Po lekturze „Wyboru Charlotty” wiedziałam już, że pisana w tym samym stylu najnowsza powieść Agnieszki Olejnik „Sekret Marianny” będzie mi się podobała. Czy się zawiodłam? Obie powieści klimatem nawiązują do XIX-wiecznych brytyjskich powieści w stylu Jane Austen, wzbogacone szczyptą erotyzmu.
Marianna Johnson jest urodziwa, inteligentna i bystra. Wydawać by się mogło, że znalezienie męża nie będzie dla niej problemem. Niestety problemem jest brak posagu, dlatego nie może przebierać w kandydatach. Wydaje jej się, że James Hint, emerytowany wojskowy, będzie bezpiecznym wyborem. Nie mogła chyba bardziej się mylić… Po paśmie rozczarowań i trudnych przeżyć, z których składało się jej małżeństwo kobieta szybko zostaje wdową, niestety bez pieniędzy i dachu na głową. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi jej Swen, znajomy prawnik. Proponuje Mariannie układ finansowy, z którego oboje odniosą korzyści. Czy ich umowa się sprawdzi? Jak ułoży się życie Marianny?
Książkę czyta się bardzo lekko, szybko i przyjemnie. Pisana w narracji trzecioosobowej, wierni oddaje klimat XIX-wiecznej Anglii. Przedstawia jej przyrodę, krajobrazy, roślinność i zwyczaje. Każda z postaci jest ciekawie zarysowana, charakterystyczna. Polubiłam Mariannę, choć momentami była ona jak dla mnie trochę niekonsekwentna. Również Swen był ciekawym bohaterem, podobało mi się, że autorka postanowiła nam przybliżyć jego osobę, opowiadając jego historię i dając nam okazję do przyjrzenia się jego rodzinie. W powieści pojawiają się również bohaterowie poprzedniego tomu, co sprawiło mi niebywała przyjemność. Generalnie jest to świetna pozycja nawiązująca do klasyki, ubogacona o wątek rodzącego się powoli w kobietach feminizmu oraz odkrywaniem własnych emocji i seksualności. Bohaterki tej powieści są jednocześnie trochę naiwne, zdane na łaskę mężczyzn, co było standardem w tamtych czasach, ale jednocześnie potrafią też myśleć, chcą się rozwijać i potrafią wziąć swój los we własne ręce, podejmując samodzielne decyzje, często nie łatwe. To połączenia ma swój urok, książka bardzo mi się podobała i z wielką przyjemnością sięgnę po kolejny tom.
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.
Książki Moniki Michalik kojarzą mi się z lekkimi, przyjemnymi, wakacyjnymi opowieściami, chociaż autorka nie unika poruszania w nich tematów trudnych. Laureatka konkursu „Jak zostać ulubioną pisarką Polek?” w maju wydała swoją trzecią powieść. Po debiutanckiej „Bądź moim marzeniem” i „Zaczekaj na mnie” przyszła kolej na „Nie zapomnę o Tobie”.
Emilia nie wierzy w miłości, po tym jak jej ojciec je porzucił mama wychowuje ją sama. Na każdym kroku powtarzając córce, że ma być niezależna i podążać za marzeniami. Dlatego gdy dziewczynie trafią się możliwość pracy w magicznym greckim miasteczku nie waha się ani chwilę. Już w samolocie jednak sprawy trochę się komplikują, spotyka Mateusza, który udaje się w to samo miejsce do tej samej pracy. Spełnienie marzeń dziewczyny więc trochę się oddala, ale wbrew przeciwnościom losu zostaje i postanawia zawalczyć o swoje szczęście. Nieoczekiwanie zbliża się z początkowo nielubianym Mateuszem, poznaje też tajemniczego Nikiasa. Czy któryś z nich zawładnie jej sercem? Jak zakończy się przygoda Emilii w Grecji? W tym czasie w Polsce jej mama Danka spotyka się z miłością swojego życia i wbrew rozsądkowi postanawia dać mu drugą szansę? Czy wejście po raz drugi do tej samej rzeki może skończyć się inaczej? Czy los szykuje dla matki i córki miłą niespodziankę?
Powieść czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Malowniczy klimat, urokliwego greckiego miasteczka, wakacyjny klimat, luzu, swobody, emocji… sprawił, że sama zapragnęłam znaleźć się w miejscu akcji i trochę się rozmarzyłam. Autorka bowiem wspaniale oddała urok greckiego miasteczka, greckiego jedzenia, kultury, muzyki, ludzi… Wakacyjna, swobodna aura wręcz bucha z kart tej książki i sprawia, że lekturze przez większość czasu towarzyszy uśmiech, luz i pozytywne nastawienie do życia. Chociaż Emilia na początku trochę mnie drażniła, może powiedzieć, że przeszła przyspieszony kurs dorastania. Mamy okazję obserwować jak się zmienia ,dopełnia, podejmuje własne decyzje. Ciekawym zabiegiem było też wplecenie wątki miłosnego jej mamy. Bardzo podobała mi się ich historia. Tak dobrze się czułam przy czytaniu tej książki, że bez wahania sięgnę po jej kontynuację „Odnajdę Cię”, która zgodnie z zapowiedzią z ostatnich stron książki już wkrótce.
