„Wszystko na swoim miejscu. Pierwsze miłości i ostatnie opowieści” Oliver Sacks

WSZYSTKO NA SWOIM MIEJSCU. PIERWSZE MIŁOŚCI I OSTATNIE OPOWIEŚCI.

  • Autor:OLIVER SACKS
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:344
  • Data premiery: 18.05.2021r.

Ostatnio przy okazji recenzji „Noc w Caracas” Kariny Sainz-Borgo (recenzja na klik) wspominałam o wartości literatury pięknej. Niewątpliwie większość z nas, czytelników posiada w swoich biblioteczkach wybrane dzieła literatury polskiej i światowej, zaliczane do ścisłego grona literatury pięknej. To dobrze. Takie dzieła należy czytać, niekoniecznie jednak od małego. Ja ostatnio nostalgicznie sięgam do literatury pięknej. Każda książka potwierdza, że jest ona faktycznie piękna. Wielowątkowa, napisana pięknym językiem, co jest rzadkością. Bardzo wzbogacająca słownictwo, wiedzę i rozwijająca czytelnika. Tym razem pokusiłam się przeczytać eseje Olivera Sacksa, angielskiego profesora neurologii na Uniwersytecie Columbia, zafascynowanego, co całkowicie zrozumiałe, mózgiem, a zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych. Taki „Englishman in New York” jak śpiewał Sting. Typowy Englishman in New York, naprawdę. Oprócz wielu książek medycznych Sacks jest autorem wielu publikacji popularnonaukowych, ale o nich nie będę pisać w tym miejscu. Jeśli Was interesują dokonania autora to zapraszam na jego autorską stronę Oliver Sacks.

Istnieją takie „namiętności” – aż chciałoby się je nazwać niewinnymi i prostymi – które zacierają wszelkie różnice między lubiącymi je ludźmi.”

„Wszystko na swoim miejscu. Pierwsze miłości i ostatnie opowieści” Oliver Sacks

I autor twierdzi, że fakt istnienia tych namiętności jest całkowicie czymś normalnym, zgodnym z naturą człowieka. A któż wie lepiej, jak nie znany profesor neurologii badający mózg i jego bezpośredni wpływ na zachowania i zaburzenia człowieka.

Książka to zbiór esejów. Dobrze czytało ją się z przerwami na inne lektury, na oderwanie się od tego stylu, treści, tematyki. Składa się z trzech części. Dwie z nich dotyczą samego autora, jego spostrzeżeń, poglądów, doświadczeń, czasem nawet śmiesznych i nietypowych zdarzeń oraz interesujących spotkań. W tych częściach autor odnosi się do swoich autorytetów, dużo o nich opowiada, wielokrotnie nawet cytując, jakby chciał udowodnić znaczenie tych osób i ich ogromną wartość. Jakby nie chciał by byli zapomniani. Część z nich to wielcy naukowcy, literaci, filozofowie, część zwykli ludzie. Przyjaciele, znajomi lub całkiem przypadkowi ludzie, którzy odcisnęli piętno na jego osobie i zapadli mu w pamięć. Bardzo podobała mi się humorystyczna historyjka o hodowli mątw młodego Sacksa, czyli zgodnie z informacją z Wikipedii „drapieżnych głowonogów dziesięcioramiennych” brrrr. Ujął mnie stosunek autora do pływania, do pasji przekazywanej z ojca na synów oraz opowiastka o święcie śledzia.

Trzecia część zawiera opisy, czasem z przymrużeniem oka, ciekawych przypadków klinicznych. I tu głębokie ukłony w stronę autora, to wielka sztuka pisać o poważnych schorzeniach w tak prosty, interesujący i czasem dowcipny sposób. Ta metoda uczłowiecza chorobę, powoduje, że rozumiemy pewne zachowania i obserwujemy chorych w ich bardziej lub mniej naturalnym środowisku. Obserwujemy również jak lekarze i pozostały personel medyczny próbuje im pomóc posuwając się czasem do kłamstwa i manipulacji, by tylko pacjent poczuł się dobrze w środowisku, w którym przyszło mu przebywać. Mój ulubieniec to chory, który zapadając na chorobę neurologiczną i przebywając w całodobowej placówce opiekuńczej do końca życia myślał, że jest nadal woźnym, jak to było zanim zachorował. Przechadzał się więc od rana do wieczora z pękiem kluczy i dbał o porządek. I to zdaniem autora wydłużyło mu życie o kilka lat. Sacks w tej części przemyca interesujące ciekawostki ze świata medycyny, jak na przykład opis operacji wycięcia guza mózgu sprzed stu lat tylko w miejscowym znieczuleniu czy światowa epidemia śpiączkowego zapalenia mózgu w latach 1917-1927. Kompletnie nie miałam pojęcia, że była. Mój ulubiony fragment to opis podróży po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu osób chorych na zespół Tourette’a i to w towarzystwie chorego na ten zespół. Niezwykła odwaga przemierzać, jak sam pisze Amerykę „(…) wielkich przestrzeni, gór i wąwozów.” I na terenie tej Ameryki „(…) tak młodej, niewinnej, dobrodusznej i przyjaźnie otwartej wobec każdego, mającej więc cechy, które Europa dawno już utraciła…”- pamiętajcie, że to Ameryka lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku!!!-  szukać chorych i rozmawiać o tym, jak schorzenie przeszkadza im w codziennym życiu. Mimo, że czytając przypadki kliniczne dowiedziałam się wielu ciekawych informacji, ta część podobała mi się najmniej. Po prostu, jako nie-medykowi, trudno było mi przebrnąć przez sformułowania znane i lubiane tylko przez lekarzy.

Jeśli lubicie niespieszne, inteligentnie napisane historie to ta pozycja jest zdecydowanie dla Was. Argumentem przemawiającym za przeczytaniem tego zbioru esejów jest to, że przecież nieinteresujące nas fragmenty możemy pominąć nic nie tracąc z fabuły, bo każda opowieść to odrębna historia.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z  Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Zupełnie normalna rodzina” M.T. Edvardsson

ZUPEŁNIE NORMALNA RODZINA

  • Autor:M.T. EDVARDSSON
  • Wydawnictwo:ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron:496
  • Data premiery:15.04.2019r.

Skandynawowie zawsze się sprawdzali w mocnych thrillerach, gdzie kluczową rolę odgrywa człowiek. Ponad dwa lata temu premierę miała głośna książka „Zupełnie normalna rodzina” autorstwa @mattiasedvardssonforfattare. Szwedzki bestseller, który sprzedał się w ponad pół miliona egzemplarzy na całym świecie. Dzięki nakładowi Wydawnictwa Znak Literanova miałam możliwość zapoznać się z nim. Widać temat rodziny jeszcze nie został przez autora wyczerpany. 30 czerwca światową premierę będzie miała kolejna książka Mattiasa Edvardssona również z rodziną w tytule. Oryginalny tytuł brzmi „En familje tragedi”. Ze szwedzkiego roboczo można przetłumaczyć „Tragedia rodzinna”. To faktycznie była ostatnia prosta dla  „Zupełnie normalnej rodziny” z mojej biblioteczki. Sam autor był dla mnie ogromną niespodzianką. O ile topowych skandynawskich autorów czytałam nałogowo, o tyle z wytworem pracy M.T. Edvardssona miałam do czynienia po raz pierwszy.

