za złe parkowanie!”. Zaczyna się wyścig z zabójcą, w trakcie którego dwie kolejne osoby zostały skrzywdzone i kilka razy spenetrowana willa Joanny. W międzyczasie Joanna z Betty spotykają najprzystojniejszego komisarza polskiej policji, a zawarta jakiś czas temu znajomość Betty z Tygrysem Złocistym zaowocuje dwukrotnie. Momentami nie sposób nadążyć za akcją. Sprawdźcie sami. Jeszcze kilka słów o konstrukcji. Autor korzysta z tej najbardziej sprawdzonej. W dotychczas czytanych przeze mnie książkach na początku mamy spis bohaterów. Zwykle bardzo humorystycznie opisuje najważniejsze cechy. Jest to sprytny środek literacki. Już na samym początku możemy domniemywać, z kim będziemy mieć do czynienia. Niestety, tak jestem ciekawa fabuły, że zwykle tylko przelatuję wzrokiem po opisach bohaterów.

Czy ocena również będzie z piekła rodem?

A gdzieżby?! Nie może być! Książka bawiła mnie od samego początku. Wyobraźcie sobie, że po raz pierwszy zaśmiałam się na osiemnastej stronie. Warto wspomnieć, że to był jednocześnie początek czwartej strony pierwszego rozdziału. Niezwykle rozśmieszyła mnie scenka, w której główna bohaterka, Joanna Szmidt w trakcie wywiadu palnęła gafę mówiąc o pierwowzorach swoich bohaterów. Wskazała (hihihi)  rosyjskich turystów. Możecie sobie wyobrazić co było dalej. Pomyślałam, że jak tak zaczynam, to dalej może być tylko lepiej i…… było. Bardzo rozśmieszył mnie wątek spotkania po latach narzeczonego Betty ze znajomymi z liceum. Mariolka okazała się współcześnie damą lekkich obyczajów o imieniu Krystal, a Waldek znanym w półświatku Tygrysem Złocistym, z którym bohaterowie Alka Rogozińskiego będą mieć jeszcze niejeden raz przyjemność i to nie tylko w tej książce. Spotkanie po latach Rogoziński przedstawił jako gafę sytuacyjną, a Betty skwitowała „Co to było za liceum, na litość pańską ?!”. Wyobrażacie sobie spotkać kogoś z liceum, kto…znacznie odstaje w dorosłym życiu od naszych wyobrażeń z przeszłości? Autor z dużą dawką humoru opisał realia polskiego szołbiznesu. Mamy i zdziczałą gwiazdę muzyki pop, i wątek z paparazzi, i światek dziennikarzy z kolorowych magazynów czyhających na nowinki lub potknięcia gwiazd. Niezwykle udany okazał się wątek Zofii, koleżanki z redakcji „Blask” która wszystko wie, na wszystkim się zna, jak to mówią „niejeden chleb jadła” i z wszystkiego wychodzi obronną ręką. Ciekawa jestem, czy Zofia pojawia się jeszcze w innych książkach Rogozińskiego. Tak mnie zaintrygowała, że nie raz mogłaby namieszać w wątkach kryminalnych kreowanych przez autora. Zresztą sami przeczytajcie, jak ją scharakteryzował sam autor na początku „(…) która już dawno powinna iść na emeryturę (tylko nie znalazł się nikt odważny, kto by jej to uświadomił). Prawda, że postać z ogroooooomnym potencjałem? Sam duet Joanny Szmidt i jej menadżerki Betty jest niezwykle udany. Tak się kochają, że momentami się prawie nienawidzą. Jak współpracują to lecą iskry. Bez wątpienia jedna na drugą może liczyć o każdej porze dnia i nocy. I może tylko dlatego wszystko dobrze dla nich się skończyło?

Oceniam na siedem, gdyż koniec był trochę za miałki. Nagle zrobiło się smutno. Nagle zrobiło się poważnie, nawet za poważnie, jak na całą książkę, śmieszną komedię kryminalną. Dodatkowo kompletnie autor nie rozwinął wątków będących motywacją dla zabójstwa. I jakim cudem Agnieszka zna ogrodnika najbardziej popularnej autorki polskich romansów? Przecież kobiety poznały się na pogrzebie Konrada! Czy to luka, niedopatrzenie? Czy może ja nie czytałam zbyt uważnie? I jedno, i drugie jest możliwe.  

