„Ostatnie słowo” Agnieszka Pietrzyk

OSTATNIE SŁOWO

  • Autorka: AGNIESZKA PIETRZYK
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 464
  • Data premiery: 13.03.2024r. 

W zapowiedzi przyznałam się, że książki Agnieszki Pietrzyk bardzo lubię. Fanką Autorki zostałam po przeczytaniu „Zostań w domu” (wrrr…jeszcze teraz czuję dreszcze na same wspomnienie). Każda z publikacji, które przeczytałam, a czytałam wszystkie które ukazały się od 2019 roku, zrobiła na mnie duże wrażenie, a jednocześnie każda z nich jest inna. Najwyżej, bo na 9/10 oceniłam „Las zaginionych” ale pozostałe dostały mocne 8. Ostatnie „Terytorium” również było niezwykłą pozycją i pozostało w mej pamięci. 13 marca br. premierę miała najnowsza powieść autorki pt. „Ostatnie słowo” od Czwarta Strona Kryminału.

Jak tu nie czytać? Jak tu nie smakować fabuły, jak zaczyna się tak dobrze, już od samego opisu. 

Rasowy thriller psychologiczny z motywem książki w książce. Gdy desperacja osiąga szczyt, stajemy się zdolni do wszystkiego – William Kriger przekonuje się o tym, gdy jego życie zostaje wywrócone do góry nogami przez niezwykłą klientkę. Weronika chce, by Kriger napisał książkę o koszmarze, którego ludzie boją się najbardziej. William zgadza się na jej warunki, by utrzymać w ukryciu swój sekret. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, co się wydarzy, gdy napisze ostatnie słowo…” – z opisu Wydawcy. 

Spodobała mi się sama dedykacja; „Marzenie. Jesteś najlepszą siostrą na świecie”. W dobie powierzchownych relacji. W czasach, gdy często gonimy od jednego zadania do drugiego. W sytuacji, gdy nierzadko mieszkamy daleko od siebie taka deklaracja ze strony siostry to jest naprawdę coś wielkiego, choć jak wiadomo relacje z bliskimi nie zawsze są łatwe. 

Wracając jednak do fabuły, celowo nie wprowadziłam Was w meandry zdarzeń opisane w książce „Ostatnie słowo” Agnieszki Pietrzyk swoimi słowami. Uważam, że opis Wydawcy jest tak ciekawy, że nic nie przekona Was bardziej do jej przeczytania jak właśnie on. Te parę zdań zwróciło moją i mam nadzieję, też Waszą uwagę na ciekawy wątek tajemnicy. Na coś, co wydarzyło się dawno temu i sekret miał być ukryty do końca. Uwielbiam takie wątki, takie motywy w thrillerach. Te emocje często pozostają na długo po odłożeniu publikacji na półkę. Czasem na zawsze, a czasem do ponownego razu. 

Spodobała mi się postać Williama – „wykładowcy hobbistycznie uprawiającego pomidory”, którym od nowego roku akademickiego zainteresowana jest Społeczna Akademia Nauk w Warszawie. Gość, „który porzucił stolicę dla wiejskiego życia i nie zamierza tego zmieniać”.  Persona wysokich lotów. Inteligentna. Dająca światu i żyjącym na nich ludziom o wiele więcej, niż zwykły człowiek. Swoją inteligencję. Swoją wiedzę. Swój punkt widzenia. Nawet początek nowej książki, przy czym „dbał o  jakość narracji i oryginalność pomysłu”. Postać z pierwszej strony gazet, czy jak teraz powinnam napisać z częstych publikacji na mediach społecznościowych. Ale wyłącznie z tej dobrej strony. I od razu mnie zafrapował. Istnieją takie zawody? Pisarze początków książek? Pomysłodawcy fabuły? Hm….. Taki ghostwriter, ale tylko do pewnego momentu. Ciekawy temat. I nagle w tej idylli Wiliama pojawia się ona; Weronika Kwiatkowska, która przyjechała, by kupić u Krigera początek książki. 

Była młoda, na pewno przed trzydziestką. Widział w niej ucieleśnienie wszystkich swoich studentek, nieśmiałych, zakompleksionych, ale w głębi ducha wierzących, że cały świat do nich należy. (…) Było w niej coś ambiwalentnego. Banalne piegi i zbyt szeroki nos kontrastowały ze szlachetnie zarysowanym czołem i hipnotycznymi tęczówkami.”. – „Ostatnie słowo” Agnieszka Pietrzyk.

Książka składa się z dziewiętnastu części, które podzielone są na krótkie rozdziały. Łącznie rozdziałów jest dwadzieścia osiem. Tylko niektóre części (łącznie jest ich osiem) są zatytułowane i to nie byle jak, bo „Czarna wołga wraca”. Kojarzycie legendę z czasów PRL o czarnej wołdze, która porywała dzieci? Legendę tak głęboko zakorzenioną w ludzkiej świadomości, że nawet ja po latach łapię się na tym, że wierzę, iż faktycznie jeździła po polskich drogach i porywała dzieci. Wielu ją widziało. Wiele dzieci zaginęło, gdy była w pobliżu. Wielu milicjantów za nią goniło. Te części mają swoje znaczenia, a jakie…. Tego musicie się sami dowiedzieć 🙂. 

Idylliczna relacja między Werą a Wiliamem psuje się już na początku IV rozdziału, gdy Wera „(…) Wyciągnęła starego samsunga i napisała esemesa: „Udało się. Kriger złapał się na haczyk”. Potem już było tylko lepiej. Frapujący mnie sekret. Odkrywanie. Odsłanianie wszystkich warstw. Pomysł książki w książce bardzo doceniam. Na mnie zrobił wrażenie. Do tego szokujące zakończenie, dla którego warto wziąć „Ostatnie słowo” Agnieszki Pietrzyk do ręki i przeczytać. Od początku do tego właśnie interesującego końca. 

Udanej lektury! 

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA

Cyryl Sone „Wszystko co widziałeś”

WSZYSTKO CO WIDZIAŁEŚ

  • Autor: CYRYL SONE
  • Wydawnictwo: ZNAK KONCEPT
  • Cykl: PROKURATOR KONRAD KROON (tom 4)
  • Liczba stron: 496
  • Data premiery: 15.05.2024r. 

