„Opowieść o dwóch miastach” Charles Dickens

OPOWIEŚĆ O DWÓCH MIASTACH

  • Autor: CHARLES DICKENS
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 600
  • Data premiery: 31.05.2022r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 1928r.
  • Data premiery światowej: 1983r.

O Wielkiej Rewolucji Francuskiej wspomniałam przy okazji niedawnej recenzji z 11 lipca br. powieści historycznej „Szkoła luster” Ewy Stachniak. Temat ten poruszony został również w kolejnej powieści, którą przeczytałam, a mianowicie „Opowieści o dwóch miastach” autorstwa samego, wybitnego Charlesa Dickensa. Dickensa recenzowałam dotychczas na moim blogu tylko w krótszych formach. Jego opowieści znalazły się w takich antologiach jak: „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach”, „Najsłynniejsze opowiadania wigilijne” czy „Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”. Recenzowana właśnie książka będąca wyśmienitym przykładem klasycznej, wielkiej literatury w oryginale ujrzała światło dzienne w 1859 roku, teraz wydana została nakładem Wydawnictwa @Zysk i S-ka i debiutowała na polskim rynku wydawniczym 31 maja br. Uwielbiam literaturę klasyczną😊. Za jej słowo, za niepowtarzalny i nie do podrobienia styl, za fantazję autorską i za odzwierciedlenie czasów, w których była pisana. Z takim dziełem miałam do czynienia w przypadku pozycji; „Opowieść o dwóch miastach”.

Zaczyna się tak:

Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą. Dążyliśmy prosto w stronę nieba i kroczyliśmy prosto w kierunku odwrotnym. Mówiąc zwięźle, były to lata tak bardzo podobne do obecnych, że niektórzy z najhałaśliwszych znawców nowej ery widzą w niej dobro i zło…” – „Opowieść o dwóch miastach” Charles Dickens.

A później robi się jeszcze ciekawiej:

Ale zadania śmierci było receptą modną w owe lata… (…) Śmierć jest uniwersalnym lekiem stosowanym przez Naturę we wszelkich dolegliwościach, wobec czego odwoływało się do niej również prawodawstwo. A zatem na śmierć skazywano szalbierza i człowieka puszczającego w obieg fałszywe banknoty, i takiego, co bez upoważnienia otworzył cudzy list, i takiego, co sprzeniewierzył czterdzieści szylingów i sześć pensów albo odlał fałszywą monetę wartości jednego szylinga, albo zbiegł z koniem powierzonym swojej pieczy…” – „Opowieść o dwóch miastach” Charles Dickens.

By na sam koniec przeczytać między innymi:

„(…) Od zarania dziejów wyobraźnia ludzka tworzyła krwiożercze i nienasycone potwory, lecz żaden z nich dorównać nie zdołał jedynemu ludzkiemu wynalazkowi – Gilotynie.” – „Opowieść o dwóch miastach” Charles Dickens.

Bo tak naprawdę gilotyna odgrywa w powieści Charlesa Dickensa istotną rolę. Przy czym „(…) okazywanie współczucia ofiarom gilotyny stanowi zbrodnię.” To nie historia miłosna Lucie Manette i Karola Darnay’a urodzonego we Francji, a wychowanego w Anglii. To nie opowieść o lekarzu z Beauvais Aleksandrze Manette, odnalezionemu po latach, ani o więźniu Sto Pięć Wieża Północna. To nawet nie historia o nieszczęśniku, mecenasie Sydney’u Cartonie również zakochanego w Lucie, ani o wieloletnim pracowniku Domu Bankowego Tellsonów Panu Lorry. To też nie dzieło o małżonkach Defarge, złych – dobrych, wybawicieli – mordercach bardzo kolorowych w swej charakterystyce, niezwykle ciekawych. To raczej prawdziwa historia o tytułowych dwóch miastach, o Paryżu i Londynie, gdzie losy Francuzów splotły się z losami rodowitych Anglików. Gdzie wiara i przeświadczenie o własnej słuszności powiodły na francuski szafot, oprócz rodziny królewskiej, wielu niewinnych ludzi, którzy często z zawiści zostali zadenuncjowani jako wrogowie Republiki Francuskiej.

Och, jaki to był przepiękny literacki język!!! Nie wiem, czy dużą trudność miał translator tej powieści, Pan Tadeusz Jan Dehnel z jej tłumaczeniem, ale wiem, że Wydawnictwo @Zysk i S-ka ma szczęście do wybitnych tłumaczy (pamiętacie chyba o moich zachwytach nad tłumaczeniami Jerzego Łozińskiego😊). Z kart powieści spoglądają na czytelnika twarze sprzed ponad dwustu lat, w przeddzień Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Spozierają słowa i sformułowania, które są jedyne w swoim rodzaju. Dickens zachęca czytelnika to zabawy we współuczestniczenie w narracji. Zwraca się do niego osobiście, personalnie formułując takie wypowiedzi jak: „(…) który ma w naszej opowieści niejaką rolę do odegrania…”. Zarzucając nas górnolotnymi sformułowaniami, w których cechy charakteru i wyglądu są wyjątkowo uwypuklone; „Wiara w człowieka zmarnowanego i zgubionego dodała Lucie tyle piękna, że mąż potrafiłby nie odrywać od niej wzroku przez długie godziny.” 😊 lub opisy niezwykle rozbudowane; „Siostra śmiertelnie rannego chłopca była moją siostrą, jej mąż był moim szwagrem, nienarodzone dziecko było ich dzieckiem, ojciec był moim ojcem, a waleczny brat był moim bratem.”.

Książka składa się z trzech ksiąg, każda została zatytułowana i każda dotyka innego okresu w życiu bohaterów. Fabuła zamknięta została w kolejno ponumerowanych rozdziałach, którym również autor nadał tytuły związane z podjętymi przez siebie w danej części tematami. Opowieść nie ma głównego  bohatera. Narrator opowiada losy kilku z nich. Losy splecione różnymi wydarzeniami, w których raz znaczenie ma miłość ojcowska, raz powinność względem dobrodzieja, raz wydarzenia sprzed iluś lat, które piętnem się odcisnęły na pewnej wiejskiej, biednej rodzinie, a raz bunt obywateli francuskich, którzy cierpiąc głód usłyszeli, że mogą jeść trawę. To wszystko Dickens opisał z historyczną pieczołowitością. Akcję osadził od roku 1775 do momentu zdobycia Bastylii przez paryskich mieszczan, które miało miejsce 14 lipca 1789 roku i krótkiego okresu bezpośrednio po tym wydarzeniu. Aż dziw, że pisząc książkę niespełna sto lat później autor zaangażował się jako literat w proces oceny decyzji ówczesnych Republikanów, które były brzemienne w skutkach dla wielu niewinnych. A jednocześnie pochylił się nad losem plebsu niejednokrotnie ganiąc szlachciców, którzy wykorzystywali siłę i władzę nad nimi. Przecież to czyn markiza St. Évremonde’a pociągnął za sobą następstwa, które sprytnie zostały wplecione w pozornie prostą historię. Do tego Charles Dickens wielokrotnie odniósł się do rzeczywistych bohaterów istniejących w historii, jak na przykład pewien sędzia znany ze swego okrucieństwa skazujący bez rzetelnego i prawdziwego procesu, a także miejsc, czy instytucji, które odegrały i w Paryżu, i w Londynie wtenczas istotną rolę.  