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CHILLI BOOKS.
Dokładnie za tydzień, tj. 11 sierpnia br. @Chilli Books (imprint @wydawnictwoznakpl) zaplanowało premierę najnowszej książki @AuthorMeganMiranda. „Dziewczynka z Widow Hills” uważana jest za najlepszą książkę tej Autorki. Wiem, że do premiery zostało mi jeszcze sporo czasu, ale musiałam szybko dowiedzieć się, czy mój odbiór będzie inny od czerwcowej premiery Autorki „Pamiętaj o mnie”. Nie ukrywam, poprzednia książka nie całkiem trafiła w mój gust. Czy i tym razem opinia będzie analogiczna?
„(…) każdego z nas od równi pochyłej dzieli jeden niewielki krok. Coś, co wkrada się do świadomości i za nic nie chce jej opuścić. Na początku to jakaś drobnostka, której nie można zignorować ani odpędzić. A potem jest już wszędzie i nie da się myśleć o niczym innym. Ta jedna drobnostka – albo jej nieobecność – potrafi powoli doprowadzić do utraty zmysłów” – „Dziewczynka z Widow Hills” Megan Miranda.
A wszystko zaczęło się 20 lat temu. Sześcioletnia dziewczynka – Arden Maynor zniknęła na wiele dni. Szeroko zakrojona akcja poszukiwawcza pozwoliła ją odnaleźć daleko od domu, a jej odnalezienie stało się ogromną sensacją. Wraz z uczuciem ulgi Arden stała się znana na skalę całego kraju. Jej matka wykorzystała popularność i zapewniła jej stabilność finansową. Niestety, by osiągnąć stabilność emocjonalną i psychiczną Arden zmieniła imię i nazwisko, wyjechała z miasta i spróbowała zacząć swoje życie od początku. Niestety, przeszłość odnalazła ją szybciej, niż mogła się tego spodziewać. Wszystko zaczęło się od problemów z lunatykowaniem. Następnie Arden, aktualnie Olivia znalazła na granicy swej posesji zamordowanego mężczyzny. Do tego wszystkiego ktoś zaczął ją obserwować, ktoś zaczął za nią chodzić. Czego chce i kim jest tajemniczy mężczyzna, który o nią rozpytuje? Tego Olivia musi się dowiedzieć.
Powieść zdecydowanie bardziej mi się podoba od poprzedniej „Pamiętaj o mnie”. Obraz Olivii jest spójny od samego początku do końca. Autorka umiejętnie odzwierciedliła rzeczywistość po odnalezieniu, życie w świetle fleszów, działania matki, by z traumy dziecka wyciągnąć jak najwięcej korzyści finansowych. W mojej opinii rys psychologiczny nie został jednak dopracowany do końca. W wielu miejscach Megan Miranda odnosi się do odniesionych ran, do objawów stresu pourazowego, do problemów ze snem, które powróciły, nie tłumaczy jednak, nie doprecyzowuje, nie nazywa uczuć w sposób wystarczający. A przecież odnaleziona po kilku dniach dziewczynka jest idealnym materiałem, by opisać traumę i wszystkie emocje, które są z nią związane. Opisać je dogłębnie, do końca, bardzo wymownie i bardzo obrazowo.
Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Obserwujemy wydarzenia oczami Olivii. Bardzo podoba mi się język i sam sposób prowadzenia narracji. Idealnie forma i styl wkomponowała się w fabułę i treść książki. Wybór narracji okazał się strzałem w dziesiątkę, mamy bowiem możliwość zagłębienia się w osobę głównej bohaterki i patrzeć na świat jej oczami. Rozdziały są ponumerowane i podtytułowane czasem i godziną. Na początku nie rozumiałam tego zabiegu. Po co mi informacja, że akcja dzieje się np. „o 3 nad ranem”? Zabieg ten okazał się jednak niezwykle trafny. Przecież lunatycy zachowują się czasem jakby wszystko wykonywali świadomie. Ubierają się, jadą samochodem do pracy itd. Czasoprzestrzeń od razu ukierunkowuje czytelnika na właściwe tory, spina go, umożliwia wyłapywanie istotnych informacji. Nie obyło się jednak bez błędów. Takich drobnych, jak np. „kanu” zamiast „kranu”. Nic znaczącego ale czuję się zobowiązana o nich wspomnieć. Tym sposobem w reedycji błędów już nie będzie. Trafnym urozmaiceniem okazały się również gdzieniegdzie pojawiające się wtrącenia z wycinków gazet, książek, kopii korespondencji, zapis wywiadu na żywo, raportów policyjnych dotyczące zaginięcia i odnalezienia Arden. Ten element wprowadza duże zaskoczenie i powoduje, że czyta się jeszcze szybciej. A czyta się naprawdę ekspresowo.
