„Czas zdrajców” Marek Krajewski

CZAS ZDRAJCÓW

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Seria: EDWARD POPIELSKI. TOM 11
  • Liczba stron: 379
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Edwarda „Łyssego” Popielskiego poznałam przy okazji dziesiątego tomu cyklu pt. „Miasto szpiegów”. @krajewskimarek po rewelacyjnej „Demonomachii” nakładem @wydawnictwoznakpl wydał „Czas zdrajców”, który premierę miał 18 maja br. o dalszych losach Popielskiego w świecie szpiegowskim II Rzeczypospolitej.

Cóż to za ród, te niewiasty – mruknął do siebie. – Omal ducha nie wyzionęła, była katowana, ale pamiętała, by  ukochanemu list miłosny napisać. Twarda sztuka i w dodatku poliglotka. Przydałaby się nam taka w Dwójce.” – „Czas zdrajców” Marek Krajewski.

Do takiej wyjątkowej niewiasty Aurelii Teichert de domo Oskiada Inglisjan vel Inglisowicz wysłał Popielskiego Kapitan Jan Henryk Żychoń, „szef Referatu Zachód Dwójki, odpowiedzialny za działania wywiadowcze przeciwko Niemcom…”. Mimo, że do kolejnej akcji wywiadowczej Popielski podszedł z obawą argumentując; „Czy ja wyglądam na żigolaka? Jestem stary, łysy i zmęczony. Przejechałem prawie tysiąc kilometrów, aby się dowiedzieć od pana, że mam być ogierem?” zaangażował się  w nią w pełni, nawet za bardzo. Na jego nieszczęście stracił do niej głowę, co spowodowało liczne implikacje w efektach jego pracy. Oskarżony o podwójne szpiegostwo musi udowodnić swoją niewinność angażując to samego Piłsudskiego, któremu kiedyś uratował życie i który to ma do niego słabość.

„Misterna gra wywiadów nie jest tutaj pojedynkiem dżentelmenów, lecz wyniszczającą walką prowadzoną przez renegatów, podwójnych agentów i manipulatorów depczących ludzie uczucia.” – z opisu Wydawcy.

Postać Łyssego całkowicie mnie przekonuje. Patrząc na zdjęcie jego twórcy po wewnętrznych stronach okładki Marka Krajewskiego i widząc ten inteligentny wzrok, brodę, eleganckie nakrycie głowy i elegancki ubiór trochę tak sobie go wyobrażam. Do tego obaj noszą tą samą fryzuję😊, co bynajmniej nie odejmuje im uroku. W postać Popielskiego Krajewski bez wątpienia wplótł własne doświadczenia. Obaj są z wykształcenia filologami. Przez co śledząc postać Popielskiego zachodzę w głowę, czy Krajewskiego odebrałabym w ten sposób. Nic, muszę się wreszcie przekonać i trafić na spotkanie autorskie z Autorem kryminałów i książek szpiegowskich retro, które wyjątkowo wpasowują się w moją duszę.

Wracając do powieści, to jak zwykle Autor stanął na wysokości zadania. Skutki akcji stanowiącej główną fabułę poznajemy najpierw w roku 1939, o czym Krajewski wspomina w prologu. W epilogu zaś zamyka ten wątek osadzając wydarzenia w roku 1940. Powieść składa się z dwóch części i łącznie czternastu zatytułowanych rozdziałów, których akcja osadzona zostaje w roku 1935, w którym Popielski rozpoczyna swoją kolejną tajną misję. Narracja jest trzecioosobowa, a język wręcz doskonały, przewyższający ponad wszelką wątpliwość jakością współczesną literaturę rozrywkową. To klasyka w pełnym tego słowa znaczeniu. Opowieść płynie swoim tempem. Autor wtrąca ówczesne sformułowania we właściwym sobie stylu. Słowa, które już dawno wyszły z użytku jak „passusy”, „cwikiery”, „bridż” wzbogacają słownictwo, które i tak jest zachwycające, pieszczące moje ucho i napawające mnie euforią, że jest mi dane czytać tak wyśmienite pisarstwo. To jest bez wątpienia cecha, która wyróżnia Marka Krajewskiego w gronie polskich współczesnych pisarzy.

Fabuła jest skomplikowana w stopniu, w jakim skomplikowany jest świat wywiadowczy i kontrwywiadowczy. Mnogość jednostek wywiadowczych polskich i obcych może nużyć, może przeszkadzać w odbiorze. Trzeba skupienia by nie pogubić się we włodarzach Dwójki, czyli II Oddziału Sztabu Głównego Wojska Polskiego, szefów Sicherheitsdienst czyli SD, czy Urzędu Abwehry, a także Gestapo i różnych, złożonych w nazwie wydziałów wspomnianych jednostek. Tak samo panteon postaci, w których polskie, niemieckobrzmiące i generalnie obcobrzmiące nazwiska przyczyniają się do plątaniny charakterów. Nazwiska brzmiące tak samo; Laskier, Lambert, Lewcio, Lepecki. Paulescu, Paterakowa, Ormonde, von Matthes-Pőllnitz, czy Heydrich, von Hardenburg mogą przyprawić o zawrót głowy. Mogą, ale nie muszą dzięki zamieszczonej na końcu Dramatis Personae do której sama wracałam kilkakrotnie, gdy tylko na moment odłożyłam czytanie.