Bez względu na moje spostrzeżenia jest to lekka komedia kryminalna. Komedia z zabawnymi gafami sytuacyjnymi, ciętymi ripostami, śmiesznymi dialogami, barwnymi postaciami, czasem przerysowanymi, co jest jednak całkowicie na miejscu w komediach kryminalnych. Dlatego ocena może być tylko pozytywna.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.

„Pensjonat na Kaczym Wzgórzu” Paulina Kozłowska

PENSJONAT NA KACZYM WZGÓRZU

  • Autor:PAULINA KOZŁOWSKA
  • Wydawnictwo:REPLIKA
  • Liczba stron: 395
  • Data premiery: 23.02.2021r.
  • Moja ocena: 8/10

Ostatnio najbardziej pozytywnie nastawiają mnie do życia powieści obyczajowe, zwłaszcza takie o zaczynaniu życia od nowa w innym miejscu. Kiedy więc usłyszałam o debiucie Pauliny Kozłowskiej „Pensjonat na Kaczym Wzgórzu” wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Dodatkowo zauroczyła mnie ta klimatyczna okładka. Czy jestem zadowolona z lektury?

Trzydziestoletnia Łucja remontuje dom odziedziczony po babci i otwiera w nim „Pensjonat na Kaczym Wzgórzu”, oazę spokoju i miejsce, gdzie poturbowane przez miłość kobiety mogą przemyśleć swoje życie, odpocząć od mężczyzn i zabrać siły. Niespodziewanie okazuje się, że tuż obok znany biznesmen planuje otworzyć Samotnię – oazę męskiej rozpusty. Dwa miejsca o tak różnym przeznaczeniu tuż obok siebie. Czy to nie brzmi jak przepis na katastrofę? Tym bardziej, że Robert Sęp, właściciel sąsiedniego domu działa ja Łucję jak przysłowiowa płachta na byka, wyzwala w niej najgorsze emocje. Mężczyzna również ma dość pyskatej sąsiadki. Wzajemna niechęć jednak przemienia się w wzajemnie przyciąganie i fascynację. Jak dalej rozwinie się ten swoisty galimatias?

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Błyskotliwe dialogi, świetne spostrzeżenia, humor oraz oryginalne postacie sprawiają, że trudno się od jej kart oderwać. Na wyróżnienie zasługuje fakt, że w żadnym wypadku nie jest to cukierkowa powieść obyczajowa. Narracja jest trzecioosobowa, prowadzona na zmianę z punktu widzenia Roberta i Łucji. Styl i sposób opowiadania dostosowany jest doskonale do osoby, z punktu widzenia której prowadzona jest narracja. Tak więc rozdziały dotyczące Roberta mają bezpośredni, trochę szorstki styl, zawierający wulgaryzmy i męski sposób postrzegania świata. Rozdziały dotyczące Łucji są inne, bardziej spokojne, wyważone, chociaż kobieta jest zdecydowanie temperamentna i charakterna, co widać. Wszyscy przedstawieni w książce bohaterowie są oryginalni i ciekawi. Główna bohaterka Łucja to miła i sympatyczna trzydziestolatka. Długo żyła pod dyktando rodziców i ukochanego, w końcu jego zdrada przelała czarę goryczy i Łucja zdecydowała się przeprowadzić do zrujnowanego, odziedziczonego po babci domu w malowniczej okolicy. Zdeterminowana podejmuje się jego remontu i postanawia tam stworzyć zaciszną przystań, gdzie doświadczone przez los i mężczyzn kobiety będą mogły odzyskać równowagę, skupić się na sobie, nabrać sił. Pensjonat staje się azylem dla kolejnych kobiet i sposobem na życie Łucji. Nie przejmuje się zbytnio w tym, że we wsi pensjonat odwiedzany przez same kobiety jest wytykany palcami i wyśmiewany. Skupia się na pomocy kobietom i własnym życiu do czasu, aż tego spokoju nie zakłóca Robert Sęp. Reprezentuje typ mężczyzn, którzy Łucję irytują. Przystojnym, bogaty, pewny siebie, gbur i bawidamek. Postanawia w sąsiedztwie stworzyć miejsce męskiej rozpusty i nie przejmuje się tym, że zakłóca plany Łucji. Początkowa niechęć między tą dwójką przybiera z czasem na sile, prowadząc prawie do otwartej wojny. Między tą dwójką aż iskrzy. I chociaż Łucja – wygadana, o pełnym kształtach, z burzą ciemnych kręconych włosów nie reprezentuje typu kobiet, na które do tej pory Robert zwracał uwagę, nie potrafi wybić jej sobie z głowy. Książka pełna jest fantastycznego poczucia humoru, jest humor sytuacyjny, zabawne scenki rodzajowe, dowcipne, pełne ironii dialogi. Opisywane przez autorkę scenki i rozmowy powodowały, że uśmiech nie schodził mi z ust i bardzo polubiłam wszystkich bohaterów. Bowiem każda opisana w powieści postać jest niebanalna, przestawiona w sposób zwracający uwagę i intrygujący. Tak więc bardzo polubiłam Kacpra Struzika, który z zahukanego, trzymającego się z boku stażysty przeobraził się w przedsiębiorczego, młodego mężczyznę o ironicznym podejściu do życia. Bardzo polubiłam też dziewczyny, które gościły w pensjonacie Łucji – Karolina, Paulina, Jagoda i Agnieszka to nietuzinkowe kobiety, które mają odwagę być sobą i mimo trudnych przejść i rozczarowań starają się być szczęśliwe i odnaleźć swoją drogę w życiu. Najfajniejsze bowiem w tej książce jest to, że mimo pozornie lekkiej treści i humory dotyka bardzo istotnych kwestii, takich jak poszukiwanie swojego miejsca w życiu, odbudowa swojego życia po zdradzie czy innych trudnych przeżyciach, przemoc domowa, przyjaźń i solidarność kobiet… Mogłabym jeszcze tak wymieniać, ale myślę, że najlepiej będzie, jak sami przeczytacie. Ja na Kaczym Wzgórzu bawiłam się świetnie i z niecierpliwością czekam na zapowiedziany ciąg dalszy.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU REPLIKA