To literatura ponadczasowa, mimo nieaktualnego języka i dawnych sformułowań oraz zwrotów, z którymi nie stykamy się we współczesnej prozie. To klasyka, do której zawsze warto sięgnąć, by zderzyć się z fenomenem wielkiego pisarstwa. Charlesa Dickensa warto znać nie tylko z „Kolędy prozą, czyli Bożonarodzeniowej opowieści o duchach” potocznie zwaną „Opowieścią wigilijną”. Charlesa Dickensa powinniśmy starać się poznać również z innych jego dzieł.

Zachęcam Was do zerknięcia na karty „Opowieści o dwóch miastach”, gdzie z wydarzeniami związanymi z Wielką Rewolucją Francuską rozprawił się sam Dickens, „Uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela powieści społeczno-obyczajowej w drugiej połowie XIX w. w Anglii”. (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Charles_Dickens z dnia 12.07.2022r.).

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Szkoła luster” Ewa Stachniak

SZKOŁA LUSTER

  • Autorka: EWA STACHNIAK
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 488
  • Data premiery: 1.06.2022r.

@Ewa Stachniak-pisarka na swoim oficjalnym, polskim profilu na FB w dniu 1 czerwca br. napisała: „Szkoła luster różni się od moich poprzednich książek, tych zainspirowanych życiem Zofii Potockiej, Katarzyny Wielkiej, czy Bronisławy Niżyńskiej. Nie podążam śladami postaci historycznych, choć wiele z nich pojawia się na kartach powieści. Bohaterki Szkoły luster, Véronique i Marie-Louise, powstały w mojej wyobraźni. A jednak tak jak w moich poprzednich powieściach, i w tej główną rolę grają kobiety silne i odważne. Piszę o nich bo takie kobiety mnie wychowały. Urodziłam się we Wrocławiu, w mieście niemieckich ruin, w trudnych, powojennych czasach. Babcia która przeżyła dwie wojny, Mama która dorastała w czasie drugiej wymagały ode mnie odwagi i wytrwałości. Nie chciały słuchać wymówek, nie pozwoliły rozczulać się nad sobą. Uczyły mnie jak gotować z niczego, przerabiać stare ubrania na nowe, szukać rozwiązań sytuacji z pozoru beznadziejnych. Nie zawsze wygrywały, ale zawsze robiły to “co w ludzkiej mocy” by żadnej szansy nie zmarnować, by żyć uczciwie i w godności.”

Wspaniałe słowa z ust kobiety – autorki, której dzieł jeszcze nie czytałam. „Szkoła luster” wydana przez Wydawnictwo @Znak Literanova to moja pierwsza przygoda z jej twórczością i choć premierę miała ponad miesiąc temu, ja do niej sięgnęłam dopiero niedawno.  Broniłam się i broniłam, mimo przepięknego wydania w twardej oprawie. Opierałam się długo i to z prostego powodu😉, powieść historyczna nie jest moim konikiem. Okazuje się, że całkiem niepotrzebnie. O ile może nie jest to mój najbardziej ulubiony gatunek, o tyle rzecz o silnych, ciekawych i niebanalnych kobietach zawsze się sprawdza. Sprawdziła się i teraz😊.

Fabuła zaczyna się w Wersalu w 1755 roku, gdy do rezydencji przybywa trzynastoletnia Véronique. Jej niewinność kończy się tam, gdy zaczyna się pobyt nie na służbie polskiego hrabiego, kuzyna królowej, a na zabawianiu samego  Ludwika XV, zwanego Ukochanym, męża starszej o 7 lat córki polskiego króla Stanisława Leszczyńskiego, Marii, którą poślubił mając lat piętnaście i ojca dziesięciorga dzieci z prawego łoża. A o nieprawym lepiej nie wspomnę. Emocjonalnie i erotycznie przez pewien czas związany z Madame de Pompadour. Jak stanowią źródła: „Największy wpływ na politykę Francji w tym okresie wywierała metresa królewska, madame de Pompadour, sympatyzująca z „filozofami”. Jej związek z królem rozpoczął się w 1745 r. Ich romans wygasł wprawdzie już pięć lat później, ale markiza zachowała swoje wpływy aż do śmierci w 1764 r. Posiadała rozległe wpływy w Radzie Królewskiej, gdzie jej głos niejednokrotnie znaczył więcej od głosu ministra. Licznie wstawiennictwa markizy u króla zmierzały do łagodzenia konfliktów, co spowodowało brak jednoznacznej linii politycznej króla. Często jednak kierowała się osobistymi sympatiami i antypatiami.” (cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludwik_XV z dnia 10.07.2022r.). I to z życiem w dworskimi intrygami i fantazjami w tle musi radzić sobie niepełnoletnia Véronique. Po latach z podobnymi dylematami przyjdzie się zmierzyć jej nieślubnej córce, Marie-Louise, która wraz ze swą matką i mimo słabej pozycji społecznej musi odnaleźć miejsce w życiu.

Zacznę od Autorki. Niech Was nie zmyli polskie nazwisko. Tak naprawdę autorka wydaje jako Eva Stachniak, gdyż od 1981 roku mieszka w Kanadzie. „Szkoła luster” jest więc z oryginału przetłumaczona przez Ewę Rajewską, ale w przekładzie autoryzowanym. Oznacza to, że Ewa Stachniak osobiście zatwierdziła wersję, która finalnie trafiła do polskich czytelników. Zerkając na oficjalną kanadyjską stronę Autorki (@Eva Stachniak) od razu zwróciłam uwagę, że mimo długoletniego pobytu na obczyźnie Pani Stachniak nie wstydzi się swoich polskich korzeni, nie odżegnuje od polskości. Wiele postów publikuje w wersji dwujęzycznej. Miłe….

Szkoła luster to wielogłosowa, finezyjnie utkana powieść historyczna, w której splatają się losy Véronique i jej nieślubnej córki Marie-Louise. Kobiety robią wszystko, żeby odnaleźć swoje miejsce mimo sztywnej hierarchii społecznej i burzliwej epoki schyłku monarchii, w jakiej przyszło im żyć. Fabułę zdobią liczne nadworne perypetie. Czytelnika mami odzwierciedlona historycznie ówczesna rzeczywistość z perspektywy dworu Ludwika XV, zwanego Ukochanym, który mimo licznego legalnego potomstwa posiadał jeszcze z piętnaścioro potomstwa z nieprawego łoża. Wśród potomków wydanych na świat przez metresy znalazł się i późniejszy ksiądz, liczni hrabia i książęta oraz markizy.

Powieść została podzielona na VII części. Każda z nich dotyczy różnego etapu w życiu Véronique Roux i jej córki. Historia zaczyna się w latach 1755-1757, gdzie poznajemy Véronique od chwili, gdy jej matka dobiła targu dla niej brzemiennego w skutkach.

Nasz umiłowany władca potrzebuje kochanek? Od kandydatek aż się roi. Damy dworu przekradają się do jego prywatnych apartamentów, upojone samą myślą o królewskim oddechu cierpkim od wina. Rodzice z własnej inicjatywy podsuwają królowi swoje dojrzewające córki.” –„Szkoła luster” Ewa Stachniak.

Losy Véronique poznajemy z jej bezpośredniej relacji dzięki narracji pierwszoosobowej. Ona jest bardzo osobista, intymna. Doświadczamy jej uczuć, trosk, obaw związanych z rolą, do której przeznaczyła ją jej własna matka na dworze Ludwika XV.

„- Ojcem mojego dziecka jest król – oznajmiłam.
 Maman zmarszczyła brwi.
 – Takie gadanie donikąd nas nie zaprowadzi.
 – Ale to prawda.
 – Prawda nie doprowadzi nas donikąd.” – „Szkoła luster” Ewa Stachniak.

