„Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z REDMONDU

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 3)
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1930r.
  • Data premiery światowej: 1915r.

Ani Shirley wierna jestem od dziecka😊. Tak samo jak wierna jestem Wydawnictwu @wydawnictwomarginesy, które z uporem maniaka przedstawia współczesnej publiczności światowe dzieła w odświeżonym, bliższym oryginałom tłumaczeniu. Mimo początkowego szoku od razu przyzwyczajam się do tej nowoczesnej, bardziej wiernej translacji. Jeszcze bardziej wysławiając to czytane przeze mnie dzieło.

Dwie części rudowłosej już nie – Ani i nadal nie – Kordelii za mną. O „Anne z Zielonych Szczytów” przeczytacie TU, a „Anne z Avonlea” przybliżyłam Wam w recenzji opublikowanej TUTAJ. Teraz  kolej na lekturę „Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery również w tłumaczeniu odważnej, przeciwstawiającej się konwenansom i stuletniej tradycji Anny Bańkowskiej, która debiutowała 24 sierpnia br. Sprawdzicie sami, jak tym razem wypadło tłumaczenie?  

Anne będąc pełnoletnią młodą dorosłą wyrusza na  studia do Redmond College w Kingsport.  Odczuwa niezmierną tęsknotę za Marillą oraz bliźniętami, Dorą i Davy’m Keithów, które Marilla przygarnęła po śmierci swojej dalekiej krewnej. Nauka daje się jej we znaki. Poświęca każdą chwilę, by efektywnie wykorzystać poświęcony jej czas i zdobyć upragnione wykształcenie. Ciężka praca nie chroni jej jednak przed zawirowaniami serca. Billy Andrews, Charlie Sloane, Roy Gardner i Gilbert Blythe stawiają Anne w trudnej sytuacji. Nowe przyjaźnie z  Priscillą Grant i Philippą Gordon – współlokatorkami w Ustroniu Patty – pomagają Anne przetrwać rozłąkę z domem rodzinnym i zaznać przyjacielskiego ciepła.  

Kompletnie nie wiedziałam, że Redmond to miejscowość, w której Anne się uczyła by zostać nauczycielką. Ale jestem wytłumaczona, pewnie jak większość czytelniczek, gdyż ja Anne znam jako „Anię na uniwersytecie”😉. Sama Lucy Maud Montgomery nadała książce tytuł „Anne of Redmond”, lecz został on zmieniony przez wydawcę na „Anne of the Island” i oficjalnie tak brzmiał angielski tytuł tej części. Co ciekawe pierwsze polskie tłumaczenie brzmiało „Ania z Wyspy” (1930, przekład Andrzeja Magórskiego). Dopiero rok później Polska usłyszała o „Ani na Uniwersytecie” (1931, przekład Janiny Zawiszy-Krasuckiej).

Redmond College okazał się jednak ciekawym miejscem, nie tylko dla tytułowej Anne, lecz także dla mnie jako nałogowej fanki serii. Na szczęście głównej bohaterki nie opuszcza optymistyczne podejście do życia, bogata fantazja. Jej delikatne szaleństwo, odwaga i spryt dodają Anne tylko uroku. To taki rudzielec, którego nie da się nie lubić.

W trakcie czytania poddałam się mechanizmowi, który zaobserwowałam u siebie dawno temu, gdy po raz pierwszy czytałam powieści o Anne. Kolejna część okazała się dla mnie mniej interesująca, mniej zaskakująca, mniej ciekawa. Lucy Maud Montgomery stworzyła postać dojrzalszej Anne, która ze względu na swój wiek straciła trochę z dziecięcego uroku. Książka wraz z kolejną częścią staje się bardziej poważniejsza. Ponad pięcioletni odstęp pomiędzy kolejnymi częściami dał się i bohaterce, i autorce we znaki. Tym bardziej, że nie był to dla Montgomery czas stracony. W międzyczasie bowiem napisała i wydała powieść o Kilmenie, a także dwa tomy „Historynki”.

Z uważnością jednak czytałam „Anne z Redmondu” rozkoszując się nowoczesnym językiem, użyciem oryginalnych, niespolszczonych imion głównych bohaterów (oj, nadal nie potrafię pokojarzyć, kto jest kto😊) i szukając różnic, które po tak długim czasie od przeczytania „Ani na Uniwersytecie” nie są dla mnie bardzo oczywiste, jak się pierwotnie spodziewałam.

To część sagi, która od przeszło stu lat rozbudza wyobraźnię młodych czytelniczek. Książka jest nadal o wygranym życiu, chudej, rudej sierotki, która u Cuthbertów  zawitała całkowicie przez przypadek, a która znalazła u nich prawdziwy, kochający dom. To seria z happy endem, którego czasem brakuje nam w rzeczywistym życiu.

Fani Ani/Anne łączcie się!!! Udanej lektury.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co serdecznie dziękuję.

„Nieznajoma z Sekwany” Guillaume Musso

NIEZNAJOMA Z SEKWANY

  • Autor: GUILLAUME MUSSO
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 10.08.2022r.
  • Data premiery światowej: 21.09.2021r.

„(…) Dla wielu artystów pisanie jest sposobem na życie (…) Fikcja ma tę cudowną zaletę, ze potrafi na chwilę oderwać nas od rzeczywistości”. – Guillaume Musso „Nieznajoma z Sekwany”.

To pewnie dlatego tak często sięgam, praktycznie w każdej wolnej chwili do książek😊.

Wracając do Guillaume’a Musso to efekty jego prac nie są już dla mnie niespodzianką. Po przeczytaniu ostatnich dwóch: „Sekretne życie pisarzy” (recenzja na klik) i „Zabawa w chowanego” (recenzja na klik) oczekuję zwięzłych, krótkich powieści napisanych w sposób metodyczny, z zachowaniem francuskiego, męskiego szyku. „Nieznajoma z Sekwany” darowana mi przez @WydawnictwoAlbatros premierę miała prawie miesiąc temu. Z opinii na LC wynika, że nie każdemu przypadła do gustu😉. Ja się nie zrażam. Wszak nie od dziś wiadomo, że źle napisane książki to tylko te, które nie zostały wydane. Pozostałe mogą bardziej lub mniej wpadać w gust czytelników.