Gdy ktoś mówi z przekonaniem, że coś wie, myślę, że powinien położyć uszy po sobie. Życie to jedna wielka nauka”.

„Zupełnie normalna rodzina” M.T. Edvardsson

Sama konstrukcja książki okazała się już pozytywną niespodzianką. Trzech głównych bohaterów: matka, ojciec i córka. Trzech narratorów. Wszystkie narracje pierwszoosobowe. Trzy różne perspektywy, każda prawdziwa, każda własna i każda subiektywna.

A wszystko dzieje się w typowej rodzinie.

No może nie całkiem typowej. Ojciec, Adam Sandell pastor w kościele Szwecji. Zafascynowany włoskim jedzeniem, włoską kulturą, włoskim klimatem i włoskimi wakacjami. Katujący rodzinę lazzaniami, bruschettami, spaghetti i obowiązkowym winem przy każdym posiłku. Życie rodzinne skupione wokół stołu, gdzie posiłki zamieniają się w powolne degustacje. W kultywowanie idei slow foodu. Kto ma ojca pastora? Raczej niewielu z nas. I to pierwszy dowód, że rodzina nie jest typowa.

Matka, Urlika Sandell inteligentna kobieta sukcesu, prawniczka. Lubiąca stawiać na swoim. Umiejscowiona na drugim planie w wychowywaniu córki. Budująca z nią relacje jakby zza szyby. Zgadzająca się, by to ojciec grał pierwsze skrzypce w tym ich trzyosobowym świecie. Kto ma robiącą karierę matkę prawniczkę? Zapewne niewielu z nas. I to drugi dowód, że rodzina nie jest typowa.

Córka, Stella Sandell. Jedynaczka, ukochana córeczka tatusia. Zawsze dostająca to czego chce. Osiągająca sukcesy w piłce ręcznej, potrafiąca zbudować dojrzałe przyjacielskie relacje. Inteligentna i bardzo mądra. Mająca problemy z narkotykami, uprawiająca seks na obozie religijnym, cierpiąca na niekontrolowane wybuchy gniewu i ogromną potrzebę dominacji, układania rzeczywistości wokół w sposób tylko dla siebie akceptowalny. Córka oskarżona o zabójstwo. Zabójstwo swojego chłopaka. Kto z nas zna dziewiętnastoletnią dziewczynę oskarżoną o zabójstwo?  Prawie nikt z nas. I to trzeci dowód, że rodzina nie jest typowa.

Co znaczy normalna rodzina?

Normalność, typowość każdej rodziny jest jak jednorożec. Wszyscy o nim mówią, a nikt nigdy go nie spotkał. Nie ma takich rodzin. Sam wydawca na obwolucie napisał „Idealna rodzina jest największym kłamstwem” i ja zgadzam się z tą opinią. Nie ma idealnych rodzin z prostego powodu, gdyż nie ma idealnych ludzi. Sam Adam uważający się za dobrego człowieka zarówno przez córkę, jak i żonę postrzegany jest inaczej. Stella widzi w Adamie zaborczego ojca, próbującego zawładnąć jej światem. Żona widzi w Adamie konkurenta. Konkurenta o relacje z córką, o więź, której ona nie potrafi stworzyć. Stella została przedstawiona przez Edvardssona z jednej strony jako wytwór fantazji jej rodziców, szczególnie ojca, z drugiej jako samorodny, buntujący się młody człowiek. Człowiek podejmujący czasem błędne decyzje. Decyzje, które mogą kosztować ją kilkanaście lat w więzieniu. Jej milczenie w trakcie trwającego śledztwa o morderstwo Christophera Olsena, syna Margarethy – wielkiego autorytetu z prawa karnego w świecie prawniczym, było znamienne. Z początku myślałam, że to przekora, próba udowodnienia wszystkim, a szczególnie rodzicom, do czego jest w stanie się posunąć. Później zrozumiałam, że to strategia, strategia by jednak wygrać.

Najbardziej dopieszczona w mojej opinii była perspektywa Adama. Adam relacjonował bieżące wydarzenia, po aresztowaniu jego ukochanej córki bardzo głęboko szukając przyczyny, szukając powodu dla tego, co się stało, szukając samodzielnie odpowiedzi. Czytelnik poznał więc jego pogląd na wczesne rodzicielstwo, głębię relacji z żoną i  parafianami, którymi się opiekuje, dobre i złe wspomnienia z przeszłości, decyzje, które musiał podejmować, by zapewnić bezpieczeństwo Stelli, by udowodnić jej, jak wiele dla niego znaczy. Perspektywa Stelli to bardzo dosadna relacja z jej wyborów, decyzji, działań i poczynań. Poznajemy Stellę taką, jaką ona siebie widzi. Całkiem inną, niż widzą ją rodzice, niż widzi ją najbliższa przyjaciółka, niż widzą ją inni. Z jednej strony bunt, z drugiej całkowite poddanie się sytuacji, w której się znalazła. Stella weryfikuje swoje spojrzenie na życie. Bardzo szybko dojrzewa zamknięta w więzieniu. Najmniej dopracowana jest perspektywa Urliki, matki. Jakby Urlika nie miała nic do powiedzenia. Nie miała wspomnień, nie miała przemyśleń, nie miała emocji i uczuć kotłujących się w niej na nowo. O Urlice dowiedziałam się tylko tyle, że nie z taką samą radością oddała się wczesnemu rodzicielstwu jak Adam. Tylko tyle. Jakby rodzicielstwo definiowało człowieka. Zabrakło mi tej Urliki. Te istotne rozbieżności w trzech perspektywach potwierdzają, że autor bardziej swobodnie czuje się w perspektywie mężczyzny. Ten punkt widzenia bardzo dogłębnie zobrazował co się działo i dlaczego się dział w tej zupełnej normalnej rodzinie.

Żałuję tylko, że autor nie wykorzystał w pełni postaci matki ofiary Margarethy. Jako wybitny karnista, autorytet prawniczy, jej postać była kluczowa dla wątku kryminalnego. Całkowicie pominięta w rozgrywce sądowej. Niewykorzystany potencjał, który mógłby nieźle namieszać. To samo z postacią Lindy. Nie ukrywam, kompletnie mnie nie przekonała. Jej działanie chaotyczne, powtarzające się, nic nie wnoszące do głównej fabuły.  