.

„Afekt” Remigiusz Mróz

AFEKT

  • Autor: REMIGIUSZ MRÓZ
  • Seria: JOANNA CHYŁKA (TOM 13)
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery:23.03.2021r.
  • Moja ocena: 8/10

(…) kiedy wybrałam sobie partnera na resztę życia. Było trochę jak z otwieraniem lodówki co godzinę. Wiesz, o czym mówię? Nikt nie sprawdza, czy aby nie pojawiło się w niej nic nowego, tylko czy nasze wymagania spadły już na tyle, żeby wybrać coś, co już w niej jest”.

„Afekt” Remigiusz Mróz

Niech nie zmyli Was Chyłka z zaproponowanego przeze mnie cytatu. Nie dajcie się nabrać. To nie ona. Nawet jeżeli wypowiedziała taką kwestię to tak naprawdę, nigdy wielokrotnie nie próbowała licząc, że wreszcie obniży swoje wymagania. Chyłkę znam już od 13 książek. Można powiedzieć, prawie rodzina. Wierzcie mi, to ktoś, kto nie godzi się na bylejakość. To ktoś, kto musi mieć wszystko co najlepsze. To ktoś, kto musi być najlepszy. I za to ją uwielbiam. Serię o Chyłce recenzowałam już niejeden raz. Gdybyście chcieli porównać moje poprzednie recenzje wystarczy kliknąć: PrecedensEkstradycjaWyrokUmorzenie, czy Testament. Muszę przyznać, że jestem stała w swoich uczuciach. Zwykle 8/10. Nie ukrywam, że za każdym razem gdy sięgam po nowy ton serii zastanawia mnie, czy ten tom będzie ostatni oraz skąd ten @RemigiuszMróz bierze pomysły na fabułę dla niej. Dla Chyłki. Przecież to postać nietuzinkowa, ciekawa, wyjątkowa. Kobieta stal, o wysokiej inteligencji, wygórowanym poczuciu własnej wartości oraz mistrzostwie w ripoście. Jak autor ciągle za nią nadąża?  Jak radzi sobie z jej przesadzonymi ambicjami? Jeśli bohaterka jest tak wyjątkowa, to jaki musi być jej stwórca? Ciągle mnie to zastanawia.