Komisarz Roxane zdegradowana do stanowiska w Agencji do spraw Niekonwencjonalnych zaczyna interesować się śledztwem prowadzonym przez swego poprzednika, Marca Batailley’a, który zaciekawił się zmarłą sprzed rokiem w katastrofie lotniczej pianistce Milenie Bergman i jej związkiem z Błaznami Dionizosa. W osnutej ciekawą sławą wieżyczce, z wiernym kotem u boku i stażystką Valentine, Roxane zaczyna fascynować się historią tragicznej śmierci, jak i wyłowionej z Sekwany nagiej kobiety nie podającej swoich personaliów, ale genetycznie zbieżnej ze zmarłą Bergman. Drogi śledztwa prowadzą Roxane w różne miejsca i do różnych osób. Czy syn Marca, Raphaël pomoże czy wręcz przeszkodzi w policyjnych działaniach?

Gdyby nie pewne logiczne i stylistyczne nieścisłości książkę czytałoby mi się znacznie lepiej. Czy coś Wam tu nie pasuje ?

„- Skąd dzwonił ten mężczyzna?
 – Przeważnie wszyscy dzwonią pod numer osiemnaście….”
Prawda? Pewnie od razu to wyłapaliście😉. Pytanie było skąd dzwoniono, ale fikcyjny rozmówca uparcie twierdzi, że : „Facet dzwonił bezpośrednio… (…) Musiał znaleźć numer w internecie….” i tak dalej….

Logicznie niespójne, fabularnie niespinające się. Takie wydawnicze nieścisłości bardziej mnie drażnią, niż literówki.

Urzekła mnie za to formuła książki. Składa się z trzech zatytułowanych części i łącznie siedemnastu zatytułowanych rozdziałów. Na początku każdego z nich czytelnik znajduje cytat autorstwa sławnych pisarzy, malarzy, artystów. Cytaty wprowadzają czytelnika w nastrój danego fragmentu, w którym zaczyna się rozczytywać. Wtrącone wycinki z gazet, czy screen shoty z fikcyjnego smatrfona, jak również świadectwa oględzin lekarskich i tym podobne nadały tej publikacji ciekawego charakteru przekraczające granice między dokumentem a fikcją. Do tego narracja. Trzecioosobowa w odniesieniu do poczynań Roxane, pierwszoosobowa z perspektywy Marca i Raphaëla. O ile w przypadku Roxane Musso skupił się na jej detektywistycznej pracy, o tyle Marc i Raphaël to postaci skrzywdzone przez los, naznaczone do końca życia przez błąd jednej osoby i śmierć drugiej, niewinnej w strasznych warunkach. A jakich, to sami będziecie musieli się dowiedzieć czytając. Ta osobista, relacyjna narracja jest bardzo dobrze napisana. Wczułam się w emocje, działania obu mężczyzn. Rozumiałam je w mig, w przeciwieństwie do zachowania i słów Roxane, które nie do końca mi pasowały do postaci. Czas akcji również zasługuje na uwzględnienie. To dosłownie kilka dni przed i w trakcie Bożego Narodzenia, czasu magicznego, czasu przebaczenia i czasu świętowania. To świętowanie nabiera szczególnego znaczenia w aspekcie podjętego tematu mitologii greckiej. I nagle wszystko zaczęło się układać w kolejną zbrodnię….

Lubię styl Guillaume’a Musso. Nie są to książki wymagające i niepokojące mnie, mimo, że mistycyzm, zagadka, nadprzyrodzone moce są autorowi nieobce. Jest to typowa literatura rozrywkowa, którą Musso uprawia na fali zainteresowania kryminałami, thrillerami i horrorami. Czasem warto do takich publikacji sięgnąć. Chociażby po to, by zobaczyć jak tym razem zareagujemy na nową powieść. Tym razem fabuła zawiera dodatkowy smaczek, o którym wspomina Wydawca w swym opisie. Autor odniósł się do rzeczywistej zagadki, jaką stanowiła nieznajoma młoda kobieta wyłowiona z Sekwany ponad sto pięćdziesiąt lat temu. A zagadki rozpalające wyobraźnię idealnie wpasowują się w sensację😊.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Marzenia Amelii” Agnieszka Olejnik

MARZENIA AMELII

  • Autor: AGNIESZKA OLEJNIK
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery: 29.06.2022r.

„Marzenia Amelii” to trzecia po „Wyboru Charlotty” i „Sekret Marianny” romans historyczny autorstwa Agnieszki Olejnik, który przenosi nas do XIX-wiecznego Londynu. Tytułowa bohaterka była jedną z niewielu kobiet w ówczesnych czasach, która miała szansę wyjść za mąż z miłości. Darzyła swego narzeczonego uczuciem i snuła wspaniałe plany na przyszłość. Niestety wszystko przerwała jego niespodziewana śmierć. Teraz Amelia nie potrafi otrząsnąć się z żalu i smutku, wpada w swoistą depresję, więc jej brat wraz ze swoją żoną, którzy zresztą byli bohaterami poprzedniej części, robią wszystko co mogą, by ją z tego stanu wyciągnąć. Udają się na konsultacje do znajomego lekarza, który sugeruje, że pomocne w jej stanie będzie wyrwanie się z marazmu, oderwanie się, poświęcenie się czemuś, co Amelia lubi, realizacja marzeń. Tutaj przychodzi czas, by Amelia mogła sobie odpowiedzieć czego pragnie o o czym marzy. A trzeba podkreślić, że nie jest to pytanie, na które często odpowiadały sobie ówczesne panny. Okazuje się, że marzenie bohaterki jest dosyć nietypowe, odważne, by nie powiedzieć wywrotowe. Czy Amelii uda się je zrealizować? A może ostatecznie okaże się, że jednak bardziej marzy o czymś zupełnie innym…

Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Niektóre wątki medyczne momentami trochę mnie nużyły, jednak przez większość czasu jest zabawnie i lekko. Ta książka to świetny sposób na oderwanie się od rzeczywistości i fajnie spędzony czas. Przenosi ona bowiem czytelnika do zupełnie innej rzeczywistości. Do świata XIX-wiecznego Londynu i na wrzosowiska Szkocji, do świata angielskich dworków, towarzyskich układów, konwenansów, i towarzyskich skandali. Głownie bohaterowie są dosyć wyzwoleni i nowocześni, jednak poprzez inne dalszoplanowe postacie autorka ukazuje nam zwyczaje londyńskiego towarzystwa, to co było dozwolone, a co uchodziło za szaleństwo i foux pas. Ja doskonale się w tym świecie bawiłam i Wam również polecam.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Ze złości” Katarzyna Bonda

ZE ZŁOŚCI

  • Autorka: KATARZYNA BONDA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Seria: JAKUB SOBIESKI. TOM 2
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 10.08.2022r.