Dzieje jej córki Marie-Louise przedstawione zostały w trzeciej osobie liczby pojedynczej i zaczynają się od wydarzeń opisanych w części II zatytułowanej Wersal. Autorka zadbała o chronologię zdarzeń oznaczając lata, o których opisuje. Historia Marie-Louise zaczyna się w latach 1762-1768. To na jej kanwie czytamy o przeobrażeniu dworu, o śmierci kolejnych ważnych person, począwszy od Madame de Pompadour, przez Królowę Marię, czy Dominique – Guillaume Lebel premiera, przybocznego Jego Wysokości, który mu właśnie nadobne młode, dzierlatki nabywał do łoża.

Śmierć zjawia się bez uprzedzenia i nie oszczędza nikogo, (…) Zrównuje wszystkich i wszystko.” – „Szkoła luster” Ewa Stachniak.

To śledzenie wydarzeń związanych z Véronique okazało się tak naprawdę clou powieści. Czytamy o tym jak dorasta, jak dojrzewa, jak staje się dorosłą w części III zatytułowanej Paryż 1768-1789, by wreszcie od części IV od roku 1792 śledzić z zapartym tchem wydarzenia październikowej rewolucji, która przywiodła na szafot Ludwika Ostatniego i jego żonę Marię Antoninę, aż do części VII zatytułowanej „III Rok Republiki”. Nadzorować wydarzenia związane z tworzeniem republiki francuskiej, formowaniem nowego państwa.

Ostatecznie nie ma żadnego końca, jest tylko nowy początek, myśli Marie-Louise. Jeszcze niewyraźny i błogo nieświadomy wszystkiego, co się wydarzyło zanim zaistniał.” – „Szkoła luster” Ewa Stachniak.

Nie chciałam zaspojlerować, naprawdę😊. Sporo czasu poświęciłam na chronologię zdarzeń, na główne wątki w poszczególnych częściach nie zdradzając tajemnic powieści, gdyż w tym gatunku umiejętność przedstawienia  w sposób chronologiczny wydarzeń występujących w fabularnej fikcji i odniesieniach historycznych jest niezwykłą umiejętnością. Zdolnością, z którą Ewa Stachniak poradziła sobie pierwszorzędnie. Fabuła jest rozpisana co do lat, lub nawet co do miesięcy w przypadku dziejów rewolucji francuskiej. Dzięki temu tak opasłą książkę czyta się bardzo przyjemnie. Język został okraszony sformułowaniami właściwymi dla wieku, do którego został odniesiony. Przy czym został spopularyzowany we właściwej dozie, co oznacza, że nie męczyły mnie nieznane opisy, zbyt liczne obce sformułowania. Wiele historycznych smaczków poznałam czytając tę książkę i to, oprócz mile spędzonego czasu, jest jej dodatkowa wartość.

Dla fanatyków historii, lubiących seriale i filmy kostiumowe, uwielbiających powieści o ciekawych postaciach z przeszłości „Szkoła luster” będzie idealnym prezentem. To sfabularyzowane streszczenie życia na Wersalu za czasów Ludwika XV, za czasów wszechwładnej Madame de Pompadour, a później w okresie Wielkiej Rewolucji kończącej i zaczynającej dla Francji wszystko.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Cztery muzy” Sophie Haydock

CZTERY MUZY

  • Autorka: SOPHIE HAYDOCK
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: SERIA BUTIKOWA
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 17.03.2022r.

„Cztery muzy” Sophie Haydock to 22 premiera z 18 maja br., której recenzję publikuję na moim blogu. Uwierzycie??? To był wyjątkowy premierowy dzień obfitujący w wiele pozycji, których przeczytanie zajęło mi trochę czasu😉.

Oglądaliście film „Egon Schiele: Śmierć i dziewczyna” z 2016 roku? Ja malarza, którego krótkie życie zostało sfilmowane w tej ekranizacji, znam tylko z jego ekstrawaganckich, nawet jak na dzisiejsze czasy, dzieł. Czytając pozycję autorstwa Sophie Haydock pt. „Cztery muzy” wydaną nakładem @WydawnictwoAlbatros z dnia 18 maja br. wnioskuję, że tytułowy bohater został dość wiernie odzwierciedlony. Aktor grający Egona jest bowiem bardzo przystojny. Urody mu odmówić nie można😊. Taki też jest Egon Schiele w recenzowanej książce i taki też wydaje się na być na niewielu dostępnych w sieci zdjęciach.

Okrucieństwem tego życia jest to, że poddajemy się losowi, a potem musimy z tym żyć, dzień po dniu. Kształtują nas wybory, do których odmawia się nam prawa. A potem, zanim się obejrzymy, życie czyni nas kimś bardzo dalekim od naszych wyobrażeń. Pozostaje z nas drobny skrawek tego, czym byłyśmy dawniej, coś, czego nawet nie rozpoznajemy.”- „Cztery muzy” Sophie Haydock.

Przerywana kreska, wyraziste postaci, grymasy, gesty, twarze jakby trochę zniekształcone. Do tego przeświadczenie o własnej wyjątkowości,  o ogromnym talencie i sile mecenasa, a także wpływie mentora Gustava Klimta – austriackiego malarza. O takim malarstwie i takim malarzu w osobie Egona Schiele jest ta powieść, wydana w przepięknej oprawie. Główne role odgrywają w niej cztery kobiety. Nie sam malarz, nie Egon, lecz jego żona Edith Harms, potem Schiele, jego szwagierka Adele i jego siostra Gertrude, a także Walburga Neuzil zwana Wally, jego modelka i wieloletnia kochanka. Każda chciała go mieć dla siebie. Dla każdej był, przynajmniej w pewnym momencie życia, całym światem. Jego krótki, bo tylko dwudziestoośmioletni żywot, splótł ich losy w pewnym okresie czasu, od 1912 do 1918 roku. I mimo, że powieść jest całkowicie fikcyjna, o czym wspomina autorka w zakończeniu, to czytając miałam odczucie biografii. Tego co wydarzyło się ponad sto lat temu w Wiedniu, w Krumau, w Neulengbach, gdzie odkryte uda modelek, ich łona i piersi, a także zmrużone oczy uważane były za silną pornografię. Pornografię zasługującą tylko na więzienie.

Powieść podzielona jest na cztery części, które zatytułowane zostały imionami ważnych kobiet w życiu Egona Schiele, tj.; Adele, Edith, Gertrude i Wally. Każda cześć składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Średnio jest ich około dwadzieścia. Autorka by zachować chronologię zdarzeń na początku każdego rozdziału wstawiła datę lub przedział czasowy, w którym dzieje się akcja. Czasoprzestrzeń nakłada się na siebie. Dzięki temu czytelnik może prześledzić to samo wydarzenie z perspektywy różnych osób, z ich punktu widzenia. Narracja jest trzecioosobowa. Dzięki jednak możliwości śledzenia losów każdej z osobna głównej bohaterki, w dedykowanej jej części powieści, proza ta wydaje się być bardzo intymna, bardzo osobista. Autorka nie traktuje po macoszemu innych ważnych, w życiu głównych bohaterów postaci. Dużo czasu poświęca małżonkom Harmsów, Pappie i Mutti. Nie szczędzi również uwagi rodzicom Egona Schiele, o których wspomina kilkakrotnie. Nawet przyjaciele, czy służba znalazły w powieści swoje miejsce. Do tego niezwykle urokliwy, dawno odeszły Wiedeń przed, w trakcie i u schyłku I Wojny Światowej. Świat bohemy, artystycznej cyganerii. Świat niechcianych ciąż, mordowanych nienarodzonych u akuszerek dzieci, a także hektolitrów alkoholi, papierosów, czy przetrawionych, raz lepiej lub gorzej narkotyków.