I jeszcze coś o bohaterach pobocznych. Nie chcę zanudzać, ale postaci sąsiada Ricka, przyjaciółki Elyse oraz Bennetta wprowadziły wiele zamieszania. Tak się skupiłam na poszukiwaniu wszelkich symptomów, że praktycznie każdego z nich przez jakiś czas podejrzewałam. No cóż, nie każdy jest Sherlockiem Holmesem.
Przygodę z książką zaliczam do udanych. Dla mnie jest to raczej lekki thriller psychologiczny, który czyta się jednym tchem zastanawiając się nad losem Liv. Nad tym, kto, dlaczego, kogo i jak zabił? Kto, dlaczego, jak, kogo śledzi? Kto jest sprawcą a kto ofiarą? A jak to pytanie się pojawia, to wiadomo przecież, że nic nie jest oczywiste. A nieoczywiste rozwiązania są wszak najlepsze w książkach tego gatunku.
Lubicie zagadki? Jeśli tak, to przeczytajcie „Dziewczynkę z Widow Hills”.
Moja ocena: 7/10.
Za możliwość przeczytania książki przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Chilli Books.
Z okazji wydania drugiego tomu cyklu, który premierę miał 28 lipca br. otrzymałam niespodziankę od @WydawnictwoAlbatros w postaci pierwszej książki serii pt. „Wyspa”. Książka polską premierę miała w 2007 roku, więc jest już znana szerszemu gronu czytelników. Ja do niej sięgnęłam dopiero teraz, przed rozpoczęciem czytania kolejnej lipcowej premiery od @WydawnictwoAlbatros, tj. książki „Pewnej sierpniowej nocy”. Victoria Hislop w „Wyspie” – współczesna brytyjska pisarka – nakreśliła niebanalną historię z tragedią rodzinną w tle. Tragedią, która działa się w najpiękniejszych zakątkach Krety, z najbardziej wspaniałymi zapachami i smakami kreteńskimi odzwierciadlającymi codzienne, zwykłe życie. Czy zachwyciła mnie ta pozycja, jak obiecywał Wydawca, tak jak sagi rodzinne i twórczość Lucindy Riley?
Kalispera, Kalimera!
Mimo, że historia rozpoczyna się we współczesności, gdy Alexis – córka Kretenki i Anglika – postanawia odwiedzić rodzinną wyspę matki, Kretę, jest to historia w większości osadzona od 1939 roku do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Historia rodziny zamieszkującej małą wioskę Plakę, która była jednym z najważniejszych traktów komunikacyjnych ze Spinalongą, wyspą trędowatych, która funkcjonowała do schyłku lat pięćdziesiątych. Główny nurt powieści toczy się wokół historii prababki – Eleni dotkniętej przez trąd, siostry jej babci – Marii oraz wszystkich tych, którzy zachorowali i przez obowiązujące wtenczas prawo znaleźli się na wyspie. Na wyspie, która aktualnie jest jednym z najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Krety. Na wyspie, na której niejednokrotne życie się skończyło i niejednokrotne tak naprawdę rozpoczęło na nowo.
Cóż. Przyznaję, faktycznie książkę mogę porównać do pióra Lucindy Riley, której jestem wielką fanką, lecz wyłącznie do jej początkowych dzieł, które oceniłam jak dotychczas najniżej. Trochę stylem przypomina mi „Dziewczynę z Neapolu”. Brakuje w treści rysów psychologicznych postaci, skonstruowanych w oparciu o trudne losy, wydarzenia bohaterów. Nie mogłam znieść chwilami lakonicznych sformułowań, zbędnego doprecyzowywania i dopowiadania w treści, słabego odniesienia do emocji. W niektórych miejscach powieść dla mnie była zbyt infantylna. Mimo, że niosła ze sobą przekonanie o dużej wartości, forma i styl nie sprostały moim oczekiwaniom. Bohaterowie wydają mi się zbyt płascy. Kompletnie nie zrozumiałam motywu z pięcioletnim związkiem Alexis z Edem, którego sama na początku tej trudnej dla niej odkrywczej drogi odrzuciła. Niezrozumiałe dla mnie były motywy, samej Sofii, matka Alexis zachowała całkowicie obojętny stosunek do pomysłu córki, by poszukiwać jej historii u kreteńskiego źródła. Autorka jakby w niewystarczający sposób pochyliła się nad tymi wątkami.
