„Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan

DŁUGIE BESKIDZKIE NOCE

  • Autorka: IZABELA SKRZYPIEC-DAGNAN
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.08.2022r.

Autorka @ Izabela Skrzypiec-Dagnan – strona autorska debiutowała w 2019 roku powieścią „Świetnie się bawię w Twoich snach”. Ja przygodę z Panią Izą rozpoczęłam od „Kwietniowe deszcze, słońce sierpniowe” (recenzja na klik). „Długie beskidzkie noce”, które znalazły się na polskim rynku czytelniczym dzięki Wydawnictwu @Zysk i S-ka w dniu 23 sierpnia br., zachwyciły mnie opisem Wydawcy i Beskidami w tytule😊. Ja po prostu uwielbiam Beskidy. Założyłam więc, że powieść mi się spodoba. Czy słusznie?

Bez rozpaczy życie jest płytkie. Kiedy boli, to się żyje.” -„Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan.

Gdy Jaśmina i jej najlepsza przyjaciółka Kinga miały po dwadzieścia lat, tak właśnie myślały o życiu. Ból był do zniesienia. Ból je uświęcał. Po wielu latach, gdy Jaśmina została matką kilkuletnich bliźniaków – Franka i Filipa – i straciła swą miłość, swego męża Konrada Kamińskiego, stwierdziła, że; „Byłyśmy bardzo młode. Teraz ból to ból. Bez tej całej poetyckiej otoczki.” W tym bólu Jaśmina wraca do miejsca na ziemi, które kiedyś stworzyła z Konradem. Do beskidzkiej wsi. Do beskidzkiego domu. Wspierana przez rodziców. Wspierana przez Kingę i jej partnera Rafała. Zaczyna życie na nowo. Życie pełne trosk, obaw i samotnych, długich nocy. Stara się myśleć pozytywnie. Stara się walczyć. Tłumaczy sobie, że „(…) świat zewnętrzny to często odbicie i kreacja naszego wnętrza – a więc od tego, co w środku należy rozpocząć poznawanie tego, co na zewnątrz. Ze zawsze trzeba być sobą, autentycznym, a jeśli to komuś nie odpowiada, trudno”.

Jestem wręcz zachwycona prozą Izabeli Skrzypiec-Dagnan😊.  Książka okazała się dla mnie niezwykłą, subtelną przygodą we wnętrze głównej bohaterki, Jaśminy Kamińskiej, która przeżywa swoistego rodzaju katharsis, od chwili gdy dzień po wprowadzeniu się do domu marzeń, jej mąż znika bez śladu.

Doceniam konstrukcję powieści. Książka składa się z prologu, epilogu i zatytułowanych rozdziałów. Bieżącą rzeczywistość Autorka oznaczyła miesiącami, w których dzieje się akcja. To co spowodowało, że Jaśmina i jej dzieci znalazły się w danym miejscu, dowiadujemy się dzięki czasoprzestrzeni oznaczonej jako „Kiedyś”. I w jednej, i w drugiej perspektywie czasowej Autorka zachwyca narracją pierwszoosobową Jaśminy, która formułuje niezwykle trafne wypowiedzi, w drodze od zrozumienia tego, kim naprawdę był Konrad, do stworzenia sobie życia na nowo.

Nigdy nie wpuścił mnie zupełnie do swojego świata. Chciałam tam zajrzeć, w głąb, ale trzymał te drzwi starannie zamknięte.” -„Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan.

Nie tylko główny wątek, straty męża, Skrzypiec-Dagnan opisała w bardzo dobry sposób. Przekonał mnie również wątek przyjaźni, między Jaśminą a Kingą i aspekt rodzicielstwa, w którym niespodziewanie i nieplanowo zakotwiczyła się Jaśmina.

Rodzicielstwo może być spełnieniem, dopełnieniem szczęśliwego życia, celem, ale na co dzień to orka. Dzieci nie dają spokoju, wyciskają z nas soki, do ostatniej kropli każdego dnia…” -„Długie beskidzkie noce” Izabela Skrzypiec-Dagnan.

Bardzo obrazowo Autorka rozwinęła wątek miejscowych mieszkańców wobec przybyłej Jaśminy. I w osobie Marii, i w osobie Wiktorii, a przede wszystkim w osobie Alka, odnalazłam całe preludium gwiazd na panteonie socjologicznej małej miejscowości, w której musi odnaleźć się samotna matka.

Nie ukrywam, że gdyby nie wyłapany błąd wydawniczy ocena byłaby wyższa😉. Generalnie mam z tym problem, gdy w druku, czy to papierowym czy elektronicznym, dostrzegam pewne nieścisłości. Myśląc o ilości osób, które pracowały nad publikacją nie daję zgody na takie drobne niedociągnięcia. Czytając wydanie elektroniczne na Legimi (ze względu na książkę w podróży) na stronie 72 dostrzegłam literówkę w dialogu; „Nie jestem przerażony. Poradzimy dobie.” Zamiast „Nie jestem przerażony. Poradzimy sobie”. Niby drobnostka, a jednak wyjątkowo kole mnie w oko.

Z całą świadomością i mocą polecam Wam jednak tę publikację. „Długie beskidzkie noce” Izabeli Skrzypiec-Dagnan to wzruszająca, subtelna opowieść o Jaśminie i jej życiu, nie do końca straconym. Jest delikatna, płynna w swej narracji. To nie książka o odchodzeniu. To nawet nie książka o stracie i o porzuceniu. To książka o trwaniu mimo ogromnego bólu napisana w wyjątkowy sposób. Sposób, który nie nudzi i nie drażni.

Idealnie skomponowana historia z beskidzkim klimatem i atmosferą w tle. Powieść z serca i o sercu, które ciągle chciało bić. Miłego czytania!!!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Lekcje chemii” Bonnie Garmus

LEKCJE CHEMII

  • Autor: BONNIE GARMUS
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 462
  • Data premiery: 07.09.2022r.


Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić opinią o książce, która wywarła na mnie niesamowite wrażenie, której lektury długo nie zapomnę i przy której bawiłam się rewelacyjnie. „Lekcje chemii” autorstwa Bonnie Garmus od Wydawnictwa Marginesy zwróciła moją uwagę oryginalną okładką i zachęcającym opisem. Jest oto debiut, a jego autorka to amerykańska copywriterka i dyrektor kreatywna, od niedawna mieszkająca w Londynie.

