„Opowiastki do przemyślenia” Jorge Bucay

OPOWIASTKI DO PRZEMYŚLENIA

  • Autor: JORGE BUCAY
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 152
  • Data premiery: 17.12.2021r.

Z tą książką kończę rok 2021. Książka idealna do tego, by  pomyśleć, o tym co się zdarzyło, co się zdarza, co mnie dotknęło. „Opowiastki do przemyślenia” Jorge’a Bucay od Wydawnictwa @Zysk i S-ka dały mi wiele do myślenia. Podobnie jak recenzowana przeze mnie „Pozwól, że ci opowiem…bajki, które nauczyły mnie jak żyć”.

Idziemy przez życie, nienawidząc i odrzucając cudze, a nawet własne rzeczy, bo wydają się nam godne pogardy, niebezpieczne lub bezużyteczne…a jednak, jeśli damy sobie czas, w końcu rozumiemy, jak trudno byłoby nam żyć bez tego, co w swoim czasie odrzuciliśmy.” – „Opowiastki do przemyślenia” Jorge Bucay.

To zbiór krótkich historyjek. Niektóre napisane w bardzo krótkiej formie. Z jednej strony do bajki z morałem, innym krótkie opowiadania, wiersze, czy spis medytacji kontrolowanej. Tematyka bardzo różnorodna. Jedno, co łączy wszystkie te utwory to człowiek. Człowiek, który postawiony jest na pierwszym miejscu. Jego życie, jego obawy, jego troski, przemyślenia i lęki. Znajdziemy w zbiorze narrację o ciągłym poszukiwaniu czegoś, nawet nie wiadomo czego. O zrozumieniu, o chciwości, o postrzeganiu miłości. I wiele, wiele innych…

Najbardziej urzekła mnie opowieść zatytułowana „Smutek i gniew”. Kończy się tymi słowami: „Wieść niesie, że od tamtej pory często spotykamy gniew, ślepy, okrutny, straszliwy i urażony, ale jeśli spróbujemy dłużej się mu przyjrzeć, zrozumiemy, że ten gniew, który widzimy, to jedynie przebranie, za którym w istocie…kryje się smutek.”. W historii o niedźwiedziu poznajemy sprytnego krawca, który przechytrzył autorytarnego cara. W „Odwadze latania” jest mowa o przekraczaniu własnych ograniczeń i o tym, jak ważny jest czas, w którym się to dzieje. Totalnym zaskoczeniem była dla mnie historia opisana w „Liście od mordercy”. Narracja skonstruowana została bardzo sprytnie, bez żadnego moralizatorstwa, bez nauczycielskiego drygu i stylu. Czytałam ją zaciekawiona.

To twórczość dla każdego i na każdy czas, bez względu na nastrój. Napisana jest bardzo płynnie, lekkim stylem. Nie ma w niej umoralniania, pouczania, kaznodziejstwa, krytykanctwa. Jorge Bucay bardzo ostrożnie podszedł do tematu unikając zbytniego moralizowania. To dobrze. Czasem potrzebne nam są tylko takie rzucanie słów, które trafiają same z siebie całkowicie w sedno.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie mi egzemplarza recenzenckiego.

„Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy” Margaret Oliphant, J.H. Riddell, Ellen Wood, Roman Zmorski i inni

GWIAZDKA Z DUCHAMI. ANTOLOGIA OPOWIADAŃ GROZY

  • Autorzy: MARGARET OLIPHANT, J.H. RIDDELL, ELLEN WOOD, ROMAN ZMORSKI I INNI
  • Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  • Liczba stron: 621
  • Data premiery: 23.11.2021r.

Podobną antologię czytałam w ostatnie, letnie wakacje. Wydana również przez Wydawnictwo @Zysk i S-ka była to „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach”. Wśród twórców wielu znanych, wybitnych autorów m.in. Charles Dickens, Oscar Wilde , William Butler Yeats i inni. Dowiadując się o kolejnym wydaniu w tej samej myśli pt. „Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”, która premierę miała 23 listopada br. wiedziałam, że muszę po raz drugi zanurzyć się w te historie z nie tego świata😊. I tak w me ręce wpadła wspaniała publikacja, w twardej oprawie, z obwolutą oraz wyśmienitymi przekładami. Wśród translatorów mój ulubiony Jerzy Łoziński. Wybór opowiadań i opracowanie redakcyjne nie kto inny jak Tadeusz Zysk. Zapowiadała się więc dobra zabawa na wysokim poziomie.

Ze wszystkich rzeczy, których wymaga się od książki, najważniejszą jest, żeby nadawała się do czytania.” – Anthony Trollope.

Twórcy tej maksymy zdobiącej pierwszą stronę antologii niestety nie ma wśród autorów tego zbioru. Szkoda, bo Trollope w „Najsłynniejszych opowiadaniach wigilijnych” (recenzja na: klik) tegoż samego Wydawnictwa był wręcz niesamowity. Za to Tadeusz Zysk zaprosił mnie do przeczytania historii wymyślonych przez Mrs Henry Wood, Margaret Oliphant i J.H. Riddell – najpopularniejszych reprezentantek literatury angielskiej. Do tego dołożył ciekawą opowieść napisaną przez Zygmunta Krasińskiego oraz trzy utwory autorstwa Romana Zmorskiego. Jak przeczytałam w opisie Wydawcy: „(…) poety, tłumacza i folklorysty”.