Bez wątpienia trzeba być fanem książek retro, które przenoszą nas w rzeczywistość dawno minioną, prawie sprzed stu lat. Trzeba być fanem książek osadzonych w złożonym świecie wywiadów i kontrwywiadów, gdzie mnóstwo zdrajców, gdzie nie ma prawdziwych braci i sióstr, a także gdzie szpiegowanie na rzecz różnych ustrojów jest na porządku dziennym. I wreszcie trzeba być fanem klasycznego języka, którego w swym pięknie nie jestem w stanie porównać do języka żadnego innego, współczesnego pisarza w polskiej literaturze. A o pomysłowości Autora to mogłabym napisać odrębną opinię. Ona praktycznie nie zna granic i w głównym wątku, i w wątkach pobocznych, które tworzą odrębne, ciekawe historie skupiające na chwilę uwagę czytelnika na czymś innym. A scena erotyczna ze stron 48-49 wprost wymiata. Jest ponadczasowa. Ale nie tylko dla takich opisów warto sięgać po książki Krajewskiego😉.

Moja ocena: 8/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Trup w wannie” Dorothy L. Sayers

TRUP W WANNIE

  • Autorka: DOROTHY L. SAYERS
  • Wydawnictwo: ZNAK JEDNYM SŁOWEM
  • Cykl: LORD PETER WIMSEY (tom 1)
  • Liczba stron: 288
  • Data premiery w tym wydaniu: 01.06.2022r.
  • Data premiery: 01.01.2003r.

Wydawnictwo Jednym Słowem Znak (Imprint @WydawnictwoZnak ) „Trupem w wannie”, który premierę miał 1 czerwca br. otwiera nową serię publikowaną w całości autorstwa Dorothy L. Sayers. Zamykając ostatnią stronę już kątem oka zauważyłam na obwolucie okładki dwie kolejne części cyklu z Lordem Peterem Wimseyem pt. „Zastępy świadków” i „Podejrzana śmierć”. I nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to, że sama autorka jest mi całkowicie nieznana☹. Tym większe moje zdziwienie, gdy przeczytałam, że Sayersto „(…) (ur. 13 czerwca 1893 w Oksfordzie, zm. 17 grudnia 1957 w Witham) – angielska pisarka i tłumaczka, autorka powieści kryminalnych oraz esejów i sztuk teatralnych o tematyce chrześcijańskiej. Najbardziej znanym bohaterem powieści Dorothy L. Sayers jest lord Peter Wimsey” (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Dorothy_L._Sayers ) . „Trup w wannie” został wydany w 1923 roku, co oznacza, że Sayers publikowała opowieści z detektywem Wimseyem – angielskim dżentelmenem na równi z królową kryminałów Agathą Christie. Kolejnych trzynaście publikacji z tym bohaterem pojawiało się cykliczne w formie powieści, a także opowiadań do roku 1939. I to nie jedyne kryminalne publikacje Dorothy L. Sayers. Nie jedyne…

(…) to dlatego, że myślisz o sobie. Chcesz być spójny. Chcesz ładnie wyglądać i beztrosko się bawić, gdy życie jest komedią, a gdy zmienia się w tragedię, kroczyć z wysoko podniesioną głową. Ale to dziecinada. Jeśli uznasz swój obowiązek względem społeczeństwa w kwestii odkrycia prawdy o morderstwach, musisz przyjąć taką postawę, jaka będzie w danym momencie najbardziej użyteczna. (…) Życie to nie piłka nożna.” – „Trup w wannie”  Dorothy L. Sayers.

Tak o lordzie Peterze Wimseyu myśli jego przyjaciel ze szkolnych lat w Eton aktualnie inspektor policji Charles Parker, którego imię autorka wspomniała bodaj z raz, czy dwa razy😊. Lordzie Peterze, nie Lordzie Wimseyu, gdyż główny bohater w przeciwieństwie do jego brata nie jest priasem Denver. Wimsey będąc detektywem amatorem stara się znaleźć rozwiązanie dla dwóch zagadek kryminalnych. Jedna dotyczy odkrytych zwłok mężczyzny w wieku około pięćdziesięciu lat w wannie szanowanego architekta Pana Thippsa, a druga zniknięcia szanowanego finansisty sir Reubena Levy’ego. Mając do dyspozycji własną inteligencję, przebiegłość, oddanego przyjaciela i kamerdynera Mervyna Buntera Wimsey wykorzystuje koneksje matki Wdowy Denver, wiedzę z zakresu współczesnych metod śledczych i znajomości w świecie brytyjskiej arystokracji do drastycznego odkrycia, który rzuca nowe światło na świat nauki. 