Raz Meyer, raz Sobieski 😊. Pewnie, gdyby się przyjrzeć bardziej wnikliwie Kuba Sobieski coś miałby z Huberta Meyera. Ja wolę się nad tym nie zastanawiać, gdyż każdy z nim ma swój urok, właściwy tylko jemu. I tak przeplatają się ich historie, ich przygody. Pierwszy tom o Sobieskim pojawił się w marcu tego roku („O włos”), chyba tylko po to, bym zaraz 18 maja zanurzyła się w siódmą część serii o Hubercie Meyerze w  „Zimnej sprawie”. Tu detektyw, tam profiler. Ciekawe, o kim przeczytamy następnym razem? Nad jaką postacią  @Katarzyna Bonda pracuje?

Wracając do premiery z 10 sierpnia 2022, drugiej części cyklu o Jakubie Sobieskim, zatytułowanej „Ze złości” od razu wspomnę, że to nie lada historia. @wydawnictwo.muza.sa wypuściło na rynek czytelniczy opowieść jakich mało; z gangsterką lat dziewięćdziesiątych, niesłusznie oskarżoną i pełną zagadek. Piszecie się?

Ofiara zawsze w jakimś stopniu programuje swoją śmierć za życia. Jej ryzykowne zachowania wrzucają ją wprost w ramiona mordercy.” -„Ze złości” Katarzyna Bonda.

Ciekawe, czy przyszło to do głowy Natalii, żonie Kuglina, mamie Kacpra, dawniej Hussakowskiej, zwanej  Husią? Raczej nie. Bo gdyby tak było wybierałaby bardziej ostrożniej wśród wszystkich ze swego otoczenia.  Kobieta trofeum. Zgrabna, piękna i inteligentna. Ginie od trzykrotnego strzału w trakcie party organizowanego we własnym domu. Wszyscy są zdziwieni jej śmiercią. Jednocześnie wielu jawnie żywi do niej urazę. Jej mąż, bogaty właściciel kasyn wynajmuje Sobieskiego do znalezienia jej mordercy. Jej rywalka, która odbyła karę pozbawienia wolności, za atak na pierwszego męża Husi i jej samą – Jolanta Bulandra prosi Sobieskiego o pomoc, w udowodnieniu jej niewinności na potwierdzenie, że spędziła w więzieniu niesłusznie wiele lat. A sama Ada Kowalczyk była policjantka, a aktualnie praktykantka w prokuraturze wplątuje go w intrygę, która ma jednocześnie wrócić do zbrodni Hussakowskiego sprzed lat i rozwiązania zagadki, kto za jakie sznurki pociągał i czyje śmierci były bardziej lub mniej zawinione. Czy komukolwiek Sobieski pomoże i rozwiąże piętrzące się zagadki?

Działania ze złości zasadniczo nie przynoszą nikomu nic dobrego. Najtrudniej jest pogodzić się z porażką i pójść swoją drogą.” -„Ze złości” Katarzyna Bonda.

Największym atutem tej historii jest postać Sobieskiego. Wytatuowanego byłego policjanta, żonatego, oczekującego pierwszego dziecka, usuniętego ze służby za malwersacje, aktualnie detektywa czekającego długo na swoją licencję. Do tego syna majora Sobieskiego o bardzo zacnym, bogatym pochodzeniu, znającego język francuski i potrafiącego jeździć konno. Dołączając do jego amatorskiej charakterystyki kwestię jego matki i ogromnej tęsknoty za nią stwierdzam, że Bonda stworzyła detektywa nietuzinkowego. Dla mnie nawet bardziej skomplikowanego niż Sherlock Holmes w grany przez Benedicta Cumberbatch. Idealnie wczułam się w fabułę, w której Sobieski staje się detektywem na zlecenie wielu, a któremu tak naprawdę przyświecają własne, ambicyjne cele. W tej całej plejadzie postaci Ada Kowalczyk wkomponowała się w historię Sobieskiego idealne. Autorka świetnie odzwierciedliła napięcie i skomplikowaną relację między nimi. Liczę na kolejną część, w której mam nadzieję perypetie relacyjne pomiędzy Adą a Kubą posuną się trochę do przodu😊.

Fabuła sklecona została z wielu wątków. Czytając miałam wrażenie, że Kasia Bonda bawiła się historią, bawiła się pisaniem wymyślając kolejne odnogi historii. Mnogość nazwisk i postaci nie ułatwia czytania. Maksymalnie się skupiałam czytając o Zielińskim, Firuzie, Tomku Bulandrze, Wakulińskim, Wrzesińskim, Wombacie, Bachanku i wielu innym, a i tak w wielu miejscach popłynęłam i musiałam kartkować do początku😉. Rzetelne wydaje mi się odzwierciedlenie wielu wątków, które zostały podjęte. Koligacje rodzinne i nepotyzm zarówno w gronie gangsterskim, jak i wojskowym, czy policyjnym. Przemoc domowa względem słabszych wśród osób władczych, czy zawodowo związanych ze służbami mundurowymi. Nawet stereotyp dotykający narkomanii wśród panicznie szczupłych modelek idealnie wkomponował się w treść książki. A czytając o dziennikarzu Lewandowskim….miałam poczucie, że pierwowzór mogłabym bardzo łatwo wskazać😊. Ciekawe, czy bym trafiła….

Książka napisana jest bardzo wartkim, zwięzłym językiem. To jest styl Bondy, który bardzo cenię. Wiele się dzieje i za wieloma wydarzeniami czytelnik musi podążać. Kryminał podzielony został na osiem rozdziałów i prolog. Każdy rozdział odnosi się do kolejnego dnia śledztwa. Jest ich tylko osiem. Nie wierzcie na słowo, tylko sami sprawdźcie ile się może zdarzyć w osiem następujących po sobie dniach. Do tego każdy rozdział jest zatytułowany i wszystkie tytuły pochodzą z pokerowej gry. Przecież wielki hazard i ogromne pieniądze są składową kryminalnej intrygi.