Zacznę od Pań. Zafrapowała mnie „Opowieść wigilijna” Margaret Oliphant. To klasyczna, napisana w staroangielskim stylu historia, w której napięcie rośnie, a wyobrażenia przerastają rzeczywistość. O rodzie Witcherleyów i samym Witcherley Arms czytałam z rozbawieniem na twarzy. Nie mylcie rozbawienia z poczuciem groteski. Historia ma w sobie to coś, tą nadprzyrodzoną moc i charakter nawiedzonego domostwa, ale jest napisana w tak brawurowym stylu, że chwilami rozterki bohaterów wprawiały mnie w dobry nastrój. Do tego narracja pierwszoosobowa. Człowieka, który ze wszystkich sił starał się uratować pana na włościach. Na pewno to też zasługa translacji Pana Łozińskiego. Mimo, że tłumaczenie unowocześniło oryginał to styl został zachowany. I to jest dowód na translację na najwyższym poziomie. Bardzo spodobała mi się także historia opisana przez J.H. Riddell w „Świątecznej partyjce”. To perypetie spadkobiercy Martingale, który z siostrą zaczyna zamieszkiwać kolejną angielską rezydencję. Narracja pierwszoosobowa również i w tym przypadku się sprawdziła. Dzięki niej poznajemy rozterki, myśli i frustracje młodego Johna Lestera. Autorka w wielu miejscach zaprasza czytelnika do zabawy zwracając się bezpośrednio do niego. Jak w poniższym przykładzie:

Wy, drodzy czytelnicy, z pewnością jesteście wolni od zabobonnych wyobrażeń. Kpicie sobie z istnienia duchów i powtarzacie, że z chęcią znaleźlibyście jakiś nawiedzony dom, aby spędzić w nim noc, co oczywiście godne jest pochwały i docenienia. Poczekajcie jednak, aż znajdziecie się w odpychającej, opuszczonej, starej, pełnej nieprzyjemnych dźwięków wiejskiej rezydencji…” – „Świąteczna partyjka” J.H. Riddell.

Z tłumaczeniem tego opowiadania również wyśmienicie poradził sobie Pan Jerzy Łoziński. Mimo literatury w iście angielskim stylu, autorowi udało się uniknąć zbyt górnolotnych i pompatycznych sformułowań. Tekst sam sobie płynął pozwalając zanurzyć mi się w opowieść, w której pewien dom i pewna partyjka karciana odegrała główną rolę. Za to kompletnie nie mogłam znieść opowieści Mrs Henry Wood, a właściwie Hellen Wood. Przez żadną z trzech nie potrafiłam przebrnąć. W „Ginie Montani” poraził mnie infantylny styl. Te sformułowania nie potrafiły mi się ułożyć w głowie, wszędzie te ochy, achy. Prośby o brak potępienia, o wybaczenie, o zrozumienie itede, itepe. Szkoda, bo historia mogła być faktycznie mrożącą krew w żyłach. Pozostałe dwie opowieści tej autorki również trąciły naiwnością, prostodusznością i łatwowiernością do kwadratu, a może nawet do sześcianu. Czytałam kiedyś jedną powieść Hellen Wood „Błędnik” (recenzja na klik), która mimo wielu zalet, miała właśnie tę jedną wadę.

Za to Roman Zmorski w trzech utworach, w tym jednym pisanym wierszem oraz Zygmunt Krasiński to same ambrozje, smaczne, soczyste i unikatowe. Oczywiście możemy polemizować o realności przedstawionych historii, zastosowanego stylu, czy chociażby objętości. Ja zwróciłam uwagę na naszych krajanów pod kątem swojskości, urzekającego folkloru, odniesień do wielu wierzeń i obyczajów, które dominowały w dawnej Polsce. Mimo, że opowieści nie były zbyt zawiłe i skomplikowane czytając je poczułam pewną świeżość, jakby powiew wiatru dmący z polskich, zielonych łąk.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży” Feliks Koneczny

DZIEJE POLSKI OPOWIEDZIANE DLA MŁODZIEŻY

  • Autor: FELIKS KONECZNY
  • Wydawnictwo: : ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery w tym wydaniu: 09.11.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.1999r.

Wydawca @Zysk i S-ka zachęcając do lektury napisał: „Historia Polski Konecznego, opowiedziana przystępnym dla młodych ludzi językiem, zabiera nas w niezwykle interesującą podróż po meandrach polskich dziejów. Ta opowieść jest wciąż żywa i stanowi źródło różnorodnej wiedzy”. Musiałam odbyć tą podróż. Podróż, w którą wyruszyłam po raz drugi wiele, wiele lat po zakończeniu edukacji w liceum, gdzie ostatnio miałam do czynienia  z przedmiotem historia. Musiałam przeczytać premierę z 9 listopada br., by zachęcić moje własne dzieci do zapoznanie się z historycznymi losami Polski trochę w inny, mniej edukacyjny, a bardziej powszechny sposób.

To historia na nowo przeze mnie odkryta. Gdzieś w połowie zaczęłam się jednak gubić. Odłożyłam ją na chwilę realizując inne plany czytelnicze, by wrócić do niej po przerwie. Bohaterowie i antybohaterowie zaczęli mi się mieszać. Same wątki historyczne związane z księstwem Polsko – Litewskim, Poniatowskim, Kościuszko, Chmielnickim, czy Batorym okazały się jednak dla mnie nie do przebrnięcia ciągiem. Sam język jest raczej bardziej naukowy, niż powszechny. Nie wiem, czy młody czytelnik poradzi sobie z tyloma odnośnikami, uwagami, ripostami ujętymi w rozbudowanych zdaniach. To o czym pisze bardzo dobrze obrazuje poniższy cytat, zapraszam.