Czy dostrzegam jakieś plusy? Oczywiście, że tak! Książka przecudnie obrazuje rzeczywistość Krety. Kto był, ten bez problemu odnajdzie się w drodze na Spinalongę, na ulicach Heraklionu (lub Iraklionu jak jest w „Wyspie”), w drodze na płaskowyż Lasithi, w Agios Nikolaos czy najdroższej wyspie Santorini. Kto był, ten bez problemu odnajdzie w książce kreteńskie, tradycyjne smaki, przepyszną musakę lub odwieczne souvlaki. Autorka skupiła się w fabule na niszczycielskim wpływie choroby na rodziny, które zostają rozdzielone, na raz zerwane i nigdy nie odbudowane więzi, między rodzicami i dziećmi, między małżonkami, między rodzeństwem. Na tym jak tragedia rozstania odciska piętno na ludziach, którzy jej doświadczają. Szczególnie zobrazowała to na przykładzie dwóch sióstr Anny i Marii, które w całkowicie różny sposób radziły sobie z tą traumą. Hislop brawurowo odzwierciedliła nastroje, które panowały wśród mieszkańców Krety w związku z funkcjonowaniem Spinalongi. Jak w Place nie tolerowano chorych, bano się ich, jak stygmatyzowano wszystkich, którzy pracowali przewożąc na wyspę potrzebne jedzenie, lekarzy, leki itd. Jak stygmatyzowano rodziny chorych. Przejmująco opisała tragedię dzieci, które ze względu na chorobę były odrywane od swych rodzin i przewożone na Spinalongę, gdzie dożywały dorosłości, często kończąc na niej swe życie. Podobał mi się pomysł pokazania dwóch równoległych światów, świata zdrowych w Place i świata chorych na Spinalondze. Dwóch światów tak odrębnych, tak różnych, a jednak funkcjonujących obok siebie i wzajemnie się przenikających. To jest największa wartość tej książki.
Książka mnie nie zachwyciła, mimo interesującego tematu. Liczne tematy zostały podjęte i rozwinięte, by w chwili gdy zaczynały mnie interesować zostać porzucone. Jest to jednak pozycja dla fanów książek obyczajowych z przepiękną scenerią, w której odnajdzie się prawie każdy czytelnik.
Najpierw trochę czekałam aż książka do mnie dotrze, potem jakiś czas zabierałam się do lektury, a potem nie umiałam się zmotywować do napisania recenzji. Ale już się ogarniam i zapraszam Was do przeczytania mocno zaległej, ale mam nadzieję przez to, nie mniej interesującej recenzji „Zakazanej namiętności”.
A.T. Michalak to pisząca pod panieńskim nazwiskiem elblążanka, żona, matka, marzycielka. Debiutowała powieścią „W jej oczach”. Jakie są jej powieści? Musiałam przekonać się sama.
Dwóch braci i jedna kobieta. Valentina od dziecka kochała ich obu, sąsiadów z domu obok, bliźniaków. Jeden mroczny i nieprzystępny, odpychał ją i przyciągał, drugi śpieszył z pomocą, kiedy jej potrzebowała. Czy można kochać dwóch mężczyzn jednocześnie? Co wyniknie z tego trójkąta?
Na początek muszę powiedzieć, że chyba już trochę wyrosłam z takich klimatów. I choć nadal lubię gatunek new adult, ta powieść nie do końca do mnie trafiła. Młodzi bohaterowie, trójkąt uczuciowy, przyciąganie i odpychanie, tajemnice, mrok, dylematy… Przy tym wszystkim duszna atmosfera, pożądanie i chemia. Pewne sceny trochę mnie drażniły, ale generalnie książkę czyta się szybko i przyjemnie. Lekki, płynny styl, sprawia, że czyta się ją bardzo błyskawicznie. Bohaterowie trochę mnie drażnili i byli dla mnie nie do końca przekonywający, zwłaszcza główna bohaterka, była mocno niedojrzała, momentami rozchwiana, sama zdawała się nie wiedzieć czego chce. Narracja jest pierwszoosobowa, naprzemiennie z punktu widzenia trzech bohaterów, co jest sporym plusem, gdyż możemy poznać punkt widzenia każdego z nich. Powieść mimo że lekka dotyka też ważnych tematów, np. takich jak przemoc fizyczna i psychiczna, czy wpływ trudnych wydarzeń z przeszłości na dalsze życie. Pewne wątki moim zdaniem można było rozbudować, ale może to jeszcze nastąpi, gdyż jest to pierwszy tom serii „Zakazane uczucia”. Jest to doskonała pozycja na jeden wieczór, dla relaksu i oderwania się do rzeczywistości.
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAS POS.
Seria „Arrowood Brothers” składa się z 4 tomów, każdy z nich opowiada o jednym z braci. Dwa pierwsze już dla Was zrecenzowałam, trzeci miał premierę w maju, a ostatni 23 czerwca. Oba tomy przeczytałam zaraz w okolicy premiery, natomiast niestety z pisaniem recenzji znowu coś poszło nie tak i narobiłam sobie sporych zaległości. Spieszę więc szybko z ich nadrobieniem i zapraszam Was do przeczytania recenzji 3 tomu serii pt. „On jest dla mnie”.