Powieść ta opowiada o Elizabeth Zott. Kobiecie błyskotliwej, oryginalnej, pięknej, szczerej, która chce od życia zdecydowanie więcej niż było ono w stanie zaoferować kobietom w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Jest chemiczką, naukowcem, w świecie zdecydowanie zdominowanym przez mężczyzn, w czasach, gdy dokonania kobiet były lekceważona i marginalizowane. Spotyka ją szereg nieprzyjemności i nikt zdaje się nie traktować ją poważnie. Nikt z wyjątkiem Calvina Evansa, słynącego z pamiętliwości samotnego geniusza, nominowanego do Nagrody Nobla, który zakochuje się w Elizabeth, dostrzegając w niej zdecydowanie więcej niż tylko piękne ciało. Wydawać by się mogło, że od tej pory chemiczka będzie żyła długo i szczęśliwie, niestety nic bardziej mylnego. Przede wszystkim coraz częściej słyszy, że wszystko co ma zawdzięcza związkowi ze słynnym naukowcem, że sama nic nie znaczy. W tamtych czasach kobiety, których główną misją życiową nie było wyjść za mąż, mieć dzieci i prowadzić mężowi dom były kompletnie niezrozumiane i można by nawet powiedzieć, szykanowane. Póki jednak Calvin jest po jej stronie kobieta ma poczucie, że poradzi sobie ze wszystkim. Życie jednak bywa nieprzewidywalne i tak oto parę lat później Elisabeth jest nie tylko samotną matką, ale i gwiazdą telewizyjnego programu kulinarnego. Jednak jej podejście do gotowania, daleko odbiega od popularnego, jest ona bowiem zdania, że gotowanie to chemia, jak również ciężka harówka. Przedstawia więc swoje przepisy w języku chemicznym i co zaskakujące szybko zdobywa grono sympatyków. Niestety równie szybko znajdują się osoby jej nieprzychylne, gdyż to co robi zdecydowanie wykracza poza gotowanie. Elizabeth zachęca bowiem kobiety do zmiany statusu qou, uzmysławiając im, że mogą pomyśleć o sobie i, że ich zadanie również ma znaczenie.

Powieść ta po prostu mnie oszołomiła, wywarła na mnie ogromne wrażenie, czytałam ją z zapartym tchem, uśmiechem w twarzy, a czasem i łezką w oku. Jest błyskotliwa, niesłychanie inteligentna, zabawna i mądra. Książek dotyczących równouprawnienia kobiet, było już mnóstwo. Tutaj temat został przedstawiony w bardzo odświeżający i subtelny sposób. Styl jest fantastyczny, nienachalny, zgrabny, dowcipny i niesłychanie inteligentny. Na uznanie zasługuje główna bohaterka. Elizabeth jest niesamowita, mądra, odważna, niebanalna, szczera i mająca odwagę być sobą. Jednocześnie nie jest żadną superbohaterką, której nie dotykają problemy czy przykrości. Musi zmierzyć się w życiu z wieloma trudnymi sytuacjami, ma gorsze i lepsze okresy, ale zawsze stara się iść do przodu i jakoś sobie radzić. Również postacie drugoplanowe zasługują na uwagę. Niestety sporo jest negatywnych postaci męskich, ale dla równowagi są też i te pozytywne. Autorka bowiem jest daleka od wskazywania, że mężczyźni są źle, a kobiety biedne i ciemiężone. Bardziej niż na poszczególnych osobach, skupia się na pokazaniu negatywnych zjawisk społecznych, zbiorowego myślenia. Daje nadzieje, że chociaż jedna osoba świata nie zmieni, może zmienić swoje życie i życie osób, z którymi się styka. A to przecież właśnie takie pojedyncze życia składają się na zbiorowy obraz społeczeństwa. Największa porażka, którą możemy ponieść, to uwierzyć, że coś jest niemożliwe i zaprzestać prób dokonania zmian, gdy coś nam nie odpowiada. Tutaj Elizabeth jest prawdziwą inspiracją i wzorem do naśladowania.

Fantastycznie bawiłam się przy tej książce i uważam, że jest niezmiernie wartościowa. Dlatego też gorąco polecam Wam jej lekturę!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU MARGINESY.

„Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z REDMONDU

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 3)
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1930r.
  • Data premiery światowej: 1915r.

Ani Shirley wierna jestem od dziecka😊. Tak samo jak wierna jestem Wydawnictwu @wydawnictwomarginesy, które z uporem maniaka przedstawia współczesnej publiczności światowe dzieła w odświeżonym, bliższym oryginałom tłumaczeniu. Mimo początkowego szoku od razu przyzwyczajam się do tej nowoczesnej, bardziej wiernej translacji. Jeszcze bardziej wysławiając to czytane przeze mnie dzieło.

Dwie części rudowłosej już nie – Ani i nadal nie – Kordelii za mną. O „Anne z Zielonych Szczytów” przeczytacie TU, a „Anne z Avonlea” przybliżyłam Wam w recenzji opublikowanej TUTAJ. Teraz  kolej na lekturę „Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery również w tłumaczeniu odważnej, przeciwstawiającej się konwenansom i stuletniej tradycji Anny Bańkowskiej, która debiutowała 24 sierpnia br. Sprawdzicie sami, jak tym razem wypadło tłumaczenie?  

Anne będąc pełnoletnią młodą dorosłą wyrusza na  studia do Redmond College w Kingsport.  Odczuwa niezmierną tęsknotę za Marillą oraz bliźniętami, Dorą i Davy’m Keithów, które Marilla przygarnęła po śmierci swojej dalekiej krewnej. Nauka daje się jej we znaki. Poświęca każdą chwilę, by efektywnie wykorzystać poświęcony jej czas i zdobyć upragnione wykształcenie. Ciężka praca nie chroni jej jednak przed zawirowaniami serca. Billy Andrews, Charlie Sloane, Roy Gardner i Gilbert Blythe stawiają Anne w trudnej sytuacji. Nowe przyjaźnie z  Priscillą Grant i Philippą Gordon – współlokatorkami w Ustroniu Patty – pomagają Anne przetrwać rozłąkę z domem rodzinnym i zaznać przyjacielskiego ciepła.  

Kompletnie nie wiedziałam, że Redmond to miejscowość, w której Anne się uczyła by zostać nauczycielką. Ale jestem wytłumaczona, pewnie jak większość czytelniczek, gdyż ja Anne znam jako „Anię na uniwersytecie”😉. Sama Lucy Maud Montgomery nadała książce tytuł „Anne of Redmond”, lecz został on zmieniony przez wydawcę na „Anne of the Island” i oficjalnie tak brzmiał angielski tytuł tej części. Co ciekawe pierwsze polskie tłumaczenie brzmiało „Ania z Wyspy” (1930, przekład Andrzeja Magórskiego). Dopiero rok później Polska usłyszała o „Ani na Uniwersytecie” (1931, przekład Janiny Zawiszy-Krasuckiej).

Redmond College okazał się jednak ciekawym miejscem, nie tylko dla tytułowej Anne, lecz także dla mnie jako nałogowej fanki serii. Na szczęście głównej bohaterki nie opuszcza optymistyczne podejście do życia, bogata fantazja. Jej delikatne szaleństwo, odwaga i spryt dodają Anne tylko uroku. To taki rudzielec, którego nie da się nie lubić.