Podobno to czwarty i ostatni tom serii o prokuratorze Konradzie Kroonie. Nie mogę sobie tego wyobrazić, gdyż autor premiery z 15 maja br. pt. „Wszystko co widziałeś” ukrywający się pod pseudonimem Cyryl Sone – aktywny prokurator szturmem podpił rodzimy, mocno już nasycony rynek polskich autorów kryminałów, thrillerów.  Dzięki  Wydawnictwo Znak mam na swej półce bibliotecznej wszystkie części. począwszy od rewelacyjnej „Krzycz jeśli żyjesz” z 2022, przez „Świat ci nie wybaczy”, kończąc na trzecim tomie wydanym w październiku 2023 pt.  „Nigdy już nie uciekniesz”. Rozpoczynając przygodę z czwartą częścią ciekawość, czy znowu Autor zachwyci mnie stylem, szybkim tempem, bezkompromisowością mieszała się już z tęsknotą za prokuratorem, za postacią Konrad Kroona….. I pozostaje mi nic innego, jak tylko zastanawiać się, jaką prozą Cyryl Sone zaskoczy mnie następnym razem. Moja ciekawość jest w pełni uzasadniona, gdyż w sam Autor w posłowiu napisał: „Za zakrętem już czeka napisana kolejna powieść, pierwszy tom zupełnie nowego cyklu: bardziej kryminalnego, bardziej bezczelnego; z lepszymi dialogami i z szybszym tempem…”Naprawdę? Da się pisać jeszcze lepsze dialogi i zachować szybsze tempo? 

(…) chcieć to móc jedynie wtedy, kiedy mamy za co, po co i z kim.” – Cyryl Sone „Wszystko co widziałeś”. 

Nauczycielka geografii w lokalnym liceum odkrywa wczesnym rankiem w bramie oddzielającej oba skrzydła gmachu szkolnego ciała trzech uczniów pierwszej klasy; Norberta Brylczyka, Sary Kostrzewskiej oraz Tomasza Jonki, którzy „(..) byli tylko dziećmi. Zagubionymi, wrażliwymi, przeżywającymi najbardziej newralgiczny rozdział swoich nienapisanych biografii. U progu dorosłości, na skraju dzieciństwa.” Prokurator Konrad Kroon próbuje rozwikłać zagadkę, co lub tak naprawdę kto stoi za śmiercią trójki młodych ludzi, którzy dopiero co rozpoczęli swoją przygodę w klasie licealnej. Szybko okazuje się, że młodzi nie są jedynymi ofiarami. Kolejno życie traci pasażer linii tramwajowej, alkoholik borykający się z problemem bezdomności, później młody imigrant turecki, a następnie młody homoseksualista cieszący się życiem. Są ofiary i jest polowanie. Cały sztab łącznie z Flarą i Kieltrowskim próbują rozwikłać zagadkę Wilka z Wybrzeża. „(…) Bo jest takie zło, które nigdy nie gaśnie. I raz zaprószone tli się aż po kres czasu.” 

Książka jest klamrą łączącą poszczególne tomy serii, stanowi też hołd dla mojego miasta, pokolenia i moich literackich mistrzów…” – „Posłowie” Cyryl Sone „Wszystko co widziałeś”

I tak właśnie jest. Tak właśnie odczytuję ostatni tom serii o przystojnym prokuraturze, z ciekawym nazwiskiem, jeżdżącym czarnym audi TT, chrakteryzującym się ciętą ripostą i wisielczym chwilami humorem. Do tego potrafiącym sobie zjednywać sprzymierzeńców mimo trudnego i bezkominowego charakteru. Uwielbiam te wstawki, w których Sone przedstawia nam Kroona takiego, jakiego chciałby byśmy go widzieli. Obcesowego. Humorzastego. Potrafiącego się odgryźć każdemu. 

„- Próbuję być uprzejmy.
  – Jakoś nigdy to panu dobrze nie wychodziło – stwierdził biegły. 
 – Nie można być mistrzem w każdej dziedzinie…”

„- Mieliśmy przyjemność. Z akt sprawy. I z sekcji zwłok. Zajrzałem do jego wnętrza.” 

„W prokuraturze najważniejsza jest hierarchia. Nawet jeśli twój przełożony to… 
– Debil. Jesteś skończonym debilem, Krzysiek.
-Tylko sobie nie pozwalaj! -Kieltrowski poderwał się na równe nogi. – Nie zapominaj, kto tu jest szefem!
– Choćbym chciał zapomnieć, cały czas mi przypominasz. Jakbyś od tego miał większego.” 

Cyryl Sone to mistrz mocnego początku, maestro ciekawego pędzącego jak Pendolino rozwinięcia oraz lider ciekawych zakończeń. To czwarta książka tego Autora, w której podobały mi się wszystkie fazy fabuły, aż do samego końca.  Fabuła była interesująca, pochłaniająca. Cyryl Sone jest dla mnie idealnym autorem do czytania. Jak na razie żadna jego publikacja mnie nie zawiodła. Każdą czytałam z zapartym tchem, bez okładania. 

Podobają mi się – tu się powtórzę z poprzednich opinii – wstawki z codzienności życia prokuratora, w którym Sone ma ośmioletnie doświadczenie. Doceniam, że w fikcji fabularnej Autor wplata zdarzenia, elementy życia zawodowego, które mogłyby lub się wręcz zdarzyły, jak na przykład dywagacje na temat tzw. „obiegu”, który jest doświadczeniem aplikantów prokuratorskich lub też nie, jeśli aplikanci są po szkole krakowskiej. Widać, że Sone czerpie z tego, jak wygląda praca w firmie, jaka jest jej kultura, jakie zwyczaje.  

Mimo tej całej buty autorskiej i sposobu przedstawienia osoby prokuratora Kroona jako atrakcyjnego, dyletanta, pędzącego stale na do przodu jak torpeda, nie zastanawiającego się głębiej nad sobą i osobami, którym na nim zależy temat podjęty książce okazał się dla mnie trudny, bardzo głęboki. Zaczął się bowiem od śmierci przez powieszenie trzech piętnastolatków. Do pewnego momentu była to główna myśl toczącego się śledztwa i warstwy obyczajowej pojawiającej się obok niego. To nastoletnie życie. Życie nastolatków, niezrozumiałych przez swoich kolegów czy koleżanki, odepchniętych przez rówieśników, nietraktowanych poważnie przez dorosłych, uznawanych przez otoczenie za nerdów szukających wspólnego świata z innymi. Nastolatków jak motyle, którym jak dotkniesz skrzydła to umierają. Uderzyło mnie to bardzo trafne sformułowanie, które Autor zawarł w książce, a ja je tu wykorzystałam. Idealna percepcja tego, jak w dzisiejszym świecie funkcjonuje młodzież. 

Fabuła zaczyna się od czerwca by po jakimś czasie cofnąć aż do września do dnia, w którym trójka świeżo upieczonych absolwentów szkoły podstawowej rozpoczęła swoją edukację licealną. Książka podzielona jest na sześć części. Każda część została zatytułowana i składa się  z kolejno ponumerowanych rozdziałów (jest ich łącznie dwadzieścia dziewięć). Rozdziały Sone podzielił na krótsze części pisane z perspektywy różnych bohaterów. Jest to cecha charakterystyka tego cyklu, że czytelnik podąża śladami śledztwa, tropów, kolejnych mistyfikacji z perspektywy ofiary, samego Kroona, Flary, czy innych bohaterów, czasem pojawiających się praktycznie tylko w jednej scenie. W części szóstej Autor cofa akcję do nawet do okresu dwa lata wcześniejpółtora roku wcześniej, rok wcześniej itd. Jakby chciał przybliżyć czytelnikowi ewolucję zła. Ale czy naprawdę się da? Na ostatnich stronach znajduje się również Epilog, w którym Autor stara się obnażyć inną stronę Kroona. I jak tu ma być nie żal, że nie spotkam się już z nim w moim czytelniczym świecie nigdy więcej, kiedy tyle kwestii pozostaje wciąż nierozwiązanych, niedopowiedzianych? 