Co tym razem?

Tym razem Remigiusz Mróz dotknął w serii o Chyłce tematu pedofilii. Po rozpoczęciu pracy u dotychczasowego konkurenta, kancelarii KMK Joanna Chyłka wraz z Kordianem Orlińskim, zwanym Zordonem, zostaje poproszona o bronienie Mirosława Halskiego, brata kandydata na prezydenta. Halski oskarżony jest o obcowanie z nieletnią. Dziewczyną poniżej piętnastego roku życia. Klient przedstawia jednak dowody na to, że oskarżenie jest próbą wyłudzenia 300 tysięcy złotych. Potencjalna ofiara próbowała podobnego manewru wiele lat wcześniej, oskarżając znanego polityka, późniejszego premiera o ten sam czyn. Okazało się, że oskarżenie było wyssane z palca. Do oskarżenia, a tym bardziej skazania nie doszło. Chyłce temat wydaje się wygrany. Liczy na szybkie zakończenie sprawy i łatwo zarobione pieniądze. Dlatego się godzi na reprezentację oskarżonego o pedofilię. Niestety temat komplikuje się, gdy okazuje się, że domniemana ofiara nie żyje od ponad dziesięciu lat. Na domiar wszystkiego była najlepszą przyjaciółką byłej dziewczyny Zordona, z którą los styka go przy okazji tej sprawy. W sposób nieprzewidywalny. Sprawa dodatkowo się wikła, gdy okazuje się, że przeciwnikiem Chyłki będzie jej były Szef – Żelazny. Żelazny, który po wielu latach wspólnej współpracy zna jej wszystkie chwyty i taktyki wykorzystywane w obronie klientów. Sprawa nie wydaje się już taka prosta, a taktyka bez wad. Tym bardziej, że para prawników niespodziewanie dostaje zaproszenie do Belwederu, na herbatkę w towarzystwie prezydent kraju Mileny Hauer. Jaka jest motywacja oskarżycielki Mirosława Halskiego? Co tak naprawdę się działo w wilii w Józefowie? Czy dzieje się to nadal, czy to tylko kolejna polityczna prowokacja? Chyłka nie poddaje się. Podejmuje rękawicę. Mimo, że jak sama mówi, doskwiera jej „(…) subtelne, ale uporczywe i ustawiczne poczucie, że jestem nie na swoim miejscu”. Uczucie, że coś jest nie tak. Że tak naprawdę wszystko się toczy gdzieś indziej w sieci „(…) pewnych… zależności między ludźmi, którzy w tym kraju mają coś do powiedzenia”. I jeszcze coś. Komu zależy na Chyłce i Kordianie? Kto ma tyle odwagi zwracając się w anonimach do Chyłki „Asiu”!!! Anonimach sugerujących, że Chyłka i Kordian mają do czynienia w kancelarii Krat, Messer i Kosmowski z szefem organizacji „ludzi trzymających władzę”. Co ważne, to wszystko dzieje się na pierwszych sześćdziesięciu stronach książki. Później jest jeszcze bardziej ciekawie. Pamiętajcie, książka ma 544 stron. Wszystko przed Wami.

Należy się ósemka  

Dlaczego? Z wielu powodów. Po pierwsze w książce Mróz wplótł wątki ze swej innej serii, tj. serii książek z gatunku political fiction „W kręgach władzy”. Czytaliście ten cykl? Jeśli tak, to gratuluję dobrego wyboru. Jeśli nie, koniecznie musicie nadrobić. Dla nieczytających tego cyklu powiązanie jest niemożliwe do wyłapania. To są właśnie nowe wątki. Wątki o mechanizmach władzy istniejących w polskiej polityce nie tylko fikcyjnej, lecz także – czego jestem prawie pewna – rzeczywistej. Autor już wcześniej łączył bohaterów różnych serii w swoich publikacjach. Wystarczy wspomnieć chociażby jedną z moich ostatnich recenzji jak „Osiedle RZNiW” (Osiedle RZNiW), gdzie to właśnie Chyłka pojawia się w zakończeniu. Jest to inteligentny zabieg dla fanów Remigiusza Mroza. Cóż to za wielka przyjemność czytać o powiązanych w fabule jednej książki swoich ulubionych bohaterach.