Sama jestem zaskoczona tym, że książka o detektywie amatorze Lordzie Peterze Wimseyu podobała mi się bardziej, niż czytane ostatnio dwa dzieła Agathy Christie (recenzje znajdziecie tu: „Morderstwo na polu golfowym” i  „Zagadka Błękitnego Expresu”). To klasyczna powieść detektywistyczna retro osadzona w arystokratycznym świecie angielskich dam i dżentelmenów. Osadzona w Londynie sprzed stu lat i okolicznych włościach, których podobne zamki i pałace można zwiedzać do dziś. Klasycyzm powieści mieści się w jej ramach. Wątek kryminalny toczy się wyłącznie wokół jednej zagadki, chociaż powiązany jest z dwoma postaciami. Autorka jak na ówczesne czasy przystało nie wodzi czytelnika zbytnio na manowce, nie rozwija kolejnych wątków, mimo, że wprowadza do powieści wielu bohaterów i rekwizytów pobocznych, nad którymi istotnością każe nam się zastanawiać.

Bez wątpienia kryminały retro trzeba lubić. Ja jestem ich wielką fanką. Dla czytelnika, który nie cierpi klasycznego pióra książki tego rodzaju są męczarnią. Dla mnie ciekawą rozrywkową lekturą. Dorothy L. Sayers stworzyła bardzo wyrazistą postać, dla mnie bardziej wyrazistą od samego Poirota. Co do aparycji to cytując samą twórczynię „Jego pociągła, sympatyczna twarz sprawiała wrażenie, jakby wyrosła samoistnie z cylindra niczym biała larwa ze słynnego sera casu marzu.” Jego gesty dostojne. „To mówiąc, z niewymuszoną uprzejmością usiadł przy telefonie, jakby siadał do pogawędki ze znajomym, który akurat wpadł z wizytą.” A arystokratyczny rys zaznaczony został w fabule; „Musiał się pan bardzo zdenerwować – powiedział lord Peter ze współczuciem. – I to jeszcze przed śniadaniem. Osobiście nie znoszę, gdy takie kłopoty spadają na mnie przed śniadaniem. Odbierają człowiekowi apetyt, prawda?” By czytelnik poznał głównego bohatera jeszcze dogłębniej, najważniejsze informacje z jego życia zostały opisane na końcu powieści.

Do tego posiada tajną broń w osobie swej matki Wdowy Denver udającej wszem i wobec, że jej syn nie bawi się w amatorską detektywistyczną pracę, a jednocześnie cicho go wspierając w jego zainteresowaniach osobiście dostarczając mu ciekawych zagadek do rozwiązania. Kobiety nieszablonowej i z szerokimi horyzontami. Twierdzącej, że „(…) prowincjonalne parafie potrafią niektórym zawęzić horyzonty.” I potrafiącą  się w odpowiednim momencie konwersacji „(…) wygodnie okopać”, by móc „(…) wręcz przystąpić do celowania.”

Jako niewprawiona w angielską socjetę z lat trzydziestych ubiegłego wieku chwilami irytowały mnie używane, choć muszę przyznać, że w pełni zasadnie, sformułowania typu: milady, lady, książęca mość, milordzie, lordowska mość. A jak pojawiały się gęsto w jednym zdaniu to już  w ogóle; „Jej książęca mość dzwoni z Denver, milordzie. Mówiłem właśnie, że wasza lordowska mość  udał się na aukcję, gdy usłyszałem zgrzyt klucza waszej lordowskiej mości w zamku.”

Sayers stworzyła historię bardzo spójną od samego początku do końca. Zadbała o jakość i specyficzne cechy bohaterów, o których miło mi się czytało. Kolejne wydanie z roku 1935 wzbogaciła o rozbudowaną notkę biograficzną wuja lorda Petera Pana Paula Austina Delagardie, napisaną w tak realny sposób, że sposób się pomylić i wziąć Wimseya za prawdziwą, historyczną postać 😊. Wydanie, które miałam w ręce wzbogacone zostało bardzo ciekawym i wnikliwym wprowadzeniem autorstwa Elisabeth George amerykańskiej pisarki powieści kryminalnych osadzonych w Wielkiej Brytanii. Wprowadzeniem, które warto przeczytać.

Mimo, że zagadka kryminalna nie należy do bardzo skomplikowanych, a rozwiązanie nasuwa się same, jest to powieść detektywistyczna, która umiliła mi czas. Zbiór takich osobliwości, jak sam lord Peter ze swoim Bunterem, skromny Pan Thipps, twardogłowy inspektor Sugg, czy Julian Freke musiało być gwarancją udanej historii. Specyficzny humor autorki przeobrażony w twierdzenia stworzonych przez nią postaci jest sam w sobie bardzo uroczy. W połączeniu z uroczym bohaterem jest receptą na dobry relaks.

Nie mogę doczekać się kolejnych części. Z ciekawością do nich sięgnę. Muszę się przekonać, w jakim kierunku podążać będzie postać lorda Petera Wimseya z jego dwoma nieodzownymi kompanami; Bunterem i Parkerem, a także wyjątkową matką Wdową Denver. Czy kolejne zagadki również okażą się na jego miarę, czy na miarę tylko Sherlocka Holmesa, o którym wspomniano w „Trupie w wannie” nie raz😊.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z twórczością  Dorothy L. Sayers bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Fenomen z Warszawy” Tomasz Duszyński

FENOMEN Z WARSZAWY

  • Autor: TOMASZ DUSZYŃSKI
  • Wydawnictwo: SINE QUA NON
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 09.02.2022r.