W trakcie czytania poddałam się mechanizmowi, który zaobserwowałam u siebie dawno temu, gdy po raz pierwszy czytałam powieści o Anne. Kolejna część okazała się dla mnie mniej interesująca, mniej zaskakująca, mniej ciekawa. Lucy Maud Montgomery stworzyła postać dojrzalszej Anne, która ze względu na swój wiek straciła trochę z dziecięcego uroku. Książka wraz z kolejną częścią staje się bardziej poważniejsza. Ponad pięcioletni odstęp pomiędzy kolejnymi częściami dał się i bohaterce, i autorce we znaki. Tym bardziej, że nie był to dla Montgomery czas stracony. W międzyczasie bowiem napisała i wydała powieść o Kilmenie, a także dwa tomy „Historynki”.

Z uważnością jednak czytałam „Anne z Redmondu” rozkoszując się nowoczesnym językiem, użyciem oryginalnych, niespolszczonych imion głównych bohaterów (oj, nadal nie potrafię pokojarzyć, kto jest kto😊) i szukając różnic, które po tak długim czasie od przeczytania „Ani na Uniwersytecie” nie są dla mnie bardzo oczywiste, jak się pierwotnie spodziewałam.

To część sagi, która od przeszło stu lat rozbudza wyobraźnię młodych czytelniczek. Książka jest nadal o wygranym życiu, chudej, rudej sierotki, która u Cuthbertów  zawitała całkowicie przez przypadek, a która znalazła u nich prawdziwy, kochający dom. To seria z happy endem, którego czasem brakuje nam w rzeczywistym życiu.

Fani Ani/Anne łączcie się!!! Udanej lektury.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co serdecznie dziękuję.

„Duchy Nocy Kupały” Jan Barszczewski, Theo Gift, Zygmunt Krasiński, Anton Straszimirow, Oscar Wilde, Mrs Henry Wood, Jin Yong, Roman Zmorski, Jan Łada

DUCHY NOCY KUPAŁY

  • Autorzy: JAN BARSZCZEWSKI, THEO GIFT, ZYGMUNT KRASIŃSKI, ANTON STRASZIMIROW, OSCAR WILDE, MRS HENRY WOOD, JIN YONG, ROMAN ZMORSKI, JAN ŁADA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 600
  • Data premiery: 05.07.2022r.

Przy poprzednich dwóch anologiach od  Wydawnictwo @Zysk i S-ka; „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach” oraz „Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”  bawiłam się naprawdę bardzo dobrze. Oczywiście, jedne odbiegały tematem od drugich. Niektóre oceniałam wyżej, inne trochę gorzej. Styl pisania jednych autorów mi odpowiadał, innych wręcz męczył i denerwował. Każde jednak zanurzenie się w zbiorze opowiadań, które łączy pewien temat przewodni, a wybrane zostały bardzo wnikliwie przez samego Pana Tadeusza Zysk😊, wspominam dobrze. Z tym samym zamierzeniem zabrałam się do analizowania treści w antologii, która debiutowała 5 lipca br. pt. „Duchy Nocy Kupały”. Niektórzy z autorów pojawili się ponownie. Wśród tłumaczy między innymi mój nieodzowny Zysk-owy translacyjny autorytet, mistrz tłumaczonego słowa Pan Jerzy Łoziński. Tym razem nie duchy, a wilkołaki, wiedźmaki, syrenki,  wiodą prym.

Różnie o niej mówią. Dla jednych jest Nocą Kupały. Dla innych to kupalnocka, czy  sobótka.  Dla większości z nas Noc Świętojańska. To w tą noc Krakowiacy puszczają wianki na wodzie na znak pogańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca w najkrótszą noc w roku, czyli zwykle z 21 na 22 czerwca. Młode panny puszczały wianki, a młodzi kawalerowie je łapali i wyciągali z wody. Tej, który wyciągnęli należała do nich przynajmniej na tę jedną noc😊. Jakkolwiek ją jednak nie nazwiemy, ma w naszej i literackiej, i historycznej przeszłości silne znaczenie. To w tę noc wiele się działo. Wiele morderstw było popełnianych i wiele dzieci poczętych. Podobno co dzieje się w kupalnocce, zostaje w kupalnocce.

Przeszłość uczy nas, jak mamy korzystać z teraźniejszości.” – Jan Barszczewski „Włosy krzyczące na głowie” [w:] „Duchy Nocy Kupały”.

Cytat wyborny, lecz opowiadanie niekoniecznie, mimo znacznego przesłania, które ze sobą niesie związanego ze ślepym wierzeniem panicza Henryka w słowa starca, które przywiodło go tylko do zguby. Sam Jan Barszczewski nie zachwycił. Jego pozostałe dwa opowiadania „Znamię na ustach” i „Wilkołak” pełne są niedopowiedzeń, niedokończonych kwestii, niewyjaśnionych okoliczności. Oparte na wierzeniach, przesądach i ciemnocie wśród ludu. Idea kupalnocki wspaniale została rozpisana przez Jana Ładę w opowiadaniu „W nawiedzonym zamczysku”. Pewnie dlatego Tadeusz Zysk zawarł ją w tej antologii. Czytelnik zostaje literackim językiem wprowadzony w obyczaje związane z Nocą Świętojańską, w wianki, w wodę, i w starania młodych mężczyzn, którzy upodobali sobie tą czy inną dziewczynę. O klasycznych, wybitnych autorach nie wspomnę, którzy nakreślili swego czasu historie nie z tego świata, a które wybrane zostały do tego zbioru opowiadań. Oskar Wilde zachwyca swą narracją i znajomością świata i to nie tylko w jednej historii😊. Theo Gift zaskakuje, a Jin Yong i Anton Straszimirow okazali się dla mnie totalnym zaskoczeniem.