W liście dołączonym do publikacji adresowanym do „Droga Partnerko w Zbrodni!” i podpisanym przez Prokuratora Konrada Kroona autor pisze „Sam nie dam rady tego udźwignąć. Być może to Ty będziesz musiała zakończyć te sprawcę. Morderca musi w końcu popełnić jakiś błąd. Wiem, że Ty go dostrzeżesz…” 

Niestety. Musiałabym odpisać. 

Drogi Kondziu! 
Niestety zawiodłam Cię. Bardzo się starałam odkryć, kto stoi za tym powtarzanym zaklęciem merseburskim. Musiałeś sobie jednak poradzić sam. Nie dałam rady wysupłać z opowieści tych wszystkich tropów.” 

UDANEJ LEKTURY!!!! CZYTAJCIE KROONA!!!!

ps. „Zaklęcia Merseburskie (niem. Merseburger Zaubersprüche) – dwa średniowieczne zaklęcia, czary lub inkantacje, zapisane w języku staro-wysoko-niemieckim w dialekcie frankońskim. Stanowią one jedyne zachowane w tym języku świadectwa niemieckiej kultury pogańskiej. Zostały one odkryte w roku 1841 przez Georga Waitza, który znalazł je w teologicznym manuskrypcie z Fuldy, spisanym w IX lub X wieku. Manuskrypt ten (Cod. 136 f. 85a) znajdował się w bibliotece kapituły katedralnej w Merseburgu. Od nazwy tej miejscowości pochodzi nazwa. Pierwsze dotyczy wyzwolenia z więzów i zachowania przed wrogiem. Jest w nim mowa o idisach. Drugie zostało użyte do wyleczenia skręconej nogi konia Baldra („kość do kości, krew do krwi, członek do członka, jakby były sklejone”).” (źródło: wikipedia). 

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Koncept.

Daphne du Maurier „Niespokojny duch” 

NIESPOKOJNY DUCH

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery w tym wydaniu: 15.05.2024r. 
  • Rok pierwszego wydania polskiego: 05.05.1994r.

  • Rok premiery światowej: 1931r.

Niespokojny duch” od @WydawnictwoAlbatros to siódma publikacja du Maurier, którą przeczytałam i to wszystkie w mojej ukochanej serii butikowej. Opinie na temat poprzednich publikacji znajdziecie tu: „Ptaki i inne opowiadania” „Rebeka”, „Moja kuzynka Rachela”, „Oberża na pustkowiu” „Kozioł ofiarny” oraz  Generał i panna

Ci wszyscy ludzie kochający się nawzajem i zarazem niezdolni do całkowitego zrozumienia, do miłości doskonałej. Odchodzili, umierali, kłócili się albo tracili się nawzajem. Gdzieś coś poszło nie tak i nosili w sobie samotność…” – Daphne du Maurier „Niespokojny duch” . 

Tak wielokrotnie myślała Jennifer Coombe na początku XX wieku. Prawnuczka Janet Coombe z Plyn, urodzonej w kwietniu 1811r., zmarłej we wrześniu 1863r i Thomasa Coombe, urodzonego w grudniu 1805r., a zmarłego 1882r. Córka „Christophera Coomba (syna Josepha i Susan Collins Coombe’ów”, który z „odwagą oddał życie nocą 5 kwietnia 1912 roku, w wieku 46 lat i swej matki, Berthy, która kilkanaście lat po śmierci męża poślubiła wytwornego dżentelmana Pana Hortona. Jennifer z domu Coombe po mężu Stevens, której losy opisała Daphne du Maurier na przestrzeni jej całego życia, aż do roku 1930 roku. A wcześniej opisała losy Janet Thomasa Coombe’ów od początku, aż do końca. Aż po dzieci i wnuki. Losy właścicieli Domu z Bluszczem w przepięknej Kornwalii i okolicznej stoczni, która dawała pracę wielu mieszkańcom. Losy kilku rodzin, kochających się i skłóconych, wspierających się i na zmianę niszczących się wzajemnie. Losy kilkudziesięciu członków rodziny, którzy się odzyskiwali i na zmianę tracili. 

A wszystko zaczęło się od literackiego, fikcyjnego portretu Janet. 

Jakby miała dwa oblicza: jedno należące do zadowolonej żony i matki, która z zaciekawieniem wysłuchiwała planów męża i jego bezustannych deklaracji dotyczących rozwoju firmy; śmiała się z paplaniny synka; z autentyczną przyjemnością odwiedzała rodziców i sąsiadki, okazując nieudawaną radość z uroczych chwil codziennego życia. I drugie – nieskrępowane, triumfujące – które spowite mgłą i ukryte przed światem, stawało na palcach na szczycie wzgórza i wyciągało się ku słońcu, by skąpać się w jego zniewalającym blasku.” – Daphne du Maurier „Niespokojny duch”. 

Janet, która żałowała, że nie urodziła się mężczyzną. Dla której „(…) płeć wydawała się niczym żelazne pęta, krępujące jak opięta wokół kostek ciasna halka.” To na przestrzeni tego jak Janet dojrzewała, jak wypełniała różne role, funkcje w rodzinie i w społeczeństwie mogłam poznać tło sagi rodzinnej, którą opowiedziała du Maurier, od roku 1830, gdy młoda Janet zmienia swój stan cywilny i zostaje żoną Thomasa. 

Powieść składa się z czterech części. Każda z części zawiera kilkanaście rozdziałów (12, 13). Napisana jest bardzo poetyckim językiem. I fabuła, i przedstawione w niej treści i styl, a także tempo jest właściwe dla okresu, w którym du Maurier ją pisała. Choć muszę przyznać, że zaskoczyła mnie tempem. Na końcu książki przeczytałam, że autorka tworzyła ją od października 1929 do stycznia 1930. To naprawdę krótko dla ówczesnych czasów, gdy pisarzowi nie pomagali liczni redaktorzy, a i sama technika pisania była znacznie mniej efektywna niż aktualnie. Najwidoczniej historia układała się w umyśle i sercu autorki na długo przed tym, zanim została przelana na papier, że wystarczyło raptem cztery miesiące by kilkusetstronicowa saga powstała. 