Z @WydawnictwoSQN dotychczas nie współpracowałam. Tym bardziej cieszę się, że właśnie to Wydawnictwo obdarzyło mnie ogromnym zaufaniem obdarowując moją osobę egzemplarzem powieści autorstwa @duszynskitomasz pt. „Fenomen z Warszawy”. Za to zaufanie serdecznie dziękuję, gdyż historia opisana w tej publikacji jest jakby szyta na moją miarę. Z postaciami komisarza Wróbla, inżyniera Ossowieckiego, aspirantów Ćwieka i Małeckiego mogliśmy spotkać się w listopadzie 2018 roku. Autor przy współpracy z Storytel Oryginal opublikował serial audio pod tym samym tytułem. Dziesięć odcinków  czytanych przez samego Adama Ferency. Wracając jednak do premiery w tej edycji z 9 lutego br. jak podaje źródło (cyt. za:  onet) Fenomenem z Warszawy nazywany był inżynier Stefan Ossowiecki. Znane warszawskie medium, które przepowiedziało nawet własną śmierć. Na seansach z jego udziałem pojawiał się Ignacy Paderewski, Kazimierz Sosnkowski i marszałek Józef Piłsudski😉. To szacowne grono rozsławiło jego imię jak Polska długa i szeroka. Jego zdolności, mimo ścisłego umysłu,  pojawiły się już w młodych wieku głównie pod postacią telepatii i telekinezy. Najsłynniejsza sprawa Ossowieckiego to zaginięcie samolotu Polskich Linii Lotniczych. By się dowiedzieć, czy samolot został przez niego odnaleziony z zapartym tchem sięgnęłam po tę pozycję.

Był nieuchwytny i bezkarny, nic nie pozostawiał przypadkowi. Bawił się świadomością swojej przewagi, jednocześnie jednak odczuwał żal, że nie znalazł godnego przeciwnika. Warszawska policja, a nawet Ossowiecki byli bezradni.(…) Podniecała go myśl o balansowaniu na krawędzi, chciał zaryzykować, wprowadzić kolejne zmienne do rozgrywki.” -„Fenomen z Warszawy” Tomasz Duszyński.

Warszawę da się lubić, a w tej z lat trzydziestych ubiegłego wieku można się prawdziwie zakochać😊.

Piłsudski, Ordonówna, Broniewski, Ćwiklińska, Tuwim, wspomniany Lechoń, Iwaszkiewicz i sama Dąbrowska oraz sam Łukasz Siemiątkowski alias Tata Tasiemka „polski gangster, działający na warszawskiej Woli, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej od 1903 r., radny Rady Miejskiej m. st. Warszawy z listy PPS (1927−1932)” (cyt. za Wikipedia). Cały panteon gwiazd z pierwszych stron gazet w fabule śledztwa, w które wplątany został inżynier Stefan Ossowiecki trochę wbrew woli komisarza Antoniego Wróbla, „(…) nieprzejednany przeciwnik wszystkiego, co nierracjonalne..”. Cel uświęca jednak środki. Gdy po raz kolejny odnaleziono ciało młodej dziewczyny stołeczna policja nie miała nic do stracenia, tym bardziej, że nową ofiarą okazała się Anna Biernacka, córka zamożnego przedsiębiorcy warszawskiego, osoby wielce wpływowej. Wróbel porusza za wszystkie dostępne sznurki. Wplątuje się w relację ze znanym gangsterem Tatą Tasiemką, śledzi podwójnego agenta, przeciwstawia się wywiadowi polskiemu, a do tego pomaga pozbyć się rosyjskiej konkurencji w półświatku.

Jak obiecuje Wydawca: „Fenomen z Warszawy” Tomasza Duszyńskiego to niezwykle realistyczny i barwny fresk z epoki, w którym przedwojenne życie elit miesza się z historiami prosto z gangsterskiego półświatka”.  I z tej obietnicy Wydawca wywiązał się w stu procentach😉.

„Fenomen z Warszawy” to moje pierwsze spotkanie z autorem Tomaszem Duszyńskim i wiem już, że nie ostatnie😊. Kryminały retro czytam nagminnie. Uwielbiam prozę Ireneusza Sokoła, Marka Krajewskiego, Moniki Kassner, a teraz także Tomasza Duszyńskiego. To kryminały z duszą, w których nie liczy się technologia medycyny sądowej, specjalistyczny sprzęt kryminalistyczny, podsłuchy, pościgi i aktywne lokalizatory GPS, a liczy się dedukcja, rozumowanie, łączenie faktów i mozolna praca śledczego ukryta często w skrawkach papieru. Kolejne książki Autora do których sięgnę to seria „Glatz”. Kryminał z komisarzem Wróblem i inżynierem Ossowieckim przeczytałam w jeden wieczór. Nie mogłam oderwać się od tej historii, w której mroczność ówczesnych czasów miesza się gdzieniegdzie z humorem. Do tego niezwykle inteligentne dialogi, w których również znaczną rolę odgrywają bystre kobiety bez względu na płeć. Sam komisarz Wróbel to śledczy na miarę czasów. Nałogowo palący papierosy, nielubiący ćwiczeń fizycznych, lekko otyły, nieśmiało zakochany w aktorce teatralnej, w pełni oddany w swojej pracy. Jego postać to mieszanina intelektu, humoru i złośliwości. Tacy w tej roli sprawdzają się wyśmienicie. Bardziej lub mniej świadomie przekręcający nazwiska, zamiast „Pantaleon” mówi „Pantalon”, dla niego „Tata Tasiemka” jest tożsamy z „Tatą Tasiemcem”. Potrafiący zbesztać bez pardonowo i podwładnego, i zwierzchnika. „Przestań pieprzyć głupoty; Załuski, i bierz się do roboty – warknął Wróbel i ostro spojrzał na podwładnego.- Bo ciebie jak to kukułcze jajo podrzucę do patrolowania ulic na Pradze.” – „Fenomen z Warszawy” Tomasz Duszyński.