Wątek kryminalny, kto, dlaczego i po co zabił Christophera nie był najważniejszy. Najważniejsza była rodzina, dla której traumatyczne wydarzenie związane z aresztowaniem córki, stało się mekką do odkrywania wzajemnych relacji, ukrytych prawd, dopowiadania półprawd i podjęcia wspólnej walki.  Walki o Stellę. A to wszystko w trzech perspektywach. Trzech perspektywach jednego wydarzenia. Jakże różnych perspektywach.  Edvardsson udowodnił po raz kolejny, to o czym sami wielokrotnie się przekonaliśmy, że to samo zdarzenia przez różnych jego uczestników jest oceniane w kompletnie różny sposób. Każdy inaczej je zapamiętuje, każdy inaczej je wspomina. W odnoszeniu się do przeszłości często dochodzi wzajemne obwinianie się, przesuwanie odpowiedzialności na tego drugiego, tego trzeciego. Jakby każdy z nas miał swoją prawdę. Jakbyśmy zapominali, że fakt jest faktem i nawet najlepsze zakłamywanie rzeczywistości tego nie zmieni. Jakbyśmy nie mieli moralnego kompasu.

I to nieprzypadkowe pytanie na ostatnich kartach powieści; „Czy dobrze się z tym czujesz w głębi serca”? to taka „kropka nad i”. Kropka kończąca jedno z najlepszych zdań jakie czytałam.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Noc w Caracas” Karina Saizn-Borgo

NOC W CARACAS

  • Autor:KARINA SAINZ-BORGO
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:224
  • Data premiery:25.05.2021r.

Literatura piękna zawsze sprawdza się jako przerywnik od takich gatunków jak kryminał, political fiction, romans czy thriller psychologiczny, a debiut Kariny Sainz-Borgo wydany przez
@zysk i s-ka wydawnictwo tym bardziej. Długo już nie czytałam tak ambitnej prozy, z tak odwzorowaną trudną, ale jakże intrygującą rzeczywistością. Zapraszam do lektury recenzji „Nocy w Caracas”, w której każde słowo ma znaczenie, a autorka zachwyca dojrzałością. Dojrzałością jakiej nie spodziewałam się po młodej wenezuelskiej dziennikarce.

(…) z czasem zrozumiałam, że był to przejaw wrodzonej choroby, toczącej wenezuelską klasę średnią(…). Efektem końcowym był nasz naród szukający złudnego oparcia w odmęcie własnych sprzeczności, tektonicznej rozpadlinie pejzażu, zawsze gotowego przytłoczyć żyjących tu ludzi.”.

„Noc w Caracas”  Karina Sainz-Borgo

Długo zastanawiałam się, który cytat wybrać. W efekcie połączyłam w jeden, dwa. Moim zdaniem trafnie opisuje rzeczywistość w tym „fantasmagorycznym mieście”. Gdzie szaleje inflacja, mieszkańcy palą ogniska banknotami, panuje wszechobecny głód, a bojówki złożone ze „Zmotoryzowanych Obrońców Ojczyzny” i innych wyznawców Komendanta Prezydenta, jak „nazywali lidera rewolucjonistów” rekwirują, a właściwie kradną co się da, przy okazji zabijając wszystkich sprzeciwiających się reżimowi lub odważnie chroniących swego dobytku, swych mieszkań. W takiej politycznej atmosferze umiera matka Adelaidy Falcón. Ona traci mieszkanie przez grupę bojówkowych kobiet pod egidą „Bossówny”, prawie umiera raniona w głowę i zaczyna się zastanawiać jak ma przeżyć, jak ma przetrwać, jak ocaleć.

Rewolucja jest kobietą.

Adelaida Falcón jest kobietą. Adelaida Falcón okazała się rewolucją. Rewolucją dla siebie. Głód, cierpienie, nieustająca czujność i strach przed każdą następującą po sobie minutą, zmusiły Adelaidę do podjęcia walki o swoje jutro, o siebie. Samotność, która stała się jej codziennością przestała trzymać ją w tym mieście, w tym przeklętym mieście. Matka odeszła, a ciotki daleko. Co może robić samotna kobieta w Caracas, które płonie? Modlić się o przetrwanie lub planować ucieczkę. Planować nowe życie.

Autorka zachwyciła mnie niezwykle lirycznym, inteligentnym językiem. Pióro przypomina mi moich ulubionych autorów iberoamerykańskich, jak chociażby Gabriela García Márqueza czy Mario Vargas Llosę. A porównywać język debiutanckiej książki do takich mistrzów, to nie byle co. Nie ukrywam, że jest to styl, który trzeba kochać. Trzeba lubić zatapiać się w tę poezję. Poezję w każdym calu, w każdym opisie, w każdym dialogu. Czasem miałam wrażenie, że w każdym przypisie.

Sama Adelaida jako bohaterka tej opowieści i jednocześnie jej narratorka oczarowała mnie kompletnie. Inteligentna, wykształcona. Kobieta, która do pewnego momentu wiedziała czego chce, czego pragnie. Kobieta z satysfakcją wykonująca swoją pracę. Z oddaniem opiekująca się swoją matką. Kobieta, z jednej strony humanistka, z drugiej kompletnie praktyczna. Kobieta, której wszystko w pewnym momencie zabrano. Jak jej sąsiadom, jak jej przyjaciołom, jak jej ciotkom. Kobieta myśląca, dokonująca jednocześnie rozliczenia ze swoją przeszłością. Dzięki temu poznajemy nawet jej odległe doświadczenia, odległe zdarzenia, które okazały się istotne dla jej życia, które ją ukształtowały. Ta książka to trochę monodram. Monodram jednej aktorki, a tą aktorką jest Adelaida.

Mimo, że zanurzałam się w każdym słowie, książkę przeczytałam jednym tchem. Po prostu musiałam wiedzieć. Wiedzieć czy Adelaida wygra, czy jej się uda. Nie mogłam jej więc odłożyć. Dzięki temu spędziłam cudowny wieczór. Wieczór udany. Wieczór niezapomniany. Wieczór z bohaterami niebanalnymi i niebanalną historią. Historią, o której czytałam po raz pierwszy. O rewolucji jednego życia. Rewolucji, która okazała się kobietą.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka

.

„Pamiętaj o mnie” Megan Miranda

PAMIĘTAJ O MNIE

  • Autor:MEGAN MIRANDA
  • Wydawnictwo:CHILLI BOOKS
  • Liczba stron:400
  • Data premiery: 02.06.2021r.

Po spędzonym aktywnie weekendzie znalazłam trochę czasu na przeczytanie kolejnej premiery z 2 czerwca. Tym razem była to premiera od Wydawnictwa Chilli Books „Pamiętaj o mnie” @AuthorMeganMiranda. Nie czytałam wcześniejszych powieści autorki, jej bestsellerowych „Miasteczko kłamców” oraz „Co o mnie wiesz”. Pokusiłam się o przeczytanie fragmentu książki „Dziewczynka z Widow Hills” umieszczonego na końcu „Pamiętaj o mnie”. Nie powiem, zapowiada się nieźle. Z notki biograficznej dowiedziałam się, że jest to Amerykanka mieszkająca w Karolinie Północnej. Oprócz pisania jest żoną i matką dwójki dzieci.

A może właśnie tak trzeba. Zorganizować sobie życie tak, by było jednostajne, ale bezpieczne. Tak żeby wyeliminować zarówno zagrożenia, jak i powody do radości. Wtedy nie ryzykuje się niczym.