Największe wrażenie zrobiła na mnie historia Adele. Kobiety odtrąconej, o niezwykle bujnej wyobraźni i słabych nerwach.

Nic go nie może zagłuszyć – bólu, który trawi Adele. Od momentu ogłoszenia zaręczyn przeszywa ją i dręczy jej myśli bez sekundy przerwy. Jej duszę wciąż przepala czysty płonący szok tamtej chwili.” – „Cztery muzy” Sophie Haydock.

Jej osobie autorka poświęciła wiele uwagi kreśląc postać skomplikowaną, zaburzoną, której fantazja uniemożliwiła osiągnąć szczęście. Jej los, jak jedyny znalazł dopełnienie, w tym co się działo do 1968. Do dnia jej śmierci. I tak naprawdę jej bezimienny grób stał się inspiracją do opowiedzenia tej historii. Historii ze sławnym malarzem w tle.

Największy problem miałam z postacią Edith i samym Egonem. Może dlatego, że Edith została opisana jako ostatnia w powieści, w moim odczuciu została potraktowana trochę „po łebkach”. Jakby analiza jej postaci była jak najmniej interesująca dla czytelnika. Dla mnie, niewielkie odniesienia do wspólnego życia Edith z Egonem mogłyby stać się odrębną opowieścią. Edith jako matka dziecka Egona. Edith jako młoda żona nieprzygotowana do nocy poślubnej. Edith jako amatorska modelka, która odkryta została przez męża. Edith jako porzucona siostra. Edith jako cicha konkurentka. Edith jako potulna córka, i tak dalej, i tak dalej. Przykładów postaci, w której chciałabym zobaczyć Edith mogłabym mnożyć i mnożyć. Rozbudowania jej wątku mi zabrakło.

Sam Egon przedstawiony został wielowymiarowo. Z jednej strony to dobrze, bo historia oparta jest na stosunku do niego czterech różnych kobiet, z którymi łączyły go inne, czasem bardzo odmienne relacje. Z drugiej niekoniecznie. Tak skonstruowana narracja spowodowała, że po przeczytaniu zastanawiam się, który obraz jest najbliższy prawdy. Która strona jego osoby jest tą najczulszą.

Potrafisz tylko brać, niczego nie dając w zamian. Kiedy się nasycisz, porzucasz każdą z nas jak pustą tubkę farby.” – „Cztery muzy” Sophie Haydock.

Karierowicz o nienagannych manierach? Zadufany kłamca? Kochający mąż czy ubolewający nad stratą kochanek? Zdradzający? Unikający służby Ojczyźnie Austriak? Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Najprawdziwsze chyba będzie sformułowanie; trochę taki, trochę taki. W zależności w jakiej postaci chciała go widzieć i wykreować w swej fantazji autorka. O ile, co do kreacji postaci mogę mieć lekkie zastrzeżenia, to motyw z Eve kompletnie mnie nie przekonał. Historia utkana na nic nieznaczącym, przypadkowym spotkaniu jawi mi się jako wyjątkowo na dokładkę dopisana historia, nic nie znacząca literacka fikcja, która pewnie zdaniem autorki miała zamknąć powieść w pewną całość, zamknąć ją klamrą. Według mnie zabieg kompletnie się nie udał.

Prozatorska fantazja oparta na prawdziwych postaciach, gdzieniegdzie na prawdziwych wydarzeniach. Fikcja ze sztuką i wielkimi dziełami w tle. Historia skonstruowana w oparciu o krótkie życie Egona i Edith. O nieszczęśliwe życie Adele i niespełnione życie Gertrude. Do tego napisana z historyczną żarliwością, która jak nic, zasługuje na uwzględnienie w planach czytelniczych fanów książek tego gatunku.

Moja ocena 6/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Światłość i mrok” Małgorzata Niezabitowska

ŚWIATŁOŚĆ I MROK

  • Autorka: MAŁGORZATA NIEZABITOWSKA
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 557
  • Data premiery: 18.05.2022r.

@Malgorzata Niezabitowska to dla mnie nadal 😉 głównie rzeczniczka prasowa rządu Tadeusza Mazowieckiego (1989–1991). Mimo, że  w tym okresie miałam kilkanaście lat przewija mi się obraz z „Dziennika telewizyjnego”, gdzie Pani Małgosia z wdziękiem i właściwym sobie profesjonalizmem wypowiada różne, ważne dla Polski w tej nowej rzeczywistości kwestie. Tym bardziej, że obrazy te powielane były wielokrotnie już w całkiem Nowej Polsce. Widząc nazwisko Niezabitowska w zapowiedziach @wydawnictwoznakpl od razu skusiłam się na premierę z 18 maja br. pt. „Światłość i mrok” wydaną w przepięknej oprawie. Mimo, że opis Wydawcy wskazywał na literaturę piękną z silnym rysem historycznym, w którym miłość pomiędzy podziałami odgrywa istotną rolę. I mimo tego, że nie jest to jednak gatunek, który jest zwykle dla mnie bardzo dobrą rozrywką. Cóż. Kocham kryminały i thrillery😊.

Chana i Jan. On przyjaciel pana młodego, ona siostra panny młodej na żydowskim weselu. Wśród hucznej zabawy, rodziny dalszej i bliższej, grona przyjaciół i znajomych odegrają zakazany taniec, chasydki z gojem. Dzieli ich wszystko; religia, wychowanie, tradycje, obrzędy, wierzenia i społeczeństwo, które nie zezwala na mieszane małżeństwa. Z jednej i z drugiej strony nie mogą oczekiwać zrozumienia. Nie mogą oczekiwać zgody na ich miłość. A jednak próbują. Jednak walczą z przeciwnościami, by połączyć swoje losy.  

„Małgorzata Niezabitowska z niespotykaną dbałością odtwarza klimat lat trzydziestych i z pasją kreśli obraz niełatwych relacji między Żydami, Polakami i Ukraińcami” – z opisu Wydawcy.

Nie mogłabym inaczej opisać przeczytaną książkę autorstwa Pani Małgosi. „Światłość i mrok”  to historia miłosna, w której przeszłość i trudne doświadczenia pomiędzy narodami styka się z żarem namiętności dwojga niewinnych ludzi. Kończy się dramatycznie, słowami; „(…) Niemcy zaatakowały nasz kraj”. Jakby to co działo się od 7 maja do 31 sierpnia 1939 roku nie było wystarczająco dramatyczne.

Fabuła rozpisana została w dwunastu zatytułowanych rozdziałach. Autorka poprowadziła narrację z perspektywy wielu bohaterów, których imionami nazwała poszczególne części powieści. I tak czytelnik może śledzić opowieść z punktu widzenia Chany i Jana, których narracja jest pierwszoosobowa. Ich relacja jest mi bliska. Dotyka najczulszych strun mega serca. Młodości, niespełnionej miłości, zakazanych czynów, ukrytych spojrzeń i cichych westchnień. Nie tylko  Chana i Jan są narratorami „Światłości i mroku” . Także Chaim brat panny młodej – Sary, kryminalista żyjący na „kocią łapę z Gienią”. Odszczepieniec, dla najbliższej rodziny umarły w chwili wyroku. Również Anna matka Jana, która z przerażeniem reaguje na zainteresowanie syna Chaną Zingelbojm sama przed sobą przyznając;

(…) Widywałam w miasteczku chasydzkie kobiety w perukach albo chustkach, ubrane w przedpotopowe szaty, szwargoczące gardłowo  w niezrozumiałym języku, a kaleczące ten, w którego kraju żyły. I w jednej z nich mój syn, mój najdroższy chłopiec, godny księżniczki, zakochał się…” „Światłość i mrok” Małgorzata Niezabitowska.