I tak dzień pierwszy, przeszedł w drugi, a w dniu szóstym ktoś załapał się na karetę, by jednak w dniu ósmym…. trafić, czy nie trafić? Oto jest pytanie.

Książka zdecydowanie dla fanów Kasi Bondy i wszystkich amatorów rozrywkowej literatury z gatunku kryminał uwielbiających, gdy trup ściele się gęsto. Czytajcie!!!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Nagle trup” Marta Kisiel

NAGLE TRUP

  • Autor: MARTA KISIEL
  • Wydawnictwo: MIĘTA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Po przeczytaniu serii autorstwa Marty Kisiel o Małym Lichu oraz dwóch komedii kryminalnych z serii z Tereską Trawną zostałam niekwestionowaną fanką talentu autorki. Wiedziałam, że każdą kolejną powieść jej autorstwa (może z wyjątkiem tych z gatunku fantastyki) biorę w ciemno. Kiedy więc pojawiła się wzmianka, że 18 maja nakładem nowego wydawnictwa Mięta ukazuje się „Nagle trup” zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby sięgnąć po lekturę. Dotarła ona do mnie z pewnym opóźnieniem, za to czytanie poszło błyskawicznie. Niestety recenzja pojawia się z jeszcze większym opóźnieniem, za co niniejszym biję się w pierś.

W wydawnictwie niespodziewanie ginie redaktor. Jego zwłoki znajduje praktykant swojego pierwszego dnia w firmie. Jest to więc dosyć drastyczny i wstrząsający sposób rozpoczęcia swojej przygody z wydawnictwem. Na miejsce trafiają policjanci i mają oni, jak się okazuje, bardzo utrudnioną pracę, bowiem wydawnictwo ukazuje im się jak istny dom wariatów z szeregiem niesłychanie oryginalnych osobowości. I tak mamy właściciela, sekretarkę Arkadiusza Krawczyka, Danielę i jej nowego kierownika, panią Barbarę, Grzegorza Stalówkę  wraz z dzieckiem, panią  Grażynę i innych. Oprócz szeregu dość ekscentrycznych pracowników wydawnictwa policjanci muszą się jeszcze zmagać z debiutującą autorką, a jednocześnie byłą komendantką policji, której powieść ma się ukazać wkrótce, a jej redaktor właśnie został zamordowany. To wszystko to trochę za dużo na barki dwóch dzielnych policjantów. Czu uda im się rozwiązać tą zagadkę? Czy dowiemy się kto i dlaczego zamordował redaktora?

Uwielbiam książki, które rozgrywają się w środowisku związanym z książkami. Najnowsza powieść Marty Kisiel dotyczy książek, akcja umieszczona zostaje w wydawnictwie, a więc miejscu, gdzie prawie wszystko dotyczy książek. Podczas lektury czułam się więc jak ryba w wodzie, a raczej jak książkoholik w swoim środowisku naturalnym. Jak zwykle w Marty Kisiel mamy do czynienia z niesamowitym humorem, błyskotliwymi uwagami, świetnym stylem, zwariowanymi bohaterami. W trakcie czytania nie sposób się nudzić. Oczywiście serii z Tereską Trawną w mojej opinii ta powieść nie dorównuje, natomiast czytało się ją bardzo przyjemnie, szybko, fajnie, świetnie się przy tym bawiłam i gorąco Wam polecam lekturę.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU MIĘTA.

„Konwersja” Piotr Rogoża

KONWERSJA

  • Autor: PIOTR ROGOŻA
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 300
  • Data premiery : 24.08.2022r.

@Piotr Rogoża młody, gniewny pisarz o fantastycznym zacięciu. Jego powieści przed „Konwersją”, która nakładem @wydawnictwomarginesy premierę miała w ubiegłą środę, były mi obce. Z zaciekawieniem sięgnęłam więc po ten egzemplarz licząc na intrygujące wnętrze. Niby nie ocenia się książki po okładce😉, ale czasem okładka daje nadzieję.

Adrian Klimke „mógłby być cyborgiem. Szkoda, że nie jest.” Jest za to pracownikiem agencji artystycznej mającej pod swą opieką wielu znanych influencerów i celebrytów, za którymi podąża świat, w tym świat reklamodawców. Jest pozycjonerem. Czasem jest przywódcą duchowym i mentalnym. Zdarzyło mu się być nawet reżyserem filmów pornograficznych. Jest tym, kim trzeba by był, by wypchnąć w świat idealny produkt, który zrewolucjonizuje rynek wpływowych młodych ludzi, za którymi będą podążać masy. Jego prawie idealne życie roztrzaskuje się w pył, gdy popełnia samobójstwo Łucja Felisiak, czyli Leika Fash, inna podopieczna agencji. Zniknięcie kilkunastoletniego streamera dodaje sprawie kolorytu. Klimke zaczyna zastanawiać się dla kogo pracuje, kto mu płaci. Tak samo zastanawia się dziennikarka Helena Różewicz, freelancerka interesująca się sprawą. Czy podopieczna Klimke, piękna piosenkarka Amal również straci życie?

„Sądzisz, że coś musi się wydarzyć naprawdę, żeby zostać nagrane? Pomyśl jeszcze, jak łatwo opowiedzieć twoją historię…”-„Konwersja” Piotr Rogoża.

Tak sądzisz? Naprawdę?

Ja tak sądziłam. Wstyd się przyznać, ale na szczęście do czasu. Do czasu przeczytania „Konwersji”, w której Rogoża bezlitośnie obnażył mechanizmy rządzące dzisiejszą wirtualną rzeczywistością i mediami. Zrobił to w dobrym stylu, w iście męskim stylu. Oszczędnie w słowach i wyrazie artystycznym. Unikając zbytnio przymiotników i przydługich opisów. Tylko trzysta stron. Tylko cztery zatytułowane części. Tylko około dwadzieścia rozdziałów i to nie w każdej z nich. Ale ile treści. Ile przesłania.

To książka obnażająca pewne mechanizmy, o których nigdy nie myślałam tymi kategoriami. To nie science fiction. To przejaskrawiona rzeczywistość, która może się dziać obok nas, za naszym bezwolnym przyzwoleniem. „Konwersja” to projekt. Klimke to projekt. Różewicz to projekt. O Amal nie wspominając. A jeśli mowa o projektach to słusznie możemy domniemywać, że ozdabiają je kłamstwa sączące się ze zdjęć na portalach społecznościowych jak z reklam.