„Pamiętaj o mnie” Megan Miranda

Z pozoru. Tak myślała Avery przez wiele lat wiodąc spokojne życie u boku bogatej i wpływowej rodziny Lomanów. Rodziny, która prawie ją adoptowała. Po śmierci tragicznej rodziców w wypadku samochodowym, a następnie babci, dzięki przyjaźni z Sadie Loman, Avery dostała się do zamkniętego, hermetycznego świata. Świata bogaczy. Świata, do której normalnie nie miałaby nigdy dostępu. Jej zadaniem było zarządzanie nieruchomościami Lomanów i piastowanie funkcji przyjaciółki Sadie. Sadie, która „Brała, co chciała, i robiła, co jej się żywnie podobało, tak samo jak reszta rodziny. Parker, Grant, Bianca, Sadie. Mieszkali na wydmach, na resztę świata patrzyli z góry.” Do czasu, gdy ginie Sadie. Całe Littleport zastanawia się, co spowodowało samobójczą śmierć dziedziczki fortuny. Najbardziej zastanawia się Avery nie wierząc w jej karkołomne samobójstwo. Przecież Sadie żegnała się z nią jakby zaraz miała wrócić. Miała…

 

Nadmorskie, duszne miasteczko” – z opisu wydawcy.

W takim klimacie osadzona jest akcja powieści, która toczy się od lata 2017 do lata 2019. Części, które autorka zatytułowała konkretną datą, dodatkowo rozdzielone zostały kolejno ponumerowanymi rozdziałami. Narracja prowadzona jest z perspektywy Avery. Avery sieroty. Avery sprawiającej problemy. Avery buntującej się. Avery odratowanej przez Sadie. Avery uzależnionej od Sadie. Avery z pozoru samodzielnej pracownicy Lomanów. Avery szukającej odpowiedzi. Avery nie zaznającej spokoju po śmierci przyjaciółki. Perspektywa pierwszoosobowa sprawdza się w tym gatunku, w thrillerze psychologicznym. Chociaż przyznaję, nie spodziewajcie się zbyt dużego napięcia i wielu niespodzianek. To nie jest typowa książka tego gatunku.

Akcja toczy się bardzo powoli. Można powiedzieć momentami, „jak żółw ociężale”. Styl autorki lekki.  Przyjemnie skonstruowane dialogi. Ciekawe spostrzeżenia. Do tego wiernie oddana atmosfera nadmorskiej miejscowości. Do gustu przypadł mi Connor Harlow, były przyjaciel Avery. Mimo, że ich drogi rozeszły się jakiś czas temu Avery w kluczowych momentach mogła na niego liczyć. Dobrze również został odwzorowany Parker Loman, junior rodu. Zdolny, ale leniwy, chciałoby się rzec. Wszystko mu wolno, żadnych konsekwencji nie musi ponosić.  Bawiący się uczuciami innych, żerujący na ich emocjach, krzywdzący dla zabawy. Jakbyście chcieli wyobrazić sobie typowego dziedzica to Parker Loman idealnie się do tego nadaje.

Zawiodła mnie jednak główna bohaterka. Pomysł na Avery bardzo udany. Sierota, wychowywana przez babcię dostająca szansę na inne życie. Życie innych. Życie jakiego zwykle pragniemy dla naszych dzieci. Nie marnująca tej szansy. Rozumiałam jej uczucia po stracie przyjaciółki. Bez względu na motywacje, Sadie była dla niej jedyną rodziną. Jej spostrzeżenia, myśli, domysły i poszukiwania stworzyły obraz Avery bardzo inteligentnej, nie znoszącej sprzeciwu, potrafiącej się postawić. W wielu momentach przyjmowała jednak zbyt konformistyczną postawę, nie przystającej do jej doświadczeń życiowych oraz charakteru. Możliwe, że chciała jak najdłużej pławić się w życiu Lomanów, pławić w ich luksusie. Aż sama zrozumiała, że już dłużej nie może. Nie może już udawać, że nic się nie zdarzyło.

Tajemnica była, potwierdzam. Nie spowodowała jednak palpitacji serca. Możliwe, że tempo fabuły rozmyło emocje, które zwykle przy doszukiwaniu się prawdy odczuwam. Przyznajcie jednak sami, nie każda książka musi przyprawiać nas, czytelników o zawał serca. Czasem należy poczytać inteligentnie napisaną powieść. Powieść o ludzkich postawach. Postawach, które nie zawsze nam się podobają, ale które akceptujemy. Czasem całe życie. Czasem, na szczęście tylko do czasu. Szukacie przyjemnej, dającej do myślenia lektury? Jeśli tak, sięgnijcie po tę pozycję. Polecam.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Chilli Books.



„Śmierć Pani Westaway” Ruth Ware

ŚMIERĆ PANI WESTAWAY

  • Autor:RUTH WARE
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:480
  • Data premiery:02.06.2021r.

Czytaliście poprzednią książkę autorki? Jeśli nie, a chcecie się dowiedzieć czy przypadła mi do gustu to zachęcam do przeczytania recenzji Pod kluczem. Książka bardzo mi się podobała.

Opis wydawcy w przypadku „Śmierć pani Westaway”, która premierę miała zaledwie 2 czerwca, zastanawia. Jak czytam „Każda rodzina ma swoje mroczne tajemnice” to zakładam, że będzie to dobra powieść. Powieść głęboka, powieść druzgocąca. Często wydania od Wydawnictwa Czwarta Strona takie są. Spełniają moje wymagania. Oj spełniają. Sama okładka już wiele obiecuje. Zamknięta, stalowa brama. Ciekawi Was co za nią jest, za tą bramą? Mnie ciekawiło bardzo.

(…) dzieci to tylko kłódki do patriarchalnych kajdanek małżeństwa”.

„Śmierć pani Westaway” Ruth Ware

Tylko, że o dzieci w tej książce chodzi. Dzieci niechciane, niespodziewane, dzieci, które pojawiają się przedwcześnie. Dzieci będące czyimiś wnukami, siostrzeńcami, bratankami. Czyimiś dziećmi. Takim dzieckiem jest Hal. Samotna, dopiero co przekroczyła dwadzieścia lat, sierota. Tęskniąca za matką, którą straciła trzy lata wcześniej. Zarabiająca pieniądze wróżąc z kart, rąk lub z oczu. Pieniądze, których los jej do tej pory skąpił, których zawsze było za mało. Los wydaje się odmieniać gdy dowiaduje się o tym, że została spadkobierczynią Pani Hester Westaway, jej babci. Wyrusza więc do posiadłości w Kornwalii, gdzie dowiaduje się o istnieniu trzech wujków, o których nie miała pojęcia. W jaki sposób zmienią jej życie? Czy uda jej się odnaleźć więź z Ablem, Ezrą i Hardingiem? Czy będzie tylko dla nich zagrożeniem? Kolejnym zagrożeniem.