Autorka wiernie oddała specyfikę czasów, w których fabuła została umiejscowiona. We współczesnych Jennifer czasach pobrzmiewa echo feminizmu. Sama Jenny nie potrafi się pogodzić, jak traktuje ją matka i babka. Jak jej nic nie wolno. 

Nic mi nie wiadomo o żadnej swobodzie – odparła. – Jedyna różnica polega na tym, że mogę jeździć sama metrem i autobusami, a matka nie mogła. Pod pozostałymi względami wiodę bardzo podobne życie.” – Daphne du Maurier „Niespokojny duch”. 

Przyznam, że feministyczny rys osobowościowy Jennifer nie do końca mnie przekonywał. Miałam poczucie czytając, że kompletnie nie pasuje do światopoglądów, historii, opowieści, zwad, przeszłości opisywanych przez Daphne du Maurier. Został – w mojej opinii – jakby wkomponowany na siłę, jakby oczekiwania współczesnych sobie czytelniczek właśnie takie były. Sama warstwa społeczno – obyczajowa była dla mnie dość ciężka. Za dużo konfliktów, za dużo bohaterów, za dużo zdrad i komplikowanych – jakby na siłę – historii. Trudno było mi się skupić momentami na myśli przewodniej. Czytając miałam wrażenie, że autorka bardzo pragnie pokazać szerszy kontekst rodzinny, który był tak różny od siebie w poszczególnych fragmentach, że śmiało posłużyłby za kanwę do innych, ciekawszych, krótszych historii. 

Dla mnie najsłabsza chyba dotychczas przeczytana proza Daphne du Maurier. Na usprawiedliwienie z recenzenckiej odpowiedzialności muszę napisać, że to debiut literacki autorki. I zapewne w jej mniemaniu historia czterech pokoleń utkała w niewiele ponad czterysta stron powieści wydawała jej się całkiem dobrym pomysłem. 

Książka zdecydowanie dla fanów przydługich sag rodzinnych. 

Moja ocena: 6/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Generał i panna” Daphne du Maurier

Wydawnictwo: Albatros

GENERAŁ I PANNA

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery w tym wydaniu: 28.02.2024r. 
  • Rok pierwszego wydania polskiego: 01.01.1993r.
  • Rok premiery światowej: 1946r.

Jak ja uwielbiam prozę Daphne du Maurier szczególnie w wersji butikowej. Poprzednio dzieliłam się z Wami opinią na temat książki autorstwa tej autorki pt. „Ptaki i inne opowiadania”. Poprzednie jej dzieła również znajdziecie zrecenzowane na moim blogu. Zachęcam do lektury: „Rebeka”, „Moja kuzynka Rachela”, „Oberża na pustkowiu” oraz „Kozioł ofiarny”. „Generał i panna” od @WydawnictwoAlbatros to szósta publikacja du Maurier, którą przeczytałam. I już na wstępie przyznaję, że powieść czytało mi się bardzo, ale to bardzo przyjemnie. 

Akcja powieści dzieje się w Korn­wa­lii, w po­ło­wie XVII wieku. Naj­młod­sza córka kornwalijskie­go dzie­dzi­ca –  Honor Har­ris, wkracza w dorosłość w dniu swoich osiemnastych urodzin. Debiutując spotyka Richarda Gre­nvil­le, atrak­cyj­nego żoł­nierza, z którym łamie konwenanse w dniu pierwszego oficjalnego prezentującego ją wyjścia. Losy Honor i Ri­charda jednak się nie splatają. Kil­ka­na­ście lat póź­niej w wojennej zawierusze Ri­chard, teraz ge­ne­rał w służ­bie króla, powraca do życia Honor. Czy przyjdzie im dożyć wspólnie późnej starości?

Nie, nie. To nie jest romans o dwojgu ludziach, których los rozdzielił na wiele, wiele lat. To historia pisana z perspektywy panny (później pani) Honor Har­ris z Lan­rest, która jest jej narratorką. Dzięki ciekawym opisom, interesującym wydarzeniach i trochę zadziorności poznajemy historię kobiety, która miała wiele, jak na ówczesne czasy, do zaoferowania światu i wszystkim wokół. Zagorzała czytelniczka, cwana znawczyni obyczajów i relacji, do tego sprytna w osiąganiu własnych celów, chwilami krnąbrna, co pewnie było wynikiem jej wypadku i smutnych dla Honor konsekwencji. I tu należą się autorce słowa uznania, o niepełnosprawności Honor nie przeczytacie na każdej stronie. Daphne du Maurier nie epatuje jej ułomnością. Co jakiś czas tylko wspomina, nakreśla kontekst, który nam przypomina cechy zewnętrzne Panny Harris. 

Mar­twi mnie tylko, że nie mogę już tyle czy­tać. Kiedy mia­łam dwa­dzie­ścia pięć czy trzy­dzie­ści lat, książ­ki da­wa­ły mi wiele po­cie­chy. Ni­czym praw­dzi­wy aka­de­mik pra­co­wa­łam cięż­ko nad ła­ci­ną i greką; nauka sta­no­wi­ła część mojej eg­zy­sten­cji. Teraz oka­zu­je się, że nic mi to nie dało. Cy­nizm, jaki
prze­jawia­łam za młodu, z wie­kiem nie­bez­piecz­nie się po­głę­bia, tak a wtedy serce ści­ska mi się z żalu”. – „Generał i panna” Daphne du Maurier. 

Autorka romansuje z czytelnikiem, w wielu miejscach zwracając się narracją Honor wprost do nas, do swych odbiorców. 

„Wy­znam w imie­niu Ri­char­da wszyst­ko, co nigdy nie prze­szło mu przez usta. Opo­wiem, jak mimo licznych wad i prze­wi­nień spo­tkał na swo­jej dro­dze ko­bie­tę, która po­ko­cha­ła go z ca­łe­go serca, duszy i ciała. Ta ko­bie­ta to ja. Piszę więc w środ­ku nocy, przy świecz­ce, a zegar na wieży ko­ściel­nej w Ty­war­dre­ath wy­bi­ja go­dzi­nę za go­dzi­ną.” – „Generał i panna” Daphne du Maurier. 

„Czy­tel­nik pa­mię­ta za­pew­ne, że w dniu pierw­szej wi­zy­ty Ri­char­da Joan „wy­po­ży­czy­ła sobie” od rząd­cy klucz…” – „Generał i panna” Daphne du Maurier. 

Ten zabieg całkowicie nie nowatorski przenosił mnie wielokrotnie w inny wymiar narracji. W bardziej indywidualny, bardziej personalny i bardziej ukierunkowany w moją stronę. Dla tego gatunku ta narracja wydawała mi się idealna. Na miarę czasów, o których opowiada. 