„Gdybyśmy przynajmniej przez jedno pokolenie utrzymali w swych rękach szkoły ludowe i administrację wiejską, byłoby się przerobiło lud wiejski na nowych obywateli polskich, naród byłby się wzmocnił ogromnie…” -„Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży” Feliks Koneczny.

Nie odnalazłam w książce świeżości, nietuzinkowego podejścia do historii naszego kraju. Wieki przedstawiane kolejno, bez chociażby rozbudowanej myśli polskiej, która była przyczynkiem działalności powstańczej okazały się jednak dla mnie mało atrakcyjne. Styl całkowicie nieodpowiadający młodemu czytelnikowi. Niektóre wątki potraktowane pobieżnie i pokrętnie, bez dogłębniejszej analizy, bez szerszego kontekstu w aspekcie wielu innych, naukowych źródeł. Koneczny pisał ze znawstwem, jakby wykładał historię co najmniej doktorantom. Użył wiele trudnych słów, sformułował w wielu miejscach myśli w sposób skomplikowany, nie dając czytelnikowi żadnego pola do popisu, jakby bez fantazji. I tej „ułańskiej” fantazji i zabrakło w tej książce – jak w tytule – „dla młodzieży”.

Moja ocena: 5/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Zatoka Żarłocznego Szczupaka” Eugeniusz Paukszta

ZATOKA ŻARŁOCZNEGO SZCZUPAKA

  • Autor: EUGENIUSZ PAUKSZTA
  • Seria: SERIA Z KOGUTEM
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 330
  • Data premiery w tym wydaniu: 28.09.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1957r.

To ci dopiero rarytas😉. Książka wydana u schyłku komuny, obarczona cenzurą i napisana przez Autora, który zmarł w 1979 roku. Nie kojarzę żadnej z książek  Eugeniusza Paukszta☹. Mimo, że był on Autorem niezwykle płodnym. Napisał kilkadziesiąt książek w tym książek historycznych, przygodowych, dla młodzieży oraz był również eseistą. Zaintrygowała mnie fabuła „Zatoki Żarłocznego Szczupaka”, dzięki @Wydawnictwo Iskry w tym wydaniu premierę miała 28 września br.  Przesyłka dotarła do mnie spóźniona, więc również recenzję publikuję po czasie.

Mazury, ukochana Kraina Tysiąca Jezior wielu Polaków. Mazury zawsze były i są stałym punktem dla wielu szukających wakacyjnego odpoczynku. W takie jedne letnie wakacje nad mazurskie jezioro Gardyńskie wybrała się grupa studentów, Kostek i Pietrek Godyccy, Zośka, a także Mirka Knipianka oraz Julek Kania. Młodzi cieszą się z każdego dnia, z każdego promyku słońca i ciepłej wody. Spływy kajakowe, łowienie ryb, zabawa i tajemniczy leśniczy, który zaraża ich interesującą opowieścią o zatopionych niemieckich ciężarówkach na dnie jeziora. Zaraża dość skutecznie. Studenci postanawiają dokonać odkrycia i wyłowić zagadkowy kufer z dna jeziora….Czy im się to uda?

„Zatoka Żarłocznego Szczupaka” to książka dla młodzieży, po raz pierwszy wydana w 1957 roku. Według Wikipedii „(…) została napisana w Poznaniu oraz nad Krutynią pomiędzy październikiem 1954 a lutym 1956.(…) Akcja toczy się w fikcyjnej wiosce Wyraje, której pierwowzorem mogło być Bobrówko. Miejscowość zamieszkana jest w dużym stopniu przez autochtoniczną ludność mazurską, z której część nie jest przychylna Polsce, nie używa języka polskiego, a nawet prowadzi różnego rodzaju działalność antypolską…. (cyt. za Źródło). Nie dziwi więc, że fabuła osadzona została w połowie lat 50-tych XX wieku. W czasie, gdy Polską rządzili socjaliści, a polskość sama w sobie nie była zbyt popularna. Autor idealnie odzwierciedlił ówczesne dla siebie czasy. Ponad pięćdziesiąt lat od pierwszego wydania czytając wczuwałam się w ten socjalistyczny świat. Sama retoryka Autora jest na wskroś socjalistyczna. Trudno, cóż zrobić. Przecież Autor swoje powieści wydawał w środku trwania innego, polskiego świata. Mimo to zachwyciłam się kilkoma wątkami. Po pierwsze bardzo dobrze Paukszt odzwierciedlił ksenofobię miejscowych. Młodzież doznaje od nich niepokoju, braku zrozumienia i wręcz jawnej niechęci. To potomkowie Niemców zamieszkujących tereny mazurskie z czasów rządów Pruskich. To doktrynowani przez Niemców Polacy, którzy tęsknią za tym krajem utraconym i zielonymi łąkami, bo przecież u „sąsiada trawa jest zawsze bardziej zielona”. Po drugie sama grupa studentów również stanowi niezłe pole do popisu dla zwad, nieporozumień i problemów. Julek Kania to jedyny rodowity Mazur, gdy Kostek, Pietrek i Zośka to rodowici warszawiacy. Możecie sobie sami wyobrazić co może powstać z takiej mieszanki wybuchowej. Po trzecie postaci drugoplanowe, niezwykle nacechowane mazurszczyzną. Wszystko się jednak zgadza, wszak Paukszt pisał książkę nad Krutynią, rzekę przepływającą przez mazurskie jeziora. Moją sympatię zdobył Edward Fajfer (nauczyciel z Wyrajów) oraz Pan Gwizda –  przedwojenny działacz mazurski. Pozostali…ach nie będę spojlerować. Sami zgadnijcie, czy byli wśród nich szpiedzy niemieccy lub sowieccy. Po czwarte ta niepozorna książka jest bardzo dobrym kompendium wiedzy na temat współistnienia Polaków, Niemców i Mazurów zarówno przed, jak i po II wojnie światowej. Nie wiadomo kto swój, a kto obcy. Kto odpowiedzialny za masowe wysiedlenia i przymusową emigrację Mazurów do NRF i dlaczego rząd PRL nie zadbał by to jednak polskość, a nie niemieckość była główną myślą kłębiącą się w głowach rodowitych Mazurów.  I te jeziora, i ta przyroda. Ta jedyna w swoim rodzaju mazurska atmosfera, która mimo mrocznych tajemnic i zagadek zachwyca.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Chłopiec zwany Gwiazdką” Matt Haig