Tajemnice w staroangielskiej posiadłości

Trochę jak w „Wichrowych wzgórzach” Emily Brontë, które uwielbiam. Ogromna, stara posiadłość. Zimna posiadłość, ze stromymi schodami, emaliowanymi wannami na nóżkach. Strzeliste okna na strychu. Okna zabite kratami. Rodzina z tradycjami. Dzieci wychowywane „twardą ręką”, zamykane w pokoju na strychu z zakratowanymi oknami za każde małe, niewinne przewinienie. Despotyczna matka nie okazująca uczuć. Gospodyni, teraz już ponad osiemdziesięcioletnia, głucha, słaba, kuśtykająca, ale do końca oddana swojej chlebodawczyni. Wierna do końca, do jej śmierci.

To historia o odnajdywaniu siebie. O poznawaniu własnej matki, prawdziwej matki. O penetrowaniu jej przeszłości, o której nic nie wspominała nic nie mówiła. To historia o poszukiwaniu ojca. Ojca, którego się do tej pory nie znało.

To wszystko w dusznym, angielskim klimacie. Deszczowym, wietrznym, zimnym. W angielskim stylu pozostała rodzina milczy, milczy gospodyni, milczy nawet notariusz, mimo, że widać, że chciałby coś powiedzieć. W tym wszystkim próbuje odnaleźć się młoda dziewczyna, samotna dziewczyna.

Styl autorki bardzo dobry, mimo klimatu, który wiernie odwzorowała. Narrator jest trzecioosobowy. Retrospekcje odnoszące czytelnika do 1994 roku pozawalają poznać motywy, zatracić się w ówczesną rzeczywistość. Poznać realne wydarzenia z przeszłości.

Bardzo podobał mi się poboczny wątek homoseksualizmu jednego z synów Hester Westaway. Jej braku tolerancji, wręcz jawnej nienawiści. Lata dziewięćdziesiąte nie w każdej rodzinie przyniosły odwilż. Nie w każdej przyniosły tolerancję. Na pewno nie w tak starej rodzinie z tradycjami.

Nie spinały mi się tylko te niespodziewanie odnalezione dzienniki. Wydawały mi się ogromnym uproszczeniem. Dzienniki, w których wiele stron wyrwano, zatarto. Dzienniki, w których opisano historię Maggie i historię Maud. Dzienniki schowane w ogromnym, starym domu. Przez wiele stron zastanawiałam się, że gdyby mieszkańcy posiadłości rzeczywiście chcieli ukryć pewne z przeszłości zdarzenia to w pierwszej kolejności zrobiliby wszystko, by żaden ślad nie został.  Mało prawdopodobne, by ktoś z zewnątrz nagle je odnalazł i stał się ich posiadaczami. Tak cenne skarby, jak dzienniki skrywające tajemnice chroni się przede wszystkim.

Rodzinne tajemnice sprawdzają się w każdej prozie. Ostatnio czytałam wiele takich wątków. Ale rodzinne tajemnice w staroangielskim domostwie mają dodatkowy urok i tak naprawdę mroczny klimat. Klimat, w który warto zanurzyć się w trakcie tych parę wolnych, sennych dni. Zachęcam do lektury.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona.



„Biel” Małgorzata Oliwia Sobczak

BIEL

  • Autor:MAŁGORZATA OLIWIA SOBCZAK
  • Wydawnictwo:W.A.B.
  • Seria: KOLORY ZŁA. TOM 3
  • Liczba stron:416
  • Data premiery:19.05.2021r.

Długo czekałam na swoją „Biel” od Wydawnictwa W.A.B. z 19 maja. Nie mogłam się doczekać. Paczka szczęśliwie dotarła, a ja zanurzyłam się w dalsze losy bohaterów z tryptyku „Kolory zła” od @Małgorzata Oliwia Sobczak – autorka. Chcecie przypomnieć sobie jak zrecenzowałam poprzednie dwie części cyklu? Nic trudnego  wystarczy kliknąć Czerwień oraz Czerń. Chcecie dowiedzieć się co myślę o najnowszej części? Nic trudnego  wystarczy przeczytać tą recenzję. Czyż to nie udany przepis na poszukiwanie kolejnej książki do przeczytania?

Dziwne, że ta przeszłość zaczęła wracać. Jakby ktoś odkręcił kurek i stara woda zalała teraźniejszość.”

„Biel” Małgorzata Oliwia Sobczak

Dziwne, że tak kończy się trylogia „Kolory zła” Małgorzaty Oliwii Sobczak. Dziwne, że wydarzenia z 2015 roku rozpoczęły się tak naprawdę w 1988, gdy Polskę zasnuła kurtyna komunizmu. Gdzie policja była jeszcze milicją. Gdzie cinkciarze i prostytutki współpracowali i z mafią, i z m… też na „m”, ale milicją. Dziwne, że to Ewa rozpoczyna i kończy tą kryminalną historię. Spina ją jak klamrą. Ewa, która „Wiedziała o sobie wszystko. I nienawidziła siebie jak nikogo na świecie”.  Ewa, która interesowała się śmiercią swojej koleżanki, Miśki. Śmiercią samobójczą wskutek skoku z okna sopockiej kamienicy. Świadkiem tej tragedii jest Iwona Woch fotografka mająca studio naprzeciwko (pssst, z posłowia dowiedziałam się, że podobna Iwona istnieje naprawdę). 

Sprawą, po swoim szczęśliwym powrocie z Kartuz do Trójmiasta, zajmuje się Leopold Bilski. Prokuratorskie działania wspierają Kita i Pająk oraz aspirant Anna Górska. Górska, którą już nic z Bilskim nie łączy. Odkrywają, że Miśka przed śmiercią była krępowana i duszona. Wszystko zdaje się do siebie pasować. Miśka bowiem była prostytutką. Przy czym nie odnaleziono natarczywego klienta, który wytłumaczyłby ślady na ciele Michaliny. Bilski zaczyna więc kopać głębiej. Odzywają się do niego duchy przeszłości. Odzywa się do niego ojciec, Miłosz Bilski, który zginął siedemnaście lat wcześniej w niejasnych okolicznościach. Odzywa się do niego śledztwo, który wtenczas ojciec Leopolda prowadził. Śledztwo w sprawie prostytutki, Teresy Dulewicz, która zmarła przez „(…) typowe zadławienie. Na szyi otarcia naskórka i sińce.”. Odzywają się do niego duchy znajomych rodziców, współpracowników ojca, milicyjnych oficerów i komunistycznych notabli. Duchy, które albo zamilkły na zawsze, albo świetnie odnalazły się w wolnej Polsce. Co łączy te dwa śledztwa? Czy ofiary, czy modus operandi, czy sprawca?