Sam Ri­charda Gre­nvil­l powracający do życia Honor po piętnastu latach już jako tytułowy generał nie dał się lubić. Dla mnie był najbardziej ohydną postacią całej powieści. Obcesowy. Przekonany o swej wyjątkowości i nieomylności. Nieludzko traktujący własne potomstwo (kto o własnym synu mówi: „Zanieś to ścierwo do łóżka i zostaw” !!!???) i żonę, z którą świadomie wziął ślub, by poprawić sobie sytuację finansową. To tak naprawdę największy zarzut z mej strony do powieści, która po raz pierwszy ujrzała światło dzienne prawie osiemdziesiąt lat temu. Zachwyt nad Ri­chardem ze strony inteligentnej, oczytanej i mającej szerokie spojrzenie na otaczający świat Honor był tak niemożliwy, że wręcz nieprawdopodobny. W żaden sposób narratorka nie przekonała mnie, że uczucie pomiędzy tą dwójką bohaterów mogło istnieć w taki sposób. 

Duży plus powieści związany jest z językiem. Daphne du Maurier postarała się bardzo, by odzwierciedlić sposób narracji właściwy dla siedemnastego wieku. Spojrzenie na życie, na toczoną wojnę na strategie, na panujące wtedy opinie wydają mi się dobrze odrysowane. 

„ Cięż­kie czasy wy­ma­ga­ją sro­gich środ­ków. Kiedy nie­przy­ja­ciel czyha u gra­nic, nie można z czap­ką w ręce bła­gać o czy­jąś łaskę.” – „Generał i panna” Daphne du Maurier. 

Du Maurier mimo, że pisała już sto lat temu nie bała się swym kobiecym piórem zakwestionować zachowanie swej bohaterów słowami, opiniami i spostrzeżeniami ludzi z jej otoczenia. Wyraźnie dała znać, co myśleliby ówcześni o głównej bohaterce, jak byłaby postrzegana, na co musiałaby się narazić. 

„(…) Gdy­by­ście na­le­że­li do sie­bie zgod­nie z bo­skim pra­wem, mia­ła­byś prawo dzie­lić z nim nie­ła­skę. Ale włó­czyć się z obozu do obozu jak la­dacz­ni­ca… Po­wiem ci, co ga­da­ją w De­vo­nie: że za­słu­żył sobie na przy­do­mek Skel­lum, skoro zba­ła­mu­cił nawet ka­le­kę.” – „Generał i panna” Daphne du Maurier. 

I od razu wyjaśniam, Skel­lum to hak. 

Książka warta uwagi, o ile lubicie gotyckie publikacje z historią i działaniami wojennymi w tle. Dzieje rodu Harrisów, Gre­nvil­lów, Rashleighów, |Courtneyów i innych przeplatają się od początku do końca. Porażki zastępowane są sukcesami i odwrotnie. Jeśli ciekawi Was wierne odzwierciedlenie życia angielskiej Kornwalii w drugiej połowie siedemnastego wieku oraz klęska i następstwa wojny domowej to sięgnijcie po publikację „Generał i panna” od Daphne du Maurier, która zabierze Was w te dawno minione czasy i opowie – przepięknym, literackim stylem – jak to wtenczas bywało. 

ps. na Waszą uwagę zasługuje smaczek zawarty w Posłowiu. Ileż można się dowiedzieć o historii Anglii, Restauracji (cyt. za Wikipedia  Restauracja – przywrócenie obalonej dynastii lub dawnego ustroju w państwie. Pierwsze tak nazwane zdarzenie to powrót dynastii Stuartów na tron Anglii w 1660; określenie to jest używane także w odniesieniu do okresu panowania Karola II (1660–1685).”) z relacji Williama Rashleigha, który w 1824 roku rozpoczął renowację swej posiadłości w Menabilly, w której toczyła się częściowo historia opisana w powieści. 

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Do trzech razy śmierć” Jenny Blackhurst

DO TRZECH RAZY ŚMIERĆ

  • Autorka: JENNY BLACKHURST
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: NIEMOŻLIWE ZBRODNIE (tom 1)
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 25.02.2024r.
  • Data premiery światowej: 31.08.2023r.

Książki Jenny Blackhurst są mi znane. „Do trzech razy śmierć” od Wydawnictwo Albatros, która premierę miała 25 lutego br. to czwarta książka tej autorki, którą przeczytałam. Poprzednie to: „Ktoś tu kłamie”, „Córka mordercy” oraz „Morderstwo na szlaku”. Jedne z książek oceniłam wyżej inne słabiej. Nie ukrywam jednak, że Blackhurst nie należy do moich ulubionych autorek. Czegoś mi brakuje, jakiegoś takiego polotu, takiej werwy i tajmeniczości, z którą stykam się w przypadku innych autorów brytyjskich thrillerów. 

Dwie siostry. Pierwsza Tess jest policyjną detektyw. Druga Sarah zawodową oszustką. Ich losy stykają się na gruncie zawodowym. Łączy je zbrodnia, której rozwiązania szukają obie. Tess ze względów zawodowych. Sarah, by udowodnić, że akurat z tym przestępstwem nie miała nic wspólnego. 

Książka zapowiadana w opisie Wydawcy jako „klasyczna zagadka morderstwa – z nowoczesnym twistem.” trochę mnie zawiodła. Zabrakło w niej dreszczyku emocji, inteligentnych tropów. Sama kreacja postaci wypadła słabo, mimo, że pomysł na dwie siostry po przeciwległych stronach barykady wydał mi się trafiony. Pomysł na fabułę również pozostaje wiele do życzenia. Czytając miałam wrażenie, że autorka pogubiła się w opowieści, sama straciła wątek. Mało dynamiczna akcja dodatkowo utrudniała czytanie. Największą zaletą jest zastosowanie klasycznego triku dla zagadek kryminalnych, tj.  zagadka zamkniętego pomieszczenia. To zawsze się sprawdzi nawet w słabej fabule. 

Rodzinny kryminał w trzech odsłonach, zdecydowanie nie dla mnie. By się jednak przekonać, czy książkę ocenicie też tak surowo musicie sami przeczytać. Spróbujecie? 

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Dobra dziewczyna, zła dziewczyna” Michael Robotham

DOBRA DZIEWCZYNA, ZŁA DZIEWCZYNA

  • Autor: MICHAEL ROBOTHAM
  • Wydawnictwo: ZNAK 
  • Seria: ZNAK CRIME
  • Liczba stron: 496
  • Data premiery: 28.02.2024r. 
  • Data premiery światowej: 23.07.2019r. 

Powieść Michaela Robotham’a pt. „Dobra dziewczyna, zła dziewczyna” od wydawnictwa Znak Crime to pierwsza publikacja tego autora, którą przeczytałam. Jak wiecie jestem niekwestionowaną fanką thrillerów, kryminałów, nie tylko rodzimych autorów. Z ciekawością zabrałam się więc do czytania tej książki licząc na dobrą zabawę. 