Zacznę od samego mistrza słowa, angielskiego prozaika i poety Oskara Wilde’a. W którejś recenzji na LC przeczytałam, że „Najbardziej spodobała mi się historia Wilde’a! Nigdy dotąd nie opublikowana w języku polskim!”. Zastanawiałam się, o którą chodzi autorce recenzji, gdyż ja odnalazłam w antologii więcej niż jedną historię jego autorstwa. Najmniej przekonała mnie opowieść „Rybak i dusza”. Zaskoczyła jednak dedykacja autora dla Alice, księżnej Monako. Z przypisu dowiedziałam się, że była to arystokratka francuska, która wyszła za mąż za księcia Alberta I i „było to jej drugie małżeństwo”. Zamiłowanie do dedykacji Wilde powtórzył przy okazji „Królewicza”, którego ofiarował „Margaret  Brooke, rani Sarawaku, żonie radży”. I Księżna Monako, i rani Sarawaku vel domo  Margaret Alice Lili de Windt zaciekawiła mnie ogromnie. Przeczytałam mnóstwo informacji z nimi związanych w Internecie i…. jak zwykle, wartościowe lektury uczą. Na stornie malajskiej Wikipedii (źródło: https://ms.wikipedia.org/wiki/Margaret_Brooke  ) przeczytałam, że była drugą Białą Rani Sarawak, żoną króla Karola Anthony’ego Johnsona Brooke. Swoje wspomnienia opisała w „Hidup Saya di Sarawak” („Moje życie w Sarawak”) wydane w 1913 roku, które dały obraz życia w Astanie w Kuching i kolonii Borneo. Rani stała się legendą za życia jako kobieta wytrwała i mądra. Była niezwykle kochana przez swego męża, który wybudował dla niej Fort Margherita w prezencie ślubnym, nazwany jej imieniem. Ze zdjęć spogląda na nas typowa angielska matrona, która dożyła wielu lat. Widocznie musiała być niezwykle interesującą osobą, jeśli doczekała się dedykacji od samego Oskara Wilde’a. Co do opowiada „Królewicz” niezwykle ciekawie zostały przedstawione walki toczone przez Chciwość, Głód, Śmierć, Chwałę, czy Zgryzotę w barwnych i kolorowych Indiach. Możliwe, że i z tą opinią zgadzała się sama Margaret  Brooke, że ludzkie pragnienia nie omijają nawet, a może przede wszystkim dworów królewskich.

A czyż może Chwała stroić w to, co utkała Zgryzota?” – Oskar Wilde „Królewicz” [w:] „Duchy Nocy Kupały”.

Mój faworyt to „Merlose Square, numer dwa” Theo Gifta, również w przecudnym tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego,  który przetłumaczył wspomniane powyżej opowiadania Oskara Wilde’a. Krótka historia o pewnym domu, pisana w narracji pierwszoosobowej z perspektywy pewnej statecznej i pragmatycznej damy doświadczającej dziwnych przeżyć. Przy tej historii faktycznie czułam ciarki na plecach. Pani Mrs Henry Wood „W karierze żołnierza” znanym sobie zwyczajem pobawiła się znowu relacją z czytelnikiem zapewniając, że „Wydarzenia, o których piszę, są autentyczne, chociaż zdają się trącić romansem.” i twierdząc, że bohater o którym pisze „Na chrzcie otrzymał on imiona Henry Lynn, nie musimy tego ukrywać.”. O dziwo, wyjątkowo opowiadanie to przypadło mi do gustu, a osobiste wtrącenia i spostrzeżenia rzucone z perspektywy autorki nie denerwowały mnie, jak to czasem się zdarzało przy okazji innych publikacji. „Pałac Ramadan – beja” autorstwa Antona Straszimirowa, bułgarskiego pisarza to całkowita egzotyka. Polecam za to Jin Yonga „Narodziny bohatera” w antologii. Warto przeczytać nawet we fragmentach. Mimo, że mongolskie nazwiska, nazwy utrudniały mi podążanie sprawnie za fabułą.

Niektóre wybrane historie, które finalnie znalazły się w antologii totalnie mnie zaskoczyły. Nie odnalazłam w nich tej specyfiki i klimatu pogańskich, słowiańskich bóstw i obrzędów. Jak historia Antona Straszimirowa, czy Jin Younga, a także Oskara Wilde’a.  Najbliżej tematu przewodniego były historie Zygmunta Krasińskiego, Jana Barszczewskiego, Roman Zmorskiego i Jana Łady. Pewnie wynika to z ograniczonego horyzontu czytelniczego w którym tkwię, opartego na założeniu, jak ja sama sobie wyobrażam pisanie o sobótce😉. Możliwe. Bez dwóch zdań antologia jest warta zapoznania. Każdy z czytelników znajdzie wśród tak szerokiego spectrum historię dla siebie, którą przeczyta z zachwytem, zainteresowaniem i jednym tchem. Wszak dlatego warto czytać antologie. Każda opowieść czymś innym mnie zaskakuje. Każda ma inne tempo i inny język. Każda z nich jest z początku wielką niewiadomą, a znaki zapytania w literaturze zawsze się sprawdzają.  Miłej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Pasożyt” Alicja Horn

PASOŻYT

  • Autorka: ALICJA HORN
  • Wydawnictwo: FAROS BOOKS
  • Liczba stron: 327
  • Data premiery: 30.06.2022r.

Najpierw zastanowiło mnie co to za @Faros Wydawnictwo? Strona http://farosproza.pl/ niedostępna😉. Z informacji na oficjalnym profilu FB @Faros Wydawnictwo dowiedziałam się tylko „Wydajemy dobre książki”😊 i ani słowa więcej. Mam nadzieję, że „Pasożyt” Alicji Horn będący kontynuacją książki „Wyleczeni” (recenzja na klik) zapoczątkuje nową erę. Erę nowej jakości książek.

Wydawca wydający dobre książki obiecuje w swym opisie, że Horn „powraca z nową powieścią, by znów szokować czytelników osobliwymi metodami morderstw”. I zapewne coś w tym jest, gdyż dalsze losy lekarki Marty Wolskiej i  komisarza policji Michała Łazowskiego są równie ciekawe jak w „Wyleczonych”. Tym razem partnerzy, nie tylko zawodowi😉, natrafiają na ślad afery farmaceutycznej. Historia rozpoczyna się jednak szybką śmiercią pacjenta oddziału zakaźnego, Daniela Schulza, który był odpowiedzialny za czternaście brutalnych gwałtów i dwie śmierci swych ofiar. Przyczyna śmierci to neglerioza, wywołana przez amebę choroba pasożytnicza, która prowadzi do pierwotnego zapalenia mózgu i opon mózgowych, a w efekcie do śmierci. Potocznie mówi się o amebie „zżerającej” mózg. Do tego nagła się śmierć profesora Franczaka zasłużonego w medycynie, szczególnie w dziedzinie chorób zakaźnych i zniknięcie Leszka Skalskiego, lekarza pracującego z Martą po którym został tylko rozbity samochód na poboczu drogi. Te wszystkie wydarzenia dzieją się w tle z sexworkerkami, chemsexem i darkroomami, których fani domagają się refundacji leku przeciwdziałającemu HIV.

Spokojnie😊, lek Volanda nie istnieje. Sprawdziłam. Nie oznacza to, że podobnego leku, który stale przyjmowany przeciwdziała zarażeniu HIV nie ma i całkiem możliwe, że pewna grupa mężczyzn nie korzystających z prezerwatyw lobbuje za jego refundacją. Tym bardziej, że jest to idealny lek, jak twierdzi autorka, dla narkomanów przyjmujących narkotyki (…) dożylnie, świadczących usługi seksualne i odbywający kontakty seksualne pod wpływem substancji psychotropowych, a także fanów darkroomów, o których istnieniu nie miałam pojęcia. I za tą wiedzę, którą zdobywam lubię prozę Alicji Horn, kryjącej się pod pseudonimem lekarki. Nie tylko informacje z tematyki współczesnych zachowań seksualnych, lecz także wiadomości z meandrów życia lekarzy, zależności i nepotyzmu rządzących w środowiskach, a także trudności, z którymi stykają się młodzi i gniewni chcący być w opozycji, próbujący przynajmniej być w opozycji. Zarażenia negleriozą w Polsce też nie odnotowano. Chociaż w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wykryto amebę Naegleria fowleri w ciepłych wodach Jezior Konińskich w Wielkopolsce, które były podgrzewane przez pobliskie elektrownie. Zapewne ten fakt pobudził Autorkę do skonstruowania tak nietuzinkowej mistyfikacji, która przyczyniła się do śmierci jednego z pacjentów oddziału zakaźnego.