Czytając kwestie jej przeznaczone nie raz nie dwa myślałam, ile matek może tak powiedzieć o swoim synu, ile może być wstrząśniętych wyborem syna, ile może twierdzić, że te, które stały się wybrankami nie są ich warte. A także Aleksandra, siostra Jana, córka Anny, wyemancypowana, odważna, szukająca rozrywki.

Miasto nie ułatwia stania się kobietą pannie z dobrego domu, którą, musiałam przyznać, byłam niezależnie od tego, jak wykpiwałam to anachroniczne pojęcie. Nie narzekałam na niedostatek chętnych, o , było ich mnóstwo, podobnie jak okazji, zwłaszcza gdy nie szukałam „dozgonnej miłości”, a jedynie erotycznej przygody.” – „Światłość i mrok” Małgorzata Niezabitowska.

Jej postać odebrałam bardzo dobrze. Jest bowiem ciekawym osobliwym urozmaiceniem. Jej fascynacja ukraińskim Dimą w opozycji do polsko – ukraińskiego dystansu stanowiła interesujące tło historyczne do opowiedzianej historii miłosnej. Oraz Tadeusz, brat Jana, któremu sprawy polsko – ukraińskie, polsko – żydowskie i żydowsko- ukraińskie były bliskie ze względu na pełnioną funkcję. Tadeusz – Polak uwikłany w labirynt relacyjny pomiędzy trzema narodami, których połączy trudna, wspólna historia.  

Autorka przygotowała się bardzo dobrze do podjętej w książce tematyki. Żydowskie obrzędy, tradycje zostały odzwierciedlone bardzo wiernie. W języku (np. mamele, bunia, mateczka, sokołyk, tate itd. ), w zachowaniu poszczególnych postaci, nawet gestach oraz sposobie bycia (np. peruki noszone przez żydowskie kobiety). Ta wierność historii pozwala poznać czytelnikowi ortodoksyjne tradycje, z którymi zazwyczaj nie ma do czynienia w realnym świecie. Nie chodzi tylko o peruki na zgolonych przez żydowskie kobiety głowach. Chodzi o bicie, chodzi o przeklinanie dzieci, które nie dają zamknąć się w obowiązujących konwenansach, chodzi o takie sformułowania jak: „(…) A to mądrala! Śmiesz mnie pouczać, miast się kajać. Dobrze radziłam Pinkusowi, by odprawił po tobie siedmiodniową żałobę.” Chodzi też o hebrajski język, który perfekcyjnie został wpleciony w całą powieść. I mimo uproszczonej transkrypcji stanowił wraz ze wtrąceniami z ukraińskiego ważne uzupełnienie opowiedzianej historii.

Chan i Jan, Aleksandra, Tadeusz, Chaim i Anna. Każdy inny, każdy z innymi nadziejami, obawami i lękami. Ich losy splecione zostały w przedwojennej Polsce z Lwowem w tle. I mimo, że Autorka pisała powieść przed aktualną sytuacją na Ukrainie przedstawione w niej problemy, ukierunkowane politycznie zainteresowania wybrzmiały mi dziś inaczej, bardziej wyraziście. Huk sytuacji geopolitycznej wybrzmiewa nadal, mimo, że książkę przeczytałam kilka dni temu.

To nie tylko historia zakazanej miłości. To historia bohaterów żyjących w latach trzydziestych ubiegłego wieku na wołyńskiej ziemi. Bohaterów zewsząd o rożnych poglądach, religii, wierzeniach i skrajnie różnych obyczajowości, a połączonych tylko jedną ziemią, na której przyszło im żyć. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwo Znak, za co bardzo dziękuję.

„Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks

UWAŻAJ, CZEGO PRAGNIESZ

  • Autorka: ADELE PARKS
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Liczba stron: 494
  • Data premiery: 18.05.2022r.

@Wydawnictwo Kobiece po publikacji premiery ze stycznia 2022r. „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa” (moja recenzja na klik) w dniu 18 maja br. wydało kolejną pozycję Adele Parks pt. „Uważaj, czego pragniesz”. Tropikalne temperatury i lato w pełni wstrzymało moją zdolność do dzielenia się z Wami moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu książek😊. Wracam jednak w swoim stylu. Praktycznie w pierwszym dniu mojego wakacyjnego wyjazdu😉.

Dwie kobiety, które kiedyś nie mogły być sobie bliższe, dopóki nie oddaliły się od siebie na astronomiczną odległość. Znamy się na wylot, wiemy o sobie wszystko, byłyśmy świadkami, jak jedna i druga wzbija się na wyżyny człowieczeństwa oraz zachowuje się poniżej wszelkiej krytyki.” – „Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks.

Nawet nie dwie, tylko trzy kobiety. Lexi, Jennifer i Carla. A także trzej mężczyźni; Jake, Patrick i Fred. Trzy rodziny. Kilkoro dzieci. Członkowie syndykatu, którzy przez wiele lat wspólnie skreślali te same cyfry w grze lotto. Po zerwaniu porozumienia wygrana trafia do Lexi i Jake, którzy w kolejnym tygodniu, tak jak dotychczas skreślili te same numery. Wygrana wszystko zmienia. Tak jak pieniądze zmieniają wszystko. Nagle zwycięscy stają się celebrytami, a byli członkowie zerwanego syndykatu zaczynają domagać się swojej części. Pozorne szczęście zaczyna pękać jak bańka mydlana.

A najsmutniejsze jest to, że przestają być szczęśliwi, bo zakosztowali życia na poziomie, ale tylko na krótko…” – „Uważaj, czego pragniesz” Adele Parks.

Bardzo podoba mi się oprawa książki. Jest bardzo wizualnie podobna do „Kłamstwa, wszędzie kłamstwa”. Książki, która jednak bardziej przypadła mi do gustu niż „Uważaj, czego pragniesz”. Temat podjęty przez Parks w tej publikacji jest jednak niezwykle ciekawy. Trzy pary przyjaciół. Przyjaciółki i przyjaciele, których życie nagle okazuje się jednym kłamstwem, a związki przyjacielskie cienkie jak pajęcze nici. I chciałoby się powiedzieć za poprzednim tytułem; kłamstwa, wszędzie kłamstwa.

Książka skonstruowała jest w bardzo przejrzysty i czytelny sposób. Fabuła rozpisana została w rozdziały, oznaczone konkretnymi datami. Niektóre z nich pisane są z perspektywy Lexi i Emily, wówczas czytelnik zanurza się w narrację pierwszoosobową. Śledzimy losy matki i córki w poszczególnych perspektywach czasowych od 20 kwietnia do 24 października. Autorka wprowadziła również czytelnika dodatkowo narracją trzecioosobową w wydarzenia poprzedzające wygraną oraz wydarzenia mające miejsce wiele lat wcześniej, które skutkowały niewinną śmiercią matki i jej kilkuletniego syna. Dzięki prostemu, wyraźnemu i jednoznacznemu przekazowi nie sposób się jednak pogubić w akcji i w konkretnych perspektywach czasowych. To jest wartość dodana tej publikacji.