CHŁOPIEC ZWANY GWIAZDKĄ

  • Autor: MATT HAIG
  • Cykl: GWIAZDKA (tom 1)
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 268
  • Data premiery: 09.11.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 07.11.2016r.

Z okazji ekranizacji książki „Chłopiec zwany Gwiazdką” Matta Haig wydawnictwo @Zysk i S-ka wznowiło publikację. Po raz pierwszy mogliśmy z nią zapoznać się w 2016 roku. Ta pozycja jest całkowicie inna od zrecenzowanej przeze mnie w lipcu br. „Biblioteki o północy”. To magiczna książka, idealna w tej magiczny, świąteczny czas.

To faktycznie historia chłopca zwanego Gwiazdką, urodzonego w Święta Bożego Narodzenia, osieroconego przez ukochaną matkę. Mimo, że żyje szczęśliwie, choć biednie, wyrusza z ojcem drwalem na poszukiwanie  Elfiego Raju licząc, że dzięki temu do życia będzie żył szczęśliwie.

Czyta się wspaniale! Naprawdę wspaniale. Mimo, że sama historia Gwiazdki i jego podróży do Elfiego Raju jest totalną utopią historia nastroiła mnie bardzo optymistycznie. Trudne przeszkody nie są straszne głównemu bohaterowi. Dzięki nim odkrywa całą prawdę o Bożym Narodzeniu. O tym skąd się wziął Święty Mikołaj i dlaczego dzieciom dawane są prezenty w dniu Bożego Narodzenia. To książka drogi. Książka, w której każde dziecko odnajdzie magię. Magię zbliżających się Świąt i ciekawe przygody zachwycające nawet starszych czytelników. A do tego prawda przedstawiona raz uroczo i radośnie, a raz z wielką powagą. Ani jednego, ani drugiego nie za dużo. Proporcje zostały dobrane idealnie.

Jeśli nie macie jeszcze prezentów pod choinkę dla syna, córki, siostrzeńców, czy bratanków wydajcie te parę złotych i zafundujcie dzieciakom podróż do Elfiego Raju. Podróż w nieznane.  

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Najsłynniejsze opowiadania wigilijne” Charles Dickens, Anthony Trollope

NAJSŁYNNIEJSZE OPOWIADANIA WIGILIJNE

  • Autorzy: CHARLES DICKENS, ANTHONY TROLLOPE
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 275
  • Data premiery: 30.11.2021r.

Koniec końców, całe to Boże Narodzenie to jedno wielkie nudziarstwo!” – „Boże Narodzenie na plebanii w Kirkby Cliffe” Anthony Trollope.

Nudziarstwo, nie nudziarstwo jest tylko jedno Boże Narodzenie. Boże Narodzenie gdzie pieczemy karpia, lepimy uszka i pierogi, a w odległej wiktoriańskiej Anglii przygotowywane są puddingi świąteczne oraz pieczeń z wołowiny. Do takiego Bożego Narodzenia zabrało mnie Wydawnictwo @Zysk i S-ka antologią trzech opowieści na grudniowe wieczory wydaną pod jednym tytułem „Najsłynniejsze opowiadania wigilijne”. Książka miała premierę 30 listopada br. i wydana została naprawdę w niezwyczajny sposób. Zdobi ją prześliczna, nastrojowa okładka. Wewnątrz Wydawca zafundował nam staroangielskie ilustracje, a tłumaczenie jest naprawdę wyśmienite. Same superlatywy. Nie macie pomysłu na prezent? Kupcie koniecznie tą pozycję.