Odważnie pisarka nazywająca się Alicją Horn wdarła się na polski rynek czytelniczy z pomysłem na Wyleczonych. Z pomysłem układu „(…) który miał na celu eliminację niebezpiecznych przestępców. Takich, z którymi nie potrafił poradzić sobie wymiar sprawiedliwości – morderców, pedofilów, gwałcicieli.”. Zaskarbiła sobie część odbiorców, którzy cenią umiejętność łączenia życia osobistego z zawodowym, pogmatwane historie z nutką nostalgii oraz specyficzny humor. Nie wiem, czy z takimi przypadkami Autorka miała przyjemność spotkać się na oddziale szpitalnym, ale niektórzy pacjenci…..

„Pasożyt” to thriller medyczny sprytnie połączony z wątkami obyczajowymi opartymi na przeszłości, teraźniejszości i relacjach damsko – męskich, wszystko w adekwatnych dozach. Do tego umiejętnie przedstawione prawidła medyczne i ciekawostki ze świata lekarzy wciągają czytelnika od pierwszych stron. Ja nie oderwałam się od książki, gdy jej nie przeczytałam😉. A to zawsze świadczy o dobrej pozycji.

ps. co najmniej osobny rozdział należał się  Pani Strong specjalizującej się w waginizmie, która oferowała „Warsztaty wietrzenia cipek”😊.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Faros Books.

„Towarzyski poradnik dla panien bez posagu” Sophie Irwin

TOWARZYSKI PORADNIK DLA PANIEN BEZ POSAGU

  • Autor: SOPHIE IRWIN
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 13.07.2022r.

„Towarzyski poradnik dla panien bez posagu” Sophie Irwin od Wydawnictwa Książnica to pozycja, która zwróciła moją uwagę od razu, gdy tylko pojawiła się informacja o jej premierze. Stało się to za sprawą niecodziennego tytułu, ciekawej okładki ze złotymi zdobieniami oraz intrygującego opisu.

Jest to lekka powieść obyczajowa z historycznym tłem, akcja rozgrywa się bowiem na początku XIX wieku. Jej bohaterką jest Kitty Talbot, która nie jest ani wybitnie wykształcona, ani szczególnie dystyngowana, owszem na urodę, ale niestety nie ma posagu, a na dodatek ma cztery młodsze siostry i … długi odziedziczone po ojcu. Żeby zapobiec katastrofie i sprzedaży rodzinnego domu Kitty ma tylko jedno wyjście… Musi znaleźć bogatego męża. Sprytu nie można jej odmówić, elokwencji i odwagi również, w związku z tym układa plan, udaje się do Londynu, by wkraść się w łaski miejscowej societty i rozkochać w sobie jakiegoś bogatego młodzieńca. Plan miałby duże szanse na powodzenia gdyby na jej drodze nie pojawił się lord Radcliffe, który bardzo szybko przejrzał jej motywację i postanowił sobie za wszelką cenę przeszkodzić temu, co Kitty sobie zamierzyła. Które z nich będzie sprytniejsze? Jak rozwinie się ten wątek? Czy dziewczyna dopnie swego? Jakie w zasadzie powinno być tutaj szczęśliwe zakończenie?

Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie. Jest lekka, zabawna, błyskotliwa, a dzięki  temu, że rozgrywa się w czasach dalekich od współczesności pozwoliła mi mocno oderwać się od rzeczywistości. Akcja toczy się żwawo, wprowadzone do towarzystwa postacie są interesujące, a główni bohaterowie jak „z krwi i kości”. Bardzo polubiłam Kitty, lord Radcliffe też wydał mi się bardzo interesujący i z wielką uwagą i zainteresowaniem śledziłam interakcję między nimi. Ich słowne pojedynki, poczucie humoru i nagłe zwroty akcji powodowały, że błyskawicznie i z ogromną ciekawością przerzucałam kartkę za kartką. Kitty jest bardzo ciekawą postacią. Można by oceniać ją bardzo negatywnie, w końcu jest łowczynią posagów, chce wybrać przyszłego męża kierując się zasobnością jego portfela. Z drugiej strony jej życie wcale nie było łatwe, musiała szybko dorosnąć, a po śmierci ojca jako najstarsza córka czuje się odpowiedzialna za los swoich młodszych sióstr. I mimo tego, że jej postępowanie może się wydawać naganne, dziewczyna jest bystra, zabawna, pewna siebie, bardzo świadoma i odważna. Bardzo fajnie autorce udało się oddać klimat panujący wśród ówczesnej brytyjskiej arystokracji. Poznajemy panujące między nimi układy, wartości którymi się kierują, ich zwyczaje i sposób myślenia. Zakończenia oczywiście, jak w tego typu powieściach, można się było domyślać, ale całość oceniam bardzo pozytywnie, jest to świetna, lekka książka, która pozwoli Wam się zrelaksować i na pewno poprawi Wam humor.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

PIANISTKA. CLARA SCHUMANN I MUZYKA MIŁOŚCI

  • Autorka: BEATE RYGIERT
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery : 27.07.2022r.

Mam nadzieję, że pamiętacie moje recenzje „Anne z Zielonych Szczytów” oraz „ Anne z Avonlea” i moje zachwyty nad całkowicie nowym tłumaczeniem z oryginału od @wydawnictwomarginesy😉. Jakoś mam szczęście od tego Wydawcy. Ostatnie jego publikacje mile mnie zaskakują. Nie tylko Ania w nowym tłumaczeniu, lecz też „Zaś słońce wschodzi” Ernesta Hemingwaya  (recenzja na klik), o nowym Chmielarzu („Długa noc”) i „Jesieni zapomnianych” Anny Kańtoch (recenzja na klik). Takie same pozytywne odczucia miałam po przeczytaniu książki gatunkowo różnej od tych, które zwykle czytam, a mianowicie; „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki” Karolina Dzimira-Zarzycka (recenzja na klik). Książka okazała się dla mnie ciekawą, błyskotliwą opowiastką w bardzo przystępnej formie o wieloletniej partnerce Marii Konopnickiej. Nie ukrywam, że zabierając się do publikacji „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” autorstwa Beate Rygiert spodziewałam się podobnych wrażeń. Już teraz wiem, że biografie można pisać w bardzo interesujący sposób😉.