Co do samej fabuły, to nie jest to pasjonujący thriller, czy książka akcji, w której wiele się dzieje, aż brakuje nam tchu. Wręcz przeciwnie. Akcja toczy się ociężale. Wydarzenia następują po sobie jakby w zwolnionym tempie. Wiele pobocznych wątków zaprząta myśli czytelnika, a ostateczne i ważne rozstrzygnięcia zostały rozpisane jakby dodatkowo, na sam koniec, w samej końcówce. Tak jakby w przydługiej grze w szachy szach mat został zrobiony jednym ruchem. Przyjaciel okazuje się wrogiem na kilku ostatnich stronach, a z wrogiem nagle zaczynami sympatyzować😉. Jestem znudzona takimi konstrukcjami książek, w których bohaterowie wydają się jakby osobami bez podejrzeń, bez umiejętności wnioskowania i dostrzegania oczywistych sygnałów. Jakby były zaślepione następującymi po sobie elementami fabuły, które konsekwentnie realizuje pisarz.

Mimo wszystko, książkę czyta się przyjemnie. Bardziej jako powieść obyczajową, w której związki międzyludzkie i utracone nadzieje odgrywają bardzo istotną rolę. Śledzenie losów rodziny Greenwoodów może być interesujące dla czytelnika, który jest niezwykle cierpliwy i lubi bardzo czytać historie o osobach, którym nie całkiem się powiodło.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

„Odzyskany los” Marzena Rogalska

ODZYSKANY LOS

  • Autorka: MARZENA ROGALSKA
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Seria: KARLA LINDE. TOM 4
  • Data wydania: 18.05.2022r
  • Liczba stron: 464

@MarzenaRogalska w tandemie z Karlą Linde powieścią „Odzyskany los” kończy pewną epokę. 18 maja br. nakładem @wydawnictwoznakpl wydana została czwarta część cyklu. Trzecia część serii do mnie nie trafiła, ale recenzje dwóch pierwszych przypomnicie sobie pod następującymi linkami: „Czas tajemnic” oraz „Kres czasów”. To wyjątkowa saga, w której polityka, historia, tradycje i ówczesne słownictwo ma przeogromne znaczenie. Rogalska i tym razem przygotowała się do wątku historycznego, który tym razem dotyka czasów po II wojnie światowej.

Karla Linde, emancypantka, patriotka. Po zawierusze wojennej wraca do stalinowskiej Polski. Porzuca bezpieczny Londyn i wyrusza w drogę powrotną do kraju swoich przodków. W PRL-owskiej rzeczywistości zaczyna układać swoje życie na nowo.

Seria jest prawdziwą sagą. Jeśli nie lubicie sagi rodzinne osadzone w historii to nie próbujcie czytać. Rogalska konsekwentnie kreśląc fikcyjne losy indywidualnych bohaterów rozlicza się z przeszłością. Rozlicza się z dawną Polską, dawnymi jej włodarzami. Osobiste losy splatają się więc z losami ogółu, losami innych Polaków, losami Polski. Ta konstrukcja i ten sposób prowadzenia narracji jest idealny dla fanów historii, długich opowieści, w których wątki poboczne tworzą odrębne opowieści.

Akcja dzieje się bardzo powoli, jak to w sadze. Karla jest już całkiem inna. Doświadczenia życiowe wzmocniły jej charakter, pozwoliły jej jeszcze bardziej dojrzeć. Trochę nietutejsza, trochę nie na czasie.  Jej osobowość dostojnej damy chwilami mnie nużyła, denerwowała. Wolałam Karlę w obrazie młodej trzpiotki, przeciwstawiającej się konwenansom w bardzo inteligentny i sprytny sposób. Ta ostatnia część zamyka pewną całość. Jest oczywistą kontynuacją wcześniej podjętych tematów. Rogalską cenię za język, sformułowania, które wykorzystała w powieści, a które osadzały mnie w ówczesnej rzeczywistości. Książka dobrze podsumowuje wcześniejsze wątki. Ukazuje zachwycający przeszły świat, który minął, który był trudny. Który jednak pachniał intensywnymi zapachami, smakował bardziej wykwitnie i nawet deszcz padał bardziej siarczyście. O tych czasach warto czytać. Czasach dających nadzieję, gdy wszyscy walczą o lepszą Polskę, o lepsze jutro. Z sagą jednak jest taki problem, że każda kolejna część jest mniejszym zaskoczeniem. Bohaterowie się powtarzają, historie się powtarzają, osobowości się powtarzają. Nie ma tej świeżości, tego zaskoczenia. Nie dla każdego saga jest idealnym rozwiązaniem na plany czytelnicze. Ja czułam lekkie zmęczenie.

Książka napisana z wielką czułością i zaangażowaniem. Tak też powinna być czytana😊. Miłej lektury!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Ostatni dzień” Luanne Rice

OSTATNI DZIEŃ

  • Autorka: LUANNE RICE
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Wróciłam do żywych z recenzjami😉. Tyle przeczytanych książek za mną, ile przelanych na mój blog recenzji. Przecież po to ten blog założyłam, by dzielić się z Wami moją pasją, moim hobby i moimi spostrzeżeniami po zapoznaniu się, co tak naprawdę kryje się pod okładką. Wystarczy tylko trochę zanurzyć się w codzienności, by potem chwile na swoją pasję musieć wyrywać pazurami😊. Ale próbuję ciągle i nie ustaję. To nie mój ostatni dzień z publikacją recenzji, ale bez wątpienia „Ostatni dzień”, który przeczytałam, a który premierę miał 18 maja br. nakładem @wydawnictwo.muza.sa.

Zawsze uważał, że pierwszy kontakt z ofiarą morderstwa jest niczym spotkanie dwóch osób, które wcześniej się nie znały. To wyjątkowy moment, tak samo ważny po śmierci jak za życia, i równie, a może nawet bardziej, przełomowy.” – „Ostatni dzień” Luanne Rice.

Tak myśli Conor Reid, detektyw, który po raz drugi zaczyna prowadzić śledztwo o morderstwo w rodzinie sióstr Woodward. Wiele lat wcześniej Kate i Beth przeżyły napad rabunkowy, w którym wskutek uduszenia zmarła ich matka. Po latach Beth miała mniej szczęścia, zmarła we własnym domu w szóstym miesiącu ciąży, a jej ciało wraz z policjantami odkryła siostra Kate.

Morderstwo nie oznacza, że ginie jedna osoba: taki czyn wysysa energię i wolę życia we wszystkich, których dotyka. Stary świat legł w gruzach, trzeba go odbudować w nowych, niepewnych warunkach.” – „Ostatni dzień” Luanne Rice.

Mam mieszane uczucia, co do tej książki. Lee Child na okładce obiecał; „Liryczna opowieść i mrożący krew w żyłach thriller w jednym.”. Dla mnie to raczej słaby thrillerek, w którym miłość siostrzana pokrywa wszystkie jego niedobory. Ani za dużo krwi, ani tym bardziej mrożonej.

Książka składa się z trzech części. Autorka zamknęła fabułę w sześćdziesięciu krótkich rozdziałach. Akcja toczy się od 11 lipca, gdy zostaje odkryte ciało ciężarnej Beth, aż do 5 maja. Narracja jest w większości trzecioosobowa. Gdzieniegdzie autorka wplotła narrację pierwszoosobową z perspektywy Keth i Beth. I tylko te momenty dla mnie okazały się liryczne, osobiste. Z trudem czytałam o tęsknocie, rozpaczy i samotności.