Autor „Kolędy prozą, czyli Bożonarodzeniowej opowieści o duchach” to prawdziwy literacki mistrz. Mowa oczywiście o Charlesie Dickensie. I to jego historia ujęta została w antologii jako pierwsza. Zdziwieni? Słusznie, wszak każdy z nas zna tylko „Opowieść wigilijną”, której oryginalny tytuł brzmi właśnie „Kolęda prozą, czyli Bożonarodzeniowa opowieść o duchach”.  Wszystko się jednak zgadza, w wybitnym przekładzie Jerzego Łozińskiego śledzimy koleje losu Scrooga, którego nawiedzają trzy kolejne duchy. Pierwsza część odnosi się jednak do jego zmarłego wspólnika Marleya, z którym Scrooga łączyły wieloletnie interesy. Do tego oczywiście jego siostrzeniec, niezwykle chorowity, mały Tim i przesłanie, o tym, że nigdy nie jest za późno by się zmienić, by radować się z Bożonarodzeniowych świąt.  Następnie zanurzamy się w dwie świąteczne opowieści Anthonego Trollope’a, tj. „Boże Narodzenie w rezydencji Thompsonów”, gdzie istotne znaczenie dla pogodnych świat miał pewien słoik musztardy oraz „Boże Narodzenie na plebanii w Kirkby Cliffe”, gdzie fabuła skoncentrowała się wokół strojenia przedświątecznego miejscowego kościoła. Ale za to jaka fabuła!!!

O Charlesie Dickensie i jego „Kolędzie prozą, czyli Bożonarodzeniowej opowieści o duchach” znanej przez nas wszystkich pod nazwą „Opowieści wigilijnej” nie muszę zbyt wiele pisać. Fabuła pojawia się cyklicznie w coraz to nowszych ekranizacjach i to od prawie 200 lat. Wydanie opowiadania przypadało na lata czterdzieste XIX wieku, a zawarte w nich prawdy są nadal aktualne po tylu latach. Cierpienie, lęk, obawy, nieszczęście pokazane z perspektywy jednego człowieka, którego odwiedziły duchy przeszłości. Duchy będące metaforą, tego co minione, tego co za Scroogem i tego, co przed nim. Te metaforyczne przedstawienie człowieka na wskroś nieszczęśliwego to prawdziwa sztuka. To jest prawdziwa sztuka. Nie mogę nie wspomnieć o tłumaczeniu Pana Łozińskiego. To translacja, na najwyższym poziomie. Jest sztuką samą w sobie.

Pozytywnie zaskoczył mnie Anthony Trollope w swej historii zatytułowanej „Boże Narodzenie w rezydencji Thompsonów”. To proza na najwyższym poziomie. Autor zaprasza czytelnika do zabawy, romansuje z nim. Gdzieniegdzie w narracji wtrącając sformułowanie skierowane wprost do czytającego, typu: „(…) którą odnotowaliśmy powyżej” lub „jak czytelnik wie”. To taki dialog Autora zmniejszający dystans, który w tej wiktoriańskiej narracji sprawdził się znakomicie. Sam narrator jest trafny w swoich osądach i uwagach. Niezwykle mnie ujął. Relacjonuje wydarzenia w życiu Państwa Brown w liczbie pierwszoosobowej, jakby był ich bezpośrednim świadkiem. Dlatego czyta się to opowiadanie jak pewną rozbudowaną anegdotę z niezwykle ciekawym wątkiem humorystycznym. Do tego sama Pani Brown, przedstawiona jak typowo angielska matrona, „(…) straszna kobieta rodem z sennego koszmaru…”. Kobieta praktycznie bez wieku, mimo, że stan mężatki piastuje od ośmiu lat. Zaplątana w angielskie konwenanse, ograniczenia, które nie umożliwiły jej realizację najprostszego zadania zleconego jej przez męża. Za to w opowiadaniu „Boże Narodzenie na plebanii w Kirkby Cliffe” tegoż samego autora na szacunek zasługuje Maurice Archer. Młodzieniec mający odwagę w małomiasteczkowej, angielskiej społeczności wypowiedzieć niepopularną opinię o Bożym Narodzeniu. Zabrakło mi w historii bardziej wyrazistych postaci kobiecych. I Isabel, i Mabel zostały przedstawione jako słabo myślące kmiotki, którym daleko do inteligentnych dysput, czy odważnych posunięć. No, ale przecież piszę o literaturze z końca XIX wieku. Wieku, w którym kobiety nie nabyły jeszcze praw do głosowania.

Trudno powiedzieć jak reagowało społeczeństwo na te opowiadania w czasach, gdy żyli ich autorzy. Czy doceniano ten kunszt literacki? Tą prawdziwą sztukę, która wyziera z kart książek? Czy może tylko, trochę jak my współczesnych nam autorów, oceniano te opowiadania wyłącznie z perspektywy spójności, inteligencji i świeżości opowiedzianej historii. Dla mnie to literatura piękna najwyższego formatu. Styl niepodrobiony w żadnej współczesnej książce. Narracja roniąca słowo nad każdym najdrobniejszym szczególe, czy to w opisie scenografii, charakteryzacji, czy w opisie bohaterów. To obowiązkowa pozycja w świąteczny czas. Poczytajmy o Świętach, całkowicie innych.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Krwawe łzy” Wojciech Wójcik

KRWAWE ŁZY

  • Autor: WOJCIECH WÓJCIK
  • Cykl: AGNIESZKA JAMRÓZ I PAWEŁ ŁUKASIK, tom 2
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 720
  • Data premiery: 23.11.2021r.

Ależ ostatnio rozpieszcza mnie Wydawnictwo @Zysk i S-ka 😊. Ileż listopadowych nowości jego nakładem czeka na mnie. Tak z grubsza patrząc na moją biblioteczkę jeszcze na pewno trzy i to wszystkie w wigilijnym, świątecznym duchu. A takie książki w grudniu czytam najchętniej.