Porównałabym muzykę do miłości! Zadaje ból, gdy staje się zbyt piękna. Czasami serce chce wyskoczyć z mojej piersi.” Z pamiętnika Clary Berlin, 20 września 1839 roku – „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

Clara Wieck zakochuje się z wzajemnością w uczniu swego ojca Robercie Schumannie. Jak przystało na kilkunastoletnią pannę żyjącą w pierwszej połowie XIX wieku, zaczyna walczyć o miłość Roberta, prawo do życia z nim, a także o swoją pasję, muzykę. Równocześnie jej ojciec, apodyktyczny Friedrich Wieck osiąga stałe dochody z gry na pianinie młodej Clary. Nie chce niczego zmieniać, nie chce utracić źródła dochodu. Boi się, że wyrwana spod jego skrzydeł Clara osiągnie apogeum swoich pianistycznych możliwości na najważniejszych europejskich scenach i przestanie godzić się na nierówny podział zysków. Pasja, namiętność, muzyka. Kolejność nie ma znaczenia. Wszystkie muzy tak samo silne, tak samo obezwładniające życie młodej Clary, która zaczyna wychodzić z cienia….

Miłość musiała się udać, chociaż z biegiem lat straciła na wyrazistości. Przecież nie bez kozery młoda Clara pisała do ojca: „…od dawna czułam, że to się musi udać. Nic na tym świecie nie może mnie zwieść. Pokażę ojcu, iż młodzieńcze serce może być niezłomne! Z listu Clary do Roberta 15 sierpnia 1837 roku”. Takich pięknych słów w wykonaniu bohaterów ówczesnych czasów w książce jest niezmiernie dużo. Pamiętniki, fragmenty listów Roberta, Clary i innych nie przynudzają, lecz urozmaicają odbiór wzniecając prawdziwe emocje szczęścia, miłości, trochę nawet zazdrości za młodością, za tym przeświadczeniem, że ten właśnie jest tym jedynym i o niego trzeba walczyć do ostatnich chwil. Kolejną zaletą publikacji jest umiejscowienie w miejscu i czasie wydarzeń opisywanych w każdym z rozdziałów. Rygiert zadbała, by czytelnik nie pogubił się w zdarzeniach dziejących się na arystokratycznych dworach, poważnych i zacnych domach, a także na europejskich scenach w każdym czasie, w każdej chwili. Akcja dzieje się w Lipsku, w którym wychowała się Clara, a także w Hamburgu, w którym Clara zaczęła występować i licznych europejskich miastach. Podobało mi się nawiązanie do Fryderyka Chopina, którego Clara spotkała i poznała przy okazji licznych występów na scenach północnych Niemiec. Autorka bardzo wiernie odzwierciedliła niemiecki dryg, niemiecką jakość i niemiecki temperament, a raczej jego brak😉 i wstrzemięźliwość. Miło czytało się o dawnych zawodach, których już nie ma w dzisiejszym świecie jak: koncertmistrz, czy mecenasach muzycznych, dyliżansach pocztowych służących do podróży, a także strojach, obyczajach i wystrojach. Sam język w dialogach i narracji został dostosowany do czasów, o których opowiada książka.

„Dlaczego życie nie składa się wyłącznie z koncertów? Gdyby tylko mogła, grałaby bez ustanku. I razem z dźwiękami udała się gdzieś daleko.” – „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

Ciekawy pogląd młodej dziewczyny, którą ojciec od piątego roku życia zmuszał do grania na pianinie. Takich nowatorskich spojrzeń na znaną postać w światowej muzyce, a także jej męża Roberta znajdziecie sporo. Tak samo jak w książce znajdziecie wiele ciekawostek. Warto wspomnieć o stowarzyszeniu muzycznym, który teoretycznie miał łączyć siły przeciwko filisterstwu konserwatystów. Członkowie stowarzyszenia nadali sobie nowe imiona, i tak; „Wieck nazwał się Mistrzem Raro, Clara – Chiariną, a Robert wybrał dwa imiona odzwierciedlające różne cechy jego charakteru – Euzebiusz oraz Florestan”. Sam wątek miłości nie jest infantylny. Został przedstawiony w sposób bardzo delikatny, wysublimowany. Początek, jak na młodzieńczą miłość przystało „Miała wówczas jedenaście lat, on – dwadzieścia; jego oblicze promieniało i wydawał się pełen werwy.”

No tak😊, zaczęłam już lekko spojlerować i opowiadać Wam całą książkę. Nie mogę zepsuć Wam zabawy podczas czytania, więc podsumuję mój wpis następująco: opowieść o romantycznych kochankach, wirtuozach pianina w prozie wspólnego życia. Napisana w bardzo stonowany, płynny sposób z perspektywy Clary Schumann, z perspektywy kobiecej. Idealna lektura dla ciekawskich świata i uwielbiających powroty do przeszłości, w których mnóstwo koronek, halek, sal balowych i scen teatralnych oraz operowych. Gdzie liczyły się binokle, cygaro, perfumy, a także długa łabędzia szyja. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Nie ma tego złego” Lauren Weisberger

NIE MA TEGO ZŁEGO

  • Autorka: LAUREN WEISBERGER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY (tom 3)
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 27.07.2022r.
  • Data premiery światowej: 7.05.2019r.

Lauren Weisberger była przez niecały rok osobistą asystentką samej Anny Wintour szefowej „Vogue”. Swoje doświadczenia opisała w błyskotliwej  książce „Diabeł ubiera się u Prady”, której ekranizacja podbiła serca odbiorców z rewelacyjną rolą Meryl Streep oraz Anne Hathaway. Film oglądałam, pierwszą część dawno temu czytałam. O drugiej nie miałam pojęcia😉. Tym chętniej sięgnęłam do książki „Nie ma tego złego”, która premierę nakładem @WydawnictwoAlbatros miała 27 lipca br. Spodziewałam się ciekawej fabuły, kobiecych problemów w stylu bardziej „Zmowy pierwszych żon”, niż „Wielkich kłamstewek”, a także mile spędzonego czasu.

Karolina Hartwell, była supermodelka, aktualnie żona pretendującego do funkcji prezydenta Stanów Zjednoczonych senatora Grahama Hartwella zostaje zatrzymana za jazdę po pijanemu, z synem męża i jego kolegami w samochodzie. Dramatyzmu dodaje fakt, że policja dostrzega na tylnym siedzeniu puste butelki po alkoholu, wskutek czego Karolina spędza noc w areszcie. Wspierana przez Miriam Kagan, przyjaciółkę, byłą prawniczkę, a teraz gospodyni domową i matkę trójki dzieci, prosi o pomoc Emily Charlton. Byłą asystentkę Mirandy Prestly wydawczyni modowego imperium „Runwaya”, aktualnie konsultantkę wizerunkową celebrytów, która zaczyna tracić klientów. Kobiety wspierają się wzajemnie w trakcie swych życiowych zakrętów i starają się ze wszystkich sił, by wyjść z życiowych zawirowań obronną ręką.