Ona – Evie Cormac, odnaleziona dziewczyna, której tożsamość po szczęściu latach od znalezienia nadal pozostaje nieodkryta. On – Cyrus Haven, który dwadzieścia lat wcześniej był świadkiem morderstwa na swoich rodzicach przez własnego brata. Aktualnie pracuje jako policyjny psycholog, który spotyka na swojej drodze intrygującą Evie. Jaki będzie efekt tego spotkania? Czy Evie odkryje wreszcie swą własną tożsamość? 

Thriller pisany jest w narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia Cyrusa i Evie. To oni są narratorami. Części poświęcone Evie pisane są kursywą i zawsze oznaczone są podtytułem „Aniołek”.   Ten zabieg pozwala czytelnikowi zapoznać się z ich najskrytszymi obawami, uczuciami i myślami. W mojej opinii narracja pierwszoosobowa sprawdza się w thrillerach i cieszę się, że Michael Robotham skorzystał z tego zabiegu literackiego. Co do konstrukcji to wystarczy wspomnieć, że książka składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Styl pisania jest bardzo prosty, zwięzły, dzięki czemu książkę czyta się dość szybko. Łącznie rozdziałów jest aż siedemdziesiąt dwa. Niech jednak Was nie przerazi objętość. Jak wspomniałam powyżej styl pisania autora pozwala naprawdę na szybkie czytanie. Ja czytając nie nudziłam się wcale. 

To nie tylko dobry thriller kryminalny, to także dogłębna analiza psychologiczna dwóch wielowymiarowych postaci. I Evie, i Cyrus z punktu widzenia bohaterów fikcyjnych mają wszystkie cechy, dzięki którym można by ich nazwać interesującymi. Autor z ogromną skutecznością manipuluje suspensem. Po trochę odsłania następne warstwy sekretów i skrywanych motywacji poszczególnych bohaterów. Narracja prowadzona naprzemiennie z perspektywy Evie i Cyrusa, umożliwia czytelnikowi pełniejsze zrozumienie ich wewnętrznych sporów i rozdarć. Autor nie boi się poruszać trudnych tematów, takich jak przemoc, trauma czy samotność. Jego powieść jest poruszająca i autentyczna. Szczerze Wam polecam. 

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki podarowało mi Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Dzień zero” Ruth Ware

DZIEŃ ZERO

  • Autorka: RUTH WARE
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 390
  • Data premiery: 28.02.2024r. 
  • Data premiery światowej: 20.06.2023r. 

Powieść Ruth Ware pt. „Dzień zero” od Czwarta Strona Kryminału to piąta powieść tej autorki, którą bardzo cenię. Poprzednie recenzje jej książek znajdziecie na moim blogu: „Pod kluczem”, „Śmierć Pani Westaway”, „Jedno po drugim” oraz „Ta dziewczyna”. 

„Jack i jej mąż Gabe to najlepsi w branży testerzy systemów zabezpieczeń. Jedno z rutynowych zleceń wymyka się jednak spod kontroli zawodowców i gdy kobieta wraca do domu, znajduje w nim martwego męża. Policja ma jedną podejrzaną – Jack.” – z opisu Wydawcy. 

Fabuła oparta jest na ściganiu się z czasem. Na próbie udowodnienia, że Jack nie miała nic wspólnego ze śmiercią swego męża. Czy jej się uda? 

Książkę przeczytałam bardzo szybko. Bardzo mi się podobała. O dziwo, w przeciwieństwie do pozostałych znalazły się w niej liczne elementy sensacyjne. Tempo narracji jest szybsze niż w poprzednich książkach tej autorki. Na uwagę zasługuje nietypowa para bohaterów, która w moim przypadku wzmocniła pozytywny odbiór. Fabuła trzyma w napięciu i wciąga praktycznie do ostatniej strony. 

Bardzo sprawnie autorka poprowadziła fabułę, którą zawarła w rozdziałach zawierających w podtytułach oznaczenie czasu. Wszystko zaczyna się od momentu odnoszącego się do „Sobota, 4 lutego. MINUS OSIEM DNI”. I dzięki temu od samego początku zachodziłam w głowę, co będzie po tych ośmiu dniach? Co się stanie? Narracja pisana jest w formie pierwszej osoby z perspektywy Jack. Nie ukrywam, że imię w formie Jack w wielu miejscach mnie irytowało. W myślach bohaterkę i tak nazywałam Jackie. Mam nadzieję, że Ruth Ware nie miałaby mi tego za złe. 

Wracając jednak do publikacji to wiele się w powieści dzieje. Idealna książka dla fanów sensacji, szybkich akcji, bez zbędnych ozdobników i opisów przyrody na dwie strony. Tempo fabuły zaskakiwało mnie od samego końca. Jedyne, czego mi tutaj brakowało to finału takiego, który mnie oszołomi i zafascynuje. Takiego, który mnie ogromnie zaskoczy i sprawi, że zastygnę ze zdumienia. Mimo tego zdecydowanie polecam ten thriller, który został napisany z ogromną estymą i zaangażowaniem w emocje kobiecej postaci, która zrobiła wszystko, by prawda ujrzała światło dzienne.   

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Praca z cieniem. Dziennik motywacyjny, dzięki któremu poznasz, przekroczysz i zintegrujesz swoje cienie” Keila Shaheen

PRACA Z CIENIEM. DZIENNIK MOTYWACYJNY, DZIĘKI KTÓREMU POZNASZ, PRZEKROCZYSZ I ZINTEGRUJESZ SWOJE CIENIE

  • Autorka: KEILA SHAHEEN
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 224
  • Data premiery  31.01.2024r. 
  • Data premiery światowej: 2.11.2021r.

Praca z cieniem. Dziennik motywacyjny, dzięki któremu poznasz, przekroczysz i zintegrujesz swoje cienie” Keila’y Shaheen od Wydawnictwo Marginesy to kolejny poradnik, z którym się zapoznałam. Mimo, że polska premiera była ostatniego dnia stycznia br., dziennik ujrzał światło dzienne na początku listopada 2021 roku. To nie kolejny poradnik, który trudno się czyta. Już po przekartkowaniu kilku stron zauważyłam, że książka zawiera zbiór ćwiczeń praktycznych, które ja w tym gatunku cenię najbardziej. 

„Jesteście gotowi wstąpić na ścieżkę do samoświadomości, uzdrowienia i wewnętrznej przemiany?” – z opisu Wydawcy. 

Ja gotowa jestem zawsze, tylko czasem efekty tej mej gotowości mi nie odpowiadają. Też tak macie jak czytacie inspirującą książkę motywacją, refleksyjną? 

Książka rozdzielona jest na cztery części, tj. wstęp, ćwiczenia, wskazówki i rozdział o dojrzewaniu do źródeł swojego cienia. Tytułowy cień to nic innego, jak coś co za nami chodzi. Jak coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Często cień podąża za nami każdego i jak tylko zwrócimy się w jego stronę wyziera na nas ze ścian, mebli czy podłogi. Te cienie to sprawy, o których wolimy nie rozpamiętywać, uczucia, wydarzenia, do których nie chcemy się przyznać i o których chcemy zapomnieć. I właśnie ta publikacja udowadnia, że można. Można żyć bez cienia. 