Duet Ossowiecki – Wróbel sprawdził się w fabule całkowicie. To zwarcie dwóch tytanów, „szkiełka i oka” oraz duszy i myśli orbitujących czasem daleko od ciała. Duszyński alegorycznie poprowadził historię, w której stykają się dwa światy. Światy przenikające się na wskroś, czasem walczące, czasem współpracujące ze sobą. Wróbel bez Ossowieckiego nie świętowałby sukcesu, a Ossowiecki bez Wróbla… No to musicie doczytać sobie sami.

Z książką spędziłam mile czas. Duszyńskiego dobrze się czyta. Strony zbudowane są głównie z dialogów. Autor zaoszczędził mi zbędnych opisów wprowadzając tylko te, które kształtują klimat historii osadzony praktycznie sto lat temu. Komisarz Wróbel stał się jednym z moich ulubionych bohaterów kryminałów retro. A „Fenomen z Warszawy” zapamiętam na długo. Szczerze polecam!!!

Moja ocena: 8/10

Moją opinię o książce przeczytaliście dzięki współpracy z Wydawnictwem Sine Qua Non.

„Demonomachia” Marek Krajewski

DEMONOMACHIA

  • Autor: MAREK KRAJEWSKI
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.02.2022r.

@krajewskimarek to Autor wielowymiarowy. Twórca serii o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim (recenzje jego powieści znajdziecie tu: „Miasto szpiegów” i „Diabeł stróż”). Kryminały autorstwa Krajewskiego oceniłam 9/10. Wpadłam w zachwyt po ich przeczytaniu. Głównie  za styl, za piękny literacki język, za wierne odwzorowanie przeszłości i ciekawą fabułę. Okazuje się, że Marek Krajewski potrafi ciągle zaskakiwać😉. W „Demonomachii”, która premierę w @wydawnictwoznakpl miała 23 lutego br. wciąga nas w świat demonów na przestrzeni XIX i XX wieku, w ciekawe śledztwo kryminalne, w którym zwykłe umiejętności okazują się niewystarczające😊.

(…) ludzie opętani przez dybuka mają „dwa serca”, „dwie dusze” i „odtwarzają” zaplanowane przez Boga losy „drugiej duszy”, czyli dybuka…” -„Demonomachia” Marek Krajewski.

Uzdolniony przyszły maturzysta Stefan Zborski mieszka na Podgórskiej stancji ze swym współlokatorem Kazikiem Solawą. Półsierota tęskniący za ojcem jest jednocześnie panicznie rozkochany w sąsiadce Reginie Feintuch. Zborski szuka pocieszenia i odpowiedzi na pytania, których nigdy nie zadał swemu przedwcześnie zmarłemu ojcu. Wraz z dwoma kolegami organizuje seans spirytystyczny. Mimo, że kieruje się w życiu logiką pragnie stanąć oko w oko z duchem ojca w wielkopiątkową noc. Seans jego zdaniem i współtowarzyszy nie udaje się. Pchany jednak jakąś niespotykaną dotychczas potrzebą, zaczyna rzucać klątwy na prawo i lewo powołując demoniczne imię. Jedną z takich klątw kieruje w stosunku do dziwne zachowującego się dwunastoletniego sąsiada – Szlomka Kranza, który w efekcie porzucony przez matkę rozpoczyna życie u boku ubogiego dziadka, introligatora obwoźnego Dawida Bochnera. Po odejściu z seminarium duchownego, do którego Zborski trafił, by egzorcyzmować demony, dzięki znajomości z profesorem Auerbachem, zostaje Stefan poproszony o udział w śledztwie w sprawie domniemanego opętania Racheli Ostersetzer. Tak zaczyna się niezwykła podróż, która wiedzie Zbroskiego w świat żydowskich i gojskich zabobonów. Wierzeń i nauki, która ma się im przeciwstawić. W świat obłudy, tajemniczości i niecodziennych zdarzeń, w których Zborskiemu przyjdzie brać udział.