Po drugie Mróz podjął temat bardzo ważny. Temat pedofilii. Temat nakłaniania młodych niepełnoletnich dziewcząt do uczestnictwa w tak zwanych imprezach, gdzie za kilkaset złotych mają być towarzyszkami bogatych, znanych, wpływowych. Znacie ten temat zapewne z relacji dziennikarskich. Głośno było wiele lat temu o imprezach organizowanych w podwarszawskich rezydencjach, na które były zapraszane polskie licealistki czy gimnazjalistki. Może te wydarzenia stały się inspiracją dla Mroza do wykreowania tej fabuły? Nigdy się nie dowiem. Ważne, że temat został tak inteligentnie opisany we współczesnej prozie. Temat, który zwykle ukrywamy. Staramy się uciszyć. Kto chce czytać lub słuchać o naiwnych dziewczętach, które „rzekomo” nie były świadome po co jadą do podwarszawskich willi? „Rzekomo” to słowo klucz. Zawsze się pojawia przy okazji takich wątków. Zawsze znajdzie się ktoś, kto to słowo wypowie. Zwykle jest to ktoś nieświadomy wpływu tych wydarzeń na przyszłe życie młodych dziewczyn.

 Po trzecie konsekwentny styl. Takiej bohaterki jak Chyłka nie znam w żadnej serii polskiej literatury. Mróz ciągle musi nadganiać i dostosowywać się do zresztą własnych z poprzednich serii wyobrażeń o głównej bohaterce. Styl Chyłki, która uparcie wypowiada cięte riposty jest nie do podrobienia. Dowody, przykłady? Proszę bardzo:

·         „Zabawmy się w grę pod tytułem „wypierdalanie”. Ty zaczynasz”.

·         „(…) gdzieś rośnie drzewo produkujące tlen, dzięki któremu tych trzech kretynów może oddychać. Powinni je przeprosić”.

·         „Ponieważ gdyby znalazł pan lepszą prawniczkę, dostałby pan Nobla z chemii za odkrycie dotychczas nieznanego pierwiastka…”

·         „Nie przerywa się Chyłce, kiedy milczy”.

Itede, itepe. W książce jak zwykle roi się od specyficznych mądrości Chyłki i jej wysublimowanego poczucia humoru. Jest to styl, który do tej pory nie został podrobiony w żadnej książce, którą czytałam, a czytałam ich sporo.

 Po czwarte tak jak Mróz wspominał w poprzednich książkach serii, kancelaria, w której ostatecznie wylądowali Chyłka i Zordon jest typową korporacją. Autor jak mówił, tak też uczynił. W książce roi się od korpogadki. Mamy tu liczne zapożyczenia jak „czekamy na ciebie w conference roomie”, „idzieś or what?”, „sfokusuj się na chwilę”, zbriefuj mi, co się dzieje”, „kolnęłaś już do niego?, „większego fakapu tutaj nigdy nie było”, czy znany korposzczurom w całej Polsce „asap” oraz taką korpopaplaninę jak: „wiadomka”. Ta konsekwencja sprawia, że książka jest faktyczną częścią jednej całości. Całości rzeczywistości Chyłki. Rzeczywistości tak zakorzenionej w świecie czytelniczym postaci, że można się pomylić i uznać, że… ta Chyłka istnieje naprawdę. A może o to tu chodzi? Może chodzi o pokazanie istniejącej w rzeczywistości Chyłki? Znacie jakąś? Znacie kobietę podobną do niej? Wiele bym dała, by uścisnąć jej dłoń …

 Po piąte zakończenie. Jak zwykle nieoczywiste. Wszystko się zmienia w ułamku sekundy, w kolejnych pięciuset słowach. To duża umiejętność konstruować tak nietypowe zakończenia, które są zaskoczeniem dla czytelnika.

Mróz tworzy różne książki, różne fabuły, różne postaci. To nie tak, że autor jest przewidywalny. Autor jest wszechstronny. Nie wymagam w serii o Chyłce takich wrażeń, czy hipsterskich opisów, dialogów jak np. w „Osiedlu RZNiW”, czy sekretów i tajemnic jak w serii z Burzą i Sewerynem, która zaczyna się od „Listów zza grobu”. W serii o Chyłce wymagam 100% Chyłki. Nawet jeśli Chyłka i Zordon dojrzewają. Dojrzewa ich relacja. To nadal są 100% oni. Jedyni w swoim rodzaju. A dodatkowe zabiegi literackie jak wprowadzenie nowej postaci, aplikantki Zawady, czy bohaterów serii „W kręgach władzy” tylko czyni kolejną książkę serii jeszcze ciekawszą.