Sean Arrowood jest zawodowym graczem w baseball, przyzwyczajony do życia w rozjazdach, do sławy i zamieszania po śmierci znienawidzonego ojca zmuszony zostaje do spędzenia połowy roku na rodzinnej farmie. Tam jest Denvey Maxwell, dziewczyna, z którą przyjaźni się od szóstego roku życia, jedna z najbliższych mu osób. Mimo, że w ciągu ostatnich lat ich drogi trochę się rozeszły, nadal pozostają przyjaciółmi. Sean sam przed sobą nie potrafi się przyznać, że przyjaźń to nie wszystko co czuje do tej kobiety. Kiedy jednak wraca i dowiaduje się, że jego przyjaciółka ma wyjść za mąż, próbuje skonfrontować się z własnymi uczuciami i zrobić coś, żeby zapobiec stracie Denvey. Ma pół roku, żeby przekonać kobietę, że z nikim nie będzie tak szczęśliwa jak z nim. Kiedy wszystko zdaje się być na dobrej drodze wydarza się tragedia, która stawia pod znakiem zapytania ich wspólną przyszłość.
Powieść czyta się szybko i bardzo przyjemnie, podobnie jak w poprzednich tomach, tak i tu autorka ujęła mnie lekkim, swobodnym stylem, błyskotliwymi, zabawnymi dialogami, pełnokrwistymi bohaterami z historią. Została poruszona kwestia przyjaźni damsko-męskiej, tego czy jest ona możliwa i czy strach przez zepsuciem przyjacielskiej relacji może sprawić, że zrezygnuje się z miłości. Bardzo polubiłam głównych bohaterów. Denvey jest sympatyczną, energiczną dziewczyną, która sporo przeszła i ma swoje tajemnice, co blokuje ją w pewnych sytuacjach. Sean również wzbudził moją sympatię. Mimo, że jest znanym sportowcem, przez co nie może narzekać na brak zainteresowania kobiet i pieniędzy, w głębi duszy pozostał chłopakiem z sąsiedztwa, szczerym, pomocnym i uczuciowym. Nie brakuje również w tej historii dawki dramatyzmu ani trudnych kwestii. Ogólnie przeważa jednak wrażenie lekkości, radości i optymizmu, co powoduje, że gorąco polecam Wam całą serię. Oczekujecie niebawem recenzji czwartego, ostatniego tomu, do którego zostajemy już wprowadzeni w końcówce „On jest dla mnie”.
Moja ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU MUZA.
Kilka dni temu premierę miała najnowsza powieść Ilony Gołębiewskiej od Wydawnictwa Muza. Niejednokrotnie już pisałam, że książki autorki bardzo lubię i biorę w ciemno. Tak było i tym razem, gdy dowiedziałam się o premierze „Dotyku” nie musiałam się zastanawiać oni przed chwilę, czy powinnam zdecydować się na lekturę. Tym bardziej, że po lekturze „Pragnień” i „Zmysłów” wiedziałam dokładnie czego się spodziewać, gdyż nie tylko stylistyką okładki (które są zachwycające) książki są do siebie podobne. Od poprzednich książek autorki wyróżnia je to, że bohaterowie są stosunkowo młodzi, dopiero szukają swojego miejsca w życiu, a styl jest pełen emocji, zdecydowanie sensualny.
Maja jest młodą kobietą, piękną, szaloną spontaniczną. Razem z przyjaciółmi rozkręca swoją firmę , układając swoje życie po burzliwej przeszłości. Michał jest 10 lat starszy, pozornie niewiele ich łączy. Mężczyzna jest poukładany, rozsądny, prowadzi własną firmę remontową. Jednak od samego początku coś ich do siebie przyciąga. Poznali się w dosyć trudnym momencie swojego życia, oboje stoją w pewnym sensie na rozdrożu, oboje mają swoje tajemnice. Nie są jednak w stanie zbyt długo opierać się łączącej ich znajomości. Umawiają się więc na niezobowiązującą relacje, w której oboje szukają bliskości, czułości i namiętności. Czy mino tajemnic i kłopotów zdecydują się zaryzykować i stać się dla siebie kimś więcej?