Pierwsza myśl, która pojawiła się po przeczytaniu dziennika związana była z tym, że skupia się on na tym jak przeżycia z dzieciństwa i wyuczone wtedy schematy rzutują na nasze życie. Ten temat to dla mnie rzeka. Często rozmawiam o nim z moją przyjaciółką. Pokazujemy sobie wzajemnie czego świadomie i nieświadomie nauczyli nas rodzice. Co wpoiła nam grupa odniesienia, co utrudnia nam samoakceptację, nasze życie w dojrzałości emocjonalnej. Okazuje się bowiem, że nasz bagaż emocjonalny utkany z różnych wydarzeń, słów, doświadczeń z przeszłości pozostaje z nami na długo. I oby nie do końca życia – w niektórych przypadkach chciałoby się rzec. 

Zachęcam Was gorąco do zapoznania się z tą publikacją. Pokazuje w sposób przystępny jak sami możemy poprawić sobie jakość naszego życia. Jednocześnie zachęcam Was do czytania z odstępami. Do kolejnych części wracajcie po przerwie. Kontemplujcie. Praktykujcie ćwiczenia. Istotne jest by każdemu poświęcić czas oraz dać sobie miejsce na zastanowienie. Moje ulubione ćwiczenie to uzupełnij luki w zdaniu, w którym brakuje wyrazów. Możemy  uzupełnić je po swojemu. W wielu miejscach znajdziecie również pytania do przemyślenia, listy, uzupełnianie pól itd. W kolejnych rozdziałach czytelnik może uporać się z tytułowymi cieniami. Ja przykładowo bardzo długo zastanawiałam się nad „wewnętrzny nastolatek. Co chciałbyś, aby ktoś ci powiedział, gdy byłeś nastolatkiem?”. Wiele rzeczy przyszło mi do głowy, których nikt mi nie powiedział. Nawet najbliżsi. To ogromna wartość tej książki, która z jednej strony tłumaczy pewne nasze zachowania i braki tym, co wydarzyło się w przeszłości, a z drugiej uczy, czego mamy nie robić i jak z tym walczyć. 

Serdecznie Wam polecam ćwiczenia. Serdecznie Wam polecam ten dziennik. 

Moja ocena: 8/10

Z książką zapoznałam się dzięki Wydawnictwu Marginesy, za co serdecznie dziękuję.

„Happy umysł. Myśl sercem. 21-dniowy program MINDLESS. Przyciągnij to, co dla Ciebie najlepsze” Kasia Bem

HAPPY UMYSŁ. MYŚL SERCEM. 21-DNIOWY PROGRAM MINDLESS. PRZYCIĄGNIJ TO, CO DLA CIEBIE NAJLEPSZE

  • Autorka: KASIA BEM
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LUNA
  • Liczba stron: 224
  • Data premiery: 1.10.2023r. 

W styczniu br. otrzymałam od Wydawnictwo Luna książkę pt. „Happy umysł. Myśl sercem. 21-dniowy program MINDLESS. Przyciągnij to, co dla Ciebie najlepsze” od  KasiaBem.com. Mimo, że książka miała premierę już w zeszłym roku warto o niej wspomnieć na mym blogu czytelniczym. Jest to bez wątpienia pozycja, po którą warto sięgnąć w każdym momencie swego życia. To kolejna mądra edycja niezwykle wzmacniająca w drodze do samorozwoju.

Krótka książeczka zawierająca ćwiczenia przewidziane dla 21 następujących po sobie dni. Wnętrze okładki stanowią części, których myślą przewodnią są: Mniej w umyśle, Program mindless, Mindless. Program z ćwiczeniami. Każda część składa się z kilku rozdziałów. Dla mnie najbardziej inspirująca była ostatnia, trzecia część, w której znalazły się praktyczne ćwiczenia podzielone na: Ty­dzień I: Uspo­ko­je­nie umy­słu, Ty­dzień II: Oczysz­cze­nie ciała oraz Ty­dzień III: Od­blo­ko­wa­nie serca. Warto poćwiczyć, by  „(…) two­rzyć grunt pod świa­dome i szczę­śliwe ży­cie, zgodne z naj­głęb­szymi pra­gnie­niami Two­jego serca.”. Prawda, że piękne słowa Autorki? I to już w Zamiast wstępu. 

Zależało mi, by we wprowadzeniu do treści zwrócić Waszą uwagę na konstrukcję też książki. Ona jest nieprzypadkowa. Zmusza czytelnika to powolnej pracy nad treścią. Praktyczna część zawarta w ostatniej partii powoduje, że ćwiczenia wykonuje się w kolejno następujących po sobie dniach. Nie ukrywam, że mi nie udało się ćwiczyć przez trzy tygodnie ciągiem. Pomiędzy poszczególnymi dniami zdarzały mi się i kilkudniowe przerwy. Nie wpłynęło to jednak negatywnie na odbiór książki i na treści, które powolnie przyswajałam mając czas na zastanowienie na moje myśli, na przetrawienie tego, czego Kasia Bem stara się mnie nauczyć. Uważam, że książka jest świetna do pracy nad sobą, do samorozwoju. Przeczytanie od przysłowiowej deski do deski nic Wam nie da. Treści Wam się zleją w całość i nie osiągnięcie celu edukacyjnego, który naprawdę jest wart sam w sobie poświęcenia czasu na tę publikację. 

„W tym cza­sie by­łam już na­uczy­cielką jogi, dużo pra­co­wa­łam z cia­łem, in­ten­syw­nie me­dy­to­wa­łam, jeź­dzi­łam na od­osob­nie­nia” – „Happy umysł. Myśl sercem. 21-dniowy program MINDLESS. Przyciągnij to, co dla Ciebie najlepsze” Kasia Bem.

Tym się właśnie różnię od Autorki, że joginką nie jestem. Próbowałam jogi kilkukrotnie z lepszym lub gorszym skutkiem. Ćwiczenia zaproponowane w książce przychodziły mi niekiedy z trudem. Ale nie o to tu chodzi. Celem książki nie jest nakłonienie Was do wyjazdu do Indii, by w świątyni odosobnienia kontemplować swoje życie i odkrywać się na nowo. Tu chodzi bardziej o to, byśmy się generowanie zatrzymywali. Myśleli o sobie. Dbali o siebie. Rozmawiali ze swoim wewnętrznym Ja. W tej całej gonitwie codziennego dnia i robieniu wszystko na już, na teraz książka daje wytchnienie od codzienności, od trudności. Pokazała mi inny sposób bycia. Inny sposób życia. 

Sprawdźcie czy też jest dla Was. Polecam !!! 