Powieść czytało się lekko i szybko. Pochłaniałam stronę za stronę. Trudno uwierzyć, przeczytałam ją w jeden dzień.  To dzięki szybkiej akcji i ciekawym dialogom. Najgorsze jest to ☹, że dopiero co skończyłam „Afekt”, a już jestem ciekawa kolejnego tomu i tego co się zadzieje z Chyłką i Zordonem.

Za możliwość recenzji książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

TRZYNASTA OPOWIEŚĆ

  • Autor:DIANE SETTERFIELD
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:10.02.2021r.
  • Moja ocena:9/10

Przed Wami recenzja lutowej premiery. Drugiego wydania książki z 2006. Cieszę się, że wydawnictwo Albatros zdecydowało się ją wydać ponownie. To dzięki takim decyzjom można sięgnąć do pozycji, którą kiedyś, dawno temu (2006, kiedy to było? ) się pominęło. Ech, cóż to byłaby za strata? Nie ukrywam, że do przeczytania książki zachęciła mnie głównie…okładka. Czyż nie jest piękna? Jak tylko na nią spojrzałam zaczęłam się zastanawiać co symbolizuje drzewo na tej zieleni. Już wiem. Życie. Po prostu życie, albo aż życie.

Przyznam, że z autorką Diane Setterfield spotkałam się po raz pierwszy. Dzięki „Trzynastej opowieści” wiem, że sięgnę po jej książkę wydaną w roku 2019, „Była sobie rzeka” również wydawnictwa Albatros. Was też do tego gorąco zachęcam. Z krótkiej notki biograficznej dowiedziałam się, że to Brytyjka, która „Zawsze powtarza, że jest najpierw czytelniczką, a dopiero potem pisarką”. Tym mnie ujęła, tym zdobyła już na początku moją sympatię. Czy słusznie? Przeczytajcie tą recenzję, a się przekonacie.

Ktoś, kto stracił bliźniaka, brata albo siostrę, traci połowę duszy. Granica między życiem a śmiercią jest wąska i ciemna, a taki człowiek zbliża się do niej bardziej niż cała reszta”.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

Trudno w dobrej książce wybrać cytat na początek recenzji, kiedy roi się od nich na stronach. Zdecydowałam się na ten. O miłości bliźniaczej. Mimo, że nie jestem siostrą bliźniaczą, jestem sobie w stanie wyobrazić tą więź. Przecież to rodzeństwo wspiera się we wczesnych momentach wspólnego życia! Często później obdarzając się miłością głęboką, bezwarunkową. Śmierć jednego z nich przyczynia się nierzadko do śmierci drugiego. Jak nie biologicznej śmierci, to duchowej. Ze śmiercią biologiczną kończy się życie. Wszystko się kończy. Ze śmiercią duchową z tęsknoty, żyć się po prostu nie da. I o jednej, i o drugiej śmierci jest ta powieść.