Powieść czytało mi się bardzo dobrze. Pisana lekko i przyjemnie sprawia, że trudno się od niej oderwać . Ujęła mnie swoim niepowtarzalny klimatem, młodzieńczą energią, brawurą, optymizmem, podejście, które szarzy radość życia. Podczas lektury tej książki nie sposób się dołować, mimo że nie brakuje w niej trudnych tematów. Również głowni bohaterowie, nie tylko Ci pierwszoplanowi zyskali mają sympatię. Najbardziej chyba polubiłam Michała, jest zdecydowany, konkretny, szczery i odważny. Majka momentami mnie irytowała, zachowywała się często niedojrzale i naiwnie. Nie rozumiałam też tych wszystkich tajemnic między nimi…
Opowiedziana przez autorkę historia, mimo że składa się ze znanych czytelnikowi elementów jest bardzo ciekawa i porywająca. Jest w niej wszystko, co powinna zawierać dobra lektura, emocje, wrażenia, błyskotliwe dialogi, charakterni bohaterowie, wątek sensacyjny. Zachęcam Was gorąco do lektury tej powieści, na wakacje jest wprost idealna.
ŻYJ BEZ TOKSYN. JAK POZBYĆ SIĘ SZKODLIWYCH SUBSTANCJI ZE SWOJEJ CODZIENNOŚCI.
Autor:ALEKSANDRA OLSSON, ALEKSANDRA RUTKOWSKA
Wydawnictwo:CHILLI BOOKS
Liczba stron:368
Data premiery:14.04.2021r.
@Chilli Books (@wydawnictwoznakpl) ma się czym pochwalić. Mimo, że ma na koncie jeszcze niewiele publikacji, wydane książki cechuje duża różnorodność. Sama przeczytałam i zrecenzowałam „Pamiętaj o mnie” Megan Mirandy (jej najnowsza „Dziewczynka z Widow Hills”, która premierę będzie miała 11 sierpnia br. już w moich rękach!!!), „Najlepsze przed nami” Zuzy Kordel, „Parafil” Bartka Rojnego czy „Bądź moim marzeniem” Moniki Michalak. Z innymi wydaniami zapoznacie się tutaj: Wydawnictwo Chilli Books. Mamy więc i lekki thriller psychologiczny, i mocny kryminał, i ciekawe książki obyczajowe. Do przeczytanych publikacji z tego Wydawnictwa dorzuciłam jeszcze „Żyj bez toksyn. Jak pozbyć się szkodliwych substancji ze swojej codzienności” pióra Aleksandry Olsson i Aleksandry Rutkowskiej, która premierę miała 14 kwietnia. Wiem, wiem spóźniłam się nieco, używając eufemizmu , z publikacją recenzji. Przyznaję, że eko tematy nie są moją mocną stroną. Książkę musiałam więc „przetrawić”, a ukazany w niej punkt widzenia odnieść do swojego życia.
Trochę BIO, trochę EKO
Lub raczej bardziej BIO i bardziej EKO. Wstyd się przyznać, ale ani BIO, ani EKO nie jestem. Z zapałem więc zaczęłam śledzić kolejne strony książki zaczytując się w porady jak ograniczać w naszym życiu, w naszym otoczeniu trujące substancje chemiczne, w jaki sposób wybierać i selekcjonować żywność przyjazną zdrowiu oraz w jaki sposób „zabierać głowę na zakupy”, by ograniczać negatywny wpływ na nasze środowisko. Autorki dają czytelnikowi gotowe rozwiązanie na problem przechowywania żywności w sposób bardziej ekologiczny (folia aluminiowa powinna być już przeszłością!) oraz w jaki sposób uczyć ekologicznych zachowań dzieci od samego początku. Z lektury dowiemy się na co powinniśmy zwracać uwagę w używanych kosmetykach, by korzystać z dobrodziejstw natury na co dzień, a także jak zminimalizować nasz wpływ w ślad węglowy powstały po nieekologicznych wyborach.
Gdybym miała określić publikację jednym słowem, no może dwoma, to napisałabym, że to skarbnica wiedzy. Skarbnica przygotowana przez dwie wykształcone w tym kierunku kobiety. Jedna jest doktorem nauki o zdrowiu i dietetykiem klinicznym, więc wie wszystko o negatywnym wpływie na nasze życie i zdrowie produktów wytwarzanych przy użyciu chemikaliów. Druga jest doktorem nauk medycznych i biotechnologiem, rozumie więc zależności występujące pomiędzy naszym samopoczuciem, a tym co jemy, co pijemy, co kupujemy, co nosimy i czym się smarujemy lub w czym się myjemy. Czytając długo czułam się jak kompletny agnostyk, jak całkowity ignorant. Możliwe, że dlatego tak trudno było mi napisać tą recenzję i się do tego przyznać. „Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło” jak mówi przysłowie. Potwierdzam. Od przeczytania książki minęło już trochę czasu. Do momentu napisania recenzji zaczęłam pomału wdrażać, bardziej lub mniej świadomie, rady w niej zawarte. Nie jest to takie trudne jak się na początku wydaje. Zaczęłam czytać opisy na etykietach. Zrezygnowałam z kupowania produktów w opakowaniach wyprodukowanych z wielu tworzyw (kojarzycie mleko i soki w kartonach?), które są trudne do poddania recyklingowi. Bardziej zaczęłam rozumieć i stosować zasady ZERO WASTE. Szukając bluzy sportowej zakupiłam produkt z recyklingu. Bez problemu go znajdziecie w sieciówce, spokojna głowa.