Wracając jednak do pozycji, o której dzisiaj chciałam napisać przyznaję, że czekała na mnie dość długo. „Krwawe łzy” Wojciecha Wójcika premierę miały 23 listopada br. Aż dziw, że tyle wytrzymałam po odebraniu przesyłki, tym bardziej, że poprzednia książka Autora, „Kurs na śmierć” mi się spodobała. Było w niej wszystko. Wyraziści bohaterowie, ciekawa postać kobieca, intrygujący wątek świata policyjnego oraz zbrodnia, prawie doskonała. Czy „Krwawe łzy” powtórzą sukces poprzednika?

Sztuka jest dobra dla ludzi, którzy nie mają w życiu większych problemów” – „Krwawe łzy” Wojciech Wójcik.

Tym razem Autor zabiera nas w podróż do przygranicznych Długosielc, gdzie odnalezione zostało ciało mężczyzny z poderżniętym gardłem. Komisarz Paweł Łukasik rozpoznaje w nim ojca Wiktorii. Wiktorii, z którą łączył go romantyczny związek przerwany z nieznanych mu do tej pory przyczyn. Czy odejście Wiktorii łączy się z późniejszą śmiercią jej ojca? Jednocześnie Agnieszka Jamróz po zakończeniu kursu podstawowego w Akademii Szkolenia Policji powołana została do przewiezienia ciała zamordowanego komendanta placówki straży granicznej. Czy jego śmierć wiąże się ze śmiercią ukraińskiego pogranicznika, który zginął w ten sam sposób sześć miesięcy wcześniej? Dwoje śledczych, dwoje policjantów, dwie ofiary i wiele teorii do sprawdzenia. Jamróz i Łukasik w akcji, w której historii ma znaczenie, a duchy przeszłości powracają w najmniej oczekiwanym momencie.

Fabuła została ujęta w nieponumerowanych rozdziałach. Każdy z nich oznaczony jest datą i miejscem akcji.  Autor prowadzi akcję dwuwymiarowo, naprzemiennie. Dwóch różnych śledczych, prowadzi na pozór dwa odrębne śledztwa. Agnieszka z nonszalanckim, trochę gburowatym Wnukiem. Paweł z asesorem Górskim. I w jednym, i w drugim miesza prokurator Lichocka. Trzydziestoczteroletnia kobieta z dziewczęcym głosem, przed którą drżą i policjanci, i pracownicy prokuratury. I to postać Lichockiej była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Lubię takie kobiety petardy, które umiejętnie dążą do celu nie zważając na opinie innych, na niechęć której są poddawane. Wójcik jest mistrzem wielowątkowości. Pociąga za sznurki różnymi pobocznymi postaciami, co wprawiało mnie chwilami w osłupienie. Trudno się skupić na domniemanym śledczym, jeśli moje myśli biegną w stronę innych wydarzeń, które zostały rozpisane dość szczegółowo. Nie traktuję jednak stylu Wójcika jako wadę. Wręcz przeciwnie urozmaica on gatunek kryminału, w którym nie tylko chodzi o ofiarę i sprawcę, lecz również o inne okoliczności, które bardziej lub mniej miały dla sprawy znaczenie.

Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Na wydarzenia patrzymy oczami głównych bohaterów, tj. Pawła i Agnieszki. Narrator o wszystkim wie, dopowiada, dodatkowo opisując scenografię, nastrój i pogodę w sposób bardzo szczegółowy. Autentyczności dodają scenopisy przesłuchań śledczych, które wprowadziły do powieści świeżość. Wyniki i teorie śledcze formułujemy w tych momentach nie z perspektywy wydarzeń, lecz z poziomu zapisanych zeznań świadków, podejrzanych, czy rodziny ofiar.  Chapeau bas dla Autora za klamrę w zakończeniu, która spięła wszystkie pozornie nieistotne wątki.  Do tego niebezpieczny obraz Bieszczad, jakże mrocznych i chłodnych w tą zimową aurę, chwilami przyprawiał mnie o dreszcze. Na uwagę zasługuje również temat związany z pisaniem ikon oraz szeroki aspekt najbardziej cennych i pożądanych ikonopisarzy. Ogrom bohaterów chwilami mnie przytłaczał. Myliłam się w tych wszystkich Jagiełłach, Gwóździach, Zającach, Wilkach i Kotach.

„Krwawe łzy” to interesujący, wieloaspektowy kryminał z rozbudowanymi kreacjami bohaterów. Jest ich cała gama. Od możnych radzieckich dygnitarzy, po pograniczników po polskiej i ukraińskiej stronie, przez policjantów i prokuratorów, a także wiejskich pijaczków, zabobonnych bab, czy znachorek opiekujących się własnym, małym cmentarzykiem. To książka, w której duch Podlasia i Bieszczad został zachowany, bardzo prawdziwie odzwierciedlony. Fantastycznie czytało mi się o miejscach, w których nigdy nie byłam, o współpracy i niepokojach po jednej oraz po drugiej stronie granicy, i o sile pieniądza. Podobno jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Reasumując, warto zanurzyć się w świetnie skonstruowane śledztwo, z wieloma bocznicami, które prowadzą czytelnika na manowce, a także poobserwować oczami wyobraźni Bieszczady zimą. Jeśli jesteście tego samego zdania to „Krwawe łzy” są dla Was. Miłej lektury.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Dlaczego właśnie ja? Kiedy złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom” Harold S. Kushner

DLACZEGO WŁAŚNIE JA? KIEDY ZŁE RZECZY ZDARZAJĄ SIĘ DOBRYM LUDZIOM

  • Autor: HAROLD S. KUSHNER
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 196
  • Data premiery: 30.09.2021r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 01.01.1981r.