Oczami Setterfield

Powieść rozpoczyna się, gdy Margaret Lea zostaje poproszona przez znaną autorkę książkę Panią Winter do napisania jej biografii. Margaret ma za sobą publikację udanego eseju, eseju o bliźniakach. Czym zaintrygowała zleceniodawczynię, znawczynię dobrego pióra i mecenaskę nieznanych pisarzy.  Wybór biografki nie jest dla Vidy przypadkowy. Sama mówi Margaret, że opowie jej „historię o bliźniakach”. Ta wciągająca historia opowiedziana przez Vidę Winter dzieje się w Angelfield, angielskiej posiadłości. Aktualnie zdewastowanej, w poprzednim życiu zachwycającej pięknem architektury oraz zadbanym, ogromnym ogrodem. Posiadłość rodziny Angelfieldów. Ciekawej rodziny, ekscentrycznej rodziny. Najpierw Isabelle i jej nieokiełznanego brata Charliego. Brata, który w pewnym momencie zniknął. Później interesujących bliźniaczek, Emmeline i Adeline. Relacja spisywana przez Margaret to relacja o dziewczętach. Dziewczętach delikatnych, pięknych, rudowłosych z zielonymi oczami. Dziewczętach naznaczonych decyzjami rodziców. Dziewczętach niewinnych, który los zesłał bez ich zgody i akceptacji do Angelfield. Dziewczętach złączonych wspólnym losem. Opowieść pełna jest ciekawych postaci drugoplanowych, domowników, czy odwiedzających. Domowników wpływających swoimi decyzjami na losy rodziny. Na życie w posiadłości. To guwernantka Hester. Ambitna kobieta, oddana sprawie. Doktor Maudsley, jak z medycznej książki historycznej. Lekarz rodzinny, pojawiający się w posiadłości w razie potrzeby. John Digence – ogrodnik, oddany swemu państwu. Pielęgnujący ogród i jednocześnie odgrywający istotną rolę w życiu dziewczynek. Ostoja posiadłości. Ambrose młody chłopak, pomocnik Johna. Chłopak zakochujący się w jednej z sióstr. Oddany jej bez reszty. Bezwolne spisywanie biografii Vidy Winter przeradza się w amatorskie śledztwo, gdy Margaret poznaje Aureliusa, który chciał tylko by ktoś powiedział mu prawdę. Aureliusa, który pojawił się znikąd, który nie znał swojej historii. Aureliusa, który odegrał kluczową rolę w powieści Vidy, całkiem nieświadomie. Dwa pytania kołatały mi się w głowie czytając: Czy Vida Winter ma coś wspólnego z rodziną Angelfieldów? Czy pożar, który strawił bibliotekę posiadłości ma coś wspólnego z historią opowiadaną przez Vidę? Liczę, że Was już wystarczająco zainteresowałam.

Książka składa się z części zatytułowanych: Początki, Środki, Zakończenia i…Początki. Już sam zastosowany przez autorkę układ części jest intrygujący.  Kartkując pierwsze strony zastanawiałam się, co to za początki po zakończeniu. Teraz już wiem. To proste. Zawsze przecież można zacząć od nowa. W częściach Setterfield rozlokowała rozdziały. Każdy rozdział ma tytuł. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Moi faworyci to „Czy wierzy pani w duchy?” oraz „Pani Love wyrabia na drutach piętę”. To wielka zaleta pisarza zainteresować czytelnika samym tytułem rozdziałów. Początkowo myślałam, że główną postacią jest Margaret Lea. W trakcie czytania zorientowałam się, że niekoniecznie. Książka zbudowana jest z trzech perspektyw.  Perspektywa Margaret, jej życie, odczucia, emocje, działania przywołane duchami przeszłości posiadłości Angelfield i decyzje, które przybliżają ją do odkrycia sekretu rodzinnego. Perspektywa Vidy Winter. Znanej pisarki bestselerów, która ukazana jest w powieści Margaret. W opowieści, którą Vida snuje na potrzeby zamówionej biografii. Jest jeszcze trzecia, poboczna perspektywa byłej guwernantki panienek Angelfield zaczerpnięta z jej dziennika. Treść czytanego przez Margaret dziennika jest tak żywa, tak dobrze opisana z uwzględnieniem rzeczywistości sprzed sześćdziesięciu lat, że mam wrażenie, jakby dziennik istniał naprawdę. Guwernantka istniała naprawdę. Tą część czytałam z zapartym tchem. Z jednej strony nie wierząc w opisywane zdarzenia, spostrzeżenia, światopogląd, z drugiej strony czekając na więcej. Czym jeszcze Panna Hester może mnie zaskoczyć? Co przede mną odkryje? Jakie decyzje i dlaczego jeszcze podejmie?