Niestety zawiodłam się. Książka jest bardzo przeciętna, czułam się przytłoczona nieprawdopodobnymi sytuacjami i słabymi fragmentami, które miały wywołać u czytelnika emocje. Sama kwestia związana z aresztowaniem Karoliny z początku książki okazała się wyjątkowo naciągana. Dzieci na siedzeniach z tyłu, z pustymi butelkami po alkoholu! Do tego brak badania alkomatem i noc w areszcie! Gdzie komórka, z której Karolina nagrywa nieregulaminowe zachowania policjantów? Gdzie dzieci, które reagują? Gdzie jest jej adwokat, jeśli rodzinny się nie spisuje ?  Autorka jakby zapomniała o podstawowych kwestiach, o których wie każdy czytelnik. To już niestety spowodowało silną moją reakcję obronną. Nie cierpię wręcz, gdy autor robi z czytelników bezmyślne mięso czytelnicze, które łyka wszystkie absurdy. Bohaterki też mnie nie zachwyciły. Nie ma w nich drapieżności. Kompletnie nie są podobne do postaci z „Wielkich kłamstewek”, już o „Zmowie pierwszych żon” nie mówiąc. Intrygi nie okazywały się rzeczywiście intrygami, tylko słabo skonstruowanymi elementami fabuły. Akcja często wydawała mi się rozwleczona, a bohaterki w różnych aspektach życia bezwolne. Karolina jako supermodelka zawiodła mnie najbardziej. Wydawała się praktycznie bezmyślna od początku do końca. Jej infantylność i naiwność wydawała mi się wręcz patologiczna. Najbardziej przekonała mnie Miriam. Kobieta, która zrezygnowała z kariery prawniczej dla rodziny, ale która powraca na rynek pracy. Chociaż jej powrót na rynek pracy też wydaje mi się totalnie odjechany. Sposób prowadzenia sprawy Karoliny….. ech, aż szkoda komentarza jak wydaje się być kierowany bez sensu, po omacku i bardzo pospolitymi metodami nie przystającymi na działalność prawniczą.

Książka ma jednak ciekawe momenty. Niezwykle podobały mi się nazwy rozdziałów, które okazały się niestety najciekawszym fragmentem. „Znowu kostium nazisty?”, „Zwykły kolega i niebieski kondom z brokatem”, „Powrót do dopasowanej waginy” brzmią wspaniale.  W niektórych rozdziałach, których jest łącznie trzydzieści jeden, autorka wprost odniosła się do rozdziałów, których nazwa wydaje się jakby wprost wycięta z treści zawartych w poszczególnych częściach. Gdzieniegdzie autorka wplotła ciekawe spostrzeżenia związane z funkcjonowaniem bogatych kobiet z przedmieścia jak: operacje plastyczne, wszechobecne nianie, dzieci jako element statusu społecznego, zdrady, znudzenie własnym życiem, ekskluzywne ciuchy, drogie siłownie itd. Wielokrotnie wspomniała uwielbiany swego czasu przeze mnie serial „Gotowe na wszystko” stwierdzając, że serial był kiepski, a fabuła słaba. Dla mnie życie Gabrielle, Susan, Bree, Lynette i Edie było o wiele ciekawsze. No cóż, ale każdy ma swój gust😊.

Podsumowując; niewymagająca lektura, która nie pozostawiła po sobie żadnej refleksji. No może tylko jedną:

Liczą się emocje, nie fakty! Nikogo nie obchodzi, co się naprawdę wydarzyło. Nikt nie dba o to, czy jesteś niewinna. Nikogo nie interesują aspekty prawne i szczegóły. Najważniejsze, jakie wzbudzasz uczucia. Jak ludzie na ciebie reagują, gdy cię widzą, słyszą, spotykają. Cała reszta to szum.” -„Nie ma tego złego” Lauren Weisberger.

Moja ocena 5/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Dom sekretów” Magdalena Kordel

DOM SEKRETÓW

  • Autor: MAGDALENA KORDEL
  • Seria: TAJEMNICE. TOM 3
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 376
  • Data premiery: 29.06.2022r.

Pod koniec czerwca premierę miał 3 tom serii „Tajemnice” autorstwa Magdaleny Kordel. Dwa wcześniejsze tomy czytałam, rozkoszując się ich niezwykłym klimatem, także bezdyskusyjne było to, że po i trzeci tom sięgnę. Co prawda ze względu na sterty czekających na przeczytanie książek zajęło mi to trochę czasu, jednak niedawno udało mi się po nią sięgnąć, przeczytałam jak zwykle szybko i z ogromną przyjemnością, a dziś zapraszam Was do przeczytania recenzji.

Od kiedy w życiu Adeli i jej rodziny na nowo pojawiła się Halina, kobieta nie potrafi zaznać spokoju. Ma poczucie jakby nad jej głową zebrały się burzowe chmury w postaci rodzinnych tajemnic, spraw z przeszłości i skrywanych żalów. Ma świadomość, że przynajmniej z jedną z nich będzie musiała się jak najszybciej zmierzyć. Tylko jak w dwudziestym pierwszym wieku opowiedzieć młodym o rodzinnej klątwie, tak by nie uznali ją za  żyjącą w innym świecie staruszkę? Inni bohaterowie również mają problemy, które zaprzątają ich uwagę. Niespodziewana reakcje Jagny na relacje Ruty i Mateusza powoduje, że oboje czują się zagubieni i nieszczęśliwi. Również między przyjaciółkami nie dzieje się dobrze, z powodu tych wszystkich problemów Ewelina i Jasiek zwlekają z podzieleniem się z rodziną i przyjaciółmi ważną wiadomością. I ogólnie można mieć wrażenie, że w zgranej do tej pory gromadce zapanował chaos. Co można zrobić czy wszystko naprawić? Czy jest to w ogóle możliwe?

Mamy tutaj dwie opowieści, współczesną, która jest kontynuacją, tego co działo się we wcześniejszych tomach oraz tę historyczną, która rozgrywa się, jak to zostało określone, w „czasie krynolin”. Jest to historia służącej Oleńki, jej miłości do panicza i jej konsekwencji. Stanowi ona odrębną historię, natomiast ma wpływ na losy kolejnych pokoleń, w tym Adeli i Eweliny. Jest to piękna historia, wspaniale oddająca historię tamtych czasów i ich realia, jest zarazem przejmująca, smutna i pouczająca. Współczesne wydarzenia skupiają się natomiast głównie wokół Adeli, jak również wokól Ruty i Mateusza. Ewelina w porównaniu do wcześniejszych tomów odrywa mniejszą rolę, jakby została trochę wycofana. Ważny wątkiem jest relacja Haliny i Adeli. Od kiedy bowiem siostra pojawiła się na progu domu kobiety, nie daje o sobie zapomnieć, i choć Adela najchętniej sprawiła by, żeby zniknęła ona znowu, tym razem już na zawsze, powoli zdaje się godzić z rzeczywistością. Dojrzewa do konfrontacji i na nią bardzo w kolejnym tomie liczę. Mimo tego bowiem, że tą część czytało mi się bardzo przyjemnie, historia Oleńki była wspaniała, trochę mam poczucie, że są to takie wątki zastępcze, że rozwiązanie tajemnicy rodzinnej, na które bardzo czekam, zostało za pomocą tego tomu po prostu odwleczone.