Formatowanie. Persony. Materiał sponsorowany. Gdzie „nikt nie oczekuje idealnego rezultatu – wystarczy, że odbiorca da się nabrać.” „(…) nadpisywanie nowych warstw tożsamości.” Przynoszące rezultaty w postaci kontraktów reklamowych, tworzenia nowej świadomości społecznej, swego rodzaju medialnego niewolnictwa.

Koncepcja homo smarthonicus idealnie wkomponowała się w moje doświadczenia i moje własne spostrzeżenia. Autor trafnie ujął to, z czym borykają się współcześni rodzice, a czego nie dostrzegają lub próbują nie dostrzegać młodzi. Rozpisał to, o czym sama wielokrotnie myślałam, a czego nie byłam w stanie tak samodzielnie trafnie opisać. Takich słusznych i celnych wypowiedzi w powieści jest sporo. Jakby Rogoża bawił się w socjologiczną analizę, w diagnozę społeczną.

To książka dla wymagających czytelników. Dla takich odbiorców, którzy lubią po odłożeniu lektury długo zastanawiać się nad przeczytanymi treściami. „Konwersja” okazała się taka dla mnie. Tydzień po przeczytaniu nadal byłam przed recenzją i w trakcie ciągłej rozkminy WTF? Przyznam, że Autor ma swój charakterystyczny styl. Sama fabuła również nie każdemu przypadnie do gustu. Wymaga większej uważności. Szerszego spojrzenia i nie brania wszystkiego do siebie dosłownie. Zakończenie okazało się bardziej zaskakujące, niż się spodziewałam. Nie ma tu wygranych wśród moich ulubieńców. Oj nie ma😉.

„Osoba poddana formatowaniu nie może nawet podejrzewać, że jej tożsamość to sztuczny konstrukt. Dobre formatowanie nie pozostawia śladów”. -„Konwersja” Piotr Rogoża.

Pamiętaj;
Jesteś tym, za kogo się uważasz. Nikim więcej i nikim mniej”. -„Konwersja” Piotr Rogoża.  
Bo nie ważne, kim naprawdę jesteś.

Dobitnie inteligentna książka utrzymana w szybkim tempie z zaskakującą fabułą. Jedyną w swoim rodzaju. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Pani McGinty nie żyje” Agatha Christie

PANI MCGINTY NIE ŻYJE

  • Autorka: AGATHA CHRISTIE
  • Cykl: HERKULES POIROT (tom 28)
  • Wydawnictwo: DOLNOŚLĄSKIE
  • Seria: JUBILEUSZOWA KOLEKCJA AGATHY CHRISTIE
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1.01.1991r.
  • Data premiery światowej: 1952r.

Po „Zagadce Błękitnego Ekspresu” z 1928 roku, „Morderstwie na polu golfowym” z 1923 roku i „Rendez-vous ze śmiercią” wydanego w oryginale w 1938 roku, przyszedł czas na „Pani McGinty nie żyje”. Powieść Agathy Christie, która po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w 1952 roku, a więc po trzydziestu dwóch latach od wydania pierwszej serii cyklu z Herkulesem Poirot. Dzięki @Wydawnictwo Dolnośląskie otrzymałam ten piękny egzemplarz kryminału debiutującego w tym wydaniu w dniu 24 sierpnia br. w ramach Jubileuszowej Kolekcji Agathy Christie. Książka ma swój urok. A treść jak zwykle gwarantuje skomplikowaną zagwozdkę kryminalną, którą potrafi tylko rozstrzygnąć najlepszy detektyw wszech czasów.

Herkules Poirot mimo, że od pierwszej części, ciągle jest emerytowanym sławnym, belgijskim detektywem, rozwiązał już prawie trzydzieści kolejnych trudnych zagadek kryminalnych. Jego ego, jak sam mówi o sobie wzrasta i jest bardziej wymagające.

Jestem Herkules Poirot, wielki, wyjątkowy Herkules Poirot…” -„Pani McGinty nie żyje” Agatha Christie.

Lecz w rzeczy samej komuś o moich talentach niezbędny jest podziw dla siebie samego – a do tego konieczny jest impuls z zewnątrz. Nie potrafię, naprawdę nie potrafię siedzieć cały dzień w fotelu, rozmyślając, jak bardzo jestem godny podziwu. Konieczny jest tu czynnik ludzki. Konieczny jest – jak to się teraz mówi – admirator.” -„Pani McGinty nie żyje” Agatha Christie.

I ten niski, zadufany w sobie człowieczek, o przeogromnym własnym ego kwestionuje wyrok, który zapadł w niezawisłym angielskim sądzie, w obecności ławy przysięgłych w sprawie Pani McGinty. Nic nie znaczącej sprzątaczki, która straciła życie i również schowane pod podłogą dwieście funtów oszczędności. Mimo winy Jamesa Bentleya, jej lokatora Poirot wie, że w tym przypadku osoba ofiary jest mniej ważna, niż postać mordercy. Bentley od razu zostaje wyłączony z grona podejrzanych. Tylko gdzie szukać prawdziwego zabójcy? Jak go szukać wśród zacnych i przyzwoitych mieszkańców Broadhinny?

Ego Poirota rośnie z każdym odcinkiem cyklu😊. W tym tomie przerosło moje oczekiwanie. Zacnym spostrzeżeniem jest uwaga Poirota przesłuchującego młodą kobietę: „Rozczarowany zauważył, że jego nazwisko nie zrobiło na niej wrażenia. Pomyślał, że młodemu pokoleniu zdecydowanie brakuje wiedzy na temat wybitnych postaci.” Mnie te uwagi – wyrażane na swój temat przez sławnego detektywa – nie drażnią, nie męczą. Wręcz przeciwnie z każdym przeczytanym tomem bardziej mnie śmieszą i bawią, szczególnie w kontekście sytuacji, w których zostają rzucone.

Bardzo spodobała mi się postać ambitnej autorki kryminałów, Pani Oliver. Świetnie też została zagrana w serii z Davidem Suchetem w roli Poirota😉. Była moją ulubioną bohaterką. Jej uwagi, lekkomyślny stosunek do teorii i zachowania Poirota są sprytną przeciwwagą dla jego osoby. Ona twierdzi, że „Gdyby to kobieta była szefem Scotland Yardu…” i sugeruje, że sprawa zostałaby ponownie rzetelnie rozwikłana. On zaś uważa; „Dobra żona dbająca o dom, zadająca sobie trud, żeby gotować dla męża. Pochwała to”. Ona się wyzwoliła spod męskiego jarzma będąc autorką poczytnych kryminałów i całkowicie samodzielną finansowo – czyżby pierwowzorem była Christie? On hołduje starym podziałom obowiązków hołubiąc pokorne, usłużne swym mężom i dzieciom  kobiety. Każdy ciągle w swoją stronę, a spotkanie tych dwóch światów zawsze wypada ciekawie.