To książka, którą muszą przeczytać ci, którym świat wokół nie jest obojętny i którzy wiedzą, że to co nas otacza musi pozostać dla wielu pokoleń nastających po nas. To książka do której trzeba wracać, do której ja muszę jeszcze wrócić, by na nowo zrozumieć i na nowo nauczyć się jak być bardziej BIO i jak żyć bardziej EKO.
Moja ocena: 7/10.
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Chilli Books.
Wiele ciekawych premier czeka na nas już niedługo, już 11 sierpnia br. Jedną z nowości przeczytałam dosłownie jednym tchem. To „Krzycz! Teraz!” pióra Zbigniewa Mentzla wydana nakładem @wydawnictwoznakpl. Kolejna obowiązkowa lektura dla wymagających czytelników lubiących felietony, dzienniki, reportaże i dobrą prozę, w której nie wiadomo, gdzie zaczyna się fantazja, a gdzie kończą się opisy rzeczywistych przeżyć autora. Jeśli mowa o autorze, to z krótkiej notki biograficznej na tylnym skrzydełku dowiedziałam się, że to „pisarz, krytyk, felietonista”. Napisał kilka biografii, zbiorów opowiadań i felietonów, a także powieści „Wszystkie języki świata” i „Spadający nóż”. Czego możemy spodziewać się po felietoniście „Tygodnika Powszechnego”? Czego możemy spodziewać się po mężczyźnie, który przez dekadę tworzył związek z najbardziej płodną, polską i niezwykle barwną autorką tekstów? Czego możemy spodziewać się po człowieku, który opowiedział w wielu tomach historię fascynującego człowieka, wybitnego polskiego współczesnego filozofia, Leszka Kołakowskiego? Chyba tylko prawdy. Samej prawdy.
W „Krzycz! Teraz!” Zbigniew Mentzel powraca do czytelników w roli powieściopisarza i to nie byle jakiego. Powieściopisarza, który – mam nadzieję – wykorzystując własne doświadczenia, przeżycia, nawet swój charakterystyczny nos😉, kreśli postać i losy Miłosza od dnia jego narodzin, tj. od 1951 roku, aż do roku 2021. Nie jest to jednak, jak zapewnia Wydawca, książka quasi-autobiograficzna. Jest to fikcyjna opowieść. Subtelny obraz pewnej rodziny, pewnego chłopca, który przeradza się w młodzieńca, by jeszcze szybciej przeobrazić się w dojrzałego mężczyznę.
„(…) w Polsce rządzonej przez komunistów, ekonomista musi być człowiekiem niespełna rozumu” – „Krzycz! Teraz!” Zbigniew Mentzel.
Nie bez przyczyny wybrałam tę część cytatu na preludium do moich rozważań o Krzycz! Teraz!”. Trafnie odzwierciedla formę i styl powieści. Książka jest napisana bardzo sprawnym i lekkim stylem. W niektórych momentach przypomina typowy felieton. Felieton napisany z dowcipem, ze swadą. Mimo, że powieść napisana jest z perspektywy głównego bohatera – Miłosza, narracja jest utrzymana w trzeciej osobie. Przy czym Autor tak konstruuje treść, że chwilami miałam wrażenie, że Miłosz zwraca się do mnie w pierwszej osobie. Ten ścisły związek bohatera z narracją jest jedną z wielu zalet tej pozycji.
Miłosza poznajemy od chwili narodzin. Dowiadujemy się o tym, co się zdarzyło i co było dla niego ważne. W książce aż kipi od pierwszych razów. Pierwsze wędkowanie, pierwsze spotkanie z harcerzem, pierwsza odkryta rodzinna tajemnica, pierwsza miłość, pierwszy niezdany egzamin wstępny, pierwsze wydrukowane własne słowa z gazecie, pierwszy wygrany konkurs, pierwszy wyjazd za granicę i tak dalej. Bardzo podobał mi się wątek z Witkiem, synem pani Ginterowej oraz zachwyciła mnie relacja z Alicją. Nawet o seksie Mentzel potrafi napisać w przezabawny sposób, mimo oczywistości, w sposób jednak delikatnie wyszukany.