W zabobony, demony i diabły nie trzeba wierzyć, by zachwycić się kunsztem literackim Autora i ogromną pracą, którą włożył w utkanie tej arcyciekawej historii. Bo historia jest naprawdę warta przeczytania. Mimo, że jak sam Marek Krajewski napisał w Posłowiu, książka nie jest związana ani z Eberhardem Mockiem, ani z Edwardem Popielskim, to jest to bez wątpienia dzieło tegoż samego Autora. Autora, którego niezwykle cenię za pieczołowitość i oddanie odwzorowywaniu rzeczywistości, w której osadzona jest akcja, jak i za wyjątkową wiedzę klasyczną przeplataną w tekście oraz przepiękny, literacki język. Książki Krajewskiego warto czytać ze względu na ich wysoką jakość literacką, której jest niezwykle mało wśród współczesnych pisarzy. Ten styl, forma, zwroty, brak powtórzeń są na tę chwilę nie do podrobienia. A jeśli śledzicie mój blog to wiecie, że czytam nagminnie i bez opamiętania😊.

Zanim skupię się na wielu aspektach, z którymi chcę się z Wami podzielić, wspomnę o okładce. Jej autorem jest Michał Pawłowski. I Panu Michałowi właśnie należą się ogromne brawa. Koncepcja okładki powaliła mnie na kolana. Stylizowana na archaiczną zachwyciła mnie i użytą czcionką, zastosowaną kolorystyką, jak i tekstem, który kierowany jest do czytelnika. Zwróćcie proszę na nią uwagę, bo sama w sobie jest małym dziełem sztuki i wyjątkowo dobrym pomysłem uwzględniając treści, które sobą okala. Nie mogłam od niej oderwać wzroku i wielokrotnie do niej wracałam w trakcie czytania😊.

Dlaczego jeszcze, oprócz powyższego, warto przeczytać „Demonomachię”? Czytając podziwiałam użyty w książce język, archaiczne zwroty. Z uśmiechem czytałam „(…) dwudziesty miesiąca nissan, roku pięć tysięcy sześćset pięćdziesiątego dziewiątego od stworzenia świata…” – ciekawe, czy ktoś wie, który to? 😉 O „fizjognomij”, „wakacyj” „komplikacyj” i wielu innych. Oddanie kultury żydowskiej, nawiązanie do łaciny, ówcześnie obowiązujących obrzędów żydowskich i chrześcijańskich, folklorze i tradycji, a także wtrąceń z języka hebrajskiego, niemieckiego i francuskiego. Dzięki wytężonej i profesjonalnej pracy eksploratorskiej świat przedstawiony w powieści stanowi silną podwalinę pod rozwijanie zainteresowania kulturą żydowską oraz zabobonami szerzącymi się w galicyjskiej Polsce. Czytając miałam wrażenie, że Krajewski zabrał mnie w nieznaną do tej pory podróż, podróż unikatową. Trochę nawet fantazyjną, jednak niemniej ciekawą. Podróż, w której dowiedziałam się wielu nowych rzeczy i zdobyłam mnóstwo informacji. I o dziwo, podróż, w której będąc agnostykiem odnalazłam się brawurowo. Takie nieoczywiste książki cenię najbardziej. Książki, w których zaskoczenie miesza się z podnieceniem, gdy przekładam kolejne strony.

Z zapartym tchem czytałam o niezwykłym uczuciu jakim darzył Szlomka jego dziadek. Stary Żyd, zarabiający na życie uczciwie, który podjął się trudnego wyzwania ratowania swego wnuka. Podejmując najcięższy trud podróżowania w zimnie, w głodzie. Podejmując trud życia w skrajnej biedzie i własnego rozwoju, by tylko podjąć jakąkolwiek walkę o życie wnuka. Odrzucony przez rodziców, pokochany przez dziadka Szlomek okazał się w tej historii nie mniej kluczowy od samego Stefka Zborskiego. O tak ten jest postacią niezwykle złożoną. Z pokornego gimnazjalisty, zafascynowanego przedwojenną profesurą podejmuje studia duchowne, by wreszcie odnaleźć się w laickim świecie nie jako pogromca demonów-egzorcysta, lecz jako ich adwersarz. Z zapartym tchem śledziłam jego poczynania. Krajewski oddał sumiennie złożoność jego postaci, jego dychotomiczność. Finalnie te zboczenie z raz obranego kursu przynosi Zborskiemu benefity. Skrajne uniesienia, rozwój osobisty i duchowy, doświadczenia, o których nie sposób zapomnieć do końca życia. Przy czym nadal, mimo wielu doświadczeń jest on skrajnie uroczy, ciągle niewinny, nie wierzący w własne doznania i przeżycia, ciągle młody duchem. Miło czytało się o jego rozterkach, o jego myślach i oczekiwaniach. Przyjemnie śledziło się jego poczynania.