O dziwo Poirot w „Pani McGinty nie żyje” potrafi nawet kłamać i robi to z „kamienną twarzą”. Jego cechy zmieniają się wraz z upływem lat i upływem wieku, w którym Christie pisała historie o nim. Kilkadziesiąt lat z jednym bohaterem musiało odcisnąć na niej piętno. Nudziła się zapewne jego postać i jej, i po trochę czytelnikom. Pewnie dlatego od czasu do czasu dodawała do niej nieco nowości, mniejszej przewidywalności i bardzo jaskrawych cech. Dobrze to wyszło Poirotowi. Zdaje się być w tym tomie bardziej ludzki, bardziej omylny, mniej fikcyjny.

A sama kryminalna intryga? Ciekawa. Jedna z najciekawszych. Idealnie wkomponowała się w kobiecy świat, w którym stare urazy i straty nigdy nie wyparowują same w powietrze. Gdzie stare krzywdy muszą być, nawet po kilkudziesięciu latach, zadośćuczynione.

Która z nich to zrobiła? Czy Eva Kane? Czy Janice Courtland? A może mała Lily Gamboll lub „niczego nieświadoma żona mordercy” Vera Blake? Im więcej podejrzanych kobiet, tym lepiej. Im więcej pytań, tym klasyczny kryminał staje się bardziej interesujący. Zachęcam Was do intelektualnej pracy przy wykorzystaniu Waszych szarych komórek. Udanej lektury w poszukiwaniu prawdziwego zbrodniarza😊.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu!

„Złap mnie” Lisa Gardner

ZŁAP MNIE

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: Detektyw D.D. Warren. TOM 6
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery w tym wydaniu: 27.07.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 24.09.2014r.

Lisa Gardner pasjonuje się w seriach o silnych kobietach, co udowodniła wprowadzając do czytelniczego obiegu nową serię książek z Frankie Elkin („Zanim zniknęła”). Cykl z Detektyw D.D. Warren ma kilkanaście tomów. Części 11 („Czyste zło”) i 10 („Powiem tylko raz”)  recenzowałam na moim blogu, a dzięki współpracy z @WydawnictwoAlbatros mogłam powrócić do pierwszych publikacji tej serii (recenzje kolejno ukazujących się znajdziecie tu: „Samotna”, „W ukryciu”, „Sąsiad”, „Dziecięce koszmary”).  Z dotychczas przeczytanych dzieł twórczyni jawi mi się jako pasjonatka thrillerów z dziećmi w roli głównej, ze słabszymi w roli głównej, którzy ulegają wykorzystaniu. Czy w „Złap mnie”, która premierę miała 27 lipca br. schemat zostanie powtórzony?

Być może najbardziej nie boimy się umierania, lecz umierania w samotności. Bez dotyku bliskiej osoby. Bez poczucia przynależności. Opuszczając ziemię, na której nic po sobie nie zostawimy.” – „Złap mnie” Lisa Gardner.

Wracająca po 14-tygodniowym urlopie macierzyńskim detektyw sierżant D.D. Warren zostaje zaangażowana w śledztwo w sprawie morderstwa pedofila typu chodź pobawić się moim małym pieskiem. Śledczy wykonują standardowe procedury szczędząc jednak ofierze współczucia. Gdy okazuje się, że podobnych morderstw jest więcej, a ofiarami również są mężczyźni, którzy przechowują pornografię dziecięcą na nośnikach komputerowych, w dochodzeniu zaczyna detektyw Warren pomagać detektyw O. Równolegle D.D. zostaje wplątana w sprawę dwudziestoośmioletniej Charlene Rosalind Carter Grant, która według najlepszej swojej wiedzy za cztery dni najprawdopodobniej umrze, jak jej dwie przyjaciółki rok po roku dwudziestego pierwszego stycznia. Zabita we własnym domu. Samotna. Wpuszczająca mordercę, co nie zostawi śladów włamania. Sprawę komplikują wiadomości pozostawiane sierżant Warren w okolicy miejsc zbrodni „Wszyscy kiedyś umrzemy. Trzeba być odważnym” i „Złap mnie!”.

Ta książka zdecydowanie mi się podobała, mimo powielonego wątku związanego z wykorzystaniem i krzywdzeniem niewinnych dzieci. Ogromnie zaskoczył mnie wątek Charlie Grant, która przez ostatni rok przygotowywała się na starcie z mordercą. Po niespodziewanej śmierci dwóch przyjaciółek; Randi Menke w Providence i Jaqueline Knowles w Atlancie dwudziestego pierwszego stycznia kolejnego roku, Charlie mogła spodziewać się tylko próby uduszenia. Oprócz uczenia się różnych form ochrony chciała przygotować policję na śledztwo w jej sprawie. Naiwnie liczyła, że przekazane przez nią informacje i podejrzenia przybliżą śledczych do znalezienia mordercę lub morderców dwóch najbliższych jej osób, z którymi przyjaźniła się odkąd skończyła osiem lat. Jej narracja przerwszoosobowa i przygotowywanie się na śmierć uruchamia wyobraźnię czytelnika. Czytając „Mam dwadzieścia osiem lat. I jeszcze nie mam ochoty umierać.” nie mogłam pozostawać obojętną.

Z zaskoczeniem przywitałam kolejną kobiecą postać powieści, która bardzo długo stanowiła jedną, wielką zagadkę. Mimo, że język, styl i tempo powieści nie jest dla mnie niespodzianką, to wplątanie w czterdzieści pięć rozdziałów paru, które liczą kilka wersów jest sensacyjne.

CZEŚĆ. MAM NA IMIĘ ABIGAIL.
 Czy my się znamy?
 Spokojnie poznamy się.
 Cześć. Mam na imię Abigail.” – – „Złap mnie” Lisa Gardner.