Powieść tak, jak każda wcześniejsza autorki i jak poprzednie dwa tomy tej serii ma świetny styl i klimat. Autorce udało się stworzyć taką niesamowitą, pełną spokoju, miłości i optymizmu atmosferę. Czytając ją i przenosząc się do domu Adeli i Muszki czułam się trochę tak jakby otulała się takim cieplutkim, mięciutkim kocykiem, który odgrodził mnie od wszystkich problemów świata i sprawiał, że znalazłam się w bezpiecznym i przyjaznym miejscu. Myślę, że takiego poczucia potrzebuje każdy z nas, dlatego gorąco Was zachęcam do przeczytaniu „Domu sekretów”.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ZNAK.

„Jej ostatnie wakacje” C.L. Taylor

JEJ OSTATNIE WAKACJE
  • Autorka: C.L. TAYLOR
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 1.06.2022r.

Czytałam już dwie książki Cally Taylor – publikującej jako C.L. Taylor –  brytyjskiej autorki thrillerów psychologicznych. Zarówno „Zanim powróci strach” i „Nieznajomi” oceniłam wysoko. „Jej ostatnie wakacje” to trzecia książka Taylor, która trafiła w moje ręce dzięki prezentowi od @WydawnictwoAlbatros, za który niezmiernie dziękuję. Zaintrygował mnie motyw zaginionej siostry Jenny, której szuka Fran. Po ciekawych kreacjach bohaterów, o których rozpisywałam się w recenzji „Nieznajomi”, liczę również na ciekawych bohaterów, a raczej bohaterki. Cóż może być bardziej interesującego niż siostra szukająca tej zaginionej, znajdująca się w tym samym miejscu. Czyż nie 😉. Tym bardziej, że zdaniem innych autorów, jak przeczytałam w opisie Wydawcy, książka oceniana jest jako: „(…) Niepokojąca powieść o gęstej atmosferze” oraz (…) Pasjonująca i znakomicie skonstruowana historia”. Czytacie? Czytaliście?

Kiedy już myślałem, że nie możesz upaść niżej (…) ty przebijasz dno.” – „Jej ostatnie wakacje” C.L. Taylor.

Jenna skorzystała z oferty Toma Wade’a, właściciela firmy LekarzDuszy, który w trakcie egzotycznych wakacji na Maltę obiecywał relaks, odkrycie siebie na nowo i całkowity restart. Jenna zaginęła, a dwoje innych uczestników straciło życie w nieszczęśliwym wypadku. Skazany na dwa lata więzienia wyszedł właśnie na wolność, by wraz ze swoją żoną Kate na nowo zacząć oferować wakacje dla osób z obciążeniami psychicznymi, którzy potrzebują wytchnienia i zrozumienia, jak funkcjonuje świat wokół nich. Fran, siostra Jenny, postanawia skorzystać z oferty  LekarzaDuszy, by odnaleźć siostrę, by dowiedzieć się, co stało się w trakcie tej zorganizowanej wycieczki.

Bardzo zawiodła mnie ta książka ☹. Fanów Cally Taylor przepraszam, że zaczynam recenzję z tak przysłowiowej grubej rury, ale kompletnie historia mnie nie przekonała. Pomysł na LekarzaDuszy był naprawdę dobry. Guru motywacyjne organizuje warsztaty terapeutyczne dla osób potrzebujących wsparcia. Jak to w thrillerach psychologicznych bywa, w takiej działalności nie trudno o nadużycia, oszustwa, manipulacje. Koncepcja tego opiera się na założeniu, że osoby potrzebujące wsparcia psychologicznego są bardzo łatwymi ofiarami, które można złowić na czułe słówka, uwagę, poklepywanie po ramieniu. Kompletnie jednak zatraciła się w fabule granica kto jest ten zły, a kto dobry. Autorka mieszała emocje czytelnika na prawo i na lewo. Antypatie i sympatie przeplatały się ze sobą, co sprawiało wrażenie, że postaci nie są do końca przemyślane. Nawet Jenna, od której wszystko się zaczęło, kompletnie mnie nie przekonała. Jej opowiedziana historia jawiła mi się jako wyjątkowo naciągana trochę na zasadzie z igły widły, a w thrillerach tego wyjątkowo nie lubię. To samo, albo jeszcze silniej, odczuwałam czytając o rodzinie Fitzgerald. Jedyną bohaterką, która zdawała mi się w pełni przemyśla, co do jej osobowości i jej roli w fabule, to była Fran. „(…) pięćdziesięcioletnia kobieta z krótkimi włosami…”. Jej relacje z Jenną, siostrą o dwanaście lat młodszą, również odebrałam jako realne, jako dopracowane. Dużo w nich poczucia winy, dużo zazdrości i współzawodnictwa. Jak to wśród rodzeństwa.

To nie thriller. To bardzo słaby thrillerek. Praktycznie bez aspektu psychologicznego. Odzwierciedlający koleje losów Jenny i Fran rozpisane w pięćdziesięciu sześciu rozdziałach. Plusem jest konstrukcja książki, często powielająca się w tym gatunku, wręcz wyświechtana. W rozdziałach autorka określiła czasoprzestrzeń, przez co czytelnik nie musi zastanawiać się kiedy się dzieje akcja, czy terazmaj , czy wtedy-dwa lata wcześniej, czy teraz – dwa miesiące później. Dodatkowo opatrzyła imionami Fran lub Jenny każdy rozpoczynający się rozdział chcąc skupić uwagę odbiorców na konkretnej postaci i jej punkcie widzenia, a także wydarzeniach, w których brała udział.

Mam problem z tymi anglojęzycznymi (angielskimi i amerykańskimi) thrillerami. Gatunek ten rości sobie swoje prawa. Ma być sporo emocji, dużo niezgody na opisywane wydarzenia, napięcie i niepokój. Żadnych z tych uczuć nie doświadczyłam przy czytaniu książki „Jej ostatnie wakacje”. Dla mnie powieść okazała się lekką, przydługą historią z totalnie odpalonym zakończeniem. Jesteście jego ciekawi? Nic nie stoi na przeszkodzie, sięgnijcie po ostatnią powieść Cally Taylor😉. A mi nie pozostaje nic innego jak życzyć Wam tylko; miłej lektury.

Moja ocena 5/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.