Krajewski generalnie zaciekawia wykreowanymi przez siebie bohaterami. Odnosi się do nich z należytym szacunkiem. Kreśli postaci bardzo starannie, wielokrotnie nie okazują się takimi, jakimi chcemy je widzieć lub jakimi poznaliśmy je na początku. Zaskakująco dobrze Autor czuje się w roli „mąciciela”, „kapitana zmieniającego kurs”. A to wszystko po to, by czytelnik nie czuł się znudzony, by  ciągle czytelnika zaskakiwać. I Regina, i Rachela, i Piotruś, i sam malarz Stróżyk, czy profesorstwo Auerbach to postaci wielowarstwowe, w stosunku do których postawiona teza sama się obala. To samo dotyczy postaci rabinów, czy Fränkel-Teomima, czy Perlergera. Ach, zresztą cały proces rabiniczny to prawdziwe arcydzieło. Długo tak mogłabym długo. Zauważyłam u siebie pewną zależność, im bardziej książką jestem zachwycona, tym dłużej piszę o niej opinię😉. Dość już. Muszę zostawić Wam pewne pole do popisu, byście nie byli znudzeni moją opowiastką i koniecznie sięgnęli po tę pozycję.

Książkę nietuzinkową, ciekawą i wręcz wybitną w swym urozmaiceniu, w której bynajmniej nie chodzi o to, czy wierzymy w zabobony, dybuki, duchy i diabły. A tym bardziej nie chodzi, czy świat w niej przedstawiony wydaje nam się bardziej lub mnie prawdziwy. Czego w tej książce nie ma!!! Czegóż tam nie ma!!! Gorąco polecam Wam prozę Marka Krajewskiego. Gorąco polecam Wam książkę wyjątkowo sprawnie napisaną.

Moja ocena: 10/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała” Monika Kassner

SPRAWA ROLLNIKA. ZBRODNIA PRAWIE DOSKONAŁA

  • Autor:MONIKA KASSNER
  • Wydawnictwo:SILESIA PROGRESS
  • Liczba stron:224
  • Data premiery: 06.06.2021.

Mŏm Wŏs rŏd!

Po przeczytaniu drugiej części przygód radcy Adolfa Jendryska spróbowałam i ja tej  ślōnskiej gŏdki, przynajmniej w przywitaniu. Takich i innych zwrotów nie brakuje w najnowszej książce @Monika.Kassner.strona.autorska „Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała” od @silesiaprogress. Nie obawiajcie się. Tekstu śląskiego nie jest za dużo, a na każdej stronie w przypisach macie gwarę przetłumaczoną na język polski. Okazuje się jednak, że ja z tekstem po śląsku radzę sobie całkiem nieźle, nawet bez pomocy przypisów. To dowód, że książka jest dla każdego. Zarówno dla Ślŏnzoków, jak i dla nie Ślązaków. Wspominałam już o tym przy okazji recenzji pierwszej części Sprawa Salzmanna.

Wszystko zaczęło się od uczniów

Tak przeczytałam w podziękowaniach autorki. Informacja dla mnie niezwykle budująca. To miło, że do powstania książki przyczynili się uczniowie autorki (przyp. Monika Kassner to historyczka i polonistka zarażająca swoich uczniów umiłowaniem regionu, w którym się żyje). Po pierwsze, to dowód, że uczniowie znają i akceptuję pasję autorki. Po drugie, mam nadzieję, popierają jej poszukiwania tego co do tej pory nieodnalezione, tej nieoczywistej śląskiej historii, ludzkiej, indywidualnej przeszłości, która jest kolebką ogromnych wydarzeń i mężnych zrywów. Bądź co bądź duże historyczne wydarzenia kształtuje człowiek. Gdyby nie Ci uczniowie, nie byłoby Adolfa Jendryska w tej odsłonie. Odsłonie śmierci Rollnika.

(…) mamy ciężkie czasy. Węszenie po jednej i drugiej stronie granicy nie wszystkim może się podobać. Teraz każdy każdego śledzi, inwigiluje, jeden na drugiego donosi. Wszyscy chcą się przypodobać nowej władzy.”

„Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała”  Monika Kassner

W takiej atmosferze przyszło radcy Adolfowi Jendryskowi prowadzić kolejne śledztwo. Po sukcesie w sprawie Salzmanna, Jednrysek został zatrudniony przez Antona Rollnika mieszkającego w niemieckim Hidenburgu (przyp. polskim Zabrzu, śląskim Zŏbrze) do zbadania śmierci jego syna Richarda, cenionego rybnickiego lekarza. Richarda vel Ryszarda, który po podziale Górnego Śląska pozostał po polskiej stronie, w Rybniku. Śledztwo o tyle trudne, że wymaga od Adolfa ciągłego przekraczania granicy i współpracy zarówno z polskimi, jak i niemieckimi śledczymi. To wszystko w tle z rodzącym się nazizmem i zagadką z pozoru nieszczęśliwego wypadku. Do tego poboczne wątki wzbogacające fabułę i czyniące powieść jeszcze ciekawszą.