Raz, dwa, trzy

I koniec trylogii. Koniec nietypowy, niespodziewany. Dużym zaskoczeniem była podróż z bieżącego wątku kryminalnego do czasów rodziców Leopolda. Do czasów jego ojca, też prokuratora. Czasów matki, która wiedziała o zdradach męża. Czasów żony przyjaciela ojca, która również wiedziała o zdradach męża. Czasów, gdy kobiety nosiły swetry, żakiety z poduchami na ramionach, przepasane czarnym, szerokim pasem oraz elastyczne, świecące getry i szpilki kaczuszki. Panowie zaś nosili się w jasnej marynarce stylizując się na Dona Johnsona. Ta podróż w nieznaną przeszłość Bilskiego okazała się dla mnie nawet ważniejsza, niż niezawinione śmierci luksusowych prostytutek. Z napięciem śledziłam kolejne przedstawiane losy współpracowników milicyjnych, prokuratorskich, z którym stykał się młody Leo, których znał osobiście, których w pewnym momencie musiał zacząć podejrzewać. Momentami wszyscy byli podejrzani. Wszyscy, którzy przewinęli się w śledztwie ojca Bilskiego. Na tym polega dobry kryminał, że autor kluczy wątkami, by zmylić czytelnika.

Sprawca z roku 2015, no cóż, był totalnym zaskoczeniem, przyznaję. Nawet w roli czytelnika, jak się okazało, myślę pewnymi schematami i te schematy mnie gubią.

Bardzo dobry okazał się wątek związku pomiędzy rodzicem a dzieckiem. W wielu wymiarach autorka zobrazowała jak ważne są relacje, powiązania. Jak wraca do nas, całkiem niespodziewanie genotyp. Takich par rodzico – dzieci w książce jest wiele. Każda jest inna. Każda czymś innym naznaczona. Każda ma inną historię, traumy i bóle do przepracowania. O każdej czytałam z zaciekawieniem.

Nie jest to jednak moje wymarzone zakończenie trylogii. To raczej rozliczenie. Rozliczenie Bilskiego. Z poprzednich śledztw, z poprzednich decyzji osobistych, z błędów ojca. Zabrakło mi niespodziewanych zwrotów akcji, ciągłego zaskoczenia, że to nie ten i nie ten, i nawet nie ten jest sprawcą, nie jest temu wszystkiemu winny. W wątku sprzed siedemnastu lat od początku podążałam ścieżkami osób z kręgu bliskich znajomych. O ile współczesny wątek kryminalny był dla mnie skrojony na miarę, o tyle czasy Miłosza Bilskiego niekoniecznie. Mimo, że miło było wrócić do czasów gdy pamięta się tamtą modę i sposób umeblowania prawie każdego polskiego M3 czy M4.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Premiera – „Cierń” Przemysław Żarski

CIERŃ

  • Autor:PRZEMYSŁAW ŻARSKI
  • Wydawnictwo:CZWARTA STRONA
  • Seria: ROBERT KREFT. TOM 3
  • Liczba stron:464
  • Data premiery:02.06.2021r.

Są bohaterowie za którymi już tęsknię po przekartkowaniu ostatniej strony. Takim bohaterem jest Robert Kreft. W recenzji poprzedniej części cyklu Blizna napisałam, że „(…) Roberta Krefta poznajemy bliżej. Dowiadujemy się trochę o jego przeszłości, o tym, co go ukształtowało. Poznajemy jego dawne rany i dotykamy jego blizn”. O takim Krefcie świetnie się czytało. Z rozżaleniem przeczytałam w opisie wydawcy „Brawurowy finał cyklu z komisarzem Robertem Kreftem w roli głównej!”. To, że brawurowy, to się cieszę, naprawdę. Ale, że finał!!! To coś innego, totalnie innego… No cóż, uczucia na bok, bo czeka na Was nowa przygoda z Kreftem, którą popełnił @Przemysław Żarski – autor, a wydało Wydawnictwo Czwarta Strona. Przygoda, która premierę ma 2 czerwca.

Błędy tkwią w pamięci niczym cierń. Ich wspomnienie tylko potęguje ból.”

„Cierń”  Przemysław Żarski

Mocny cytat? Poczekajcie, jak przeczytacie książkę. Nie udało się komisarzowi Robertowi Kreftowi dopiąć do końca wątku, który prowadził w sprawie uwięzionych kobiet w nieruchomości należącej do jego kolegi Błażeja Urygi. Nie udało się. Ktoś znowu rozpoczyna z nim grę. Grę, w której stawką jest życie młodych kobiet. Grę, w której stare kości zostaną odgrzebane i to dosłownie, przy przydrożnej kapliczce. Co łączy zniknięcia młodych kobiet z późniejszymi ich samobójczymi śmierciami. Co łączy Barańską, żonę Urygi – współpracownika Krefta, Annę Kreft – jego matkę ? Czy wydarzenia teraźniejsze mają związek ze śmiercią samobójczą matki Krefta? Czy kobiety ginęły przypadkowo? Jaki związek z ich zaginięciami miało poznanie tajemniczego Michała? Tyle pytań ile odpowiedzi. Tyle zagadek ile rozwiązań. Tyle śledztwa ile zaangażowanych policjantów. O tym wszystkim możecie przeczytać.

Chciałam w żołnierskich słowach

No chciałam, naprawdę chciałam skupić się tylko na najistotniejszych aspektach powieści, dosłownie w kilku zdaniach. Nie udało się. Niestety. Myśli kłębią mi się jak huragan w głowie. Wracam pamięcią do poprzednich części serii. Szukam Krefta swojego, takiego, którego zapamiętałam. Krefta mającego słabość od kobiet, z którymi pracuje. Krefta potrafiącego „obić mordę” byłemu mężowi kobiety, z którą się spotyka. Krefta z jednej strony szorstkiego, zdystansowanego, z drugiej niezwykle uczuciowego, smutnego, niezaznającego spokoju. Szukam jego początku. Próbuję w pamięci odtworzyć, gdzie jest to preludium. No…sami widzicie, że się nie da w paru słowach.

Początek zawsze gdzieś jest. Dla wielu z nas jest nim to, co stało się w dzieciństwie.

(…) Dzieciństwo jest bańką, w której przechowujemy przebłyski wspomnień, urwane migawki z przeszłości. Pamięć bywa wybiórcza. We wspomnieniach odsuwamy na bok lęki, niepowodzenia i porażki, projektując obraz świata i bliskich diametralnie różny od prawdziwego”.

Dzieciństwo Krefta to jedno wielkie cierpienie. Cierpienie chłopca przeżywającego śmierć samobójczą matki. Cierpienie chłopca słyszącego głos matki wydobywający się z kasety magnetofonowej. Jakby spowiedź, jakby wytłumaczenie, jakby głoś z zaświatów.

W powieści czekają na Was znani bohaterowie z poprzedniej części cyklu. Jest i Błażej Uryga, jest i Marta Rybicka, jest i Natalia Kilian, jest i Olga Krynicka. Krynicka nadal przegrywająca z własnym mężem. Mężem, który mimo swej wyprowadzki manipuluje rzeczywistością, rozgrywa dzieckiem, kreuje nową relację przemocową, czasem na odległość, czasem z bliska. Żarski nie zapomniał o sprawdzającym się zestawieniu. Zestawieniu tych, którzy są kluczowi dla sprawy, kluczowi dla spraw.