Sam Reid jako detektyw mnie nie zachwycił. Był mieszanką wielu cech noszonych przez śledczych w czytanych przeze mnie kryminałach. Jakby autorka wzięła trochę z tego, trochę z tego… Jako śledczy wręcz mnie zawiódł. Od lipca do listopada podejrzewał męża Beth, bo przecież był on mężem niewiernym całkowicie pomijając inne możliwe scenariusze śledcze. Przeświadczenie o winie podejrzanej osoby nigdy nie posuwa śledztwo do przodu. Wystarczy tylko czytać kryminały by to wiedzieć, niekoniecznie je pisać😉. Generalnie wątek kryminalny został rozpisany płasko, bez werwy. Cały czas narracja w sprawie zbrodni była prowadzona jednokierunkowo, mimo pewnych wprowadzonych pewnie na odczepnego pobocznych wątków, wątpliwości. Aż do wielkiego bum…. Oczywiście w samej końcówce. Jakby autorka chciała nam dać do zrozumienia, że nie jest jednak przewidywalna, że jednak jest w stanie czytelnika zaskoczyć. I tylko mniejsze znaczenie ma, że kompletnie to bum z niczego nie wynika, z niczego się nie wywodzi, jest jak jedna samotna śliwka wrzucona w kompot.

Zdecydowanie słaba książka. Ni to thriller, ni to kryminał. Bardziej dramat rodzinny, gdzie po obu stronach tyle samo kłamstw, tyle samo niedopowiedzeń. Ta propozycja kompletnie mnie nie zachwyciła, nie zaciekawiła. Czytałam ją lekko znudzona. Taka niewprawna opowieść z wątkiem kryminalnymi o bardzo mglistym, niejasnym motywie.

Moja ocena: 5/10

Egzemplarzem recenzenckim obdarowało mnie Wydawnictwu Muza, za co bardzo dziękuję.

„Niedaleko pada jabłko” Liane Moriarty

NIEDALEKO PADA JABŁKO

  • Autorka: LIANE MORIARTY
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 590
  • Data premiery w tym wydaniu: 18.05.2022r.
  • Data premiery światowej: 14.09.2021r.

Niczego nie przyjmuj za dobrą monetę. Nikomu nie wierz. Nigdy nie bierz za fakty niesprawdzonych informacji.” – „Niedaleko pada jabłko” Liane Moriarty.

Cały czas o tej zasadzie trzech musiała pamiętać Christina, która starała się rozwikłać zagadkę zniknięcia 69-letniej emerytki Joe Delaney. To wokół zniknięcia Joe toczy się fabuła kolejnej powieści Liane Moriarty pt. „Niedaleko pada jabłko”. Powieści, która premierę miała w ubiegłą środę, a ja mogłam się z nią zapoznać dzięki współpracy z Wydawnictwem @Znak Literanova. Książka mnie zaciekawiła. Tym bardziej, że to pierwsza publikacja Autorki, którą przeczytałam. A jest ona powieściopisarką, której twórczość posłużyła do ekranizacji „Wielkich kłamstewek”, które oglądałam z ogromną pasją😉.

Znika Ona. Kobieta, była tenisistka, aktualnie emerytka, bizneswoman współprowadząca szkółkę nauki gry w tenisa wraz z mężem. Żona Stana, matka Amy, Logana, Troya i Brooke. Do dzieci wysłała nic nie mówiący sms z licznymi błędami. Nie ma z nią kontaktu. Bliscy umierają z niepokoju, a śledczy zaczynają podejrzewać najgorsze. Podejrzewać morderstwo.

Po początkowych skrywanych faktach następuje eksplozja zdarzeń, które zaczynają znajdować się w raportach śledczych. A pierwszy druzgocący fakt związany jest z Savannah, dziewczyną, która pewnej nocy kompletnie bosa zawitała w progu domu Delaneyów szukając pomocy.

Wiecie co to hipermnezja? Ja pojęcia nie miałam😊. Dzięki książce poznałam to określenie.  To „(…) wybitna pamięć autobiograficzna, czyli zdolność pamięci do nieograniczonego odtwarzania utrwalonych śladów przeżyć psychicznych[1], pojawiająca się u niektórych ludzi w trakcie hipnozy lub przeżyć z pogranicza śmierci, a także niezwykle rzadko u osób świadomych…” (cyt. za: Wikipedia). Tą niezwykłą przypadłość ma Savannah, która odcisnęła znaczne piętno na rodzinie Delaneyów. Moriarty stworzyła ciekawą postać. Z jednej strony słodką, niewinną, skrzywdzoną. Z drugiej zawziętą, zdeterminowaną i mściwą. Ten mix cech uformował niezwykłą bohaterkę, którą nie potrafiłam rozgryźć do końca.

Mi najbardziej podobała się sama Joe. Niezwykle inteligentna starsza pani, która potrafiła zachować się taktycznie w każdej sytuacji. Potrafiła wyczuć jak barometr nastrój każdego z dzieci, nastrój męża, znajomych, a nawet fryzjerki. Jej trafne spostrzeżenia zasługują na uwagę i szacunek czytelnika.

Na okładce przeczytałam: „Liane Moriarty –(…) – jak zwykle po mistrzowsku buduje napięcie, które tworzą drobne nieporozumienia…”. Zgadzam się z tą opinią. Tych nieporozumień, raz większych, raz mniejszych jest sporo. Napięcia jednak znacznie mniej. Jednakże ten lekki thrillerek z rozbudowanym wątkiem obyczajowym czytało mi się bardzo miło. Te rodzinne perypetie stanowiły clue całej historii, w której stado trzyma się razem, mimo wszystko, mimo wszystko…

Zdecydowanie dobra pozycja dla fanów lekkich thrillerów z bardzo rozbudowanymi wątkami obyczajowymi. Lub raczej powinnam napisać, ciekawej książki obyczajowej z drobnym wątkiem kryminalnym. Książka broni się sama ciekawymi bohaterami. Ale nic poza tym. Nic poza tym…

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„W sercu wroga” Magdalena Wala

W SERCU WROGA

  • Autorka: MAGDALENA WALA
  • Cykl: MIĘDZY JEZIORAMI (tom 1)
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 304
  • Data premiery: 18.05.2022r.

Nowa seria od @MagdalenaWalaAutor. Nowa opowieść, nowa cześć z wojną w tle. Jak sama Autorka pisze w posłowiu kolejna, szesnasta książka jej autorstwa nie miała dotykać tematu wojny, nie miała być historyczna. Cóż zrobić, gdy historia sama znajduje drogę do autora? @WydawnictwoKsiaznica
18 maja br wydało „W sercu wroga”. Historię Amalii i Piotra.

Tu prawie nikt nie używa mazurskiego. Nawet w domach starych mazurskich rodzin słychać głównie niemiecki, żeby dzieci nie miały problemów w szkole”. –„W sercu wroga” Magdalena Wala.

Ona – z krwi i kości Mazurka z niemieckich Prusów z dziada pradziada. On – wysłany na roboty przymusowe do niemieckich rolników Polak. Ona – matka czekająca na męża, niemieckiego żołnierza, który wyruszył na wojnę. On – wdowiec, którego żona zginęła w nalocie. Ona – wiejska dziewczyna. On – miastowy intelektualista. Oboje spotkali się na okupowanej ziemi. Oboje spragnieni towarzystwa zapoczątkowali wspólną historię. Historię na kontynuację której już czekam😉.