Wątek związany z rodzącym się komunizmem w Polsce i jego schyłkiem został miejscami skarykaturyzowany. To dobrze. Komunistyczne absurdy przywołały już nie raz uśmiech na mojej twarzy. Dobra proza powinna przedstawiać je w sposób, w jaki rzeczywiście funkcjonowały, nie powinna ich wyolbrzymiać, czy demonizować. Niezwykle udanie Autor zobrazował postaci kobiece. Nie tylko Alicja jest godna uwagi. Tak samo ważna dla czytelnika jest Dorota, jej punkt widzenia, jej doświadczenia. Sama siostra głównego bohatera nie jest również dla opowieści obojętna. Dużą uwagę Autor poświęcił matce Miłosza, jakby chciał oddać jej cześć, zaznaczyć jej ważną rolę. A motyw ze zdzieleniem w głowę kolbą polskiego oficera w obozie w Woldenbergu przez niemieckiego wartownika wręcz obłędny! Nie nudził mnie nic, a nic. Wręcz przeciwnie dodawał fabule w wielu miejscach jeszcze większego polotu. Do tego przepiękny język polski. Z licznymi odniesieniami, z barwnymi opisami, chwytliwymi sformułowaniami. Język bogaty, bez niedomówień, bez zbędnego dopowiadania, bez ozdobników, bez powtórzeń i bez błędów. Prosty polski język. Taki męski dojrzały styl. Zwięzły w swej prostocie, oddający wszystko to, co niezbędne.
Wzięłam książkę do ręki, by tylko zerknąć na jej początek. Wzięłam książkę do ręki i……. przepadłam. Całkowicie przepadłam na całe 208 stron. Jakże cudownych 208 stron!!! Jedno wiem na pewno, poczytam jeszcze coś Pana Zbigniewa. Poczytam. Mam nadzieję, że to okazało się dla Was prawdziwą zachętą, by zaprosić tą pozycję na swoją półkę. Ta szczera, prawdziwa reakcja czytelnika na te pierwsze parę stron, które zamieniły się w całą powieść.
Moja ocena: 9/10
Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.
Nie wiem dlaczego nie lubię poradników. Kompletnie nie wiem. Jak już się skuszę i przeczytam, w większości przypadków jestem zadowolona, nawet jeśli nie jestem w stanie wdrożyć przeczytanych technik w moje życie od razu lub nie jestem w stanie od razu zauważyć żadnej zmiany. Do niektórych wracam kilkukrotnie. Z książką „Jestem kobietą” @Karolina Szaciłło wydaną przez @wydawnictwoznakpl tak właśnie było. Od premiery, która miała miejsce 5 maja br. wracałam do niej kilka razy, a mówiąc ściślej do niektórych z jej rozdziałów powróciłam, jeszcze przed napisaniem tej recenzji. Musiałam wiele tematów przetworzyć ponownie, przeżyć je jeszcze raz. Dobrze się stało, gdyż nie dałam się ponieść emocjom, tym negatywnym. Dałam szansę dojrzeć wątkom opisanym przez Autorkę i teraz patrzę na jej książkę całkowicie innymi oczami.
„
Jedz, baw się i kochaj, czyli historia o tym, jak odnaleźć i pokochać siebie” – z opisu Wydawcy.
Nie będę Was oszukiwać, w książce nie znajdziecie na to recepty. Znajdziecie jednak opowieść o kobiecości, o samorealizacji, o zrozumieniu siebie. To nie poradnik, to raczej dziennik własnych przeżyć. Te osobiste doświadczenia Autorki dają nam moc i nawóz do zrozumienia własnych zachowań, własnych emocji, własnych kompleksów. W ilu miejscach, odnalazłam siebie, a nie Szaciłło!!! Nie sposób zliczyć. Chwilami byłam ogromnie zaskoczona otwartością z jaką Autorka opisywała o swoich własnych doświadczeniach, bardzo trudnych doświadczeniach. Takich doświadczeniach, po których człowiek zaczyna wątpić w swoje człowieczeństwo i zastanawia się nad swoich zezwierzęceniem. Nikt nie jest idealny, nikt nie jest wolny od skłonności do nałogów, nikt nie jest wolny od błędów. Ważne, by znaleźć receptę, by znaleźć odpowiednią motywację i nie dać się pokonać. To jest największa rada, którą wyciągnęłam z tej pozycji.
Ogromnym plusem są różne techniki i rady do których odniosła się Karolina Szaciłło. Przeczytamy więc sporo o technikach relaksacyjnych, o wpływie zdrowych relacji na nasze życie, na nasze postrzeganie świata i otaczającej nas rzeczywistości. Możemy zaczytywać się jak skutecznie budować własną wartość i jak zrozumieć, że akceptacja osób trzecich nie jest nam potrzebna, by być kimś wyjątkowym, by być kimś ważnym. Własna akceptacja i poszczególne techniki psychoterapeutyczne są zawsze dla mnie „smakowitym kąskiem”. Nie zawsze w beletrystyce jestem w stanie odnaleźć tak umiejętne odniesienie do „swojego ja”, do swoich emocji, które musimy umieć nazwać, by nad nimi pracować. Dlatego warto było przeczytać tę książkę i do niej nawet kilkukrotnie powrócić.
Moja ocena: 7/10.
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.