Narracja jest prowadzona  w trzeciej osobie. Konstrukcja podoba mi się bardzo. Rozdziały nazwane są nazwiskiem kluczowego bohatera, wskazują też miejsce i czas akcji. Żarski uwielbia retrospekcje. Dzięki takiej konstrukcji czytelnik nie ma szans się pogubić, zatracić w kreowanych wątkach. Pisarstwo Żarskiego zasługuje na ogromne brawa. Dbałość o detale, wykreowane postaci, ciekawe wątki poboczne, udane retrospekcje, o których już wspomniałam. Przedstawiając wątek kryminalny Żarski dopracowuje każdy szczegół, nie ma żadnych niedociągnięć. Sam wszystko kwestionuje, podważa postawione tezy. Tym samym uwiarygadnia każdy wątek, każdy postęp w śledztwie. To trylogia, w której każda kolejna część jest na takim samym wysokim poziomie i w odniesieniu do kunsztu pisarza, i w odniesieniu do fabuły. To rzadko się zdarza. Taka konsekwencja, by każda kolejna część była tak samo dobra. Była naprawdę wysokiej jakości klamrą spinającą całą serię.

Faktycznie „Brawurowy finał cyklu z komisarzem Robertem Kreftem w roli głównej!” Stwierdzam z całą stanowczością. Kreft jak dobre wino, co część cyklu to lepszy. Żarski tak samo. Co książka to lepszy. W trzeciej odsłonie perfekcyjny w każdym calu.

Rzadko daję rady. Teraz nie mogę się powstrzymać. Jeśli nie poznaliście Krefta wcześniej, zacznijcie chronologicznie od „Śladu”, potem sięgnijcie po „Bliznę”. Dzisiejszą premierę zostawcie sobie na koniec. To pozwoli Wam poznać historię dogłębnie, od początku. Zrozumieć skąd te ślady. Skąd te blizny. Skąd te skazy i ciernie, których do tej pory nikt nie usunął, nikt nie był w stanie wyciągnąć.

Moja ocena: 9/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Czwarta Strona.

Premiera – „Druga żona” Sheryl Browne

DRUGA ŻONA

  • Autor: SHERYL BROWNE
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 02.06.2021r.

Czasem rozpoczynając recenzję muszę wspomnieć o autorze. Dzieje się tak w dwóch przypadkach. Pierwszy, bliski memu sercu, gdy autora znam i zrobił na mnie wrażenie lub całkowicie odwrotnie. Drugi przypadek to wtedy, gdy nie znam kompletnie żadnych wcześniejszych książek autora. Tak jest w przypadku Sheryl Browne. Nie czytałam jej „Opiekunki”. Nie mam więc wyrobionego zdania. Wiem tylko tyle, że jest to „brytyjska pisarka, która specjalizuje się w thrillerach psychologicznych” (źródło: LC). Brytyjka, hm…może być różnie. Mroczno, ciężko lub całkowicie lekko, mimo trudnego tematu, jak w przypadku Beliny Bauer (moja recenzja Ostrze).

O czym jest ta historia?

To historia o kobietach. To historia o Nicole, Olivii i Rebecce. Historia o żonach. Tylko, która z nich jest tą drugą?

To historia o przyjaźni, w której Nicole dla Becky była „(…) bardziej jak siostra niż przyjaciółka – jak rodzina, z którą Nicole nie czuła się szczególnie związana”.

To historia o małżeństwie Nicole z Richardem. Małżeństwie zakończonym nagłą śmiercią samobójczą Nicole.

To historia o dociekaniu prawdy. Prawdy w sprawie Nicole. Prawdy, która nie była tak oczywista jak ją przedstawiał jej mąż.

Jaka jest ta historia?

Ciekawa. To ciekawy obraz z pozoru idealnego małżeństwa, z pozoru idealnego ojca wychowującego samotnie dorosłą córkę, z pozoru idealnych relacji.

Autorka umiejętnie wprowadziła czytelnika w zawiłą sytuację Nicole. Nicole o dwóch twarzach. O twarzy oczami Richarda, która uwielbiała sprzątać, kochała zimne i białe wnętrza, utrzymująca sama ogromny dom w nienagannej czystości, rzucająca malowanie farbami olejnymi, gdyż brudzą, traktująca malowanie tylko jako hobby. O twarzy oczami Rebecci, niecierpiąca sprzątać, uważająca, że szkoda życia na utrzymywanie domu w czystości, nienawidząca usługiwać własnemu mężowi, dla której malowanie było sensem życia, nieodłącznym elementem życia, bez którego trudno jej było żyć. Która z tych twarzy była prawdziwa? Twarz oczami Rebecci ,czy twarz oczami Richarda?

Postać Nicole to dobrze wykreowany przykład kobiety zniewolonej. Kobiety, która wpadła w sieć manipulacji, sieć sztucznych zależności i wyimaginowanych krzywd. Sieć na nią zastawioną. Sieć, od której nie potrafiła się uchronić. Autorka często wracała do pierwszego nieudanego małżeństwa Nicole, jak sama go nazywała z mizoginem. Jakby chciała nam zwrócić uwagę, że tak nieudane małżeństwo może odcisnąć istotne piętno. Piętno, które ciągnie się za nami nawet w nowym życiu. Życiu wymarzonym. Nicole nie potrafiła się od myśli na temat pierwszego męża wyzwolić. Wracała do tego co się zdarzyło, co się działo. Przeżywała na nowo. Na nowo śniła swój koszmar.

Bardzo polubiłam postać Rebecci. Silnej, władczej, inteligentnej kobiety. Kobiety szukającej prawdy. Kobiety nie dającej się omamić. Zdecydowanej, sprytnej i wolnej. Wolnej w swoim życiu.

To ciekawy thriller. Thriller psychologiczny o relacjach. O relacjach damsko – męskich, relacjach pomiędzy dziećmi a rodzicami, relacjach pomiędzy przyjaciółmi. To thriller o manipulacji, o wytwarzaniu sobie ofiary, ofiary, którą można gnębić zaspokajając swoje sadystyczne żądze.  To thriller o wmawianiu, że rzeczywistość co poniektórym się ubzdurała, się zakrzywiła. I wreszcie to thriller o kłamstwie i kłamcach, którzy nas otaczają, czasem nawet bardzo blisko. Tak blisko, że już bliżej się nie da.   

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki jeszcze przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

„Ostrze” Belinda Bauer

OSTRZE

  • Autor:BELINDA BAUER
  • Wydawnictwo:W.A.B.
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:28.10.2020r.

Oj długo, bardzo długo „Ostrze” od Wydawnictwa W.A.B. czekało na mojej półce. Tłumacząc się napiszę tylko, że nie mogłam zmotywować się do lektury czytając w opisie wydawcy, że trójka dzieci została sama w samochodzie, gdy matka „(…) poszła szukać jakiegoś telefonu, by zadzwonić po pomoc. Odchodząc, powiedziała: „Zostańcie tu. Wrócę szybko!”. Ale nie wróciła…”. Zaintrygował mnie ten opis, nie powiem. Przeczytałam nawet parę stron. Trauma dzieci, samotność powaliły mnie od pierwszych kartek. Dlatego do tej pozycji musiałam dojrzeć. Odczekać, aż opadnie pierwszy kurz. Aż nabiorę odwagi, nie tyle jako czytelniczka, ile jako matka i przeczytam, co dalej działo się z Jackiem oraz jego dwoma młodszymi siostrami, Joy i Merry.