Moja ocena:  7/10.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję @Wydawnictwo Luna.

„Twój styl przywiązania. Jak tworzyć głębokie relacje i celebrować intymność”  Diane Poole Heller

TWÓJ STYL PRZYWIĄZANIA. JAK TWORZYĆ GŁĘBOKIE RELACJE I CELEBROWAĆ INTYMNOŚĆ

  • Autorka: DIANE POOLE HELLER
  • Wydawnictwo: FEERIA
  • Liczba stron: 272
  • Data premiery: 27.03.2024r.
  • Data premiery światowej: 12.03.2019r.

Pod koniec marca br. miał premierę poradnik pt. „Twój styl przywiązania. Jak tworzyć głębokie relacje i celebrować intymność ” autorstwa Diane Poole Heller wydany nakładem Wydawnictwo Feeria. Jak przyznałam się w zapowiedzi, od dłuższego czasu interesują mnie tematy psychologiczne, relacje z innymi, samorozwój i własny dobrostan. Do przeczytania zachęcił mnie i tytuł, i opis, który gwarantował, że czas spędzony z tą książką będzie wartościowy.

„Wszyst­kim, któ­rzy mają odwagę zagłę­biać się w sie­bie, żyć auten­tycz­nie, współ­czuć innym w cier­pie­niu i dzie­lić się zdo­bytą mądro­ścią.” – dedykacja Autorki.

Bardzo spodobała mi się już na początku dedykacja od Diane Poole Heller. Szczególnie zwróciłam uwagę na sformułowanie „(…) któ­rzy mają odwagę zagłę­biać się w sie­bie”. Jak patrzę wstecz to widzę, że mi tej odwagi w przeszłości brakowało. Bardzo brakowało. Dopiero jak zaczęłam zaglądać w siebie, dostrzegać czego mi brakuje, na co się godzę, a co mi szkodzi zaczęłam walczyć o mój wewnętrzny, osobisty dobrostan. Jeśli ktokolwiek z Was po przeczytaniu tych paru słów ma też taką autorefleksję to bez wątpienia książka jest dla Was. 

„Nasz wewnętrzny boha­ter musi sta­wić czoła uze­wnętrz­nio­nemu zagro­że­niu lub dyle­ma­towi – potęż­nemu prze­ciw­ni­kowi. Prze­ciw­nik ten to w naszym życiu sym­bo­liczna prze­szkoda sto­jąca nam na
dro­dze ku wewnętrz­nemu ładowi, poko­jowi, miło­ści, pomyśl­no­ści, związ­kowi i wyż­szemu dobru. Jego siła i moc wydają się przy­tła­cza­jące. Pra­gnie on znisz­czyć boha­tera, a także karać go i sze­rzyć mrok.” – Przedmowa. 

Z wprowadzenia pióra samej Autorki wynika, że książka udziela odpowiedzi na następujące pytania:
» Jak uzdro­wić zerwane więzi z samym sobą i innymi oraz jak odzy­skać poczu­cie pełni?
» Jak zin­te­gro­wać róż­no­rodne doświad­cze­nia i wszyst­kie te czę­ści sie­bie, które wydają się roz­bite?
» Jak odzy­skać spraw­czość i rezy­lien­cję po doświad­cze­niu ogrom­nej straty, lęku i bez­sil­no­ści?
» Kiedy trauma pozbawi nas fizycz­nego kon­taktu z naszym „ja” poprzez dyso­cja­cję bądź zatar­cie gra­nic, jak ponow­nie wejść w swoje ciało i nawią­zać z nim bez­pieczny kon­takt?
» Jak odzy­skać przy­ro­dzone nam prawo do poczu­cia sta­bil­no­ści i har­mo­nii, do więzi i współ­czu­cia, do pozna­nia i roz­wi­ja­nia wszyst­kich aspek­tów czło­wie­czeń­stwa i naszej ducho­wej natury?

Tak naprawdę to nie jest zbiór z złotych zasad, samospełniających się przepowiedni, które zadzieją się w Waszym życiu po przeczytaniu. Nie jest. To książka wymagająca dogłębnego studiowania pisana z relacji pierwszoosobowej autorki do czytelnika. W wielu miejscach Diane Poole Heller zwracała się do mnie słowami: „Jak się prze­ko­nasz”, „Bądź otwarty na..”, „Niniej­sza książka ma ci pomóc… Te bezpośrednie zwroty powodowały, że czułam się jakbym była na sesji terapeutycznej na której prowadzący stara się bardzo przekazać mi kluczowe informacje i ukierunkować moje myśli oraz działania we właściwym kierunku, by żyło mi się lepiej, smartniej i przyjemniej. To pomaga w odbiorze książek z tego gatunku. 

Książka tak naprawdę jest wielowarstwowa. W wielu miejscach autorka odnosi się do własnych doświadczeń, własnego życia. W innych proponuje konkretne ćwiczenia, jak np. „ĆWICZENIE: Kto pomaga ci czuć się bez­piecz­nie i swo­bod­nie?” czy „ĆWI­CZE­NIE:  Wspomnie­nie zbież­no­ści”. Nie jest też wolna od teorii. Dzięki niej dowiedziałam się między innymi, że istnieją różne style przywiązania od Bez­pieczny styl przy­wią­za­nia, po Uni­ka­jący styl przy­wią­za­nia, przez Ambi­wa­lentny styl przy­wią­za­nia aż po Zdez­or­ga­ni­zo­wany styl przywiązania. Niezwykle interesujące było dla mnie zdiagnozowanie, jaki styl jest mi właściwy. 

Wielokrotnie już pisałam, że mam problem z poradnikami, które reklamowane są przez wydawcę lub samego autora jako książki po przeczytaniu których zmienimy od razu nasz styl zachowania, postępowania. Tak się nie stanie. Ani po przeczytaniu poradnika „Twój styl przywiązania. Jak tworzyć głębokie relacje i celebrować intymność”, ani żadnego innego. 

Chociażbyśmy nie wiadomo, ile poradników przeczytali najważniejsza jest praca nad sobą. Przy silniejszych dysfunkcjach przeszkadzających nam żyć i tworzyć relacje konieczna jest terapia. 

Poradnik ten stanowi jednak ważny krok w moim samorozwoju. To zbiór istotnych informacji pozwalających na ocenę tworzonych przeze mnie relacji, na dostrzeganie ich ułomności. Dzięki samoocenie, którą książka we mnie wyzwoliła widzę wiele zachowań, które powinnam wyeliminować w mym życiu, by relacje były wartościowe i obu stronom przynosiły wymierne korzyści. Tak szerokiego spojrzenia na siebie i innych wokół nas nie odnajdziemy w social mediach. Tak wartościowe treści odnajdziemy właśnie w poradnikach, takich jak „Twój styl przywiązania. Jak tworzyć głębokie relacje i celebrować intymność ” autorstwa Diane Poole Heller.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU FEERIA.