Ot i cały rozdział. Co Wy na to? Zdecydowanie Lisa Gardner potrafi mnie jeszcze zaskoczyć. A takich rozdziałów jest więc. Podobnie jak pojawiające się notorycznie pytanie samej Charlie gotującej się na śmierć: „Zostało mi siedemdziesiąt pięć godzin życia. Co ty byś zrobił w takiej sytuacji?”. Nie pozostało bez odpowiedzi. Co rusz zastanawiałam się, co bym zrobiła, gdzie skierowała moje kroki, jakie działania podjęła. Poddawałam w wątpliwość decyzje Charlie i mocowałam się z jej czynami, myślami, słowami.

Do tego iście psychologiczna robota autorki skupiająca uwagę czytelnika na osobowości ofiary i osobowości ochronnej w jednej postaci. To dowód, że to tematu Gardner podeszła z wielką pokorą przygotowując się do opisania wielu wątków śledztwa.

Książka zmuszająca do myślenia i wzbudzające emocje. Oczywiście w sposób bardzo łatwy i prosty, gdyż one wywołane zostają obrazem skrzywdzonych dzieci. Mimo tego i tak uważam, że Lisa Gardner skonstruowała dobrą jakościowo powieść, na którą warto zwrócić uwagę przez Charlie, przez Abigail i przez Toma. A przede wszystkim przez rzetelne pokazanie pracy dyspozytora alarmowego. Zajrzenie do wnętrza tego fachu wręcz traktowałam jako swoistą apostazję. Ile się dowiedziałam! Ile się dowiedziałam!

Post scriptum

Lubicie wisienki na torcie? Ja bardzo. W przypadku „Złap mnie” okazało się nią wprowadzenie do fabuły powieści bohaterów znanych z innych książek. Pojawia się i Pierce Quincy i jego córka Kimberly 😊, a także David Riggs z „Drugiej żony”. Ciekawe, czy zwrócicie przy czytaniu na nich uwagę😉.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki  Wydawnictwu Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Okruchy pamięci” Tim Weaver

OKRUCHY PAMIĘCI

  • Autor: TIM WEAVER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: DAVID RAKER. TOM 8
  • Liczba stron: 512
  • Data premiery: 13.07.2022r.
  • Data premiery światowej: 27.07.2017r.

Po „Nie wiesz kim jesteś” siódmej części z Davidem Rakerem, specjalistą od osób zaginionych, którą oceniłam 8/10 wiedziałam, że chcę sięgnąć ponownie do historii z jego udziałem. Dzięki @WydawnictwoAlbatros i jego kolejnej dobrej premiery z 13 lipca br. udało mi się to😉. Tim Weaver zatytułował ósmy tom serii „Okruchy pamięci”.

Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak ważne jest dla człowieka nazwisko, teraz jednak dotarło to do mnie z całą mocą: nazwisko jest niezbędne, aby znaleźć swoje miejsce w systemie. Ludzie wciąż walczą z systemem, nie chcąc być trybikiem w maszynie i pozycją w bazie danych. Ale łatwiej walczyć, gdy jest się częścią systemu.”  – „Okruchy pamięci” Tim Weaver.

Tym razem David Raker nie szuka zaginionych. Tym razem David Raker szuka tożsamości osoby, która straciła w wyniku traumatycznych wydarzeń pamięć. Poznajcie Richarda. Chyba Richarda. Nazwanego przez media „Zaginionym”. Mężczyznę, którego odnaleziono pokiereszowanego u wybrzeży Anglii. Richarda, który do tej pory nie pamięta, kim jest, ani skąd pochodzi. Kwestionuje nawet imię, którym się przedstawia. Pamięta krótkie urywki zdarzeń. Widok z okna na  morze i plażę. Potrafi pływać i prowadzić samochód, chociaż nie ma prawa jazdy. Jako osoba bez imienia i nazwiska wypadł z systemu. Nie ma praw. Nie ma zawodu. Choć wiele potrafi. Raker postanawia mu pomóc. Poszukać skąd się wziął i dlaczego do tej pory nikt się po niego nie zgłosił, mimo nagłośnienia sprawy w mediach. Człowiek jakby jest, a jakby go nie było.

Ależ mi się spodobał pomysł na fabułę „Okruchów pamięci”😊. Choć z natury jestem niecierpliwa, więc bezbronność Richarda działała mi chwilami na nerwy😉. Sama konstrukcja książki została przez autora bardzo przemyślana. Osiemdziesiąt jeden rozdziałów podzielono na cztery części. Niektóre z części otrzymały tytuł, jak „Potwór”, „Tchnienie”. Przypadek? Zdecydowanie nie. Te zatytułowane fragmenty książki sieją zamęt, odwracają uwagę od wątku związanego z poszukiwaniem tożsamości Richarda. Niepokoją i wybijają z rytmu. Tym bardziej, że to historia Beth i Penny, dwóch sióstr przyrodnich, niczego nieświadomych młodych dziewczynek eksplorujących otoczenie, w którym żyją. Odważnych, a jednak z góry przegranych. Jak przegrane wydaje się życie Richarda.

Narracja jest bardzo dojrzała. Mimo, że pisana chwilami w trzeciej osobie w odniesieniu do Penny i Beth, wydaje się bardzo osobista. Same poczynania Rakera śledzimy z jego pierwszoosobowej perspektywy. Śledztwo w ten sposób wydaje się bardziej emocjonujące, bardziej przekonujące. Czytając miałam poczucie, że autor przemyślał każdy wątek, by stworzyć spójną historię. Mimo pobocznych tematów nie utracił tej jednorodności to samego końca doprowadzając historię do jej finału. Wciągnęła mnie historia i Richarda, i Penny, i Beth. Chciałam koniecznie dowiedzieć się, gdzie jest jej początek i gdzie autor umiejscowił koniec. Nie czekałam na happy end. Czekałam po prostu na wyjaśnienie. A gdy je odnalazłam na kolejnych kartach powieści to…… poczułam lekki wstrząs. Kilkakrotnie kiwałam głową myśląc „Coś takiego, coś takiego”. I chyba o to chodzi w książkach tego gatunku. By doprowadzały mnie do poczucia niedowierzenia, by wzbudzały we mnie niezgodę na opowiedzianą historię, bym czuła realne współczucie. Te emocje towarzyszyły mi podczas czytania.