Nie każdy Adolf to Hitler” – „Sprawa Rollnika. Zbrodnia prawie doskonała” Monika Kassner

Autorka puściła w stronę czytelnika oko umieszczając w książce tę wypowiedź. Już przy „Sprawie Salzmanna” zastanawiałam się nad imieniem głównego bohatera, stygmatyzowanego w późniejszych latach. Okazuje się, że sam Jendrysek we współczesnych sobie, zmieniających się czasach potrafił odnieść się do zbieżności jego imienia z Führerem. Zbieżności dla niego niekorzystnej. Hitlera Jendrysek nie przypomina wcale, to fakt. Po pierwsze jest przystojny. Po drugie inteligentny. Po trzecie ma świadomość różnorodności w kosmopolitycznym świecie. Świecie, którego nie chce zmieniać. Świecie, w którym potrafi żyć uczciwie i szczęśliwie. Nadal Jendrysek jest momentami chaotyczny, porywczy. Nadal ma słabość „(…) do eleganckich garniturów, dobrego piwa, drogich cygar i pięknych kobiet…” i zdarza mu się zapominać o regularnych posiłkach. Zaśmiewałam się do łez czytając opisy jego kłótni z żoną, Hajdelką, która „Z mlekiem matki wyssała pruski dryl, który nie dawał się jej rozluźnić ani na chwilę”. Hajdelką, która została zobrazowała jako typowo ślonsko baba. Silna, oddana, z ogromnym talentem kulinarnym, wychowująca dzieci twardą ręką.  

Samo śledztwo toczy się niespiesznie. Więcej tu dedukcji, jak zresztą w typowym kryminale retro. Więcej patrzenia w twarz, obserwowania reakcji wszystkich wokół i całego otoczenia. Jak sam Jendrysek powiedział „Brak dowodów zbrodni nie jest dowodem jej braku”. Dlatego szuka dogłębnie. Kombinuje formułując nawet absurdalne tezy i je sprawdza. Oczywiście ma wielu pomocników, bardziej lub mniej formalnych. Najbardziej ciekawym pomocnikiem okazała się Lotti. Pół Polka, pół Angielka. Uwielbiam takie kobiety! Mieszkająca w najpiękniejszym hotelu w Zabrzu, w Hotelu Admiralspalast przy Wolności 305 (przyp. zerknijcie na okładkę). Wplatająca angielskie słówka w swoich wypowiedziach, co o dziwo nie denerwuje, wręcz dodaje uroku w dialogach z Jendryskiem. Ona otwarta, towarzyska. On starający się trzymać dystans. Ona chętna, by pomóc w śledztwie. On na samą o tym myśl dostaje hercklekotów. Ciekawe połączenie, ciekawa para. Praktycznie gotowa para śledczych do następnej powieści, taka mieszanka wybuchowa.

Nie chcę więcej spojlerować, powiem tylko, że sam pomysł na zbrodnię niezwykle wyszukany. Co do sprawcy, no cóż, tak się skupiłam na poszukiwaniu podejrzanych wśród ścisłego grona ofiary, że nie dostrzegłam oczywistych sygnałów. Czuję się wytłumaczona. Wszak nie każdy może być Jendryskiem!

Monice Kassner ponownie udało się połączyć fikcję z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością, fantazję z realnością życia na podzielonym Górnym Śląsku. Opisy zachowań, cech, wad są ogromną wartością tej książki. Pół – Niemcy, pół – Polacy.  Po obu stronach Ślązacy. Autorka stara się przybliżyć czytelnikowi specyfikę przedwojennego Śląska. Kto i dlaczego tracił życie? Kto i dlaczego popierał Niemców? Kto i dlaczego mimo wszystko, mimo swego pochodzenia czuł się Polakiem? Wplecenie faktów historycznych wzbogaca każdą powieść. Zachwyciłam się wspomnieniem żółtawego nalotu na parapetach lipińskich domów z fabrycznych kominów Huty Silesia, huty cynku. Dopiero wspomnienie o tym skłoniło mnie do szukania informacji o tym fakcie, a takich smaczków w książce wiele.

Książka pisana jest bardzo dobrym językiem, jak na polonistkę przystało. Moniki Kassner wspaniale się słucha, wiem, bo słuchałam. Tak samo dobrze się ją czyta. Dialogi bardzo żwawe i dynamiczne, pomiędzy Ślązakami z wiecznym larmem. Majstersztykiem jest przechodzenie z idealnej polskiej mowy w gwarę śląską i odwrotnie. Jak ten Jendrysek potrafi się wysławiać!! Jak inni potrafią się wysławiać!!!

Kassner oczarowała mnie również niezwykłą umiejętnością kreślenia postaci, ciekawych postaci. Nawet poboczni bohaterowie nie są przypadkowi. Ich sylwetki momentami przyćmiewają samego Jendryska. Są kreślone z humorem i ogromną czułością. Dopieszczone do ostatniego słowa, do kropki na końcu zdania. Nawet sprawca wydaje się być porządny, sumienny i pracowity. To wielka sztuka nakreślić postać sympatycznego sprawcy. Sprawcy, którego da się lubić.

To nie jest książka dla Ślązaków. Nie!!! To książka dla każdego czytelnika, który znużony amerykańskimi, brytyjskimi, skandynawskimi kryminałami szuka odświeżającej lektury. Nietypowej lektury. Lektury z historią w tle napisaną wspaniałym językiem. Miłego czytania!!!

ps. jak ja się cieszę, że sięgam do tak różnego repertuaru. Ile by mnie ominęło, gdybym nie przeczytała książek Moniki Kassner. Oj tak….

Chowcie sie!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Silesia Progress i autorce.