Nie było happy endu

Niestety nie było. Dzieci jak z najsmutniejszej z bajek braci Grimm zostały same. Jack przez trzy lata opiekował się siostrami sam udając, że lata chwila wróci tata. Tata, który dwa lata po tych traumatycznych wydarzeniach wyszedł po mleko i nie wrócił. Jack starał się jak mógł, jak na kilkunastolatka przystało. Zapewniał pożywienie, czasem niezgodnie z prawem. Czerpał z ciemnych stron miasta szukając sposobu na utrzymanie sióstr. Sióstr, którymi chciał się opiekować najlepiej jak potrafi. Perspektywa Jacka jest pierwszą.

Drugą perspektywą jest życie Catherine While. Ciężarnej żony Adama. Żony, która znajduje bogato zdobiony nóż z kartką z napisem „Mogłaś zginąć”. Co zdarzenie w domu Catherine ma wspólnego z Jackiem i ciągle otwartym śledztwem w sprawie śmierci jego matki? Czy Catherine i Jack powinny obawiać się tej samej osoby?

Takie dzieci istnieją.

Jestem tego pewna. Takie dzieci jak Jack. Dzieci opiekujący się swoim rodzeństwem, opiekujący się samodzielnie swoimi rodzicami. Dzieci szukający sposobu na zdobycie pożywienia. Dzieci popełniający przestępstwa, by mieć co do ust włożyć, czy prostytuujący się. Dzieci żyjące na ulicach. To nie książka fantasy. Tak czasem się dzieje, tak czasem się zdarza. Co rusz o nich czytamy, co rusz oglądamy je w telewizji.

Oprócz bolesnego wątku obyczajowego, w powieści dobrze skonstruowany został wątek kryminalny. Podobały mi się postaci śledczych: Reynoldsa i Marvina. Doświadczonego śledczego, za karę wysłanego na prowincję z niedoświadczonym żółtodziobem. Żółtodziobem popełniającym błąd za błędem. To nietypowy londyński klimat. Nietypowi detektywi. Ich relacja przypominała mi trochę Flipa i Flapa. Każdy chciał się przed drugim popisać, każdy chciał powiedzieć z dziką satysfakcją „A nie mówiłem”. Nie są to jednak postaci przeszkadzające w odbiorze książki. Raczej ją dopełniają, w typowy, charakterystyczny, angielski sposób. Z typowym, charakterystycznym, angielskim humorem. Z typowymi, charakterystycznymi, angielskimi przywrami.

Druga połowa książki zdecydowanie słabsza. Jakby autorka nie wytrzymała napięcia, nie zdołała sprostać oczekiwaniom. Jakby chciała dopłynąć za wszelką cenę do brzegu. To spłaszczyło całkowicie wątek intrygi kryminalnej. Usunęło napięcie, niespodziewanie. Samego sprawcę Bauer opisała w dość oczywisty sposób. Nie poznałam jego motywów, przyczyn jego zezwierzęcenia. Poznałam tylko boleść, którą niósł wokół siebie. Otoczenie, które pustoszył sprytnie się ukrywając, sprytnie się maskując.

Bardzo dobry język, dialogi. Akcja i atmosfera jak na gatunek stosunkowo lekka. Co uratowało tą pozycję? Na pewno, pomysł, styl i bohaterowie. Thrillera było relatywnie mniej. Jest to jednak lektura przyjemna, na którą warto poświęcić swój czas.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

„Tone. Ocalenie” Sasha Tirunul

TONE. OCALENIE

  • Autor:SASHA TIRUNUL
  • Seria: SHADOWS WARRIORS (TOM 1)
  • Wydawnictwo:WasPos
  • Liczba stron:322
  • Data premiery:22.04.2021r.

Muszę się Wam przyznać, że od czasu do czasu (nie za często) lubię przeczytać historie miłosne z motywem zespołu muzycznego. Tego typu historie są tak mocno oderwane od normalnej rzeczywistości, że pozwalają mi się odprężyć i spędzić przyjemnie czas. Z tą myślą też zdecydowałam się na „Tone. Ocalenie” debiut Sashy Tirunul, piszącej pod pseudonimem mieszkanki Pomorza. Jednak muszę powiedzieć, że tym razem otrzymałam zupełnie coś innego, niż to, czego się spodziewałam. Czy jestem zadowolona? Przeczytajcie sami;)

Tone jest gitarzystą zespołu Shadow Warriors. To bardzo popularny i rozchwytywany boysband, którego członkowie są bardzo tajemniczy. Nikt nie wie kim są, skąd się wzięli… Okazuje się bowiem, że zespół jest dla nich tylko przykrywką, tak naprawdę zajmują się czymś innym, bardzo niebezpiecznym, a Tone jest najgorszy z nich… Sposób w jaki żyje zupełnie mu nie przeszkadza do momentu, gdy poznaje Catherine, jednym spłoszonym spojrzeniem dziewczyna zdobywa jego serce i już wiedzą, że nic nie będzie takie same. Intryga jednak, w które mężczyźni zostali wplątanie zagraża nie tylko im. Czy parze bohaterów uda się wyjść z tego zwycięsko?

Muszę powiedzieć, że powieść mnie zaskoczyła, była czymś innym niż się spodziewałam. Myślałam, że będzie to typowy, lekki romans, toczący się w środowisku muzycznym, tymczasem klimat jest znacznie mroczniejszy, jest niebezpieczeństwo, tajemnica, intryga. Mimo, że pewne fragmenty w mojej opinii są przedramatyzowane i zbyt naiwne, książkę czyta się dobrze. Bohaterowie również są bardzo ciekawi, fajne są również ich relacje, choć muszę powiedzieć, że w pewnym momentach irytowało mnie ciągle podkreślanie słowa „bracie” i tego, że są dla siebie rodziną. Nie zrozumcie mnie źle, jest to ważny wątek, który w dużej mierze tłumaczy zachowania bohaterów, jednak w mojej opinii było tego zdecydowanie za dużo. Od dawna wiadomo, że czasami „mniej znaczy więcej” i taką też mam radę dla debiutującej autorki, że nie wszystko i nie w każdym miejscu musi być podkreślone i powiedziane wprost, czasem pewne rzeczy lepiej pozostawić między wierszami, dając pole do popisu wyobraźni i inteligencji czytelnika. Ogólnie mogę jednak stwierdzić, że lekki styl, błyskotliwe dialogi, fajny klimat sprawiają, że z przyjemnością zanurzyłam się w świat bohaterów. Jeśli potrzebujecie oderwania od rzeczywistości i miłego spędzania czasu polecam Wam tą lekturę.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem WasPos.