W książce znalazł się nawet wątek związany z Polską, lub prawie Polską. Autor nie rozstrzygnął do końca, czy Aleksander Marek był Polakiem. Chociaż może wolałabym, by nie 😉. Kwestia utraconych dzieci, których zawiedli ojcowie, kwestia straconej miłości na wielu płaszczyznach, a przede wszystkim wątek straconej tożsamości to zalety powieści.

„Okruchy pamięci” to kolejna bardzo dobra książka Tima Weavera, w której – analogicznie jak w poprzedniej- autor poszukuje panaceum na rzeczywistość w dawnej przeszłości. Tym razem Raker zaczyna grzebać w zaginięciu Caleba Becka, ojca Penny, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Weaver jest w tym specjalistą. Potrafi tak wpleść w fabułę przeszłość, że wydaje się ona jej nieodłączną częścią. Nie mniej ważną, nie mniej znaczącą dla wydarzeń z teraźniejszości. I w przeciwieństwie do wielu innych autorów, to wszystko się spina w jedną całość.

Szczerze polecam książki Tima Weavera i postać Davida Rakera, specjalisty nie tylko od osób zaginionych, lecz także od utraconych tożsamości. Miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Książką obdarowało mnie  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Noc, w której zniknęła” Lisa Jewell

NOC, W KTÓREJ ZNIKNĘŁA

  • Autorka: LISA JEWELL
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 456
  • Data premiery: 15.06.2022r.
  • Data premiery światowej: 7.09.2021r.

Dość szybko Lisa Jewell wydała kolejną książkę, po „Niewidzialnej dziewczynie” (recenzja na klik), która debiutowała na zagranicznych rynkach w dniu 1 czerwca 2021r. „Noc, w której zniknęła” pojawiła się praktycznie po trzech miesiącach. Z zainteresowaniem sięgnęłam więc do wspominanej powieści, która premierę w Polsce miała 15 czerwca br. nakładem Wydawnictwa @Czwarta Strona, a światową 7 września ubiegłego roku. Trochę na ryzyk fizyk, gdyż zastanawiałam się, czy bardziej będzie poziomem przystawała do „Idealnej rodziny” (recenzja na klik), którą oceniłam 10/10😊, czy do „Niewidzialnej dziewczyny”, której przydzieliłam z bólem serca notę 6/10.

Pisarka kryminałów, Sophie przeprowadza się do Upfield Common do swego Partnera, nowego dyrektora miejscowej szkoły. W idyllicznej miejscowości poza Londynem zaczyna odczuwać znużenie, tęsknotę za dawnym, bardziej gwarnym życiem. Zaczyna interesować się miejscowością i historią jej mieszkańców. Wnikliwość pozwala jej dotrzeć do historii zaginionej przed rokiem 19-letniej Tallulah, która wyszła na randkę ze swoim partnerem Zachiem Allisterem również 19-latkiem zostawiając synka Noaha pod opieką swojej matki. Wtedy Kim Knox widziała córkę po raz ostatni. Sophie zaczyna drążyć sprawę, tym bardziej, że znalazła dziwną wiadomość. Ktoś w pobliskim lesie zostawił informację „Kop tutaj”.

Mówią, że do trzech razy sztuka😊. Tym razem Lisie Jewell udało się bardziej mnie zaciekawić, niż w powieści „Niewidzialna dziewczyna”. Zacznę od pozytywów. Zdecydowanie postać Kim Knox, prawie czterdziestoletniej kobiety, babci Noaha, która na własną rękę stara się odnaleźć zaginioną córkę i dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się w należącym do bogatej rodziny Mrocznym Domu, w którym nastolatkowie zakończyli piątkowy wieczór. Podoba mi się i relacja Kim z niespodziewanym wnukiem, i relacja Kim z córką. Często trudna, skomplikowana, a jednak pełna miłości. Kim to 100% matka i babcia. Oddana, mimo zmęczenia, mimo niespodziewanej wyłącznej opieki nad wnukiem. Autorka nie gloryfikuje roli matki i babci, oddaje rzeczywistość taką jaka jest. Dość dobrze Lisa Jewell rozpisała wątek Tallulah w relacji z rówieśnikami, dotyczy to równocześnie jej starych i nowych przyjaciół. Świetnie został opisany kontekst nastoletniego macierzyństwa w aspekcie okolicznej młodzieży. Dojrzewanie z tym związane, nowe priorytety pojawiające się na horyzoncie. Związki koleżeńskie z dziewczynami, na co autorka zwróciła uwagę czytelnikowi, idealnie wkomponowały się finalnie w fabułę. Czytelnik coś czuje, mniej wie, traktuje historię bardziej instynktownie, aż do jej wielkiego, zaskakującego finału. Narracja również została poprowadzona bardzo płynnie mimo, że zdarzenia następują przed zniknięciem, w trakcie zniknięcia i rok po zniknięciu. Z zaskoczeniem wdrażałam się w historię krok po kroku, mimo trzech czasoprzestrzeni. Z tą kwestią Jewell poradziła sobie wyśmienicie.

Zdecydowanym minusem powieści jest dla mnie koncepcja książki oparta na detektywistycznej robocie wykonanej przez amatorów. Po tylu przeczytanych powieściach kryminalnych i detektywistycznych reaguję wręcz alergicznie czytając, że podrzędna autorka kryminałów działa sprawniej w świecie zbrodni, niż wyszkoleni funkcjonariusze policji. Tym bardziej, że autorka nie rozwinęła wątku, w który mógłby uwiarygodnić postać Sophie. Nie zwróciła uwagi czytelnika na jej inne, charakterystyczne dla pracy detektywa cechy i ewentualne doświadczenie. Kompletnie w tej funkcji postać Sophie mnie nie przekonała, choć w dziennikarskim drążeniu była wiarygodna. I finał☹. Niestety, mimo świetnego pomysłu, realizacja nie do końca udała się autorce. Wyszedł bardzo, ale to bardzo naciągany James Bond. Nie dziwię się. Rozwinięcie fabuły było trudne, spektakularne. Zapewne problemem z pozycji twórcy było zakończenie historii porwania w sposób jak najbardziej przekonujący, a jednak w pewien sposób wyjątkowy.

Dobry, lekki thrillerek z idealnie wykreowaną postacią matki, zarówno tej pełnoletniej, jak i młodocianej. Jeśli lubicie brytyjskie książki w tym gatunku, to z tej powinniście być zadowoleni.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od WYDAWNICTWA CZWARTA STRONA, za co bardzo dziękuję.