Zaciekawił mnie tytuł tej książki, który wiele obiecywał. Sam Autor to amerykański teolog i rabin, który musiał zmierzyć się z trudnymi pytaniami, gdy okazało się, że jego syn Aaron jest nieuleczalnie chory i nie dożyje starości. Dlatego sięgnęłam po „Dlaczego właśnie ja? Kiedy złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom” Harolda S. Kushnera wydanej nakładem Wydawnictwa @Zysk i S-ka.

Opis Wydawcy:

„Jedna z najważniejszych książek o rozwoju duchowym, która stała się źródłem inspiracji dla milionów czytelników na całym świecie. Dlaczego uczciwi i przyzwoici ludzie cierpią? Dlaczego nieszczęścia i nagła śmierć spotyka niewinnych? Gdzie jest Bóg, kiedy cierpią i giną dobrzy ludzie?”

Spodziewałam się bardziej książki motywacyjnej, a dostałam typowo religijną interpretację cierpienia w stylu „cierpienie uszlachetnia”. Z tą koncepcją nie jest mi po drodze i pewnie dlatego moja ocena jest taka sroga. Książka nadaje się dla osoby głęboko wierzącej. Mi trudno było przebrnąć przez niektóre slogany, tłumaczenia, odniesienia. Nie znalazłam odpowiedzi w tej pozycji na pytanie; dlaczego złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom?, które Autor obiecywał w tytule. Nadal nie wiem, po co ogrom krzywd, które zdarzają się dobrym ludziom. Gdzie szukać ich sensu i odpowiedzi? Kushner obrał jeden moralizatorski ton. Skupił się wyłącznie na obszarze duchowości w rozumieniu głębokiej relacji z Bogiem. I owszem, w wielu miejscach prześwita światełko nadziei, które niestety będzie wyłącznie wartościowe dla tych, co oczekują poznania i spotkania z Najwyższym. W wielu miejscach, mimo małej ilości stron, Autor karmił mnie filozoficznymi rozważaniami. Chwilami nie mogłam przebrnąć przez teologiczne dysputy z samym sobą, które zafundował mi Kushner. To dziwne, bo filozofia wcale nie była dla mnie najgorszym przedmiotem na studiach. Wręcz przeciwnie żywo czytałam i dyskutowałam rozmaite teorie konfrontując je z moimi teraźniejszymi opiniami. Zabrakło mi bez wątpienia w tej pozycji takie prostego przesłania. Przesłania dla wszystkich, z którego będzie wyzierać energia i nadzieja. Nadzieja, że przecież jutro też jest dzień. Dzień, w którym wszystko się może zdarzyć.

Moja ocena: 5/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Wyzwanie” Elle Kennedy

WYZWANIE

  • Autorka: ELLE KENNEDY
  • Seria: BRIAR U. TOM 4
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 03.11.2021r.
  • Data premiery światowej: 16.06.2020r.

Poprzednią książkę cyklu „Rozgrywkę” (recenzja na klik) oceniłam 8/10. Cykl nie jest kolejną serią erotyków. To raczej młodzieżowa, rozrywkowa seria, w której znaczenie ma sport. Oczywiście wszystko w duchu New Adult. I mimo, że moje młodzieńcze lata już dawno za mną 😉, listopadowa propozycja Wydawnictwa @Zysk i S-ka przypadła mi do gustu.

Opis fabuły College. Taylor Marsh to szara myszka, która przez swe siostry z Kappa Chi musi podjąć wyzwanie. Conor Edwards oprócz ogromnego talentu sportowego, ma talent do … uwodzenia. Oboje rozpoczynają swoją grę, której stawką jest szacunek innych dziewczyn oraz poczucie własnej wartości. Zabawa zamienia się w grę dla dwojga, której finał może być tylko jeden.

Tym razem Elle Kennedy zabrała czytelnika w podróż do świata hokeja. Jest to kompletnie obcy dla mnie świat. Zwykle widzę tylko je z perspektywy szklanego ekranu. Oczywiście Conor jest stereotypowo przystojny i niezwykle sprawny. Takie chodzące cudo, które cieszy się podziwem i szacunkiem wszystkich wokół. Nawet odsunięte przez niego dziewczyny, nie darzą go zbytnio antypatią. No cóż, na ideał faktycznie trudno się gniewać. Nie będę ukrywać, trochę to bajka o brzydkim kaczątku i Kopciuszku w jednym. Momentami infantylna, przerysowana, przesłodzona. Bez wątpienia jest to pozycja dla fanów tego typu historii. Ogromny plus dla Autorki za poruszone przez nią w powieści problemy, których w literaturze nigdy nie za dużo. Nawet powszechne problemy, dość wyświechtane sprawdzają się w funkcji edukacyjno – wychowawczej. Do tej pory nie znudziło mi się czytanie o odrzuceniu, dyskryminacji ze względu na wygląd, kolor skóry czy ilość kilogramów. We właściwy dla siebie sposób Kennedy poddaje pod rozwagę i uwagę czytelników etyczność tych zachowań, piętnuje je w bardzo delikatny sposób umiejętnie unikając stylu moralizatora. To dodaje świeżości i autentyczności tej pozycji. Muszę wspomnieć jeszcze o stylu. Naprawdę czyta się ją bardzo szybko, bo styl jest lekki, tu i ówdzie zakrapiany sporą dawką humoru. Dzięki czemu książkę pochłonęłam praktycznie ekspresowo.