Nie wiem dlaczego Magdalena Wala chciała porzucić na chwilę historyczną nutę w tej powieści, kiedy jej zamiłowanie przeszłością idealnie wpasowuje się w wyimaginowaną fabułę. To nie pierwsza książka tej Autorki, w której doceniam walor historyczny. I tym razem Wala odwzorowała z uważnością dziwne czasy z końca wojny, w których przyszło żyć Polakom, Niemcom, Mazurom. Okupantom z okupowanymi. Panom z niewolnikami pracy, gdzie gwałty, batożenie i wyzysk, aż do śmierci były na porządku dziennym. Wiele w powieści jest smutnych historii. Jak historia Marcina. Jak historia Ani. Wiele smutku, wyzysku i trwogi. A jedyna nadzieja w tym, że u schyłku wojny Niemcy już przegrywają.

Akcja toczy się od marca 1944 do stycznia 1945 roku. Narracja jest prowadzona w formie trzecioosobowej. Historia opowiedziana jest z perspektywy Amalii. Ona jest przeciwwagą dla innych Niemców. Ona jest przeciwwagą dla swego teścia i innych gospodarzy niemieckich, a przede wszystkim wachmistrza Mohla. Jest bardziej liberalna, wyrozumiała. Zawieszona pomiędzy polskimi Mazurami, a niemieckimi Prusami.  Historię czyta się płynnie, lekko. Historia zdominowała fabułę. W tle powieści zostało opisanych wiele ciekawych wątków pobocznych. Brakowało mi jednak pewnego rysu psychologicznego. Zastanowienia się, większej refleksji po stronie niemieckich i polskich bohaterów. Brakowało mi tych myśli, heroicznych i tchórzliwych. Zabrakło mi głębszego wytłumaczenia zobojętnienia, braku reakcji. Po prostu lubię wiedzieć, co myśleli, tak w głębi  duszy. Co czuli, ci pobratymcy Hitlera, co czuli jego rodacy, gdy na ich oczach umierali niewinni ludzie, gdy umierały ofiary ich bestialstwa.

To kolejna, bardzo dobra lekcja historii. Fabularyzowana forma wzmacnia odbiór, pozwala wczuć się w rolę kolejnych bohaterów, pozwala choć trochę zrozumieć, lub przynajmniej spróbować zrozumieć. I tego zrozumienia nam wszystkim życzę.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Kolor miłości i krwi” Margota Kott

KOLOR MIŁOŚCI I KRWI

Autorka: MARGOTA KOTT
Wydawnictwo: NOVAE RES
Liczba stron: 380
Data premiery: 23.03.2022r.

Ale czas płynie tylko w jedną stronę, jak ten pociąg. Jak już bilet wykupisz, to jedziesz i jedziesz. Aż dojedziesz do stacji końcowej i wysiadka! Ludzie wsiadają w międzyczasie, wysiadają, a ty wciąż jedziesz. Rozmawiasz z nimi przez dwie, trzy stacje i musicie się pożegnać…” –„Kolor miłości i krwi” Margota Kott.

@Wydawnictwo Novae Res to Wydawca, z którym bardzo rzadko współpracuję. Dzięki Jego wspaniałomyślności udało mi się jednak zdobyć recenzencki egzemplarz książki pt. „Kolor miłości i krwi” autorstwa @MargotaKottAutorkaKryminalow. Książka do mnie trafiła ze znacznym opóźnieniem, gdyż jej premiera była 23 marca br. Ja po jej przeczytaniu od razu zabrałam się do publikowania mojej opinii i od razu zastrzegam; nie sugerujcie się tytułem! Owszem, w publikacji sporo jest o miłości, o przyjaźni, o tolerancji. Ale bardziej przemówiły do mnie nuty związane z tęsknotą za ojcowizną i – mimo bajkowego zakończenia – pieśni o bohaterstwie, których tak sporo nam teraz potrzeba.

Miłość jest naszym osobistym problemem, trofeum albo tragedią, i nie ma znaczenia czy jest odwzajemniona.” –„Kolor miłości i krwi” Margota Kott.

Do autorki francuskich romansów, Juliette Gauthier zamieszkującej w bieszczadzkiej wsi przybywa Marko Berezowski ukraiński weteran wojenny broniący lotniska w Doniecku przed rosyjskimi separatystami w 2014 roku. Marko nazywany cyborgiem, bo taką nazwę otrzymali Ci wytrwali ukraińscy żołnierze. Aktualnie samotny, szukający spokoju, potrzebujący ciszy i odosobnienia, by znaleźć swoje miejsce w życiu, odnaleźć na nowo jego sens. Praca ochroniarza nie wygląda jednak od początku tak, jakby mógł sobie tego życzyć. Nagle Madame Gauthier zaczyna interesować historia Doniecka i innych cyborgów. Historia niewinnych śmierci przed rosyjską napaścią, historia ogromnych strat i historia Marka. Gdzie szukanie w przeszłości zaprowadzi poczytną autorkę romansideł, a gdzie wytrwałego cyborga?

Książkę otwiera prolog. Potem następują po sobie kolejno rozdziały. Jest ich w sumie osiem. Każdy rozdział został dodatkowo podzielony na dwie części, które zostały sugestywnie zatytułowane, np.; „Ocaleni”, „Prawdą jest to, co wiem”, czy „Powiedz im, że nadszedł czas zemsty”. Autorka nakreśliła bardzo ciekawą historię okazującą się finalnie totalnym dla mnie zaskoczeniem. To nie jest romans😊. To całkowicie na czas wydana historia o cyborgach z Doniecka z 2014 roku. Jakże aktualna, jakże teraz potrzebna. To opowieść o bohaterstwie, o stratach, o walce i sile o wolną Ukrainę. To historia o bestialskiej napaści, której teraz jesteśmy również świadkami. Ten wątek mnie niezwykle urzekł. Kompletnie się go nie spodziewałam po przeczytaniu opisu. Autorka trafiła idealnie w czas, czas niepokoju na naszej wschodniej granicy, czas wojny ukraińsko – rosyjskiej. Nie wiem jak to zrobiła, że wkomponowała swą powieść w ten okrutny moment tak idealnie. Bardzo podobał mi się wątek pisany z perspektywy Marko Berezowskiego, prawdziwego cyborga, jego językiem, jego słowami. I sam ten wątek tak dobrze rozpisany wystarczy, by uznać książkę za wartą przeczytania. Ale Margota Kott nie poszła na łatwiznę. Wzbogaciła fabułę dodatkowo o wątek polsko – ukraiński, z czasów UPA, czasów niespełnionych miłości, czasów zemsty i sąsiedzkiej zawiści. Historia Mykoli i Anny, Ukraińca i Polski, których los dopełnił się wiele lat później również zasługuje na moje uznanie. Ta opowieść powstała jakby z martwych. Okazała się żywa, jak żywe były obrazy, zapachy bieszczadzkiej wsi, które chłonęłam podczas czytania oraz lokalna ksenofobia, której wręcz osobiście doświadczałam,

Sama Juliette mnie nie zachwyciła. Nie mam serca do infantylnych posiadaczek małych krzykliwych yorków, nawet jeśli przyświeca im szczytny cel. Za to Marko okazał się dla mnie ciekawym bohaterem, złożonym, wielowymiarowym w swych doświadczeniach, nad wyraz męskim. Autorka bardzo dobrze odwzorowała jego męską naturę i styl bycia. Nie przeginając ani w jedną, ani w drugą stronę. Jego narracja mnie pochłonęła najbardziej.

Do tego trafne cytaty na początku każdego rozdziału. Idealnie wplecione w fabułę. Stanowiące jakby zaproszenie do treści opisanych w dalszej części. I styl pisania. Bardzo przystępny, płynny, pomagający czytać szybko.

Jak to mile się czasem totalnie zaskoczyć przy czytaniu 😊. Szczerze polecam!!!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Novae Res.