Moimi oczami

Ta współczesna powieść gotycka ma wszystko, czym powinno charakteryzować się dobre pióro. Dlaczego wspomniałam o powieści gotyckiej? Nie znam się na tym gatunku to fakt, ale jak inaczej nazwać powieść, gdy od początku do końca towarzyszyło mi poczucie grozy? Macie inny pomysł? Dajcie proszę znać. Próbowałam na wszystkie sposoby znaleźć słabe punkty. Nie udało się. Język jest przystępny, ale literacki. Ciekawi, wykreowani do samego końca bohaterowie. Nawet postaci poboczne, jak ogrodnik, pokojówka, kucharka mają swoje charaktery. Autorka ważne kwestie przeplata opowiastkami codzienności. Codzienności, z którą bohaterki musiały się borykać. Codzienności trudnej, ale momentami szczęśliwej. Autorka poruszyła w książce różne ważne wątki. Wątek niespełnionej miłości, która naznaczyła życie młodego chłopca na lata. Wątek miłości kazirodczej, zakazanej, która została przerwana za późno. Wątek porzucającego dziewczynki wujka, Charliego, który zniknął. Ekscentryka mającego wiele złych czynów na sumieniu. Wątek samotności młodych dziewcząt w dużym domu, gdzie musiały radzić sobie same, wspierane tylko przez nieliczną służbę, a jedyny im oddany pomocnik ogrodnika Ambrose został odprawiony. Łącząc te wątki autorka stworzyła powieść oryginalną, przeplataną niepokojem o dalsze losy postaci, o dalszą historię. Wiele razy w trakcie czytania nie mogłam się doczekać, by się dowiedzieć co będzie dalej. Jakie będzie zakończenie? Czy szczęśliwe? Czy naznaczone kolejną śmiercią i tajemnicą?  

Bardzo podobają mi się dwie główne postaci. Pierwsza to Margaret, córka antykwariusza wychowana na powieściach Austen, Eliot, Dickensa i sióstr Brontë. Cała książka przesycona jest porównaniami do „Dziwnych losów Jane Eyre”. Wręcz fanatyczka literatury. Skrywająca własną tajemnicę i ukrywająca pod licznymi warstwami ubrań ogromną wyrwę w sercu. Wyrwę, której nie udało się zapełnić. Margaret nie kochana przez własną matkę. Czująca się smutna w dniu swoich urodzin. Druga to Vida Winter, ekscentryczna pisarka. Wychowana w bardzo surowych warunkach. Uwielbiająca książki i czytać, i pisać. Mimo swego wieku, słabości i choroby opiekująca się do końca bliskimi. Żyjąca z przymrużeniem oka i budująca dziwną relację z otoczeniem. Starająca się być niedostępna, jakby na odległość. Potrafiąca nawet wymyśleć nietypową zabawę pytając Margaret czy użyłaby pistoletu, który miałaby w ręku, gdyby ktoś kładł kolejno na taśmie jadącej do pieca wszystkie powieści, które najbardziej ukochała?  Uwielbiam refleksje o czytaniu w powieściach. Jest to zawsze sprawmy zabieg autorów, który zaspokaja pragnienia książkoholików. Z historiami jest jak z rodziną. Jak pisze autorka, można „(…) nie znać swoich krewnych, stracić z nimi kontakt, ale oni istnieją. (…) oddalić się od nich albo odwrócić” ale nie powiemy „(…) że ich nie ma”. To dobrze, że ta historia jest. Choć nagle pomyślałam, że tak wspaniała historia, opowiedziana z różnych perspektyw, po prostu musiała zaistnieć. Nie mogła pozostać tylko w obszarze fantazji jej autorki, bo ile byśmy stracili.

Werdykt

Czy znacie to uczucie, kiedy zaczyna się czytać nową książkę, a jeszcze żyje się wcześniejszą? Odkładamy tę poprzednią, ale jej tematyka i wątki – a nawet postacie – nadal tkwią we włóknach naszych ubrań i kiedy otwieramy następną, wciąż nam towarzyszą”.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

Ze mną tak właśnie jest. Ciągle pamiętam misternie utkaną opowieść przez Setterfield. Wykreowane postaci, malownicze krajobrazy, opisane wydarzenia. Ta pokazana więź, więź dziewczynek, więź sióstr jeszcze szumi mi w głowie. Jeszcze czuję te emocje. Jeszcze na myśl o więzi bliźniaczej, tak naprawdę do końca nie poznanej, jest mi smutno. Po prostu, po ludzku smutno.

Przed Wami macie opowieść, z którą nie spotkałam się dotychczas w żadnej z książek, którą przeczytałam (a przeczytałam ich sporo). Opowieść trzymającą w napięciu o nieprzewidywalnym zakończeniu. Po prostu „Trzynastą opowieść”. Werdykt nie może być inny, jak tylko CZYTAĆ !!!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS

.