W takich typowych młodzieżówkach wiele się dzieje z perspektywy młodych dorosłych. Niektóre problemy wydają mi się nieważne, nieistotne. Nie dziw, że tak jest, jeśli ja do młodzieży nie należę od kilkudziesięciu lat i mam o wiele bogatszy bagaż doświadczeń. To wcale nie znaczy, że książki tego gatunku mogą mi się nie podobać. Wręcz przeciwnie. „Wyzwanie” wprowadziło mnie w dobry nastrój, dało mi chwilę wytchnienia i oderwania od codziennych problemów. Stanowiło dla mnie bardzo dobrą rozrywkę. Tylko nie wiem skąd ta okładka!!! Kompletnie nie wiem. Moim skromnym zdaniem nie oddaje ona w ogóle fabuły książki, a wręcz wprowadza zamęt co do samego gatunku i przedstawionej historii.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Il professore. Włoska miłość” Weronika Tomala

IL PROFESSORE. WŁOSKA MIŁOŚĆ

  • Autorka: WERONIKA TOMALA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 312
  • Data premiery: 14.09.2021r.

Nie wiem jak to się stało, że opublikowałam już większość recenzji listopadowych premier od Wydawnictwa @Zysk i S-ka, jestem w trakcie czytania kolejnej pozycji z końca listopada br., a tu zalegam z recenzją premiery z września☹. Zaćmienie, całkowite zaćmienie. Notatki z książki już pokrył kurz, a ja tu dopiero je ubieram w opinię godną opublikowania na moim blogu. Ech…

Z Autorką @WeronikaTomalaAutor spotkałam się już trzykrotnie😊. Ostatnio przy okazji książki pt. „Cztery liście koniczyny”, o której w recenzji napisałam między innymi „(…) porusza wiele emocji, jest pełna bólu, ale i miłości do życia i nadziei. Zakończenie spowodowało, że miałam ciarki. Ciekawa koncepcja”. Tym chętniej sięgnęłam po „Il professore. Włoska miłość”, którą przeczytałam jednym tchem. Bo czyż można nie kochać Florencji?

Zakazana włoska miłość po polsku

On – profesor sztuki włoskiej Matteo Bartollini. Ona – Magda studentka piątego roku. On – inteligentny, szanowany, żonaty, przystojny. Ona – lecząca ciągle otwarte rany, szukająca spokoju, odosobnienia. A do tego przepiękna włoska sceneria, artystyczny świat, w którym wszystko jest możliwe, a przyszłość czeka na nas z otwartymi ramionami.

Zaciekawieni? To dobrze. Starałam się jak mogłam, by wstęp zaciekawił Was na tyle, byście od razu pobiegli do księgarń. Mimo, że historia nie jest nowa i nie zbliża się do szekspirowskiego „Romea i Julii” to czyta się o niej bardzo przyjemnie. Zmienne umiejscowienie fabuły w czasie dodaje powieści interesującego polotu. Momentami chwytałam się na tym, że zmieniająca się czasoprzestrzeń zagmatwała mi odbiór, poplątała mi myśli. W tych momentach musiałam się zatrzymywać, co wcale nie czyni książkę trudną w odbiorze. Główne wątki są bardzo rozległe. Z jednej strony trudna miłość, która nie powinna się zdarzyć. Z drugiej błędne wybory, brak szczęścia  w małżeństwie, skutki zdrady. O tych kwestiach czyta mi się trudno. Zdrada nawet jeśli występuje w chwili totalnego, kompletnego zauroczenia, czy wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia, jest jednak zdradą. Jest totalnym zaprzeczeniem złożonym obietnic i zamyka pewien rozdział w dotychczasowym życiu małżonków. Tomala odważnie podeszła do tematu. Przedstawiła różną perspektywę. Każdy czytelnik odniesie wydarzenia opisane w książce do siebie w sposób całkowicie unikatowy. Coś co mnie zachwyca, komuś innemu wyda się błahe, infantylne. Coś co mnie zasmuci, dla kogoś innego okaże się tylko kolejną konsekwencją ludzkich losów. Wszystko zależy od tego czego szukamy w literaturze i od tego, jakie są nasze doświadczenia.

Ogromnym plusem tej powieści jest włoski krajobraz. Włochy ukochałam podczas mojego letniego urlopu. Ten włoski temperament, język, specyfika wyzierają praktycznie z każdej strony. Do tego sztuka, która jest wdzięcznym tłem dla przedstawionej historii. Nie będę ukrywać, że druga połowa jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. Autorka wprowadzała mnie w historię pełną wewnętrznych przeżyć powoli, sennie. Jakby chciała, bym nasyciła się tym, co oferuje ukochana przeze mnie Florencja. Tą senność zgubiłam jednak szybko, gdy akcja nabrała tempa, a wydarzenia następowały jedno po drugim.

To powieść, która dostarcza wielu emocji. Momentami smutna, chwilami opisująca prawdziwie silną miłość. Finalnie napawająca optymizmem i motywująca do poszukiwania własnego „Ja”.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.